razem MAGAZYN Wymiana Łukaszenki na kogoś innego byłaby szalenie ryzykowna dla Rosji • Nie tylko pornografia stanowi dziś koszmarne zagrożenie • Dziesięciu z Pawiaka PLUS TELEMAGAZYN z programem TV Głos TELEiGA/ Piątek 19.05.2023 Nr 115 (4967) Nakład: 14.340 egz. Zdrowie. Każdy, kto przechodził ospę wietrzną, może zapaść na półpasiec str.2 Region. Wrak auta, w którym imprezowała młodzież, w końcu www.gp24.pl Cena 4,90 zł (w tym 8% VAT) zniknął str. 3 Region. Z programu Maluch+ będą dodatkowe miejsca w żłobkach str. 3 Nr ISSN 0137-9526 Nr indeksu 348-570 „20- 9 770137 952053 LUDZIE BIEGOWA PASJA ZBIGNIEWA SZKUDLARCZYKA Siedem maratonów na siedmiu kontynentach Antarctica Marathon & Half-Marathon Słupsk - Polaffd Ma jo lat i może się pochwalić tym, że biegał po Antarktydzie. Nie tylko jako nieliczny Polak, ale także jako nieliczny mieszkaniec Ziemi TYGODNIK REGIONÓW - STR. 16-17 Wiara. Rocznica kanonizacji świętego Andrzeja Boboli - kapłana i męczennika, patrona Polski TYGODNIK REGIONÓW - STR. 14 r * /. m Zdrowie. Panu Pawłowi dawano trzy tygodnie życia. Od przeszczepu minęły 22 lata. Pan Paweł ma się świetnie TYGODNIK REGIONÓW - STR. 12 Edukacja. Szkoła jest po to, by ludzi uczynić przyzwoitymi i uczciwymi TYGODNIK REGIONÓW - STR. 15 Historia. Gdzieś wśród 200 statków, które zatonęły na Morzu Północnym, jest również ORP Orzeł TYGODNIK REGIONÓW - STR. 18-19 2 • DRUGA STRONA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 TYDZIEŃ Z NASZA GAZETĄ SOBOTA • Niby senior, ale za to, jaki ma voice! Śpiewna historia PONIEDZIAŁEK • Sportowy24: Pogoń za brązowym medalem WTOREK • Strefa Biznesu: Czytaj o tym co w gospodarce ŚRODA •Strona Zdrowia: Stwardnienie rozsiane: początki CZWARTEK • Pod paragrafem: Rifififi w Bydgoszczy. Skok, że ho! PIĄTEK • Puls i Tygodnik Regionów. Teksty ze znakiem jakości ZAMÓW PRENUMERATĘ: tel. 94 3401114, mail prenumerata.gdp@polskapress.pl, na stronie prenumerata.gp24.pl Półpasiec: każdy, kto przechodził ospę wietrzną, może zapaść na tę chorobę opr. Grażyna Rakowicz Rozmowa Z prof. dr hab. n. med. Leszkiem Szenbornem. wiceprzewodniczącym Polskiego Towarzystwa Wakcyno-logii. Prawie każdy z nas w dzieciństwie przechodził ospę wietrzną. Jednak niewiele osób wie, że wiąże się z nią inna choroba, na którą możemy zapaść w każdym momencie naszego życia. Pan pozwoli, że przyjrzymy się jej w naszej rozmowie. Proszę bardzo. Mowa o półpaścu, który jest drugą, wtórną postacią zakażenia wirusem ospy wietrznej. Rzeczywiście nie wszyscy 0 tym wiedzą. Według prowadzonych dotychczas badań ocenia się, że jedna na trzy osoby zachoruje na półpasiec w ciągu życia. Gdzie i jak w organizmie ten wirus czeka, żeby potem się ujawnić? Wirus, o którym mówimy, lokuje się w komórkach układu nerwowego, zwojach przy-kręgosłupowych czy zwojach nerwów czaszkowych 1 jest tam nieśmiertelny. Nie wiąże się z jądrem komórek, ale czeka sobie spokojnie, aby się reaktywować. To nie musi być moment ciężkich zaburzeń odporności, dlatego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy ani w jakim miejscu dojdzie do ujawnienia się drugiego oblicza zakażenia tym wirusem. A właśnie od tego miejsca zależy poziom złośliwości choroby. Drogą nerwów czuciowych, w których pierwotnie przetrwał, półpasiec wędruje w naszym ciele do skóry i objawia się w postaci rumienią, wysypki pęcherzykowej czy owrzodzenia. Czy to prawda, że dopiero wtedy można go bez żadnych wątpliwości bardzo łatwo rozpoznać? No cóż, to wszystko się zgadza. Po prostu występuje po jednej stronie ciała w postaci zgrupowanych, zlewających się pęcherzyków, na rumieniowym podłożu. Tak to wygląda. Leszek Szenborn: - Nie da się przewidzieć, kiedy zaatakuje nas półpasiec. Ani kiedy, ani w jakim miejscu to zrobi Powróćmy jeszcze do przeprowadzonych dotychczas badań. Z nich wynika, że ryzyko zachorowania wzrasta gwałtownie po 50. roku życia. Dlaczego? Rzeczywiście tak jest, choć półpasiec zdarza się też u tych dzieci, które zakażenie wirusem ospy wietrznej przebyły w życiu płodowym albo we wczesnym dzieciństwie. Natomiast cztery z pięciu wszystkich przypadków półpaśca - we wszystkich krajach świata i niezależnie od rasy - to właśnie ludzie po pięćdziesiątce. Szczególnie w tych krajach o wyższej przeżywalności. Czy możemy powiedzieć, od czego zależy intensywność tej choroby? Czy to wciąż jest dla nas swego rodzaju tajemnicą? Z reguły tego nie wiemy. Ale to nie oznacza, że jesteśmy zupełnie bezsilni. Natomiast możemy podejrzewać, bardzo ciężki przebieg półpaśca u osób z zaburzoną odpornością komórkową. To są na przykład pacjenci zakażeni wirusem HIV czy po przeszczepach. Jednak, 0 ciężkości półpaśca stanowi nie tylko samo zakażenie 1 wysypka, ale też jego lokalizacja. I tak: jeśli ulokuje się on na nodze i nie występują nerwobóle, to nie jest on tak wielkim problemem jak półpasiec na głowie. Chodzi szczególnie o postać oczną czy uszną, które nie dość, że powodują ból i nas okaleczają, to jeszcze na dodatek trwale oszpecają. Ten ból towarzyszy w zaostrzeniu choroby, jak i bardzo często długo po zakażeniu. Mamy trzy fazy bólu związanego z półpaścem. Pierwsza to wspomniana przeze mnie przeczulica. Druga faza to bardzo dotkliwy ból ostry, który utrzymuje się około miesiąca. I trzecia faza - neu-ralgia popółpaścowa, rozpoznawana w sytuacji, gdy ból ten utrzymuje się powyżej 90 dni. Zdarzają się też rzadkie powikłania, w postaci zapalenia naczyń. Jeżeli do nich dochodzi w ośrodkowym układzie nerwowym, to efektem może być udar. Przed nami bardzo ważne pytanie. Czy chory może zarażać? Niestety, tak. To jest przecież osoba, która aktywnie wydala wirusy. W przypadku półpaśca ta zaraźliwość jest ograniczona i związana z lokalizacją. Jeśli jest on na oku lub na śluzówkach jamy ustnej, to będzie bardziej zaraźliwy od tego zlokalizowanego pod ubraniem. Przed półpaścem możemy się łatwo chronić. Tak, ale tę możliwość mamy dopiero od niedawna. Dostępna jest tak zwana szczepionka zabita, która może być stosowana nawet u osób z wysokim ryzykiem wystąpienia półpaśca, czyli u tych z chorobami współistniejącymi i z zaburzoną odpornością. Badania potwierdzają, że jest ona bezpieczna i pozostawia odporność na dłuższy czas. Aby uzyskać optymalną ochronę, trzeba koniecznie przyjąć dwie dawki tej szczepionki. W Polsce rekomendujemy je wszystkim osobom po 50. roku życia oraz tym, które skończyły 18 lat i są obarczone dodatkowymi czynnikami ryzyka. Szczepionkę należy proponować pacjentom poradni onkologicznych, po przeszczepach, chorym z wirusem HIV i z tak zwanymi chorobami reumatologicznymi. Szczepionka nie nadaje się niestety do profilaktyki ospy wietrznej. ŹRÓDŁO: STOWARZYSZENIE DZIENNIKARZE DLA ZDROWIA KALENDARIUM 19 MAJA URODZILI SIĘ 1910 Władysław Szczepaniak, piłkarz, obrońca, symbol Polonii - z warszawskim klubem był związany przez całą karierę. W reprezentacji Polski debiutował w 1930 r. w meczu ze Szwecją, ostatnie spotkanie rozegrał już po wojnie, w 1947 r. Łącznie w biało-czerwonych barwach rozegrał 34 mecze, wielokrotnie pełniąc funkcję kapitana, także w historycznym spotkaniu z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 r., przegranym przez Polaków po dogrywce 5:6. 1925 Malcolm X, jeden z przywódców ruchu afroamerykań-słaego w Stanach Zjednoczonych. Zginął 21 lutego 1965 r. podczas wiecu w Harlemie, na którym miał przedstawić status Organizacji Jedności Afroamerykańskiej. ZMARLI 1480 Jan Długosz, historyk, kanonik krakowski. Jest autorem opisującego historię Polski 12-tomowego dzieła „Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego". 1912 Bolesław Prus, właściwe nazwisko Aleksander Głowacki -pisarz i publicysta okresu pozytywizmu. Jest między innymi autorem powieści: „Placówka", „Lalka", „Faraon", „Anielka", „Emancypantki". 1935 W wypadku motocyklowym zginął Thomas Edward La-wrence, znany, jako Lawrence z Arabii, orientalista, pisarz, agent wywiadu brytyjskiego i realizator polityki brytyjskiej na Bliskim Wschodzie w czasie I wojny światowej. 1965 Maria Dąbrowska, pisarka, eseistka, dramatopisarka, tłumaczka literatury duńskiej, angielskiej i rosyjskiej. Jest między innymi autorką „Nocy i dni", „Dzienników" oraz zbiorów opowiadań: „Marcin Kozera", "Znaki życia". 1997 Teresa Tuszyńska, aktorka -grała jako amatorka, mimo to do historii polskiego kina lat 60. XX w. przeszły jej role w filmach: „Dowidzenia, do jutra", „Tarpany", „Rozwodów nie będzie", „Praskie noce", „Kto wierzy wbociany", „Cała naprzód". ZŁOWIONE W SIECI ZDJĘCIE TYGODNIA , Wwi, W tym tygodniu przez tunel pod Świną testowo przejeżdżały karetki pogotowia. Na budowie trwają też ostatnie prace wykończeniowe. Były już próby zadymiania i rozpalania ognia, aby sprawdzić systemy wentylacyjne i przeciwpożarowe, teraz tunel mogli przetestować ratownicy medyczni z pogotowia ratunkowego w Świnoujściu i Międzyzdrojach. Sprawdzali m.in. czas przejazdu przez tunel, ale także możliwości zrobienia korytarza życia Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 REKLAMA • 3 & : . ^ KHH ji ■ Ą ~ Ą WmK: <&> " m 90' . zmieniacie 4 • WYDARZENIA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Maluch+ to dużo więcej miejsc w żłobkach, a samorządy chętnie sięgają po pieniądze Wojciech Lesner Region Blisko 380 milionów złotych trafi do pomorskiego na utworzenie ponad 7000 miejsc opieki w żłobkach i klubach dziecięcych. Fundusze pochodzą z rządowego programu. Z dofinansowania skorzystają również gminy z regionu słupskiego. Wnioski o dofinansowanie z programu składać mogły gminy, ale też podmioty prywatne. Nadrzędnym celem rządowego przedsięwzięcia jest likwidacja tzw. białych plam, czyli gmin, w których do tej pory nie funkcjonowały miejsca opieki dla dzieci do lat trzech. W latach 2016-2021, czyli od początku istnienia programu udało się utworzyć łącznie 7693 nowe miejsca opieki w żłobkach, klubach dziecięcych i u dziennych opiekunów. Dzięki kolejnej edycji programu tę liczbę uda się nie- * i o- ; ■ Mi a II] • 'W/7/'; ■ W Żłobku nr 1 przy ul. Andersa w Słupsku dzięki dofinansowaniu z programu Maluch+ utworzone zostaną 72 dodatkowe miejsca dla dzieci mai podwoić (jej budżet to pięć i pół miliarda złotych). - Poprzez programy społeczne takie jak Maluch+ inwestujemy w polskie rodziny, pomagając im w łączeniu życia zawodowego z rodzinnym i ułatwiając wychowanie dziecka. Wymazujemy miejsca na mapie, gdzie nie ma dostępu do miejsc opieki nad małymi dziećmi - powiedział wojewoda pomorski Dariusz Drelich podczas konferencji prasowej poświęconej rozstrzygnięciom w kolejnej edycji programu. Pieniądze przeznaczone na realizację założeń programu trafią już po raz ko- lejny również do samorządów z regionu. Słupsk ma otrzymać około trzech milionów złotych na stworzenie i kilkuletnie utrzymanie dodatkowych 72 miejsc opieki dla dzieci w Żłobku nr l przy ul. Andersa. Ttym samym, liczba miejsc w tej placówce zwiększy się do 177. - Słupsk jest na etapie składania oświadczenia o przyjęciu dofinansowania - poinformowała „Głos" Monika Rapa-cewicz ze słupskiego ratusza. W ramach poprzednich edycji programu „Maluch+" w Słupsku były tworzone już dodatkowe miejsca w żłobkach. W 2016 r. dofinansowanie pomogło na utworzenie dziesięciu miejsc w Żłobku nr 3 przy ul. Łukasiewicza, w 2018 r. za otrzymane środki zwiększona została o 30 liczba miejsc w Żłobku nr l i Żłobku nr 3. W 2019 r. przybyło 40 miejsc w Żłobku nr 2 przy al. 3 Maja. Oświadczenie o przyjęciu dofinansowania złożyła już gmina Dębnica Kaszubska. Do samorządu trafią ponad-trzy miliony złotych. Taka kwota pomoże w sfinansowaniu budowy żłobka przy Zespole Szkolno-Przedszkol-nym w Dębnicy Kaszubskiej i stworzeniu w nim aż 80 miejsc opieki dla dzieci. To będzie ważna inwestycja dla gminy, bowiem jest ona jedną z owych „białych plam" na mapie Polski. Samorząd planuje uruchomienie żłobka w 2026 r. i zakłada, że liczba miejsc dla najmłodszych zaspokoi potrzeby mieszkańców gminy. „Maluch+" ma szansę być realizowany także w gminie 'Kobylnica. Przyznane samorządowi dofinansowanie pozwoli na utworzenie 32 miejsc opieki dla dzieci do lat trzech. - Gmina nie prowadzi placówek żłobkowych. Analizujemy nasze możliwości utworzenia żłobka na naszym terenie w ramach programu „Ma-luch+" - przekazała „Głosowi" Iga Bekiesza, kierownik Działu Oświaty i Sportu w Centrum Usług Wspólnych w Kobylnicy. - Z poprzednich edycji programu „Maluch+" dofinansowanie na nowe miejsca dla dzieci uzyskał niepubliczny żłobek Kraina Malucha w Bolesławicach. Dofinansowanie z programu „Maluch+" zostało przyznane również gminie Ustka na utworzenie 30 miejsc w żłobku i gminie Kępice (16 miejsc). ©® Wrak nareszcie zniknął sprzed komisariatu Sylwia Lis Region Kilkanaście dni pod oknami policjantów z Miastka stał zniszczony samochód dostawczy. Okoliczni mieszkańcy skarżyli się. że wrak stał się miejscem spotkań przy alkoholu i regularnych imprez. Co na to stróże pra-wa i porządku? Kilka dni temu mieszkańcy Miastka zaalarmowali „Głos", że we wraku samochodu dostawczego, który stał w pobliżu komisariatu policji, odbywały się młodzieżowe imprezy. - Co tam się działo to wołało o pomstę do nieba - twierdziła nasza czytelniczka. Sytuacji sprzyjał fakt, że w pobliżu budowany jest ska-tepark, co przyciąga młodych. Czytelniczka była bardzo zbulwersowana, że rozbity samochód stał tuż pod oknami komisariatu. - Policjanci na- prawdę nie widzą, co się w nim dzieje - pytała? Zainteresowaliśmy się sprawą, ale dopiero po kilku dniach otrzymaliśmy odpowiedź z Komendy Powiatowej Policji w Bytowie, której podlega komisariat w Miastku. Nasza interwencja okazała się skuteczna. - Policjanci podczas codziennej służby kontrolują teren budowy skateparku i w razie uzasadnionej potrzeby legitymują przebywające tam osoby - wyjaśnia Dawid Łaszcz z bytowskiej KPP. -Rozbity pojazd był na terenie budowy, został już usunięty przez właściciela. Dodatkowo w ramach własnych spostrzeżeń mundurowi zawniosko-wali do zarządcy terenu Urzędu Miejskiego w Miastku o uzupełnienie tabliczek ostrzegawczych dotyczących prowadzonych prac budowlanych oraz o ogrodzenie terenu przed dostępem osób postronnych. ©® Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 16 maja 2023 r. odszedł w wieku 68 lat Śtp Piotr Wójcik Ceremonia pogrzebowa odbędzie się 20 maja 2023 r. na Starym Cmentarzu. Wystawienie o godz. 11.20, wyprowadzenie o godz. 11.50. Msza żałobna odprawiona zostanie w dniu pogrzebu w kościele pw. Najświętszego Serca jezusowego o godz. 730. Pogrążona w smutku Żona z dziećmi 13 maja 2023 r. odeszła w wieku 99 lat śtp Teresa Senko Nasza Kochana Mama i Babcia Całe Jej życie było świadectwem dobroci i miłości do drugiego człowieka. Msza św. żałobna odprawiona zostanie 20 maja 2023 r. o godz. 8.00 w kościele św. Faustyny w Słupsku. Ceremonia pogrzebowa rozpocznie się o godz. 13.30 na Starym Cmentarzu w Słupsku. Maryla, Jola, Janusz i Rodzina Wrak samochodu dostawczego był przez kilkanaście dni miejscem młodzieżowych imprez Szczere wyrazy współczucia i żalu oraz słowa wsparcia Aleksandrze Wiczkowskiej z powodu śmierci Taty składa Wójt Gminy Kobylnica wraz z pracownikami Urzędu Gminy Kobylnica Nekrologi zamówisz tutaj: Słupsk, ul. Henryka Pobożnego 19, 59 848 81 03 reklama.slupsk@polskapress.pl REKLAMA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 REKLAMA • 5 0010811041 ■i. i -g:|| ■y.y^ri ; ^ -"V:' : ' i; 'V ' " : ■■';kv' ;: -v... ■ . . l - i H.i :: : , \ ■ :qC .;ó' ■ ł 1 .... - : . inwestujemy w czystq i taniq BM1 ^Plk MMI JtftM Hi MNW mumtumk Ł mm*, jmum sam*. iifflMTIliMI tBff HfHi 11 fili ■ ■ energię z matecjo atomu 6 • WYDARZENIA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Czekamy na zapisy małych rowerzystów Alek Radomski Słupsk Za niecały miesiąc odbędą się Dziecięce Zawody Ro-werkowe „Głosu". Zapisy trwają, czekamy na zawodników. 10 czerwca odbędą się 49. Dziecięce Zawody Rowerkowe „Głosu Pomorza". Trwają zapisy. Warto się spieszyć, bo liczba miejsc jest ograniczona. Podobnie jak w poprzednich odsłonach czekamy na młodych i nieco starszych kolarzy. Zapraszamy dzieci z roczników 2019-2020, które na bieżni stadionu zmierzą się na dystansie 40 m. O 20 metrów więcej do pokonania będą mieć 5 i 6-latkowie, czyli dzieci z rocznika 2017-2018. Z kolei sto metrów rowerowego sprintu przygotowaliśmy dla 7 i 8-latków. Na 200 metrach sprawdzą się 9-latko-wie z rocznika 2014. Koszt wpisowego to 12 zł. Zapisy trwają do 7 czerwca. Dzieci można zgłaszać w Biurze Ogłoszeń „Głosu Pomorza" w siedzibie naszej redakcji przy ul. H. Pobożnego 19 oraz na portalu Kupbilecik.pl Impreza na stadionie przy ul. Madalińskiego rozpocznie się o godz. 10, ale wydawanie numerów startowych rozpoczniemy godzinę wcześniej. Co ważne, każdy młody zawodnik musi mieć ze sobą kask. Prosimy zabrać ze sobą wydrukowany bilet lub mieć go w formie elektronicznej, tylko na tej podstawie zostanie wydany numerek startowy. Nie ma możliwości zapisania dzieci w dniu zawodów. ©® Burmistrz Miastka stosownie do art. 35 ust. 1 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 roku o gospodarce nieruchomościami (t.j. Dz. U. z 2023 r., poz.344 ze zm.) informuje, że na tablicach ogłoszeń tut. urzędu oraz na stronie http:/ www.bip.miastko.pl/ zamieszczone zostały na okres 21 dni wykazy nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży w drodze przetargu: -obręb DRETYŃ, działki numer: 157/5, 157/6 i 157/7 - WGNiC)Ś.6840.3.6.202.SS, - obręb ŚWIERZNO, działka numer 164. Tu będą wiatraki Bogna Skarul Pomorze Na przełomie2024i2025 w porcie Świnoujście rozpocznie pracę pierwszy w Polsce i jeden z najnowocześniejszych w Europie terminali instalacyjnych dla morskich farm wiatrowych. -13 października2022 roku PKN Orlen podpisał umowę z Zarządem Morskich Portów Szczecin i Świnoujście na budowę tego portu - przypomniał wczoraj w Świnoujściu wiceminister infrastruktury Marek Gr óbarczyk. - A już dziś rozpoczynamy prace. Pamiętam, że niektórzy nie wierzyli, że nam ten projekt się uda, a proszę, trwają roboty rozbiórkowe. Myślę, że za parę miesięcy będziemy mogli się spotkać na odbiorze inwestycji. Terminal instalacyjny w Świ-noujściu powstaje na terenach należących wcześniej do Morskiej Stoczni Remontowej Gry-fia. Ma służyć budowie morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Będzie jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie. montowane i stąd popłyną na Bałtyk Budowa terminalu składa się z dwóch osobnych inwestycji -części hydrotechnicznej, za którą odpowiadaZarząd MorskichPo-rtów Szczecin i Świnoujście i części lądowej, realizowanej przez Orlen Neptun. - Budowa nabrzeży, każde 0 długości 250 metrów, należy do ZMPSiŚ - mówił KrzysztofUr-baś, prezes ZMPSiŚ. -Ichnośność musi sięgać nawet do 50 ton na metr kwadratowy. Ładunki, jakie będą obsługiwane w tym porcie, wymagają takich wielkich parametrów. To ogromnabudo-wa, bo przypomnę, że standardowo nośność takiego nabrzeża wynosi do około pięć ton na metr kwadratowy. Ale nabrzeża te u-możliwią operowanie największym dostępnym w tej chwili specjalistycznym statkom przeznaczonym do instalacji najnowocześniejszych turbin o mocy jednostkowej 15 megawatów 1 większych. Terminal, zgodnie z założeniami, posłuży w pierwszej kolejności do instalacji komponentów morskiej farmy wiatrowej BalticPower, a następnie do realizacji kolejnych inwestycji na Bałtyku. Port w Świnoujściu, z u- wagi na swojąlokalizację,będzie mógł oferować obsługę nie tylko polskich inwestycji, ale również zagranicznych (np. prowadzonych na wodach niemieckich, szwedzkich i duńskich). - Terminal instalacyjny, to inwestycja niezbędna dla rozwijania się w Polsce morskich farm wiatrowych - podkreślała wiceminister klimatu i środowiska Małgorzata Golińska. - W tej chwili naszym zadaniem jest szczególna dbałość o bezpieczeństwo energetyczne. Jednak bez alternatywnych źródeł energii, uzyskanie go nie jest możliwe, dlatego tak ważne dla nas są farmy wiatrowe. Inwestorzy podkreślają błyskawiczne tempo prac. - Umowę z grupą PKN Orlen podpisaliśmy 13 października, ajuż 14 października rozpoczęliśmy prace przy tej inwestycji -powiedział Urbaś. - Projekt ma być w pełni gotowy jeszcze w tym miesiącu, tak abyśmy mogli na przełomie maja i czerwca ogłosić przetarg na wykonawcę. Jeśli chodzi o finansowanie, to wszystkie dokumenty zostały już złożone do specjalnego europej -skiego funduszu inwestycyjnego, a cały projekt zdobył najwyższą ocenę zarówno od strony Unii Europejskiej, jakipolsłach inwestorów. Prezes zdradził też, że wartość tej inwestycji jeszcze rok temu wynosiła około 400 min zł, ale dziś, gdy stal jest tańsza, wydatki na budowę portu wraz z działką wyniosą 320 min zł. - Ale to wszystko może się zmienić - zastrzegł. - Finalna cena zostanie umieszczona w przetargu na budowę. Zakończenie przetargu planowane jest na październik, a wykonawca na budowę części hydrologicznej powinien wejść w listopadzie 2023 roku. - Zakończenie budowy portu planowane jest na przełom roku 2024 i 2025, ale będziemy starali się, aby port oddać już w 2024 r. - obiecał Urbaś. - Terminal instalacyjny w Świnoujściu idealnie wpisuje się w łańcuch dostaw zielonej energii dla Orlenu - zaznaczył Jarosław Trybuchowicz, prezes zarządu Orlen Neptun, który jest inwestorem. - Chcemy, aby Świnoujście stało się takim hu-bemoffshore'owym dla całego kraju.©® OFERTA DLA DZIECI OD 7 D012 LAT PÓŁKOLO PROGRAM: SZALEŃSTWO NA BASENIE - WARSZTATY KULINARNE • WYCIECZKA POCIĄGIEM DO USTKI • ZABAWY ORAZ OGNISKO W LEŚNYM KOCIE GRY I ZABAWY NA ŚWIEŻYM POWIETRZU • ZABAWY NA DMUCHANYM PLACU ZABAW • WYŻYWIENIE (śniadanie, obiad, podwieczorek) 9 TURNUSÓW TYGODNIOWYCH od 3 lipca do 26 sierpnia 2023 (zapewniamy opiekę od 7:45 d016:00) polkolonie@trzyfale.slupsk.pl* w recepcji Trzech Fal • osobiście telefonicznie pod nr tel. 88/808822 750 zł za osobę 700 zł za osobę (więcej niż 1 turnus, rodzeństwo, ze Słupską Kartą Mieszkańca) V więcej szczegółów: www.trzyfale.slupsk.pl Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 MOŻE NASZE MORZE • 7 Groźna machina wojenna na dnie oprać. Alek Radomski A to ciekawe Gribshunden to liczący ponad pięćset lat wrak, który spoczywa w wodach Morza Bałtyckiego. Tym uzbrojonym po zęby statkiem pływał król Danii Jan Oldenburg. Naukowcy twierdzą, że zatopiony w 1495 roku okręt wojenny Gribshunden był niezwykle groźną machiną wojenną. Wyposażony był w aż 90 potężnych dział, a kadłub miał być silnie opancerzony, niczym forteca. Górny pokład i dziób miały być tak przystosowane, aby żołnierze mogli wspierać artylerzy-stówwbitwach morskich. Sprawiało to, że ten mający około 35 metrów długości okręt mógł wzbudzać postrach wśród przeciwników. Dlaczego trafił na dno Bałtyku? Jeden ze scenariuszy zakłada, iż pożar doprowadził do eksplozji prochu składowanego pod pokładem. W efekcie statek bardzo szybko zatonął. Wrak udało się zlokalizować w pobliżu Ronneby w latach 70. ubiegłego wieku - spoczywał Gribshunden to jeden z najstarszych wraków okrętów wojennych na Bałtyku on na głębokości około dziesięciu metrów i został zidentyfikowany w 2013 roku. Dwa lata później wydobyto kilka artefaktów, między innymi figury przypominające smoka. Ekspe- dycje nurków umożliwiły wy- golfowym. krycie kolejnych przedmiotów, takich jak działa, kusze i pancerze. Badania stwierdziły, ze armaty np. wystrzeliwały stosunkowo niewielkie pociski, wielkością odpowiadające piłkom Stanowisko z wrakiem XV-wiecznego okrętu okazało się niezwykle interesujące i bogate w odkrycia. Na przestrzeni lat archeolodzy podjęli na powierzchnię, zabezpieczyli i tym samym uratowali wiele zabytków. Wśród najnowszych znalezisk znajduje się 3097 pozostałości 40 gatunków roślin. Co więcej, wszystkie je odzyskano na obszarze zaledwie metra kwadratowego w rufowej części wraku. Wśród zi- dentyfikowanych smakołyków znalazły się m.in. owoce - maliny i jeżyny, warzywa, w tym ogórki oraz orzechy i nasiona. Nie zabrakło również wielu orientalnych przypraw m.in. imbiru, czarnego pieprzu, goździków i szafranu. Badacze przyznali, że ich odkrycie jest jedynym znanym w archeologii przykładem kompletnej królewskiej średniowiecznej spiżarni. Po raz kolejny Morze Bałtyckie pokazało, jak unikalnym jest akwenem w skali świata. Wyjątkowe warunki panujące pod jego powierzchnią pozwoliły zachować materię organiczną przez 528 lat. Podobna sytuacja nie byłaby możliwa ani na powierzchni, ani w żadnym z ciepłych mórz. Ponadto stwierdzono, że specyficzna technika szkutnicza okrętu Gribshunden została importowana z krajów śródziemnomorskich. Chodzi głównie o sposób łączenia desek na krawędzi kadłuba. Gribshunden mógł dzięki temu transportować dużo cięższy ładunek nawet w trudnych warunkach. ©® ARTYKUŁ REKLAMOWY Odkryto cząsteczki młodości! redukujące zmarszczki A Polecana kuracja cząsteczkami młodości podbija serca i... twarze Polek! Badania potwierdziły, że po 2 tygodniach stosowania kremu -IN- z cząsteczkami młodości skóra jest bardziej jędrna, elastyczna i z mniejszą ilością zmarszczek. Nareszcie z przyjemnością patrzę w lustro Wiele lat prowadziłam znany gabinet kosmetyczny „Centrum Urody" więc kosme-tologię znam od podszewki. Ostatnio na spotkaniu klasowym „po latach" spotkałam moją koleżankę Annę. Wyglądała dalej prawie tak pięknie, jak na wspólnym zdjęciu maturalnym. Jak ona to robi pomyślałam. Jaki jest jej sekret? Anna opowiedziała mi o niedawno odkrytych cząsteczkach młodości oraz o nowej generacji kremie na zmarszczki. Cząsteczki młodości pobudzają produkcję naturalnego kolagenu, elastyny i kwasu hialuronowego w skórze. Dzięki nim skóra jest młodzieńcza, napięta i nie powstają na niej nowe zmarszczki. Dla mnie, jako doświadczonej kosmetolog to wspaniały skład i może zastąpić obstrzykiwanie skóry twarzy. Zamówiłam krem w aptece i natychmiast, gdy otrzymałam piękne pudełeczko, nałożyłam go sobie na twarz. Szybko i przyjemnie się wchłonął, pozostawiając po sobie uczucie świeżości. Skóra prawie od razu napięła się, a po dwóch tygodniach stosowania kremu nastąpił efekt podobny do liftingu. Aż nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście! Co rano patrzę w lustro z nowym optymizmem widząc swoją odmładzającą się cerę i wygląd. - Elżbieta, kosmetolog W odpowiedzi na aktualne potrzeby Pań w znanych laboratoriach kosmetologicznych powstały nowatorskie koncepcje składu i działania kremów do twarzy. Efektem badań laboratoryjnych jest wyodrębnienie biochemicznych składników zwanych cząsteczkami młodości. Nowatorski krem IV generacji •IN- z cząsteczkami młodości działa jak łagodny botoks, kolagen i elastyna razem wzięte. Cząsteczki młodości działają bezpośrednio na mechanizm powstawania zmarszczek, napinają skórę i ograniczają powstawanie nowych zmarszczek. Tego mi było trzeba! Mam na imię Emilia. Wychowuję z mężem dwójkę dzieci, które już trochę podrosły. Wreszcie mogę zadbać o siebie. Wybrałam się do mojej mamy zostawić dzieciaki i wpadł mi w ręce artykuł, w którym była mowa o nowej generacji kremie odmładzającym. Tego mi było trzeba! Nie wahałam się i podekscytowana zamówiłam go telefonicznie. Krem z cząsteczkami młodości od pierwszego użycia świetnie się sprawdził. CZĄSTECZKI MŁODOŚCI k JA 1 dzień 27 dzień W 1 i 1 Moja skóra nabrała jędrności i szybko się zregenerowała. Wreszcie ponownie czuję się w pełni atrakcyjną kobietą i nawet mój mąż zauważył we mnie nowy blask. Gorąco polecam - Emilia Kożuchowicz, lat 34 i i ia w 8 • REKLAMA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 MATERIAŁ INFORMACYJNY KLIENTA Sieć energetycznych innowacji Do sieci ENERGA-OPERA-TOR przyłączonych jest już blisko 230 tysięcy mikroinstalacji. a także ponad 1400 większych odnawialnych źródeł energii (OZE), 0 mocy powyżej 50 kW. Niezwykle szybki wzrost ich liczby i mocy to ogromne wyzwanie dla energetyków oraz użytkowników sieci elektroenergetycznych. Wymaga ono nie tylko rozbudowy infrastruktury, ale także wypracowania oraz wdrażania na szeroką skalę szeregu nowych rozwiązań 1 technologii. Droga energii elektrycznej do domowych gniazdek, do niedawna, była znacznie prostsza. Prąd wytwarzany w dużych, najczęściej węglowych elektrowniach, liniami wysokiego, średniego, a na końcu niskiego napięcia trafiał do naszych domów. Obecnie, źródła wytwórcze przyłączone są do linii elektroenergetycznych w bardzo wielu miejscach. Co więcej, swoją własną przydomową elektrownię może mieć każdy z nas. Przyłączanie rosnącej liczby rozproszonych odnawialnych źródeł energii wymaga przygotowania na to sieci dystrybucyjnej. Niezbędne są zarówno inwestycje w jej rozbudowę, jak i wdrażanie rozwiązań z zakresu sieci inteligentnych pozwalających na jeszcze efektywniejsze jej wykorzystanie. Bardzo ważnym działaniem jest także tworzenie nowych mechanizmów, np. usług elastyczności, lokalnego bilansowania energii, w którym uczestniczy wiele podmiotów z rynku energii po to, aby efektywniej ją wykorzystywać. Elastyczna sieć ENERGA-OPERATOR tylko w zeszłym roku przeznaczyła na modernizację, utrzymanie i rozbudowę sieci elektroenergetycznej ponad 1,6 mld złotych. W ostatnich latach w ramach projektu Smart Grid, dokonano automatyzacji sieci średniego napięcia, dostosowując ją do standardów sieci inteligentnej na całym terenie działania ENERGA-OPERATOR. Obecnie trwa wprowadzanie nowego systemu sterowania pracą sieci dystrybucyjnej. Nowy system, dzięki automatyzacji części procesów, pozwoli na optymalne wykorzystanie energii produkowanej przez OZE. W ramach programu Horyzont 2020, ENERGA--OPERATOR współpracuje z europejskimi partnerami, budując rozwiązania zwiększające elastyczność sieci. . Choć sieć nie jest z gumy, to dzięki odpowiedniemu korzystaniu z niej, możliwe jest przyłączenie większej liczby odbiorców oraz wytwórców energii, bez konieczności jej rozbudowy. Pomysł na elastyczną sieć, w uproszczeniu, oznacza korzystanie z niej w taki sposób, aby jak najlepiej dostosować zużycie prądu do poziomu energii lokalnie produkowanej przez OZE, a także aktualnych możliwości sieci do jej przesyłania. W ramach projektów EUni-versal oraz OneNet testowa- ne są rozwiązania przypominające platformy zakupowe, dzięki którym ENERGA-OPERATOR może m.in. kupować usługi elastyczności od prosumentów. Elastyczność zakłada bowiem obopólną korzyść zarówno użytkowników sieci, jak też Operatorów Systemów Dystrybucyjnych. Ważnym elementem projektu EUniversal są opracowane wspólnie przez ENERGA-OPERATOR oraz gdański oddział Instytutu Energetyki rozwiązania dla inteligentnych stacji transformatorowych, które pozwalają na zwiększenie możliwości przyłączania mikroinstalacji. W tych stacjach zastosowano transformatory wyposażone w funkcję po-dobciążeniowej regulacji napięcia (OLTC ang. On-Load Tap Changer), co pozwala na płynne dostosowywanie jego wartości, w reakcji na zmia- ENERGA-OPERATOR, kim jesteśmy? ENERGA-OPERATOR pełni funkcję operatora systemu dystrybucyjnego (OSD) na terenie około V* powierzchni Polski, dostarczając energię elektryczną dla ponad 3 milionów odbiorców. Nie jesteśmy sprzedawcą energii elektrycznej, dostarczamy ją niczym kurier zakupiony towar. Jesteśmy też firmą „licznikową". Odpowiadamy za urządzenia pomiarowe i przekazywanie pozyskanych danych uczestnikom rynku. ny wynikające z obciążenia i ilości energii produkowanej w mikroinstalacjach foto-woltaicznych. Ciekawostką i jednocześnie nowatorskim rozwiązaniem jest to, że do optymalizacji napięć wykorzystywane są dane pomiarowe pozyskiwane dzięki licznikom zdalnego odczytu energii elektrycznej. Wprowadzanie do sieci energii z mikroinstalacji ułatwić mogą też aktywne regulatory napięcia (ALVR) w sieciach dystrybucyjnych opracowane przez polską firmę MMB Drives sp. z o.o. przy współudziale ENERGA--OPERATOR. ALVR zamieniają linie zaprojektowane jako jednokierunkowe na dwukierunkową sieć dostosowaną do inteligentnie zarządzanych usług elastyczności. Po przeprowadzonych testach ALVR jest coraz częściej stosowany w sieci nn ENERGA--OPERATOR, poprawiając współpracę z prosumentami. Nowe rozwiązania na rynku energii Aby zwiększyć elastyczność sieci, ważne jest stworzenie mechanizmów umożliwiających współpracę wszystkich użytkowników sieci, aby produkowaną energie najefektywniej wykorzystywać lokalnie. Istotną rolę w procesie takiej współpracy odgrywać mogą lokalne wspólnoty energetyczne, które będą efektywnie zarządzać generowaną na danym terenie energią, uzyskując w ten sposób znaczną samowystarczalność. ENERGA-OPERATOR bierze udział w projektach badawczo-rozwojowych współfinansowanych z programu Horizon 2020, których celem jest wypracowywanie rozwiązań dla takich społeczności. Projekty SERENE i SUSTENANCE, prowadzone wraz z innym partnerami z UE. W ich ramach w Sopocie (SUSTENACNE) oraz gminie Przywidz (SERENE), utworzone zostały obszary demonstracyjne, na których testowane są rozwiązania dot. m.in. lokalnych magazynów energii, sterowania pracą pomp ciepła, mikroinstalacji, a także elektromobilności. Obszary demonstracyjne projektów utworzone zostały także m.in. w Dani i Holandii. Liczniki zdalnego odczytu Działanie sieci elektroenergetycznej opartej o rozproszone, liczne i zróżnicowane OZE, wymagać będzie bieżącej wymiany danych, która prowadzona będzie za pośrednictwem tworzonego właśnie Centralnego Systemu Informacji Rynku Energii (CSIRE). Niezbędne do tego będą wdrażane już od wielu lat przez ENERGA-OPERATOR technologie zdalnego pomiaru. Obecnie objętych jest nim już ponad 2,2 miliona jej klientów. Do 2026 roku ENERGA-OPERATOR planuje zamontować licznik zdalnego odczytu u każdego ze swoich odbiorców. Przekazywane na bieżąco dane pomiarowe z liczników są niezbędne do zapewnienia zbilansowania systemu elektroenergetycznego. Czyli takiego zarządzania nim, aby ilość zużywanej energii dostosowana była, jak najlepiej, do ilości energii wytwarzanej w danym momencie. Taki bilans uwzględnia zarówno pracujące z różną, zależną od pogody, wydajnością OZE, jak też i działanie tradycyjnych źródeł, takich jak elektrownie gazowe czy węglowe, których pracę dzięki wykorzystaniu aktualnych danych można odpowiednio zaplanować. Informacje dostarczane dzięki zdalnemu pomiarowi umożliwią też np. bieżące monitorowanie parametrów dostarczanej energii, wprowadzenie szeregu nowych usług tj. taryfy dynamiczne, które pozwolą korzystać z prądu wtedy, kiedy jest on najtańszy. Nowa wersja Mojego Licznika Jeżeli masz licznik zdalny, wypróbuj aplikację Mój Licznik od ENERGA-OPERATOR, z której korzysta już blisko 118 tysięcy użytkowników. Ostatnio została ona zaktualizowana do nowej wersji, zawierającej ułatwienia m.in. dla prosumentów. Aplikacje znaleźć można na stronie https://energa-operator.pl/infrastruktura/liczniki--zdalnego-odczytu/ami Aplikacja dostępna jest również w wersji dla urządzeń mobilnych. Energa operator ffi ' I i ■■ i St,'"':'j:'^ Ba..- U'- -'.iypi : Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 9 POLSKA i ŚWIAT KOPENHAGA Położone strategicznie pośrodku północnego Atlantyku Wyspy Owcze wciąż współpracują z Rosją przy połowie ryb i uniezależniają się od Danii. Jednocześnie rząd po naciskach Kopenhagi przygotowuje analizę skutków ewentualnego wypowiedzenia rosyjskiej umowy. Porozumienie pozwalające rybakom z Wysp Owczych łowić dorsze na rosyjskiej części Morza Barentsa, a Rosjanom zawijać do portów, zostało przedłużone do końca2023r. 99 Rybołówstwo napędza naszej gospodarkę, daje nam możliwość odgrywania ważnej roli na północnym Atlantyku Hogni Hoydal, szef dyplomacji Wysp Owczych Zmiana zarzutów po zabójstwie Kamila z Częstochowy Politycy i najwyżsi dowódcy u prezydenta. Spotkanie w BBN także o znalezionej rakiecie Karolina Wrońska Gdańsk Szczególne okrucieństwo w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie-tak zabójstwo 8-let-niego chłopca oceniają prokuratorzy po analizie akt Rzeczniczka prasowa Prokuratury Regionalnej w Gdańsku Marzena Muklewicz poinformowała, że w niespełna tydzień po otrzymaniu akt śledztwa, dotyczącego zabójstwa 8-letniego Kamila i wykonaniu dodatkowych czynności procesowych, prowadzący śledztwo prokuratorzy z Prokuratury Regionalnej w Gdańsku ogłosili zmienione zarzuty Dawidowi B. oraz Magdalenie B. - W środę obydwoje zostali przesłuchani w charakterze podejrzanych - dodała Muklewicz. Ojczymowi chłopca Dawidowi B. zarzucono zabójstwo chłopca ze szczególnym okrucieństwem w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie poprzez m.in. polewanie go wrzącą wodą, uderzanie prysznicem i pięściami po ciele, rzucenie pokrzywdzonego na rozżarzony piec węglowy. - Skutkiem działań podejrzanego było spowodowanie u 8-letniego chłopca ciężkich obrażeń ciała, które po pozostawieniu go w stanie bezpośredniego niebezpieczeństwa utraty życia, bez udzielenia pomocy, doprowadziły do jego śmierci - powiedziała rzeczniczka prokuratury w Gdańsku. Zarzuty śledczych - podała prokuratura - obejmują również trwające od listopada 2020 roku do 3 kwietnia 2023 roku znęcanie się psychiczne i fizyczne ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim pasierbem poprzez m.in. bicie go rękoma po całym ciele, rzucanie o podłogę i meble, kopanie po ciele i głowie, przypalanie papierosami, skutkujące szeregiem obrażeń ciała doznanych przez dziecko. Jak ustalili śledczy, podejrzany dopuścił się zarzucanego mu czynu w warunkach recydywy. OUCJA Zarzuty obejmują psychiczne i fizyczne znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim pasierbem Według śledczych, podstawą do jej przyjęcia było wcześniejsze skazanie go m.in. za przestępstwo rozboju i odbycie kary łącznej dwóch lat pozbawienia wolności. Przedstawiony podejrzanemu zarzut obejmuje także dokonane w tym samym okresie znęcanie się psychiczne i fizyczne ze szczególnym okrucieństwem nad drugim pasierbem, 7-let-nim Fabianem. Jak poinformowała prokuratura, matce chłopca Magdalenie B. zarzucono pomocnictwo do zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie poprzez - pomimo ciążącego na niej obowiązku - zaniechanie działania i niepodejmowanie reakcji chroniących małoletniego przed aktami przemocy ze strony ojczyma oraz nieudzielenie pomocy skatowanemu chłopcu znajdują- Po 35 dniach walki o życie, zmarł 8-letni Kamil, skatowany pod koniec marca przez ojczyma - 27-letniego Dawida B. cemu się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, czym ułatwiła Dawidowi B. dokonanie jego zabójstwa. Obydwoje podejrzani są aresztowani na trzy miesiące. Magdalena B. ma szóstkę dzieci - dwójkę najmłodszych z obecnym mężem Dawidem B., a czwórkę pozostałych z innymi dwoma mężczyznami. Najstarsze jej dziecko ma 11 lat, a najmłodsze urodziło się w ubiegłym roku. Tragedia rozegrała się w jednopiętrowym budynku przy ul. Kosynierskiej w Częstochowie. 8 maja w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka, po 35 dniach walki o życie, zmarł 8-letni Kamil, skatowany pod koniec marca przez ojczyma - 27-letniego Dawida B. Początkowo sprawę prowadziła Prokuratura Okręgowa w Częstochowie, potem została ona przekazana do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny niezależnie od śledztwa prokuratury zdecydował się wystąpić do rzecznika dyscyplinarnego sędziów w celu wszczęcia postępowania wyjaśniającego wobec sędziów z Częstochowy i Olkusza. PAP Anna Nagel Warszawa Narada Biura Bezpieczeństwa Narodowego dotyczyła przede wszystkim lipcowego szczytu NATO w Wilnie. - Rosja musi przegrać wojnę w Ukrainie i musi zrozumieć, że zjednoczony, wolny świat jest silny i będzie się sprzeciwiał jej imperialistycznej polityce - mówił w czwartek w Warszawie prezydent Andrzej Duda. Dodał, że celem Polski powinno być zapewnienie Ukrainie wstąpienia do Unii Europejskiej i NATO. Prezydent zabrał głos podczas otwarcia dwudniowej konferencji PISM Strategie Ark 2023. Na późniejszą naradę Biura Bezpieczeństwa Narodowego zaproszono m.in. szefa MON, szefa sztabu generalnego i dowódcę operacyjnego rodzajów sił zbrojnych oraz ambasadora Polski przy NATO. Poza zbliżającym się szczytem Sojuszu rozmawiano także o rosyjskiej rakiecie, która w grudniu spadła w Zamościu pod Bydgoszczą, a przypadkowy cywil odnalazł ją w kwietniu. Celem Polski powinno być zapewnienie Ukrainie wstąpienia do Unii Europejskiej i NATO - powiedział prezydent RP - Nie ma świętych krów, jeżeli będą stwierdzone błędy, jeżeli będą stwierdzone zaniechania, to będzie wyciągnięta odpowiedzialność - powiedział jeszcze przed naradą szef BBN Jacek Siewiera, odnosząc się do całej sprawy. Siewiera podkreślił, że sprawa ta „jest absolutnie wyjątkowa i bez wątpienia ma istotny wpływ na bezpieczeństwo państwa". Ale - jak podkreślił - nie jest prosta do wyjaśnienia i wymaga spokoju po to, aby - jak mówił -bezpieczeństwo państwa wskutek pochopnych decyzji nie zostało narażone. - Jeżeli ktoś popełnił błąd, poniesie za niego odpowiedzialność, nie ma taryfy ulgowej w tym względzie - zapewnił szef BBN. PAP WYTNIJ I POKAŻ W APTECE CZĄSTECZKI MŁODOŚCI! Krem nowej generacji -IN- Nanoverse Peptide0 redukcja zmarszczek Fantastyczne właściwości Krem z cząsteczkami młodości doceniły klientki we Franci; i ; a teraz także w Polsce cząsteczki młodości = technologia MOQ22 ■ r^j Nanoverse Peptid ReSno^l Loq22 } 1 Nanoverse peptide Regeneracja skóry 'tiimoWjjgJa m0Q2+ dzień i Y Rok założenia 1998 Tylko najlepsze produkty Krem kup / zamów W APTECE sklepie zielarsko-medycznym lub tel: 61 635 08 23 " oraz na: www.asepta.pro ( waga promocja! Zadzwoń i podaj hasło promocyjne: SUPER EFEKT a otrzymasz specjalną zniżkę. Tylko dla czytelników. * ao ,c>* 10 • POLSKA I ŚWIAT ^Srza Jedna z najstarszych Biblii sprzedana w Nowym Jorku za 38 milionów dolarów Kolejna eksplozja odnotowana na okupowanym Krymie Anna Nagel Nowy Jork Nowojorski dom aukcyjny Sotheby's sprzedał Kodeks Sassoona. jeden z najstarszych i najpełniejszych egzemplarzy Biblii. Księga, która osiągnęła cenę 38 milionów dolarów, trafi do Muzeum Narodu Żydowskiego w Izraelu - poinformował portal dziennika „The Times oflsrael". Przed aukcją dzieło odbyło światowe tournee - Biblia była kolejno wystawiana w Londynie, Tel Awiwie i Los Angeles. „Istnieją trzy starożytne Biblie Hebrajskie z tego okresu" -powiedział dziennikarzom profesor Josef Ofer z Uniwersytetu Bar Han - Kodeks Sassoona, Ko- deks z Aleppo z X wieku i Kodeks Leningradzki z początku XI wieku. Tylko zwoje znad Morza Martwego i garść fragmentarycznych tekstów wczesnośredniowiecznych są starsze". Teksty zawarte w Biblii Hebrajskiej chrześcijanie nazywają Starym Testamentem. Sprzedany w środę egzemplarz powstał między 880 a 960 rokiem. Do XIII wielm przechowywano go w syryjskiej synagodze, która jednak została bezpowrotnie zniszczona. Po siedmiu stuleciach David Solomon Sassoon, znawca i kolekcjoner, dotarł do rękopisu i nabył go w 1929 roku za 350 funtów. Kodeks Sassoona jest odręcznie napisany i oprawiony w skórę. Jego 792 strony stanowią około 92 proc. pełnej treści Biblii Hebrajskiej. PAP David Solomon Sassoon, znawca i kolekcjoner, dotarł do rękopisu i nabył go w 1929 roku za 350 funtów Karolina Wrońska Kijów Linia kolejowa pod Symferopolem na Krymie po prostu nie wytrzymała i z powodu zmęczenia materiału nie będzie przez pewien czas wykorzystywana-oznajmiła iro-nicznie strona ukraińska. W godzinach porannych w czwartek rosyjskie media i kanały w sieciach społecznościo-wych poinformowały, że w pobliżu Symferopola, na linii kole-jowej Symferopol-Sewastopol, prawdopodobnie doszło do wybuchu. Według przekazywanych doniesień wykoleiło się pięć wagonów przewożących zboże. Ruch pociągów pomiędzy głównymi miastami okupowanego Krymu został tymczasowo wstrzymany. - Tą trasą transportowane są m.in. broń, amunicja, pojazdy opancerzone i inne rodzaje sprzętu wykorzystywanego podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę - po to, żeby zabijać ukraińskich cywilów i żołnierzy. (...) Infrastruktura Krymu zacznie funkcjonować w normalny, bezpieczny sposób wówczas, gdy półwysep powróci pod kontrolę Ukrainy. Dopóki znajdują się tam rosyjscy terroryści, spokoju nie będzie - zadeklarował przedstawiciel ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Andrij Jusów, cytowany przez portal Ukraińska Prawda. Poczynając od sierpnia 2022 Według przekazywanych informacji wykoleiło się pięć wagonów przewożących zboże, a ruch między miastami okupowanego Krymu został wstrzymany roku, na Krymie niemal co kilka dni odnotowywane są wybuchy. W przypadku ukraińskich ataków przy pomocy dronów rosyjska administracja za każdym razem utrzymuje, że jestto jakoby efekt działań obrony przeciwlotniczej lub skutecznego niszczenia nadlatujących bezzałogowców. W drugiej połowie marca sztab generalny ukraińskiej armii potwierdził, że siły ukraińskie przeprowadziły atak na linię kolejową wmieście Dżankoj na północy Krymu. Jak wówczas wyjaśniono, ta operacja miała na celu całkowite lub przynajmniej częściowe zniszczenie tras zaopatrzeniowych wroga w kierunku okupowanych terenów południa Ukrainy. Półwysep Krymski został zaanektowany przez Rosję w marcu 2014 roku w wyniku interwencji zbrojnej i nielegal- Infrastruktura Krymu zacznie funkcjonować w normalny, bezpieczny sposób wówczas, gdy półwysep powróci pod kontrolę Ukrainy nego referendum. Ukraina i Zachód uznały te działania Kremla za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Tymczasem w nocy ze środy na czwartek podczas ataków rakietowych Rosji armia Ukrainy zestrzeliła 29 z 30 rakiet manewrujących, odpalonych z samolotów, okrętów i systemów naziemnych przeciwnika. Siły rosyjskie zaatakowały także z okrętów na Morzu Czarnym, używając do tego rakiet typu Kałibr oraz z naziemnych systemów rakietowych z wykorzystaniem rakiet Iskander-K -przekazano. PAP Mołdawia ma problem, czyli agent Rosji w prozachodnim rządzie Grzegorz Kuczyński Kiszyniów Najbiedniejszy region Europy potwierdził swoje przywiązanie do Rosji. Wynik wy-borów baszkana, czyli szefa administracji autonomicznej Gagauzji oznacza poważne kłopoty dla władz Mołdawii Ostatnie kilka dni to kolejna już w ostatnim roku polityczna burza w Mołdawii. Nałożyło się na to kilka wydarzeń: wybory szefa autonomii Gagauzji, operacyjne działania służb mogące storpedować wynik głosowania, wreszcie toczący się przed Sądem Konstytucyjnym proces o delegalizację Partii §or, której kandydatka wygrała wybory w Gagauzji. Zgodnie z konstytucją Mołdawii, baszkan Gagauzji automatycznie staje się członkiem rządu w Kiszyniowie. Prezydent Maia Sandu i związany z nią pro- zachodni rząd nie zamierzają jednak dopuścić do tego, żeby w samym sercu państwa znalazła się osoba z partii kierowanej przez agenta FSB, która chce nawiązać faktycznie relacje Gagauzji z Rosją niezależnie od Mołdawii. To może zapowiadać powrót pomysłu raepodległości regionu, czemu przyklaśnie Moskwa. 37-letnia Jewgienia Gucul wygrała 14 maja w drugiej turze wyborów lokalnych. Otrzymała 27 376 głosów (52 proc.). Jej rywal, niezależny kandydat 36-letni Grigor Uzun, wspierany przez Partię Socjalistów, otrzymał 24 913 głosów (48 proc.). Był to wybór między dwojgiem pro-rosyjskichkandydatów. W czym nie ma nic zaskakującego, ponieważ sami Gagauzi są w swej ogromnej większości prorosyj-scy. Zresztą, już w pierwszej turze, 30 kwietnia, cała ósemka kandydatów była prorosyjska (choć też dlatego, że rządząca Na każdym kroku kandydatka Partii Sor na baszkana Gagauzji podkreślała swoją podległość liderowi partii w Mołdawii prozachodnia partia PAS nie wystawiła kandydata). Gucul deklaruje chęć pogłębienia przyjaźni z Rosją. - Jesteśmy partią prorosyj-ską. Chcemy pogłębionej współpracy z Federacją Rosyjską, przyjaźni z innymi krajami - mówiła otwarcie do dziennikarzy w stolicy regionu Komrat. Gucul chce nawet otwarcia „biura łącznikowego Gagauzji" w Moskwie. Dzień po ogłoszeniu wyników, funkcjonariusze Narodo- wego Centrum Antykorupcyj-nego (CNA) wkroczyli do biur Centralnej Komisji Wyborczej w Gagauzji, zbierając listy wyborców, którzy głosowali na Gucul. CNA twierdzi, że znalazło tam nazwiska osób, które mieszkają poza krajem oraz już nieżyjących. Przedstawicieli CKW wezwano na przesłuchania w Ca-hul, największym mieście południowej Mołdawii. Wydaje się, że rząd mołdawski będzie starał się doprowadzić do unieważnienia wyborów, argumentując to poważnymi nieprawidłowościami. Drugi sposób, pośredni, to uderzenie wpartię, której kandydatką była Gucul. Natychmiast po akcji CNA, deputowani Ludowego Zgromadzenia Gagauzji, lokalnego parlamentu, zebrali się na nadzwyczajnej sesji i zatwierdzili formalnie zwycięstwo kandydatki Partii §or w wyborach baszkana. Niedawną rywalkę poparł Uzun, potępiając działania władz centralnych. Działania władz w Kiszyniowie zaatakował Han §or -co ciekawe, oprócz mediów spo-łecznościowych, w rosyjskiej telewizji Rossija-24. Położona na południu Mołdawii autonomia Gagauska to najbiedniejszy regionkraju. Zajmuje ok. 5 proc. terytorium Mołdawii, jest zamieszkany przez ok. 140 tys. ludzi, w większości Gagauzów, czyli ludność pochodzenia tureckiego, dogłębnie zrusyfikowaną, wyznającą prawosławie, tradycyjnie promo-skiewską. 90 proc. mieszkańców regionu nie chce wejścia Mołdawii do UE. Ostatnio Gagauzi zażądali na stałe pięciu miejsc wparlamencie Mołdawii i większej autonomii podatkowej. Przed wyborami w Gagauzji prezydent Mołdawii oskarżyła Rosję o ingerencję w nie za pośrednictwem swoich agentów i polityków. KOSZALIN / SŁUPSK / SZCZECIN 9 tygodnik f Regionów Piątek, 19.05.2023 LUDZIE I MEDYCYNA ROZMOWA IWŁAM DO HISTORII HISTORIA PRL-U Ponad 1000 przeszczepów Rafał Janus mówi, jak I Poszukiwacze wraków I Kto padł, przegrywał. Kto wątroby - to konto szpitala | kierować szkołą, by była tak I na tropie legendarnego chociaż ręką ruszał, miał przy Arkońskiej str. 12 i dobra, jak LO Dubois str. 15 IORP „Orzeł" str. 18-19 I szansę na trofeum str. 20 « Magiczna siódemka pana Zbigniewa. 70 lat, 7 maratonów, 7 kontynentów Tylko trzech biegów brakuje Zbigniewowi Szkudlarkowi do zdobycia Korony Maratonów Świata. Nosi ją obecnie tylko 530 biegaczy, w tym 17 Polaków str. 16-17 12 • LUDZIE! MEDYCYNA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Panu Pawłowi dawano trzy tygodnie życia. Minęły 22 lata. Ma się świetnie Leszek Wójcik Szczecin Pan Paweł nie umaił, bo wątroba od zmarłej kobiety dotarła na czas. To była druga tego typu operaq'a w szpitalu wojewódzkim. Pan Paweł jest więc Numerem Dwa. - Z organem tej kobiety żyję już 22 lata-mówi. Kiedy Pawłowi Pajączkow-skiemu życie wywróciło się do góry nogami, mieszkał w Gryfinie i pracował w Elektrowni Dolna Odra. - Byłem zdrowy, to znaczy tak się czułem - opowiada. -I nagle, na rybach, zwymiotowałem krwią. Tak to się zaczęło. Historia Numeru Dwa Najpierw były nietrafione diagnozy, podejrzenie wrzodu żołądka i długie leczenie, które nie przyniosło spodziewanych rezultatów. W końcu poszedł do drugiego lekarza, który nie miał wątpliwości: marskość wątroby. Jedyna szansa: przeszczep. Pan Paweł, obecnie 58-la-tek, do dzisiaj pamięta emocje, które towarzyszyły mu w oczekiwaniu na organ. - Przeżyłem straszne chwile - przyznaje. - Lekarze mówili, że mam przed sobą zaledwie trzy tygodnie życia. Na szczęście ich diagnoza się nie sprawdziła. Przeszczep wątroby wykonano 5 lutego 2001 r. w szpitalu przy ul. Arkońskiej w Szczecinie. Transplantacji dokonał dr Roman Kostyrka. Z lewej pan Paweł (Numer Dwa), obok pan Marcin (Numer Tysiąc) - Od tego czasu minęły już 22 lata. I całkowicie się zmieniłem - mówi Paweł Pajączkow-ski, który zapisał się w historii szpitala przy Arkońskiej jako drugi pacjent z przeszczepioną wątrobą. - Mam świadomość, że jest we mnie cząstka innej osoby. I że nie jestem już tym samym człowiekiem, co byłem - kontynuuje pan Paweł. Często chodzę na potańcówki -uwielbiam tańczyć, choć wcześniej nie sprawiało mi to przyjemności. Czuję się bardzo dobrze. Lekarze i ta młoda kobieta, której wątrobę mam w sobie, podarowali mi drugie życie. Nie ma dnia, abym o tej dziewczynie nie myślał. Sprawy ostateczne O roli dawców i ich rodzinach pamięta również dyrektor szpitala, Małgorzata Usielska. - Nie wolno zapominać o tragediach tych ludzi. Pogrążonych w bólu po stracie najbliższych osób, których organy wszczepiamy podczas transplantacji - twierdzi. - Na wykorzystanie narządów ich bliskich zgodzili się z miłości do drugiego człowieka. Należy przed nimi chylić czoła. Bez nich nie byłoby tego tysiąca przeszczepów. Tysiącu osobom nie udałoby się uratować życia. Bo przeszczep to ostateczność. - Ostatnia szansa - podkreśla dr Samir Zeair, który kieruje programem transplantacji wątroby w szpitalu wojewódzkim. - Próba uratowania już umierającego. Któremu w żaden inny sposób nie umiemy pomóc. Ta świadomość sprawia, że każdy zabieg przeżywamy tak samo mocno. Każdy wiąże się z wielkimi emocjami. W podobnym tonie mówi o swojej pracy prof. Marta Wawrzynowicz-Syczewska: - To nie jest łatwy kawałek chleba. Określiłabym go jako słodko-kwaśny. Piękna praca, dająca satysfakcję i przynosząca sukcesy, ale... zawsze w cieniu śmierci. Mówią o nim Hiob - Nadaje się jako scenariusz dobrego dreszczowca - prof. Syczewska przywołuje historię pana Sławka. -1 choć wciąż nękają go coraz to inne choroby, on nadal walczy. Został szczęśliwym ojcem i zrealizował swoje marzenie: jest strażakiem. Tak jak chciał. - Mówią o mnie Hiob - przedstawia się pan Sławek. -Że wszystko we mnie trafia. Mimo to się nie poddaję. Gala „1000 przeszczepień wątroby w SPWSZ" w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Zachodniopomorskiego w Szczecinie. Wojewoda Zbigniew Bogucki w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy uhonorował odznaczeniami m.in. Zenona Czajkowskiego, Martę Wawrzynowicz-Syczewską, Jerzego Myśliwca i Samira Zeaira Ma 31 lat, choć wygląda na 15. Nawet strażacki mundur nie dodaje mu powagi. Jego chłopięca twarz wszystkich wprowadza w błąd. - Już się przyzwyczaiłem, że policjanci z drogówki zawsze zatrzymują mnie do kontroli -śmieje się nasz rozmówca. Kłopoty ze zdrowiem zaczęły się u niego dość wcześnie. Przeszczep wykonano w 2015 r. - Operacja się udała. Wątroba zaczęła działać. I działała dokładnie dwanaście godzin. Potem coś złego Zaczęło się dziać - opowiada. Zespół opiekujący się panem Sławkiem podejrzewał, że wątroba jednak nie podjęła pracy. Lekarze postanowili więc usunąć świeżo wszczepiony organ, na który chory czekał osiem lat. Na zdobycie nowego miał 48 godzin. - Ponownie wzięli mnie na stół - opowiada pan Sławek. ■* Otworzyli i, całkiem przypadkiem, dr Zeair przesunął rękę wyżej. Wtedy się zorientował, że pękła żyła łącząca wątrobę z sercem. Natychmiast założyli mi protezę i w ten sposób ponownie połączyli serce z wątrobą, która natychmiast zaczęła działać. Choć pan Sławek walczy dziś z nowotworem, a potem, jak z nim wygra, czeka go następny przeszczep, jest dobrej myśli. - Bo trafiłem na wspaniałych lekarzy. To aniołowie. Dzięki nim czeka na drugiego synka. Dzięki nim został druhem Ochotniczej Straży Pożarnej w Trzebiatowie. - Zawsze chciałem być strażakiem. Ze względu na zdrowie do straży państwowej nie miałem wejścia. Ale do OSP mnie przyjęli. Jestem szczęśliwy -mówi. Licznik przeszczepów bije Szczecin nie jest jedynym ośrodkiem w Polsce, w którym wykonuje się przeszczepy wątroby. Transplantacje są jeszcze przeprowadzane w Bydgoszczy, Gdańsku, Katowicach, Wrocławiu i Warszawie. Jednak jedynie w Szczecinie i Warszawie wykonuje się ich tak dużo -tylko w tych ośrodkach wykonano ich przeszło tysiąc. Do pierwszego przeszczepienia wątroby w Szczecinie, w szpitalu na Pomorzanach, doszło w 1986 r. Wykonał go prof. Stanisław Zieliński. Jego uczniem był dr Roman Kostyrka, który w 2000 r. jako pierwszy wykonał transplanta- cję w szpitalu wojewódzkim przy Arkońskiej - wszczepił wątrobę panu Krzysztofowi. - Operacja się udała - mówi dr Kostyrka. - Pacjent przeżył kolejne dwadzieścia lat. Po operacji założył rodzinę, pracował zawodowo... Dziś już, niestety, nie żyje, ale zmarł z zupełnie innych powodów. To, że pan Krzysztof przeżył przeszczep, zdaniem pioniera szczecińskiej transplantologii jest niezwykle ważne. - Gdyby wtedy ta operacja się nie powiodła, wszczepienia wątroby przez wiele lat nie byłyby wykonywane. Na pewno zatrzymałby się rozwój tej dyscypliny - tłumaczy. Dr Kostyrka dodaje, że tamte czasy naprawdę można nazwać pionierskimi. - Na początku sam jechałem po organ na drugi koniec Polski, wracałem kolejne kilkanaście godzin do Szczecina, a potem natychmiast stawałem do stołu operacyjnego. To było naprawdę duże obciążenie fizyczne i psychiczne. Operacje wtedy trwały nawet 14 godzin. Na dodatek, choć dziś trudno to sobie wyobrazić, nie było inter-netu. Przez to dostęp do literatury fachowej był bardzo ograniczony. Przed wykonaniem pierwszego przeszczepu nie widziałem na żywo żadnego podobnego zabiegu. Takie czasy. Dr Roman Kostyrka ze swoim zespołem wykonał około stu przeszczepień. W sumie w szpitalu wojewódzkim w Szczecinie doszło już dokładnie do 1023 przeszczepów wątroby. Tysięczna transplantacja odbyła się w styczniu tego roku. Pacjentem był Marcin Walukiewicz z Wałcza. - Oddawałem honorowo krew w wojsku - opowiada pan Marcin. - Chodziło o to, by otrzymać dodatkowy urlop. W czasie rutynowego badania wykryli, że mam żółtaczkę typu „C", która po kilku latach doprowadziła do marskości wątroby. Wtedy zostałem zakwalifikowany do przeszczepu. Czekał cztery miesiące. - Cztery długie miesiące! Każdy dzień był oczekiwaniem na jeden konkretny telefon -wyznaje. - Ten najważniejszy w życiu, kiedy miano mi powiedzieć, że jest dawca, i że jego organ idealnie do mnie pasuje. Ale kiedy w końcu ze szpitala do mnie zadzwonili, byłem przeziębiony. Nie mogłem się poddać operacji. Dopiero za trzecim razem wszystko się zgrało. ©® Głos Piątek, 19.05.2023 SŁABOŚĆ DYKTATORA Co czeka Białoruś, kiedy upadnie reżim Aleksandra Łukaszenki str. 4-5 PULS WYCHOWANIE DZIECI Nie tylko pornografia stanowi dziś koszmarne zagrożenie str. 6-7 HISTORIA Dziesięciu z Pawiaka. Za świętowanie 3 Maja do więzienia str. 10 #60 . *•', O—-. V * y, 1 s f i 2 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Dorota Kania, redaktor naczelny Polska Press GORSZE DZIECI apowiedź Jarosława Kaczyńskiego podwyższenia świadczenia 500 plus do 800 plus wywołała wśród części polityków opozycji i jej medialnych zwolenników reakcje będące w pewnym stopniu kalką zachowań z 2016, po wprowadzeniu 500 plus. Lider Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak Kamysz stwierdził, że „500 plus jako podstawa dla wszystkich, ale jeśli jest propozycja waloryzacji, to dla pracujących, dla tych, którzy płacą podatki. To jest bardziej sprawiedliwe". Z tej wypowiedzi można wywnioskować, że lider ludowców chce wzmocnienia tylko tych rodzin, gdzie obydwoje rodzice pracują. Według niego świadczenie nie należy się dzieciom, których matki zrezygnowały z kariery zawodowej i poświęciły się wychowaniu swojego potomstwa. Każdy, kto ma dzieci, wie, jak jest to ciężka, wyczerpująca praca na „wielu etatach", czego - wydaje się - nie dostrzegają politycy PSL oraz jego koalicjanta, ugrupowania Szymona Hołowni. Lider Polski 2050 uważa, że „500 plus to inflacja minus". Dzisiaj, po kilku latach doświadczenia i wielu badań opinii społecznej, można stwierdzić, że program 500 plus (a niebawem 800 plus) to przywrócenie godności polskim rodzinom i wyrównanie szans dla dzieci w całej Polsce. Właśnie według badań to świadczenie jest przeznaczane na zakup żywności, odzieży, opłatę przedszkola, dodatkowych zajęć edukacyjnych, wyjazdy, a także oszczędzanie na przyszłe wydatki dla dzieci. Sondaże także pokazują, że świadczenie nie jest roztrwaniane, jak sugeruje część opozycji, lecz wręcz przeciwnie - jest ogromnym wsparciem dla polskich rodzin. Warto przyjrzeć się również reakcji Platformy Obywatelskiej i jej zwolenników na zapowiedź podniesienia świadczenia - w tym przypadku narracja „rozjechała się" całkowicie. Zjednej strony Izabela Leszczyna w radiu RMF FM twierdzi, że „ mieliśmy projekt de facto gotowy waloryzacji na taką właśnie kwotę i nie składaliśmy go właśnie dlatego, żeby się nie licytować, bo jak my powiedzielibyśmy 700 czy 800 zł, to Kaczyński powiedziałby 1000 zł", a z drugiej strony sprzyjające PO media totalnie krytykują wprowadzenie 800 plus. Powołują się przy tym na... internautów i na rzekome zdemolowanie budżetu państwa. Z kolei Donald Tusk zażądał wprowadzenie tego świadczenia nie od 2024 tylko natychmiast, czyli od l czerwca bieżącego roku, co jest awykonalne - Tusk jako były premier powinien wiedzieć, że jest coś taldego jak roczne planowanie i uchwalanie budżetu. Podczas weekendowej konwencji Prawa i Sprawiedliwości „Programowy Ul" padły także inne zapowiedzi, m.in darmowe autostrady i leki dla osób po 65. roku życia oraz dla młodzieży do 18. roku życia. - To był bardzo mocny i skuteczny ruch ze strony PiS. Do tej pory grupy, którym złożyła obietnice partia rządząca, nie dostały żadnej oferty od opozycji poza „babciowym", które zaproponował Donald Tusk. To był dobry ruch opozycji, ale nie poszła za ciosem. Polityka jest jak boks, PiS wyprowadził kolejne ciosy - celne i mocne - spychając opozycję do kampanijnej defensywy - powiedział portalowi Wirtualnemedia.pl dr Krystian Dudek, specjalista od marketingu politycznego i pełnomocnik rektora Akademii WSB ds. strategii komunikacji i PR, autor kampanii wyborczych. Komentatorzy zwracają także uwagę, że do wyborców trafiają konkretne programy i propozycje, a nie lawina hejtu i bezsensowne ataki, co potwierdzają sondaże. Przemysław Szymańczyk, red. naez. „Gfosu Pomorza" „Dziennika Bałtyckiego' PORT ...NA SKALĘ NASZYCH MOŻLIWOŚCI r ■ dy mieszkałem na an-typodach, w pięknym ^----Vancouver, starałem się wytłumaczyć Stanleyowi vel Staszkowi, od którego wynajmowałem mieszkanie, jak skomplikowanym procesem jest zawinięcie do portu w Elblągu. Nawet małą łajbą. By przepłynąć z Polski do Polski, trzeba płynąć przez Rosję. Wprawdzie krótki odcinek po wodach Cieśniny Pilawskiej, ale jednak... Stanisław, a teraz Stanley, wyjechał z Polski, gdy zaimplementowany przez Sowietów ustrój powszechnej szczęśliwości, dogorywał. Dobrze znał dzieła tropiciela absurdów Barei, ale tej lekcji geografii akurat nie pamiętał. Dopiero mapa pomogła mu zrozumieć, w czym rzecz. - By wpłynąć do polskiego portu, trzeba mieć zgodę ruskich - powtórzyłem, a on nie mógł się nadziwić. Był 2001 rok, pierwszy sekretarz PZPR ze Skierniewic Leszek Miller stał na czele rządu. Kilkanaście lat później inny premier, Donald Tusk, nazwał projekt przywrócenia Polsce Elbląga „politycznym trikiem", a jego minister od spraw zagranicznych Sikorski pytał na tt, czy „przekop przechrzcie w pomnik PiS". Znalazł się nawet taki przedstawiciel odpowiedzialnej opozycji, który ambitny plan połączenia Zatoki Gdańskiej przez Zalew Wiślany z portem nazwał „dziurą w ziemi". Innych głupot wygadywanych przez polityków nie pomnę. Bo wymazałem z pamięci dla spokojności własnej. Wspomniany „trik" 17 września ubiegłego roku sprawił cud prawdziwy. Dzięki „dziurze w ziemi" można wpłynąć z Polski do Polski przez Polskę. Teraz największym problemem jest przebudowa 900-metrowego odcinka drogi wodnej w samym porcie. Bez tego, ten ambitny infrastrukturalny projekt, będzie warty tyle, ile jego najsłabszy element. Czyli niewiele. Zamiast go rozwiązać, siadając do stołu ze stroną rządową, samorządowcy z Elbląga robią wszystko, by tylko trzy jednostki dziennie przepływały kanałem za 2 miliardy złotych. Właśnie prezydent z PSL-u zorganizował konsultacje społeczne, które mają być dla władz Elbląga drogowskazem, a raczej usprawiedliwieniem irracjonalnej postawy, odrzucającej ofertę rządu wartą 100 milionów złotych, a domykającą cały projekt. Ten rodzaj konsultacji, jak ulał pasuje do powiedzenia Józefa Stalina, że nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. W tym konkretnym przypadku za fasadą partycypacji społecznej kryje się pytanie, na które - nawet zwolennicy dokapitalizowania portu i przejęcia pakietu kontrolnego przez państwo - z trudem odpowiedzieli: TAK. • Tłumacząc je na język polityki obowiązujący w Polsce brzmi ono tak: Czy chcesz, by PiS zabrał nasz port? („Czy uważa pan/i, że port morski w Elblągu powinien pozostać nadal własnością miasta?"). Dlatego już teraz (30 maja poznamy oficjalne wyniki głosowania) można stwierdzić bez cienia wątpliwości, że elblążanie odrzucili propozycje zainwestowania w ich port 100 milionów pisow-skich złotych. Już niebawem władze miasta będą mogły z radością ogłosić, że otrzymały mandat od lokalnej społeczności na przegnanie pisowskich Hunów. Ale czy Stanley vel Stanisław to zrozumie? Musimy stworzyć mechanizmy, które w długiej perspektywie zapewnią wsparcie Ukrainie; wsparcie finansowe, w zakresie obronności. To będzie jasny sygnał dla świata, że sprawiedliwość może zwyciężyć i że każda próba podważenia porządku międzynarodowego od samego początku będzie skazana na porażkę PREZYDENT ANDRZEJ DUDA NA KONFERENCJI PI$M STRATEGIC ARK 2023 W WARSZAWIE Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 PULS • 3 FOTO komentarz tygodnia 15 MAJA 2023, WARSZAWA, POLSKA Do Polski przyleciały pierwsze HIMARS-y. Na razie pięć. Z pięciuset. Na Ukrainie dwadzieścia wypchnęło Rosjan za Dniepr. Pięćset, jak mówi generał Kraszewski, będzie działać jak taktyczna broń jądrowa. I bardzo dobrze 13 MAJA 2023, WARSZAWA, POLSKA, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zapowiedział podniesienie500+. Od 1 stycznia. Donald Tusk ogłosił, że on wprowadzi to od czerwca. Żartowniś MM mim ..... .. |S VI 16 MAJA2013, KIJÓW, UKRAINA, Rakietowy atak na miasto. Ukraińska obrona przeciwlotnicza 13 MAJA 2023, USTKA, POLSKA, „Anakonda", prezydent Andrzej Duda zestrzeliła wszystkie z wysłanych przez Rosjan rakiet. Były i naddźwiękowe i zwykłe. Ważne, w roli oliwy wy lanej na fale, obok szef sztabu, bezprzymiotnikowy że rosyjska wunerwaffe okazała się niezbyt wiele warta generał Andrzejczak i generał broni Piotrowski 4 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 - Łukaszenka żyjący i rządzący na Białorusi jest zdecydowanie dla Putina bezpieczniejszy niż przeprowadzanie obecnie jakiejś operacji zmiany władzy. Natomiast w pewnym momencie rzeczywiście tak będzie, że Łukaszenka siłą rzeczy po prostu odejdzie, umrze. I wtedy dopiero Rosja będzie miała problem - mówi Michał Kacewicz, dziennikarz Biełsat TV Dorota Kowalska MICHAŁ KACEWICZ: WYMIANA ŁUKASZENKI NA KOGOŚ INNEGO BYŁABY CZYMŚ SZALENIE RYZYKOWNYM DLA ROSJI Co dolega Alaksandrowi Łu-kaszence? Spekulacji jest sporo: jedni mówią, że został otruty, inni, że przeszedł zapalenie mięśnia sercowego. Podczas obchodów święta zwycięstwa 9 maja rzeczywiście nie wyglądał dobrze, przez tydzień nie pokazywał się publicznie. Co się stało, twoim zdaniem? Absolutnie nie chcę dywagować, co stało się Łukaszence, dlatego że nie posiadam takiej wiedzy. Podejrzewam, że nie ma jej 99,99 procent tych, którzy spekulują na ten temat. Bo to wszystko są tylko i wyłącznie spekulacje. Zawsze w sytuacji niedomagania dyktatorów, przywódców państw autorytarnych pojawiają się tego typu plotki. Mieliśmy takie sytuacje w niedalekiej przeszłości, jeżeli spojrzeć na współczesną mapę dyktatur na świecie, z Erdoganem, regularnie mamy taką sytuację z Putinem, no i teraz Łuka-szenką. To wynika z tego, że stan zdrowia jest tematem ścisłego tabu, jeśli chodzi o dyktatorów. Jednocześnie sytuacja, kiedy dzieje się z nimi coś niedobrego, kiedy mogą umrzeć, wywołuje potężny chaos i kryzys w systemie autorytarnym. To może warto wyjaśnić - tacy dyktatorzy jak Łukaszenka nie mają określonych procedur sukcesji. Mówisz „chaos". Odejście Łukaszenki w taki czy inny sposób, taki chaos by wywołało? Tak. Myślę, że sytuacja, kiedy po kilku dniach obserwujemy usilną próbę udowodnienia, iż Łukaszenka żyje i ma się dobrze, już pokazuje pewien chaos. Poniedziałkowe nagrania i zdjęcia z wizytacji Łuka- szenki w jednostce wojsk przeciwlotniczych, to wyraźna próba pokazania, że nic mu nie jest. Ona wynika właśnie z tego, że system władzy wpadł w panikę. Fakty są takie, że rzeczywiście coś pewnie jest na rzeczy, Łukaszenka na pewien czas zniknął, były też takie oficjalne komunikaty w tej sprawie, teraz się pojawił. Poniedziałkowa demonstracja też zresztą wywoływała różnego rodzaju dywagacje, Łukaszenka na tych nagraniach wyglądał nie najlepiej, jakoś inaczej. Można spekulować, czy to rzeczywiście był on sam, czy może jakiś jego sobowtór. A twoim zdaniem: on, czy sobowtór? Nie wchodźmy w to. Wracając do twojego pytania: taka sytuacja wywołuje chaos, dlatego że ten system jest oparty wyłącznie na Łukaszence. Pod niego w państwie Białoruś podczepione są zarówno wszystkie klany władzy, jak i cały system, decyzyjność. Więc sytuacja, kiedy go zabraknie, wywołuje panikę. Jednocześnie cały ten system nie wie, na kogo się orientować, kto go zastąpi - czy to miałby być ktoś, powiedzmy, wyznaczony, przez Moskwę, czy to miałby być ktoś, kogo wcześniej namaścił w jakiś sposób Łukaszenka, on tego chyba raczej nie zrobił, chociaż pewne sygnały były wysyłane. W zasadzie cały moloch biurokratyczno-mundu-rowy, służby nie wiedziałyby, w którą stronę się zwrócić, kiedy zniknie Łukaszenka. Spekuluje się, że gdyby go zabrakło, na czele państwa mógłby stanąć sekretarz Rady Bezpieczeństwa Aleksander Walfowicz. Uważasz taką sytuację za możliwą? Tak, oczywiście, że tak. Według białoruskiej konstytucji w sytuacji nagłej śmierci prezydenta np. w zamachu, władzę może przejąć Rada Bezpieczeństwa z Walfowiczem na czele. W przypadku niezdolności prezydenta do pełnienia funkcji w normalnym trybie, osobą pełniącą obowiązki prezydenta powinien zostać przewodniczący (obecnie przewodnicząca) Rady Republiki Zgromadzenia Ludowego, krótko mówiąc - parlamentu białoruskiego. Parlamentu, mówię w cudzysłowie, dlatego że nie jest to faktycznie normalny parlament, nie został wybrany w sposób demokratyczny, nie jest w żaden sposób demokratyczny, ale pełni taką rolę na Białorusi. Jego przewodniczącą jest Natalia Kaczanowa. To kobieta, która była w administracji prezydenckiej, Łukaszenka w pewien sposób ją promował, wokół niej skupiony jest tak zwany klan witebski. Ona sama pochodzi z Nowopołocka, tam przez jakiś czas rządziła jako nasz odpowiednik burmistrza. Bliskie jej osoby, to chociażby Igor Siergięjenka, czyli obecny szef administracji prezydenckiej. Jeśli patrzeć na białoruskie zasady konstytucyjne, to ona powinna objąć władzę w przypadku śmierci prezydenta, a później powinny zostać rozpisane wybory. Łukaszenka na czele państwa białoruskiego jest na rękę Pu-tinowi? W obecnej sytuacji jest na rękę Putinowi, bo jest gwarantem stabilności Białorusi, gwarantem lojalności. Mimo różnego rodzaju ruchów, które wykonuje Łukaszenka po to, aby w jakiś sposób zyskać swoją przestrzeń autonomicznych decyzji, co oczywiście nie zawsze jest wygodne dla Moskwy, bo spowalnia różnego rodzaju procesy, które Moskwa chciałaby przeprowadzić. To jest chyba dobre określenie -Łukaszenka wielokrotnie irytował Putina swoim spowalnianiem, ostatecznie jednak pod presją, czy to siły, czy groźby, czy szantażu rosyjskiego, czy po prostu zwykłego własnego interesu Łukaszenka ulegał. Potrafił też zdławić rewolucje przeciwko władzy, także z tego punktu widzenia wymiana Łukaszenki na kogoś innego byłaby czymś szalenie ryzykownym dla Rosji, zwłaszcza w tym momencie. No dobrze, ale weźmy pod uwagę taką możliwość: Łukaszenka odchodzi, Rosja przysyła swojego człowieka, POTENCJ/1Ł DO KOLEJNYCH PROTESTÓW W MOMENCIE PRZESILENI/I OCZYWIŚCIE JEST, afLE PRZECIWNIKÓW ZMIANY N/I BIAŁORUSI NADAL JEST WIELU który rządzi na Białorusi. Mówi się, że Walfowicz jest bardzo prorosyjski. To nie byłby lepszy scenariusz dla Rosji, niż Łukaszenka na czele państwa białoruskiego? Po pierwsze, Rosja nie może przysłać kogoś z zewnątrz. To nie może być Rosjanin, to musi być ktoś miejscowy i to ktoś, kto jest głęboko osadzony w białoruskiej łukaszenkow-skiej elicie władzy, czyli w taki czy inny sposób, to musi być człowiek z otoczenia Łukaszenki. Natomiast, jeśli chodzi o prorosyjskość, to cała białoruska elita władzy jest proro-syjska. Aleksander Walfowicz, generał, wojskowy, czy wspomniana przeze mnie Natalia Kaczanowa, oni są bardzo pro-rosyjscy. Nie widzę w tej elicie władzy białoruskiej postaci, które nie są prorosyjsłae. Oni nie wierzą w Białoruś niesto-jącą u boku Rosji. Protesty 2020roku i wojna na Ukrainie tylko zradykalizowały ich pro-rosyjskie poglądy. Krótko mówiąc, zmiana na stanowisku przywódcy Białorusi nic Rosji nie daje, bo Łukaszenkę zastąpi człowiek podobny do niego? Łukaszenka jest u władzy bardzo długo, ktoś nowy musiałby budować swój autorytet na Białorusi wśród elity władzy długo, żeby dojść do tego poziomu. Do tego poziomu autorytetu dla tej elity władzy. Zawsze ktoś nowy jest ryzykowny z punktu widzenia Rosji. Bo ktoś taki musiałby zaskarbić sobie w taki czy inny sposób lojalność całej kasty rządzącej na Białorusi, a to nie jest wcale takie oczywiste. To musiałaby być postać równie silna jak Łukaszenka. Łukaszenka bardzo długo budował sobie autorytet na Białorusi, tępiąc jednych czy też w jakiś sposób represjonując, innych korumpując. Tak jak wspomniałem, to długi proces, nowy przywódca Białorusi musiałby go przejść. To nie jest korzystny scenariusz dla Rosji. Dlatego uważam, że Łukaszenka żyjący i rządzący na Białorusi jest zdecydowanie dla Putina bezpieczniejszy niż przeprowadzanie obecnie jakiejś operaq'i zmiany władzy. Natomiast w pewnym momencie rzeczywiście tak będzie, że Łukaszenka siłą rzeczy po prostu odejdzie, umrze. I wtedy dopiero Rosjabędzie miała problem. Dla Ukrainy Łukaszenka też chyba w obecnej sytuacji, w obecnych okolicznościach jest w miarę bezpieczny? Ukraina przynajmniej wie, czego się może po nim spodziewać, tak czy nie? Do pewnego stopnia tak, ale Białoruś jest z perspektywy Kijowa państwem wrogim prawie tak samo jak Rosja. To z terytorium Białorusi przeprowadzane były ataki na Ukrainę. Natomiast fakt, że Łukaszenka nie wysłał białoruskiej armii na Ukrainę, na pewno jest korzyścią dla Kijowa. Ukraińcy mają jednak świadomość, że Łukaszenka nie zrobił tego z dobrego serca. Armia Łukaszenki nie nadaje się do tego, żeby przeprowadzić obecnie w krótkim czasie operacje wojskowe wspólnie z Rosjanami, jest zbyt słaba. Jednocześnie, tak, na pewno Łukaszenka jest w pewien sposób przewidywalny. Ukraińcy dobrze wiedzą, że spowalnia integrację z Rosją, że często kombinuje, mówiąc kolokwialnie, próbuje PULS acji, kiedy Rosja prowadzi wojnę na Ukrainie, pojawia się jeszcze czynnik rosyjski. Rosja nie dopuści do żadnych protestów, żadnych rewolucji. To się może skończyć nawet interwencją rosyjską na Białorusi. Zachowanie Białorusi w momencie, kiedy nie udały się działania Rosji przeciwko Ukrainie, kiedy Rosjanie nie odnieśli tam sukcesów, nie zrealizowali -swoich celów, będzie kluczową sprawą. Rosja na pewno nie będzie chciała wypuścić Białorusi z rąk. Myślę, że, niestety, ale pojawi się wsparcie dla elity autorytarnej łukaszenko wskiej, żeby zdławić wszelkiego rodzaju protesty. Tylko Putinowi nie będzie łatwo prowadzić działań na dwóch frontach jednocześnie. Patrząc na protesty 2020 roku trudno się spodziewać, żeby Rosja musiała prowadzić na Białorusi działania wojenne. Wystarczy wysłać trochę wojska? Myślę, że akurat białoruskie państwo policyjne, wszystkie służby bezpieczeństwa i milicja mają wystarczające zasoby, żeby obecnie tłumić protesty. Białoruska armia, siły zbrojne są stosunkowo słabe. Natomiast jeśli chodzi o struktury bezpieczeństwa, one są bardzo rozbudowane, doinwestowane i po prostu silne. Białoruski reżim potrafił sobie poradzić z protestami 2020 roku, teraz też na pewno nie odpuściłby. Jest jeszcze oczywiście czynnik ukraiński - na Ukrainie też sporo mówi się o tym, że w przypadku dużych protestów na Białorusi mogłoby dojść do zaangażowania się w nie białoruskich jednostek budowanych na Ukrainie, ale trudno to sobie na razie wyobrazić, szczerze mówiąc. Te jednostki to Białorusini, którzy przeszli na stronę ukraińską? Tak, np. pułk Kalinowskiego i inne budowane jednostki. Najpierw to były bataliony, obecnie mają status pułku. To są głównie młodzi ludzie zaangażowani w walkę opozycyjną, uczestnicy protestów 2020 roku. To są białoruscy patrioci, którzy już od wielu lat są zaangażowani w działalność anty-reżimową na Białorusi. Oni po prostu powyjeżdżali, trafili na Ukrainę i walczą w tym przypadku konkretnie z Rosjanami, ale postrzegają to, jako jeden front. Walczą z Rosją, ale wiedzą, że Rosja stoi za Łuka-szenką, więc to jest dla nich taka zastępcza wojna z Łuka-szenką. Jednocześnie najczęściej deklarują, że w przyszłości będą walczyli przeciwko Łukaszence i doprowadzą do zmian na Białorusi. Wspomniałeś o tym, że Łuka-szenka nie może wysłać armii Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Michał Kacewicz: Poniedziałkowe nagrania i zdjęcia z wizytacji Łukaszenki w jednostce wojsk przeciwlotniczych to wyraźna próba pokazania, że nic mu nie jest się jakoś wymknąć Putinowi. To w jakiś sposób działa na korzyść Ukrainy, ale jednocześnie Kijów prowadzi przecież bardzo aktywną politykę na kierunku białoruskim. Buduje antyrosyjskie, antyłukaszenkow-skie jednostki wojskowe na swoim terytorium. Odbyło się spotkanie Zełenskiego z Ci-chanouską, mimo tego chłodu, jaki panował cały czas między ośrodkiem wileńskim opozycji białoruskiej a administracją Żeleńskiego coś tu drgnęło. Z czego wynikał ten chłód? Z tego, co wiem na podstawie rozmów z ukraińskimi politykami, z Ukraińcami, on wynikał z dwóch powodów. Pierwsza rzecz to brak zaufania do ośrodka opozycyjnego Ci-chanouskiej. Ukraińcy często podejrzewali, nie chodzi o samą Cichanouską, że w jej otoczeniu jest bardzo silna agentura białoruska czy rosyjska. A druga rzecz, może nawet ważniejsza, Ukraińcy sądzą, że ten białoruski ośrodek emigracyjny jest mało skuteczny, z ich perspektywy. Nie wywołuje na przykład na Białorusi odpowiednio licznych protestów czy też jakiejś obstrukcji działań reżimu łuka-szenkowskiego na tyle skutecznej, żeby sparaliżować zdolności bojowe, wsparcie dla Rosji, w ogóle działania rosyjskie przeprowadzane z terytorium Białorusi. Ukraińcy uważają, że ten ośrodek nie jest w stanie wywołać większych zmian na Białorusi, więc nie warto w niego inwestować. Może to się zaczęło teraz zmieniać. Właśnie, uważasz, że moment odejścia Łukaszenki to jest taki czas, kiedy opozyqa białoruska może dojść do głosu, może doprowadzić do jakichś zmian? Wszyscy chcielibyśmy, żeby tak było, ale pamiętajmy, że Łuka-szenka nie jest sam, to jest cała biurokratyczna, mundurowa elita władzy, dla której odejście Łukaszenki będzie momentem koszmarnym z uwagi na ten ryzykowny transfer władzy. Jednocześnie ta elita będzie robiła wszystko, żeby zabezpieczyć swoją przyszłość, nie dopuścić do jaldejś rewolucji na Białorusi, do tego, żeby opozycja doszła do władzy. Dla nich to byłby koniec: koniec karier, w wielu przypadkach koniec bezpiecznego życia i rozliczenie za te wszystkie okropne rzeczy, które robili przez całe swoje życie. Oni będą się przed tym bronić, a mają zasoby, żeby to robić. Mają potężny aparat państwa, jak na tak niewielkie państwo jak Białoruś. Mają wszyst- kie struktury policyjne, struktury bezpieczeństwa, KGB i ostatecznie też armię. Jednocześnie główni liderzy opozycji białoruskiej są albo w więzieniach, albo na emigracji. Ten średni i niższy poziom aktywistów też często powyjeżdżał albo jest represjonowany. Oczywiście, jakaś część młodych ludzi została, zwłaszcza tych, którzy brali udział w protestach 2020 roku i jest na emigracji wewnętrznej, nic nie robi, ale poglądów przecież nie zmieniła, inni zeszli do głębokiego podziemia. Więc jakiś potencjał do kolejnych protestów w momencie jakiegoś przesilenia oczywiście jest, ale przeciwników zmiany na Białorusi nadal jest wielu. To nie jest tak, że po odejściu Łukaszenki państwo policyjne nagle się rozpadnie. Wpadnie w turbulencje, ale na pewno będzie się broniło przed rewolucją. Nie wierzysz w taki scenariusz, że Łukaszenka odchodzi, tłumy wychodzą na ulicę i dochodzi do rewolucji białoruskiej, która sprawi, że opozycja przejmie ster władzy? To nie jest tak, że w to nie wierzę. Dopuszczam, że coś takiego rzeczywiście mogłoby się stać. Tylko, oprócz tego wszystkiego, o czym mówiłem przed chwilą, w obecnej sytu- na Ukrainę, bo ta armia jest zbyt słaba, ale dużo mówi się też o tym, że społeczeństwo białoruskie jest mentalnie społeczeństwem dość pokojowym i że Łukaszenka boi się wysłania wojsk na wojnę. To mogłoby po prostu wywołać niepotrzebne protesty, sprzeciw Białorusinów, a on nie jest Łukaszence potrzebny. To jest pewnego rodzaju mit zbudowany chociażby przez fakt, że sam reżim łukaszen-kowsła przez wiele lat uprawiał propagandę pokoju. Ona polegała w dużym skrócie na takim zapewnianiu Białorusinów: „Patrzcie, wokół nas wszędzie wojna, także w Rosji, wszędzie wokół nas są jakieś konflikty, coś złego się dzieje, a na Białorusi jest spokój, jest bezpiecznie". Reżim bardzo mocno w ten sposób odwoływał się do dwóch traum, przez które przeszło białoruskie społeczeństwo. Pierwsza to n wojna światowa. Białoruś była republiką w składzie Związku Radzieckiego, która poniosła ogromne straty w czasie U wojny światowej. A druga trauma to dość duży stosunkowo udział niewielkiej Białorusi w radzieckiej interwencji w Afganistanie, sporo ofiar tej wojny. Łukaszenka odwoływał się często do obecnych emerytów, mówiąc: „Patrzcie, były wojny, a teraz jest pokój. Jestem gwarantem tego pokoju". Chyba na tym polega w dużej mierze ten mit pokojowego społeczeństwa białoruskiego. Natomiast uważam, że znaczna jego część, ta, która pozostaje pod wpływem propagandy reżimu łuka-szenkowskiego, jest, podobnie zresztą jak Rosjanie, plastyczna. Białoruska propaganda jest w stanie uformować tych ludzi w to, w co będzie chciała. Potrafi to zrobić i to robi. Przecież obecnie białoruska propaganda, media rządowe, a właściwie jedynie one są dostępne, wskazuje na zagrożenie ze strony Zachodu, Polski i Litwy, NATO. I oczywiście Ukrainy. Trwa proces podkręcania emocji. Mocnego atakowania wrogów zewnętrznych, wskazywania ich, a później atakowania ibudowania takiej świadomości wśród Białorusinów, że oto są zagrożeni, że NATO na nich czyha, że Polska chce ich napaść razem z Litwą i całym NATO. Nie wiem, czy to jest to narracja pokojowa, wręcz przeciwnie, to jest narra-cjabardzo mocno agresywna. Myślę, że ta propaganda byłaby w stanie, gdyby Łukaszenka podjął decyzję o jakimś zaangażowaniu się w działania zbrojne, uzasadnić to Białorusinom i znaczna ich część, niestety, ale by w to wierzyła. Jak wygrana Ukrainy w wojnie z Rosją może wpłynąć na sytuację w Białorusi? Co to znaczy wygrana? Chciałbym to zdefiniować, Ukraińcy definiują zwycięstwo jako od- zyskanie wszystkich terytoriów w granicach z 1991 roku, czyli łącznie z Krymem i całym Donbasem. Nie wierzysz w taką wygraną? Wierzę w taką wygraną, ale uważam, że nie nastąpi szybko. Jeżeli do tego dojdzie, to oczywiście wywoła bardzo poważne konsekwencje, ale na razie skupmy się na takim krótkoterminowym horyzoncie. W tym horyzoncie, jeżeli rzeczywiście zapowiadana kontrofensywa ukraińska zakończy się sukcesem, polegającym na odzyskaniu nawet niewielkich terytoriów, na kolejnych poważnych klęskach armii rosyjskiej, wtedy reżim łukaszenkowski będzie jeszcze bardziej asertywny wobec pomysłów, żeby białoruska armia zaangażowała się w wojnę na Ukrainie. Łukaszenka w ciągu roku tej wojny właśnie w taki sposób działał -próbował się wszelkim sposobem nie zaangażować w jakieś aktywne działania rosyjskie, zwłaszcza w momencie, kiedy podejrzewał, że Rosja jednak nie osiągnie swoich celów na Ukrainie. Jednocześnie chcę dodać, że, niestety, ale reżim białoruski wszelką aser-tywność wobec rosyjskich planów, pomysłów, zaangażowania armii białoruskiej na Ukrainie obudowuje agresywną retoryką o zagrożeniu ze strony NATO, ze strony Polski, ze strony Litwy. I jest to widoczne nawet teraz. Nie wierzysz, żeby sytuacja na Białorusi w jakiś diametralny sposób w najbliższych miesiącach się zmieniła? Wracamy znowu do stanu zdrowia Łukaszenki, o którym nic nie wiemy. Od tego będzie dużo zależało. Jeżeli cokolwiek się stanie z Łuka-szenką, to wywoła, rzecz jasna, duże zmiany. Każda zmiana na szczycie władzy, nawet, jeżeli będzie kontrolowana przez ludzi Łukaszenki, będzie jednak zmianą po dwudziestokilkuletnim okresie rządów jednego człowieka. Zmiana zawsze stwarza szansę. CV Michał Kacewicz Dziennikarz, komentator, publicysta. Był dziennikarzem m.in. „Newsweeka", obecnie pracuje w TV Biełsat. Zajmuje się Europą Wschodnią i Centralną. 6 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 - Wcześniej czy później nasze dziecko zetknie się z pornografią. Dzieci powinny być świadome, że filmy pornograficzne nie odzwierciedlają rzeczywistości ani prawdziwego życia intymnego. Powinniśmy im tłumaczyć, że pornografia powstaje głównie dla zysku, a nie dla promowania zdrowych i bliskich, pełnych miłości i szacunku, relacji - mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy Anita Czupryn DR ALEKSANDRA PIOTROWSKA: NIE TYLKO PORNOGRAFIA STANOWI DZIŚ KOSZMARNE ZAGROŻENIE Jak rozpoznać objawy, które wskazują, że dziecko jest czy też było narażone na wpływy pornografii? Pewnie najczęściej rozpoznajemy to nie po samym dziecku, ale po ekranie, z którego korzysta. Czasem rodzic natrafi na historię przeglądanych stron lub zobaczy, na jakie strony dziecko wchodzi. To jest najczęstszy przypadek. Jednak w przypadku dziecka, które ogląda tego typu treści, zwłaszcza jeśli mówimy o młodszych dzieciach, a nie 0 15- czy 17-latkach, którzy spędzają dużo czasu bez rodziców, pojawiają się także pewne zmiany w zachowaniu. Mogą to być nowe słowa czy określenia, których dziecko wcześniej nie używało. Wiemy, że nie usłyszało ich w domu ani też nie są one powszechne w przedszkolu czy szkole. Bywa, że obserwujemy pewne ruchy dziecka lub zachowania, nie werbalne, a mo-toryczne, które nas zaskakują, bo identyfikujemy je jako związane z tematyką seksualną. Czasami takie zachowania pojawiają się również w wypowiedziach dziecka, ale rzadziej. Już w okresie przedszkolnym dzieci bardzo szybko zdają sobie sprawę, że tematyka seksualna jest tematem tabu, czymś nieodpowiednim. Większość dzieci w przedszkolu już odkrywa to, chociaż może nie potrafią tego nazwać ani użyć słowa „tabu", ale wiedzą, że o pewnych rzeczach z rodzicami się nie rozmawia. Jakie podejście powinien zastosować rodzic, aby pomóc dziecku zrozumieć, czym jest pornografia i dlaczego nie jest odpowiednia dla dzieci? W tej kwestii istnieją dwie szkoły. Pierwsza to podejście reaktywne, czyli rodzic reaguje dopiero wtedy, gdy ewidentnie dostrzeże, że coś już się stało. Druga szkoła to podejście proaktywne, gdzie rodzic stara się uprzedzić, z czym dziecko może się spotkać. Oczywiście, w drugim przypadku trudnością jest określenie, w jakim wieku powinno być dziecko, aby rozmawiać z nim o takich sprawach. W większości przypadków jestem zwolenniczką drugiego podejścia, choć także ono wiąże się z pewnymi zagrożeniami. Dlaczego? Jeśli rodzic nie potrafi (choć w miarę swobodnie) rozmawiać o seksie i seksualności, to rozmowa na ten temat z dzieckiem może przynieść więcej szkody niż pożytku. Może pogłębić przekonanie, że to są rzeczy, o których się nie rozmawia, że w ogóle nie powinny być częścią naszego świata i życia. Proszę mi wierzyć, wielu z nas, dorosłych, nie potrafi w rozmowie z dzieckiem używać słów, takich jak: „współżycie", „stosunek", „członek", „pochwa" 1 wiele innych. Oczywiście, nie sugeruję, że powinniśmy korzystać z tych terminów podczas rozmowy z przedszkolakiem. Zresztą, w przypadku przedszkolaka, profilaktyczna rozmowa na ten temat jeszcze nie jest konieczna. Jednak czasami, reaktywnie, może zaistnieć potrzeba poruszenia tego tematu. Porozmawiajmy o metodach, które pozwolą pomóc dziecku zredukować wpływ pornografii na jego myśli i zachowanie. Przede wszystkim wierzę w to, że człowiek jest istotą, która przetwarza informacje, a jego zachowanie, a nawet przeżywane emocje i pojawiające się myśli, są głównie wynikiem tego, co wiemy, jak rozumiemy i jak umiemy zinterpretować to, czego doświadczamy. Biorąc pod uwagę statystyki, trzeba przyjąć, że około 10. roku życia wiele dzieci ma już za sobą pierwszy kontakt z pornografią, ponieważ ciekawość u dzieci jest naturalna i jeśli słyszały takie słowa, jak „seks" czy „seksualność" i zauważyły towarzyszącą im aurę niezwykłości czy wręcz oburzenia, to dlaczego nie wpisać tego w wyszukiwarkę internetową? A im mniejsza szansa, że w domu w rozmowach z rodzicami pojawia się ta dziedzina życia, tym silniejsza staje się ciekawość i dziecko może chcieć zdobyć jakieś informacje na ten temat. Nie jestem zwolenniczką jednej „uświadamiającej" rozmowy, która miałaby wyjaśnić dzieciom wszystko, co wiąże się z płciowością i seksualnością. Często dorośli mają problem z tym, jak taką rozmowę zaaranżować i jak ją prowadzić. Taka rozmowa wydaje się nienaturalna, a obie strony często odczuwają duże skrępowanie, nie wiadomo, kto większe. Moim zdaniem bardziej skuteczne jest podejmowanie tego tematu niejako przy okazji, nawet w przypadku przedszkolaka. Na przykład, jeśli dziecko przypadkiem zobaczy film, w którym ktoś kogoś bije, można mu powiedzieć, że rzeczywistość tak nie wygląda, że jest to kręcone w studiu filmowym. Od najmłodszych lat powinniśmy przyzwyczajać dziecko do tego, że filmy udostępniane w telewizji, czy w in-temecie, nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Napytanie, dlaczego ludzie to robią, odpowiadajmy krótko: dla pieniędzy. Uczmy dzieci o mechanizmach działania mediów. Wyjaśnijmy, czym jest reklama i dlaczego istnieje. Przedszkolaki często są zafascynowane reklamami i potrafią wyśpiewywać te głupiutkie piosenki reklamowe. Wyjaśnijmy dzieciom, dlaczego reklamy powstają i że nie służą one temu, aby uczynić świat piękniejszym czy pokazaniu im fajnych i ciekawych rzeczy. Ich prawdziwym celem jest skłanianie nas do działań, które są ko- rzystne dla producenta i sprzedawcy. Podobnie jest w przypadku pornografii, ona również ma swoje cele i intencje. Dzieci powinny być świadome, że filmy pornograficzne nie odzwierciedlają rzeczywistości ani prawdziwego życia intymnego. Powinniśmy im tłumaczyć, że pornografia powstaje głównie dla zysku, a nie dla promowania zdrowych i bliskich, pełnych miłości i szacunku, relacji. To ważne, abyśmy w sposób odpowiedni dla wieku i możliwości zrozumienia wyjaśniali dzieciom, że pornografia nie jest właściwym sposobem poznawania seksualności ani sposobem budowania intymności. Ważne jest, abyśmy jako rodzice i opieku- nowie byli proaktywni w edukowaniu naszych dzieci na temat reklam i pornografii. Musimy być gotowi na krótkie, odpowiednie dla ich wieku rozmowy, które pomogą dzieciom zrozumieć, jakie są prawdziwe intencje i konsekwencje oglądania takich materiałów. Poprzez odpowiednie edukowanie, możemy pomóc dziecku w redukowaniu wpływu pornografii na jego myśli i zachowanie, a jednocześnie budować zdrowe podejście do seksualności i intymności. Jak włączyć edukację seksualną do codziennych rozmów z dzieckiem w celu zapobieżenia narażeniu go na treści pornograficzne? 80 Dr Piotrowska: Czasami zupełnie przypadkowo dzieci trafiają na treści pornograficzne Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 PULS • 7 Oddaliśmy w ręce czasami zadziwiająco małych dzieci przepotężne narzędzie. Wiemy, że korzystając z sieci możemy zwiedzać Luwr albo National Gallery, tylko ile osób to robi? Natomiast przeogromna większość scrolluje sobie ekran i czasami zupełnie przypadkowo dzieci trafiają na treści pornograficzne. Przemysł pornograficzny ma opracowane różne metody, aby przyciągnąć uwagę internautów, nawet jeśli nie korzystają bezpośrednio z linków. Najlepszym podejściem jest przygotowywanie dzieci zawczasu, jednak ważne jest, aby nie przekraczać granicy informacji dostosowanych do ich wieku. Wyjaśnianie 8- czy 9-latkowi technik używanych w pornografii nie jest dobrym pomysłem. Zamiast tego, możemy skupić się na tłumaczeniu, że filmy pornograficzne nie odzwierciedlają prawdziwej intymności i zdrowych relacji. Możemy również rozmawiać z dzieckiem o tym, co jest prawdziwe, a co nie w tego rodzaju materiałach. Włączanie edukacji seksualnej do codziennych rozmów z dzieckiem może być pomocne w zapobieganiu fatalnym skutkom kontaktu z treściami pornograficznymi. Ważne jest, aby budować z dzieckiem zaufanie i stworzyć otwartą atmosferę, w której mogą zadać pytania i poruszać tematy związane z seksualnością. Przy odpowiednim podejściu, możemy pomóc dziecku zrozumieć, czym różni się pornografia od prawdziwych, intymnych relacji, oraz jakie są negatywne skutki oglądania takich treści. Żadna edu-kaq'a seksualna nie powinna polegać na nauczaniu technik. Takie treści są przeznaczone dla starszych, świadomych swojej seksualności osób. Jednak udawanie przed dziećmi, że ta dziedzina życia nie istnieje, jest nieuczciwe. Ważne jest, aby dzieci otrzymywały dwa komunikaty. Po pierwsze, że ludzie, którzy się kochają, wyrażają swoją miłość, czułość i serdeczność na różne sposoby, dostosowane do wieku. Po drugie, ważne jest przekazywanie informaq'i (odpowiednich dla wieku dziecka), które wyjaśniają, że filmy porno są zmyślone i zrealizowane w sposób celowy, aby przyciągnąć uwagę widza, że nie pokazują prawdziwego obrazu seksu. Niezbędne jest utrzymanie równowagi, aby dzieci rozumiały, że intymność między dorosłymi jest czymś naturalnym i pięknym, jednak filmy pornograficzne nie odzwierciedlają rzeczywistości. Przekazując te informacje w sposób odpowiedni dla ich wieku, możemy pomóc dzieciom zrozumieć, że filmy pomo są wynikiem skonstruowanego spektaklu, mającego na celu zainteresowanie i utrzymanie uwagi widza. Rodzice, którzy martwią się, że ich dziecko jest narażone na wpływy pornografii, ale nie wiedzą, jak rozpocząć tę rozmowę, chętnie przeczytaliby, jakie wskazówki byłyby dla nich przydatne? Wykorzystajmy okazję, na przykład zdjęcie lub filmik, który przedstawia gesty czułości, pocieszenia lub ludzi przytulających się do siebie. Możemy naturalnie nawiązać do tego, że istnieje wiele różnych rzeczy do obejrzenia. Zawsze możemy powiedzieć, że czytaliśmy o pewnym przypadku albo rozmawialiśmy ze znajomym z pracy, który właśnie o tym wspomniał. Zawsze można się odwołać do tego rodzaju doświadczeń. Jednak lepiej unikać odwoływania się do własnych doświadczeń w tematyce edukacji seksualnej . Powtórzę: nie planujmy jednej wielkiej rozmowy, w której powiemy wszystko. Tej tak zwanej rozmowy uświadamiającej. Właśnie. Zamiast tego, starajmy się wykorzystać różne okazje i sytuacje, aby w sposób krótki i naturalny poruszać temat i stopniowo wprowadzać informacje. Jeśli chodzi o nieco starsze dzieci, musimy wiedzieć, że prawdopodobieństwo ich zetknięcia się z treściami pornograficznymi zbliża się do 100 procent, bo nawet jeśli same ich nie szukają, to usłużny kolega podekscytowany tym, co widzi, może im pokazać. To konsekwencje tego, że dzieci mają nieograniczony dostęp do in-temetu. Może nam się to nie podobać, ale nie ma możliwości, by to wyeliminować. Zatem na pytanie, jak na pewno ustrzec dziecko przed oglądaniem pornografii, odpowiedź wydaje się jedna: trzymać dziecko zawsze w pobliżu, nie dalej niż pół metra od siebie, i nie dawać mu telefonu. Ale to jest niemożliwe. I nie jest to również postulowane. To nie byłoby dobrym pomysłem. Jakie znaczenie mają media społecznościowe w kształtowaniu postrzegania seksualności przez dzieci i jak można kontrolować wpływ tych mediów na dziecko? Istnieją przecież narzędzia, takie jak filtry i programy, które pomagają ograniczyć dostęp dziecka do treści pornograficznych. Oczywiście, każdy rodzic, który decyduje się dać swojemu dziecku telefon, powinien rozpocząć, a nawet wcześniej, prowadzić liczne rozmowy na temat zasad postępowania osoby korzystającej z telefonu. To niezwykle istotne, aby przed przekazaniem dziecku telefonu wyjaśnić, wprowadzić i utrwalić zasady, co można, a czego nie RODZICE USTALAJĄ REGUŁY, ALE IM BARDZIEJ DZIECKO BĘDZIE ICH WSPÓŁAUTOREM, TYM II1ĘKSZA SZANSA, ŻE POTRAKTUJE JE IAKO SIUOJE PRZEKONANIA można robić, korzystając ze smartfona. Jedną z tych zasad powinien być na przykład limit czasu. Naprawdę nie może być tak, że dopiero wtedy, kiedy zorientujemy się, że nasze dziecko spędza cztery godziny dziennie przy smartfo-nie, próbujemy to ograniczać. To jest absurd. Podobnież, nie możemy nie rozmawiać z dzieckiem o tym, że istnieją różne strony internetowe i różne treści, i dopiero wtedy, gdy napotkamy stuprocentowy dowód, próbować wprowadzać jakieś ograniczenia. Limit czasowy powinien być wprowadzony od samego początku. To po pierwsze. Druga rzecz to wprowadzenie kontroli rodzicielskiej. Istnieją specjaliści; warto skorzystać z ich pomocy, jeśli sami nie jesteśmy w stanie sobie poradzić lub obawiamy się, że zrobimy coś nie tak. Poprośmy ich o zainstalowanie aktualnych i skutecznych programów kontroli rodzicielskiej. Problem jednak problem polega na tym, że są dzieci, które potrafią obejść takie zabezpieczenia. To oznacza, że rodzic, który zainstalował taki program, dajmy na to, trzy lata temu, nie może żyć w błogim przekonaniu, że zrobił wszystko, co trzeba, w tej dziedzinie. Dzisiaj technologie cyfrowe umożliwiają dzieciom i młodzieży łatwy dostęp do pornografii w każdym miejscu i natychmiastowo, więc co można zrobić? Warto monitorować wyszukiwarkę i zawrzeć umowę z dzieckiem, że korzysta ono z internetu, ale rodzic ma prawo to kontrolować i powinien z tego prawa skorzystać. Są rodzice, którzy z różnych powodów tego nie sprawdzają; w ogóle nie zajmują się tym tematem. Niektórzy nie zajmują się tym, ponieważ nie czują się kompetentni w tej dziedzinie i mieliby trudności z odtworzeniem historii przeglądania. Inni tłumaczą to tym, że nie chcą szpiegować swojego dziecka, uważając, że wychowanie powinno się opierać na zaufaniu. To prawda, ale zaufanie rodzica do dziecka, nie powinno być równoznaczne z dziecięcą naiwnością i unikaniem trudnych sytuacji. Uważam, że kiedy dziecko jest stosunkowo małe; ma 8,9,10 lub 11 lat, powinno mieć świadomość, że rodzic ma prawo sprawdzić, w jaki sposób korzysta ono ze smartfona. Nie robiłabym z tego wielkiej tajemnicy. Dla dziecka powinno być jasne, że rodzic może kontrolować sposób, w jaki ono korzysta z urządzenia. Za takim rozwiązaniem się tu opowiadam. W październiku ubiegłego roku NASK opublikował raport: „Nastolatki wobec pornografii cyfrowej", z którego wynika, że co piąte dziecko, które ogląda tego rodzaju treści, ma mniej niż 10 lat. Okazuje się, że głównym narzędziem do przeglądania pornografii jest telefon, a powodem tego zachowania jest nuda. Mając taką świadomość, co możemy z tym zrobić? Po pierwsze, nie powinniśmy zakładać, że nasze dziecko absolutnie nie jest dotknięte tym problemem; byłby to błąd. A proszę mi wierzyć, jest to równie powszechne jak przekonanie, że skoro dziecko dostało iPhone'a lub inny smart-fon, z zainstalowanym programem kontroli rodzicielskiej (trzy lata temu!), to rodzic zrobił, co należy i jest zabezpieczony na resztę życia i nie ma się czym martwić. Nie możemy trwać przy takich błędnych przekonaniach. Zawsze mnie zdumiewa, gdy rodzice dzieci, które zaczynają sprawiać kłopoty, tłumaczą to złym towarzystwem. Jednak nie spotkałam jeszcze rodzica, który by przyznał, że to właśnie ich dziecko jest tym złym towarzystwem dla innych. Zadziwiające, prawda? To samo dotyczy smartfonów i rodzice powinni być świadomi tego faktu. To też zadanie edukacji medialnej, niestety, w większości szkół jest ona słabo realizowana. Rodzice powinni zdawać sobie sprawę, że jeśli istnieje możliwość wpisywania w wyszukiwarkę słów kluczowych dotyczących pornografii, seksu czy stosunku, które to słowa krążą w różnych grupach rówieśniczych, wcześniej czy później nasze dziecko także to zrobi. Nawet jeśli nie zrobi tego ze względu na świadomość, że kontrolujemy jego smartfon, to ma kolegów, którzy mogą to zrobić. Warto mieć świadomość, że nie ma innej możliwości niż przygotowanie dziecka na to, że tego rodzaju „dzieła sztuki" istnieją i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, mogą kształtować przekonania, które utrudnią dziecku nawiązanie bliskiej relacji, właściwe przeżycie pierwszej miłości w późniejszym życiu. Mamy wiele informacji na ten temat, że poza nielicznymi przypadkami, kiedy seksuolog wręcz zaleca dorosłemu kontakt z filmami porno, dla ogromnej większości ludzi pornografia jest nieodpowiednia. To dotyczy zarówno dorosłych, jak i dzieci. Badania pokazują, że dzieci, które oglądają treści pornograficzne, mają niższy poziom społecznej integracji i wykazują wyższe ryzyko występowania niepożądanych zachowań. Co to dokładnie oznacza? Zdarza się, że 9- i 10-latkowie oglądają pornografię przez dwie-trzy godziny dziennie. To już może być objaw uzależnienia. Wiadomo, że im większe przywiązanie do smartfona, który jest głównym sposobem kontaktowania się dzieci z intemetem, tym więcej czasu dziecko spędza w sieci i ogląda różnego rodzaju treści. Może wyszukiwać filmy dotyczące nie tylko pornografii, ale także, na przykład, w jaki sposób zabić kanarka czy chomika. Nie tylko pornografia stanowi dziś koszmarne zagrożenie. Im więcej czasu dziecko spędza w sieci, tym większe jest ryzyko, że będzie stale pobudzone emocjonalnie. Treści internetowe bardzo intensywnie oddziałują na układ nerwowy, przez co dziecko może być bardziej drażliwe, irytować się łatwiej i tracić kontrolę nad emocjami. Dodatkowo, dziecko może nie mieć okazji do wypracowania lub rozwinięcia kompetencji społecznych, takich jak nawiązywanie kontaktu i rozmowa z innymi ludźmi, nawet na błahe tematy. Dzieci powinny uczyć się tych umiejętności. Jak mają to osiągnąć, jeśli większość ich czasu wypełnia korzystanie z internetu? Widać tutaj sprzężenie zwrotne. Dzieci, które mają trudności w relacjach z rówieśnikami z różnych powodów, na przykład ze względu na sytuację domową, bo często nie czują się komfortowo zapraszając kolegów do swojego domu, to więcej czasu spędzają w sieci. To jest naturalne, że szukają tam kontaktu, który w innych miejscach może im sprawiać trudność. Mogliby poświęcić ten czas na naukę rozmawiania, porozumiewania się i uczenia się rozwiązywania konfliktów bez przemocy, obrażania się czy szukania rozwiązań ekstremalnych. Tego czasu brakuje. Krótko mówiąc, dzieci, które nie cieszą się popularnością wśród rówieśników, szukają ucieczki w sieci, ale spędzanie tam zbyt dużej ilości czasu może utrudniać im funkcjonowanie i relacje z rówieśnikami. Warto zachęcać dzieci do angażowania się w inicjatywy mające na celu ograniczanie występowania pornografii wśród dzieci i młodzieży? W jaki sposób to robić? Zdecydowanie warto to robić od najmłodszych lat. Już u dwulatka widać bardzo wyraźne dążenie do samodzielności, do tego, żeby mógł powiedzieć: ja sam, ja sama i to nie mija w kolejnych latach. Dziecko ma bardzo dużą potrzebę współdecydowania 0 swoim życiu. Oczywiście, rodzice ustalają reguły, ale ważne jest widzieć dziecko jako współdecydenta i współtwórcę swojego życia. Jeśli rodzice wieczorową porą, tak, by im dzieci nie przeszkadzały, siadają i ustalają, jakie zmiany wprowadzają w życie dzieci, to jest to przykład sytuacji, kiedy rozstrzygają o życiu dzieci bez nich. Traktują je przedmiotowo. Kiedy w rozmowie z dzieckiem potrafimy powiedzieć, co nas niepokoi 1 dlaczego chcemy wprowadzić takie a nie inne rozwiązania, albo co uważamy za konieczne w postępowaniu po to, żeby tych powodów do niepokoju było jak najmniej, to im bardziej dziecko będzie współdecydentem, współautorem wprowadzonych, następnie wypisanych i przyczepionych do lodówki albo do drzwi reguł, to tym większa szansa, że w pewnym momencie ono potraktuje te narzucone z zewnątrz reguły jako swoje przekonania, zgodnie z którymi będzie postępowało. Nie da się dzisiaj upilnować dziecka. Jeśli rodzic ma taką koncepcję że upilnuje, że będzie sprawować całkowitą kontrolę nad życiem dziecka, to jest to skazane na niepowodzenie. Znaczenie ma umiejętność komunikacji? Powiedziałabym szerzej, że znaczenie ma styl wychowania. Wpojenie dziecku podstawowych norm i zasad postępowania jest naturalnie niezbędne, ale jeśli ktoś widzi się w roli rodzica jako „kaprala", przed którym dziecko musi stukać obcasikami i powtarzać „Tak jest!", to dzisiaj taki styl wychowania nie przyniesie dobrych rezultatów. CV Aleksandra Piotrowska Doktor psychologii, wieloletni pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, była społecznym doradcą Rzecznika Praw Dziecka, współpracuje jako społeczny doradca z Komitetem Praw Dziecka. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych. 8 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 HELENA ENGLERT: JESTEM CZŁOWIEKIEM, KTÓRY IDZIE PO SWOJE I NIE BOI SIĘ NICZEGO Helena Englert to córka Jana Englerta i Beaty Scibakówny. Choć dopiero kończy szkołę aktorską, oglądamy ją już w dwóch głównych rolach - w serialu HBO MAX „#bringbackalice" i w filmie „Pokusa". Nam opowiada, dlaczego znane nazwisko to dla niej błogosławieństwo i przekleństwo Paweł Gzyl Od początku roku jesteś w centrum medialnej zawieruchy. Jak sobie z tym radzisz? Dobrze wiedzieć, że to się nie dzieje tylko w mojej głowie, (śmiech) Staram się nie stracić zdrowego rozsądku i słuchać swojej intuicji. Wiąże się z tym oczywiście pewna presja, którą chyba jednak sama sobie nakładam. Łapię się na tym, że rozglądam się za tym, czy ktoś się za mną nie rozgląda. Bo tak naprawdę kogo obchodzi jakaś dwudziestoparoletniagów-niara? Staram się więc znaleźć równowagę między tą medialną zawieruchą a tym, że muszę robić zakupy w Żabce. To dziwne uczucie, ale sytuacja, w której jestem, stanowi spełnienie mych marzeń. Czuję się więc źle, kiedy na nią narzekam, bo wiem, że nie powinnam. Popularność szybko uderza do głowy. Masz w sobie przyzwolenie na „sodówkę'7 Mam. To jest nieuniknione. Trudno jest ocenić, czy to już się wydarzyło czy jeszcze nie. W moim przypadku mogło się to już zacząć. Uważam, że wszystko trzeba robić z głową i nie krzywdzić nikogo. Do momentu, kiedy ta „sodówka" jest nieszkodliwa, to wszystko OK. Ale jak zacznie się zamieniać w mechanizm bycia aroganckim czy opryskliwym, będzie dla mnie problematyczna. Dlatego bardzo się będę bronić, aby to się nie wydarzyło. Jaki masz na to sposób? Na szczęście otaczają mnie ludzie, którzy mają absolutnie gdzieś to, gdzie pracuję i w związku z tym bardzo skutecznie ściągają mnie na ziemię. To bardzo ważne, aby mieć takie grono bliskich osób, które zauważy, kiedy wspomniana „sodówka" za bardzo zacznie mi uderzać do głowy i nie pozwoli mi za daleko odfrunąć. Pewnie ta zawierucha medialna wokół ciebie byłaby mniejsza, gdyby nie twoje nazwisko. Powiedziałaś niedawno, że to dla ciebie „błogosławieństwo i przekleństwo". Głupio mi na to narzekać, bo tak naprawdę to wielki przywilej . Zagrałam tylko dwie główne role w życiu, a „Vogue" pisze o mnie „Mocne wejście młodej gwiazdy polskiego kina". Rozumiem więc frustrację niektórych kolegów czy koleżanek po fachu. Moim zdaniem nie zasłużyłam sobie na takie miano. Ale z drugiej strony presja, jaką odczuwam, byłaby mniejsza, gdyby nie to nazwisko. Toznaczy? Wczoraj po raz pierwszy od piętnastego roku życia przeczytałam komentarze na mój temat na Pudelku. I wystarczy mi tego na kolejne osiem lat. Dowiedziałam się o sobie wielu ciekawych rzeczy, z których większość nie jest prawdą. Trudno jest się jednak przed tym bronić. Nawet jeśli wie się, że nie trzeba tego czytać i nie zwracać na to uwagi. Ja myślałam, że kiedy zrobię coś, czemu oddam całe moje serce i wypłaczę hektolitry łez, to ludzie to zauważą i powiedzą: „OK - to niby Englertówna, ale robi fajne rzeczy". A tu okazuje się, że to tak nie działa. Sama się sobie dziwię, ale byłam naiwna i wierzyłam w ludzi. Tymczasem co premiera, dostaję sygnał, że natura człowieka nie jest życzliwa. I ze względu na moje nazwisko nigdy nie dobiję się do tych, którzy mają już wyrobioną opinię na mój temat. Może w tej sytuacji lepiej przestać próbować, nie przejmować się żadną krytyką i po prostu robić swoje? Dlatego teraz przemeblowuję swoją głowę i zmieniam stosunek do opinii publicznej. Jeśli czuję w kościach, że coś jest dla mnie dobre, to nie widzę sensu, aby to blokować, zastanawiając się, kto i co o tym pomyśli. Masz takie poczucie, że przez znane nazwisko, musisz się bardziej starać niż twoje kole-żanki i koledzy z branży? Aż tak bym nie powiedziała. To zupełnie inny rodzaj presji. Nie potrafię jej jednak na razie nazwać. Oglądamy cię aktualnie w głównej roli serialu stacji HBO - „#bringbackalice". Jak do niego trafiłaś? Castingi trwały dłużej niż zwykle. Zazwyczaj przychodzi się trzy razy i kiedy się przejdzie dwa pierwsze etapy, na tym trzecim dostaje się odpowiedź tak lub nie. Tymczasem przy tym serialu byłam kilkanaście razy na castingu i znam dziewczyny, które przychodziły częściej niż ja, a finalnie nie zagrały. Obsada była kompletowana bardzo skrupulatnie. Początkowo brano mnie pod uwagę do roli Pauli, podobnie jak Milę Jankowską. Dopiero podczas ostatniego dnia castingu pani producent wpadła na pomysł, aby dać mnie na Alicję. Serial opowiada o współczesnych nastolatkach. Ty masz obecnie 23 lata. Czujesz jeszcze bliskie powinowactwo z dzisiejszymi nastolatkami? Trochę tak. Mieszkam w centrum Warszawy, dlatego często widzę w modnych miejscach obecnych licealistów. I dostrzegam, że ubierają i zachowują się inaczej niż ja w ich wieku. Ale nie jakoś diametralnie. Obawiałam się jednak, czy trafimy estetycznie do nich z naszym serialem. Bo oni idą w stronę brudu i błota w stylu końca lat 90., gdy my tymczasem opowiadamy o neonowych latach początku minionej dekady, kiedy wszystko było śliczne i rodem z Instagrama. Najbardziej śmieszy mnie, kiedy dzisiejsze nastolatki zaczynają do mnie mówić per „pani". Kiedy mijam ich przechodząc obok jednego z liceów, widzę, że patrzą na mnie jak na dorosłą kobietę wracającą z pracy. Tymczasem ja mam ochotę ich spytać, czy mogłabym z nimi spalić szluga. (śmiech) Podobnie jak ty, uprzywilejowana jest bohaterka z serialu. Dużo bliskiego sobie znalazłaś wAlicji? Trochę. Ale raczej w tej Alicji, która wyłania się w trzecim odcinku. Ona jest w podobnym miejscu energetycznie jak ja. Trudno tak mówić o sobie, ale jestem człowiekiem, który idzie po swoje i nie boi się niczego. I jaka by nie była cena, jestem gotowa ją zapłacić. Wiem, że w naszym kraju nie jest to dobrze widziane - ale taka jest prawda. Z tą różnicą, że ja nie krzywdzę ludzi. A przynajmniej staram się tego nigdy speq'alnie nie robić. Jeżeli już to się wydarzy, to biorę odpowiedzialność za swoje błędy i tak działam, by niczego nie żałować. Tymczasem Alicja przekracza granice, która są dla mnie nieprzekraczalne. Mimo to lubię ją i za nią tęsknię. A nie zawsze się gra postaci, które się lubi. Aliq'a cierpi na częściową amnezję. Trudno grać osobę w takim stanie zawieszenia? Tak. Ten serial to przykład typowego kina gatunkowego. Dlatego musiałam znaleźć złoty środek między prawdą psychologiczną o mojej postaci a wymogami gatunku. Bardzo się skupiłam na tej amnezji Alicji: ponieważ zdawałam maturę z psychologii, napisałam do mojego profesora i poprosiłam o materiały źródłowe na temat PTSD. Potem od tego zaczęłam przygotowania do roli. Najpierw zbudowałam smutną Alicję, którą oglądamy w dwóch pierwszych odcinkach - a później się od tego odbiłam. Jej traumabyła dla mnie" punktem wyjścia. Nie brakuje w serialu mocno emocjonalnych scen. Trudno było ci sobie z nimi poradzić? Najprzyjemniej kręciło mi się środkowe odcinki. Tam było najwięcej dramy. Mogłam więc sobie pozwolić na zabawę moją postacią. Najtrudniejsze były z kolei dwa pierwsze odcinki -bo leżą one najdalej pod względem energetycznym ode mnie. Zagranie na takim poziomie było dla mnie katorgą. Ale dzięki temu nauczyłam się jak się to robi. Absolutnym piekłem był jednak dopiero odcinek finałowy - choćby dlatego, że dzieje się w nocy i mieliśmy maraton nocnych zdjęć. To było bardzo trudne wytrzymałościowo. Niestety, ja mam tak, że kiedy się bardzo stresuję, to siada mi odporność. I cały szósty odcinek grałam z gorączką. Całe szczęście Sebastian Dela podtrzymywał mnie przy życiu. Zresztą cała ekipa bardzo sobie wzajemnie pomagała. Emocjonalnie to była jednak krew, pot i łzy. Stąd tak mi zależy, żeby widzowie to docenili. Wspomniałaśoekipie: to prawie sami młodzi ludzie w twoim wieku. To miało wpływ na atmosferę na planie? Tak. Inaczej pracuje się z doświadczonymi aktorami, a inaczej z dzieciakami. Wchodząc na plan, nie wiedziałam co to znaczy grać w konkretnym gatunku. Mamy tutaj bowiem zupełnie inny świat niż ten, który istnieje za oknem. To nie jest typowa polska szarzyzna. Wszystkie wnętrza są umeblowane od A do Z przez scenografa. Kostiumy wzięto z najwyższej półki. Czyli im dziwniej i bardziej kolorowo, tym lepiej. Dlatego trzeba było używać innych środków, budując te postaci. Musieliśmy się tego nauczyć nie tylko my, jako młoda obsada, ale również musieliśmy wypracować to z reżyserem i z każdym pionem produkcji. Tam każdy rekwizyt był ważny i musiał być gatunkowy. Bardzo mnie interesowało, jak wszyscy pracują na to, aby stworzyć tę cukierkową rzeczywistość. W efekcie powstała swego rodzaju bajka - i bardzo mi się to podoba. Powiedziałaś o tym serialu: „To projekt, w którym powolutku zaczęłam stawać się aktorką". To był pierwszy profesjonalny plan, na który weszłam po powrocie ze Stanów. Wcześniej miałam przez studia i pandemię dwuletnią przerwę. Musiałam więc szybko przypomnieć sobie, jakie są jego zasady i wdrożyć się w tę rutynę. Te sto dni pracy nad serialem było dla mnie wielką nauką i okresem autentycznego dorastania. Jasne - ja wiem, że nadal wiele nie umiem. Ale po tym serialu niczego się już nie boję. Choćby tego, że na castingu dostanę scenę, której nie będę potrafiła zagrać. Bo wiem, że choć na początku nie będę znała drogi, to z czasem ją znajdę. Mam bowiem wystarczająco dużo narzędzi, by sobie z tym poradzić. Kiedyś szłam na casting i modliłam się: „Boże, żebym tylko dostała coś, co leży w mojej strefie komfortu, bo inaczej wyda się, że czegoś nie potrafię". Teraz podchodzę do tego z mniejszą obawą. Coś byś dzisiaj zmieniła wswej grze? Oczywiście. Jest kilka takich scen, o których myślę: „Co ty grasz?". Ale ja to lubię. Podobnie zresztą mam oglądając swoje koleżanki i kolegów. Bo wiem, że kiedy ktoś fałszuje, to znaczy, że podjął próbę i ryzyko. Wiadomo - kiedy ktoś cały czas fałszuje, to jest zła rola. Ale kiedy widzę, że mam momenty, które są świetne, to wybaczam te fatalne. Wolę tak, niżby to miało być cały czas nijakie i miałkie. Myślę, że nie zabrzmi to arogancko, ale uważam, że ta rola jest tak różna, że nawet jeśli są tam fałszywe nuty, to są też takie, z których mogę być naprawdę dumna. I nikt mi tego nie zabierze. Po „#bringbackalice" nakręciłaś kinowy film - „Pokusę". Ta Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 PULS • 9 Helena Englert: W warszawskiej akademii pracuje się bardzo ciężko - przez siedem dni w tygodniu niemal od rana do nocy. Przetrwają tylko najsilniejsi kolejność miała znaczenie dla twojej gry? Ja bym w ogóle nie wzięła tego filmu, gdyby wcześniej nie było tego serialu. Nie miałabym bowiem środków, aby go zrobić. Początkowo przeczytałam „Pokusę" jako komedię. „Fajnie. Tak jeszcze nie grałam" - pomyślałam. Ostatecznie wyszło jak wyszło, ale próba została podjęta. Był to więc kolejny element mojej aktorskiej edukacji. Powiedziałaś o swej bohaterce: „Mogłam stworzyć od zera nowego człowieka". Wiem, że to okropnie zabrzmi, ale musiałam przy „Pokusie" odkryć swoją kobiecość. Tego ode mnie wymagało to zadanie. Chodziłam więc całe dnie w szpilkach i wszyscy się na mnie gapili, myśląc: „Co ta typiara robi o czternastej w obcasach?". Ale na tym polega ten zawód - że można być każdym. Tutaj mogłam się na chwilę rozsiąść wtakiej hiperkobiecości i znaleźć nieznośną lekkość bytu. Polubiłaś Inez jak Alfcjęiteż tęsknisz za nią? Nie. Z Alicjąbym się zaprzyjaźniła i na pewno byśmy się dogadały. Z wielu powodów. A z Inez bym się nie dogadała. Bo ona podejmuje decyzje, które są dla mnie niezrozumiałe. Grając ją, musiałam znaleźć w sobie powody, dla których ona to robi. Ja jestem ze szkoły, która uznaje, żeaktorniemusibronić za wszelką cenę swojej postaci. Bo fajnie jest grać ludzi, których się nie lubi. Którzy są źli i naiwni. I podejmują decyle, których prywatnie by się nie podjęło. Bo inaczej cały czas gra się siebie. Trzeba próbować budować swych bohaterów od zera. Ja tak miałam z Inez. To po prostu oznaczało, że trochę trudniej mi się nad tą rolą pracowało. Ale im większe wyzwanie, tym większa satysfakga, jeśli się uda. Media skupiły się po premierze „Pokusy" na erotycznych scenach z twoim udziałem. Tymczasem ty powiedziałaś: „Wystąpiłam przed kamerą bez ubrania i czułam się z tym OK". Nie jestem ambasadorką pru-derii. Zresztąjak chyba większość ludzi z show-biznesu. Uznałam więc, że te sceny to kolejna granica, którą mogę sobie pozwolić przekroczyć i kolejny krok, który mogę wykonać, nie robiąc sobie krzywdy. W „#biingbackalice" też są rozbierane sceny, ale zostały tak zmontowane, że wyglądają na delikatniejsze. A to nie znaczy, że janie stałam goła na planie dwa razy dłużej i przed dwa razy większą ekipą. Granie tych scen było bardzo podobne, tylko inaczej je filmowano. A na to jak jest to pokazane, ja jako aktorka nie mam wpływu. Tak czy siak jednak to ja się rozbieram. Dlatego kręcąc „Pokusę" miałam już to za sobą. A kiedy stoi się nago na jachcie na środku Bałtyku, obok ciebie stoi nago kolejnych osiem osób z obsady, a na drugiej łódce jest cała ekipa - to w pewnym momencie nawet przestajesz się już zasłaniać. „To co, kręcimy?" - i jedziesz. To był taki moment, po którym sceny dwójkowe z „Pokusy" nie stanowiły już dla mnie problemu. To taka praca. Nikogo tym nie skrzywdziłam - a dla mnie to było OK. Ityle. Coraz częściej aktorki i aktorzy mówią, że sceny erotyczne to dla nich tylko choreografia. Rzeczywiście tak jest? Oczywiście. Jeżeli zaczynałoby mnie to emocjonalnie kosztować, to mam prawo przerwać zdjęcia. Bo w ten sposób robiłabym sobie krzywdę. Od tego są dzisiaj koordynatorzy scen intymnych na planie. Taka osoba pilnuje granic w chwilach, kiedy aktorce jest trudno je samej wyznaczyć. Adrenalina na planie zawsze podskakuje i czasami zgadzasz się na więcej : „Tak, róbmy to!". A potem wracasz do domu i myślisz: „Czy to było OK? To nie było wcześniej uzgodnione. Ja nie wiem czy ta improwizacja była spoko". I taki koordynator jest od tego, by pilnować, abyś ty sam nie zrobił sobie krzywdy. „Pokusę" kręciła kobieta - Marysia Sadowska. To miało w tym kontekście znaczenie? Dla mnie nie. Reżyser to twój zwierzchnik, który wydaje ci polecenia. Oczywiście słucham go i przyjmuję wszystkie uwagi, które dostaję. Ale zostawiam trochę dla siebie i nie dzielę się tym z nim. Na tym polega higiena tej pracy. Reżyser to nie osoba, której ja bezgranicznie ufam. To działa w dwie strony. Reżyser ma swój pomysł i ja mam swój pomysł. I chodzi o to, aby pójść na kompromis. Po raz pierwszy pojawiłaś się w filmie, mając zaledwie dwa lata. To był pomysł twoich rodziców? Nie mam pojęcia. To urosło do rangi anegdoty, ale nie wiem jakto się stało. A kiedy świadomie weszłaś po raz pierwszy na plan? To był plan „Układu zamkniętego" nieżyjącego już Ryszarda Bugajskiego. I pamiętam, że bardzo mi się nie podobało. Plan to nie jest miejsce dla dziecka: było dużo ludzi, panował hałas, biegali antyterrory-ści. Ze wszystkich stron słyszałam: „Nie stawaj na kablu!", „Tu nie przechodź!" albo „Tu nie siadaj!". Musiałam czekać i czekać i czekać. Było mnóstwo bodźców, czułam się więc nie-fajnie. Musiałam z czasem nauczyć się lubić tę pracę. Kiedy to się stało? Jak miałam piętnaście lat. Zorientowałam się wtedy, że próbowałam już wszystkiego, tylko tego jeszcze nie. Bardzo się przed tym broniłam i nie chciałam w to iść. Ale w końcu poszłam do agenq'i aktorskiej i wzięłam udział w castingu do „Barw szczęścia". Wygrałam go - i podpisałam umowę na rok. Po pierwszym dniu zdjęciowym chciałam się zabić. Uznałam, że to w ogóle nie dla mnie i nigdy nie będę pracowała w tym zawodzie. Miałam takie same wrażenia jak po „Układzie zamkniętym". Poszłam więc do mamy i się jej wypłakałam. „Dlaczego podpisałam tę umowę przed wejściem na plan?" - szlochałam. Przeraziłam się dodatkowo, że skoro i ten zawód nie j est dla mnie, to co ja w ogóle będę robić w życiu? To był dziwny dramat piętnastolatki. Dlaczego zmieniłaś nastawienie? Poszłam do pracy następnego dnia. I potem następnego. I następnego. W końcu coraz mniej mi się podobało w szkole, a coraz bardziej na planie. Z biegiem czasu niecierpliwie czekałam na te dni, kiedy będę mogła być w pracy. Zaczęłam się kolegować ze wszystkimi, narodziły się więc moje pierwsze zawodowe przyjaźnie. Spodobało mi się też to, że na planie byłam traktowana jak dorosła, a nie jak dziecko w szkole. I nikt mi nie zwracał uwagi za szeptanie z koleżankami. Tak przeszłam od nienawiści do miłości. Ciekawe było feż to, że mogłam korygować swoje błędy: oglądałam kolejne odcinki i kiedy widziałam, że coś mi idzie fatalnie, potrafiłam to zmienić. Widziałam w ten sposób progres w mojej pracy. Nie potrzebowałam do tego instruktora, tylko umiałam sama siebie korygować. To było super. To nie znaczy, że nie umiem przyjmować krytyki od innych. Nie uznaję się za nieomylną. Widziałam jednak swój rozwój i to było dla mnie bardzo satysfakcjonujące. Po maturze wyjechałaś studiować aktorstwo do USA. Tobył dobry pomysł? Fantastyczny. Gdybym wtedy tam nie pojechała, to teraz byłabym tutaj bardzo nieszczęśliwa. Dlaczego? Bo nie wiedziałabym co straciłam. Musiałam tam pojechać, żeby zakochać się w Warszawie. Kiedy tam byłam, po dwóch miesiącach ustawiłam sobie jako tapetę na laptopie kolumnę Zygmunta, (śmiech) Nagle zrozumiałam z jakiej kultury pochodzę. Że ona jest czasem trudna, ale w żadnej innej nie chcę się poruszać. Męczyłam się w tych Stanach, nie umiałam się zasymilować. A same studia? Też mi nie odpowiadały. Tam opiera się to na kanapkach z komplementów, a ja potrzebuję konkretu i ostrzejszej dydaktyki. Mogłaś grać dalej i bez szkoły. Dlaczego zdecydowałaś się zdawać do warszawskiej Akademii Teatralnej? Chciałam dostać warsztat. To są narzędzia, których nie da się zdobyć bez szkoły. W warszawskiej akademii pracuje się bardzo ciężko - przez siedem dni w tygodniu niemal od rana do nocy. Tam nie ma świąt i weekendów. I przetrwają tylko najsilniejsi. To jest okrutne, ale uczy etyki pracy: wytrwałości, hierarchii, ale też tych wszystkich technicznych rzeczy - dykcji, ruchu, znajomości gatunków, różnicy w graniu klasyki i teatru współczesnego. Najpierw dostajesz Szekspira i Fredrę, a potem na trzecim roku współczesny dramat amerykański. I dobrze - bo żeby malo- wać abstrakcyjnie, trzeba najpierw nauczyć się robić to klasycznie. To bardzo potrzebne. I co ważne, szkoła daje możliwość pracy na etacie w teatrze po jej skończeniu. Może to na razie nie moja droga, ale uważam, że akademia była mi potrzebna. A jak przyjęli młodą Englertó-wnę rówieśnicy? To w szkole poznałam takich samych ludzi jak ja, którzy chcą tak samo ciężko pracować. Którzy wstają o siódmej rano, żeby zrobić próbę, bo o innej godzinie nie ma możliwości. To jest super. Ten warsztat z akademii przydaje ci się w filmowej praktyce? Filmowy warsztat tak naprawdę zdobywa się pracując w zawodzie. Ta praca to bonus do podstawy, którą są studia. Jeśli bym ich nie skończyła, to moją bazą byłaby praktyka zdobyta w filmie i telewizji. To też cenna nauka. Ale mając jedno i drugie, jestem bogatsza. Zagrałaś już w przedstawieniu dyplomowym - „Prawdziwy norweski black metal". Teatr to coś innego niż film czy serial? Kompletnie. Jeszcze się w nim nie odnajduję tak dobrze jak w filmie. Mimo skończenia szkoły, to jest dla mnie ciągle nowe. Nie czuję się wygodnie na scenie. Mam pewien dyskomfort i lęk przed oceną. Pracując w filmie, kieruję się intuicję, której mogę zaufać. A w teatrze jeszcze się trochę miotam. Mam więc tu pracę do wykonania. Powiedziałaś niedawno: „Bardzo bym nie chciała osiąść na laurach". To trudne zadanie przy twoich sukcesach? Ja cierpię na chorobę ludzi ambitnych: nigdy nie jestem z siebie zadowolona. Dlatego dla mnie zawsze będzie za mało. Możesz to nazwać ambicją albo zachłannością. Ale zawsze chcę więcej, mocniej, szybciej, wyżej. I uważam, że to jest super, bo nie ma niebezpieczeństwa, że osiądę na laurach. A jak ci się znudzi aktorstwo, to możesz poświęcić się modzie. Bo to też twoja pasja. To nie takie proste. Ale faktycznie lubię modę. To taki teren działania, na którym mam stuprocentową sprawczość. Tutaj to ja podejmuję wszystkie decyzje artystyczne. Praca aktora polega na kompromisach, bo to sport zespołowy. Też to lubię. Ale ponieważ przy moim charakterze potrzebuję rutyny i lubię mieć wszystko dokładnie zaplanowane, moda pozwala mi na to, bym to ja mogła podejmować wszystkie decyzje. Kiedy mówię „To, a nie to" - to tak ma być i nikt nie będzie ze mną dyskutował. Potrzebuję mieć pełną kontrolę nad chociaż jedną sferą swego życia. I jest nią właśnie moda. PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 DZIESIĘCIU Z PAWIAKA. ZA ŚWIĘTOWANIE KONSTYTUCJI 3 MAJA DO WIĘZIENIA Był 3 maja 1940 r., piątek. 149 rocznica 3 Maja. Kierownicy warszawskich szkół ze Śródmieścia, Powiśla i Mokotowa jednogłośnie uznali - świętujemy. Tadeusz Płużański Już wcześniej warszawscy nauczyciele przeciwstawiali się okupantowi. Mimo żądania Niemców nie wydali podręczników szkolnych, przekazując w zamian „buble" z antykwariatów. W ten sposób ocalili wartościowe książki do języka polskiego, historii i geografii. Z uczniami klas starszych prowadzili niedozwolone przez władze zajęcia. Kolportowali również tajną gazetkę „Polska Żyje". Najdroższy wyraz Dla przygotowania obchodów święta 3 Maja kierownicy stołecznych szkół powołali ośmioosobowy komitet organizacyjny. Zamiast zajęć miały się odbyć patriotyczne pogadanki. Program dla młodszych klas był bardziej rozrywkowy, dla starszych poważniejszy. Nad wszystkim czuwał mój dziadek Wacław Płużański, który kierował Publiczną Szkołą Powszechną nr 93 i pełnił funkcję przewodniczącego Rejonowej Komisji Kierowników. Tekst otwierający pogadankę rozesłano do szkół. Szczęśliwie zachował się do dziś: „Ojczyzna! Ojczyzna - najdroższy wyraz... Ojczyzna bowiem w tym mieści się słowie, Co serce kochające przez usta wypowie: To nasza powinność, to dla nas świat cały. Świat wspomnień, poświęceń, nadziei i chwały". Stanisław Zawadzki, kierownik Publicznej Szkoły Powszechnej nr 54 wspominał: „We wszystkich szkołach naszego rejonu świętowano 3 Maja zgodnie z przyjętymi ustaleniami. Uroczystości wypadły nad wyraz sprawnie, ciepło, podniośle". Woda po kostki Potem wypadki potoczyły się bardzo szybko. 6 maja rejonowy podinspektor, nadzorujący szkoły z polecenia władz niemieckich, zebrał wszystkich kierowników szkół, w których świętowano rocznicę konstytucji. Zażądał od nich złożenia pisemnego oświadczenia o przebiegu obchodów. Następnego dnia znaleźli na swoich biurkach pismo: „Na skutek zlecenia p. Radcy Szkolnego Miejskiego z dnia 6 maja 1940 r. pro- szę o przybycie punktualnie do Inspektoratu Szkolnego Miejskiego (Daniłowiczowska 1/3), piętro V, pokój nr 82 w piątek dnia 10 b.m. o godz. 15". Spośród dwunastu wezwanych nauczycieli nie stawiło się tylko dwóch. Przybyli: Stanisław Boczar, Romuald Buczow-ski, Stanisław Dobrowolski, Jan Jastrzębski, Kazimierz Mam-czar, Stefan Nowiński, Wacław Płużański, Ludwik Rajewski, Józef Wójcik, Stanisław Zawadzki. W inspektoracie sprawdzono nazwiska przybyłych i do pomieszczenia weszli oficerowie Gestapo. Każdy nauczyciel dostał eskortę w postaci jednego oficera. Zeszli na dół. Wszystkich, samochodami osobowymi, przewieziono na Pawiak. Znaleźli się na oddziale siódmym, w celi 215 i sąsiedniej. Stanisław Zawadzki: „Przerażająca była droga do tych cel; kilkanaście wielkich okratowa-nych drzwi zamykało się za idącymi, zanim nie trafili na mokre sienniki, bo wody było po kostki. Tak przesiedzieliśmy do rana". Żaden z uwięzionych nie zdawał sobie sprawy, że był to dopiero początek. Wkrótce otrzymali pismo, informujące 0 zwolnieniu ich z pracy z dniem 31 maja 1940 r. Widnieje na nim podpis inspektora szkolnego na m.st. Warszawę dr Teofila Szczerby. Rodziny nauczycieli dostały polecenie opuszczenia służbowych mieszkań. Przez cały okres przebywania na Pawiaku nie byli wzywani do gmachu Gestapo przy ulicy Szucha. Fakt świętowania 3 Maja, mimo zakazu władz, nie podlegał dyskusji. Od rodzin, nauczycieli 1 woźnych szkolnych dostawali grypsy, a przede wszystkim produkty żywnościowe -tłuszcz, cebulę, czekoladę. Wszystko dzięki pomocy polskich pracowników kuchni i szpitala więziennego. Wacław Płużański trafił na Pawiak już kolejny raz. Wcześniej Niemcy aresztowali go jako zakładnika na okres przyjazdu Hitlera do Warszawy. Inni nauczyciele-więźnio-wie przychodzili do niego z pytaniami - co Niemcy z nami zrobią?, jak potraktują nasze ro- H m , Wacław Płużański zmarł 16 maja 1940 r. na serce w wieziennym szpitalu dżiny?, czy można przeżyć więzienie? 16 maja 1940 r. Wacław Płużański zmarł w więziennym szpitalu na serce. Dzięki staraniom rodziny Niemcy wydali jego zwłoki. Został pochowany na Starych Powązkach. Pozostałych kierowników szkół osadzono na oddziale czwartym i piątym. Aby zapomnieć o więziennej rzeczywistości, opowiadali sobie przeczytane ostatnio książki, dzielili się wrażeniami z wyjazdów zagranicznych i wspomnieniami z działalności politycznej. Włączyli się również w konspirację. Dzięki ich kontaktom ze światem zewnętrznym inni towarzysze niedoli dowiadywali się o przebiegu śledztwa, losach najbliższych. Tajne nauczanie Nauczyciele nie przebywali na Pawiaku długo, gdyż więzienie to było tylko przystankiem przejściowym. Stanisław Zawadzki pisze: „We wtorek, 21 września 1940 r., zostaliśmy zgrupowani na placu. Podjeżdżały ciężarowe auta, kryte plandekami. Na rampie kolejowej zostaliśmy załadowali do towarowych wagonów". Wagony jechały do Auschwitz. W obozie nauczyciele postawili sobie trzy cele: walczyć z deprawacją i utrzymać ludzką godność; ból przeradzać w nadzieję, zgodnie ze stwierdzeniem Wergiliusza w „Eneidzie", że życie jest większą powinnością, niż śmierć i wymaga nie mniejszej odwagi, niż śmierć; nie zapomnieć, że Ojczyzna jest w niewoli i nawet w szczególnych warunkach obozowych walczyć o Jej niepodległość. Stanisław Zawadzki: „Hitlerowcy byli przekonani, że takie posunięcie sterroryzuje nauczycieli warszawskich spoza murów więziennych i obozów koncentracyjnych - tymczasem nasze wywiezienie do Oświęcimia zapoczątkowało tajne nauczanie". Najgorzej w Wigilię W obozie Stanisław Zawadzki współorganizował ruch oporu wśród nauczycieli, pod nazwą Tajna Organizacja Nauczycielska. Jej zadaniem było niesienie pomocy najsłabszym, kolportowanie nielegalnych biuletynów o walce z okupantem w kraju i sytuacji na froncie. W marcu 1943 r. Zawadzki został przewieziony do obozu w Buchenwaldzie, gdzie działał w sabotażu. Prócz Stanisława Zawadzkiego, Auschwitz przeżył również Ludwik Rajewski, kierownik prywatnej szkoły powszechnej przy Brackiej 18. Pozostali nauczycieli zginęli. Romuald Buczowski (nauczyciel przyrody od 1933 r. i w czasie wojny kierownik prywatnej szkoły powszechnej przy Smolnej 30) w obozowej konspiracji też był bardzo aktywny - zaopatrywał innych w odzież i żywność, pisał korespondencję w języku niemieckim, którą koledzy wysyłali do domów. Barbara Buczowska przez całe życie traktowała dwa listy od ojca, z marca i maja 1941 r., jak relikwie. Na obozowych blankietach znalazły się takie dane więźnia, jak: narodowość (Pole), nazwisko, data urodzenia - 7.02.1902, numer więzienny - 4401. Obok dodatkowe informacje: Błock 10, Stube 3, KL Auschwitz, Postamt II. To kolejny dowód na niemiecką skrupulatność. Stanisław Zawadzki zanotował: „Najboleśniejszym dla nas dniem w obozie (w pierwszym roku pobytu) był dzień wigilijny. Każdy zaszył się w zakamarku bloku, by samemu przeżyć porę wieczerzy wigilijnej. Po pewnym czasie zacząłem szukać Romka i znalazłem go jak w sposób nieopanowany szlochał. Urywanymi wyrazami powiedział: „Jakie to straszne... Moje trzy Marysie (matka, żona i jedna z córek), uwielbiana Basia (druga córka) i ten synek, taki jeszcze mały... Wszyscy beze mnie, bez mej opieki i pomocy, wtedy, gdy tego najbardziej potrzebują, a ja tu, tak całkowicie bezsilny!" Romuald Buczowski zakazał rodzinie, aby starała się o wydostanie go z obozu. Zimą 1940/41 doznał poważnego odmrożenia nóg. Został rozstrzelany 22 sierpnia 1941 r. razem z grupą innych rekonwalescentów. Na akcie zgonu, wystawionym przez obozową kancelarię, zachowała się adnotacja: godzina 3 minut 15. Wkrótce koledzy znaleźli w magazynie pasiak więzienny z numerem 4401. Ofiary Auschwitz W KL Auschwitz na serce zmarli: Stanisław Boczar i Stefan Nowiński. Po pogryzieniu przez esesmańskie psy wykrwawił się Stanisław Dobrowolski. Kazimierz Mamczar, mimo pomocy kolegów, zmarł z głodu. Wszyscy odeszli dlatego, że w 1940 r. odważyli się upamiętnić narodowe święto 3 Maja. Barbara Buczowska-Błę-dowska i Jolanta Zawadzka-Kol-czyńska, córka Stanisława Zawadzkiego założyły Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich. 14 czerwca 1998 r., w rocznicę przywiezienia do Auschwitz pierwszego transportu Polaków - więźniów politycznych. Ich głównym celem jest przechowanie pamięci o polskich ofiarach niemieckiego obozu.©® Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 PULS • 11 CAMILLE CLAUDEL I POLSKIE RZEŹBIARKI PRZEŁOMU XIX IXX W. W Muzeum Narodowym w Warszawie rusza wystawa poświęcona legendarnej francuskiej artystce, ale też pionierskiej generacji polskich rzeźbiarek, z których większość tworzyła w tym samym czasie Mariusz Grabowski dziły się w umyśle rzeźbiarki w teorie spiskowe. Przekonana, że dawny mistrz stara się wykraść jej dzida, zaczęła niszczyć swój dorobek. Przestała tworzyć i wystawiać, żyła w skrajnej biedzie i osamotnieniu. Już po śmierci rzeźbiarki jej brat Paul Claudel, znany poeta i pisarz, zanotował: „Moja siostra! Tragiczna egzystencja! Kiedy mając lat trzydzieści, zorientowała się, że Rodin ani myśli jej poślubić, wszystko zawaliło się wokół niej i nie oparły się temu władze umysłowe". Brud i pył Przejdźmy do polskich rzeźbiarek, swego czasu popularnych i odnoszących sukcesy na krajowych i międzynarodowych wystawach, realizujących zamówienia na rzeźby przeznaczone do przestrzeni publicznej. Na długie lata popadły w zapomnienie, ale ich życiorysy to często, tak jak w wypadku Camille Claudel, historia zmagań ze stereotypami, uprzedzeniami i wynikającymi z nich nierównościami i przeciwnościami. „O ile nauka malarstwa i rysunku stanowiła na ogół element edukacji dziewcząt, kształtujący ich wrażliwość i poczucie estetyki, o tyle do rzeźbienia na różne sposoby ograniczano im dostęp. Modelowanie w glinie, odlewanie w gipsie czy kucie w kamieniu (oraz towarzyszące im trud fizyczny, brud i pył) postrzegano jako sferę działań typowo męskich" - piszą organizatorzy wystawy. Z rzeźbieniem wiązała się także kwestia odwzorowywania nagiego ciała, co w wypadku specyfiki procesu twórczego wiążącego się z bezpośrednim kontaktem artystki z materiałem uznawano wówczas za zagrożenie moralności kobiet. Polki i dłuto Na wystawie znajdziemy prace m.in. Toli Certowicz (1862-1918), która najpierw pobierała nauki u Marcela Guyskiego w Krakowie, a po wyjeździe do Paryża w Academie Julian. Wystawiała swoje prace w Paryżu, Wiedniu i Berlinie. Do Krakowa powróciła w 1891 r. Dwa lata później na wystawie w Zachęcie Sztuk Pięknych w Warszawie otrzymała trzecią nagrodę za płaskorzeźbę w brązie „Fragment". W latach 1897-1901 zajmowała się działalnością pedagogiczną, prowadząc Szkołę Sztuk Pięknych dla Kobiet. Była to pierwsza szkoła artystyczna w Krakowie, w której mogły się uczyć kobiety. Z kolei Antonina Rożniatow-ska (186O-1895) rzeźbiła w marmurze, terakocie, brązie i gipsie. Wykonała dwa posągi Heleny Modrzejewskiej w gipsie w roli Ofeliiwl885r. oraz siedzący naturalnej wielkości w roku 1887. Uczestniczyła w Pierwszej Wystawie Sztuki Polskiej w Krakowie, zorganizowanej w 1887 r. Na wystawie sztuki współczesnej we Lwowie otrzymała srebrny medal. Natalia z Tarnowskich An-driolli (1856-1912) swoje pierwsze prace, szkice, wysyłała na wystawy już w 1886 r., zaś cztery lata później, jako jedna z dwóch Polek wysłała swoje prace - „Lir-nika" i „Wiosnę" - na wystawę w Berlinie. Były one później wystawiane również w Salonie Zachęty. Dwa lata później jej rzeźby - „Nagamodelka" i „Postać wieśniaka" - wystawiono nasalonie paryskim. Arystokratka także Na osobną uwagę zasługuje hr. Amelia Jadwiga z Hausnerów Łubieńska (1852-1930). Pozycja i majątek pozwoliły jej w profesjonalny sposób rozwijać pasję, jaką było dlań rzeźbiarstwo. Przeniosła się do Florencji, gdzie lekcji udzielali jej rzeźbiarz Ga-etano Guidi i malarz Amos Cas-sioli. Pracownię założyła w ogrodzie otaczającym jej willę. Swoje rzeźby Łubieńska wysyłała nawłoskie i polskie wystawy, ale „Bluszcz" w „Kromce działalności kobiecej" podkreślał: „Hra-binapracuje tylko dla siebie i wykonywane przez nią dzieła nie przechodzą nigdy w ręce obce, nie idą do zbiorów cudzych". Portretowała głównie bliskich, a dzida religijne ofiarowywała do kościołów. W1880 r. florencką willę Łubieńskiej odwiedził krytyk sztuki Henryk Struve, który relacjonował w „Kłosach": „Hr. Łubieńska od czterech lat dopiero poświęca się rzeźbie; od bardzo niedawna zawładnęła zupełnie trudną, szczególniej dla niewiasty, techniką tej sztuki. Nie dziw tedy, że tworzy z pewną go-rączkowością, że nie ma spokoju, aż choć w kilku dziełach pokaże, czego dokonać jest zdolną". Jednak rok później nagle przestała wystawiać, przeniosła się do Wiednia. Do dziś nie wiadomo dlaczego. Wystawa „Bez gorsetu. Camille Claudel i polskie rzeźbiarki XIX wieku" potrwa w MNW do 10 września. Towarzyszą jej liczne wykłady, spotkania i warsztaty. Patronat nad wystawą objął ambasador Francji w Polsce Frederic Billet, a dofinansowano ją ze środków MKiDN. Informacje: mnw.art.pl. tle Camille Claudel znalazły się m.in. Tola Certowicz, Antonina Rożniatowska, Jadwiga Milewska, Natalia z Tarnowskich An-driolli, Maria Gerson-Dąbrow-ska, Amelia Jadwiga Łubieńska i Felicja Modrzejewska. Smutne życie Camille Claudel (1864-1943) - czytamy w opisie wystawy pióra kurator dr Ewy Ziembiń-skięj - to „najbardziej dziś rozpoznawalna rzeźbiarka XIX wieku, która zagościła w kulturze popularnej dzięki poświęconym jej filmom i książkom, uznania doczekała się dopiero pośmiertnie". Aprzecież zmarła samotna i zapomniana i została pochowana na cmentarzu komunalnym w Montfavet, we wspólnym grobie z bezdomnymi. Nie miała łatwego życia. Po wielu sukcesach artystycznych odcięła się od świata i zaczęła stopniowo popadać w obłęd. Wtedy została w 1913 r. umieszczona przez matkę i brata w zakładzie zamkniętym, gdzie spędziła trzydzieści lat. W zaniknięciu niczego nie stworzyła, a jej dorobek popadł w zapomnienie. Proces odkrywania na nowo twórczości Claudel rozpoczął się wystawą w paryskim Musee Rodin w 1951 r. August Rodin, starszy od niej o 24 lata, był bowiem jej mentorem i nauczycielem oraz długoletnim kochankiem. Od jej śmierci powstało na jej temat wiele publikacji naukowych, a w 2017 r. otwarto muzeum monograficzne w No-gent-sur-Seine, miejscowości, gdzie rozpoczęła edukację artystyczną. Kiedy postanowiono, że w Hotelu Biron w Paryżu powstanie Muzeum Rodina, zadecydowano, że jedna z sa]»będzie poświęcona właśnie jej. W 2008 r. została tam zorganizowana duża retrospektywna wystawa prac Camille Claudel, na której zaprezentowano ponad 80 rzeźb, rysunki, listy z Rodinem oraz fotografie. „Kobieta-geniusz!" Camille Claudel pochodziła z mieszczańskiej rodziny. Kształ- ciła się w - stojącej naprzeciw konserwatywnej Ecole des Be-aux Arts - Akademii Colaros-siego, do której wstęp miały także kobiety. Claudel dołączyła wówczas do grupy jedynych trzech rzeźbiarek, którym lekcji udzielał Boucher. W1888 r. Claudel wyrzeźbiła „Sakountalę". Dzieło przedstawia stojącą kobietę, pochylającą się nad klęczącym ukochanym. Nie brak głosów, że powstały rok później „Wieczny idol" Ro-dina wzorowany był na dziele kochanki. Od 1903 r. wystawiała swoje prace w Salonie Artystów Francuskich. Rzeźby Claudel były niezmiernie dynamiczne, wykonane na ogół w kamieniu ibrązie. Miała swoje momenty sławy. Pisano o niej „Rewolta przeciw naturze!", „Kobieta-ge-niusz!". Prace takie, jak „Walc" (1893) czy „Wiek dojrzały" (1900) wydają się podobne do prac Rodina, ale są bardziej liryczne. Z kolei „Fala" z 1897 r. to świadoma próba zerwania ze stylem Rodina, swojego mistrza. Sam przełom wieków to kilka krótkich lat jej sławy i powodzenia. Płaczący Rodin Jeszcze w 1899 r. powstaje może najbardziej poruszająca z rzeźb Camille - „Wiek dojrzały". Młoda naga kobieta leży na ziemi. Pełna bólu i bezradności wyciąga przed siebie ręce, rozpaczliwie usiłuje złapać oddalającego się starszego mężczyznę, którego porywa uskrzydlona postać - anioł śmierci. „Wiek dojrzały" jest rzeźbą niezwykle osobistą. Niezwykle wstrząsnęła oglądającym ją Rodinem. W1932 r. mar-szand Eugene Biot pisał do Camille: „Widziałem go głaskającego metal i płaczącego... Tak, płaczącego jak dziecko". Samotne życie nie było dla artystki łaskawe. Z czasem racjonalne argumenty przero- Podczas wystawy będzie można zobaczyć m.in. rzeźbę Camille Claudel „Opuszczenie" (L/Abandon) pochodzącą z 1886 r. 12 PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Któż choć raz nie słyszał kultowych piosenek z musicalu, takich jak „Summer nights" czy „You're the One That I Want", kto nie kibicował Danny'emu (John Travolta) oraz Sandy (01ivia Newton-John) w ich drodze do szczęśliwego związku, kto wreszcie nie poczuł ukłucia nostalgii, oglądając losy beztroskich licealistów w ostatniej klasie? To wszystko ma „Grease", film z 1978 roku, który nie bez powodu uważany jest za jeden z najlepszych światowych musicali. Zaczęło się na scenie... zajezdni Fabuła jest prosta: koniec lat pięćdziesiątych; Danny Zuko, lider szkolnego gangu T-Birds, podczas wakacji poprzedzających ostatnią klasę liceum zakochuje się w Sandy Olsson. Los zrządza, że dziewczyna trafia do jego klasy. Chłopak jednak, nie chcąc wyjść przy kumplach na mięczaka, gra przed Sandy bawidamka i cwaniaka, jednocześnie przyznając przed sobą, że jest zakochany. Sandy z kolei, początkowo zawiedziona, dołącza do żeńskiej grupy Pink La-dies i kombinuje, jak odmienić Danńy'ego i ostatecznie zdobyć jego serce. W finale uświadamia sobie, że swój cel może osiągnąć w iście odwrotny sposób. Rzecz jasna, film nie był pierwszy - jest on ekranizacją musicalu „Grease", który pre-mierowo wystawiono w nocnym klubie Kingston Mines w Chicago, pełniącym niegdyś funkcję... zajezdni tramwajowej. Spektakl odniósł niebywały sukces, szybko trafił na deski West Endu, był też najdłużej wystawiany w dotychczasowej historii Broadwayu - aż do 1980 roku. Wersja teatralna różniła się nieco od późniejszego filmu, w którym przede wszystkim usunięto chicagowską, miejską scenerię akcji na rzecz typowo szkolnychlokalizacji. Zmieniono też niektóre elementy fabuły, postaci i piosenki. Mało kto wie, że na scenie Sandy nosiła swojsko brzmiące nazwisko Dumbrow-ski, jednak reżyserowi filmu Randalowi Kleiserowi nie pasowało polskie pochodzenie głównej bohaterki. Zmienił więc nazwisko dziewczyny na Olsson i dodał ojczyznę: Australię. Inne źródło mówi, że to sama aktorka zażądała tych modyfikacji (dodajmy, że w emitowanej na żywo w 2016 roku w amerykańskiej telewizji kolejnej wersji musicalu Sandy nosi nazwisko Young). Musical wielokrotnie wystawiano także na polskich scenach, z rodzimymi aktorami (m.in. na deskach Teatru Muzycznego Roma). Aktorzy dawno po maturze Po sukcesie spektaklu niejaki Ralph Bakshi chciał stworzyć film animowany bazujący na musicalu, jednak jego współ- wml % CO CIEKAITE, SPIEIKAJĄCEGO IVJEDNEJ Z PIOSENEK ANIOŁA I STRÓŻA MIAŁ ZAGRAĆ SAM ELVIS I PRESLEY, KTÓRY JEDNAK ZMARŁ IV TRAKCIE KRĘCENIA FILMU „Grease", film z 1978 roku, nie bez powodu uważany jest wciąż za jeden z najlepszych światowych musicali V V MŁODOŚĆ W RYTMIE PRZEBOJÓW To jedna z tych produkcji, która mimo upływu czasu nie daje o sobie zapomnieć, Świetne piosenki wplecione w sprawnie napisany, choć nieskomplikowany scenariusz - wkrótce minie 45 lat od premiery kinowej wersji „Grease" nik i autor muzyki do „Grease" Jim Jacobs nie chciał o tym słyszeć. Nie spodobało mu się również to, że w tej wersji zamierzano znacząco zmienić fabułę z teatralnego oryginału oraz... uśmiercić Danny'ęgo. Ostatecznie powstał film aktorski, z animowaną czołówką. Do roli Sandy początkowo brano pod uwagę: Susan Dey, Deborah Raffin i Marie Osmond. Postawiono ostatecz- lVojciecb Obremski nie na 01ivię Newton-John, która początkowo nie chciała wcielić się w Sandy - po prostu uznała, że... jest za stara, by grać licealistkę. Cóż, jest w tym trochę racji, gdyż miała wówczas 29 lat. Zresztą nie tylko ona spośród aktorów osiągnęła dawno wiek, nazwijmy to, pozaszkolny: John Travolta miał wtedy 24 lata, JefF Conaway, Mi-chael Tucci, Barry Pearl i Didi Conn - po 28 lat. Jamie Don- nelly stuknęła trzydziestka, a najstarszabyła Stockard Chan-ning, która podczas powstawania filmu liczyła 34 wiosny z okładem. Wszystkich aktorów łączyło jedno: jak wspominali, praca na planie była jedną wielką zabawą. Śmierć króla a piosenka z filmu Danny'ego miał z początku zagrać Henry Winkler, jednak odmówił, gdyż miał już na koncie podobną rolę w serialu „Happy days" i nie chciał, by go zaszufladkowano (po latach przyznał, że ogromnie ża-łuje tej decyzji). Rola trafiła więc do Johna Travolty, który występował już w scenicznej wersji „Grease", wcielając się w Doody'ego. Travolta był już znany ze swoich talentów tanecznych także za sprawą „Gorączki sobotniej nocy", która weszła na ekrany rok wcześniej. Jak wiadomo, obie produkcje wywindowały aktora na sam szczyt. Co ciekawe, śpiewającego w jednej z piosenek anioła stróża miał zagrać sam Elvis Presley, który jednak zmarł w trakcie kręcenia filmu, a rola ostatecznie powędrowała do Frankiego Avalona. Nie był to jedyny epizod związany z królem rock and roiła - w piosence „Look at Me, Pm Sandra Dee" znajdował się fragment dotyczący aktora Sala Mineo. Jednak jego odejście rok przed kręceniem „Grease" sprawiło, że słowa zmieniono tak, by odnosiły się do Elvisa Presleya. Ten zaś... zmarł tego samego dnia, w którym nakręcono scenę z powyższą piosenką! A skoro już jesteśmy przy nutach, warto dodać, że na potrzeby filmowej wersji dopisano cztery nowe utwory, w tym jeden z bardziej znanych, „You're the One That I Want". Przy okazji: scena z przyszłym przebojem kręcona była na festynie, który niespodziewanie został następnego dnia zlikwidowany. Reżyser był wściekły, bo miał w planach dokręcenie dubli. Polecił więc scenografom zbudowanie repliki wesołego miasteczka. Będąc przy tej scenie, należy dodać, że skórzane spodnie 01ivii Newton-John znalazły się na czwartym miejscu w rankingu na dziesięć najpiękniejszych filmowych kreacji. Trenera Calhouna miał początkowo grać Harry Reems, jednak obawiano się, że jego wcześniejsza kariera w filmach dla dorosłych zaszkodzi wizerunkowi obrazu o nastolatkach i w ostatniej chwili powierzono rolę Sidowi Caesarowi. Dwójka? Tak, ale po co? „Grease" osiągnął wielki sukces na całym świecie (choć, nie wiedzieć czemu, był zakazany w NRD), toteż nic dziwnego, że zaczęto myśleć o kon- tynuacji. Ta, zatytułowana po prostu „Grease 2", weszła na ekrany w 1982 roku i... została zmiażdżona przez widzów i krytyków. Nie pomogli nawet będący wówczas coraz bardziej popularni Maxwell Caulfield i Michelle Pfeiffer, wcielający się w głównych bohaterów. Powodów jest wiele: filmowi brak postaci z oryginału (Caulfield gra kuzyna Sandy), zniechęca drętwa fabuła, próbująca na siłę dorównać „jedynce", musicalu nie ratują nawet piosenki - ani jedna z nich nie stała się przebojem na miarę „Summer nights". Dość, że twórcy oryginalnego „Grease" nie chcieli mieć z nową produkcją nic wspólnego i całkowicie się od niej odcięli. Kurtka i auto za grube tysiące W 2003 roku 01ivia Newton-John zdradziła, że planowana jest trzecia odsłona „Grease", tym razem z oryginalnymi bohaterami w obsadzie. - Piszą to i zobaczymy, co się stanie. Jeśli scenariusz będzie wyglądał dobrze, zrobię to -mówiła aktorka, która zmarła w2022 roku. Mało zatem prawdopodobne, by powstała kolejna część (i chyba tak byłoby najlepiej). Za to kilka miesięcy temu na ekranie telewizyjnym zagościł serial „Grease: Rise of the PinkLadies", będący swoistym preąuelem „Grease", opowiadający o genezie grupy Pink Ladies. Na topie są wciąż przedmioty, które widzimy na ekranie - wspomniany, skórzany strój 01ivii Newton-John został sprzedany na jednej z aukcji w 2019 roku za 405 tysięcy dolarów (ponad 1,5 miliona złotych). Zaś różowa kurtka z wyszytym imieniem „Sandy" „poszła" za 50 tysięcy dolarów (ponad 200 tysięcy zł). Aktorka przeznaczyła te kwoty na cele charytatywne. A kilka lat wcześniej Hell's Chariot, czyli samochód, który należał do rywala Danny'ego podczas pamiętnego wyścigu, został sprzedany za 180 tysięcy dolarów. To dowodzi, że musical sprzed pół wieku i jego filmowa wersja są dziełami ponadczasowymi - wszak widzowie nadal są spragnieni dobrego aktorstwa i świetnego scenariusza, co w połączeniu ze starannie napisanymi piosenkami daje jeden wielki, nieśmiertelny przebój, jakim niewątpliwie stał się „Grease". Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 MATERIAŁ INFORMACYJNY 13 Materiał informacyjny JSW SA 30 LAT Węgiel koksowy z Jastrzębskiej Spółki Węglowej jest wykorzystywany jako surowiec w produkcji stali w zakładach hutniczych w Polsce i za granicą. Jego produkcja, to złożony i wymagający współpracy specjalistów z wielu dziedzin. proces, który zaczyna się w kopalni. JSW to największy producent węgla koksowego w Unii Europejskiej. Znaczenie tego surowca jest nie do przecenienia - bez węgla nie da się wyprodukować koksu,któryjest kluczowym składnikiem niezbędnym do wytworzenia stali. Stal natomiast - nie bez przesady - można uznać za podstawowy budulec, bez którego współczesny świat nie mógłby się rozwijać. Dzięki swoim właściwościom, przede wszystkim bardzo wysokiej wytrzymałości i elastyczności, jest stosowana w większości gałęzi przemysłu - budownictwie i infrastrukturze, produkcji samochodów, maszyn przemysłowych, sprzętu medycznego, elementów konstrukcyjnych, narzędzi i znakomitej większości sprzętów, których używamy w naszym codziennym życiu. Stal jest również niezbędna w produkcji wiatraków i paneli fotowoltaicznych oraz samochodów elektrycznych, które są kluczowymi elementami tzw. zielonej transformacji, czyli działań mających na celu odejście od wykorzystania paliw kopalnych i zatrzymanie zmian klimatycznych. Cztery kopalnie fedrują węgiel koksowy Mało kto ma świadomość, że ta droga zaczyna się pod ziemią, od ciężkiej pracy górników. TRANSFORMACJA ZACZYNA SIĘ W KOPALNI Kopalnie należące do JSW produkują rocznie ok. 14 min ton węgla, z czego około 80 proc. to właśnie węgiel koksowy. Spółka posiada cztery kopalnie: Pniówek w Pawłowicach, Knurów-Szczygłowice w Knurowie, Budryk w Ornontowicach oraz Borynia-Zofiów-ka-Bzie w Jastrzębiu-Zdroju. W we wszystkich tych zakładach pracuje łącznie ponad 21 tys. osób. Warto w tym miejscu uzmysłowić sobie, że cały proces produkcji węgla jest złożony i wymaga zaangażowania specjalistów z wielu różnych dziedzin. Dla osób niezwiązanych z górnictwem, kopalnia kojarzy się zwykle z tym, co widzą na powierzchni. To ogromny kompleks budynków, który obejmuje m.in. magazyny, pomieszczenia socjalne dla załogi i budynki administracyjne. Najbardziej charakterystyczne są jednak wieże wyciągowe, które ustawiane są nad szybami. To właśnie szyby można nazwać „wejściami do kopalni". To tędy na dół zjeżdżają górnicy, transportowane są maszyny i materiały oraz wyjeżdża na górę owoc górniczego trudu, czyli tzw. urobek. Szyby są również kluczowymi elementami systemu wentylacyjnego kopalni głębinowych. Za ich pośrednictwem do wydrążonych pod ziemią chodników doprowadzane jest powietrze (to tzw. szyby wdechowe), a następnie odprowadzane na górę (to szyby wydechowe, nazywane też wentylacyjnymi, które zwykle nie mają typowych wież szybowych). Kluczowe ściany i przodki Praca w kopalni węgla kamien- nego jest ciężka i wymagająca fizycznie, ponieważ górnicy muszą wykonywać swoje obowiązki w warunkach wysokiej wilgotności i temperatury, a dodatkowym wyzwaniem jest duże zapylenie. To ostatnie szczególnie uciążliwe jest przy ścianach wydobywczych. To właśnie tutaj odbywają się prace wydobywcze, gdzie przy pomocy maszyn tzw. kombajnów ścianowych jest prowadzona eksploatacja węgla. Drugim ważnym miejscem dla funkcjonowania kopalń są przodki. W tych miejscach prowadzone prace związane z drążeniem wyrobisk, w których wykorzystywane są kombajny chodnikowe. Czasem w przypadku, gdy skały są bardzo twarde do ich rozkruszenia trzeba użyć materiałów wybuchowych. Budowa nowych chodników ma kluczowe znaczenie w dotarciu do nowych partii złóż i kontynuowaniu produkcji węgla. Ogromne znaczenie ma również podziemny system transportu w kopalniach. Wydobycie z czasem prowadzone jest w coraz większej odległości od szybów, więc zarówno materiały, jak i ludzie mają do pokonania coraz dłuższą drogę, która może się sięgać nawet kilku kilometrów. Dlatego istotna jest rozbudowa kolejek podziemnych - szynowych i podwieszanych oraz przenośników taśmowych. Tą drogą transportowany jest urobek, który następnie szybem wyciągany jest na powierzchnię. Po węgiel coraz głębiej i nowocześniej Po węgiel górnicy z JSW muszą sięgać też coraz głębiej. Obecnie średnia głębokość eksploatacji w kopalniach JSW wynosi prawie 800 metrów, a niektóre ściany pracują już nawet głębiej niż kilometr pod ziemią. To właśnie należąca do JSW kopalnia Budryk jest najgłębszą kopalnią w Polsce. W 2011 roku zakończono drążenie głównego przekopu od-stawczego z poziomu 1050 do 1290. Przekop ten ma długość ponad kilometra, a jego koniec uznawany jest za najgłębsze miejsce w Polsce. Po zakończeniu jego budowy w kopalni rozpoczęła się budowa nowego poziomu 1290. Kopalnie JSW przez cały czas zmieniają się, a w ostatnich latach spółka wprowadziła wiele nowoczesnych rozwiązań, aby zoptymalizować proces wydobycia węgla i poprawić bezpieczeństwo pracowników. Pod ziemią coraz szersze zastosowanie mają zaawansowane technologie informatyczne, w tym systemy monitorowania i sterowania produkcją oraz systemy zarządzania ryzykiem, co pozwala na szybkie reagowanie na ewentualne problemy i awarie. Produkcja również na powierzchni Wyciągnięcie urobku na górę, to jednak nie koniec procesu produkcji węgla. Surowiec, który wyjeżdża na powierzchnię jest w dużej mierze zanieczyszczony materiałami skalnymi, które trzeba oddzielić od węgla. Ten proces odbywa się w zakładach mechanicznej przeróbki węgla, które są integralną częścią kopalń JSW. W zakładach przeróbczych surowy węgiel jest poddawany procesom przesiewania, rozkruszania i płukania. Dzięki temu finalnie można uzyskać węgiel o odpowiedniej granu- lacji, wilgotności, kaloryczności oraz zawartości popiołu lub siarki. Należyte parametry jakościowe węgla, a dokładniej tworzonych z niego mieszanek, mają następnie kluczowe znaczenie w uzyskaniu odpowiedniego jakościowo koksu,który potem jest wykorzystywany do produkcji stali o oczekiwanych przez producenta właściwościach. Nie tylko kopalnie, również koksownie Grupa Kapitałowa JSW jest nie tylko największym producentem węgla koksowego, ale również jednym z wiodących producentów koksu w Unii Europejskiej. Jako że węgiel koksowy stanowi początek łańcucha produkcyjnego, którego ostatecznym efektem jest wytwarzanie stali, a jego pośrednim elementem jest koks, pozwala to GK JSW na skorzystanie z efektu synergii, czyli korzyści wynikających z połączenia tych działalności produkcyjnych. Produkcja koksu odbywa się w trzech koksowniach należących do spółki JSW Koks: Przyjaźń w Dąbrowie Górniczej, Radlin w Radlinie oraz Jadwiga w Zabrzu. W zakładach koksowniczych należących do JSW pracuje łącznie ponad 2 tys. pracowników, natomiast roczna produkcja wynosi ponad 3 min ton koksu. Wysokiej jakości koks z JSW jest w sprzedawany jest w głównej mierze za granicą, m.in. do Niemiec, Austrii, Czech, a także do Azji, np. do Indii. Koncern przez cały czas modernizuje swoje koksownie podnosząc stale jakość wyrobów, a także ekonomiczność produkcji oraz gospodarcze wykorzystanie odpadów produkcyjnych -w efekcie oprócz produkcji koksu zakłady JSW wytwarzają także produkty węglopochod-ne, gaz koksowniczy oraz energię elektryczną i ciepło. Historyczny wynik O tym, jak ogromne znaczenie dla gospodarki ma produkcja węgla koksowego świadczy fakt, że został uznany - obok 30 innych surowców - za surowiec krytyczny dla Unii Europejskiej. Grupa ta obejmuje surowce, których brak lub ograniczona dostępność może mieć poważne konsekwencje dla gospodarki Unii Europejskiej i jej przemysłu. Tak jak pozostałe surowce, węgiel koksowy znalazł się na niej ze względu na ograniczoną liczbę dostawców i zwiększone ryzyko zakłóceń w dostawach w przypadku wystąpienia problemów gospodarczych lub politycznych w krajach, gdzie są produkowane. Jako jedyny znaczący producent węgla koksowego w Unii Europejskiej JSW ma zapewnione stabilne funkcjonowanie na kolejne lata. Łączne zasoby węgla, którymi dysponują kopalnie JSW, wynoszą ok. 1 mld ton, co oznacza, że spółka może prowadzić produkcję do 2084 roku. Ostatni rok pokazał, że produkcja węgla koksowego i koksu, mimo wielu wyzwań, tak nieprzewidywalnych jak chociażby siły natury, jest bardzo intratna. W 2022 roku Grupa JSW wypracowała zysk w wysokości 7,6 mld zł, co jest rekordowym wynikiem w historii spółki. JSW SA Jastrzębska Spółka Węglowa S.A, Aleja Jana Pawła II 4 44-330 Jastrzębie-Zdrój 14 • WIARA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 W opiece św. Andrzeja, patrona Polski Piotr Piotrowski Religia 16 maja Kościół katolicki w Polsce obchodził święto Andrzeja Boboli, kapłana i męczennika, patrona Polski. W tym roku w dniu patronalnego święta przypadała 85. rocznica kanonizacji jezuity męczennika. Czy zostanie jednym z głównych patronów Polski? W2002 r. papież Jan Paweł II dołączył św. Andrzeja Bobolę do grona patronów Polski. Jednak wielu naszych rodaków wciąż nic nie wie o tym potężnym orędowniku. Również rozwój kultu świętego Andrzeja wydaje się nietypowy - bo to Bobola sam dopomina się o to w objawieniach i wszystkim kieruje. Jaka jest jego rola w przyszłości Polski? Najbardziej znane jest jego objawienie z 1819 r. w Wilnie, gdzie ukazał się o. Alojzemu Korzeniewskiemu - dominikaninowi, który nie mógł pogodzić się z utratą niepodległości przez Polskę. Głosząc kazania, budził ducha patriotycznego. Gdy dowiedzieli się o tym Rosjanie, zagrozili zamknięciem klasztoru i wyrzuceniem zakonników z miasta. Alojzy mógł odtąd poruszać się tylko po klasztorze i nie wolno mu było kontaktować się z ludźmi. Pewnego wieczoru, przed udaniem się na spoczynek, o. Alojzy modlił się, pytając Pana Boga, czy i kiedy Polska odzyska niepodległość. Wtedy ukazał mu się kapłan, mówiąc: Jestem Andrzej Bobola, jezuita. Po czym polecił mu otworzyć okno. Korzeniewski zobaczył rozległą równinę, która była pokryta walczącymi wojskami wielu narodów. Andrzej Bobola przekazał mu wtedy trzy proroctwa dotyczące Polski: • Powiedz Polakom, że gdy skończy się ta wielka wojna, znowu będą na mapach świata. •Nadejdą czasy, że będę patronem Polski. •Gdy będę jej głównym patronem, Polska będzie w pełnym rozkwicie. Dwa proroctwa już się spełniły, trzecie - dotyczące jego głównego patronatu nad Polską -jeszcze nie. Niezłomny rycerz Chrystusa Andrzej Bobola urodził się w 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka. Wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w 1611 r. Wyświęcony na kapłana w 1622, pełnił najpierw obowiązki kaznodziei i moderatora Sodalicji Mariańskiej w Wilnie. Został misjonarzem wędrownym i od 1636 r. Święto Andrzeja Boboli, patrona Polski, obchodziliśmy 16 maja utwierdzał w wierze katolickiej liczne rzesze wiernych, w trudnych dla Kościoła czasach. Zginął śmiercią męczeńską w Janowie na Polesiu w roku 1657, zamęczony z nienawiści do religii katolickiej. Został kanonizowany w 1938 r. przez Piusa XI. Jego ciało spoczywa w kościele jezuitów w Warszawie. Św. Andrzej Bobola został ogłoszony patronem Polski w 2002 roku. W sanktuarium św. Andrzeja Boboli na warszawskim Mokotowie, które ma charakter narodowy, spoczywają zachowane w całości relikwie tego męczennika. Sanktuarium, którym opiekują się jezuici, szerzy kult św. Andrzeja Boboli we współpracy ze wszystkimi świątyniami, parafiami i organizacjami pod jego wezwaniem, znajdującymi się na terenie Polski. Rozwija ono szczególną współpracę z ośrodkami duszpasterskimi znajdującymi się w miejscach urodzenia (Strachocina, Archidiecezja Przemyska obrządku łacińskiego) i męczeńskiej śmierci św. Andrzeja Boboli (Janów Poleski, Diecezja Pińska, Białoruś). Przez 46 lat przeżytych w zakonie Andrzej Bobola mieszkał w kilkunastu miejscowościach, posyłany tam, gdzie akurat był potrzebny. Pracował jako kaznodzieja, spowiednik, nauczyciel, rektor kościoła. Podczas zarazy w Wilnie z wielkim poświęceniem pomagał chorym. Uważany był za świętego kapłana. Jak napisał o nim biograf, „Dzięki Bożej łasce potrafił wznieść przeciętność na wyżyny heroizmu". Gdzieniegdzie pojawia się informacja, że św. Andrzej Bobola był autorem tekstu Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza, ale wiarygodne źródła tego nie potwierdzają. Był już po sześćdziesiątce, kiedy trafił do Pińska na Polesiu, na terenie dzisiejszej Białorusi. Jako wędrowny misjonarz i ka- W związku z rozwojem kultu rozpoczęły się starania o kanonizację, która dokonała się 17 kwietnia 1938 roku w Rzymie znodzieja odwiedzał okoliczne wsie. Była to praca prawdziwie misyjna, bo ludzieżyli tam dziko, praktycznie nie znali żadnych sakramentów poza chrztem i żadnych modlitw poza „Hospody pomyłuj". Hołdowali zabobonom i przesądom. Wsie były rozrzucone wśród lasówibagien, niebyło dróg. O. Bobola wędrował od osady do osady i mówił ludziom o Jezusie, spowiadał, udzielał ślubów, odprawiał msze święte. Odwiedzał zarówno tych, którzy przyznawali się do katolicyzmu, jak i tych, którzy uważali się za prawosławnych. Zdaje się zresztą, że i jedni, i drudzy często nie widzieli różnicy między tymi określeniami. Przyczynił się do tylu nawróceń, że nazywano go „duszochwatem", czyli łowcą dusz... Śmierć z rąk kozackich Jego niestrudzona praca zostaje nagle przerwana śmiercią męczeńską w 1657 roku. Dowódca jednej z kozackich watah wysłał grupę mołojców do poleskiej wioski. Dopadli oni Andrzeja Bobolę tuż za wsią, gdy jechał wozem. Woźnica Jan Do- manowski, widząc odległą kurzawę i kozackie spisy, ratował się na polecenie Boboii ucieczką. Sam jezuita nie skorzystał z tej szansy, mimo że przyjaciele przygotowali mu w lesie kryjówkę. Stał i czekał na nadciągających Kozaków. Oprawcy okrążyli wóz i rozpoczęli „nawracanie" duchownego. Bobola nie chciał przejść na wiarę prawosławną, więc mołojcy obili go nahajami, wybili zęby i przytroczyli do koni. Po czterech kilometrach biegu 66-letniego jezuitę popędzanego nahajami, spisami, szablami, pociętego, pokrwawionego postawiono na rynku janowskim przed starszyzną kozacką na sąd. Wiary się nie zaparł. Więc rozciągnięto go na stole rzeźniczym. Zachował się dokładny opis okrutnych tortur. „Wieńcami dębowymi" ściskano Boboli głowę, wbijano drzazgi za paznokcie, wycięto na ciele omat, oskalpowano czerep tworząc tonsurę, „świeże rany posypywali plewami z orkiszu, odcięli mu nos i wargi, przez otwór wycięty w karku wydobyli język i odcięli u nasady, wreszcie powiesili go u sufitu za nogi, głową na dół i naśmiewali się z ciała". Po dwóch godzinach męczeństwa ojciec Bobola, słynący z żywotności i ogromnej energii, nadal żył, jakby wzywał Kozaków do opamiętania. Wreszcie drgające w konwulsjach ciało spuścili Kozacy na polepę i dwukrotne cięcie szablą po gardle przerwało cierpienia jezuity. Wkrótce po dokonaniu zbrodni kozacy uciekli przed zbliżającymi się wojskami litewskimi. Ocalały z rzezi proboszcz Janowa Poleskiego ks. Jan Zaleski złożył skrwawione ciało jezuity w kościele parafialnym w drewnianej trumnie. Był to początek miejscowego kultu, który jednak szybko zanikł, gdyż ciało przewieziono do Pińska. Po swojej śmierci został zapomniany i musiał sam przypomnieć o sobie - miało to miejsce 16 kwietnia 1702 roku. Wtedy to ukazał się przełożonemu klasztoru jezuitów w Pińsku, gdzie został pochowany w miejscowym kościele. Gdy została wydobyta trumna ze szczątkami Świętego, wtedy jego relikwie, zachowane w niezwykły sposób pozwoliły poznać okrutne szczegóły męczeńskiej śmierci. Rozpoczął się kult męczennika - do jego relikwii pielgrzymowali zarówno katolicy, jak i prawosławni, jednocząc się we wspólnej modlitwie. Rozwój kultu Dalsze dzieje kultu Andrzeja Boboli były ściśle związane z lo- sami Rzeczypospolitej. Upadek państwa polskiego spowodował opóźnienie procesu beatyfikacyjnego, który dopiero w 1853 roku doprowadził do ogłoszenia Męczennika błogosławionym. Już wtedy istniało przekonanie, że Bobola przepowiedział niepodległość Polski, i że będzie jej patronem. Gdy więc Polska zaczęła się odradzać po I wojnie światowej, ożywił się także kult Andrzeja Boboli. Droga relikwii św. Andrzeja była też znamienna. W 1923 r. zostały z Połocka przewiezione do Moskwy do muzeum medycyny, potem przekazane Stolicy Apostolskiej i spoczęły w Rzymie. W związku z rozwojem kultu rozpoczęły się starania o kanonizację, która dokonała się 17 kwietnia 1938 roku w Rzymie. Dopiero po tym wydarzeniu trumna z relikwiami Świętego w sposób bardzo uroczysty powróciła do Rzeczpospolitej. Na wyraźne życzenie papieża Piusa XI relikwie pozostały w Warszawie. Już wtedy nazywano św. Andrzeja patronem Polski, choć nie było jeszcze oficjalnego potwierdzenie tego tytułu. Rok potem wybuchła II wojna światowa. Odrodzenie państwa polskiego po wojnie było niepełne - nie dało prawdziwej niepodległości. Także kult Andrzeja Boboli natrafiał na przeszkody, jedną z nich był zakaz władz państwowych budowy sanktuarium Jego imienia. 16 maja 1956 r., w dniu liturgicznego wspomnienia św. Andrzeja Boboli, Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński spisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu, które okazały się tak istotne dla duchowej odnowy polskiego Kościoła w trudnych latach. Gdy sytuacja zaczęła się zmieniać, zwłaszcza po wyborze Papieża Polaka, przyszło pozwolenie na budowę sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Pierwsza Msza św. była w nim celebrowana w 1988 roku, w 50. rocznicę kanonizacji. Następnego roku doszło do zmiany systemu politycznego w Polsce. Niedługo potem, w 1992 roku, św. Andrzej Bobola został ogłoszony patronem Metropolii Warszawskiej. Po kilku latach doszło do nowej inicjatywy. Podczas 296. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski, w październiku 1998 roku, została skierowana prośba do Stolicy Apostolskiej, aby św. Andrzej Bobola był uznany oficjalnie za patrona Polski. Watykańska Kongregacja wydała odpowiedni dokument. ©® Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 ROZMOWA• 15 Szkota jest po to, by ludzi uczynić przyzwoitymi i uczciwymi Krzysztof Marczyk Koszalin 0 przejściu na emeryturę, wieloletniej pracy w szkole 1 maturze opowiada Rafał Janus, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois w Koszalinie. Od nowego roku szkolnego przechodzi pan na emeryturę. Ponad 40 lat pracy dydaktycznej za panem. Szybko zleciało? Bardzo szybko. To jest pewnie refleksja osób w podobnym wieku do mojego i w podobnej sytuacji. Ze zdziwieniem spoglądamy za siebie i w przód i stwierdzamy, że ten czas, przecież długi, rzeczywiście szybko minął. Choć to szmat czasu, to długa historia. Pracuję w szkole od 44 lat, wcześniej byłem też uczniem, a prywatnie jeszcze dłużej jestem związany ze szkołą, bo kiedyś tak bywało, że ludzie rodzili się w domach. Ja się urodziłem w domu przy ulicy Harcerskiej. I okna mojego domu wychodziły na szkolne boisko, więc mogę powiedzieć, że od urodzenia jestem związany ze szkołą. Zacząłem tu pracę w 1979 roku, po studiach. Byłem nauczycielem języka polskiego, byłem wicedyrektorem przez dwa lata, a od l września 1998 roku, a więc w poprzedniej epoce, w poprzednim wieku, pełnię funkcję dyrektora. Czy mógłby pan przywołać jakieś momenty, które najbardziej utkwiły panu w pamięci? Było wiele takich momentów. Niesłychanie miłych zarówno dla mnie, jak i dla szkoły. Do nich niewątpliwie należą wszystkie te chwile, kiedy żegnałem się z uczniami. Każde pożegnanie, zwłaszcza wtedy, gdy byłem wychowawcą klasowym, to była niezwykła chwila. Ma się wtedy poczucie, że się dokonało czegoś, co za chwilę przełoży się w coś o realnym wymiarze. Bo praca nauczycielska jest na co dzień niewymierna. Natomiast dziś, gdy spotykam swoich absolwentów, mogę poczuć tę wy-mierność, bo oni wszyscy gdzieś zaistnieli, mają dokonania. I mam nadzieję, że w zdecydowanej większości są to dobrzy, przyzwoici i uczciwi ludzie. 0 to tak naprawdę chodzi w szkole. Ważne są spotkania z absolwentami, jubileusze, zjazdy. Miłe chwile. Na pewno moment, w którym przejąłem stery szkoły, był dla mnie ważny, bo obejmowałem stanowisko dyrektorskie po legendarnym Lechu Żyle, który stał u steru I LO przez 27 lat. I patrząc na to z obecnej perspektywy, losy mamy podobne. Wtedy jednak Lech Żyła powiedział mi: zostaniesz dyrektorem i będziesz miał 20 lat spokoju. Ale nie wierzyłem, że to jest możliwe. A czasy, w których obejmowałem stanowisko dyrektora, okazały się trudne. Bardzo trudne. De to razy zmieniała się struktura szkoły, ile to reform edukacji. Ilu ministrów edukacji. Policzyłem niedawno, że za mojej kadencji było ich trzynastu. I każdy próbował wprowadzać coś nowego. Niestabilność, która towarzyszyła mi przez te wszystkie lata, była jakimś problemem. Mimo wszystkich zawirowań, mniej lub bardziej zasadnych reform, mocną pozycję szkoły udawało się utrzymać. Jaki był na to sposób? Moim zadaniem, tak to pojmowałem, było utrzymać wysoką pozycję szkoły i zachować te normy i zasady, które nas definiowały od zawsze w tym niestabilnym świecie. I to, mam wrażenie, się udało. A jaki jest wzór na sukces szkoły? Wybitni, zdolni uczniowie plus nieprzeciętni nauczyciele. I ten zestaw gwarantuje sukces. Ale oczywiście to trzeba odpowiednio obudowywać, pielęgnować. Trzeba szukać sposobów, metod, form pracy. I my to robiliśmy. Nie ma jednak prostej recepty. Nie da się powiedzieć, że zrobienie czegoś tak i tak da odpowiedni wynik. W przypadku szkoły zbyt wiele zmiennych ma na to wpływ. Nam się udaje tworzyć w szkole, odkąd pamiętam, dobrą atmosferę, w której ceniona jest praca, zaangażowanie, ale też jest miejsce na luz, rozrywkę, zabawę i dowcip. I na sport. Chciałem zwrócić uwagę, że my jako liceum w tym elemencie jesteśmy wciąż w czołówce krajowej, w pierwszej setce. Raz nawet, w2006 roku, byliśmy na 10. miejscu. I Sr* Rafał Janus, absolwent I LO im. Dubois w Koszalinie, następnie nauczyciel języka polskiego w tej szkole, a od 1 września 1998 roku - jej dyrektor Obecnie lokujemy się w okolicach 70. miejsca. I takie są nasze możliwości, w takim mieście jak Koszalin, w takim środowisku. 0 ograniczonym jednak charakterze akademickim. Nie możemy przecież porównywać się z aglomeracjami, takimi jak Warszawa, Kraków, Poznań, Szczecin czy Trójmiasto. Jesteśmy, ponad wszelką wątpliwość, najlepszym liceum w regionie, ale jednocześnie mamy sukcesy w sporcie, w Licealiadzie, zarówno na szczeblu lokalnym, jak i ogólnopolskim. Czyli w takiej szkole, jaką niektórzy określają klasztorem, i twierdzą, że u nas to tylko się zakuwa, w sposób naprawdę imponujący rozwija się to, co młodzież lubi. A realizuje się ona na różnych polach, także w sferze kultury, bo mamy teatr szkolny, grupy wokalne. I młodzież ma do tego sposobność. Trzeba tym młodym ludziom tylko dać możliwości. Co chciałby pan przekazać swemu następcy, czyli Pawłowi Rudeckiemu, nauczycielowi matematyki? Kolega będzie kierował szkołą od 1 września i zapewne będzie wprowadzał jakieś swoje porządki. Ma do tego pełne prawo. Natomiast będę się cieszył, jeśli zechce kontynuować pewne rozwiązania i podtrzymywać te idee, o których wcześniej powiedziałem. Idee otwartej szkoły, które pozwalają młodzieży się realizować. Czy jest także rzecz, którą zawsze chciał pan zrobić, ale brakowało czasu, więc teraz wreszcie będzie to możliwe? To jest pytanie, z którym przychodzi mi się mierzyć od jakiegoś czasu. I nie mam z tym na razie żadnego problemu. Mam rozlegle zainteresowania. Po pierwsze, te edukacyjne, zawodowe, ale także jestem kibicem sportowym. Jestem przede wszystkim fanem muzyki, jeżdżę na koncerty i staram się być tam, gdzie coś ciekawego się dzieje. Dużo czytam. Mam rodzinę. Będzie czas, by zająć się wnukami, bo dotychczas w tych pięknych okresach wiosennych - matury, potem koniec roku szkolnego - byłem bardzo zajęty. Teraz to się zmieni. Nie martwię się tym, co będzie. Chwilę odpocznę i na pewno będę aktywny. Trwają matury. W jednym z wywiadów powiedział pan, że umiejętność pisania staje się, niestety, coraz mniej istotna. Ale, jak się okazuje, by zdać maturę, nie jest to konieczne. Czyli co - cywilizacja zatacza koło, kładziemy na- cisk na kulturę wizualną i pismo obrazkowe, czyli emoti-kony? W tym kierunku to zmierza? I czy jest szansa, by te procesy spowolnić, a może i odwrócić? Trudno powiedzieć. Nikt nie przewidział, w jakim kierunku pójdzie nasza kultura czy też sposoby komunikacji. Z jednej strony to dobrze, że matura reaguje na to, co się dzieje na świecie, bo dziś młodzi ludzie trochę inaczej się komunikują i do innych rzeczy zaglądają, niż to było kilkadziesiąt lat temu. To jest młodzież wychowana czy wręcz urodzona ze smartfo-nami, ze światem wirtualnym. I w tym świecie znakomicie się czuje. Dobrze, że matura trochę bierze to pod uwagę, że uwzględnia inny typ człowieka. Chociaż z drugiej strony matura to pewien standard. Już dawno temu umówiliśmy się, że żeby mieć to średnie wykształcenie, a później by dostać się na studia, trzeba ją zdać. Należy w związku z tym poznać pewną porcję wiedzy i umiejętności. A o ile wiedza w zasadzie się nie zmieniła, tak umiejętności rzeczywiście się reformują. Jeżeli zmiany w maturze temu mają służyć, to dobrze. Ale mam pewne wątpliwości, bo niektóre z tych zmian w obecnym wy- daniu budzą niepokój. Nie wiemy, czy młodzież sobie z tym poradzi. Matura jest trudniejsza, jest dłuższa. Trzeba napisać dłuższe wypracowanie. Nie wiem, czy to nie idzie wbrew tym tendencjom, które obserwujemy na świecie. Patrząc na doświadczenia z przeszłości, młodzi ludzie dają sobie radę ze zmianami. Pamiętam, gdy po raz pierwszy były przeprowadzane egzaminy po nowemu, to my, nauczyciele, bardzo się tego baliśmy. To były matury zupełnie inaczej zorganizowane, już nie sprawdzane w szkołach, lecz zewnętrznie. Tymczasem uczniowie weszli do sali, otworzyli arkusze i wzięli się do roboty. Tak po prostu. Bo oni są pragmatyczni, praktyczni i byli do tego przez lata przygotowywani. Chociaż tempo wprowadzenia tych zmian, które w tym roku zaistniały, trochę niepokoiło. Właściwie miesiąc przed egzaminem zmieniła się lista lektur obowiązkowych czy zadań obowiązkowych na egzamin ustny. To zaskoczyło i nas, nauczycieli, i uczniów. Pozostaje liczyć na to, że z powstałego zamieszania zostaną wyciągnięte wnioski przez Ministerstwo Edukacji i komisje egzaminacyjne. Że odpowiedzialne za maturę i jej sprawdzanie podmioty będę elastyczne. Miejmy nadzieję. Edukacja -a często to można usłyszeć w wypowiedziach różnych osób - to taka sfera, która wymaga stabilności. Wymaga spokoju. Niestety, egzamin maturalny jest dowodem na coś zupełnie odwrotnego. Tzw. nowa matura jest przecież realizowana od 2005 roku. I w tej formule już było tyle zmian, że najlepsi, najwięksi specjaliści nie są w stanie nad tym zapanować. Przykładowo odpowiednie instrukcje dla zdających z lat poprzednich są drukowane w laiku kolorach, bo po prostu każdy miał jakiś inny element w tej maturze, który trzeba było uwzględniać. Inaczej byśmy się pogubili w wypełnianiu deklaracji maturalnych. Brakuje więc stabilności, poczucia, że za rok będzie na pewno tak, jak ustalamy to w tym momencie. ©® 16 • OKLASKI Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 Siedem maratonów na siedmiu poleciał do Bostonu, za miesią( Magdalena Olechnowicz Słupsk Ma 70 lat Zaczął biegać po pięćdziesiątce. Teraz szykuje fbnnę na Rio de Janeara Zostanie TokioiSydney. Wówczas Zbigniew Szkudlarczykzdo- O Zbigniewie Szkudlarku Słupsk usłyszał, gdy przebiegł maraton na Antarktydzie. Brzmiało to tak abstrakcyjnie, że każdy chciał wiedzieć - kim jest ten Szkudlarek? Co mu strzeliło do głowy, aby biegać po Antarktydzie? Tam w ogóle mało kto był... Na topie jest Egipt, Turcja, Grecja, czasami ktoś ze znajomych pochwali się zdjęciami z Los Angeles czy Du-baju. Ale z Antarktydy nikt na fejsa zdjęć nie wrzucał. Aż tu nagle, jak filip z konopi, wyskoczył Szkudlarek! Kiedy pochwaliła go sama prezydentka miasta - Krystyna Danilecka-Wojewódzka - o Szkudlarku zrobiło się głośno. A to dlatego, że wszyscy na Antarktydzie zobaczyli, skąd pochodzi. Pan Zbigniew z dumą fotografował się z flagą Słupska, na której widnieje czerwony gryf nąd trzema niebieskimi falami. Jak się potem okazało - nastoletni Zbyszek podkochiwał się w koleżance z klasy - Krysi, ale nic ■ wtedy z tego nie wyszło. Na rozmowę z biegaczem umawiam się w jego domu, który, jak to się mówi, ma duszę. Bo bieganie to nie jedyne hobby pana Zbigniewa. W gabinecie nad naszymi głowami znajdował się niemal cały zwierzyniec świata. A dokładnie poroża. Bo myślistwo to kolejna z pasji pana Zbigniewa. Zresztą jest ich tyle, że rozmowę można by prowadzić tygodniami - bo \o jeszcze żeglarstwo, narciarstwo, zamiłowanie do starych mebli. Pan Zbigniew z dumą pokazywał ręcznie wykonane z drewna stoły, szafy czy ozdobne elementy z metalu jak lustra i półki. A na półkach pamiątki z całego świata. Bo podróże to chyba największa miłość słupszczanina. Maratońska rehabilitacja Mało mu jednak było wrażeń w życiu, więc zaczął biegać. - Miałem 23 lata, kiedy pierwszy raz miałem ochotę na biegi. Któregoś razu ubrałem dresy, trampki i poszedłem pobiegać. Ale sąsiadki zobaczyły, Marathon & Half-Marathon i-jpc •rur WRrei «■ Ciężki, pofałdowany teren, silne wiatry, niskie temperatury. Na maraton na Antarktydzie trudno się dostać, a jeszcze ciężej jest go przebiec. 70-letni Zbigniew Szkudlarek, który walczył o udział w tym biegu przez sześć lat, dał wszystkiemu radę. Z radością fotografował się z flagą państwową i z godłem rodzinnego miasta Słupska że głupi Szkudlarek biega, i speszyło mnie to na 30 lat! - wspomina. - Dopiero gdy miałem 55 lat i zaczęły pojawiać się choroby i szpitale, a ja byłem już okrągły, lekarz zaleciał mi ćwiczenia i rehabilitację. Zacząłem biegać. Po półtora roku nic nie bolało, wszystko przeszło. Trafiłem na konsultację, a neurolog mówi: „Pan patrzy, jak panu dobrze te masaże zrobiły". A ja na to: „Jakie masaże! Ja biegam. Właśnie pierwszy maraton zrobiłem w Warszawie - 42 kilometry". „0 Jezu, przecież panu nie wolno biegać" - powiedział, a ja na to: „Jak nie wolno, jak ja się doskonalę czuję i nie zamierzam przestawać" - opowiada o swoich początkach. To było 15 lat temu, kiedy Zbigniew Szkudlarek miał 55 lat. - Mój pierwszy maraton w Warszawie biegłem bardzo ostrożnie, na mecie popłakałem się z radości, bo udowodniłem sobie, że mogę, że potrafię! Potem były następne -w Poznaniu, Dębnie, Krakowie, Wrocławiu. Apetyt na korony W ten sposób zdobył Koronę Maratonów Polskich, gdyż te pięć biegów udało mu się ukończyć w ciągu zaledwie dwóch lat. Biorąc pod uwagę, że słupszczanin był kompletnym amatorem, to naprawdę ogromny sukces. - Na początku jest zmęczenie, zadyszka, dopiero potem przychodzi zadowolenie i człowiek biega - czy wiosna, czy zima, czy lato... - mówi Szkudlarek. Pewne jest, że tę przyjemność z biegania ma. Po zdobyciu Korony Maratonów Polskich postawił sobie poprzeczkę wyżej. - Półka wyżej to World Marathon Mayors - Big Six - sześć najbardziej kultowych maratonów na świecie, gdzie startuje najwięcej ludzi - mówi Szkudlarek. Co postanowił, to realizuje. Głos Dziennik Pomorza Piątek, 19.05.2023 OKLASKI • 17