PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR1Q5) *2014 Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2014 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIO?™ ^5 im. Josepha Conrada Kcizeuio. Pr a co»v nia Reg ’ ona; n przegród poczt. Nr 80-553 50 te!. 301-43-11 do 14 w. 23/ PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO -KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nrl (15) 2014 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki:Mariusz Białecki Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(2)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Ewie Dąbskiej, staroście nowodworskiej Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum, ul. Władysława IV Sklep papiernicze - biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Piętnasta „Prowincja”........................................................5 Esej Andrzej C. Leszczyński - Kłamstwo.......................................6 Poezja Stanisław Sumowski......................................................15 Jan Majewski.............................................................17 Proza Marek Stokowski - Trzy spotkania.......................................19 Andrzej Grzyb - Okno początku i końca. Poczekalnia.......................23 Grażyna Kamyszek - Zobaczyć iskry........................................24 Agnieszka Pietrzyk - Urlop nad morzem....................................30 Janusz M. Moździerz - Albinos............................................38 Michał Majewski - Lachiw rizat...........................................41 Nieprowincjonalne rozmowy i wspomnienia Sylwia Stankiewicz - Setna rocznica urodzin Andrzeja Sierakowskiego....48 Andrzej Sierakowski - Wspomnienia........................................50 Heinrich Dyck - Dziennik z 1878 roku.....................................62 Maria Antonina Łobocka - Sentymentalne podróże z menonitami..............75 Andrzej Kasperek - Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka........82 ks. Dariusz Juszczak - Niemcy na resztę świata Słowo o moim dziadku Janie Omieczyńskim.......................................................92 Izabela Choj naćka-Skibicka - Zabytki powinno się ratować................96 Marta Chmielińska-Jamroz - Podróże moja miłość...........................100 Wędrówki po prowincji Jerzy Kosacz - Szkoci w Kwidzynie.....................................105 Paweł Głogowski - Trójstyk granic w Białej Górze........................110 Wiesław Olszewski - Droga Św. Jakuba.....................................114 Dorota Maluchnik - Dawnych wspomnień czar. Kawiarnia „Zantyr” w Sztumie ..125 Marta Chmielińska - Tablice nagrobne odnalezione w Malborku....................129 Małgorzata Łukianow - Kwidzyńskie pianina......................................135 Paulina Skrodzka - Co może architektura, czyli czy małomiasteczkowość może być pozytywna?....................................................139 Leszek Sarnowski - Na ratunek żuławsko-powiślańskim zabytkom...................148 Na tropach historii Jan Chłosta - Warmiacy w polskich działaniach narodowych na Powiślu............154 Aniceta Miszkiewicz - Jezuici w Malborku.......................................159 Muzyka Wacław Bielecki - Oskar Kolberg na Powiślu.....................................166 Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk - Archeologia rzeźby. O twórczości Mariusza Białeckiego......182 Recenzje Adam Langowski - Dzieło Sierakowskich wciąż trwa...............................186 Andrzej Lubiński - Żołnierze Wyklęci na ziemi malborskiej......................189 Jarosław Zalesiński - Młodzieńcy stanu wojennego..............:................192 Felieton Maciej Kraiński - Na tropie rodzinnych koneksji................................196 Noty o autorach...............................................................199 Korespondencja................................................................205 PIĘTNASTA „PROWINCJA” Kolejny jubileusz, kolejny rok. Piętnasty numer i czwarty rok. Nie świętujemy, bo każdy numer to święto, na pewno dla nas, i mamy nadzieję, dla Czytelników. Witajcie zatem w Nowym Roku Czytelniczym. Oby dla Wszystkich dobrym, zdrowym i bogatym. Zaczynamy esejem gdańskiego filozofa, zaprzyjaźnionego z naszym kwartalnikiem, Andrzeja C. Leszczyńskiego o kłamstwie. Bez specjalnego podtekstu, bo pojęcie to dość uniwersalne, towarzyszące nam na co dzień. Zatem zawsze warte namysłu. Proza to wreszcie nowe opowiadania Marka Stokowskiego (tym razem bez „Prowincjonaliów” na końcu - mamy nadzieję, że tymczasowo), opowieści Janusza Moździerza z Malborka i naszych przyjaciół zza kociewskiej miedzy - Andrzeja Grzyba i Michała Majewskiego oraz fragmenty nowych książek Agnieszki Pietrzyk z Elbląga i Grażyny Kamyszek rodem ze Sztumu, naszej stałej autorki, która podkreśla, że dzięki naszemu kwartalnikowi odważyła się pisać i debiutancka powieść jest tego efektem. Zapraszamy też do rubryki poetyckiej. Tym razem na naszych łamach debiutują Stanisław Sumowski i Jan Majewski. Polecamy szczególnej uwadze nasze nieprowincjonalne rozmowy i wspomnienia. Andrzej Sierakowski wspomina klimat ziemiańsko-arystokratycznego Waplewa, a Heinrich Dyck swoje codzienne, pracowite, nie pozbawione radosnych wątków, życie w menonickiej wspólnocie na Żuławach w XIX wieku. To unikatowa przesyłka specjalnie dla naszego kwartalnika ze Szwecji. O swoich spotkaniach z menonitami opowiada Marii Antoninie Łobockiej, podróżniczka i przewodniczka Barbara Czaykowska. Andrzej Kasperek pisze o trudnych losach ocalałego z Holokaustu Jerzego Bandera, a Marta Chmielińska-Jamroz o rowerowych wędrówkach po świecie Krzysztofa Nowackiego. Zatem barwnie i kolorowo. Wędrując po prowincji opowiemy o kwidzyńskich Szkotach i pianinach, nagrobnych tablicach odnalezionych w Malborku i tamtejszych jezuitach, polskim krawcu z Wermachtu i kultowej kawiarni „Zantyr” w Sztumie, architekcie ratującym zabytki na Żuławach, dawnej granicy w Białej Górze, drogach wiodących do Compostelli, o sąsiadach z Warmii wspomagających polskie działania niepodległościowe na Powiślu, o tym jak samorządy i państwo ratują nasze zabytki, a także w jaki sposób architekt i artysta mogą pomóc naszym miasteczkom na przykładzie Nowego Stawu. Wacław Bielecki przypomni działalność Oskara Kolberga na Powiślu i uratowane dla potomności lokalne pieśni, a Jarosław Denisiuk zaprezentuje sylwetkę Mariusza Białeckiego, profesora gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, na co dzień mieszkańca Rodowa, który od wielu lat organizuje w podprabuckiej wsi fantastyczne plenery artystów z całej Polski. Poza tym, recenzje, korespondencje i na deser felieton winno-genealogiczny Maciej Kraińskiego z Waplewa, tym razem z Krymu rosyjskiego, zanim stał się ukraiński, bez wiedzy, że kiedykolwiek na powrót może stać się rosyjski... Zapraszamy do lektury. Redakcja Esej Andrzej C. Leszczyński KŁAMSTWO Przeciwieństwem kłamstwa nie jest prawda, lecz prawdomówność. Obydwa te pojęcia nacechowane są etycznie i mieszczą się w sferze moralnej. Między prawdą i prawdomównością zachodzi związek genetyczny (prawdomówność wywodzi się z prawdy), a także istotnościowy (pojęcie prawdy kształtuje pojęcie prawdomówności). Prawdomówność to cecha człowieka, który przedstawia określone poglądy (swoje bądź cudze) jako prawdziwe i zarazem sam uważa je za prawdziwe; albo też przedstawia je jako fałszywe i zarazem sam je za fałszywe uważa. Kłamstwo zaś, to postępowanie człowieka, który poglądy uznane za prawdziwe przedstawia jako fałszywe; albo też (częściej!) poglądy uznane za fałszywe przedstawia jako prawdziwe, odpowiednio w tym celu argumentując (sofistyka). Kłamstwo ma charakter świadomy i zazwyczaj łączy się z zamiarem odniesienia korzyści. To oszustwo - nie pomyłka lub błąd. Jeśli mówię, że dwa plus dwa to pięć i tak myślę - mylę się, wypowiadam fałsz, jednak nie kłamię. Jeśli mówię, że pięć, choć wiem, że cztery - kłamię. Nie o zwyczajne wypowiadanie fałszu więc chodzi. Nie o mylenie się, okazywanie ignorancji, a o wypowiadanie coś zakrywające i świadome tego, że zakrywa, jak określa to Hans-Georg Gadamer. Kłamstwo {mendacium) definiowane jest jako locutio contra mentem (wypowiedź wbrew myśli). Pisze Tadeusz Sławek, że kłamie ten, kto świadomie prawdę porzuca, nie chce jej mieć w zasięgu wzroku, kto »emigruje« z zasięgu prawdy. Znamy historie tych, którzy kłamali tak uporczywie i tak długo, że stali się trwałymi, bezpowrotnymi »emigrantami«. Jest to, należałoby dodać, emigracja z obszaru mowy: notoryczny kłamca staje się dla otoczenia „niemy”. Staje się też „niemy” dla siebie, gdy osiąga taki poziom zakłamania wewnętrznego, który uniemożliwia mu oddzielanie prawdy od fałszu. Utwierdza się w zakłamaniu, rozciągając nad sobą zasłonę słów. Rozpoznawanie zakłamania oznacza z hermeneutycznego punktu widzenia, że partner rozmowy został wykluczony z komunikacji, ponieważ zrezygnował z samego siebie (Hans-Georg Gadamer). Jean-Paul Sartre pisał o „złej wierze” (mauvaisefoi), przyjmowaniu i uwewnętrznianiu gotowych szablonów, pojęć, ról. Formami nieodległymi od samooszustwa są takie zjawiska, jak notoryczna konfabulacja (por. film Johna Schlesingera Billy kłamca, 1963), opisywana przez Ericha Fromma „ucieczka od wolności” czy podnoszenie samooceny przez tzw. pozytywną racjonalizację. Emil Cioran widział zakłamywanie siebie w każdym akcie uchodzącym za szlachetny: Ponieważ szczęście bliźniego nigdy nie było motywem ani zasadą działania człowieka, powołujemy się na nie tylko gwoli spokoju własnego sumienia i przybrania szlachetnej maski; impuls pchający nas i ponaglający do jakiegokolwiek działania niemal zawsze jest wstydliwy, nie chcemy się doń przyznać. Konsekwentne samoza-kłamanie prowadzi do sytuacji paradoksalnej - oto kłamca wierzący we własne kłamstwa przestaje być kłamcą. Słowa (głos) - pisał poeta - myślom kłamią. Znaczy to, że kłamstwo dokonuje się w języku. Nie byle jaki znawca tej problematyki, Charles de Talleyrand, powtarzał, że język mamy po to, aby ukryć myśli. Kłamstwo jest stare jak świat: kłamie Ewa przed Adamem, Andrzej C. Leszczyński 7 potem przed Bogiem. Wcześniej kłamie Zły Duch (wąż), później Kain pytany przez Boga o Abla. Słowo („Na początku było Słowo...”) oznaczające Pra-rozum i pisane z wielkiej litery (Aó^o^) rychło stało się słowem zwyczajnym (verbum), środkiem porozumiewania się ludzi, także wzajemnego oszukiwania się. Zwraca na to uwagę Natasza Goerke: Na początku było słowo. Słowa składają się na mowę. Mówienie nieprawdy to kłamanie [...]. Odkąd bowiem istnieje słowo, istnieje kłamstwo. Na początku było kłamstwo. Możliwości kłamania, oszukiwania i manipulowania wzrosły radykalnie wraz z kształtowaniem się języków etnicznych. Kłamstwo jest działaniem „mownym” mającym na celu oszukanie kogoś lub zatajenie czegoś. „Mowność” kłamstwa wskazuje, że najczęściej dokonuje się ono w języku werbalnym. Szanse kłamstwa maleją, gdy słowa zostaną zastąpione przez ciało. Łatwo mogę powiedzieć komuś, kogo nie cierpię, że go lubię; czymś znacznie trudniejszym byłoby przytulenie się do niego. Język ciała jest bardziej pierwotny od języka werbalnego, bardziej dobitny i bardziej prawdziwy. Nieszczere słowa są na podorędziu, podczas gdy ciało do kłamstwa trzeba zmusić. Przymusu tego ciało nie potrafi ukryć. Ujawniają go - jak można przeczytać w wielu opracowaniach - takie między innymi symptomy, jak brak kontaktu wzrokowego, nieświadome dotykanie twarzy, przyspieszony oddech, brak gestykulacji, pozycja „zamknięta” (założone nogi, kulenie się w sobie), przejawy agresji (stukanie długopisem, zaciśnięte pięści), wilgotnienie dłoni, itp. Jeśli kłamstwo jest aktem wolicjonalnym, ciało - twarz, oczy - w znacznym stopniu wymykają się takiej kontroli. Kłamać potrafi człowiek w przeciwieństwie do zwierzęcia; człowiek dorosły w przeciwieństwie do dziecka. Widoczne u niektórych naczelnych zachowania „podstępne” są ukształtowanymi genetycznie sposobami postępowania w określonych sytuacjach, nie zaś aktami intencjonalnymi. Nie kłamią także dzieci, niezdolne do rozdzielania trzech naturalnych form ekspresji - myśli, słowa i czynu. Czym innym jest kłamstwo w sensie ścisłym, czyli oszustwo dotyczące realnego wymiaru egzystencjalnego, czym innym zaś zabawa, udawanie, gra (np. kamienna twarz przy pokerze) czy nabieranie kogoś w ramach przyjętej konwencji (np. prima aprilis). Zdolność do kłamstwa bierze się z rozszczepienia wskazanych form wyrazu: jedno myślę, drugie myślę, coś jeszcze innego robię. Kłamstwo jest szczególnym wyrazem inteligencji: kłamie homo sapiens, i to około 250 razy dziennie. Umiejętność ta stanowi czasami jedyną formę zachowania autonomii w opresyjnej rzeczywistości dookolnej. Nie wszystko mogę zrobić czy powiedzieć - tylko pomyśleć, poczuć, mogę wszystko. Zdaniem Hannah Arendt zdolność do kłamstwa - ale niekoniecznie zdolność mówienia prawdy - należy do nielicznych oczywistych danych świadczących o wolności człowieka. KŁAMSTWO W KULTURZE Formy kłamstwa i sytuacje, w których można je zidentyfikować, są przeróżne. Jak wiele innych elementów kultury, bywa pojmowane jako sztuka, umiejętność, którą można wykształcić. Przykładem rozwijania takiej sztuki jest szkoła aktorska, ucząca gry, udawania kogoś innego. Aktor w grece to hipokryta: hypokrites (ó-JtÓKpiTri^); ónÓKpurdj oznacza granie jakieś roli, obłuda. We francuszczyźnie hipokryta to hypocrite, comedien; to drugie określenie odnosi się także do aktora, komedianta. Stanisław Ignacy Witkiewicz sztukę udawania 8 Kłamstwo uczynił podstawą nowego kierunku literackiego, piurblagizmu, opartego na teorii czystej blagi. W manifeście programowym wyszczególnia takie między innymi jej odmiany: na-- dudka-wystrychizm, neo-naciągizm, fałszyzm, solipsoedryzm, mistyficyzm, nabieryzm, fiktobydlęcyzm, oszukizm, neo-humbugizm, krętacyzm, udawaizm, nieszczeryzm, w-pole--wyprowadzaizm, przecheryzm, łgizm, łgarstwizm, wmówizm, zawraco-głowizm, zawraco--gitaryzm, zawraco-kontrafałdyzm, omamizm, kręcizm. Jak widać, świadome wypowiadanie nieprawdy może być elementem żartów, zachowań podszytych odrobiną perwersji, a także umiejętności o charakterze aktorskim, niezbędnych nie tylko w teatrze, ale w niektórych sytuacjach społecznych. Zapewne mało kto zechciałby wszystkie te sytuacje określać mianem kłamstwa. Pojawi się ono w wyraźnej postaci w innych kontekstach i obszarach kulturowych, o czym będzie mowa poniżej. Sposób identyfikacji kłamstwa i stosunek do niego jest różny w przypadku poszczególnych ludzi, a może bardziej jeszcze - w przypadku różnych kultur. Kultura niemiecka - by pozostać w obszarze europejskim - nie znosi kłamstwa z uwagi na to, że zakłóca ład i porządek. Stąd zapewne brała się podatność Niemców, pewnych, że władza nie może kłamać, na propagandę Josepha Goebbelsa. Kultura angielska, przesycona ironią, czyli dystansem i niejednoznacznością, zawiera postaci kłamców sympatycznych, takich jak Edgar z Króla Leara. Ironia nie jest kłamstwem par excellence. Podobnie jak ironista, kłamca co innego mówi, a co innego ma na myśli. W przeciwieństwie do niego zataja przed odbiorcą możliwość drugiego sensu, który jest właśnie przedmiotem fałszu. Wypowiedź kłamcy, pisze Zofia Mitosek, ma zmylić słuchacza, dlatego ukrywa swe prawdziwe przekonanie, a im lepiej je ukrywa, tym lepszym jest kłamcą; im bardziej przekonujące jest owo kłamliwe twierdzenie, tym doskonalszym jest kłamstwem". Kultura polska inaczej kwalifikuje kłamstwo w sferze prywatnej, inaczej w sferze publicznej: pierwsze jest piętnowane, drugie rozumiane i akceptowane. Ma to zapewne związek z wieloletnim brakiem państwowości i utrwaleniem się postaw opisanych przez Kazimierza Wykę w Gospodarce wyłączonej-, przekonań, zgodnie z którymi oszukiwanie władzy było aktem dozwolonym moralnie, a nawet patriotycznym. Od najdawniejszych czasów kłamstwo stosowane było jako narzędzie władzy, przydatne do sterowania zachowaniem zbiorowym. Uznawano prawo władcy absolutnego do manipulowania poddanymi w celu zapewnienia ciągłości władzy („kłamstwo królewskie”). Platon zezwalał kłamać w imię godziwych celów. Niccoló Machiavelli odwoływał się do aksjologii relacyjnej (Czasami trzeba jako dobro ocenić mniejsze zło), zaś z kłamstwa uczynił poręczne narzędzie rządzenia (Politykowi nie wolno być niewolnikiem własnych słów). Normatywom Machiavellego zarzuca się cynizm i amoralność, trudno jednak nie dostrzec trwałej ich obecności w dziejach politycznych, także najnowszych. Może zbyt radykalnie wyraził to George Orwell (Polityka to bastion kłamstw, uników, obłędu, nienawiści i schizofrenii), jednak diagnozę Piotra Wierzbickiego można uznać za miarodajną: Polityczną nowomowę z okresu Peerelu, odwołującą się do pojęcia prawdy i deformującą je dla potrzeb ideologicznych, szyderczo przedstawił Stanisław Barańczak (Określona epoka): „[...] Żyjemy w określonej epoce, taka/ jest prawda, nieprawda,/ i innej prawdy nie ma. Piotr Tymochowicz, specjalista w zakresie wizerunku i marketingu politycznego (doradzał m.in. Marianowi Krzaklewskiemu, Andrzejowi Lepperowi i Stanisławowi Tymińskiemu) bez hipokryzji mówi o tym, jak kształtuje Andrzej C. Leszczyński 9 polityczną umiejętność bycia hipokrytą: Jeżeli uczę ludzi technik kłamstw a, to w przekonaniu, że kłamstwo jest jedną z ważniejszych strategii politycznych, w ramach której wyróżniamy wiele taktyk. Polityk musi umieć kłamać i to jest oczywiste. Spójrzmy na Marcinkiewicza, jak perfekcyjnie kłamie, gdy twierdzi, że mówi tyłko prawdę. W systemach totalitarnych, gdzie władza dysponuje monopolem na kłamstwo, pozostaje ono trudne do zdemaskowania, w demokracji ujawniane jest przez opozycję, niezależne media itp. Inne postaci kłamstwa, uznawane i tolerowane od stuleci, to tzw. „kłamstwo wojenne”. Wódz, dowództwo, sztab mogą, a nawet powinni, posługiwać się kłamstwem - maskowaniem własnych stanowisk, utajnianiem rzeczywistych planów, dezinformowaniem - jeśli pozwala to odnieść zwycięstwo nad wrogiem. Bywa, że akceptowane jest także „kłamstwo lekarskie” - sądzi się wtedy, że lekarz może okłamywać pacjenta, również jego rodzinę, gdy służy to skutecznej terapii. Można odnieść wrażenie, że zakresy dziedzin, w których kłamstwo znajdowało uzasadnienie, ulegają znaczącemu poszerzeniu, a nawet, że granice tych dziedzin ulegają zatarciu. Kłamstwo zyskało w związku z tym odmienną dystynkcję społeczną. Obejmując wszelkie obszary kultury, zarówno publiczne jak i prywatne, stało się normą, zjawiskiem opisywanym raczej niż wartościowanym. Tadeusz Sławek zauważa, że dawniej kłamstwo, nawet gdy oddziaływało na bieg historii, było zakulisową lub dworską intrygą obejmującą niewielu; dzisiaj kłamstwo, nie kryjąc się przed nikim, przemawia z trybun parlamentów i wokand sądowych, a jeS° głosem upajają się gazety i tełewizja. Kłamstwo oczywiste, ewidentne, dające się skonfrontować z faktami - ma „krótkie nogi”. Kłamstwo bez dowodów, tyczące intencji, emocji, wrażeń, poglądów, gustów - miewa bardzo „długie nogi”. Mimo że prawda i prawdomówność są cechami konstytuującymi kulturę i wielu wybitnych twórców płaciło wysoką cenę za dawanie świadectwa tym cechom - najwyraźniej straciły na urodzie, stały się kłopotem lub mało przyjemną koniecznością. Szczegółny jest -pisze Michał Komar - status prawdy w naszym życiu. Prawda jest po to, by ją wykrzyczeć prosto w twarz, z czego wynika prosty wniosek, że prawda z samej swojej istoty jest niemiła i niewiele różni się od obelgi. Prawda w oczy kole. Prawdę wyciąga się na światło dzienne, bo jest brzydka i brudna, aż wstyd popatrzeć. Prawda wychodzi z worka jak bołeśnie kłujące szydło. Prawda wypływa na powierzchnię niczym - dła przykładu - topielec. Prawda jest przedmiotem dochodzeń dziennikarzy inwestygacyjnych, policjantów, prokuratorów i komisji śledczych. Kto prawdą się zajmuje, ten ani chybi się pobrudzi. SZCZEROŚĆ - SYTUACJE, WARUNKI Szczerość jest czymś innym niż otwartość. Szczerość to prawdomówność w akceptowanych przez siebie granicach. Nie znaczy to, że poza tymi granicami uprawnione staje się kłamstwo. Uprawniona jest tam odmowa, milczenie. Warunkiem psychologicznym szczerości jest niepełna - kontrolowana - otwartość. Nie wszystko powiem, bo są rzeczy sekretne, intymne, ważne tylko dla mnie, dla najbliższych mi osób. Ale właśnie dlatego to, co powiem, będzie szczere. Ktoś, kto wymusza odpowiedzi, wywiera presję na ujawnianie interesujących go kwestii i dopuszcza się psychicznego szantażu mówiąc, że skrywanie ich 10 Kłamstwo świadczy o chęci ukrycia czegoś nagannego, może spodziewać się, że zostanie okłamany niejako na własne życzenie. Uniknie tego, opatrując swe pytanie czy też zachętę do wypowiedzi zwrotem: „jeśli chcesz”. Otwartość własnej wypowiedzi skierowanej ku drugiemu człowiekowi także winna podlegać ograniczeniom związanym z takimi czynnikami, jak niemożliwość zmiany wytykanych komuś uchybień, z cierpieniem, jakie ta wypowiedź może wywołać, a także z wiekiem odbiorcy. Władysław Tatarkiewicz pisze, że kiedyś cenił sobie wypowiedzi szczere, jednak na starość bardziej odpowiednia wydaje mu się kurtuazja: Wolę uprzejmych niż szczerych, którzy mi mówią, że źle wyglądam lub że napisałem niemądry artykuł. Franęois de la Rochefoucald zwracał uwagę na prawdomówność wyrastającą z pychy, kiedy niechęć do kłamania dyktowana jest ambicją, by nadać wagę własnemu świadectwu i zyskać dla słów swych cześć religijną. Można spotkać osoby chlubiące się swą prawdomównością, nie owijaniem w bawełnę, odwagą wygarniania każdemu tego co trzeba i krótką drogą od myśli do języka. Zapewne zdziwiłyby się opinią, jaką sformułował odnosząc się do podobnych postaw Leszek Kołakowski: Cnoty towarzyskie, jak dyskrecja i uprzejmość, bardzo często ocierają się o kłamstwo, ale trudno nie przyznać, że gdyby tych cnót nie było, życie zbiorowe byłoby znacznie gorsze, niż jest i nie tyle oddychalibyśmy czystym powietrzem prawdy, ile żylibyśmy wśród chamstwa. I tych, co zawsze bez zastanowienia mówią to, co zaprawdę - słusznie czy niesłusznie - mają, uważamy za chamów. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że respektowanie zasady wstrzemięźliwości w wyrażaniu własnych opinii nie chroni przed ich subiektywizmem, zatem przed możliwością sądzenia fałszywego. By złagodzić ewentualne skutki takiego sądu, warto - tytułem asekuracji - przyjąć presumpcję dodatnią, co pozwoli uniknąć fałszu skierowanego „przeciw”. Zdaniem Richarda Rorty' ego zmonopolizowana prawda może być formą przemocy, dlatego dla dobra reguł demokratycznych nie powinno się nadużywać tego pojęcia. Jeśli szczerość, rozumiana jako prawdomówność kontrolowana, znajdzie się w nieusuwalnym konflikcie z inną wartością, nie wystarczy milczenie. Byłoby ono wyjściem poza sam konflikt, czyli rezygnacją z zajęcia stanowiska aksjologicznego, czymś w rodzaju umycia rąk, gdy rozstrzygają się sprawy elementarne. Dopiero w wobec konfliktów nieusuwalnych (tragicznych) może ujawnić się rzeczywista miara wartości. Gotowość do obrony jednej wartości kosztem innej. Czy szczerość może być tą wartością, dla której należy poświęcić inne, na przykład wartość życia ludzkiego? Leszkowi Kołakowskiemu - który dostrzegał w radykalnej prawdomówności objaw nerwicowy - nie wydaje się to prawdopodobne. Jeśli gdzieś Żyd się ukrywa i przychodzą niemieccy żandarmi, pytając, czy tu Żyd jaki nie mieszka - któż z resztkami sumienia mógłby powiedzieć, że w imię szlachetnej zasady niekłamania trzeba wydać człowieka katom na pewną śmierć? Jednak Grzegorz Kwiatkowski zobaczył kogoś, komu sumienie - konsekwentne wobec powziętych postanowień - wskazało inny kierunek. Jest wojna i do Pana Cogito przychodzą Niemcy i pytają go czy ukrywa w piwnicy Żydów a Pan Cogito ponieważ ceni prawdę a jego orężem nigdy nie jest kłamstwo mówi: Andrzej C. Leszczyński 11 w mojej piwnicy przetrzymuję piętnastu Żydów, w tym sześcioro dzieci dwóch mężczyzn i siedem kobiet ze ściany spada płat tynku na korytarzu przepala się żarówka a czarny kot żałośnie zawodzi i ociera się o nogawkę pan Cogito schodzi do piwnicy po nową żarówkę a następnie wkręca ją i zapala światło i stoi w oknie i widzi jak Niemcy wyprowadzają Żydowską rodzinę a potem otwiera Pismo Święte i zakreśla ołówkiem: a mowa wasza niech będzie prosta tak tak nie nie. Św. Augustyn, który odróżniał kłamstwa usprawiedliwione, szkodliwe i żartobliwe, zapewne nie miałby wątpliwości co do konieczności oszukania Niemców poszukujących ukrywających się Żydów. Podobnie August Comte piszący, że Prawdomówność nie jest powinnością absolutną, nie jest powinnością niezależną, nie jest powinnością uniwersalną. Można spekulować na temat decyzji, jakie powzięliby w tej sytuacji Immanuel Kant czy Pierre Abelard, zakazujący kłamstwa w sposób rygorystyczny. Nie bez znaczenia jest tu odróżnienie kłamstwa, które jest zaprzeczeniem prawdy należnej pytającemu, od fałszomówstwa będącego zaprzeczeniem prawdy pytającemu nienależnej. Rozróżnienie to rodzi kolejny problem dotyczący kryterium prawdy należnej i nienależnej - który z podmiotów ma o tym rozstrzygać. Wartość prawdomówności - pisze Tadeusz Sławek - ogranicza osobiście przeżyta odpowiedzialność za los Drugiego. Kto posunął się w swojej odpowiedzialności za Drugiego tak daleko, że pozostawił prawdę i kłamstwo poza sobą (jedno i drugie potrafi być narzędziem tortury), dla kogo moralne nakazy i zakazy nie są niepodważalną wyrocznią, lecz wskazaniem, że istnieją prawa starsze od ludzkich, a być może nawet od ' boskich' - jeśli przez ' boskie' rozumieć wizerunek absolutu utrwalony w zinstytucjonalizowanych Kościołach - tego postępowanie 12 Kłamstwo będzie ekspresją piękna, choćby nawet przyszło mu żyć w otchłani piekła i poniżenia [... J. Pięknym jest więc ten, kto nie może skłamać, to bowiem, co czyni, jest rezułtatem całej jego postawy wobec świata, oddania siebie Drugiemu, tak, iż jego czyny są » odruchem « jego ciała. W przypadku takiego człowieka nawet kłamstwo będzie odsłonięciem wyższej, być może niedostrzeganej jeszcze przez innych, prawdy.. Kłamstwo - szczególnie w postaci „biernej”, jako zatajanie - znajduje szereg trudnych do zlekceważenia uzasadnień praktycznych. Nie ujawnię wszystkich swych braków, gdyby miało to utrudnić zdobycie pracy. Nie podzielę się z najbliższymi informacją, która znacząco ograniczy ich dobrpstan. Nie poinformuję znajomych o konfliktach z najbliższymi i złych stosunkach w rodzinie. Nie opowiem o swoich doświadczeniach erotycznych. Ból, jaki wywołuje prawdziwa informacja, może znaleźć ujście w agresji skierowanej ku informującemu (w starożytności zabijano posłańca przynoszącego złe wiadomości). Czasami ludzie wolą być oszukiwani, niż poznać złą prawdę („Powiedz, że będzie dobrze ...”). Wymyślanie kłamstw aktywizuje ośrodki myśli, co sprawia, że „kłamczuchy” wolniej się starzeją. „[...] Każde wydatkowanie energii jest stratą energii - zapisuje Simone Weil. - Tylko kłamiąc można złożyć ją na procent”. Kłamstwo może być wyrazem „ucieczki z pola walki” - przecież jednak nie każdy chce i musi walczyć. Nawet moralny dyskomfort związany ze świadomością bycia oszustem nie przewyższy aktywów w ten sposób osiągniętych. Myśl o tym, że jest się kłamcą, pisze Czesław Miłosz, jest wyrzutem sumienia tak trudnym do ujęcia w słowa i przynoszącym tak niszczące skutki, ile razy zostanie wypowiedziana - że słusznie każdy zachowuje ją na własny użytek, nie chcąc zbyt łatwo zburzyć budowli, które już istnieją i mają inną wartość, niż wartość prawdy czy fałszu. Zdaje się, że wyrzuty sumienia stają się szczególnie dotkliwe wtedy, gdy okłamuje się osoby ufne, zawierzające słowom, jakie są do nich kierowane. MASKI, POZY, MINY Techniki i strategie teatralne, o których była mowa, przenikają dziś sferę publiczną w stopniu wcześniej niespotykanym. Owszem, wcielano się w role i grano je zawsze, reguły społecznego świata nie od dziś mieszczą się w strukturze teatralnej. Dość przypomnieć Williama Szekspira, kwestię Jakuba z Jak wam się podoba („Świat jest teatrem, aktorami ludzie... ”), czy wypowiedź Makbeta („Życie jest cieniem ruchomym jedynie,/Nędznym aktorem, który przez godzinę/ Pyszni i miota się po scenie, aby umilknąć później na zawsze”). Bruno Schulz całą rzeczywistość widzi jako istność ulotną i udawaną, namiastkę czegoś, do czego nie mamy dostępu. Pisze w iście do Witkacego: Rzeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla żartu, dla zabawy. Ktoś jest człowiekiem, a ktoś karakanem, ale ten kształt nie sięga istoty rzeczy, jest tylko rolą na chwilę przyjętą, tylko naskórkiem, który za chwilę zostanie zrzucony”.. Guy Debord, autor książki poświęconej teatralności społecznej, zaraz na początku przytacza fragment z pracy Ludwika Feuerbacha pt. O istocie chrześcijaństwa: „Jest rzeczą jasną, że [nasza] epoka ceni wyżej obraz niż rzecz, kopię niż oryginał, wyobrażenie niż rzeczywistość, pozór niż istotę”. Społeczeństwo spektaklu, jakie opisuje Debord, charakteryzuje się banalizacją egzystencji: spektakl jest afirmacją pozoru, stanowi nagromadzenie obrazów zapośredniczających wszelkie relacje międzyludzkie: „Wszystko, co dawniej przeżywano bezpośrednio, oddaliło się, przybierając postać przedstawienia”. Zdaniem Deborda, Andrzej C. Leszczyński 13 w spektaklach społecznych nie należy dopatrywać się efektu nadużyć, jakich dopuszczają się mass-media. Jest jednak faktem, że wraz z ich rozwojem ujawniła się w pełni ranga postaci odgrywanych, fasadowych, poprawnych, estetycznych, stosownie ubranych itp. Debata telewizyjna odbyta przez Richarda Nucona i Johna F. Kennedy' ego 26 września 1960 roku pokazała kreującą funkcję mediów, których nie satysfakcjonuje już status czwartej władzy. Rychło stały się władzą pierwszą. Maski, pozy, miny to podtytuł książki Andrzeja Szmajke poświęconej zachowaniom auto-prezentacyjnym, czyli takim, które budują wizerunek własnej osoby kształtowany i utrwalany w umysłach ludzi, którzy go odbierają. Hasła „trzeba umieć się sprzedać” czy „istnieje się tylko w odbiorze” dość dobrze wyrażają istotę podobnych zachowań. Autor ma świadomość, że dla większości ludzi zachowania autoprezentacyjne mają w sobie coś podejrzanego i kuglarskiego - są sprzeczne „z takimi wartościami naszej kultury jak autentyczność, prawda czy szczerość, często natomiast kojarzone są z manipulacją, kłamstwem czy oszukiwaniem”. Manipulacja - pojęcie jeszcze niedawno odnoszące się do precyzyjnego, ręcznego wykonania - nabrało dziś znaczenia wyraźnie ujemnego, kojarzącego się z „udawaniem dobra”, „stwarzaniem pozorów wolności” itp. Można odnieść wrażenie, że elementy gry i związanej z nią manipulacji wpisane są we wszelkie interakcje społeczne. Autoprezentacyjne strategie porządkują i uściślają reguły spektaklu obliczonego na wywarcie pożądanego wrażenia na widzach. Czy jednak gra, o jakiej tu mowa, rzeczywiście oznacza manipulację? Tamto wrażenie łgarstwa i hipokryzji może okazać się złudne wtedy, gdy w podmiocie gry, w „aktorze”, zobaczymy nie manipulatora, lecz osobę w ścisłym sensie. Persona (persona) to maska aktora lub głowa (ludzka bądź zwierzęca) w masce; w znaczeniu przenośnym - to postać dramatu, rola. Osobą staje się ktoś, kto na swoją „naturę” nakłada maskę „kultury” wraz z wypisanymi na niej wartościami. Maska, zasłaniając twarz „wykonawcy”, odsłania „postać”. Na scenie teatralnej pasjonujące są losy Hamleta, nie zaś prywatne życie wykonawcy tej roli. Podobnie jest w życiu - aktorów sceny politycznej postrzegamy i recenzujemy z uwagi na to, jak wykonują swe role premierów, ministrów, prezydentów czy burmistrzów, nie mężów czy ojców. Szczerość nie dotyczy w tych - i wszelkich innych - wypadkach ujawniania Ja przyrodzonego (jeśli w ogóle można mówić o czymś takim, jak „istota”, „esencja” czy „natura” ludzka). Jest odsłonięciem Ja aksjologicznego, Ja publicznego, Ja zawodowego itp. Zawsze jakoś „wypracowanego”. To ujawnienie postaci, osoby - stanu nie „danego”, lecz „zadanego”. Charles Taylor naczelną kategorią swych rozważań czyni samorealizację rozumianą jako wierność sobie, autentyczność. Grecki źródłosłów mówi o „własnoręczności” (av0£vria); av0£vriKW^ odsyła do czegoś „rzeczywistego”, „niepodrobionego”, „prawdziwego”, autorytatywnego”. Jeśli nie będę sobie wierny - pisze Taylor - przegapię sens mojego życia, przegapię to, czym człowieczeństwo jest dla mnie. Przedmiotem troski o autentyczność, „własnoręczność” życiową, także może być Ja osobowe, samorealizowanie się w obszarze aksjologicznym, podmiotowość w kształtowaniu roli, jaką się w życiu odgrywa. Wszystko, co powiedziano powyżej na temat maski, która czyni człowieka osobą, traci prawomocność w odniesieniu do relacji bliskich, intymnych, uczuciowych. Takich, w których ujawnia się najgłębsza, nie budowana pod kontrolą („serce nie sługa”) rzeczywistość 14 Kłamstwo emocjonalna. Odgrywanie uczuć, szczególnie najpiękniejszych, byłoby może najbardziej okrutnym z kłamstw, z jakimi może spotkać się człowiek. Aktorstwo idące w parze z kalkulacją rozpowszechnia się dziś w rzeczywistości, w której urynkowieniu podlegają wszystkie sfery życia. Merkantylna, rzeczowa do bólu świadomość każę najbliższym sobie osobom zawierać kontrakty, ustalać reguły transakcyjne, spisywać umowy z wyszczególnionymi w nich oczekiwaniami itp. Rzeczywistość społeczna kształtowana jest dziś pod dyktando Rozumu - metodycznie, systematycznie, przy pomocy zaplanowanych środków przydatnych do osiągania celów. Jest to rzeczywistość zimna, otrzeźwiona, odczarowana i odczarowująca relacje międzyosobowe, które upodobniają się do relacji rynkowych. Tradycyjne związki „z rozsądku” także oznaczały prymat „rozważności” nad „romantycznością”, i tu określane były kryteria (posag, status społeczny, reputacja, majątek, wykształcenie). Spełnienie tych kryteriów kończyło kalkulacje. Dziś kalkulacje nie kończą się. Wybór partnera, pisze Evalllouz, stał się bardziej zracjonalizowany niż kiedykolwiek wcześniej. Zdaniem autorki na dzisiejszy kształt miłości wpłynął feminizm, który zdarł zasłonę męskiego rycerstwa i kobiecej tajemniczości. Tak, związki dwojga ludzi stały się rzeczowe (racjonalne) i urzeczowione („drugi” to przedmiot i środek dążeń). Maski mężów, żon, kochanków a nawet rodziców skrywają inwestorów, rynkowych graczy, podmioty zarządzające ryzykiem, specjalistów PR. Poezja Stanisław Sumowski GAWĘDA O DOBRYM CZŁOWIEKU Krysi Jankowskiej i Tym Wszystkim, Których spotkałem na Nieprzetartym Szlaku Przemierza swoje życie w Miłości Rozdając miłość w radości okruchach Swoim małym i dużym dzieciom Od Gorszego Boga Uczy wiązać buciki I myć zatroskaną buzię Pokazuje słońce na dłoni I leśne zwierzęta Ukryte za krzakiem Pcha szczęście na wózku I kuśtyka z radością Ręką kreśli słowa zaklęte w lustrze Które pełgają jak motyl na ustach W okrzyku rodzenia w rozdartej Ciszy W ciemności pokazuje światło nadziei I pisze wiersze Brajlem na dłoni o Miłości i bezgrzesznych latach dzieciństwa O Nadziei 16 Poezja NA SKUPIENIE* Idziemy przez życie Z wiatrem niepokoju Idziemy pod rękę ze swoim cieniem Krzyża Wędrują Słowa za nami Bez składni Nieuczesane w ludzkim porządku Zatracone w Niebycie. Odmierzasz kroki powoli W cieniu Czasu, który odchodzi Zbliża się ON Z sercem na dłoni Z Otwartą Księgą Rodzaju Panie nie odbieraj mnie Ciszy W pokorze Sumienia Proszę o Przebaczenie Proszę o Ziarna Prawdy Proszę o Wersety Litanii Twojej Księgi Wszechczasów Proszę o Słowo By rodzić nowe Słowa Dobrego Siewcy. Poezja 17 Jan Majewski NIEPOKOJĄCA BIEL Łatwo jest czerpać w zimie z obfitości śniegu na polach w lasach - na dachach miast najczystszą biel - O wiele trudniej choć się w niej gnieżdżą znaleźć o tej porze poza obrazem lub fotografią albo zwiewnym kilimem uprzędzionym we śnie kolory tęczy i pawiego pióra kwiatów na łące -motyli - A jeśli się okaże wcale niemożliwe nasuwa się pytanie - co ta obfitość bieli naprawdę oznacza WIEŻOWCE Im bardziej miasto najeżone wieżowcami tym głębiej zapadnięte są jego ulice tym mniejsi ludzie - Dzikie zwierzę które zabłąkało się w jego pobliże - węszy długo -a gdy rozpozna że to nie są górskie szczyty chyłkiem wraca do boru jakby natknęło się niespodzianie na jakieś całkiem nieprawdziwe życie 18 Poezja JAK SKOWRONEK W tym przypadku szpitalny pokój nie zdołał uwięzić obłożnie i bezterminowo chorego - Choć slaby ciałem zanim na zawsze opuścił go - wpierw aż po najdalszy horyzont rozsunął cztery oziębłe białe ściany sufit otworzył na błękit nieba zamknąwszy na klucz swoją chorobę w szpitalu wymknął się z niego jak z klatki skowronek WIOSENNA UKŁADANKA Wróciła wiosna - słońce liże chaty strumyki iskrzą na kamykach w starym parku zielona mgła spowija drzewa -Pałac jak orzeł - wieś jak sikorka kościół - symbioza Oddycha ziemia - szmer rośnie w głosy - po grudach serc się toczy ciężka od blasku siarczystych błyskawic organowa chmura Naraz zakwita w niezgłębionych oczach błękitne niebo i sasanka cisza odłogiem leży na polach - Naokół stóp się owijają niczym zaskrońce ludzkie kręte drogi Proza Marek Stokowski TRZY SPOTKANIA EZGI Tego dnia lało. Pełniłem dyżur, to znaczy byłem odpowiedzialny za funkcjonowanie wystaw i trasy zwiedzania w Muzeum Zamkowym w Malborku. Po południu wybrałem się na drugi obchód. Na krużgankach Zamku Wysokiego wśród tłumu innych turystów zauważyłem młodą damę z zielonym plecaczkiem. Wyglądała na zagubioną. Po latach pracy w muzeum można dość łatwo odczytać mowę ciała zwiedzających. Podszedłem do dziewczyny i zapytałem, czy mógłbym jej pomóc. Okazało się, że nie mówi po polsku. Przeszliśmy na angielski. Dziewczyna z plecaczkiem powiedziała, że będzie mi wdzięczna za odnalezienie jej grupy. Oderwała się od niej na moment i straciła z nią kontakt. Przewodnik wyglądał tak i tak, ostatni raz widziała go tutaj i tutaj. Zaczęliśmy szukać. Wchodziliśmy do poszczególnych sal, rozglądałem się na wszystkie strony, wypytywałem osoby z dozoru wystaw, ale bez powodzenia. Grupa nieznajomej zupełnie rozpłynęła się w przestrzeniach krzyżackiego klasztoru. Uznałem, że skoro już pojawiamy się w różnych miejscach zamku, to warto przekazywać zagubionej turystce elementarne informacje o tych zakątkach. Wynikł z tego rodzaj indywidualnego oprowadzania, tak że w końcu porzuciliśmy tropienie zagubionej grupy. Dziewczyna chętnie podejmowała dialog, pytała o różne kwestie, robiła ciekawe uwagi. Wyjaśniła przy tym, że jest Turczynką, studiuje w Polsce medycynę, jak czyni to coraz więcej jej rodaków. Wybrała się właśnie na zwiedzanie kraju. Radzono jej, żeby zobaczyła Malbork, więc przyjechała. Jeszcze dziś rusza dalej, do Gdańska. Szkoda, że leje deszcz, ale i tak jest pięknie. Miała na imię Ezgi, nosiła okulary, cały czas się uśmiechała i była pełna ujmującego wdzięku. Nasza peregrynacja zamkowa coraz bardziej zamieniała się w prywatną rozmowę. Od kwestii związanych z krucjatami i państwem zakonnym w Prusach, przeszliśmy do legend o stosunku Imperium Osmańskiego do rozbiorów Polski, a później do gadek o studiowaniu w kraju nad Wisłą, o życiu we współczesnej Turcji i Polsce, na przykład o wyraźnym dla Ezgi wstydzie młodych Polaków, wstydzie przed przyznawaniem się do życia duchowego. Czas w takich sytuacjach płynie zupełnie inaczej niż w innych okolicznościach. Nagle okazało się, że dziewczyna musi już pędzić na pociąg do Gdańska. Odprowadziłem ją na skraj przedzamcza. Przystanęliśmy, żeby się pożegnać. I wtedy, tak na koniec, zapytała mnie, czy wierzę w Boga. Słysząc moją odpowiedź, rozpromieniła się jeszcze bardziej i przekazała mi błogosławieństwo. Też powierzyłem ją bożej opiece. Staliśmy pod murami najpotężniejszego na świecie zamku krzyżowców, ona muzułmanka i ja chrześcijanin, i obiecywaliśmy sobie wzajemnie modlitwę. A potem Ezgi pobiegła na stację. 20 Trzy spotkania UMARLI Z GLASNEVIN Dublin ma swoje Powązki. Irlandzka nekropolia narodowa nazywa się Glasnevin. Spoczywają tam bohaterowie wojenni, wielcy przemysłowcy, działacze społeczni i polityczni, artyści, arystokraci i rzesze zwykłych śmiertelników. Ten pomnikowy cmentarz został dodatkowo rozsławiony przez Jamesa Joycea. Pisarz zawarł w Ulissesie ważną scenę pogrzebu, rozgrywającą się właśnie w tym miejscu. Zresztą na Glasnevin znajduje się grób najbliższych krewnych Joycea. Historyczna nekropolia jest świetnie utrzymana i wyposażona w znakomitą infrastrukturę dla odwiedzających. W pobliżu bramy głównej funkcjonuje nowoczesne centrum edukacyjne. Centrum to jest rodzajem interaktywnego muzeum, które umożliwia dotarcie do informacji nie tylko o dziejach cmentarza, ale także o biografiach tysięcy i tysięcy osób pochowanych na nim na przestrzeni stuleci. W maju 2013 roku przyszło mi prowadzić w tym niezwykłym miejscu warsztaty edukacyjne dla młodzieży. Zajęcia zostały zaaranżowane przez Ambasadę RP w Dublinie we współpracy z Glasnevin Museum. Dzięki uprzejmości gospodarzy, gość z odległego kraju otrzymał prawo do poprowadzenia warsztatów dla dzieci z polskich rodzin mieszkających w Dublinie. Nasi dyplomaci pracujący w Irlandii bardzo mocno wspierają wszelkie działania edukacyjne skierowane do tych młodych ludzi, tak aby kształtować w nich poczucie wartości polskiej tradycji kulturowej. Zajęcia, jakie zaproponowałem, nie były z pozoru związane z Polską - no może z wyjątkiem krótkiej prezentacji miejsca, z którego przybyłem, a więc zamku Malbork. Zasadniczą część warsztatów rozpoczęliśmy od lektury kilku wierszy z tomu Antologia Spoon River autorstwa Edgara Lee Mastersa. Utwory amerykańskiego poety to głosy umarłych. Każdy kolejny wiersz przyjmuje formę kilku słów od tych, którzy otrzymali szansę na dopowiedzenie czegoś do zakończonego już życia. Po lekturze Mastersa postawiłem przed młodymi uczestnikami warsztatów zadanie. Każdy z nich miał samotnie ruszyć alejami cmentarza, wybrać dowolną mogiłę i zapisać głos, kilka zdań dopowiedzianych do swojego losu przez spoczywającego w niej człowieka. Bardzo mocno podkreśliłem fakt, że nie jest to nieodpowiedzialna i niebezpieczna zabawa w wywoływane duchów, ale pełna najgłębszego szacunku próba zastanowienia się nad tym, co mogło być najważniejsze w życiu poszczególnych osób, które już odeszły. Nie szło nam o odnalezienie encyklopedycznych wiadomości o zmarłych, lecz o zbliżenie się do dramatu ich niegdysiejszego losu za pomocą wyobraźni i poczucia solidarności żywych z umarłymi. Młodzi Polacy pracowali w przestrzeniach cmentarza z największym taktem i skupieniem. Stojąc przed mogiłami nieznanych sobie Irlandczyków, zapisywali na kartkach krótkie teksty. Po kilku kwadransach spotkaliśmy się wszyscy na powrót w sali muzeum. Usiedliśmy w kręgu i rozpoczęła się głośna lektura zapisków. Były to wydobyte zmysłem wyobraźni głosy ludzi spoczywających na Glasnevin. Ustami żywych mówili o sobie zmarli: dzieci i starcy, kobiety i mężczyźni, osoby o dosyć znanych nazwiskach i te bezimienne. Z minuty na minutę zaczęło nas ogarniać niespodziewane i niepojęte w swojej intensyw- Marek Stokowski 21 ności wzruszenie. W końcu stało się tak, że z powodu silnych emocji kolejne osoby nie były już w stanie odczytywać notatek, przerywały lekturę, przekazywały kartki innym, aby może ci znaleźli w sobie spokój niezbędny do ich prezentacji. Dlaczego odnalezione słowa okazywały się tak zdumiewająco żywe i przejmujące? Przecież odwiedziliśmy obcy cmentarz, na którym nie leżeli zmarli z naszych rodzin, i przecież to, co zostało zanotowane i było odczytywane, stanowiło owoc młodzieńczej wyobraźni a nie zapis realnego dramatu umarłych z Dublina. A zatem - czyje głosy w istocie usłyszeliśmy? Dublińczyków, czy może jednak naszych bliskich z Polski, którzy odeszli kiedyś, lecz zawsze są przy nas, wędrują za nami? A może usłyszeliśmy głosy nas samych, pełne niepokoju i nadziei? A może jeszcze inaczej - może odkryliśmy, że ci wszyscy nieznani ludzie spoczywający pod krzyżami Glasnevin, niezależnie od narodowości czy języka są w istocie naszymi braćmi i siostrami, bo każdy z nas należy do wielkiej rodziny śmiertelnych? Nie wiem. A LONG WAY TO TIPPERARY Mój teść odchodził od nas przez kilka miesięcy. Z potężnego mężczyzny została tylko skóra i kości. I wspomnienia. Wśród nich najbardziej żywotne były zdecydowanie te wojenne. Nasz ojciec, człowiek z Wileńszczyzny, uciekając w 1944 roku przed Armią Czerwoną, trafił do partyzanckiego oddziału AK operującego na Lubelszczyźnie. Dziś ludzi z takich oddziałów nazywa się żołnierzami wyklętymi. Za walkę z nowym okupantem mój przyszły teść zapłacił pod koniec lat 40. i w latach 50. ciężkim więzieniem, torturami i niewolniczą pracą w kamieniołomach. Jego wspomnieniom z lubelskiej partyzantki często towarzyszyła piosenka. Dziwne, ale była to piosenka irlandzka. Teść, który nie znał angielskiego, potrafił ją zaśpiewać w oryginale. Tłumaczył, że w jednym z lotniczych zrzutów, wysyłanych im z Wielkiej Brytanii, oprócz broni i lekarstw partyzanci znaleźli śpiewnik. Któryś z kolegów nauczył ich melodii i właściwej wymowy słów „A Long Way to Tipperary”. Dla chłopaków z lasu owa piosenka z dalekiego, nieznanego kraju stanowiła głos ze świata, z którym tak rozpaczliwie nie chcieli zostać rozłączeni. Potem, po latach, stała się dla naszego ojca pełnym emocji echem młodości. W maju owego roku, kiedy umierał nasz bliski, jechałem z Dublina do Cork na spotkanie autorskie zorganizowane przez Ambasadę RP w Irlandii. Mniej więcej w połowie drogi zauważyłem kilka tablic z nazwą Tipperary. Wyjaśniłem młodemu konsulowi, który wiózł mnie samochodem, dlaczego ta nazwa robi na mnie tak ogromne wrażenie. Przyznałem mu się też do swojej kompletnej ignorancji. Zawsze myślałem, że Tipperary to miejscowość a nie hrabstwo. Przypatrując się krajobrazom owego regionu, czułem jakąś potworną niesprawiedliwość. Czy to nie mój teść powinien być tam na moim miejscu, czy to nie jemu 22 Trzy spotkania należały się panoramy The Galtee Mountains i The Glen of Aherlow, widoki pastwisk i farmerskich domów? Konsul zjechał z autostrady. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi. Dzięki uprzejmości mojego opiekuna, mogłem stanąć na owej mitycznej ziemi, o której w najgorszym czasie czerwonego potopu mój teść i jego koledzy śpiewali piosenkę pełną tęsknoty i nadziei. - Czy jest coś charakterystycznego, jakiś materialny znak tych okolic? - spytałem. - Chyba woda mineralna. Słynie w całej Irlandii - odpowiedział konsul. Wszedłem do wiejskiego sklepiku i kupiłem butelkę z napisem Tipperary Minerał Water. Po tygodniu peregrynacji wróciłem do Polski i znowu usiadłem przy łóżku teścia. Zdawało się, jakby na poduszce spoczywał ledwie cień człowieka. Prawie go już nie było z nami, a jednak zrozumiał, że odwiedziłem wyspę. I zrozumiał, że zagnało mnie jakimś cudem do Tipperary. Nie mógł w to uwierzyć, bo przecież tamta ziemia jest zbyt odległa, nieosiągalna, leży za żelaznymi górami i nieprzebytymi lasami. Wtedy postawiłem na stole przy jego łóżku butelkę wody stamtąd. Z moją pomocą wziął ją do rąk. Z wielkim namaszczeniem, litera po literze czytał napis na etykiecie. Pierwsze z tych słów powtarzał pod nosem jak zaklęcie. Odkręciłem butelkę i nalałem trochę wody do szklanki. Pił z przymkniętymi oczami. Pił tamtą krainę. Ona wlewała się w resztkę jego ciała, stawała się nim; wreszcie przyszła do niego. A potem, po paru tygodniach, nasz ojciec odszedł już na dobre i na pewno spotkał chłopaków - tych z Wileńszczyzny, Lubelszczyzny i tych z krainy pod Górami Galtee. grudzień 2013 Andrzej Grzyb 23 Andrzej Grzyb OKNO POCZĄTKU I KOŃCA Otwieram oczy. Budzę się. Sen prysł jak mydlana bańka. Nic nie pamiętam. Może nie śniłem. Może tylko śnię, że się obudziłem. Na wprost w bieli ściany otwiera się las. Brzezina. W zieleniach, prześwietlona pionowa biel pni. Piękna perspektywa, myślę. Głęboki, zdaje się nieskończony, las wyrasta poza ramy obrazu. Do takiego lasu poeta chciał pójść, by zniknąć. Czy poszedł i, jak marzył, zniknął? Czy dopadła go w głębi tej brzeziny nienasycona wataha rewolucji? Dzień dobry. Kto mówi? Dzień mówi. Po lewej nieprzenikniona biel ściany. Miejsce na drzwi, których nie ma. Za tą ścianą są inne pokoje, a w nich inne światy. Po prawej okno, w którym odmienia się mój świat. Nie widzę tego, ale jest tam brzoza, dwa świerki i kilkanaście jabłoni. Kwitnących białoróżowo jabłoni. Ptaki są. Słychać dzwońca, lasówkę i kosa. Wstaję. Wiem, że u wezgłowia w poszarzałych sepiach i spopielałych czerniach Matka tuli zdjętego z krzyża Syna. Na ten obraz spojrzę śmiało po mozołach dnia. Nim zasnę. POCZEKALNIA Przychodzą z mgły. Wchodzą w mgłę. Ci, którzy wchodzą, wydają się mniejsi. Wychodzący są wyraźnie więksi. Może to złudzenie wynikające z perspektywy — pomyślałem. — Wszak stoję bliżej wyjścia. Pospiech. Niecierpliwość i tłok. Te zasady obowiązują w poczekalni. Uśmiechnięta panienka szczebiocze do różowego telefonu. Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje. Malec na zaparowanej szybie kreśli tajemnicze znaki. Koła, linie, litery, cyfry. Zmazuje i zaczyna pracę od nowa. Może unifikuje wszelkie hipotezy. Nagle porzuca tę zabawę i, biegnąc, krzyczy: - Mamo, mamo. Za oknem świata nie widać. Faktycznie nie widać. Mleko. Zsiadłe mleko. Nożem można by kroić tą mgłę. - Pociąg pospieszny z A... do Z... odjedzie z toru... przy peronie... W zaświaty, myślę sobie, bo świata nie widać. Starzec w kącie pośpiesznie dopina pustą walizkę. Niepokoi się, sprawdza, czy upchnął wszystko, co niezbędne w podróży. Grażyna Kamyszek ZOBACZYĆ ISKRY1 1 Fragment debiutanckiej powieści Grażyny Kamyszek (stałej współpracowniczki kwartalnika Prowincja), która ukazała się w tym roku nakładem Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro. Grażyna Kamyszek 25 Poszłam pod wskazany adres na „wielką rozmowę kwalifikacyjną”. Okazało się, że moja ewentualna pracodawczyni mieszka w hotelu „Pod Jemiołą”. Wielka szkoda, że nie mogłam zastać jej w „Ulu”. Tam byłabym bardziej odważna, czułabym się jak u siebie, a przy piwku lub małym drineczku wynegocjowałabym takie warunki pracy, że mojemu tatuśkowi oczko by zbielało. Tymczasem poprosiłam w recepcji o sprawdzenie, czy pani Liza Neumann jest w pokoju i czy zechce mnie przyjąć. Na razie wszystko szło jak z płatka. Drzwi otworzyła mi postawna, elegancka, zadbana blondynka. Mogła mieć około 50 lat, ale nigdy nie potrafiłam dokładnie określić czyjegoś wieku. Być może była nieco starsza lub młodsza. Czarne spodnie i kolorowy żakiet wyszczuplały jej sylwetkę. Widać było, że lubiła bursztyn oprawiony w srebro. Duże kolczyki mieniły się ciepłem pięknego złotego jantaru, zharmonizowanego gustownie z wisiorem i bransoletką. Nieco pociągła twarz i uniesione brwi wyrażały zdziwienie na widok nieznajomej dziewczyny. - Słucham? - odezwała się zbyt grubym, jak na kobietę, głosem. - Dzień dobry. Nazywam się Renata Sadzik. - Liza Neumann - podała mi rękę. - Dostałam informację od znajomej, że potrzebuje pani osoby do opieki w Niemczech, jeśli to aktualne, to... - Niech wejdzie. (Poczułam zapach drogich perfum, ależ pachniało! Nie były to tanie smrodki, którymi wypsikałam się przed wyjściem z domu. Ciekawe, jaki zapach zostanie po opuszczeniu przeze mnie pokoju hotelowego. Może drogi aromat wymiesza się z tanim i powstanie nowa, niepowtarzalna kompozycja, może to jest pomysł na biznes - kombinowałam - perfumeria, to jest to!) W myślach od razu nazwałam Niemkę Frau Lizą. Z zazdrością patrzyłam na jej zadbane ręce. Ona na pewno nie opiekuje się seniorami, jeśli mnie zatrudni, ja będę pracowała na jej utrzymanie. Moje ręce nie będą alabastrowe, ale to tylko 2 miesiące, wytrzymam - pocieszałam się -ważne, że nie będę bezrobotna. - Proszę, niech usiądzie - wskazała fotel - to prawda, mam taki problem, potrzebuję kobiety, ale z góry uprzedzam, na 2 miesiące, wytrzyma tak długo? - Wytrzyma - odpowiedziałam. Nie podobała mi się forma 3-ciej osoby, w której się do mnie zwracała. Postanowiłam też w takiej formie prowadzić z nią konwersację. Była to zwykła złośliwość z mojej strony, ale nie przykładałam się tak bardzo do spotkania zakładając, że nic z tego nie będzie. - Pracowała kiedyś ze starymi? - padło następne pytanie. - Nie pracowała, ale kurs ma. -Jaki kurs ma? - Potrafi udzielić pierwszej pomocy medycznej, jak ktoś zasłabnie, a w opiece nad ludźmi starszymi to chyba ważne - wymądrzałam się. 26 Zobaczyć iskry Spojrzała znad okularów, nie komentując mojej informacji. Odniosłam wrażenie, że moja rozmówczyni ma problem z okazywaniem uczuć za pomocą uśmiechu. Kamienna, skupiona twarz przypominała wyuczoną, teatralną pozę. A może jest świeżo po botoksie i stąd ta zachwiana równowaga w mimice twarzy, przecież ludzie nie są kamienni. Zaczęła szperać w teczce z papierami, potem zniknęła w przyległym pokoju. Czułam, że chyba mnie zatrudni. Gdyby było inaczej, w ogóle nie podejmowałaby ze mną rozmowy. Oprócz 3-ciej osoby, w jakiej zwracała się do mnie, drażniło mnie jej wyjątkowo twarde „r” W języku polskim na artykulację tej spółgłoski składają się najczęściej 2 lub 3 uderzenia czubka języka o dziąsła i nąstępują po sobie na przemian krótkotrwałe zwarcia i rozwarcia. Spółgłoskę tę klasyfikuje się, jako dźwięczną, przedniojęzykowo-dziąsłową, półotwartą. W głosie Frau Lizy słychać było charakterystyczne gardłowe „r”. Mogło być endemiczne, związane z tradycją językową, np. Kaszub. Równie dobrze mogło być wynikiem zetknięcia się języka polskiego z niemieckim. Tak czy owak, Frau Liza artykułowała tę spółgłoskę twardo, gardłowo, tylno językowo. Twojej wymowy, pani Lizo Neumann, nie zmienię, ale jeśli mnie zatrudnisz, nauczę cię polskiej koniugacji, pod warunkiem, że nie będziesz kreowała się na wielką szefową Mirandę Priestly, odniosłam bowiem wrażenie, że czytałaś książkę Lauren Weisberger lub oglądałaś film „Diabeł ubiera się u Prądy” i pozostajesz pod dużym wrażeniem głównej bohaterki. Od ciebie zależy pani Lizo, czy będziesz w stosunku do mnie miła i obdarujesz mnie od czasu do czasu uśmiechem. Ja mam taką moc, żeby nauczać. Jeśli popracujesz nad sobą i będziesz odmieniać poprawnie polskie czasowniki, poczujesz się lepiej ty i twoi rozmówcy - pomyślałam. Wróciła z teczką dokumentów i dalej nastąpiła seria pytań, na które odpowiadałam poprawną polszczyzną. - A chłopa ma? Żeby mi potem do portek nie uciekała. - Nie mam. Rozstałam się z narzeczonym. - Prawo jazdy ma? - Ma.., nie mam. - To ma, czy nie ma? - Nie mam. Prawo jazdy miałam od niedawna, ale za kierownicą czułam się bardzo niepewnie. Krytyczne uwagi ojca spowodowały niską samoocenę moich umiejętności, a określenia typu - jeździsz jak dupa z uszami lub - no, moja droga, kierowcy z ciebie to nigdy nie będzie, postawiły kropkę nad i. Wołałam więc nie popisywać się moimi marnymi umiejętnościami i nie narażać na szwank niemieckich staruszków. O moich rozterkach Frau Liza nie musiała wiedzieć. -Jak radzi sobie z gotowaniem? - Poradzę sobie z prostymi potrawami. - A jaki ma fach? Chyba pielęgniarka, bo ma kurs? - Byłam nauczycielką. Grażyna Kamyszek 27 - Czego uczyła? - (Cholerka, co tu wymyślić...) Języka polskiego w szkole podstawowej - skłamałam. Zlikwidowali naszą szkołę i jestem bezrobotna. - U mnie też pracują nauczycielki. Kiedyś nawet był jeden chłop z Polski, nauczyciel, ale zwolniłam po miesiącu, nie nadawał się. - Czy mogę o coś zapytać? - Niech pyta. -Jakie konkretnie czekają mnie obowiązki? - Dam umowę, tam wszystko stoi - odpowiedziała kamienna Frau. Nie pytałam o nic więcej. Czekałam na dalszy bieg wydarzeń. Zauważyłam, że Frau Liza kaleczy nieco język polski. Najwyraźniej unikała trudnych polskich słów z nagromadzeniem szeleszczących spółgłosek typu: mężczyzna, niedźwiedź, szczelina itp. - Niech porozmawia ze mną teraz po niemiecku. Sprawdzę czy zna - zwróciła się do mnie. Zadawała mi bardzo proste pytania, a ja oszczędnie odpowiadałam, celowo popełniając błędy gramatyczne. W pewnym momencie udałam, że w ogóle nie rozumiem, o co mnie pyta. Nie zrobiła z tego problemu, machnęła tylko ręką i kontynuowała test. Na wszelki wypadek chciałam mieć coś w zanadrzu, nie ujawniać do końca moich umiejętności. Nigdy nie wiadomo, co może się przydarzyć. Frau Liza, póki co, była dla mnie też wielką zagadką. Poprosiła o mój dowód osobisty. Sprawnie wklepała dane do laptopa, by za moment podać mi wydrukowane 2 strony umowy o pracę. - Niech przeczyta i podpisze. Jak coś nie gra, niech pyta. - Umowa sporządzona została w dwóch egzemplarzach, po polsku i po niemiecku. Gdy zagłębiałam się w poszczególne paragrafy, do pokoju wszedł szpakowaty mężczyzna. - Klaus Neumann - przedstawił się, podając mi rękę. - Renata... - To jest pani, którą zatrudniłam za Gosię, wpadła mi w słowo Frau Liza. Czyta teraz umowę - dodała. Ależ grubas, zaprzeczenie swojej żony. Nalana, czerwona twarz świadczyła o częstym przechylaniu złocistego płynu z pianką. A ten jego brzuch! Miałam wrażenie, że za moment oberwę w oko którymś guzikiem z jego koszuli, napiętym do granic wytrzymałości. - Klaus, chodź do drugiego pokoju. Chcę ci pokazać, co masz znieść do samochodu. Udawałam, że pilnie analizuję poszczególne punkty umowy, ale głównie nastawiona byłam na słuchanie, powiedzmy szczerze, na podsłuchiwanie rozmowy moich pracodawców. - Co to za dziewczyna? - zapytał Neumann. - Zatrudniłam ją za Gosię. Słabo zna niemiecki, ale dam ją do Martina. Teraz po usunięciu zaćmy znowu dużo czyta, więc ma zajęcie. Gosia bardzo się na niego skarżyła, że jest mrukowaty, a już jak zacznie mówić, to czepia się detali i z igły robi widły. Ciężki człowiek. 28 Zobaczyć iskry - Rozmawiałaś z nim o notariuszu? - zapytał. - Zajmę się tym po powrocie. Niech się w końcu stary zdecyduje. A jak nie, to do widzenia. Mam kogoś innego na oku, ale teraz nie czas na takie rozmowy. Zajmij się pakowaniem. Uważaj na słoiki z zaprawami. Szczególnie ogórki kiszone trzeba zabezpieczyć, bo niektóre słoiki puszczają sok - wydawała dyspozycje Liza. - Przeczytała? - zwróciła się do mnie. - Tak. - Ma pytania? - Nie. - To niech podpisze. My wyjeżdżamy wieczorem. Tu ma bilet na autobus rejsowy do Bochum. Za 3 dni czekam rano na Renatę na dworcu i zawiozę do mieszkania. Dzień odpoczynku, a potem robota. Za bilet potrącę z wypłaty. Resztę spraw omówię z Renatą na miejscu. Do zobaczenia w Bochum - wstała i podała mi rękę. Co za kamienna kobieta, żeby nie użyć brzydszego określenia. Mogła mnie obdarować na pożegnanie, chociaż nikłym uśmiechem, dodać odrobinę otuchy, niech jej będzie, to tylko 2 miesiące. Gdy znalazłam się na ulicy, słyszałam jeszcze to nieszczęsne „r” na początku mojego imienia. Coś okropnego, ale wytrzymam. Renka, wytrzymasz - dodawałam sobie otuchy. W domu zamknęłyśmy się z mamą w pokoju, aby spokojnie porozmawiać i ustalić strategię mojego nagłego wyjazdu. Na szczęście ojciec wyszedł z Tupakiem, a babcia odbywała poobiednią drzemkę. Zdałam dokładną relację z rozmowy kwalifikacyjnej, przekazałam wrażenia, jakie zrobiła na mnie pracodawczyni, wspomniałam też o kłamstwach dotyczących mojej osoby, by w końcu zabrać się za analizę umowy. Mama czytała wersję polską, ja porównywałam niemiecką. Niczym się nie różniły. Musiałyśmy wymyślić powód raptownego wyjazdu do Niemiec. Nie podejrzewałam mamy o taką inwencję kłamliwych wersji. Któraś kolejna, wymyślona przez mamę, wydała mi się najbardziej wiarygodna i takiej miałyśmy się trzymać. Gdy ojciec wrócił ze spaceru, a babcia krzątała się przy poobiedniej kawie, mama entuzjastycznie oznajmiła; - Renia znalazła pracę! Odezwała się jej koleżanka ze studiów, która już od kilku lat pracuje w Niemczech, w biurze turystycznym. Zaproponowała zastępstwo na dwa miesiące, za koleżankę. Wyjazd za dwa dni. - No i co ty na to? - zwrócił się do mnie ojciec. - Podjęłam decyzję. Jadę. - Tylko żebyś po tygodniu nie wróciła, bo z tobą nic nie wiadomo. Trzeba dać jej jakieś euraczki, żeby miała za co wrócić - podbudował mnie tata. W tym momencie wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję. Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej. Trzymałam na wodzy NPP2, bo nie chciałam kolejnej awantury. 2 NPP - najwyższy poziom podkurzenia Grażyna Kamyszek 29 Wychodzę. Mam sporo spraw do załatwienia. Wy sobie pogadajcie, mama zna szczegóły mojego wyjazdu. Muszę kupić jeszcze kilka rzeczy - oznajmiłam lodowatym głosem i wyszłam. Domyślałam się, jaki był przebieg wydarzeń w moim domu. Śledczy, ojciec Jan, zadawał podchwytliwe pytania podejrzanej - Marii, wypytywał o szczegóły wyjazdu córki Renaty - skąd, dokąd, o której, z kim, co to za koleżanka, imię i nazwisko, jak długo się znają, gdzie mieszka, o jakie biuro podróży chodzi, gdzie się zatrzyma, u kogo będzie mieszkać itd. Konkluzja przesłuchania z pewnością zakończyła się sformułowaniem - nie kręć, przecież wszystko można sprawdzić w Internecie. Biedna mama, na pewno gubiła się w zeznaniach, a świadek (babcia) przysięgała na Boga o swojej niewiedzy. Dobrze, że Tupak nie może mówić, bo śledczyjan, za kawałek szynki wyciągnąłby z tego przekupnego stworka najbardziej tajną wiedzę. Gdy wróciłam do domu, zamknęłam się w swoim pokoju, odpaliłam komputer iszuka-łam informacji dotyczących opieki nad ludźmi starszymi w Niemczech. Mnóstwo zachęcających ofert, kuszących niezłymi zarobkami. Ale też i opinie mrożące krew w żyłach; niewolnictwo, wyzysk przez pośredników, nadwerężone kręgosłupy od dźwigania staruszków, opiekunki, łączcie się, nie dajcie się wykorzystywać, nie bądźcie niewolnicami! Cholera jasna! W co ja się pcham! To jakiś mroczny horror! Wreszcie znalazłam coś pozytywnego, kilka budujących zdań zadowolonej kobiety, która wyjeżdżała tylko podczas urlopu wypoczynkowego, aby zarobić na wesele córki. Trafiła do przemiłej rodziny, opiekowała się starszą panią po wylewie i gdyby nie praca zawodowa w Polsce, zostałaby dłużej. Jedna pozytywna opinia na dwadzieścia negatywnych. Byłam przerażona i zdruzgotana. Może porwać umowę, poinformować Frau Neumann, że właśnie otrzymałam inną propozycję? Istotne jest to, że nie musiałam dokonać jakiejkolwiek wpłaty, czego wymagały niektóre firmy zatrudniające opiekunki. Przez cały wieczór biłam się z myślami, szukałam usilnie jakiejkolwiek wzmianki na temat mojej pracodawczym i nic. Niczego nie znalazłam w Internecie na temat Lizy Neumann. Widać, sama jest sobie sterem i żeglarzem i nie musi się reklamować. Jadę więc w ciemno. Mam nadzieję, że nie będzie źle. Jeśli byłoby tak koszmarnie, jak piszą o tym opiekunki na forach internetowych, to nikt by nie wyjeżdżał, a jednak sporo moich rodaczek wybiera ten sposób na życie, na ratowanie budżetów domowych. W końcu to tylko dwa miesiące. Dam radę. Chyba... URLOP NAD MORZEM1 Zbrodnia i kara, Fiodor Dostojewski Fragment powieści Agnieszki Pietrzyk, Urlop nad morzem, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2014 r. Nie miał już ani chwili do stracenia. Wyjął siekierę, uniósł oburącz, ledwie czując własne istnienie, i prawie bez wysiłku, prawie machinalnie spuścił ją obuchem na głowę starej. Agnieszka Pietrzyk 31 Strych był ogromny dwukondygnacyjny. Na drugi poziom prowadziły drewniane schody bez poręczy przypominające drabinę postawioną na ukos. Panował tutaj półmrok, bo przez cztery wąskie okna wpadało niewiele światła. Pod ścianami stały meble, nadgryzione przez czas, zupełnie jak starocie w sklepie z antykami. Pośrodku walała się sterta sienników, jeden na drugim, na których leżał duży obraz z wizerunkiem Matki Boskiej. Upiorne wrażenie robił stół bez blatu, otoczony krzesłami bez siedzeń. Szkielety mebli przeznaczone raczej dla duchów, a nie dla żywych ludzi, pomyślałam. Nad stołem wisiał ozdobiony suszkami z kwiatów wieniec ze słomy. Przesuwałam się wzdłuż mebli. Była tutaj i czarna szafa ze złotym lwem, przypominająca te gdańskie, i ciemny kredens z intarsjowanymi drzwiczkami, i toporna meblościanka z lat siedemdziesiątych. Zatrzymałam się przed pokrytym warstwą kurzu witrażem, potarłam palcem jedną z szybek. Miałam nadzieję, że odsłonię kolor, ale brud wydawał się tworzyć ze szkłem nieroz-dzielną całość. Drgnęłam, gdy za moimi plecami z hukiem zamknęła się okiennica. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Podeszłam do okna i spróbowałam je otworzyć, ale wiatr napierał, uniemożliwiając mi to skutecznie. Przy kolejnym podmuchu okiennica odchyliła się nieco; pchnęłam mocniej, okno otworzyło się z trzaskiem, a na skórze poczułam zimny podmuch. Wychyliłam się i złapałam za okiennicę. Starałam się przytwierdzić ją do ściany, ale zrezygnowałam po chwili. Za krótkie ręce. To robota dla Marcina. Byliśmy jedynymi gośćmi w tym pięknym, starym domu na Mierzei Wiślanej. Przyjechaliśmy do Sztutowa wieczorem poprzedniego dnia. Gdy zaparkowaliśmy na podwórku, było już ciemno. Wysiadłam z samochodu, zmęczona pięciogodzinną jazdą w deszczu, i natychmiast zaskoczył mnie wyraźny, jednostajny szum morza. Przecież dom stoi prawie kilometr od plaży...Tak czy inaczej, było to dopiero preludium do dzisiejszego ryku fal i wycia wiatru. Trafiliśmy na listopadowy sztorm. Kaśka nie zaczekała na nas, bo jej mama bała się jeździć nocą, i wyjechała wraz z rodzicami przedpołudniem. Prawdopodobnie minęliśmy się gdzieś pod Poznaniem. Dostaliśmy esemesa z informacją, że klucz wisi na gwoździu pod daszkiem ganku, po prawej stronie, i przez pół godziny w zupełnych ciemnościach macaliśmy na oślep. Niestety, klucza nie było. Ręce rozbolały mnie od ciągłego trzymania w górze. Marcin, poważny kierownik wydziału komunikacji w urzędzie miejskim, klął jak szewc. Nie mógł sobie darować, że pół roku temu rzucił papierosy. Bo gdyby palił, teraz poświeciłby zapalniczką. Jakaś drzazga wbiła mi się pod paznokieć; syknęłam z bólu. Miałam już dzwonić do Kaśki, gdy przyszło mi do głowy, że to, która strona ganku jest prawa, zależy od punktu widzenia. Spróbowaliśmy na drugim krańcu ganku, gdzie dość szybko natrafiłam na duży klucz. Wisiał na haku zrobionym z wygiętego gwoździa. Rozejrzałam się po strychu. Warstwy kurzu wskazywały, że Kaśka nie zapoznała się jeszcze ze spuścizną po poprzednich lokatorach. To dobrze, poszperam sobie tutaj pierwsza! Uwielbiam stare strychy, z tymi ich wszystkimi skarbami codziennego życia. Myszkować pośród pudeł, szaf, szuflad, walizek, wyciągać stare książki, gazety, zdjęcia... A jaka radość, gdy trafi się na coś naprawdę cennego, niespotykanego! Tyle tu mebli, zakamarków... Zapowiada się ciekawie. I moja przyjaciółka nie powinna mieć pretensji; w końcu tonie jej osobiste ruchomości, lecz dawna własność zupełnie obcych ludzi. 32 Urlop nad morzem Podeszłam do dużego białego kredensu z mlecznymi szybkami. Piękny z mnóstwem szufladek i drzwiczek: na serwetki, na sztućce, na przyprawy, przegródka na solniczkę, pie-przniczkę, cukiernicę i na wiele innych drobiazgów. Wysuwałam i otwierałam, raz po raz, ale wszędzie było pusto. Zajrzałam do stojącej obok niskiej, wąskiej komódki i zobaczyłam trzy wyłożone ceratą półki. Na jednej leżało kwadratowe lusterko. Przejrzałam się; pęknięta płaszczyzna groteskowo wykrzywiała moją zwyczajną twarz z cienkimi ustami i małym noskiem. Przymknęłam drzwiczki i podeszłam do wysokiej szafy z metalowymi, zdobionymi uchwytami. Otworzyłam. Zaskrzypiały zawiasy. Na dole stało zamknięte pudło, pokryte pajęczyną. Uchyliłam pokrywę: na wierzchu znalazłam duży słomiany kapelusz, pod nim lotnicze okulary i przykręcane łyżwy, a na samym dnie drewnianą rurkę z otworkami, przypominającą fujarkę, oraz obłożoną w gazetę książkę. Odchyliłam okładkę. W pustyni i w puszczy, przeczytałam. Przerzuciłam kilka stron. Papier był szary, zadrukowany drobną, wyblakłą czcionką. Nagle mignęło mi coś jaśniejszego. Zaczęłam kartkować wstecz i znalazłam białą kartkę w linie. Poszarpany brzeg wskazywał, że została wydarta z zeszytu. Widniało na niej kilka wierszy równego pisma. Podeszłam do okna i zaczęłam czytać. Mam na imię Staś i mam dziewięć lat. Moja mama nazywa się Ania. Jej mąż nazywa się Karl i jest Niemcem. Moja mama nie żyje. Wczoraj zabił ją Karl. Uderzył ją siekierą w głowę. Biegłem zawiadomić sąsiadów, ale Karl mnie dogonił i zamknął na strychu. Siedzę tu od wczoraj. Myśłę, że mnie też zabije. Słyszałem, jak całą noc rozwalał podłogę w piwnicy. Myślę, że pochowa tam moją mamę i mnie. Bardzo się boję. Najbardziej tego, że będziemy leżeć w niepoświęconej ziemi. Moja babcia mówiła, że człowiek powinien leżeć w poświęconej ziemi, czyli na cmentarzu, bo inaczej czeka go piekło. Piszę ten list, aby ktoś go przeczytał, znalazł nasze ciała w piwnicy i przeniósł je na cmentarz. Kartka zadrżała, zawirowały równe litery. Przysiadłam na brzegu ogromnej skrzyni i zaczęłam ponownie, tym razem wolniej, żeby mój umysł zdążył odnaleźć właściwe znaczenie poszczególnych wyrazów i zdań. Przy drugim czytaniu treść listu wydała mi się jeszcze bardziej przerażająca. Na dole kartki widniała data: „6 listopada 1959 ”. Wiatr z przejmującym świstem wciskał się na strych przez nieszczelne okna. Było mi zimno. Palce miałam zgrabiałe. Powinnam zejść na dół, siedziałam jednak jak zahipnotyzowana. Z miejsca poderwał mnie dopiero głośny trzask. Znowu ta okiennica! Muszę pokazać list Marcinowi, postanowiłam, on będzie wiedział, co zrobić. Schodziłam ostrożnie po stromych schodach. Minęłam kalosze, poustawiane na stopniach jak na półkach. Gdzieś tutaj są oparte o ścianę wędki, niewidoczne w tych ciemnościach ... W końcu natrafiłam ręką na zimną metalową klamkę. Wyszłam na korytarz. Marcina znalazłam w kuchni. - Myślałem, że nie ma cię w domu. Że poleciałaś podziwiać sztorm - powiedział na mój widok. Był nieogolony, bosy, ubrany tylko w dżinsy. Stał przed kuchenką i rozbijał jajka wprost na patelnię. Woda syczała w czajniku. - Kubki i herbata są w szafce nad lodówką - oznajmił. Ani drgnęłam, więc raz jeszcze spojrzał w moją stronę. Agnieszka Pietrzyk 33 - Co się stało? - zapytał. Usłyszałam niepokój w jego głosie. Podałam mu kartkę. - Znalazłam to na strychu. - Ale masz brudne ręce! Gdzie ty je wkładałaś? Mieszając jajecznicę, zaczął czytać. Poszłam do łazienki. Długo trzymałam dłonie pod ciepłą wodą, potem wytarłam je starannie. Przesunęłam palcem po policzku. Znowu kurz. Czajnik gwizdał. Długo, głośno. Dlaczego on go nie wyłącza? Wróciłam do kuchni, gdzie mój mąż właśnie nakładał jajecznicę na talerze. Przekręciłam kurek od gazu i wyjęłam z szafki dwa niebieskie kubki. Przesunęłam wzrokiem po kilkunastu kolorowych kartonikach. - Co za herbaciany raj! - stwierdziłam i zaczęłam czytać napisy na pudełkach. - Czarna z imbirem, czarna earlgrey, zielona z malinami, zielona z pigwą, herbata z suszu owocowego na bazie hibiskusa, rosyjska karawana... - To nie żaden raj, tylko chaos - skomentował Marcin. - To co pijemy? - Ta rosyjska karawana... Co to jest? - „Wyjątkowa mieszanka chińskich herbat Keemuno tradycyjnym smaku, lekko wędzonym”. .. Skrzywił się. - Może wypijemy czarną z imbirem? Rozgrzeje nas- zaproponowałam. Zgodził się. Miałam już nasypać herbatę do kubków, gdy na najwyższej półce dostrzegłam dzbanek. Duży, niebieski, z długim dziobkiem i spiczastą pokrywką. W sam raz na napar. Marcin siedział już przy stole i jadł jajecznicę. Zajęłam miejsce naprzeciwko. Co chwila podnosiłam głowę znad talerza i rozglądałam się po kuchni. Makatka przedstawiająca żółte tulipany dobrze komponowała się z miodowej barwy kredensem, na którego rogu stała karafka. Smukłe naczynie z mlecznego szkła już wczoraj zwróciło moją uwagę. Szkoda, że wyszły z użycia, pożałowałam. Na stole prezentują się o wiele gustowniej niż butelki i chyba nawet lepiej się z nich nalewa, bo miewają uchwyty. Jak ta tutaj. Obok karafki leżał znaleziony list. Biel naczynia i kartki, miodowe tło kredensu. Martwa natura godna pędzla holenderskiego mistrza. - To potworne - powiedziałam, wskazując palcem. -Jak na niego trafiłaś? - zapytał Marcin. - Szperałam w starych meblach na strychu. W szafie była książka w okładce z gazety. A w niej list. - Kaśka ci pozwoliła? - Nie pytałam o zgodę. -Ja tam bym nie chciał, żeby ktoś szperał w moich szafach. A co, jeśli powiedziałaby nie? - Ale ja tak lubię szperać! Wiesz, ile ciekawych rzeczy kryje się na takim starym strychu? 34 Urlop nad morzem Kiedyś z moją kuzynką Alą... Pamiętasz Alę, prawda? Ta prawniczka z Olsztyna, była na naszym weselu. — Ta chuda i blada? — Właśnie ona. To z nią włamałam się kiedyś do starego opuszczonego domu. Znalazłyśmy tam super fanty! Nawet kilka butelek po piwie, z niemieckimi etykietkami. — No super! Znaleźć puste butelki po niemieckich turystach, to dopiero coś — powiedział uśmiechnięty Marcin z udawanym uznaniem. Uśmiechnęłam się również. - No co ty? Przecież te butelki były jeszcze sprzed wojny, browar Waldschlósschen czy jakoś podobnie. Ale to nie wszystko. Znalazłyśmy jeszcze metalowe pudełko po prezerwatywach, też stare i niemieckie. I co ty na to, ja się pytam? - Masz je jeszcze? - Nie. Ala je wzięła. Marcin podniósł pokrywkę dzbanka, powąchał zawartość i napełnił herbatą dwa kubki. Kuchnię wypełniła przyjemna woń imbiru. - Naprawdę myślisz, że w piwnicy zakopano zwłoki kobiety i dziecka? - zapytałam, wskazując ponownie na list. - Nie wiem. A co Kaśka? Mówiła ci coś o poprzednich właścicielach? - Wspominała, że kupiła dom od dwóch sióstr, dwóch starszych pań. Jedna mieszkała tutaj z mężem, a gdy ten umarł, wspólnie postanowiły sprzedać dom. Marcin pierwszy skończył jajecznicę. Odłożył widelec. - Idę na strych - oznajmił. - Gdzie leży ta książka? — Na podłodze. Przed otwartą szafą. Stojąc, dopijał herbatę. - Aha, okiennica na górze lata we wszystkie strony. - Przymocuj ją! - zawołałam, gdy już wychodził. Wstawiłam talerze do zlewu i z kubkiem herbaty w dłoniach usiadłam na wprost okna. Wpatrywałam się w samotnie rosnącą wierzbę. Wiatr miotał nią jak cienką witką. Grube drzewo gięło się wpół, bijąc ziemi pokłony. Prostowało się dumnie, by zaraz odchylić się w przeciwną stronę. Marcin wrócił po kilku minutach z książką. Na nagi tors narzucił polar. Dolał sobie herbaty z dzbanka. - Nie da się umocować okiennicy - powiedział, upijając łyk. - Uchwyt się zepsuł. Zaczął odwijać książkę z gazety. Stary, cienki papier odchodził płatami. - Z którego jest roku? - zainteresowałam się. - Właśnie próbuję to ustalić. Jeżeli ukazała się później niż data na liście, mogłoby to oznaczać, że chłopiec przeżył ten dzień. Odłożył jeden skrawek gazety i wziął kolejny. Obejrzał go z dwóch stron, położył na stole i palcami delikatnie wygładził zagięcia. Zobaczyłam, jak unosi brwi ze zdziwienia. Agnieszka Pietrzyk 35 - Co tam znalazłeś? - Wygląda na to, że mały Staś lubił ponure żarty... Zaczął czytać głośno. - „Wczoraj przed wiedeńskim sądem stanął Max Gufler, zwany Sinobrodym z Tyrolu. Ten poczciwie wyglądający mężczyzna przyznał się do zabicia trzech kobiet. Oskarżono go jednak o pozbawienie życia aż dziesięciu narzeczonych i przywłaszczenie sobie ich wszystkich oszczędności. Gufler zawsze działał według tego samego schematu. Najpierw wyszukiwał w ogłoszeniach matrymonialnych anons samotnej wdowy i prowadził z ofiarą ożywioną korespondencję. Potem spotykali się i rozpoczynali przygotowania do ślubu, podczas których on mordował narzeczoną. Jako pierwszą - pięćdziesięcioletnią prostytutkę z Wiednia, która postanowiła zerwać ze swoją profesją i rozpocząć uczciwe życie. Dała więc ogłoszenie do rubryki matrymonialnej. Miała pecha, bo zainteresował się nią właśnie Gufler. Kobietę znaleziono martwą w jej mieszkaniu w wiedeńskiej dzielnicy domów publicznych. Zabójca zadał jej szereg ciosów w głowę, prawdopodobnie siekierą. Mieszkanie kobiety splądrowano. Ponieważ w Austrii kara śmierci została zniesiona, Sinobrodemu z Tyrolu grozi jedynie dożywocie”. Marcin rzucił skrawek gazety na stół. - Max Gufler zabijał, uderzając siekierą w głowę - powiedział. - A Staś napisał to samo o Karlu. Czy to przypadkowe podobieństwo? Musiałam przyznać, że taki artykuł mógł rozbudzić wyobraźnię dziewięcioletniego chłopca i zainspirować go do napisania makabry. Mimo to pokręciłam przecząco głową. - W tym liście czuć autentyczne przerażenie - stwierdziłam. - Nie mów, że tego nie widzisz. Marcin wstał. Myślałam, że nie chce już ciągnąć tematu, ale on podszedł do kredensu. Wziął kartkę i położył ją przede mną. - Zobacz, jakie równe są wersy, jak staranne litery. Ręka mu na pewno nie drżała podczas pisania. Czy to robota roztrzęsionego, wystraszonego małego chłopca? Przypomniałam sobie, jak sześć lat temu podpisywałam zgodę na operację Gabrysi. Lekarz podsunął mi kartkę i włożył w dłoń długopis. Miałam wrażenie, że moja dłoń wcale nie jest moja, nie miałam nad nią władzy. Z trudem stawiałam koślawe litery. - Idę się ogolić, a potem prędko nad morze, powdychać jod - powiedział Marcin, całując mnie w czubek głowy. - Nie myśl już o tym - rzucił jeszcze, wychodząc z kuchni. Zgniotłam skrawek brudnej, pożółkłej gazety, potem kolejny. Już miałam zamienić w papierową kulkę również list, zawahałam się jednak. Przeczytałam ostatnią linijkę. „Piszę ten list, aby ktoś go przeczytał, odnalazł nasze ciała w piwnicy i przeniósł je na cmentarz”. Włożyłam kartkę do książki, resztki książkowej obwoluty wyrzuciłam do kosza i wyszłam na korytarz. Otworzyłam drzwi na strych i zaczęłam powolną wspinaczkę po schodach. Postanowiłam jeszcze trochę poszperać. Może znajdę materialne dowody, które zaprzeczą makabrycznej treści? Pożółkłe ze starości świadectwo szkolne na dnie jakiejś szuflady albo widokówkę wysłaną przez Stasia do domu z kolonii? Data na takim dokumencie wyjaśniałaby wszystko. 36 Urlop nad morzem Stanęłam na pierwszej kondygnacji poddasza, pośród szaf, komód, kredensów, skrzyń, kufrów i krzeseł. Wiele mebli było okaleczonych: jakieś krzesła pozbawione nóg, jakiś stół bez blatu, komódka strasząca dziurą po szufladzie. Miałam wrażenie, że wszystkie te starocie podtrzymują się nawzajem, tworząc w ten sposób jeden organizm. Niski regał wspierał szczyt wielkiej szafy, olbrzymia skrzynia dociskała kredens do ściany, o małą etażerkę opierał się fotel, a o fotel wsparty był parasol. Nigdzie choć skrawka wolnej przestrzeni, w każdym miejscu stykające się graty. Gdyby tak wyjąć bodaj jeden, reszta zaczęłaby się przemieszczać i rozsypywać... Nawet zniknięcie parasola sprawiłoby, że cała ta graciarnia utraciłaby stabilność. Podeszłam, zawahałam się chwilę, ale kopnęłam starą umbrelkę. Upadła na deski, wznosząc siwy obłok kurzu. Nic ponadto, rupiecie pozostały na miejscach. Nieruchome, wielkie, z wycelowanymi we mnie ostrościami kantów. To nie przytulny stryszek z antykami, lecz upiorne cmentarzysko... Rozejrzałam się za biurkiem. Stało wciśnięte między dużą skrzynię a wąski regał na książki. Dojście do niego zagradzała sofa, na szczęście niska, pozwalająca na dostęp do dwóch szuflad. Przyklękłam na niej i poczułam, jak pod moim kolanem uginają się sprężyny. Złapałam za gałkę i pociągnęłam. Pierwsza szuflada nie drgnęła. Szarpnęłam mocniej. Wysunęła się z nieprzyjemnym zgrzytem; zupełnie jakby ktoś pocierał kawałkiem styropianu o szkło. Była pusta. Nie mogłam jej zamknąć, coś się zablokowało, zostawiłam więc uchyloną. Otworzyłam kolejną. Też pusta. Rozejrzałam się ponownie i tym razem moją uwagę zwróciła duża czarna komoda z czterema szufladami. Na blacie były wydrapane trzy litery: SOS. Wyobraźnia podsunęła mi obraz małego roztrzęsionego chłopca, ryjącego zardzewiałym gwoździem sygnał alarmowy, rozpaczliwe wołanie o pomoc. Zadygotałam. Jak bardzo ten Staś musiał się bać! Wiedział, że mama nie żyje, że jego czeka ten sam los... Czy próbował ukryć się przed Karlem w którejś z tych szaf? Otworzyłam pierwszą szufladę w komodzie; dno pokrywała jedynie warstwa kurzu. Druga i trzecia również były puste, w czwartej znalazłam stary czepek kąpielowy. Spojrzałam na wąskie, strome schody prowadzące na kolejny poziom strychu. Zaczęłam się wspinać, ostrożnie, bo nie było poręczy, a ja mam problemy z błędnikiem. Na górze powitało mnie zimno; szyby drżały od silnych podmuchów wiatru. Znajdowało się tutaj mniej mebli, i nic dziwnego, przecież wtarganie ich po drabiniastych stopniach byłoby kłopotliwe. Pośrodku stało metalowe łóżko, pod jedną ze ścian kufer i szafka, pod drugą stylowa ława, sanki, kilka pudeł i długa półka. Na podłodze walały się porozrzucane puste worki, sznurki, kawałki papieru. Coś wisiało w rogu. Podeszłam bliżej. Warkocz czosnku i wianki ziół. Przykucnęłam przed kufrem. Kiedyś musiał uchodzić za całkiem elegancki - czarna skóra, metalowe okucia, blaszka z datą 1936 - teraz jednak przez popękane okrycie przeświecały deski. Podniosłam wiekoi w środku zobaczyłam zwiniętą czarną tkaninę. Ujęłam ją w dwa palce. Worek, w którym najwyraźniej coś się znajduje! Wysypałam zawartość. Na podłogę z chrzęstem wypadły krzyże w rozmaitych kolorach i rozmiarach. Podniosłam największy, mosiężny, z wizerunkiem Chrystusa. Nagi Jezus, z odchyloną do tyłu głową i uwypuklonymi mięśniami, wyglądał bardzo realistycznie. Nie jak Bóg, lecz jak cierpiący człowiek. Kolejny krzyż, drewniany, prosty, poczerniały ze starości. Włożyłam go z powrotem do worka i sięgnęłam po następny. Teraz na mojej dłoni leżał Agnieszka Pietrzyk 37 maty krzyżyk z bursztynu, przeznaczony do noszenia na szyi; schowałam go do kieszeni. Zapatrzyłam się na kolorowy porcelanowy krzyż i czarny krzyż z białawą obwódką. Podniosłam ten drugi. Na przecięciu widniała swastyka, na dolnym ramieniu rok: 1939. Usłyszałam kroki, ciężkie i powolne. Ktoś chodził poniżej. - Marcin?! - zawołałam. Brak odpowiedzi. Na dole znów z hukiem trzasnęła okiennica. - Marcin, to ty?! - wrzasnęłam ponownie. Kroki ucichły, a ja poczułam niepokój. Z krzyżem w dłoni zbliżyłam się do schodów i spojrzałam w dół, ale w zasięgu wzroku miałam tylko stertę sienników z leżącym na jej szczycie obrazem Matki Boskiej. Na malowidło padł cień i po chwili zobaczyłam Marcina. Byłw kurtce i butach. - Dlaczego się nie odzywałeś, kiedy wołałam? - zapytałam ostro. W odpowiedzi usłyszałam śmiech i krótkie pytanie: - Co, miałaś cykora? Byłam na niego zła. Dobrze wiedział, że nie lubię takich żartów. - Złaź. Idziemy nad morze - powiedział. - Wejdź po mnie. Sama nie dam rady, jest zbyt stromo. Ruszył po schodach. Stopnie skrzypiały pod jego ciężarem. Gdy stanął przede mną, wyciągnęłam rękę z czarno-białym znaleziskiem. - Zobacz. Marcin oglądał krzyż, obracając go w palcach. - Ciekawe, czy jest oryginalny? Trochę zbyt dobrze wygląda... - mruknął pod nosem. - To jakaś odznaka? - Aha. To nazistowski Krzyż Żelazny, przyznawany za męstwo na polu walki - wyjaśnił. Zaczęłam głośno analizować: - Staś napisał, że mąż mamy jest Niemcem i ma na imię Karl. A więc ten krzyż mógł należeć do niego. Za co go dostał, ja się pytam? No, za co? Za mordowanie kobiet i dzieci? Przecież oni głównie tym się zajmowali. A skoro robił to podczas wojny, po wojnie mógł również. Marcin oddał mi krzyżyk. - Powiedz Kaśce, żeby wystawiła go na Allegro. Powinna dostać dobrą cenę. Powkładałam krzyże do worka, worek schowałam do kufra. A później, trzymając się kurczowo mężowskiego ramienia, zeszłam po stromych schodach. 38 Albinos Janusz M. Moździerz ALBINOS Chmury zwiotczały jakoś niedostrzegalnie przed wieczorną bryzą; zachodzące na czerwono słońce za horyzontem postrzępionymi kikutami skołtunionych wichurą sosen dawało przyzwolenie na jutrzejszy świeży wiatr. Dziwne to wszystko. Nikt nie zamierzał wybierać się wkrótce na wodę. Absolutnie. Po takim pogromie?! A Albinos nie był w stanie niczego zaoferować, nawet rozszyfrowania niewytłumaczalnej odmienności rzucającej się w oczy nieprzyjemną dysharmonią na tle jeszcze cieplutkiej opalenizny pozostałej części załogi. Pozostałej - dobrze powiedziane; za dobrze..! Raczej resztki, powinno się rzec... Białas pewnie by poniewczasie obiecał spolegliwie - na przykład - skoczyć po dużą flaszkę bełta albo przynajmniej przytachać skrzynkę browara z pobliskiej bardachy ale nikt by się nie ośmielił zareagować przychylnością choćby marnego milczącego potaknięcia. Nikt. Dosłownie; nawet Kropka, skundlona seterka, przygarnięta litościwie w trakcie pierwszego przejścia kanałem i śluzowania na większy akwen w zacinającym deszczu. Przekrzywiała po psiemu łeb i popatrywała zadziwiona na męczarnię bladolicego kutafona podczas prostych manewrów. Jonasz. Jak miły Bóg, Jonasz. Wkupił się na pokład tą nietypową gębą, sterczącą znad niedbale zawiązanego, skądinąd wykwintnego fularu okraszonego nie wiedzieć po jaką cholerę miniaturkami herbowymi i to było pierwsze poważne niedostrzeżone ostrzeżenie. Otoczony wędrującą aurą niepokonanego mistrza najwyższej rangi turniejów przy zielonym stoliku - co czyniło go pożądanym partnerem, wręcz wyczekiwanym z utęsknieniem przez spragnionych emocji adeptów, no i tą wcałe tajemniczo brzmiącą famą, tą jak magnes przyciągającą nie wiedzieć czemu famą, idiotyczną niezidentyfikowaną famą; ona przede wszystkim i tylko ona jedna mogła przeważyć podczas podejmowania zbiorowej decyzji, jakby taka aura miała wszystkie argumenty przeciwko, za nic - zresztą niewysuwane przez nikogo wcześniej, za przeproszeniem: ani mru-mru, a mówiąc całkiem poważnie to głęboko zakopane w dupie, zatem nie do przebicia w normalnym i klarownym rozumowaniu - wtrynił się bezceremonialnie z całym bagażem nieszczęść i kapitańskiej niekompetencji, której nikt z obecnych przytomnych w porę nie dostrzegł, a raczej nie wypatrzył. Tak; te oznaki należało wyśledzić; dosłownie wytropić z nosem uniesionym w kosmate niebo, bo stamtąd przywędrowała ta klęska, ta katastrofa, ten dzień końca świata dla niedowiarków; i wykopsać faceta zanim jeszcze postawił obutą stopę (Jednak nie kumał w pełni zasad etykiety zejmańskiej - pomyśleli głupio jak jeden mąż i dopiero odchylona nogawka i powłóczenie sztywną nogą uświadomiło im, że przyjdzie żeglować pod batutą kuternogi) na burcie. Wtedy mogli jeszcze zaproponować niemal elegancko z rodzajem niekamuflowanego zadęcia: Kopa w dupę maestro robrowej rozgrywki, i żegnaj. Płyń z wiatrem... - no to już byłaby prawdopodobnie gruba przesada i nadmiar gościnności niestarannie fałszem podszytej choć futurologicznie niemal poprawnie zdefiniowanej. Więc raczej zdecydowane - won! Chociaż delikatne sygnały alarmujące przybyły ze strony najmniej spodziewanej; ujadanie Kropki chwilami przetykane wyciem nie do przesłuchania, w chwili gdy faceta przyniosło pokrętne fatum pod burtę ich łodzi. Janusz M. Moździerz 39 Teraz wiedzieli po co. Choć nikt nie zrozumiał dlaczego w końcu padło na niego. Może zaważyło to widoczne napiętnowanie genetyczne; jakieś niby poplątanie z gatunku trudnego do rozszyfrowania karkołomnego crossing-over. Absurdalna historia. To się rodziło tutaj, bliziutko, na wyciągnięcie ręki, skryte pomiędzy dojrzewającymi pszenicznymi łanami, tuż, tuż za zielenią skarlałej sośniny; nie przywędrowało wcale znad atlantyckich urwisk - w ramach buńczucznych zapowiedzi meteorologów - nie skosiło po drodze posadowionych na holenderskich polderach sławnych, budzących emocje zawistników ekowiatraków, nie napędziło pietra grożącej katastrofą cofki nadbałtyckim landom... Nie, nie. Swojski wybryk natury. Miejscowy. Prowincjonalny zabójca. Podstępny, zwodniczy, nieuchwytny stwór. Ulotny jak senny miraż. Przez to śmiertelnie skuteczny. Nie do zawrócenia z drogi zniszczenia. Fakt: nieczęsty gość, raczej nieoczekiwany. A Kropka wyła zajadle... Ale kto słucha psa?! Znajdę - wyraźnie nierasową. W dodatku przed wyczekiwanym z utęsknieniem pierwszym w sezonie poważnym odejściem od kei. I perspektywą zaskakująco skompletowanej czwórki do brydża. Z tak utytułowanym kontrpartnerem. Właśnie: kontrpartnerem... Uwaga skupiona całkiem gdzie indziej wtedy. Przecież z napięciem godnym lepszej sprawy - o czym nikt nie miał jeszcze najmniejszego pojęcia - czekali przydługo na nowego dowódcę, nie ma co dupy szklić. W przekonaniu, że rutyna na wodzie niejedno ma imię. I da się zawsze obronić. A szkoda cholerna, że nie znalazł się choć jeden kumaty; patrząc z perspektywy niepełnego dnia. Dnia?! Nie całej połówki; bodaj porannej ćwiartki. I pełnej apokalipsy. Armagedonu raczej. Zorba miałby co przytaczać... Ten Albinos pieprzony. Chłop na pierwszy rzut oka na schwał, a ciućma niczym wielka dupa wołowa, kiedy wszystkie ręce na pokład wołają. Zresztą prawdą jest; wyglądał od pierwszej chwili na wolnomyśliciela. Oczywista: gra wymaga pomyślunku to sprawdzona kwestia - rzecz niezaprzeczalna i błąd z mustrowaniem od początku pomysłu powinni wliczyć do rachunku ryzyka, lecz kto wtedy wiedział cokolwiek o tej wrednej wodzie..?! Nikt. Więc trzeba gorzko zapytać: czy wolno zabierać się na pokład z facetem, który długa duma nad każdym ruchem, a jeszcze wolniej działa - kto tutaj wychodzi na frajera?! I dobrowolnie dawać baczenie na jego albinoskie spóźnione o całą nieskończoność komendy!!! Co tu gadać...zresztą. Po co strzępić gębę po próżnicy... A jednak mogli dostrzec znak. Powinni. Wyraźny. Oczywisty sygnał nadlatującego niebezpieczeństwa. Ptaki. Właściwie ich kompletny brak. Uciekły, a oni nie zauważyli zbyt zaabsorbowanie przyszłym triumfem. Ptaki - przyjaciele człowieka, towarzysze żeglarzy -ostrzegały swoją nieobecnością. Gwałtownie. Jasno. Klarownie. Uciekajcie z wody palanty niedouczone, zwiewajcie gdzie pieprz rośnie póki czas popaprańcy... Biały ciągnie do białego nie ma co?! I przyciągnął ten cholerny biały szkwał. I poszły w strzępy już i tak zrefowane szmaty i patyk legł z trzaskiem pod dubeltowym uderzeniem z niewiadomego kierunku niczym krucha zapałczyna... I wszyscy dostali w dupę jak nigdy dotąd; nawet nie mieli pojęcia, że tak może zdarzyć się w realu...I poznali, co to jest Siwy strach. Siwiuteńki. Poznali - i do końca życia zapamiętają jak wyciąga bezczelnie bezkształtne łapska po upatrzone ofiary. Bez jakiejkolwiek logiki. Po przypadku. A teraz czekali w beznadziejnym milczeniu na wyłowienie sternika. Oni - załoga. Pozbawieni dowódcy. Bezsilni. Już mieli pewność: Biały ciągnie do białego...Za bardzo prawdziwe, żeby było piękne. Ani 40 Albinos krzty czarnego w zdarzeniu. Nie żeby: czarno na białym, nie - nie !!! Samo białe i szlus! Jeszcze niewylicytowany szlem położony bez jednej... Po zbełtanym jeziorze pełzły białe grzywy uspokajającej się niechętnie toni. Niebo jaśniało; błękitniało nawet. Pogodniało. Nęciło do podjęcia gry. Choć czwartego do brydża właśnie zmyło z pokładu... Trajiony - zatopiony. Nędza, po prostu - nędza. Czekali; bo niby jakie mieli znaleźć teraz zajęcie..?! Zagrać z dziadkiem..?1. Idiotyzm. Same dupki żołędne pozostały. I co dalej ?! Jaki głupek zaryzykuje wziąć sobie na kark resztki załogi po Albinosie..?! Sierotki nieboskie zagubione po maestro. Niedobitki kadrowe. Dokumentnie spaprana rozgrywka. A dalej mi stąd..!!! Dalej?! Dokąd niby - co...?! Michał Majewski 41 Michał Majewski LACHIW RIZAT.. W połowie lipca tego roku było bardzo ciepło i Jadzi podobało się, że zamieszkali w szkole. Takiego doświadczenia jeszcze nie przeżyła, bo normalnie w wakacje szkolny budynek obchodzi się raczej z daleka. Zresztą już od dawna obchodziła z daleka. Ostatni raz przychodziła tu, jak została uczennicą pierwszej klasy. Potem przyszli ludzie mówiący innym językiem i kazali jej chodzić do innej szkoły, ale ona nie chciana i przestała się uczyć. Ta szkoła nie była obowiązkowa. Obowiązkowe było tylko przedszkole dla małego Cześka, którego codziennie rano musiała odprowadzać. Przedszkole mieściło się na plebanii i mały Czesiek grzecznie tam zostawał, wśród innych małych dzieci. Ale potem, kiedyjadzia wracała ulicą do domu, prawie każdego dnia powtarzała się ta sama historia: Czesiek był już w domu. Przybiegał przed nią, przez pola i ogrody, na skróty, i mówił, że nie chce tam być, bo tam przychodzą tacy Jadzia i Czesiek, fot. archiwum rodzinne źli panowie i wyśmiewają się z dzieci mówiąc, że Pana Boga nie ma. Ciekawe było też to, że oprócz nich w tym obszernym, jasnym, murowanym budynku zamieszkało mnóstwo innych ludzi. Znanych i nieznanych, z bliska i z daleka. To była jakaś nowa, zupełnie inna sytuacja. Wokół wsi czaiło się coś bardzo złego i wszyscy musieli być w kupie, pilnować się nawzajem, i nie wolno było się nigdzie oddalać. Takie były rozka-zy. Jadzia nie wiedziała, kto je wydał, ale tatuś i mamusia kategorycznie nakazali, że trzeba ich przestrzegać. Nawet w nocy było ciekawie, chociaż czuło się jakiś strach. Jadzia też się przestraszyła, kiedy wieczorem wyjrzała w ciemność przez okno i zobaczyła wielki blask w oddali, coś takiego, jakby gdzieś paliło się ogromne ognisko. Blask pełen jakiejś tajemnicy, złowrogiej, właściwie rozświetlający całe niebo, jakby w zamiarze pokazania tego miejsca, z którego zło w końcu podejdzie tak blisko, że stanie się niebezpieczne. Ktoś z dorosłych szepnął: „podpalają wioski...”. I wtedy mamusia kazała Jadzi iść spać, ale Jadzia i tak długo nie mogła zasnąć. Wiercąc się na ciasnej, szkolnej ławce zastanawiała się, kto i po co może podpalać wioski? Zastanawiała się także, jak to się dzieje, że trzeba spać na szkolnej ławce? I jak długo jeszcze? Jasne, że to jest atrakcja, coś zupełnie niespotykanego, ale po tych 42 Lachiwrizat... dwóch nocach nabrała pewności, że to musi być tylko chwilowe, bo gdyby tak miało być dłużej to się po prostu nie da. Tatusia wtedy nie było, bo poszedł na wartę z grupą innych tatusiów. Jadzia była dumna, że ma takiego odważnego tatę, który sam sobie wystrugał długi, gruby, ostro zakończony kij i poszedł w ciemność pilnować, żeby to zło za bardzo się do nich nie zbliżyło, i żeby można było spokojnie spać w Hucie Stepańskiej. Następnego dnia już od samego rana zza okien dochodziło coraz więcej trzasków, podobnych do tych, które słyszeli zawsze, kiedy tatuś strzelał z bata, wstając z siedzenia bryczki i wołając: „nuuu...!” a konie gnały coraz szybciej, żeby mogli zdążyć do kościoła. Jednak teraz było tego więcej, a czasami raz za razem i Jadzia już się dowiedziała, że to nie przyjechał żaden tabun furmanów na jakiś konkurs posługiwania się batem. Ktoś z dorosłych szepnął zalęknionym głosem: „Znowu strzelają...” I wtedy Jadzia nabrała pewności, że zło jest coraz bliżej. Po południu nawet coś uderzyło w ścianę, tuż koło ich okna, i wszyscy jak na rozkaz położyli się na podłogę, w wielkim popłochu, pośród pisków i głośniejszych krzyków. Powietrze w szkole było coraz cięższe, przesiąknięte strachem, wszyscy byli w stanie jakiegoś niecierpliwego oczekiwania, nie wiadomo na co, spoglądając sobie nawzajem w oczy, głęboko, jakby z nadzieją, że tam znajdzie się potwierdzenie że nie ma się czego bać, i że będzie dobrze. Jadzia już nie odchodziła na krok od mamusi, czasami nawet się przytulając, ale też starała się pomóc, ile się da, bo mały Czesiek i Wandzia, jej młodsze rodzeństwo, wymagali dużo opieki. Tatusia już właściwie wcale nie widziała, bo ciągle chodził na wartę. Wieczorem tatuś przyszedł tylko na chwilę, powiedział do mamusi coś o koniach i powiedział, że przyjdzie później. Jadzia zrozumiała, że szykuje się jakiś wyjazd. Późnym wieczorem, a może już w nocy mamusia to potwierdziła. Powiedziała całej trójce, że tatuś właśnie przygotowuje furmankę i że nad ranem muszą być wszyscy gotowi do drogi. Wszystkie dzieci siedziały już na wozie, który stał wśród innych wozów i w każdej chwili można było się spodziewać, że konwój ruszy. Czesiek rozpychał się łokciami, bo z obu stron na ławce miał siostry. Babcia jeszcze się wspinała po kole, mamusia tuż za nią czekała na swoją kolej, a tatuś kuśtykał od strony domu, niosąc jeszcze coś pod pachą. I wtedy Jadzia uświadomiła sobie, że nigdzie nie widzi swojego obrazka, pamiątki pierwszej komunii. Na pewno został na ścianie w pokoju, gdzie wisiał ładnie oprawiony, obok tych dużych, świętych obrazów. Zerwała się z ławki i krzyknęła do mamusi: - Nie ma mojego obrazka?! - Siadaj. Jest gdzieś na pewno, pod spodem. Siadaj, bo już ruszamy! -Ja muszę sprawdzić! - Jadzia nie dała za wygraną i zeskoczyła z wozu. - Zaraz wracam! - Stój, a ty dokąd? - Tatuś wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać, ale się wywinęła. - Zaraz ruszamy! - Tak, wiem. Ja zdążę! I rzeczywiście, po chwili biegła z powrotem ze swoim ukochanym obrazkiem w dłoni. Biegła coraz szybciej w stronę wozu, który już posuwał się, bo cały konwój ruszył i nie można było blokować drogi. Była pewna, że dogoni, bo cóż to takiego dogonić konny wóz? Mamusia wołała do niej, a wyciągnięte ramię, które miało pomóc Jadzi wspiąć się na wóz, było Michał Majewski 43 coraz bardziej wyraziste w nikłym poblasku świtu, albo może czegoś innego, bo światło widać było nie tylko tam, gdzie normalnie wstaje słońce, a lekki wiatr przyganiał zewsząd wyraźny swąd, jakby ktoś spalał stare drewno i inne śmiecie. Na nocnym jeszcze przecież niebie mieszały się barwy blado-szarej jutrzenki z jakąś dziwną, ponurą czerwienią, powodując, że wszystko stawało się nie z tej ziemi, a dla Jadzi zupełnie nieznane i groźne. Ale nic to. Za chwilę dotknie dłoni mamusi i będzie bezpieczna. I wtedy stało się coś strasznego. Stało się nagle, chociaż można było to przewidzieć, bo ponura czerwień o świcie nie wróżyła nic dobrego. Jednocześnie z wielu stron, tak się przynajmniej zdawało, zaczęło dochodzić przeraźliwe wołanie, tak okrutne, że Jadzia od razu wiedziała że zapamięta je do końca swojego życia. Zaczęło się od przeciągłego: „Ura-aaaaaa...!!!”, a zaraz potem: „Rizat lachiw!!!”. Wśród wozów zrobił się wielki popłoch, wszystkie jak na komendę zaczęły gnać w tempie dotąd niespotykanym, i po chwili nie było odwrotu. -Jadziu...! - wołała mamusia nawet wtedy, kiedy już było pewne, że Jadzia nie dogoni wozu. - Mamusiu...! - Jadzia też wołała zrozpaczona i zrezygnowana. W końcu całkiem rozłożyła ręce, zatrzymała się i stała tak długo, aż kurz opadł z powrotem na drogę. I wtedy całkiem blisko usłyszała strzały, i znowu te straszne okrzyki: „Rizat lachiw!”. W półmroku, całkiem niedaleko zobaczyła wujka Stacha, jak przeskakiwał przez rów, ciągnąc za rękę swoją narzeczoną. Bez wahania pobiegła w tamtą stronę i też skacząc zgubiła sandałek. W odruchu pełnym żalu, który wycisnął z jej oczu łzy, chciała zawrócić, bo ten sandałek był przecież zrobiony przez tatusia! Jednak, kiedy znowu odezwały się wystrzały, strach kazał jej zrzucić drugi sandałek i pognała dalej, przez łąkę, w stronę lasu. Biegła przerażona, często potykając się o kępy trawy. Raz nawet się przewróciła. Do lasu było już blisko i całe szczęście, bo stawało się widno. Wszystkie szczegóły świata, chociaż jeszcze lekko szarawe, były już całkiem dobrze widoczne. Dlatego też nagle bez trudu dostrzegła coś tak strasznego, że na dłuższą chwilę znieruchomiała, zupełnie jakby sparaliżowana. Jadzia nie miała pojęcia, co zrobić. Na trawie dogorywało niemowlę. Było całe zakrwawione i kwiliło, tuż przy boku swojej mamy, która leżała na plecach i nie miała piersi. Były odcięte, a w ich miejscu straszyły poszarpane, krwiste plamy. Brzuch też był rozcięty, od pępka aż po nagie krocze, i wyłaziły z niego jeszcze pulsujące flaki. -Jadziu, chodź ze mną. - Ktoś nagle złapał ją za rączkę. - Musimy uciekać...! Podniosła głowę. Narzeczona wujka Stacha miała twarz dziwnie wykrzywioną z przerażenia. Bała się gwizdu kul i coraz bliższych wrzasków. Jednak jej uścisk był bardzo mocny i razem pognały w stronę lasu. Wielkie drzewa dają poczucie bezpieczeństwa. Dają ciepło i schronienie przed deszczem, przed słońcem, i w ogóle chyba przed wszystkim. Pod ogromnym świerkiem zebrało się sporo ludzi i było jakoś raźniej, bo wszyscy, chociaż wciąż dyszeli po szybkim biegu, raczej wyglądali na spokojnych, mimo dobiegających z oddali wystrzałów. Jadzia przycupnęła na ściółce przy samym pniu, na plecach czując żywiczny dotyk kory. Wciąż miała wrażenie, że do piersi przyciska swój ukochany obrazek, po który musiała wrócić i przez który 44 Lachiwrizat... wszystko się tak bardzo skomplikowało. A przecież zgubiła go gdzieś tam, przy rowie, gdzie zostawiła też swoje sandałki. Ostatnio zdarzyło się jej bywać w coraz to dziwniejszych sytuacjach. Popatrzyła wokół, przez gęstwę ludzkich nóg. Kilka kroków na prawo z radosnym zdumieniem zobaczyła swojego śmiesznego kuzyna, który mieszkał w sąsiedniej wsi i często u nich bywał, a jak bywał, to uwielbiał przebierać się za księdza. Jadzia lubiła go i lubiła te jego zabawy, jednak teraz była tak bardzo zmęczona, że wołała pozostać sobie przy pniu świerka i spokojnie czekać na coś, co będzie dalej. Dorośli coś wymyślą, bo przecież nie można wciąż siedzieć pod drzewem. Dorośli rozmawiali bardzo delikatnie, szeptem, i nikt nie musiał ogłaszać, że trzeba być cicho. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet Jadzia, bo tak trzeba, gdy coś złego jest blisko. Między korony drzew wciskał się już normalny dzień, wypierając szarość promieniami porannego słońca. Narzeczona wujka Stacha złapała Jadzię za rękę i poszli, wszyscy razem, kilkanaście osób. Cały dzień wędrowali przez lasy, a raczej skradali się, pilnując, żeby nikt ich nie zauważył. Wszyscy wciąż porozumiewali się tylko szeptem i z tego szeptu Jadzi udało się co nieco wyłowić: idą do jakiegoś dużego miasta, które nazywa się Sarny. Późnym popołudniem wszyscy byli bardzo zmęczeni i głodni, i rozglądali się po lesie w poszukiwaniu miejsca, gdzie dałoby się odpocząć, a najlepiej odpocząć i coś zjeść. I wtedy usłyszeli krowy. Krowy, kiedy są niewydojone, strasznie ryczą. Jadzia wiedziała o tym, bo tak nieraz mówili starsi. Widocznie krowom jest ciężko w takiej sytuacji i w swoim języku rozpaczliwie wołają o pomoc. A jak ryczą niewydojone krowy to może być znak, że w pobliżu nie ma ludzi, że może być wioska, z której wszyscy sobie gdzieś poszli albo uciekli. Ciekawe, czy w takiej wsi jest coś do jedzenia? Zmęczeni i głodni dotarli do skraju lasu. Krowy nie kłamały. Wieś przycupnięta u stóp drzew wyglądała na opuszczoną, chociaż trudno było pozbyć się wrażenia, że ktoś z ukrycia ich obserwuje. Już w najbliższym ogródku dostrzegli jabłonie, których gałęzie, obwieszone dorodnymi owocami, zachęcająco wychylały się poza drewniane sztachety płotu. Jabłka nie były w pełni dojrzałe, z pewnością jednak potrafiły ugasić głód i pragnienie. Wszyscy wyciągnęli ręce i zaczęli zrywać. Wszyscy oprócz Jadzi. Jadzia podskakiwała, odbijając się jak tylko mogła bosymi stopami od trawiastego podłoża, ale nie zdołała uchwycić żadnego jabłka. I wtedy coś w niej pękło. Cała okrutna rozpacz dziewięcioletniego dziecka, wzmocniona głodem, ciągłym strachem i tęsknotą do nagle utraconej rodziny, rozpacz dziewczynki, która - w tak krótkim przecież czasie - tak dużo się nauczyła, musiała w końcu odnaleźć gdzieś ujście. Zaczęła, wbrew panującemu w grupie prawu, głośno krzyczeć: „Ja też chcę, ja też chcę jabłko, ale nie mogę dosięgnąć!” I mogłaby jeszcze tak dalej, gdyby nie dobry refleks jakiegoś pana, który szybko zakrył jej usta dłonią, szepcząc do ucha: „Ciii...” Jadzia opamiętała się i zaraz potem, w nagrodę, dostała swoje upragnione jabłko. Wędrowanie przez las bez sandałków nie było przyjemne. Najgorsze były stare szyszki i połamane, ostre patyki. Doszło do tego, że narzeczona wujka Stacha próbowała brać Jadzię na plecy, jednak długo tak się nie dało, bo Jadzia już swoje ważyła. Po trochu, raz tak, raz tak, przedzierali się, wciąż w tym samym kierunku. Po drodze chyba ze trzy razy spotkali uciekinierów z innych wiosek, więc grupa się powiększyła i Jadzia odniosła wrażenie, że jest trochę raźniej. Nocą też długo szli, ale w końcu ktoś zadecydował o postoju na spanie. Michał Majewski 45 Jadzia jednak była bardzo zmęczona, tak bardzo, że nawet nie mogła zasnąć. Rozmyślała o wakacjach, które zaczęły się zapowiadać całkiem ciekawie, ale żeby aż tak? Wszystko jakoś bardzo się skomplikowało i to już nie były żarty. Poczuła dziwną pewność, że więcej nigdy nie zobaczy swojego domu. Zrobiło jej się bardzo smutno i nawet jak już zasypiała, to nie mogła zasnąć pełnym snem. Popadła w stan drzemki, przeplatanej obrazami z niedalekiej przeszłości. Bardzo lubiła rodzinny dom, chociaż nieduży, skromny, z dachem pokrytym jedynie papą. Stał w ogrodzie pełnym kwiatów, warzyw, kwitnących wiśni i mamusi, krzą- 46 Lachiw rizat... tającej się wśród klombów, grządek i rozwieszonego na linkach, pachnącego krochmalem prania. Tatuś był szewcem. Bardzo też kochał konie, które były tuż obok, w gospodarstwie babci. Dziadek Adam umarł, więc teraz tatuś pomagał babci je doglądać. Tatuś marzył o tym, żeby dach domu pokryć blachą. W izbie, przy oknie na podwórze stał stół, w którego szufladzie były magiczne narzędzia. Jakieś noże, szpikulce, młotki, kowadełka i dratwa. Dratwę tatuś smarował woskiem, a potem przetykał przez otwory w grubej skórze i wiązał w mocny ścieg. I potem wszyscy mówili, że zrobione przez niego buty są najlepsze na świecie. Co tydzień Jadzia lubiła pomagać tatusiowi przy liczeniu zarobionych pieniędzy. Był to swoisty rytuał, podczas którego najładniejsze, srebrne monety, takie z głową jakiegoś pana z wielkimi wąsami, albo z głową anioła chyba, bo w aureoli zrobionej z kłosów zboża, były odkładane na bok. Następnie tatuś wkładał je do blaszanej puszki po cukierkach, którą zaraz potem Jadzia z dumą niosła na strych, do schowka w kominie. Wiedziała, że te pieniądze tatuś zbiera na kupno blachy do pokrycia dachu. Jakiś wielki żal ścisnął Jadzi serduszko, a w brzuchu coś zaczęło nieprzyjemnie łaskotać. Ciekawe, co z tym będzie? Co się stało z puszką po cukierkach? A konie? No właśnie, gdzie się podziały konie babci? Przecież do wozu były zaprzęgnięte tylko dwa... Takich i mnóstwo innych pytań rodziło się jeszcze długo w Jadzi główce, a pod jej powiekami przemykały obrazy jak w kalejdoskopie, raz w prawo, raz w lewo, coraz to szybciej i szybciej, aż w końcu na dobre zasnęła. Wędrowali jeszcze dwa dni, przeważnie przedzierając się przez lasy. Po drodze spotykali opuszczone wioski, czasami też bardzo przestraszonych ludzi. Przez dwie następne noce Jadzia także nie mogła zasnąć, potwornie zmęczona po całodziennym skradaniu się w kierunku Sarn. Z natłoku świeżych wspomnień w jej głowie układały się coraz to nowe obrazy, przeważnie w formie sennych marzeń, a w chwilach przebudzenia po policzkach spływał wielki żal. Miała już pewność, że te wszystkie miejsca, w których znajdowała tylko radość swojego dzieciństwa, należą do przeszłości. Nigdy do nich nie wróci. Nie będzie więcej biegać za tatusiem po ścieżynce przez pole kartofli, do koni w stajni babci, żeby je czesać. Nie będzie chodzić za krowami na łąkę. Nie będzie biegać na drugą stronę, za płot, do ludzi których bardzo lubiła i którzy nazywali się Żydzi. Biegała tam w każdą sobotę, żeby zapalić ogień, bo oni mówili że u nich tego dnia jest szabas i nie mogą tego robić. Jadzia nie wiedziała dlaczego, ale lubiła to robić, zwłaszcza że zawsze coś jej za to dawali. Z chłopakiem od Żydów, trochę starszym, często robili przez płot handel wymienny. On prosił Jadzię o dojrzały kwiat słonecznika, a w zamian dawał jej coś, co się nazywało maca. Jadzia była bardzo zadowolona, bo to był dla niej kawałek innego świata. Zadaniem Jadzi było też roznoszenie nareperowanych przez tatusia butów. I to też z pewnością należy do przeszłości, a szkoda - tak bardzo to lubiła. Odbierała od klientów zapłatę i z radością wracała do domu. Jedynie do tej pani, która mieszkała pod Słonym Błotem nie lubiła chodzić. Ta pani też nazywała się Żydówka, ale miała zeza i chyba dlatego Jadzia strasznie się jej bała. Zawsze jak tylko dostarczyła buty, od razu odwracała się i uciekała do domu. Tatuś potem był zły, a Jadzia i tak musiała iść tam jeszcze raz po zapłatę. Ostatniej nocy, kiedy już prawie spała, do uszu Jadzi dotarł czyjś urywany szept, z którego wyłowiła coś strasznego. A już myślała, że nie może być nic gorszego od widoku mar- Michał Majewski 47 twej kobiety i umierającego dziecka. Słuchała o ludziach, których znała i może dlatego było to dla niej czymś bardzo namacalnym, chociaż tego nie widziała. Strzępki zdań złożyły się w całość: Zginęły dwie Konwerskie, córki Konwerskiego. Mieszkały naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Biegły do szkoły, żeby się tam schronić, ale było za późno. Biegły przez pole - właśnie to pole, które było między domem Jadzi, a domem babci. Tam rosły kartofle, ale dalej także pszenica. Łodzią, Jadzi rówieśniczka, zdążyła się schować w zbożu, ale dwie pozostałe nie zdążyły. Jedną zamordowali na miejscu, a drugą strasznie pocięli nożami i czym się dało, gardło miała podcięte, ale jeszcze żyła. Ich mamusia, też poraniona, przybiegła jakoś z boku, kiedy tamci już sobie poszli, zaciągnęła córkę do domu Jadzi babci i tam robiła jej opatrunki, starała się ratować, ale córka prosiła: „uciekaj, bo i tak już ze mnie nic nie będzie ”. I rzeczywiście zaraz potem umarła. Łodzią z mamą zdołały dogonić konwój. I teraz Jadzia zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś będzie się tak ładnie bawić z Łodzią, jak dotychczas. Ostatniego dnia Jadzia była już tak bardzo zmęczona, niewyspana i głodna, że właściwie było jej wszystko jedno. Szła w grupie jak w letargu, może nawet przysypiając po trochu, a w głowie jej się kręciło, zupełnie jak na tym kieracie u dziadka Adama. U dziadka Adama był duży sad śliwkowy, duża stodoła, no i kierat właśnie - takie urządzenie, gdzie konie, zaprzęgnięte do długiego dyszla, chodziły w kółko, a oni lubili na to patrzeć, ale też siadać, chociaż dziadek Adam krzyczał na nich i odganiał. Kiedy to wreszcie się skończy, ten marsz? Ktoś powiedział, że już niedaleko. Jadzia, chociaż ledwo powłóczyła nóżkami, była dzielna i szła cierpliwie, jak zawsze, kiedy na coś trzeba było czekać. Wiedziała, że ostatecznie będzie nagroda. Zupełnie jak u stryjka Antoniego, który był fryzjerem i pierwszy miał radio, takie na słuchawki, i długo musieli wystawać w kolejce, żeby sobie posłuchać. Wyszli z lasu i pokazały się domy, ogrody i cała masa ludzi. Siedzieli na trawie i gdzie było można. Wszyscy wyglądali na przerażonych i zszokowanych, a kiedy zobaczyli, że od lasu idzie nowa grupa, zrobiło się poruszenie i patrzyli na nich, jakby kogoś szukając. Ale ludzie, z którymi szła Jadzia, na razie mieli coś innego na głowie. Byli tak bardzo głodni, że zaczęli wpadać do ogrodów i jeść, co się tylko dało. Jadzia zauważyła bób na grządkach. Jego strąki były na tyle napęczniałe, że łatwo dawały się otwierać. Jadła i jadła dorodne, zielone ziarna, i nic to że nie były w pełni dojrzałe i nieugotowane. Jadła do momentu, kiedy poczuła się najedzona, a raczej poczuła, że ma pełny brzuszek. Wtedy też usłyszała za plecami: „i ty ocalałaś...?” Tuż za nią stała ciotka Stacha, siostra wujka Stacha. Zabrała Jadzię, mówiąc, że pójdą do ludzi, którzy pomagają i dają schronienie. Po drodze jeszcze ktoś z jakiegoś ogrodu dał Jadzi wiśni. Ale już nie mogła zjeść. Poczuła, że zaczyna się robić coś niedobrego z jej brzuchem, ale dokładnie nie wiedziała co. Wieczorem dowiedziała się w pełni, co to takiego. Bardzo ją rozbolało i miała straszne rozwolnienie. Dowiedziała się też, że surowy bób to jest coś okropnego i od tamtej pory nawet sam jego widok wywołuje u niej mdłości. Nieprowincjonalne rozmowy i wspomnienia Sylwia Stankiewicz SETNA ROCZNICA URODZIN ANDRZEJA SIERAKOWSKIEGO W 2014 roku mija setna rocznica urodzin Andrzeja Sierakowskiego, ostatniego z rodu Sierakowskich po mieczu z linii waplewskiej. Z tego też względu chcielibyśmy przybliżyć naszym czytelnikom jego wspomnienia o gnieżdzie rodzinnym hrabiów Sierakowskich, jak i o samych jego gospodarzach. Wspomnienia, o których tu mowa, Andrzej Sierakowski napisał w formie listu u schyłku swego życia dla znanego na Pomorzu polonisty, historyka literatury, redaktora, publicysty, wydawcy i działacza regionalnego, profesora Andrzeja Bukowskiego, który przygotowywał materiały do swojej publikacji „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim". Autor wspomnień wręczył je osobiście profesorowi Bukowskiemu w Gdańsku pod koniec maja 1987 r. Przepisany na maszynie rękopis obejmuje 36 stron. Andrzej Sierakowski pisał ten tekst od grudnia 1986 r. do 10 marca 1987 r. Autorka słowa wstępnego do tego artykułu, która gromadziła informacje do swojego opracowania pt. „Od Heleny do Izabelli. Losy Rodziny Sierakowskich patronów Szkoły Podstawowej w Waplewie Wielkim ”, otrzymała maszynowy zapis wspomnień Andrzeja od jego córki Izabelli Sierakowskiej - Tomaszewskiej w 2004 r. Za zgodą pani Izabelli prezentujemy na naszych łamach niezwykle cenne, nie tylko wspomnienia o Helenie i Stanisławie Sierakowskich i ówczesnych stosunkach, panujących w Polsce i Europie, ale spostrzeżenia i refleksje, które mogą i dziś być dziś inspiracją dla współczesnego czytelnika; do podejmowania właściwych wyborów, kształtowania postaw moralnych i rozwijania horyzontów myślowych. W liście do prof. Bukowskiego Andrzej Sierakowski wyznaje, że niełatwo przychodziło mu pisanie: „Musi Pan zrozumieć, że ja, który nigdy o własnych siłach do doktora nie chadzałem - miałem niemało problemów do przełknięcia... Wszystko to razem połączone z dorywcze-mi ale gwałtownemi wypadkami odebrało mi chęć i zdolność do pisania, które u mnie nie było nigdy funkcją systematyczną".1 Tak już wiemy, że przeszkadzał mu w pisaniu podeszły wiek i problemy zdrowotne, a w trakcie lektury wspomnień dowiemy się, że także to, iż nie mógł uporać się z przeszłością, której do końca nie akceptował. I właściwie pozostał rozdarty pomiędzy pamięcią o swoich heroicznych i tragicznych rodzicach oraz ich działalnością na rzecz Ojczyzny (które to hasło na sztandarze „Bóg, Honor, Ojczyzna” było w domu rodzinnym Andrzeja na pierwszym miejscu) a krytycznym spojrzeniem na ówczesne stosunki społeczno - ekonomiczno - gospodarcze. Czuje na sobie ciężar winy pokolenia stanu uprzywilejowanego, jakim była magnateria polska. Uważa, że nie wykorzystała ona wszystkich swoich możliwości „dla ochrony interesów Rzeczypospolitej”. Istniała grupa rodów zie- 1 List z 1 grudnia 1986. Biblioteka Uniwersytetu Gdańskiego, Czytelnia zbiorów specjalnych „Teka prof. A. Bukowskiego”. Sylwia Stankiewicz 49 miańskich, która działała usilnie, często z uszczerbkiem dla siebie, na rzecz Ojczyzny; byli też jednak i tacy, którzy „zatracili poczucie mężów stanu i służebności” i niechlubnie zapisali się w historii Polski. Sierakowski podkreśla również, że istnieje wiele niezapisanej historii przez małe „h”, godne; upamiętnienia, dotyczącej „małych ojczyzn”, rodzin czy indywidualnych osób. Jest ona warta utrwalenia, jednak często bywa zagłuszana przez media tzw. newsami. M.in. dlatego zdecydował się w końcu, choć nie bez trudu, opisać własną historię. Podczas lektury wspomnień spotkamy się z wieloma dygresjami, które nasuwały się autorowi w trakcie pisania. Z tego też względu niektóre sprawy mogą wydać się niejasne, jednak po dokładnym wgłębieniu się w treść, uzyskamy pełny obraz tego, co chciał przekazać. Andrzej Sierakowski był trzecim z siedmiorga dzieci Stanisława i Heleny Sierakowskich, urodzonym w Waplewie 18 maja 1914 roku. Przed 1939 rokiem kształcił się w szkołach polskich. 1932 r. ukończył gimnazjum w Zakopanem, po czym podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej (co zdecydowało o wyborze kierunku studiów czytelnicy dowiedzą się ze wspomnień naszego bohatera). 5 czerwca 1940 r. w Warszawie wziął ślub z Zofią Jadwigą Herburt. W grudniu 1941 przyszła na świat ich jedyna córka Izabella. Dyplom magistra inżyniera A. Sierakowski zdobył dopiero (z losowych przyczyn) w 1948 r. na Politechnice Gdańskiej, gdzie pracował już od zakończenia II wojny (1945) do 1950 r., mieszkając w Sopocie. Po przeniesieniu do Zakopanego ze względów zdrowotnych córki i własnych, prowadził tam samodzielną pracownię budownictwa przemysłowego. W 1958 r. przeniósł się do Warszawy, w której rozwijał swoją działalność, między innymi jako członek i wiceprzewodniczący Zarządu Głównego Stowarzyszenia Architektów Rzeczypospolitej Polskiej. Opracowywał główne projekty architektury przemysłowej. Za swe prace otrzymał trzy nagrody: Ministerstwa Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych oraz Złoty Krzyż Zasługi. Sierakowski - architekt z powołania, nie był zadowolony z pracy w Polsce Ludowej, która nie dawała mu satysfakcji; nie mógł realizować własnych niezależnych projektów. Wyjeżdża więc w 1968 roku do Montrealu w Kanadzie, gdzie był profesorem na tamtejszym uniwersytecie. Po pracy jako wykładowca zajmował się głównie projektowaniem lotnisk i tym zajął się przede wszystkim po porzuceniu uniwersytetu i zatrudnieniu się w firmie CAIM. Ze swoim biurem projektował rozwiązania komunikacyjne na lotniskach, m.in. lotnisko Mira-bel w 1976 r. z okazji olimpiady. To samo robił w Andach i San Paulo. Będąc na emeryturze często odwiedzał Polskę. Bywał w Warszawie u córki Izabelli, na Wybrzeżu, w Kisielicach (gdzie istnieje szkoła im. Heleny i Stanisława Sierakowskich) i oczywiście w Waplewie Wielkim, swoim gnieździe rodzinnym. Jako emeryt spisał swoje wspomnienia. Zmarł 11 kwietnia 1995 r. w Montrealu, a pochowany został 21 lipca w rodzinnym Waplewie. We wspomnieniach zachowano pisownię autora, w niektórych miejscach poprawiono interpunkcję i uzupełniono daty roczne. 50 Wspomnienia Andrzej Sierakowski WSPOMNIENIA RODZICE Łaskawy Panie Profesorze. Jak pisałem - okropnie się przeciągnęło moje zobowiązanie dostarczenia różnych informacji o naszym domu i rodzicach - tak jak je widzę dzisiaj. Niestety choroba i różne problemy związane z przechodzeniem w stan spoczynku - człowieka tak aktywnego, jakim ja byłem przez 72 (!) lata mojego życia - nie sprzyjają ani koncentracji - ani jakiemuś stanowi odprężenia koniecznego dla sklecenia - choćby minimalnie sensownego opowiadania. Nie chcę się rozwodzić nad tern, ale pisanie wszelkich „wspomnień” - jest rodzajem akceptacji życia w „czasie przeszłym”, a przecież - jak Pan wie - nigdy nic nie jest załatwione do końca w żadnym życiu. Cele do osiągnięcia oddalają się równie szybko, jak się do nich zbliżamy - i cała sprawa przybiera pozory pościgu samochodem za tęczą... Dopiero w pewnym momencie, po przetrawieniu wielu problemów dochodzi się do wniosku, że nikt tęczy nie dogonił, nikt gwiazdki z nieba nie zdjął, natomiast niektórzy, nie tyle wybrani - co umiejący wybrać, potrafią zapisać w czasie swojego życia parę stron historii (przez małe „ h”!), ale historii niezmiernie ważnej, która nie powinna rozpłynąć się w nawale codziennie publikowanej (w coraz większej ilości!), tzw. aktualności... Jestem niezmiernie zawstydzony, że niewiele się przyczyniłem do zachowania czy „uchronienia od zapomnienia” wielu spraw dotyczących moich Rodziców - ale trzeba też przyznać, że dużą rolę w tym grało wychowanie, które nakazywało nam jak najściślejszą skromność, nie dopuszczającą żadnej rozmowy na te tematy. Trudno w dzisiejszym stanie świadomości „ekshibicjonistycznej” nawet zrozumieć ten rodzaj „paranoi” - jaki panował w niektórych domach polskich w stosunku do „obowiązku patriotycznego”. Każdą działalność związaną z czemkolwiek co dotyczyło sztandaru „Bóg, Honor i Ojczyzna” traktowano jako coś najbardziej osobistego, nawet wstydliwego - ale mającego priorytet przed wszelkimi innymi sprawami - a sama kolejność tego hasła powinna być odwrócona - bo nie ulega wątpliwości, że „Ojczyzna” była na pierwszym miejscu. Wy-daje mi się bardzo ważnem podkreślić to na samym początku - bo to w jakiś sposób decydująco wpłynęło na życie i śmierć moich rodziców - zresztą w wielkim stopniu - choć zupełnie inaczej - na moje własne życie, a bez tego nie można zrozumieć naprawdę ich życia... Wpłynęło na takie nastawienie wiele czynników. Wydaj e mi się, że przede wszystkiem głębokie poczucie własnej winy wynikłej z ogromnie uprzywilejowanego stanu jakim cała magnateria polska - blisko spokrewniona z Rodzicami - była obdarzona przez ostatnie stulecia - a który nie został należycie użyty dla ochrony interesów Rzeczypospolitej. Nie można zapomnieć, że choć takie rodziny (jak mojej matki) Lubomirscy czy Zamoyscy i Jabłonowscy służyli Polsce w wielu okazjach - to jednak generalnie ludzie tej warstwy społecznej zatracili poczucie „mężów stanu” i „służebności”. A należy pamiętać, że równocześnie naszymi Andrzej Sierakowski pradziadami byli dwaj Targowiczanie. Zarówno hetman Branicki,1 jak i Potocki z Tulczyna2. Przy czem hetman Branicki ożenił się z hr. Engelhard3 - o której powszechnie mówiono, że jest córką Katarzyny Wielkiej i Sałtykowa... Oczywiście - uważało się, że Poniński4 to był zły duch całej trójki - etc. etc. ...ale... I oczywiście, każdy kto trochę zna historię wie, że czasy były inne, układy socjo- ekonomiczne także - że wszelkie brednie rozpowszechniano na temat demonicznych wielkich panów, którzy sprzedali Polskę, są nieścisłe i rozdmuchane... a jednak wiem, że te sprawy tkwiły bardzo głęboko w podświadomości ludzi szlachetnych, których w tej sferze - jak w każdej innej - nie brakło. Zwłaszcza w rodzinie Sierakowskich, która choć skoligacona z całą „elitą” polskiej magnaterii miała tradycje Służbie Polsce raczej piórem niż szablą i często w sutannie - a ma- SI Andrzej Sierakowski w latach młodości jątkiem nie równała się ani z Tulczynem5, Białą Cerkwią6, czy „państwem Marszałkowej Lubomirskiej”... „SZLACHETNY DZIKI” Żeby zrozumieć tę atmosferę należy przeczytać m.in. doskonale napisaną przez p. Hoff-manową „Panie na Wilanowie” - a w szczególności ostatni rozdział o pani Augustowej z Potockich Potockiej. Właśnie w takiej atmosferze wychowany był mój ojciec, którego ciotką była pani Augustowa - a jej następczyni - Anna z Potockich Branicka była siostrą jego matki... Kto nie znał nastroju rygoru, niezłomnych zasad tkwiących w atmosferze takich domów jak Krzeszowice, Pod Baranami czy domy Tarnowskich w Dzikowie - nie zrozumie psychologii mojego ojca łączącego niezwykłą nieśmiałość z nieubłaganymi zasadami i ogromną siłą fizyczną. Jakąś niewiarygodną mieszaninę zupełnie pokornej demokratyczności z wiel-kopaństwem, nieśmiałości i siły... Jednym słowem, jeśli jego ojciec Adam był wybitnym intelektualistą, członkiem towarzystw naukowych w Poznaniu i Berlinie, podróżnikiem, który zjeździ! Europę, Ziemię Świętą i Indie etc., o umyśle „cienkim”, człowiekiem salonów i sceptykiem, to mój ojciec był ogromnym (6 stóp i 100 do 120 kg), człowiekiem, przystojnym i atletycznie zbudowanym, o naturze, która mi nie wiem czemu zawsze przypominała „szlachetnego dzikiego” J. J. Rousseau. Sam mi się kiedyś przyznał, kiedy go pytałem (b. 1 Franciszek Ksawery Branicki (1730 - 1819) - hetman wielki koronny; targowiczanin; cieszył się względami carycy Rosji. 2 Stanisław Szczęsny Potocki z Tulczyna (1751 - 1805) - wojewoda ruski, przeciwnik Stanisława Augusta, jeden z twórców i marszałków konfederacji targowickiej; w czasie powstania 1794 zaocznie skazany na karę śmierci. 3 Aleksandra z Engelhardtów Branicka (1754 - 1838) - nieślubna córka carycy Katarzyny Wielkiej i hrabiego Siergieja Sałtykowa. 4 Adam Poniński (1732 - 98), podskarbi wielki koronny od 1773; 1773 - 75 marszałek sejmu, podczas którego przeprowadzono zatwierdzenie I rozbioru Polski; wysługiwał się państwom rozbiorowym; 1789 oddany pod sąd sejmowy, pozbawiony urzędów i skazany na banicję; wyrok anulowała Targowica. Rezydencja rodu Potockich. Rezydencja rodu Branickich na Ukrainie. rzadko!!), jak można znieść niekończące się frustracje pracy socjalno - politycznej na naszym terenie, nie kończące się wydatki i zagrożenia ruiną finansową - że nie znosi wystąpień publicznych, że przemawianie jest utrapieniem, które nic nie daje - i że on sam zawsze marzył, żeby się wyrwać z tego wszystkiego i zostać farmerem czy myśliwym w Ameryce Południowej lub Afryce - ale - że niestety będąc tym kim jest i będąc odpowiedzialnym za ludzi, którzy od wielu generacji mieszkali na naszych ziemiach zarówno w Waplewie, jak Osie-ku7 i zachowali polskość do tego stopnia, że za moich lat dziecinnych większość ludności wiejskiej w okolicy Waplewa, nie mówiła w ogóle po niemiecku..., że jednym słowem to by była dezercja z „posterunku”... Ten „posterunek - placówkę” miałem możność obserwować od najwcześniejszego dzieciństwa i to zostało po wszystkiem, co się robiło w Waplewie od czasów częstych wizyt Kraszewskiego i wielu innych ludzi w XIX w. do października 1939 r. W Osieku, kiedy na nalegania mojej matki, że konieczne jest wyjechać natychmiast, że nic w tej chwili nie da się uratować - a natomiast grozi straszne i bezpośrednie niebezpieczeństwo, mój ojciec odpowiedział - „wy jedźcie - ja nie mogę... przecież ci ludzie tu zostaną, i ja się im nie będę mógł pokazać na oczy, jeśli sam wyjadę...” Oczywiście moja matka z pełną świadomością tego co się stanie również nie mogła wy- 7 Osiek - miejscowość w powiecie rypińskim. Znajdowała się tu druga posiadłość Sierakowskich, w której posiadanie weszli dużo wcześniej niż Waplewo. Na Ziemi Dobrzyńskiej w Jankowie rezydował już w 1702 roku kasztelan dobrzyński Paweł Sierakowski. Osiek przeszedł na własność Sierakowskich poprzez małżeństwo syna Pawła, Stanisława z Teodorą z Powal-skich herbu Rogala. Do ślubu doszło w 1720 r. Ze związku tego pozostało dwóch synów, Leon kanonik lwowski i Teodor. Ten drugi przez ożenek z wdową po Bagniewskim, Marianną stał się właścicielem Waplewa. Andrzej Sierakowski 53 jechać bez niego... i została - choć wiem, że wszystkie fibry8 w niej się buntowały, choć miała kolosalne siły witalne...(nas przepędziła do Warszawy)... a przecież miała 7 - ro dzieci, rodzinę o dużych wpływach wszędzie, na dworze włoskim czy hiszpańskim. Jej ojciec był członkiem b. Herrenhaus' u9 we Wiedniu, Gucio Potocki z Jabłonnej10 miał „myśliwskie” kumoterstwa z Góringiem i wielu ludzi powyciągał z opresji w czasie okupacji. Jeszcze dzisiaj - po prawie 50 - ciu latach trudno jest pisać o tern - i niech Pan zrozumie moje zahamowania w tym względzie... DAWAĆ DOBRY PRZYKŁAD... Historia Waplewa i moich rodziców jest tak związana integralnie z historią 18-19 wieku Polski - kiedy jeden Potocki robił Konstytucję 3 maja - a drugi Targowicę - kiedy mój wuj Sebastian Sierakowski pisał pierwsze polskie dzieło o „Architekturze i sztuce budowania”, a drugi brał udział w pracach Królestwa Polskiego i Księstwa11 - kiedy wszystko cokolwiek się działo - działo się jedynie pod kątem tego, że zaprzepaszczono rzeczy bezcenne... Kiedy dziad mojej matki zakładał Ossolineum12, kiedy mój ojciec na premierze „Wesela” w Krakowie był świadkiem jak oburzony Stanisław Tarnowski wybiegł z loży po scenie z „Hetmanem”13... Bez podmalowania tego tła, które może komuś się wydać przesadne lub wręcz „snobistyczne” cała historia Waplewa - jako pewnego ośrodka promieniowania i jego gospodarzy nie ma najmniejszego sensu... Każda generacja ma swoje wielkie sprawy obecnie, ale należy pamiętać, że ojciec mój urodził się w 1881 r. dobrze ponad 100 lat temu - w okresie, kiedy trzech cesarzy - Wilhelm II, Franciszek Józef i Mikołaj II znajdowało się u szczytu swej potęgi, kiedy praktycznie wszyscy krewni rodziców i członkowie ich sfery mieli dostęp do dworów i fortun - tytuły „Hochvohlgeboren”14 i możliwości towarzyskie i kariery prawie nieograniczone... A jednak nie mogli zdziałać praktycznie nic dla swojego narodu poza kultywowaniem tradycji, obronę kościoła jako bastionu, którego zaborcy nie ośmielili się frontalnie zaatakować i dawać „dobry przykład”... „ludowi” - w ramach systemu, który wtenczas był jeszcze w pełni paternalistyczny - jak przez tyle wieków, choć oczywiście wówczas prawa człowieka - trzeba przyznać, że w Niemczech jeszcze były przestrzegane. To wszystko w obecnej sytuacji brzmi tak znajomo i może tylko osoby działające zmieniają się - a jednak jedynie ktoś kto 8 Fibry - powiedzonko Alfonsa Sierakowskiego, oznaczające wszystkie włókna w organizmie; być może wyrażenie to pochodzi od słowa fibryna - włóknik, końcowy produkt procesu krzepnięcia krwi. 9 Herrenhaus - sala posiedzeń austriackiego dworu w budynku Reichstagu od 1902 r. Dwór składał się z przedstawicieli szlachty, duchowieństwa i mieszkańców, zasłużonych obywateli Wiednia zasiadających w Izbie Lordów Cesarskiej Rady Austriackiej. Takie prawo przysługiwało w/w na podstawie Konstytucji przyjętej przez cesarza Austrii, Franciszka Józefa I. 10 August Potocki herbu Pilawa (1847 - 1905) - wnuk Aleksandra Stanisława Potockiego, ojciec Maurycego Stanisława. Pionier sportu wyścigowego, birbant warszawski (popularny hrabia Gucio), dziedzic Jabłonny, Zatora i Woli Starogrodzkiej. '1 Mowa o bracie Sebastiana - Wacławie Sierakowskim (1741 - 1806). 12 Ossolineum - Zakład Narodowy im. Ossolińskich - zasłużony dla polskiej nauki i kultury Instytut (do 1939 r. - łączył w sobie Bibliotekę, Wydawnictwo i Muzeum Książąt Lubomirskich), ufundowany dla narodu polskiego w 1817 roku przez Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, otwarty w 1827 roku we Lwowie. Źródłem utrzymania Zakładu stały się dochody z majątków ziemskich fundatora, zarządzanych przez dożywotnich kuratorów. Jednym z nich był pradziadek Alfonsa Sierakowskiego - książę Andrzej Lubomirski. 1' Mowa o hetmanie Franciszku Ksawerym Branickim, symbolu fałszu i zdrady narodowej. W „Weselu” Hetman ukazuje się Panu Młodemu, który zastanawia się, co by o jego małżeństwie z chłopką powiedzieli szlacheccy przodkowie. 14 Wysoko urodzeni 54 Wspomnienia był na słynnym przestawieniu „Dziadów” w 1967/68 r. w Warszawie może zrozumieć, co czuli ludzie generacji mojego ojca na ówczesnej premierze „Wesela”. Jedno jest pewne: wtenczas w okresie Młodej Polski jak zresztą i 80 lat później żyło się pamięcią nieudałych powstań i koniecznością „przetrwania” - później w czasie okupacji niemieckiej przetłomaczył to dozorca warszawski na język filozoficzny współczesny - kiedy zapytany co robić? Odpowiedział: „Mordę w kubeł - panie szanowny - modlić się i czekać”. Otóż mojego dziadka Adama S. nie znałem, jako że umarł przed moim urodzeniem (1912), ale z tego co wiem, był to człowiek ogromnie wykształcony (nawet porywał się na pisanie o gramatyce arabskiej) - który był głównie estetą i podróżnikiem w tym sensie, że podejrzewam, życie ówczesne na wsi go trochę nudziło głównie skutkiem nieubłaganej cykliczności - lubiał pisać „listy z podróży”, których 3 tomy były wydane15, ale ich oczywiście nie posiadam... Zabawne jest, że jego ojciec był z kolei ogromnie z ziemią i z ludem na tej ziemi pracującym związany. Jakoś się to odbywało na przemian - prawem kontrastu - bo mój ojciec był szalenie z ziemią, jej ludźmi i przyrodą związany - ja natomiast czułem w jakiś sposób całkowite przeżycie się stanu ziemiańskiego (nie mówię rolnictwa) i mimo ogromnego przywiązania do „swojej ziemi”, myślistwa itp. Nigdy nie czułem się całkiem u siebie - a jakby gościem czy spektatorem16... co też przyczyniło się do wyboru zawodu architekta, co wówczas w naszym środowisku uchodziło za ekstrawagancję. (Mimo że mój prastryj arcybiskup lwowski17 przebudował katedrę we Lwowie z gotyku na polski barok, a drugi stryj Sebastian18 - rektor akademii krakowskiej - napisał pierwsze dzieło o architekturze w języku polskim...) Natomiast moja babka - Maria z Potockich - siostra „namiestnika Galicji i Lodomerii” Andrzeja Potockiego19 zamordowanego przez nacjonalistów ukraińskich (w okresie tzw. „wypadków” tak starannie kultywowanych przez K.u.K. monarchię i innych) była z tego „nieugiętego” materiału - o jakim pisałem Panu na początku. Ktokolwiek ją znał, lubiał ją i szanował ogromnie - i nawet teraz w Kanadzie spotykam jeszcze ludzi, którzy byli u niej na Brackiej czy Szpitalnej w Krakowie - jako, że „Barany” były już po I wojnie coraz mniej użytkowane. To był ten materiał, z którego można było ulać armaty - w razie potrzeby. Podobno jej matka - kiedy złodziej jej wyciągnął portmonetkę w czasie komunii św. w kościele, ażeby nie zakłócić nabożeństwa chwyciła go za rękę - i po zakończeniu wyprowadziła przed kościół - pytając (trochę niezbyt zrozumiale) „Que fait votre main dans ma poche?”20 To zdumiewające w ogóle jak tzw. „stereotypy” się sprawdzają w życiu. Zawsze się mówiło o kobietach polskich: „że w ich to sercach mieszka trucizna, którą wrogowie się trują...” Ja z własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że moja babka Maria z Potockich - jak po 15 W Bibliotece Dzieł Wyborowych ukazały się cztery tomy „Listów z podróży” Adama Sierakowskiego (Warszawa 1913, 1914). 16 Widz, obserwator 17 Wacław Hieronim Sierakowski (1700 - 1780), od 1760 arcybiskup metropolita lwowski. 18 Sebastian Sierakowski (1743- 1824) - architekt, jezuita; od 1774 kanonik katedralny krakowski i kustosz koronny. Autor wydanej w 1812 roku pracy „Architektura obejmująca wszelki gatunek murowania i budowania” (2 t., 1812). W rękopisie pozostawił „Rzecz o tanim... sposobie murowania w Krakowie domów na przedmieściach”. 19 Andrzej hrabia Potocki herbu Pilawa (ur. 1861 w Krzeszowicach pod Krakowem, zastrzelony 12 kwietnia 1908 we Lwowie) od 1901 był marszałkiem Sejmu Krajowego Galicji, od 1903 pełnił obowiązki namiestnika Galicji. 20 Co pańska ręka robi w mojej kieszeni? Andrzej Sierakowski 55 stronie matki Eleonora z Hussarzewskich Lubomirska były - choć zupełnie różnych charakterów - jednakże obie charakterami dominującymi. Pierwsza łączyła pogodność i wyrozumiałość z niezłomnemi zasadami patriotyzmu - druga despotyczna i egocentryczna, ale z temi samemi zasadami i patriotyzmem. W tern nie mogło być kompromisu. Przypuszczam, że w Polsce istnieje również cała armia kobiet i wydaje mi się, że wygrać „wojnę” przeciw takiej armii nie byłoby rzeczą łatwą... Moja matka, którą we wszelkich publikacjach wymienia się po ojcu, niejako jako osobistość „uzupełniającą”- była tych samych zasad i patriotyzmu - przy czem miała bardzo wybitną inteligencję połączoną z intuicją i niewyczerpany zasób sił witalnych i energii. To pozwalało jej, mimo 7-ga dzieci, bardzo intensywnych stosunków towarzyskich w kraju i za granicą, ogromnej korespondencji, prowadzić całą gamę prac socjalnych na terenie Warmii i Mazur - obejmujących całą sieć ochronek polskich, Patronat Szkół Polskich, Stów. Katolickie Gospodyń Wiejskich, Związek Ziemianek etc. etc. - i stanowić stałe oparcie dla męża w jego działaniach. Przy czem jednak była w tern wszystkiem osobistością dominującą. Naturalnie - też same cechy powodowały, że musiała się nieraz narazić innym osobom w tej społecznej mozaice. Znacznie mniej zdarzało się to ojcu, który dzięki ogromnej wrodzonej nieśmiałości i dobroci (właściwej wielu ludziom o atletycznej budowie) i ogromnej hojności połączonej ze skromnością w osobistych potrzebach - miał pewnie mniej „wrogów” - przy czem jednak niestety te jego cechy były wykorzystywane przez niektórych zarówno w sprawach stowarzyszeniowych, jak i majątkowych, co się odbiło bardzo poważnie na losach Waplewa i naszych... Zresztą zarówno dla mnie, jak i ojca, uczucie „końca epoki” - zbliżanie się politycznego i społecznego kataklizmu było tak silne, że nie przywiązywaliśmy do tego zbyt wielkiego znaczenia... ZWYCZAJE RODZINNE Oczywiście dzisiejsze „życie” (intensywność przeżyć) ogromnie się rozwodniło skutkiem zwielokrotnienia ilości „impulsów”-! Należy pamiętać, że za mojego dzieciństwa, w latach 20-tych, w naszych domach (Waplewo, Osiek) nie było elektryczności, życie się toczyło przy lampach naftowych lub spirytusowych i przy świecach. Jeździło się co tydzień końmi (nawet kiedy był samochód - zawsze otwarty, bo ojciec nie lubił „karet” limuzyn itp.) do Starego Targu do kościoła 5 km, po kocich łbach - które jeszcze istniały - jak byłem ostatni raz!! A ksiądz proboszcz Palmowski, staruszek, który leży przy kościele, znał ojca jako chłopca i wszyscy się go trochę baliśmy - choć był podobny do św. Józefa i zawsze rzeźbił najrozmaitsze meble do kościoła i parafii - czy nawet dla naszego domu. Siedzieć musieli wszyscy w ławce „kolatorskiej” po prawej stronie ołtarza (której obecnie już nie ma) i naturalnie zachowywać się tak, aby „dawać przykład”. Ten problem „przykładu”, nie wywoływania „zgorszenia” - odgrywał bardzo dużą rolę zarówno dla nas - jak dla wszystkich żyjących jakby w „oblężonym mieście” w tej społeczności polskiej tak licznej wówczas w naszej okolicy - a tak przytłoczonej „Reichu pruskiego” [państwa pruskiego - S. St.], który, jak wiadomo, opierał się na klasie junkrów pochodzących przeważnie z Pomorza (jak choćby Hindenburg będący szefem państwa). Ostatecznie ten kraj od Prusaków przejęli Krzyżacy. Hohenzollernowie wyszli z „Malborga” a nawet urocze skądinąd kościoły w Starym Targu, 56 Wspomnienia Osieku czy Rypinie były „krzyżackie”... a do Malborga, gdzie Wilhelm wygłosił swoje słynne przemówienie w 1910 (?) r. 21 było zaledwie 22 km. A przecież w powiecie sztumskim ogromna ilość ludzi na wsi (większość w czasie plebiscytu) nie umiała mówić po niemiecku! W „naszym” kościele wszystkie nabożeństwa, kazania i śpiewy były po polsku i dopiero „za Hitlera” zbudowano murowany kościół protestancki, który został później rozebrany. Łatwo zrozumieć wzruszenie, jakiego doznałem w 1946 r., kiedy po wszystkim co się stało, dotarłem do Starego Targu (do Waplewa mnie wtenczas niestety nie wpuszczono22) i byłem na nabożeństwie w „naszym” kościele, gdzie wszedł oddział polski I armii (szkolonej jakby nie było nad Oką!), umundurowany mizernie - ale oficer wydał rozkaz „Baczność, prezentuj broń” w czasie ewangelii - a nabożeństwo było znowu po polsku. Nie wiem czemu - przypomniało mi to sceny z pogrzebu Wołodyjowskiego Sienkiewicza - które ojciec nam czytał głośno w „Sali Gdańskiej” w Waplewie - kiedy wszystkie dzieci leżały na ogromnej skórze niedźwiedziej na podłodze, kominek „elbląski”23 się palił, lampa spirytusowa skwierczała, a ojciec miał okulary zsunięte wysoko na czoło (był krótkowidzem i n.b. miał tylko jedno oko!), z nieodstępnym papierosem „Caporal” w kościanej oprawce... Trzeba pamiętać, że w latach 20-ych nie było radia i że „długie zimowe wieczory” spędzało się na czytaniu - przy czem czytał zawsze ojciec - Sienkiewicza, Dumasa lub czasem, ku mojej radości „Bajarza Polskiego” (którego nie mogłem znaleźć po wojnie) lub „1001 nocy” albo nawet „Klechdy Sezamowe” Leśmiana. Nie można ująć tych czasów w dzisiejsze kryteria choćby dlatego, że „Polska” była dla nas czemś ciągle „nieosiągalnym”, choć za mojego dzieciństwa była już niepodległa, i ze względu na ogromny, nieudany zryw w czasie plebiscytu, który organizował się w dużej części w Waplewie i pochłonął kolosalną ilość energii i entuzjazmu - w szczególności rodziców - a nie starczyło środków i nacisków na przechylenie szali, w czasie kiedy Polska była zagrożona wojną 1920 roku na wschodzie, starała się rozegrać sprawę Śląska, Wilna, Lwowa, etc., etc. Niezależnie od tego - co, jak i gdzie ostatecznie się stało wtenczas były to sprawy najważniejsze i wydaje mi się, że nigdy dosyć nie oddaje się czci i hołdu ludziom, którzy zapominając o swoich sprawach, umieją się poświęcić „sprawie”... A ludzi takich było niemało - jednakże ze względu na „pozycję”, na posiadany potężny ośrodek działania jakim był klucz waplewski,24 pałac waplewski z jego zbiorami sztuki, biblioteką, wiekową tradycją i możnością nieliczenia się, do pewnego stopnia, z bieżącymi szykanami rządu niemieckiego - rodzicom oczywiście łatwiej było być na czele i nie być „niezauważonym”. To połączone z wychowaniem i atmosferą domową wpłynęło na ich życiorysy decydująco... Niech Pan mi wybaczy, Panie Profesorze, nieporadną formę i nieuporządkowaną treść tego, co tu piszę - ale niestety nie umiem inaczej ująć tego tematu - jak w formie nieustających dygresji i przeskoków w czasie - z tern, że obecnie postaram się troszeczkę zacząć od początku... na tle już przygotowanym do pewnego stopnia. 21 Cesarz Wilhelm II wygłosił ją w 1901 roku. 22 W wyniku reformy rolnej, przeprowadzonej w Polsce Ludowej na mocy Dekretu PKWN z 6.IX. 1944 r. odebrano właścicielom ziemskim ich majątki i zakazano zbliżania się do nich. 23 Kominek „elbląski” wraz z innymi rzeczami, został zakupiony przez Kajetana Sierakowskiego w okresie, kiedy władze niemieckie likwidowały wszelkie ślady polskości w ratuszu elbląskim. 24 Klucz waplewski — obszar skupiający następujące dobra: Waplewo, Krasna Łąka, Tulice, włóki na Śledziówce, Rychendry-sy, Morany, Trankwice, Łabiszyn, połowa Ramot, Polisy, Minięta, młyn tulicki; ok. 5 - 5,5 tys. ha. Andrzej Sierakowski 57 SARMACKIE ŻARTY Otóż, z tego, co wiem - jako, że o tych sprawach „osobistych” prawie nigdy się nie mówiło w domu - mój ojciec - (urodzony 9. 03. 1881 r. w Poznaniu) jako mały chłopiec (chyba 5 lat; uległ wypadkowi skutkiem nieuwagi „nurs'y”25 i przecinając jakiś sznurek nożem skaleczył się w prawe oko - i stracił je, mimo zabiegów lekarskich w Gdańsku. Później w Berlinie sporządzili mu sztuczne oko w formie „tarczy” (które jednak na noc zawsze wyjmował) i trudno było zauważyć ten brak. Tak było dobrze zrobione, że nawet pewien ruch okiem był możliwy - ale jednak pewna różnica istniała... Pamiętam na wystawie w Paryżu, kiedy „wyjął oko” i skierował na małego Murzynka sprzedającego pocztówki, ten wszystko rzucił i uciekł... Żart ten, jak wiele żarcików nieco „sarmackich” bardzo się nie podobał mojej matce. Podobno w czasie swoich podróży myśliwskich do Afryki przed I wojną, kiedy wychodził z namiotu - zostawiał oko na widocznym miejscu, aby tubylcy z karawany nie kradli.26 PLUSKOWĘSY I WYKSZTAŁCENIE STANISŁAWA Dzieci (Wanda, Stanisław i Jan) chowały się w Waplewie - po czem mój ojciec po dwóch czy trzech „ucieczkach” z domu został posłany do gimnazjum w Chełmnie. Miał tam jakoby dobrą szkołę - o „polskim nastawieniu” - choć język wykładowy już chyba wtenczas był niemiecki. W pobliżu - nad Jeziorem Chełmińskim - miała piękny majątek Pluskowęsy - siostra mojego dziadka - ciocia Antonina Kalkstein - która mogła się nim opiekować. Urocza i stara ciotka, bezdzietna i bardzo zamożna, żyła tam do czasu okupacji niemieckiej - i zmarła gdzieś na wsi w nieznanych mi okolicznościach, mając ponad 100 lat za czasów okupacji. Jeździliśmy tam i my co roku, dom i gospodarstwo były nienagannie czyste, wszystko pięknie utrzymane, kuchnia jedna z najlepszych jakie znałem w Polsce - a ciotka oczywiście dziwaczka, wstawała dopiero około trzeciej po południu i siedziała do, Bóg wie, której w nocy, słuchając z pasją wszelkich dykteryjek - potem modliła się jeszcze do 5-ej rano... Było tam świetne polowanie na kuropatwy, ale można było polować tylko w sekrecie, rano - bo ciotka nie znosiła w ogóle żadnej broni palnej w domu. Jej mąż zginął bardzo dawno - i chyba w jakimś wypadku... natomiast my wstydziliśmy się ogromnie „niemieckiego” nazwiska ciotki i uważaliśmy to w skrytości ducha za wielką „plamę”... Co prawda rodzina Kalksteinów była bardzo starą pruską rodziną, a w Pluskowęsach w ogóle nikt po niemiecku nie mówił - ale jednak okazało się, że jak wiadomo - jakiś Kalkstein był zamieszany w wydanie gen. „Grota” Roweckiego w Warszawie27 i w całą tę tragedię w 43 r. 25 Z ang. pielęgniarka, tu w znaczeniu: niania, opiekunka. 26 Z opowiadań córki pana Andrzeja - Izabelli - wiadomo, że któregoś dnia, po powrocie z wyprawy, dziadek zastał oko przykryte kapeluszem; kilka przedmiotów zniknęło z namiotu. 2 Stefan Rowecki, pseud. „Grot” (1895 - 1944), od 1940 r. komendant główny Armii Krajowej. „Został wydany Niemcom przez agentów Gestapo ulokowanych w wywiadzie AK (Blanka Kaczorowska, Ludwik Kalkstein, Eugeniusz Świerczewski); 30 czerwca 1943 został zdekonspirowany i aresztowany w warszawskim mieszkaniu przy ul. Spiskiej 14 m. 10 przez ekipę Gestapo (...), następnie został przewieziony do Berlina (...), potem osadzony w połowie lipca 1943 w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, jako więzień honorowy. 1 sierpnia 1944, Heinrich Himmler, na wieść o wybuchu powstania warszawskiego nakazał niezwłoczne zgładzenie Stefana Roweckiego. Według powojennych ustaleń historyków, został zamordowany w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, kilka minut po godz. 3.00 w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944. Natomiast IPN w toku śledztwa zakończonego w 2007 ustalił datę śmierci na dni 2-7 sierpnia 1944”. Andrzej Krzysztof Kunert, Józef Szyrmer: Stefan Rowecki. Wspomnienia i notatki autobiograficzne 1906-1939. 58 Wspomnienia Zimy zwykle spędzał ojciec w Krakowie pod Baranami u Potockich, gdzie całe to środowisko przekazywało mu dyscyplinę nieomal ascetyczną, o której pisałem na wstępie. Mój ojciec chodził do gimnazjum w Chełmnie aż do matury, której jednak nigdy nie otrzymał skutkiem aresztowania po zdanej już maturze piśmiennej w Chełmnie i skazaniu w słynnym (w swoim czasie!) procesie filomatów w Toruniu w 1901 r.28 Jan Sierakowski [młodszy brat Stanisława - S. St.] został zwolniony z powodu młodego wieku, natomiast mój ojciec wraz z wieloma kolegami z miast pomorskich, skazany został na więzienie, co wówczas stanowiło „karalność” sądową - i odbierało prawo do matury i wyższych studiów... Naturalnie - jak to bywa - gorzej ucierpieli chłopcy ze skromnych rodzin pomorskich - choć i spośród nich wielu uzyskało wyższe wykształcenie w zaborze austriackim lub rosyjskim... Czy to Panu nie przypomina procesów naszych „bikiniarzy” w latach 40 - tych w Gdańsku - Bo skutki podobne... Mój ojciec - dzięki stosunkom ojca Adama został przyjęty wbrew przepisom na rolnictwo na Uniwersytecie Berlińskim - po czem kontynuował studia w Belgii. Rektor Uniwersytetu w Berlinie oświadczył, że jego zdaniem ten cały proces był aferą polityczną i w niczym nie przeszkadza studiom akademickim, ponieważ nie ma cech kryminalnych. Jest to charakterystyczne dla ówczesnych stosunków w państwie pruskim, siedziby HKT - y,29 gdzie jednak jeszcze istniały zasady praworządności, a rektor kimś kogo nie mogli politykowie przegłosować... Wszystkie te zasady obalił trzydzieści lat później hitleryzm, który uznał jedyną zasadę „Państwo przed Prawem a Partia przed Państwem”... Tymczasem później prawie wszyscy uczestnicy procesu zostali działaczami Polonii (było ich około 120), a wielu zapłaciło ostatecznie „cenę najwyższą” w czasie wojny. Jest coś niezmiernie podniosłego w idealizmie ludzkim - który wciąż istnieje na naszej ziemi pomimo materializmu, konsu-meryzmu i niezmiernie ciężkich doświadczeń, które niemal zmiotły naszą generację na ziemi warmińskiej i mazurskiej po 33 roku. „Reszta Polski” - dopiero spostrzegła te problemy za czasów Władysława Gomułki - za co należy mu podziękować... SKRZYWIONY NOS, WYPRAWY NA WELOCYPEDZIE I NIE TYLKO... Mój ojciec bardzo mało mówił o swojej młodości - choć musiała być dość burzliwa, sądząc po tern co wiem... Będąc na studiach uprawiał sporty związane z jego atletyczną „strukturą” - t.j. zapaśnictwo (tzw. walki wolno - rzymskie i klasyczne) i pływactwo (stylem klasycznym i nurkowanie). Wtenczas też miał kolejny wypadek, kiedy nurkując przez pomyłkę w płytkiej części basenu, doznał poważnej kontuzji i złamany nos pozostał na całe życie odrobinę skrzywiony. Poza tern oczywiście swoje ulubione polowania, jazdę konną i na tzw. „welocypedzie” - przy czem na tym ostatnim objechał całą Szwajcarię, co było nie lada wyczynem - jako że ten „rower” - na pełnych gumach i o masywnej stalowej ramie, przechowywany w niezbadanych przestrzeniach strychów waplewskich, było mi trudno podnieść 28 Towarzystwo Filomatów - organizacja założona przez młodzież gimnazjalną w Chełmnie ok. 1880 r.; miała na celu krzewienie patriotyzmu za pomocą nauki historii i literatury polskiej. 29 HKT - Hakata - potoczna nazwa niemieckiej organizacji nacjonalistycznej Deutscher Ostmarkenverein, założona w Poznaniu 1894 r. w celu germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim. Andrzej Sierakowski 59 oburącz. Poza tem wiem, że w tym okresie miał jakąś przeprawę sercową - o której jednak nigdy nie mówił - i wyjechał w świat, przypuszczam, że via Ukraina Biała Cerkiew do Persji przez Kaukaz - gdzie podróżował i polował, częściowo piechotą... Wreszcie wykonał swoje dwie ekspedycje do Afryki - jedną przez Egipt do Sudanu, a drugą przez Kenię do Abisynii (chyba via Mombasa). Pierwszą w towarzystwie p. Łempickiego, który jednak dobrze nie zapisał się w jego pamięci. Twierdził mój ojciec, że był najszczęśliwszy w życiu w czasie tych ekspedycji, które w niczem nie przypominały obecnego safari. Trzeba było jechać z całym sprzętem statkiem tygodniami, trzeba było zorganizować „karawanę”, przewodników, tragarzy i trzeba było w buszu iść piechotą, nieraz miesiącami, urządzać postoje, rozbijać namioty, dbać o zaopatrzenie. Zaopatrzenie całej ekspedycji opierało się na zwierzynie, która przede wszystkiem dostarczała żywności, poza trofeami - polowanie wtenczas stanowiło część trybu życia, nie tylko emocję, jak u Hemingwaya - a przede wszystkim uchronić się od malarii i śpiączki, które były głównymi problemami. To były czasy, kiedy „biały człowiek” miał jeszcze autorytet w tych krajach, kiedy chciwość i nienawiść jeszcze nie wytworzyły tej przepaści, która dzisiaj istnieje między białym a czarnym wszędzie poza - może Kenią - gdzie do dzisiaj żyje i pracuje jako „whitehunter”30 mój cioteczny brat Eustachy Sapieha. Z podróży tych przywiózł mój ojciec niezliczone „trofea” antylop (kudu, gnu), bawołów, trzy nosorożce - których łby zawsze straszyły nas w Waplewie, a „łapy” służyły za popielniczki ku obrzydzeniu mojej matki, krokodyle wypchane (z których jednego ostatecznie unieruchomił siekierą, siedząc na jego grzbiecie - jedynem podobno bezpiecznym miejscu na tym niezbyt zwrotnym płazie) - które wisiały na werandzie. Polowania te były jeszcze pełne romantyzmu i niebezpieczeństwa - jak np. szarża nosorożca, która wyrzuciła go w kolczaste krzaki, gdzie zawisnął, bez broni, podczas gdy ranny nosorożec (n.b. prawie ślepy) poszukiwał go przez czas dłuższy... Wszystkie te przeżycia, brak wody, spotkania z lwami stanowiły życie eksploratora, farmera, które wołał niż „ziemiaństwo” z jego problemami kredytowemi, socjalnemi i politycznemi... Potem już po ślubie (w 1910 r.) pojechał jeszcze do Indii, gdzie bywał jego ojciec, zwiedzać kraj i polować - przy czem w czasie polowania na jelenie raptem wyszedł na niego tygrys - którego trofeum w postaci ogromnego futra, kłów i pazurów wisiało do końca nad łóżkiem w jego pokoju w lewym skrzydle przy wjeździe w Waplewie i było ulubionym trofeum... Niestety wszystkie fotografie zrobione w czasie tych podróży przez ojca - będące na one czasy nowością - uległy zniszczeniu skutkiem upałów, które stopiły emulsję. Mama - naturalnie - nigdy nie nosiła naszyjnika z kłów tygrysa oprawnych w srebro - zwyczajem hinduskim. Poza tem mój ojciec dużo jeździł na polowania do swojego kuzyna Adama Bra-nickiego - do Montresoru (Loara - Francja), do Białej Cerkwi, Wilanowa etc. Najbardziej lubił ludzi prostych o humorze „sarmackim”- takich jak Marian Jaroszyński z Błudnik w Galicji, Stanisław Rey z Przesławia, który później odziedziczył po żonie Montresor - itp. LOSY RODZINY Brat Adama Branickiego, Władysław nb. umarł w młodym wieku na serce w czasie polowania w Waplewie, niedługo też umarł na serce w parku waplewskim mój dziadek Adam 30 Biały myśliwy 60 Wspomnienia (12.3.1912) i mój ojciec musiał przejąć zarząd majątkiem ze wszystkimi obowiązkami, które to pociągało... Jego młodszy brat Jan - zawsze bardzo słabego zdrowia, często przebywał we Francji, gdzie też musiał się udać po wybuchu wojny i aresztowaniu wraz z bratem przez władze niemieckie skutkiem jakichś podejrzeń politycznych - i nigdy już do domu nie wrócił - umarł w Nicei w 1920 r. - skutkiem trudnych warunków (będąc odciętym frontami od kraju) i przypuszczam, gruźlicy. Siostra ojca (starsza) Wanda wyszła za mąż za Edwarda Jaroszyńskiego i wyjechała do jego majątków na Ukrainie. Mąż jej zginął w czasie wojny, a ona wraz z dziećmi wyjechała w czasie zawieruchy rewolucyjnej 1917 r. do Polski centralnej - bez środków do życia i zdecydowała powrócić jeszcze w 1920 r., aby uratować jakieś kosztowności i pieniądze. W czasie powrotu została ujęta i jako „pomieszczyk”31, czy szpieg polski, rozstrzelana przez władze sowieckie, gdzieś niedaleko granicy. Wydaje mi się, że wczesna strata rodziny odegrała rolę w ustalaniu charakteru ojca, który był zasadniczo trochę fatalistyczny, zdecydowanie nie światowy, pesymistyczny choć pogodny i wyrozumiały, i wszystkie jego sympatie kierowały się do ludzi raczej prostych, dobrodusznych i o typie cokolwiek „sarmackim”... Było to - jak wiele innych cech - przeciwieństwem do jego żony, która niezmiernie energiczna, surowa w sądach (czasem nawet nadmiernie) lubiła dyrygować, być na czele, lubiła humor bardzo wyszukany i towarzystwo bardzo wyszukane, zarówno intelektualnie jak i pod względem pochodzenia i „milieu”32 jak i „zasad moralnych” - do tego stopnia, że nie bywała u niektórych osób, które mój ojciec lubił - skutkiem jakichś nie-regularności rodzinnych czy finansowych. Mówiło się, że ich „papiery są w nieporządku”... Dotyczyło to zarówno rozwodów, nieregularnych ślubów, nie płaconych długów, gier hazardowych czy nadużywania alkoholu - a nawet tzw. „słownika”... Mimo tego, jak i wielu innych różnic charakterów, przez całe życie nie widziałem ani jednej sprzeczki, czy ostrej wymiany słów między nimi - choć w takim stanie rzeczy okazji było co niemiara... Może grało tu rolę i to, że życie w ogromnym domu, z dużą liczbą „personelu”, każdy na innym piętrze i w innym „skrzydle” tworzyło zupełnie inny klimat. Najpoważniejsza wymówka - to było „Stasiu z!!!” - przy czem równocześnie gniewała się na nas dość często i w ogóle irytowała się łatwo. Zasadniczą zmianą w życiu ojca było przejęcie majątków i ślub (w 1910 r.), po czem przyszły na świat kolejno dzieci: w maju 1911 r. Teresa, która wyszła za Tadeusza Gniazdowskiego - przy czem oboje zginęli w tym samym więzieniu Selbstschutzu w Rypinie - co rodzice w 1939 r., w 1912 (listopad) Adam, który ożenił się, a następnie rozszedł z Heleną Czedekowską i zmarł w Londynie w 1964 r., w maju 1914 r. - Andrzej, który ożenił się z Zofią Herburt w 1940 - tym roku, po czem rozszedł się z nią i ożenił powtórnie z Wandą Serwatowską w 1980 r. - i jakimś cudem wciąż jeszcze żyje, Róża - w sierpniu 1915, która wyszła za Pierre Carton de Wiart w 1937 r. i zmarła w okolicy Rabatu w Maroko w 1949 r., Maria w lipcu 1917 r., która zmarła w kwietniu 1989 r. pośród swoich koni i przyjaciół w Tangerze w Maroku, Wanda w maju 1920 w czasie samego plebiscytu w Prusach, która zginęła w wypadku „konnym” w styczniu 1981 r. w Tamarze koło Rabatu i Jadwiga w maju 1924 r., która wyszła za mąż za Dominika Rey' a i mieszka w Luksemburgu i Montresorze we Francji. 31 Ziemianin 32 Czyli środowisko Andrzej Sierakowski 61 Wszystkie dzieci urodziły się w tym samym pokoju w Waplewie - po lewej stronie sieni wejściowej, gdzie były pokoje mojej Matki - przy udziale tego samego doktora Schnase, który leczył wszystkich mieszkańców wsi, od zawsze przyjeżdżając z „Kiszporka” (t.j. Chri-stburg czyli dzisiejszy Dzierzgoń) i który znał wszystkich z ojca na syna - a był jedynym Niemcem przyjmowanym „w domu”. Wszyscy inni Niemcy, łącznie z „Landratem”, oficerami w czasie manewrów etc. byli przyjmowani w „Kancelarii” Ślub ojca, który odbył się w Przeworsku z wielką fanfarą - oczywiście w strojach polskich, jak to wtenczas obowiązywało w domach ziemiańskich, odbył się już w okresie narastania konfliktów, z którymi miała się narodzić I i II wojna światowa, upadek imperiów, rewolucja październikowa - i te wszystkie przemiany we wszystkich dziedzinach, które powodują, że pisanie o tych czasach pachnie anachronizmem, trąci myszką i mnie samego wprowadza w zdumienie. Trzeba pamiętać, że ojciec blisko 30-letni i matka 25-letnia - ludzie bardzo dorośli na owe czasy byli wtenczas obiema nogami w XIX w. - „La Belle Epoque” Na fotografii ślubnej moja matka musiała stać na taburecie [taborecie] ukrytym pod długą suknią, aby zniwelować ogromną różnicę wzrostu, jako, że była o tyle drobna i cienkokoścista - jak ojciec był wysoki i potężnie zbudowany (fotografie osób, o których piszę znajdują się u mojej córki w Warszawie - i ja posiadam parę zdjęć zarówno ludzi jak domu przedwojennego, któremi Panu w razie potrzeby służę). Warszawa, 27 września 1990 rok Opracowanie i przypisy Sylwia Stankiewicz Andrzej hr. Sierakowski (po prawej) z kuzynem Lwem ks. Sapiehą, fot. Muzuem w Waplewie 62 Dziennik z 1878 roku Heinrich Dyck DZIENNIK Z 1878 ROKU1 Pamiętnikarz Heinrich Dyck był ostatnim właścicielem pięknej zagrody zwanej „Hauscam-pe” nad Szkarpawą. W rodzinnej kronice można przeczytać: przodek Jacob Dyck urodzony dnia 18.11.1743 r. mieszkał w Popowie i kupił w 1792 r. zagrodę wraz z ziemią zwaną” Hau-scampe” (Hauscampe znajdowało się na wschód od Rybiny, północny wschód od Tujska) dla swoich dzieci Jacoba (ur. w 1767 r.) oraz Anny (ur. w 1765 r.), żony Davida Bergmann. Istniejące gospodarstwo przekazał swojej córce. Dolną część ziemi otrzymał syn, który osiedlił się dopiero, gdy doprowadził ją do użyteczności. Zanim to zrobił mieszkał w międzyczasie w gospodarstwie siostry. Dzięki groblom, rowom oraz przepompowni odwodnił ziemię. Jako przepompownię zastosował pompę ślimakową, która była napędzana przez kołowrót koński, tak zwany Rosswerk. Słomiany dach chronił całą pompę przed niepogodą, później była zwana młynem końskim. Jacob ścinał drzewa, suszył je a następnie przeznaczał je na budynki. Tak powstało piękne gospodarstwo na czterech włókach, w którym rodzina Dyck żyła do 1912 roku. Ostatnim właścicielem był Heinrich Dyck. Uległ wypadkowi podczas nocnej jazdy wozem w roku 1912. Jego bratankowie i siostrzeńcy po jego śmierci sprzedali to śliczne, stare odziedziczone gospodarstwo, aby mieć większe zyski ze spadku. Heinrich Dyck urodzony 17.08.1850 r. był żonaty z Anną Wiebe urodzoną 18.06.1850 r, a zmarłą 24.01.1905 r. Małżeństwo pozostało bezdzietne. Heinrich Dyck był bratem Helene Dyck (19.06.1844 - 13.03.1910). Jej mąż Jacob Hamm (25.08.1837-7.08.1908) był właścicielem browaru i wytwórni octu w Nowym Dworze Gdańskim. *** 1 stycznia. Dzisiaj było mroźno. Ja, moja żona oraz szwagier Isaak Wiebe pojechaliśmy do kościoła, kazanie miał pan Esau. Po południu zawiozłem Isaaka saniami aż do A. Friesen do Vendie. Stąd musiał on iść dalej na pieszo, tak jak przybył. 2 stycznia. W nocy nie było mroźno, tylko - 4 stopnie. Przez cały dzień była piękna pogoda. Pojechałem z Erdmannem do Tujska (Tiegenort) i sprowadziłem rodzinie sanie od malarza Katta. Po południu rodzice pojechali do Hammsów, czyli do mojej siostry i jej męża w Nowym Dworze Gdańskim (Tiegenhof). 3 stycznia. Dzisiaj rano było 2 stopnie mrozu. Pogoda w ciągu dnia była piękna a wiatr południowo-zachodni. Przed południem śrutowałem jęczmień, a tato pojechał do Nowej Wsi (Neudorf). Po południu pojechaliśmy aż do Aalbroder aby zobaczyć, czy Wisła już zatrzymała się do Żuławek (Fuerstenwerder), tak jak się dowiedzieliśmy. 1 Dziennik otrzymaliśmy, za pośrednictwem naszego redakcyjnego kolegi Marka Stokowskiego, od Larsa Johanssona ze Szwecji. Heinrich Dyck był dalekim krewnym żony Larsa. Fragmenty pamiętnika, które publikujemy stanowią oryginalny dokument z życia menonitów na Żuławach w XIX wieku. 5 stycznia. Rano pojechałem z Isaakiem do Schulzów. Wszyscy czuli się dobrze. Moja siostra Emilia chciała już w niedzielę pojechać do kościoła. Przyszła też Johanna Wiebe, która chciała odwiedzić mamę. Schulz dał się namówić na wyjazd z nami. Gdy popołudniu wracaliśmy do domu, zasnąłem troszkę w pobliżu Żuławek. Wtedy rozerwał się powróz na dwie części. Jednak nic się nam nie stało i szczęśliwie wróciliśmy do domu, gdzie spotkaliśmy Wiebsów z Nowej Cerkwi (Neukirch). 11 stycznia. Pogoda nadal była nieprzyjemna, bardzo mroziło. Moja żona i ja pojechaliśmy do Wiebsów na urodziny szwagra. Tor saneczkowy był bardzo przeciętny, czasami widać było gołą ziemię. Na urodzinach byli: Johann Penner ze swoją żoną, a moją sio-strą, Gustav Schulz, Jacob Wiens oraz Isaak Wiebe i Bertha Annchen - rodzeństwo mojej zony. Byli także wujkowie Penner i Friessen ze swoją żoną, Gustav Bosker, Gerhard Ens, Rosenauer i nauczyciel Koesch. Wszyscy dobrze się bawiliśmy, aż do godziny pierwszej w nocy. Jacob Wiebe obchodził 30 urodziny. Ja założyłem się nawet z G. Schulzem o dziesięć butelek wina, że on w ciągu roku nie będzie grać w karty. 12 stycznia. Pojechaliśmy rano do Jacoba Dycka2 w odwiedziny. Wszyscy dobrze się czuli. Gdy wieczorem wróciliśmy do domu, byli u nas Gustav Schulz i Emilie. Jechali do Nowego Dworu Gdańskiego i wstąpili do nas. 2 Brat Heinricha Dycka (1841-1910). 64 Dziennik z 1878 roku 13 stycznia. Wiatr skierował się na południe. Troszkę było odwilży. Przyjechali Schulzowie. Po południu znowu do Nowego Dworu Gdańskiego. Tato i ja towarzyszyliśmy im w drodze. U Hammsów byli jeszcze, mój brat Johann Dyck z żoną Anną oraz Heinrich Wie-be i Johanna, moja siostra. Zatrzymaliśmy się do godziny szóstej. Gdy wróciłem do domu poszedłem zaraz do Marksa odebrać mamę. 19 stycznia. Znowu trochę mroziło, wiatr był północno-zachodni. Tato pojechał do Nowej Wsi. Po południu pojechałem z Annchen do domu. Isaaka nie było w domu, on wywiózł młodego ogiera. Wkrótce wrócił razem ze Schretterem i pojechali do Karstena na jego urodziny. Tego dnia sprzedali trzy konie za 600 marek. 21stycznia. Tato i ja pojechaliśmy do Nowego Dworu Gdańskiego na aukcję drewna. Tato kupił za 37 marek pięć funtów grubych desek. Wieczorem pojechaliśmy do Conradsa, gdzie już byli Penner, Wiebs, J. Wiebe, Friesens, Johannes Kroeker i jego żona. 21 stycznia. Rano pojechali J. Penners i J. Wiebe do Nowego Dworu Gdańskiego, ponieważ mieli termin. Pojechałem do Bocha i przywiozłem 10 kwintali węgla oraz ryby. Gdy wróciłem do domu, był u nas wujek Wiebe z Lubieszewa (Ladekopp). Po południu przyszli jeszcze do nas Johann Dyck z Conradsem. Zakonserwowaliśmy fasolę, było tylko 15 korców. 27 stycznia. Heinrich i Johanne pojechali zaraz po obiedzie do domu. Ja z Annchen pojechaliśmy do Johanna Wiebe do Żuławek. Wiebe sprzedał swojego czarnego wałacha za 700 marek w Fuerstenbergu. Ja i Johann Wiebe pojechaliśmy jeszcze do Czerwonego Dworu (Rothebude), gdzie spotkaliśmy Kartena, J. Schrettera i Isaaka. Wszyscy jeszcze pojechaliśmy do Claassena na pole. Nocą wróciliśmy do teściowej. 31 stycznia. Było bardzo mroźno, wiał wiatr z północy. Tato i ja pojechaliśmy do Grens-dorf (okolice dzisiejszej Osłonki i Płoniny - red.) do Classena. Na jego aukcji było wprawdzie dużo ludzi, ale bydło zostało sprzedane tanio. Po południu pojechałem trzema saniami do piaskowni po piasek. 2 lutego. Rano było 3 stopnie mrozu, wiatr był z północy. Tato pojechał rano w drogę-Gdy wrócił pojechałem do Heinricha Will i przywiozłem korzec białego grochu. Owies został ześrutowany, a pszenica oczyszczona. Druga locha oprosiła się i miała jedenaście prosiaczków, pierwsza miała osiem. 4 lutego. Pojechałem z mamą do Nowej Cerkwi. Ona tam została, ponieważ Johanna nie czuła się dobrze, żaliła się na bóle w podbrzuszu. Przywieziono także lekarza Neufelda, który musiał pozostać do rozwiązania. Tor saneczkowy na północy był dobry i dlatego pojechałem przez kanał do Nowej Kościelnicy (Neumunsterberg), a stamtąd normalną drogą przez Jeziernik (Schonsee) do Vorfluth (nazwa trudna do identyfikacji - prawdopodobnie kanał przeciwpowodziowy, często używany w okresie zimowym jako droga - red.), gdzie już tak dobrze się nie jechało. 5 lutego. Wiatr wiał bardziej w kierunku południowym. Była odwilż. Pojechałem do Tujska (Tiegenort), zawiozłem ser żółty 100 kilogramów po 21 marek, mieliśmy 302 kilogramy. Z powrotem przywiozłem 100 cegłówek od Dycka z Nowej Wsi. Wieczorem Heinrich Dyck 65 pojechałem do Bergensów aby dowiedzieć się czy Schoenhorster, Wiebs i Wiensen przybędą w czwartek albo w piątek. Oni pojechali do Goebin (prawdopodobnie dzisiejsza wieś Głobica - niem. Glabitsch, Glabitz koło Rybiny - red.), a Jacob musiałby wtedy pozostać sam w domu, ale był u E. Ringe. Pojechałem tam i graliśmy jeszcze do godziny siódmej w skata. Później wziąłem Jacoba i pojechaliśmy do domu. Tato pojechał z Conradem do Gdańska (Danzig). 8 lutego. Pojechałem na koniu Dunkelfuchs do Nowego Dworu Gdańskiego i odstawiłem wałacha do J. Goeritza, gdzie zaraz wypłacono mi 420 marek. U Hammsa wszyscy byli zdrowi. Lenchen dzisiaj pierwszy raz wstała. Wieczorem poszliśmy ja, moja żona i tato do Marksa na chrzest jego dziecka. Było wielu gości, tańczono i grano w karty, nawet pięć partyjek. 9 lutego. W nocy trochę mroziło. Poszedłem do Żuławek, niestety u Schulzów nikogo nie było. Ponieważ pojechali do Gdańska, tak więc odwiedziłem Wiebe, gdzie pozostałem do obiadu. Później poszliśmy do Pennersów. Do nich też przyszedł Isaak. Dyskutowaliśmy dużo o koncercie w Czerwonej Budzie (prawdopodobnie karczma „Roter Strumpf” niedaleko miejscowości Płonina - red.). Wszyscy byli zdrowi. 10 lutego. Pojechałem z żoną do kościoła. Kazanie miał pan Warkentins. Na organach grał młody Esau. Dzisiaj grał bardzo dobrze. Po południu pojechał tato do Nowej Wsi i dowiedział się, że pani Dyck była bardzo chora. 12 lutego. Pojechałem z żoną do Bogatki (Reichenberg) do B. Jechaliśmy przez Żuławki do Szewców (Schusterkrug), potem przez Wisłę drogą letnią aż do Rybiny (Fischerbabke). U nas byli Dyckowie z Hegenwald (wieś między Powabną a Marzęcinem - red.). Tego dnia była piękna pogoda, chociaż było trochę mroźno. 13 lutego. Rano było 7 stopni mrozu, wiał wiatr z południa. Tato pojechał przed południem do Sztutowa. Po południu przyszli do nas Dyckowie, mieszkający w Marynowach. Wieczorem poszedłem do H. Willa. 15 lutego. Tato pojechał rano do Sztutowa i kupił od Hinsa drewno na pale, które wieczorem zostało sprowadzone. Ścięto pięć olch, ich pnie zostały pocięte. Wiatr wiał z połu- 66 Dziennik z 1878 roku dnia, była spora odwilż. Wieczorem poszedłem do H. Willego i zapłaciłem 65 marek za ziarno owsa oraz groch. Jeden korzec owsa kosztował 3 marki 25 fenigów. Kupiłem 20 korców owsa oraz jeden korzec grochu za 7 marek. Stąd poszedłem do mistrza Goerina. Grałem z nim oraz z Julisem Will i Pauelsem w solo. Więcej nas nie było. 18 lutego. Pojechałem z siedmioma końmi do Drewnicy, ponieważ miały być zarekwirowane przez starostę i podporucznika. Gdy minęło zarekwirowanie, wysłałem konie do domu i pojechałem do Żuławek, najpierw do mamy a potem do Schulzenów. Wracając zatrzymałem się jeszcze u Jahna, gdzie spotkałem Pennera i Pohlmanna. Graliśmy jeszcze w karty w grę Schafkopf. Dopiero o 11 godzinie pojechałem konno do domu. Tato pojechał do Nowej Cerkwi odebrać mamę. Pogoda była dobra, wszystko topniało. 20 lutego. Pogoda była taka sama jak wcześniej .Oczyściliśmy koniczynę. Poszliśmy wszyscy do Pipersów, gdzie było sporo towarzystwa. Tańczyliśmy do muzyki granej na pianinie, zagraliśmy też w karty, cztery partyjki. Wróciliśmy dopiero o drugiej godzinie. 23 lutego. Była taka odwilż, że lód zaczął się łamać a po południu zaczął się podnosić poziom wody. Lód zatarasował wieczorem gospodarstwo. Woda była tak wysoka, że wały zewnętrzne znalazły się pod nią. Pojechałem z prosiakami do Rybiny i chciałem je przewieźć przez Wisłę, ponieważ Jacob z Izbisk powinien je odebrać. Niestety, nie wyszło. Znowu w ciągu dnia była cięta sieczka. 25 lutego. Wiatr skierował się na południe. Bardzo padał deszcz. Przeznaczyłem 9 marek na nasiona kwiatów, także odczepiłem wszystkim koniom podkowy. Pod wieczór poszedłem do mistrza Goeringa. Tam dowiedziałem się, że u A. Regehr w Chłodniewie spłonął dom, spichlerz oraz chlew zostały, ale całe bydło spłonęło, oprócz konia. Spłonął również biedny Cornelsen, który tam był. Po tamtej stronie musieli z końmi jechać w sprawie zarekwirowania. Prawie cały dzień ciąłem sieczkę. 26 lutego. Lód zaczął podchodzić, mimo niskiego poziomu wody. Wieczorem przyszedł pan Wiebe. Wiatr skierował się na północ. Pogoda była piękna. 5 marca. Ostatki. Pogoda była wyjątkowo pochmurna. Robotnicy musieli oczyścić trzcinę i stogi siana. Tato poszedł do Conradsów. Dzisiaj wzięli ślub Eduard Gnoyko i Augusta Duwensee. Pojechali końmi do naczelnika urzędu, a po kościele pojechali nad wodę. 9 marca. Wiał wiatr z północy, trochę padał śnieg. Po południu pojechałem konno do Nowej Cerkwi, gdzie było dość zimno, ale mimo to drogę miałem dobrą. W Niedźwiedzicy spotkałem P. Wiensa, który wybierał się do parowego młyna. Zatrzymałem się u Petersa w gospodarstwie i wypiłem dwie szklaneczki grogu. Gdy tam byłem, przyszedł z Gniazdowa Gustav Wiebe z dwiema małymi dziewczynkami Augustą i Minchen. Świętowaliśmy przy szklaneczce grogu 22 urodziny Johanny. 10 marca. W nocy bardzo mroziło, ale w dzień była piękna pogoda. Heinrich i ja poszliśmy rano zobaczyć królewskie ogiery. Jeden był czarnym, bardzo pięknym i lekkim koniem, a drugi był ciemnobrązowym silnym koniem. Zaraz po południu pojechałem konno do domu. Wstąpiłem też do Pennersa na kawę. Heinrich Dyck 67 16 marca. Rano pojechałem do Rybiny, dowiedzieć się, czy można przepłynąć promem. Okazało się, że tak. Pojechaliśmy wraz z żoną do mamy na urodziny. Było kilka osób na uroczystości, między innymi: Penners, Gustav Schulz, Jacob Wiebs i Johann Wiebe. Graliśmy w karty, w solo. Tego wieczoru oźrebiła się klacz Gwiazda (Stern), jej źrebię było ciemnobrązowe bez znaków szczególnych. 20 marca. Rano oźrebiła się klacz Peggy, która czuła się już dobrze. Jej źrebię było jasno brązowe z białą tylną nogą. Oczekując na gości, Annchen prawie zemdlała. Niechcący strąciła narożną półkę i tak ją to przestraszyło, że zrobiła się blada. Ale na szczęście ani z Annchen, ani z półką nic się nie stało. Do nas przyszli H. Wills, Piepers, Lemons, Foths, Marxen, Glodds, Conrads, Penners, Olschefski, Pan Wiebe ijulius Classen. Odwiedziny były bardzo miłe i trwały do godziny pierwszej. 22 marca. Była piękna pogoda. Johan Dyck i Gustav przyjechali do nas konno (Gustav na ogierze). Krowa imieniem Bohn była mleczna, miała czarne cielę, które chcieli Penner-sowie w Żuławkach. Wieczorem chciałem świętować urodziny cesarza, ale nie wyszło. Gdy poszedłem do knajpy Goeringa miałem nadzieję spotkać towarzystwo, lecz nikt nie przyszedł. Wypiłem dwa grogi i poszedłem wkrótce do domu. 24 marca. Nocą zdechł źrebak klaczy Peggy. Zapaliła się też chata w pobliżu Warkentin-sa. Wieczorem rodzice Annchen i ja poszliśmy do Markensów, gdzie oprócz nas byli jeszcze Gloddsowie, pan Wiebe i Foth. Graliśmy w solo pięć partyjek. 28 marca. Popłynąłem łódką do Szwedersa i odebrałem Helenę, która przypłynęła parowcem z Gdańska. Gdy wieczorem graliśmy w karty usłyszeliśmy krzyk „pożar”. Miesz- Grńśs aus Ostsecbad Stephen, Wpr. Fuhrhałter Weiss 68 Dziennik z 1878 roku kańcy Tujska bardzo bali się widząc wielką lunę ognia w pobliżu ich miejscowości. Właśnie paliła się zagroda pani Rahn w Chłodniewie, gdzie spłonęło całe jej bydło oprócz konia. 10 kwietnia. Razem z Timmem sialiśmy pszenicę jarą, która dwa dni wcześniej została oczyszczona, było jej 10 korców. Pszenicę posialiśmy na polu z tyłu oraz na dwóch morgach przy młynie (Rossmuehle). Odwiozłem moją szwagierkę Marie i wziąłem z domu Penner-sów jeden korzec ziemniaków oraz dwa i pół korca jęczmienia. 13 kwietnia. Znowu była piękna pogoda. Przed południem słuchaliśmy kazanie. Razem z Annchen poszliśmy do ogrodu na spacer. Po południu popłynęli rodzice łódką do Nowej Wsi. Pod wieczór przyszedł Holger Grindemann i zamówił dwa korce pszenicy jarej na siew. 4 maja. Johann Wiebe, Penner i ja popłynęliśmy parowcem do Gdańska. Wstąpiliśmy do Dethlaffa aby zjeść u niego śniadanie i poszliśmy na wystawę sprzętu rolniczego na Wyspie Spichrzów. Wystawę można było już z daleka zauważyć poprzez stojące pługi. Zanim weszliśmy na plac, trzeba było kupić bilet, który za jednorazowe wejście kosztował półtora marki, a za cały czas trwania wystawy trzy marki. Gdy byliśmy wewnątrz poszliśmy najpierw zobaczyć maszyny parowe, potem obejrzeliśmy wiele rolniczych sprzętów, jak na przykład: grabie, maszyny do koszenia, maszyny do robienia sieczki oraz do oczyszczania ziarna, młyny do robienia śrutu, cylindry do oddzielania plew od zboża, wiele rodzajów pługów, bron. Potem poszliśmy zobaczyć pięć stajni dla koni, gdzie mogło też być bydło. Później zobaczyliśmy obory dla bydła rogatego. W pierwszej był ogromny byk i tak samo duża krowa, oboje rasy czerwonej. One też otrzymały pierwszą nagrodę, złoto. W pozostałych stajniach były do porównania różne rodzaje bydła. Potem zobaczyliśmy stajnie dla owiec i świń. Na końcu była jeszcze hala z różnym sprzętem. Nocowaliśmy u Dethlaffa. 14 maja. Od wczoraj rozwozimy nawóz na pola, bo przy pięknej pogodzie bez problemu możemy ziemię nawozić. Tato pojechał do Sztutowa na zebranie z powodu ustalenia urzędu rejonowego dla nas. Mieszkańcy Sztutowa chcieliby mieć nas w swoim rejonie. Wieczorem tato pojechał jeszcze do Nowinek. 22 maja. Urodziny taty. Pojechałem do Nowinek przywiozłem mieszane pieczywo. Przyszli do nas: Wiebowie z Nowej Cerkwi, Heinrich Wiebe , Gustav Wiebe, Gustav Schulz z żoną i Selmą, szwagier Isaak, Berta, Gretchen i Maria, J. Penners z Emilią, Hugo i Elise, Behrends z Heleną, Johann Dyck z panną Kliewer oraz jeszcze wiele innych osób. Przyjechały też dorożką dzieci Hinterfelda. Tego dnia mieliśmy jeszcze pogrzeb małego Paula Dyck. 24 maja. Wieczorem oźrebiła się klacz Weissfuss, jej źrebię było jasnobrązowe z białą gwiazdą i z prawą białą tylną nogą. 4 czerwca. Razem z tatą pojechaliśmy do Nowego Dworu Gdańskiego. Gustav Schulz kupił osiem wołów za 240 marek, potem oddał mi 600 marek. Heinrich Wiebe z Nowej Cerkwi był również w Nowym Dworze, ponieważ przybył na spotkanie stowarzyszenia przeciw pożarowego, bo był w ochronie przeciwpożarowej. Spotkałem też swojego szwagra Isaaka, który jechał na młodym ogierze. Pod wieczór odwiedził nas Marks ze swoją żoną. Tego dnia nawoziliśmy jeszcze łąkę, którą przeoraliśmy dwoma lemieszami. Pogoda do go- Heinrich Dyck 69 dżiny trzeciej była bardzo piękna, bardzo nam pasowała, bo było sucho i mogliśmy zrobić dużo na polu. Potem jednak zaczęło padać. 9 czerwca. Zielone Świątki. Pojechaliśmy wszyscy do kościoła. Było bardzo dużo ludzi, kazanie miał pan Friesen. Po południu mieliśmy gości. 10 czerwca. Pogoda była deszczowa. Odwiedzili nas Heinrich Wiebs z Nowej Cerkwi, Johann Penners i Gustav Schulzen, Johann Dyck i Hamm. Wieczorem była burza i padało. W nocy jednak była tak mocna burza, że wszyscy musieliśmy wstać. 11 czerwca. Annchen i ja pojechaliśmy rano do Nowej Cerkwi, gdzie pozostaliśmy do obiadu. Po południu razem z Heinrichem Wiebs pojechaliśmy do cioci Warkentin. Gdy wróciliśmy, przeszliśmy wokół pola, aby zobaczyć czy burza nie wyrządziła większych szkód w uprawach rzepaku i zbóż. Jednak wszystko dobrze rosło. 13 czerwca. Dzisiaj zebrał się kongres w Berlinie. Byliśmy na weselu Charlotte z panem Reinholdem Kling u Goertza. Uroczystość była bardzo udana, jedynie nie dopisała pogoda. Padał mocny deszcz i było burzowo. Wróciliśmy do domu o drugiej. 15 czerwca. W nocy bardzo padało, ale rano pogoda była bardzo piękna. Było tez bardzo gorąco, mieliśmy 25 stopni ciepła. Majster Duwensee był u nas i naprawił płot, oraz umieścił Próg w stajni u krów. Inni robotnicy oczyścili odpływ. Potem ja z Annchen pojechaliśmy na urodziny Pennersa do Żuławek. Tam było dużo gości. Po południu zaczęło bardzo padać, grzmieć i się błyskać. Piorun uderzył w pobliżu pani Leppe i prawie wszystko stanęło w ogniu z wyjątkiem spichlerza. 22 czerwca. Wszyscy pojechaliśmy do kościoła. Była Wieczerza, czyli Komunia Droga była zła, wozem zarzucało. Pogoda była piękna, było ciepło. Annchen nie czuła się dobrze, żaliła się na znużenie i przemęczenie. 25 czerwca. Pogoda znowu była piękna. Witt i Timm musieli skosić trawę na siano. Pa-penfoth i Schulz musieli wyciąć łopuchy z koniczyny. Erdmann musiał zabronowac ugór i zaraz go skopać. 26 czerwca. Tato i ja pojechaliśmy do Nowego Dworu Gdańskiego a stamtąd do Lubie-szowa do naszego kuzyna Johanna Dycka, który pojechał na jarmark do Nowego Stawu. Wrócił dopiero na obiad. Nasze zboże dobrze rosło, tylko buraki były jeszcze małe i pełne zielska. 30 czerwca. Razem z tatą pojechaliśmy do Nowego Dworu Gdańskiego i stamtąd przyprowadziliśmy nowy wóz, który oddaliśmy do pomalowania do Katta wTujsku. Wieczorem poszliśmy z Annchen do Conradsów. 12 lipca. Isaak właśnie skosił rzepak, gdy krowy zostały popędzone z góry na dók Po Południu poszedłem z Isaakiem do Schulzena, jednak on wyjechał. Graliśmy z ^Woelfaem W solo. Po południu znowu bardzo padało. Gdy wróciliśmy do domu, byli u nas Schulzen, Jacob Dyck, L. Penners i Hamms. Niestety zaraz pojechali. 70 Dziennik z 1878 roku 13 lipca. Przez cały dzień padał deszcz. Tato poszedł do Neuenlicht ( lub Neulicht, na północ od Tujska, przy ujściu Tugi do Szkarpawy - red.), gdzie spotkali się członkowie spółdzielni przewozu. Ja ześrutowałem 10 korców jęczmienia. Pracownicy musieli ściąć dwie wierzby, które przez wiatr zostały połamane. 17 lipca. Robotnicy musieli skosić rzepak, jedynie Schulz musiał doprowadzić ugór do porządku. Przybył murarz Ens z dwoma synami, aby przestawić piec i podmurować go. Po południu pojechałem do Driedgera po 200 cegieł, 25 szamotóweki 15 kostek brukowych. Gdy wróciłem byli u nas mój szwagier Isaak i Gretchen. Wszyscy pojechaliśmy do Conrad-sa, gdzie już byli Johann Wiebs, Jacob Dyck i Hamms. Herrmann Hamms wrócił z nami do domu i trochę u nas został. 28 lipca. Były urodziny mamy. Przyjechali w odwiedziny: Peter Wiebs z dziećmi z Nowego Stawu (Neuteichsdorf), Heinrich Wiebs z Nowej Cerkwi, Gustav Wiebe i Mariechen z Gniazdowa (Schoenhorst), Johann Penners z Emilią, Hugo i Louisa z Żuławek, Isaak, Bertha, Gretchen i Mariechen, Hamms z dziećmi (oprócz Herrmanna), stara pani Hamm, Jacob Dycks z Izbisk oraz Conrads. Pogoda była bardzo piękna, było ciepło. 30 lipca. U Lemona zostały przeprowadzone wybory do niemieckiego parlamentu (Reichstag). Pełniłem funkcję protokolanta. Oddano 12 głosów na Albrecht’a Sucemina i 8 głosów na starostę Granatzkyego. Pogoda była piękna. Przed nieszporami przywieziono rzepak. Heinrich Dyck 71 31 lipca. U Schulzów pochowano małą Emmę. Rodzice i Annchen pojechali na pogrzeb. Przywieziono znowu rzepak. Wysłano 70 i pół korca rzepaku do Piepera. 14 sierpnia. Otrzymaliśmy wiadomość, że umarł mały Gustav w Nowej Cerkwi. Tato pojechał do Nowego Dworu Gdańskiego, gdzie w Niemieckim Domu odbyło się duże zebranie z powodu uregulowania Wisły. Zasiałem rzepak na trzech morgach. 18 sierpnia. Pojechałem do Nowego Dworu Gdańskiego na „święto śpiewu”. Pogoda nie była zbytnio dobra, ponieważ często padał deszcz. 25 sierpnia. Tato, Annchen i ja pojechaliśmy do Jacoba Wiebsa w Jazowie (Einlage). Wiebs dał mi odsetki za 12600 marek od 4 procentów na trzy lata do dnia pierwszego lipca 1879 roku. U niego jeszcze byli: Isaak, Tinchen, Gredchen, Marie i Johann Wiebs. Usłyszeliśmy również o tym, że Abraham Dyck z Izbisk sprzedał swoją zagrodę Johannowi Karsten z Żuławek za 82500 marek. Wieczorem zaczęło padać. 1 września. Pogoda była dobra, dopiero pod wieczór zaczął padać deszcz. Wszyscy przyjechali na zaręczyny Gredchen Conrad i Hermanna Friesena. Niestety zaręczyny były bardzo ciche, nikt nie wznosił toastów na rzecz młodych. Ponieważ się dowiedzieliśmy, że zapaliła się nasza chałupa. Na początku myślałem, że to wszystko u nas płonęło, ale tak nie było. Ludzie bardzo mało uratowali. Papenfoth uratował łóżka, skrzynię, kozy i świnie, wszystko pozostałe spłonęło. Timm uratował tylko łóżka, kozy i prosiaka, świnie i wszystko inne spłonęło. Stammom spłonęły prawie wszystkie rzeczy oprócz łóżek. Tej nocy zostałem regentem od pożaru, czyli zarządzającym w imieniu poszkodowanych. 2 września. Zaraz po śniadaniu posprzątaliśmy pogorzelisko, byłem znowu regentem. Stammowie poszli do domu Pieperów, Timm do Drefkesa, Witt do naszej stodoły, Papen-foths do naszego domu. Semon przyjął innych pogorzelców. Riedler tutaj tez był i wynajęliśmy u niego chałupę. 6 września. Popłynęliśmy parowcem do Gdańska razem z Joh. Wiebsem i Schulzenem. Wieczorem byliśmy u Pennersów. 11 września. Pojechałem trzema wozami do Nowego Dworu Gdańskiego aby przywieźć trzcinę od Schlaga. Niestety tam nie było trzciny, lecz w Brzózkach (Broeske) u einn-cha Suchau. 13 września. Pojechałem do Nowego Dworu Gdańskiego i przywiozłem Schengera oraz dwie amerykańskie słoniny. Kilogram słoniny kosztował 45 fenigow. Po południu przysz do nas narzeczeni Hermann Friesen i Gredchen Conrad, oraz starzy Fnesenowie ze Stobiec (Stobbendorf), Conrads Wiebs z Nowej Cerkwi. Pogoda była piękna. 19 września. Zaraz z rana zostały położone krokwie. Robotnicy zaczęli ścinać krzaki. Pojechałem z Wittem do młyna po mąkę. Potem pojechaliśmy do Piepera i przywieźliśmy 10 korców ziarna żyta, które zaraz zasialiśmy na zewnętrznych walach. Piepers kupił u na jednoroczniaka za 222 marki. Pod wieczór przyszedł majster Riedler i dokonał przeglądu bud owy. 72 Dziennik z 1878 roku 22 września. Mama, Annchen i ja pojechaliśmy do kościoła. Kazanie miał pan Friesen. Było ono dla pana Werkentinsa, który dostał udaru mózgu. Na organach grał najmłodszy Esau. Pod wieczór poszliśmy z Annchen na plac budowy i obejrzeliśmy wszystko. Wracając zobaczyliśmy jeszcze rzeźne bydło oraz rzepak. 29 września. Papenfoth wziął konie oraz wóz i pojechał do Stegny (Steegen) po ziemniaki. Po południu odwiedzili nas Schulzenowie. Pod wieczór pojechałem z Annchen do Lemonsów na wielkie święto a jednocześnie zaszczyt dla jego dwóch córek. Były tego dnia konfirmowane. 31 września. W nocy była bardzo mocna burza z gradem. Po południu przyszli do nas Dycks i Hagewald. Robotnicy pojechali drabiniastym wozem na jarmark. Timm musiał zrywać jabłka. 5 października. Poszedłem do Bergensa i zapytałem o trzcinę. Gdy wróciłem, przyjechał wóz drabiniasty z Nowej Cerkwi i przywieziono mi pianino oraz baldachim. Po nieszporach wysłałem 459 kilogramów sera żółtego do Martina Wedhorna. 100 kilo sera kosztowało 24 marki. Otrzymałem od razu pieniądze. Ze sobą przywiozłem 90 kostek brukowych. 14 października. Robotnicy musieli wyrywać buraki, trwało to do godziny trzeciej. Za-szlachtowaliśmy woła, ważył 554 kilogramów. Lens przyszedł i zrobił podwójny mały żłób. 21 października. Wysłaliśmy trzy wozy po torf. Na każdym wozie był jeden sążeń torfu, który kosztował 6 marek. Rano padało, ale wieczorem było pięknie. 24 października. Wymłóciliśmy jęczmień. Annchen i ja pojechaliśmy do teściowej. Po drodze wstąpiliśmy do Goertza aby zapłacić 4,5 marki za przejazd pary młodych. Wracając zatrzymaliśmy się u Pennersów, bo tam było spore towarzystwo. 27 października. Ja i Annchen pojechaliśmy do Nowej Cerkwi, byli tam: para młodych Marie Wiebs z Gniazdowa i Hermann Harder z Pornau, oraz Schulzen, BWiens, Wiebs z Schwenhorst, Willems z Pornau i Klings. Graliśmy w karty, dwie partyjki. 30 października. Rano pojechałem do Nowego Dworu Gdańskiego i przywiozłem mąkę z młyna parowego. Mąka z 4 korców pszenicy ważyła 312 kg. Sama pszenica ważyła w jednym korcu 80 kg, czyli mąki było 12 kg mniej. U Hammsów wszyscy byli zdrowi. Pogoda była piękna, chociaż było zimno. Nocą już mroziło. 31 października. Ześrutowałem 6 korców jęczmienia. Padał deszcz i było zimno. Pojechałem z Annchen do teściowej na świniobicie. 1 listopada. Dzisiaj było u mamy świniobicie. Nam pomogli Posnauer i pani Johanna Wiebe. Wieczorem przyszło wielu mężczyzn na świeże mięso, czyli świeżynkę. 6 listopada. Przyprowadziliśmy dwie krowy i jednego byka. Duża krasula i byk powinni być utuczeni. Zmieliłem 6 korców żyta. Robotnicy musieli zrobić wędzonki. W nocy mroziło, dzień był piękny. 7 listopada. Robotnicy musieli ściąć trzcinę. Rano upiekliśmy chleb, 19 sztuk. Wszystko przygotowaliśmy na świniobicie. Penners z Żuławek przyszedł zabić świnie. Pogoda była bardzo piękna. Heinrich Dyck 73 8 listopada. Zaszlachtowaliśmy sześć świń, dwie ważyły od 370 do 380 kg. Pomagał nam też Gerhard Conrad. Maszyna do kiełbasy znowu się zepsuła. Wieczorem byli jeszcze u nas Conrad i pan Wilke. 9 listopada. Papenfoth pojechał z serem żółtym do Neunhchte, gdzie Martin Wedhorn odebrał ser. Były 23 sztuki sera i ważyły 402 kg. Wziął też ze sobą 5 korców jęczmienia. Po południu oczyściliśmy 13 i pół korców owsa oraz półtora korca siemienia lnianego. Półtora korca siemienia ważyło 140 kg. 11 listopada. Po południu zostali opłaceni robotnicy. Odeszli tylko chłopak do pomocy i kucharka. Inni pozostali a pod wieczór przyszedł nowy chłopak do służby - Jacob Broselgin. 21 listopada. Zabiliśmy 43 gęsie. Nie były zbytnio ciężkie, ponieważ ważyły razem 337 kilogramów. Każda z nich ważyła troszkę mniej niż 8 kg. Gęsie otrzymał szyper Sawatzki. Pogoda była bardzo piękna. 26 listopada. Cięliśmy słomę na sieczkę. Pogoda była bardzo piękna. Przed południem przyszli do nas panowie Pieper i Erdmann oraz Selke, który pożyczył od taty 100 talarów. 27 listopada. Zostało usunięte siano a słomę dano na obornik, potem oczyszczono odpływ ścieków i zakopano śmieci. Oczyszczono też rynnę na dachu. Odwiedzili nas o godzi nie 10 Isaak, Bertha, Gredchen i Marie a o jedenastej Hamms z Alfredem. Tato poszedł do Schulzena. 29 listopada. Rano powiesiliśmy w kominie słoninę i szynkę. Po południu pojechaliśmy do teściowej, do Żuławek. Zostaliśmy tam na noc. 5 grudnia. Otrzymałem list od Johanna Dycka z Izbisk. Poprosił mnie o pomoc w świ-niobiciu, które ma być w poniedziałek. Annchen otrzymała również list, ale od Tinnchen. Przez cały dzień młóciliśmy, pod wieczór daliśmy słomę na obornik. Tato sprzedał byka za 285 marek Dinkelowi z Gdańska, którego przysłał do nas Lutgar. 17 grudnia. Były 4 stopnie mrozu. Wisła była tak mocno skuta lodem, że można było przez nią przechodzić. Annchen otrzymała list od szwagra Isaaka. Poinformował on o swoich poważnych zamiarach wobec Marie. Ich zaręczyny będą dopiero wiosną, ponieważ Isa-ak musi mieć uregulowaną służbę wojskową. 19 grudnia. Rano poszedłem do Nowego Dworu Gdańskiego. Lód nie był tak mocny, u Hammsów wszyscy byli zdrowi. Gdy wróciłem, usłyszałem, ze utopił się Friedrich Goer z. 22 grudnia. Trochę mroziło. Rodzice i ja poszliśmy do Bergensa na urodziny. Wielu mężczyzn było na łyżwach. Od Gustava Wiebe dowiedzieliśmy się o tym, ze mieszkańcy Nowej Cerkwi czują się dobrze na łyżwach. 25 grudnia, pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Rano znowu było 5 stopni mrozm Po południu wysłałem do Goertzen choinkę. Wieczorem rodzice, Wiebsowie i ja poszliśmy do Conradsa. 31 grudnia. Poszedłem rano na śluzę a stamtąd do Cornelisa czesne. Penner chciał pojechać po południu do Jazowa i do Izbisk. Do południa młóciliśmy 74 Dziennik z 1878 roku jęczmień. Po południu przyniosłem z komina słoninę i szynkę, oczyściłem wóz. W nocy padał deszcz. Po drugiej stronie Wisły szło wielu noworocznych śpiewaków (kolędników). Niestety żaden do nas nie przyszedł. HERB RODOWY RODZINY DYCK Nazwisko Dyck ma pochodzenie holenderskie. Było pisane van den Dyck albo op den Dyck, co właściwie znaczyło „v om Deich” (z grobli) albo „auf dem Deich” (na grobli). Z tego wynikaj że przodkowie Bartoldusa czy Johanna mieszkali na grobli. Istnienie rodowego nazwiska rodziny Dyck jest potwierdzone herbem od 13'23 roku. Herb przedstawia na trzy części podzieloną tarczę w kolorach niebieski - czerwony - niebieski, na niej jest sześć srebrnych lilii. Na szyszaku jest długie srebrne strusie pióro. Łuski szyszaka są niebiesko-srebrne. Niebieskie pióro oznacza wierność i trwałość, czerwone symbołizuje żądzę aby zasłużyć się ojczyźnie. Lilie są symbolami cnoty i pobożności. Pawie pióro oznacz rozkwit wiary. Niebiesko-srebrne łuski szyszaka są znakiem czujności. Rodzina Dyckpochodzi z Wesel, gdzie Bartoldus stał się członkiem mieszczaństwa w 1323 roku. Nazwisko Dyck często pojawiało się w radzie, czy też przy tworzeniu z podmokłych terenów dobrej ziemi. Wszyscy przodkowie noszący nazwiska Dyck, Dyk, Duck i Dieck pochodzą z Holandii. Są wyznania menonickiego. Podczas panowania polskiego pisownia nazwiska była często zniekształcona. Pisarz Tołstoj miał podobny herb jak Dyckowie. Tłumaczenie Małgorzata Rysicka Maria Antonina Łobocka 75 Maria Antonina Łobocka SENTYMENTALNE PODRÓŻE Z MENONITAMI Z KATARZYNĄ CZAYKOWSKĄ, PRZEWODNICZKĄ I PODRÓŻNICZKĄ ROZMAWIA MARIA ANTONINA ŁOBOCKA Zapewne nie raz słyszeli państwo o menonitach na Żuławach. Zapewne też nie raz historia tych owianych tajemnicą ludzi; rozpaliła wyobraźnię. Większość z nas tylko podziwia ocalone dziedzictwo tych przybyszów z Niderlandów; niektórzy biorą udział w ich corocznym; żuławskim zjeździe, ale są i tacy, którzy z nimi spędzają bardzo wiele czasu. Taką osobą jest Katarzyna Czaykowska, przewodniczka i podróżniczka, która, oprowadzając wielu menonitów po Żuławach, poznała ich i zaprzyjaźniła się z nimi. - Pani rodzina zobaczyła cały świat. Proszę opowiedzieć o swoich przodkach. - Katarzyna Czaykowska - Część rodziny kręciła się wokół Gdańska od XVII wieku. Przybyli tu z okolic Berdyczowa i Kamieńca. Chyba za czasów Jaremy Wiśniowieckiego. Część służyła u niego, Katarzyna Czaykowska przy steli menonickiejjot. M.A. Łobocka a część wręcz przeciwnie - u Chmielnic- — ulłwi w u* -------- 1 • 1 kiego, bo obligowały ich do tego jakieś dalekie więzy krwi. Był też jakiś rozrabiaka spod Kamieńca Podolskiego - kogoś zabił, czy komuś coś obciął, różnie o tym mówią źródła rodzinne. Dość na tym, że uciekając z rodzinnych włości jeden z przodków zatrzymał się dopiero koło Mątowów. Tata byl kapitanem Żeglugi Wielkiej, która wtedy naprawdę była wielka, więc całe dzieciństwo (od 3 roku życia) spędziłam z nim na statku, w rejsach. Istniała bowiem realna o a-Wa, że kiedyś mogłabym nie zostać wypuszczona z kraju do rodziców. Czasy były wtedy przecież inne. A więc pies, żółw, parasolka mojej matki, moja matka i ja - podróżowaliśmy 76 Sentymentalne podróże z menonitami po morzach. I jakoś szczęśliwie trudne chwile, jakie panowały wtedy w Polsce znałam tylko z opowieści i krótkich pobytów w polskich portach. Potem osiedliśmy w Nigerii, i tam mieszkaliśmy do 1978 roku, uzyskując przy tym tamtejsze obywatelstwo, jako że mieliśmy już do Polski nie wracać. - Kiedy i dlaczego sprowadziła się Pani do Polski? - Papieżem został Polak, a że rodzina mojej matki związana była z Krakowem od zawsze, więc nazwisko Wojtyła było mojej mamie znane. A poza tym - oboje rodzice w czasie wojny walczyli w AK, i chyba tęsknili za Polską, no i mieli nadzieję, że coś się tu zmieni na lepsze. - Pani praca to zarazem pasja. Po jakich terenach oprowadza Pani wycieczki i które z tych miejsc są Pani ulubionymi? - Malbork, wiadomo - bo wiadomy zamek. Toruń, bo - nie wiem..., po prostu tak i już, bo lubię. Gdańsk, bo to moje miasto i tu się urodziłam. Warmińsko-Mazurskie - bo uwielbiam Świętą Warmię i szlak Kopernika, po którym kiedyś wiele lat temu wlókł mnie ojciec, Frombork, bo wyjątkowy. Lidzbark Warmiński, Orneta i Reszel i... zabraknie miejsca. Generalnie ulubiony kierunek to Prusy Wschodnie, no i Żuławy - Kiedy zainteresowała się Pani tematyką żuławską? -Ja się z tym urodziłam. Mój ojciec, jak tylko przyjeżdżaliśmy do Europy, zabierał mnie jeśli nie na Żuławy, to do Holandii. - Czy często zajmuje się Pani organizacją wycieczek po Żuławach? ^nnonia mennisten Wykład dla Stowarzyszenia Kochamy Żuławy, fot. I. Pawlicki Maria Antonina Łobocka 77 - Baaardzo! - Kogo Pani najczęściej oprowadza? - To bardzo różnorodne środowisko, od szkol po profesorów, od historyków po archeologów, matematyków, etc. To Polacy, Szwedzi, Norwegowie, Amerykanie, w tym meno-nici (ja piszę i mówię o nich używając dużej litery z racji szacunku), Holendrzy, Anglicy, Japończycy, którzy mi kiedyś niemal przewrócili autokar jak zobaczyli żuławskie boćki. - Proszę opowiedzieć o wycieczkach z menonitami. - Pani Bergmann była moją pierwszą menonitką i do końca życia ją zapamiętam. Żyje jeszcze i pisuje do mnie (musi być teraz starsza od żółwia). Tu wszyscy nazywali się Claasen, Klassen, Wiebe i Wiens, więc jak mi napisała nazwiska, jakie były w jej rodzinie, to miałam wrażenie, że nagle otwiera się przede mną otchłań. Nie znałam jeszcze wtedy menonitów i nie miałam więc do kogo napisać po pomoc. Nie miałam dostępu do spisów menonickich i nie było jeszcze tak pełnej ich bazy w necie, jak dzisiaj. Zaczęłam jeździć po cmentarzach. Od zawsze to cmentarze były pierwszym, często najlepszym źródłem informacji. Tak trafiłam do Markus. Żałuję, że wtedy nie miałam aparatu, więc nie mogłam robić od razu dokumentacji z opisem, jak to robię teraz. Mogłam polegać na kartce papieru i ołówku. No i wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o menonitach. Przekopałam tony publikacji trafiłam na książkę profesora Kizika i orzekłam, że czeka mnie pracowite życie. Teraz to już nie nerwy - jak przy tej pierwszej wyprawie w przeszłość, a przyjemność. Tym bardziej, że wielu z moich gości wraca - by zwiedzać to, czego na przykład nie zdążyli zobaczyć rok, czy parę lat wcześniej. Teraz często nawet się przekrzykujemy w trasie, uważając, że każde z nas ma rację. No, bo skoro znamy się od paru lat, i od paru lat jeździmy po tych terenach, to każde z nas uważa się za eksperta. Często kończy się to utknięciem autokaru, czy busa w błocie. Ale nikt do nikogo nie ma pretensji, bo ci ludzie mają niebywałe poczucie humoru. O tym też się nie wspomina, mówiąc o menonitach. Cenią sobie naturalność, szczerość i koleżeńskość. Więc czasem, kiedy nie wiem, gdzie jechać, bo i tak bywa, po prostu zbieramy się na naradę. To są wyjątkowe grupy. Ładuję przy nich akumulatory psychiczne. Mogę mieć rozmazany makijaż, pogniecioną spódnicę, popłakać się na cmentarzu podczas modlitwy, i nikogo to nie dziwi, ot, widać mam taki nastrój. Ale też autokar często rozbrzmiewa salwami śmiechu, kiedy wspominamy niektóre nasze poprzednie wyprawy... - Czy do wycieczek z menonitami musi się Pani przygotowywać w jakiś szczególny sposób? - Przygotowanie do wycieczki to z reguły objazd, dokumentacja fotograficzna, sprawdzenie w archiwum, czy jest jakiś ślad w dokumentach, czasem warto porozmawiać z gre mium piwnym przed sklepem, a często ze sklepowymi. Jak już mi ręce opadają, piszę do znajomych w Leeuwarden. Religijne wskazówki często są też ważne. Grobow dalej szukam czasem z - a częściej - bez powodzenia. W poszukiwaniach pomaga systematyczność i dokładne dokumentowanie cmentarzy, a raczej tego, co po nich pozostało, często tez tzw. zasięganie języka u krewnych moich turystów czy nawet wśród dawnych mieszkańców tych samych wsi, czy sąsiednich gospodarstw. Tak było w przypadku grobu babci pewnej pani, 78 Sentymentalne podróże z menonitami pochodzącej z Żuław. Owa babcia zginęła w wypadku - przygnieciona przez powóz, którym jechała do domu (na trasie od Lasowic Wielkich do Pielicy). Powóz zjechał do rowu, i babcia właśnie wtedy zginęła... Długo traktowałam tę opowieść jako ubarwienie żuławskiej historii rodziny dodane przez moją turystkę. Dopiero po latach usłyszałam o tym wypadku od kogoś zupełnie innego, z kim przemierzałam Żuławy na piechotę. Przygotowuję też trasy pod kątem dojazdów, tak by gdzieś nie utknąć autokarem w chaszczach. Plan też warto napisać, co najpierw a co na koniec, żeby się nie kręcić w kółko. Tak kiedyś szukałam cmentarza w Barcicach. Nie wiedząc wtedy jeszcze, że są tam dwa! I mimo, że jeżdżę tam już od co najmniej 10 lat, za każdym razem ich szukam. Genealogię żuławskich rodzin można znaleźć w Archiwum Państwowym w Malborku. Panie które tam pracują powinny dostać Nobla z dziedziny cierpliwości... W zasadzie - teraz wystarczy mi, jak ktoś poda nazwę wsi, z której pochodzi (pod warunkiem, że to nie wieś na Ukrainie, bo podczas migracji przenosili także nazwy i to bywa mylące - pytam wtedy o okolicę i łatwiej się zorientować czy to tu, czy tam). Nazwa wsi wystarczy, bo przecież wtedy wiadomo jaka gmina wyznaniowa. I nie ma problemu ze znalezieniem cmentarza. Mam świetne wspomnienia związane z poszukiwaniami. Jak to ze wspomnianych wcześniej Markus, gdzie wójt przerwał spotkanie gminne, po to by ze mną porozmawiać. Pokazał mi trasę na cmentarz. Wyszedł przed budynek gminy żeby wskazać szukany przeze mnie dom (chcia-łam znaleźć dom Quiringów). No i dostałam cenną wskazówkę: Nie skręca Pani koło krzyża, tylko koło mleczarni, tam nie można się zgubić... Kiedy tę samą cysternę z mlekiem minęłam Maria Antonina Łobocka 79 po raz czwarty, udawałam, że ja tu tylko sprzątam. W końcu zapytałam chłopaka koszącego trawę, którędy na cmentarz, a ten spokojnie odparł, że już czwarty raz tędy przejeżdżam, a cmentarz jest tuż za domem. Hasło: Tu nie można się zgubić towarzyszy mi do dziś. -Jakie są Pani kontakty z menonitami? - Z reguły oprowadzam Waterlanderów, ale często też Flamandów Flamandowie są bardziej ostrożni w zawieraniu przyjaźni, ale za to nigdy jeszcze nie odmówili pomocy. Potrafią przekopać archiwa, tylko dlatego, że ja potrzebuję jakiejś nawet mało istotnej wiadomości. Fryzowie są gościnni i serdeczni i z nimi mogę jeździć na koniec świata. Kiedy dowiedzieli się że zbieram cegły - przywieźli mi - cudną dużą gotycką, chyba ukradzioną skądś, bo nie pamiętam, by na trasie była jakaś sterta cegieł, wołałam nie dociekać. To właśnie we Fryzji mieszkałam w domu jednego z nich, traktowana jak członek rodziny. Właśnie do mnie dotarło, że tak jak wycieczki z Anglikami są w okowach etykiety imperialnej, tak z menonitami wszystko jest bez zadęcia. Biorą świat jakim jest, bez krytyki i bez wielkich oczekiwań. - Jakie historie związane z żuławskimi wycieczkami zapadły Pani najbardziej w pamięci? - Kuzyn pani B. w Lasowicach spotkał kolegę, z którym bawił się przed wojną. Dwóch dziadków, chylących się ku ziemi, padło sobie w ramiona i zniknęły w domu polskiego (?) dziadka. Jak w końcu z niego wychynęli, obaj byli po sporej dawce miodówki i juz me przygniatała ich starość, ale za to halsowali w takt jakiejś przyśpiewki z dzieciństwa. Spotkałam też na swojej drodze pana Wiebe (Rudy Wiebe, znany w Stanach autor książek), potomka niejakiego Adama Wiebe z Harlingen, któremu Gdańsk zawdzięczał kolejkę linową - tę kubełkową na Biskupią Górkę w XVII wiek. Są też spokrewnieni z inżynierem Eduardem Wiebe ze Stalewa, któremu zawdzięczamy w Gdańsku kanalizację. Udało mi się znaleźć dom pewnej pani, która urodziła się na Drugim Trifcie (czyli w okolicach dzisiejszego Adamowa). Tu pomógł mi czysty przypadek i moje zamiłowanie do map. Kiedy przeglądałam mapę Żuław, zauważyłam, że budynki zaznaczone odpowiadają tym z jej mapy sprzed wojny. Chciałam jechać sama, żeby sprawdzić - by nie wzbudzać niepotrzebnyc nadziei. Ale owa pani chciała jechać ze mną. Chęć wyjazdu zgłosił tez jej mąz oraz starszy gminy. A do tego nasz nieoceniony holenderski Menonita, który jest wzorem wszelkich cnót chrześcijańskich i który akurat wtedy towarzyszył naszemu autokarowi swoim samochodem. I tak pojechaliśmy owym samochodem w nieznane, bo ja także jechałam am po raz pierwszy. Przepadliśmy na długie godziny, krążąc po chaszczach i tnftach. Ale do znaleźliśmy. To znaczy samego domu już nie było, ale stodoła stała i nawet ule byty, i jabłonie i pozostałość parku przydomowego. Innym razem w Kąciku znalazłam stodołę gospodarstwa, w którym urodził się jeden z członków mojej grupy. Dom niestety sum sęspald parę lat temu... Ale pan ów, przeszczęśliwy, stwierdził, że teraz spokojnie może umrzeć, bo zobaczył swoją ojcowiznę. Nawet na szczycie budynku są do dziś inicjały jego ojca. W grupie miałam też panią z rodziny słynnych Kroegerów “ ^^^rztióTk rów. Mieszkali w Leśnowie (Reimerswalde), to taki obecnie c y a na dopiero - koło Cyganka, ale tego przy trasie nr 7. Produkcję zegarów na dobre rozpoczęli dopiero 80 Sentymentalne podróże z menonitami po wyjeździe z Prus do Rosji. I takich chwil jest całe mnóstwo. Może faktycznie powinnam zacząć to spisywać? Tym bardziej, że niektóre są wyjątkowo wzruszające, jak to związane ze Stawcem... To prawda! Jeździłam po Żuławach z rodziną B.Pani B. była w wieku - delikatnie mówiąc - słusznym (nawet bardzo słusznym, aż dziwiłam się, że przyleciała tutaj z drugiego końca świata). Pan B. - kuzyn (w wieku podobnym), oraz troje dzieci pani B. w wieku mniej więcej moim. Wszyscy menonici jak się patrzy - więc naszym terenem eksploracji były Żuławy Wielkie: Jeziernik, Lubieszewo, Orłowo, no i oczywiście Stawiec, a także Lasowice Wielkie... Jako że jechaliśmy od Gdańska, pierwszy postój wypad! w Stawcu. Pani B. koniecznie chciała zobaczyć cmentarz, bo był to ich gminny cmentarz. Jej rodzina należała do gminy fryzyjskiej (aczkolwiek obie gminy flamandzka i fryzyjska żyły obok siebie) w Orłowskim Polu. Z Jeziernika rodzina przeniosła się do Lubieszewa. I pani B. pamiętała tę wieś jako swoje miejsce szczęśliwe. Dom dziadków stoi do dziś, tak jak i dom siodlarza. Aczkolwiek ten ostatni dożywa chyba swoich dni. Dom, gdzie pani B. się urodziła i wychowała nie istnieje, po zawierusze 1945 roku (a może tuż po niej). Pozostał po nim tylko terp, czereśnia, i dwa zdziczałe już krzaki bzu, oznaczające, gdzie była kiedyś weranda domu. Na cmentarz - pięknie wykoszony i zarośnięty niezapominajkami (podróżowaliśmy w maju) weszliśmy wszyscy. Oni z nadzieją, ja ze sceptycyzmem. W końcu wszyscy wiemy doskonale jak były (a w wielu wypadkach nadal są) traktowane „obce” cmentarze. Byłam przekonana, że jedyne, co znajdzie pani B. to wspomnienie z rodzinnych pogrzebów w dzieciństwie. Cmentarz menonicki w Barcicach, fot. K. Czaykowska Maria Antonina Łobocka 81 Ale jako że padło nazwisko dziadków, nadstawiłam uszu.. Na dźwięk jednego z najpopularniejszych nazwisk menonickich coś mi zadźwięczało w pamięci. Bez przekonania skierowałam się ku południowej części cmentarza ku paru stelom, stojącym w grupie. Bez przekonania także zawołałam całe towarzystwo. Nazwisko popularne, byłam przekonana, że jak to często bywa, powiedzą, że to nie ci. A tymczasem, idąc w moim kierunku, pani B. zapytała, czy jest tam Catharina z domu E. No i tak właśnie stoi napisane na nagrobku. Pani B. podbiegła niczym młódka, spojrzała na stelę, dotknęła jej z niedowierzaniem, po czym nagle zażądała tabletek na serce. Jej syn pędem pognał do samochodu, wróciwszy z całą saszetką medykamentów, trzęsącymi się rękoma podał matce to, co niezbędne. Pani B. przysiadła na ułomku nagrobka w sąsiedztwie steli. I zamilkła na długa chwilę wpatrując się w tę odnalezioną stelę. Kiedy podeszliśmy bliżej, nie chcąc mącić jej spokoju, ujrzeliśmy, ze płacze. I tak ten dzień zapamiętałam: bezgłośny płacz starej kobiety siedzącej na kamieniu, błękit niezapominajek dokoła, majowa zieleń liści prześwietlona słońcem, kosy szalejące w konarach, pszczoły „grające” w kwiatach. I cisza... Bo żadne z nas nie miało odwagi się odezwać. Po chwili pani B. wstała (nie bez naszej pomocy) i orzekła, ze właśnie zamknęła rozdział swojego życia. Znalazła grób swoich pra... - Czy te kontakt z menonitami wpłynął na Pani życie? - Z menonitami jestem od czasu, kiedy wiele lat temu spotkałam profesora Klassena. Jestem z nimi w takim sensie, że jak już mnie poznali, to dostaję od nich często ca e sto rie rodzinne, łącznie ze sprawami wstydliwymi (jak choćby udział w II wojnie światowej), łatwiej też mi pytać o to, czego nie wiedziałam, a o co nie odważyłabym się zapytać e yś. Teraz biorę udział w ich nabożeństwach i dostępuję też zaszczytu przemawiania podczas porannych nabożeństw. To dla nie-menonity jest nie lada wyróżnieniem. Zosta am też za proszona jako jedyny nie-menonita na konferencję do Leeuwarden z odczytem o Żuławach i o historii anabaptystów w Rzeczypospolitej. Menonici nauczyli mnie dystansu do ludzi i do problemów, dali mi w pewnym sensie swoistą odporność na me zawsze przyjazne otoczenie. A poza tym nauczyli mnie systematyczności - choćby w poszukiwaniach genea o-gicznych, no i zmobilizowali w końcu do pisania blogów. -Jakie jest Pani ulubione miejsce na Żuławach? - Każde i o każdej porze roku. - Za co kocha Pani Żuławy? - Za to że są! -Jakie są Pani marzenia? - Hm... Właściwie to moje marzenia spełniają się, jeśli tylko mam ciekawą grupę_Bo nie tylko menonici mi powierzają rodzinne sprawy, ale często jeżdżę do dawnych Prus Wschodnich z ludźmi, którzy stamtąd pochodzą. Moje marzenia więc się wlasciw e p spełniły - robię to, co lubię i na dodatek jeszcze mi za to płacą. Czasem nie wiem, kto ma Miększą frajdę, moje grupy czy ja. Dziękuję za rozmowę. 82 Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka Andrzej Kasperek JERZY BANDER - ŻYWOT URLOPOWANEGO NIEBOSZCZYKA Oto wersety z Najnowszego Testamentu. W nim sześć milionów kart zwęglonych, a w ocalałych przegląda się od lat czerwony świecznik pożaru. Jerzy Ficowski, List do Marc Chagalla I znowu ten Holokaust, znowu ci Żydzi - westchnie ktoś z czytelników. Ileż można? Już starczy! A może zastąpmy słowo „Żydzi” słowem „ludzie” i okaże się, że mówimy ciągle i zawsze o krańcowym doświadczeniu człowieczeństwa. Bo czy czytając biblijną Księgę Hioba myślimy o Żydzie czy o człowieku? O naszym bliźnim poddanym próbie straszliwej. Hiob żali się: „Przeczżem w żywocie nie umarł, albo, gdym z żywota wyszedł, czemum nie zginął? Przeczże mię piastowano na kolanach? a przeczżem ssał piersi?” (Hi 3, 11-12)' Srogo próbowany przez Boga zaczął myśleć, że lepiej byłoby się nie urodzić, niż znosić razy, których okrucieństwa nie mógł w żaden sposób zrozumieć. Jerzy Bander, bohater tej historii, pewnie mógłby te słowa powtórzyć. Tylko jedno się nie zgadza, on nie ssał piersi swej matki, nigdy go nie pogłaskała po głowie, nie przytuliła, poza chwilą porodu nie widziała go wcale. Ona tylko nosiła go przez dziewięć miesięcy pod sercem. I tu mogła by pojawić się wzruszająca opowieść o matczynej miłości, o ojcu niecierpliwie czekającym, kiedy pierworodny pojawi się na tym świecie. Można by jeszcze dodać dziadków wyglądających wnuka. Ale to wszystko nieprawda a może nie cała prawda. Było tak... Rodzice Jurka - Rozalia z domu Thun i Ludwik Bander pobrali się we Lwowie w marcu 1936 roku, ślubu udzielił im rabin Synagogi Postępowej dr Jecheskiel Lewin2. Żyło im się bardzo dobrze. Ojciec Rozalii, Józef Leib Thun, był kupcem i właścicielem wielu nieruchomości w śródmieściu Lwowa. Jego córki skończyły konserwatorium, ale nie pracowały, bo nie musiały. Ludwik Bander ukończył Wydział Matematyczno-Filozoficzny Uniwersytetu Jana Kazimierza i w rodzinnym Samborze pracował jako nauczyciel. Patrzę na zdjęcia rodziców Jureczka wykonane w 12 sierpnia 1939 roku. Za niecałe trzy tygodnie wybuchnie wojna i ten świat, który jest im tak łaskawy, skończy się bezpowrotnie. 1 Tłumaczenie wg: Biblia Gdańska. 2 Więcej informacji o rabinie Lewinie można znaleźć w książce: Kurt L. Lewin Przeżyłem: Saga Świętego Jura spisana w roku 1946 przez syna rabina Lwowa, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2006. Jacy są piękni oboje. Ona zachwyca dojrzałą urodą, a on wygląda jak hollywoodzki amant. Porównywano go do amerykańskiego aktora Roberta Taylora. Rzeczywiście przystojniak był z niego. Albo inne zdjęcie - siedzą na ławce w Parku Stryjskim we Lwowie w 1935 roku. Oboje bardzo eleganccy, płaszcze, szaliki; pewnie fotografia była wykonana wczesną wiosną, bo Rozalia daje Ludwikowi bukiet narcyzów do wąchania. Ludwik znany był jako lokalny playboy - elegancja, maniery; grał na pianinie popularne tanga, strzelał z „flowera, pomykał po wąskich uliczkach na swoim motocyklu DKW Król życia, ale jednocześnie członek KPP, czyli Komunistycznej Partii Polski, choć był to raczej salonowy komunista. Ale w młodości niezły był z niego kawalarz. Jako właściciel śrutówki wyspecjalizował się w strzelaniu do nocników; te porcelanowe naczynia nocne gospodynie rano wystawiały na balkon, żeby je później uprzątnąć. Celny strzał sprawiał, że było co sprzątać, kobiety wpadały w wściekłość i biegły na skargę do rabina, ale złośliwy Ludwik się nie przejmował, bo do synagogi nie chodził. Dopiero ostra reprymenda matki skłoniła go do zaniechania tego Niecnego procederu. Sambor leży w połowie drogi z Sanoka do Lwowa. Przed II wojną światową liczył około 30 tysięcy mieszkańców, z czego połowę stanowili Polacy, a po jednej czwartej Zyzi i u sini (tak wtedy zwano Ukraińców). Z tego miasta pochodził, znany kiedyś krytyk literac , Artur Sandauer. Wspomina w tomie Proza, że miasto dzieliło się na trzy części: „siedlisko żydowskiej nędzy i ciemnoty - Blich”3, Targowicę i Rynek - „dzielnicę kultury i polszczymy” Rodzina Banderów mieszkała na Rynku. Gdy 22 czerwca 1941 r. Niemcy zaatakowały Związek Sowiecki w Galicji Wschodniej żyło przeszło pól miliona Żydów. Lwów, Drohobycz, Borysław, Sambor były miejscowo- Artur Sandauer, Proza Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974. 84 Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka Ojciec Jerzego Bandera na swoim motocyklu DKW w 1937r, fot. archiwum rodzinne ściami o dużej a czasem bardzo dużej ilości ludności wyznania mojżeszo-wego (w niektórych miasteczkach na Kresach sięgała ona nawet 90 procent populacji). Od początku okupacji hitlerowskiej rozpoczęła się planowa zagłada. Galicyjskich Żydów zapędzono do gett, wywożono do obozów koncentracyjnych, które były już wtedy obozami śmierci, mordowano. Sandauer napisał opowiadanie Odejście narodu. Ten tytuł jest symboliczny - świat sztetli, drewnianych synagog i sklepów cynamonowych odszedł na zawsze. Dlaczego Rozalia i Ludwik zdecydowali się wtedy na dziecko? A może wcale się nie zdecydowali? Może tak wyszło, może wcześniej o tym nie my-śleli, cieszyli się z życia a lata leciały... Dziecko w środku wojny, w czasie Holokaustu, co to za pomysł? Z sześciu milionów zamordowanych Żydów pół- tora miliona to dzieci. W jerozolimskim Yad Vashem poświęcono im pomnik - to ciemna sala rozświetlona świecami, których płomyki pomnożone są przez system luster tak, że przypomina to rozgwieżdżone sklepienie niebieskie. Monotonny głos odczytuje imiona, narodowość, wiek. Apel poległych, który nigdy się nie kończy. Wstrząsający efekt uzyskany najprostszymi środkami. Wśród tych imion nie ma jednego - Jureczek Bander przeżył, choć miał mniej niż jeden procent szans na ocalenie. W posłowiu do Pianisty Władysława Szpilmana niemiecki pieśniarz Wolf Biermann napisał: „Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się historią Holokaustu i zna, czy to z literatury, czy z rodzinnych opowiadań historie ludzi ocalonych, wyczuje, że każdy, komu udało się wyrwać z tego piekła, jest czymś w rodzaju cynicznego dowodu na istnienie Boga. Z pewnością uratowanie się z pogromu jest cudem, a każdy z tych ocalonych jest przede wszystkim urlopowanym nieboszczykiem, zjawą w ludzkim ciele. Potrzeba było niezwykłego zbiegu szczęśliwych okoliczności i niewiarygodnych wręcz przypadków, aby ktoś, kto już tkwił w tym morderczym aparacie, mógł się z niego wyrwać”4. Cud wydarzył się w połowie sierpnia 1942 roku, kiedy w gestapowskim więzieniu w Samborze Rozalia Bander „porodziła syna”. Dlaczego przypomniał mi się fragment kolędy? Bo nędza tego narodzenia przypomina mi tamto sprzed dwóch tysięcy lat, o którym śpiewamy: „W nędznej szopie urodzony...” Wcale nie chcę porównywać tych porodów, ale próbuję sobie wyobrazić to zdarzenie sprzed przeszło siedemdziesięciu lat. Ciężarna kobieta leży na 4 Wolf Biermann, Posłowie [w:] Władysław Szpilman Pianista, Znak, Kraków 2002. Andrzej Kasperek 85 sienniku, czuje bóle, więźniarki próbują jej pomóc, odbierają poród. I tu powinna nastąpić scena, którą znamy z filmu, literatury czy rodzinnych opowieści - odcięcie pępowiny, obmycie dziecka, podanie go matce, przytulenie przez rodzicielkę, ulga położnicy szczęśliwej, że wszystko się udało. A później dziecko spokojne, bo czuje zapamiętany z dziewięciu miesięcy ciąży rytm serca matki, zasypia a kiedy się obudzi poszuka piersi i zacznie ssać. Tak powinno być, ale było inaczej. Strażnik wyniósł zakrwawionego niemowlaka i cisnął go do sąsiedniej celi, w której było dwadzieścia żydowskich kobiet i ośmioletnia dziewczynka. Kobiety wytarły go do sucha czym popadło, zawinęły w płaszczyk dziewczynki i ułożyły w kącie celi. Otulony noworodek zasnął spokojnie. Dlaczego matka Jurka Bandera znalazła się w więzieniu? Dlaczego uwięziono tam ośmioletnią dziewczynkę? Czym zawiniły? Odpowiedź jest prosta w ru bryce „powód zatrzymania” wystarczyło wpisać: JUDE. Bycie Żydem było wystarczającym wytłumaczeniem. Kobiety z celi zostały wkrótce wywiezione do obozów koncentracyjnych, gdzie pewnie zginęły, dziewczynka została wykupiona przez swego ojca, matkę chłopca zamordowano, ojciec chłopca uciekl z ciężarówki wiozącej go z innymi Żydami na rozstrzelame, a chłopczyk został wyniesiony z więzienia. Strażnik dostał złoty pierścionek i w ten sposó pa radoksalnie dopełnił się żydowski obrzęd pidyon haben, czyli „wykupienie pierworodnego syna”, czyli ceremonia, podczas której ojciec wykupuje swojego syna, trzydzieści dni po narodzinach, dając kohenowi (kapłańskiemu potomkowi Aarona) pięć srebrnych monet. Osesek trafił do getta w Samborze, gdzie przebywał do czerwca 1943 roku a potem zna-' joma ojca, pani Maria Wachulka, która była sekretarką w szkole, gdzie uczył Bander senior i ponoć podkochiwala się w przystojnym nauczycielu, ukryła go w swym omu. e zl®c głośno płakało i sąsiedzi kazali pani Marii coś z tym zrobić, bo bali się, że hitlerowcy za arę wszystkich wymordują. I ta dobra kobieta podrzuciła go do sierocińca sióstr Franciszkane Rodziny Maryi. Czy to jest „cyniczny dowód na istnienie Boga”? A może to skrzydła Arno a Stróża były szeroko rozpostarte? Jerzyk miał przecież więcej szczęścia niz inne sambors e dzieci, które Niemcy kazali rodzicom ułożyć na środku placu a potem rozbili ich główki o mur. A działo się to w czasie tzw. Trzeciej Akcji. A wszystko to po to, by można by o na mapie Galicji przy nazwie Sambor wpisać JUDENFREI, czyli „wolny od Zydow. A jak wytłumaczyć, że uciekający Ludwik Bander wpadl do pewnego mieszkania i na oczach córki gospodarzy ukrył się pod łóżkiem, za nim po chwili wparował ukrainskipo-licjant a wtedy dziewczyna usiadła spokojnie na łozku a przy jej nogac P° “7 ' ki wilczur, który wyszczerzył kły na widok obcego. A policjant dał sobie spoko, odstąpił od rewizji. A znowuż ta mała dziewczynka, której płaszczyk dal ciepło i sch™n1^ . mowlakowi, wpadła wraz z rodzicami w łapy gestapo i kiedy gestapowiec H rodziców d; więzienia jej ojcu puściły nerwy i powiedział, żeby go tu ~ nie ma już siły uciekać i ukrywać się. I kiedy zrozumiał, że przecież z mms, zomu co rka, strzał, krzyk, nowy strzał... I została sama na sw ' $ r , • nnnieWaż na h bawiąceU dzZi. „Podchodziła do tego obiektu dwukrotnie i cofała się, ponieważ 86 Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka dziedzińcu i w budynku gospodarczym przebywali Niemcy. Do przełożonej siostry Celiny Kędzierskiej powiedziała: »Siostro, bądź moją matką, nie mam już rodziców«. I pozostała pod troskliwą opieką sióstr, które ukrywały w sierocińcu, wśród dzieci polskich, dziesięcioro dzieci żydowskich i kilkoro niemowlaków oraz troje dzieci cygańskich, chociaż w części zabudowań sierocińca, kwaterowali Niemcy”5. Warunki w sierocińcu były bardzo trudne, brakowało jedzenia, lekarstw, wszystkiego. Chłopiec był niedożywiony, miał krzywicę, przeszedł zapalenie ucha środkowego i opon mózgowych. Kiedy weszła Armia Czerwona ojciec zabrał synka z sierocińca ale lekarze nie dawali małemu szans na przeżycie. Banderowie wrócili do Polski i senior ożenił się powtórnie, tym razem z katoliczką. Małżonkowie postanowili, że Jurek nigdy nie dowie się prawdy o swoim pochodzeniu. Co więcej - cała rodzina, stryjek, dziadkowie - została zobowiązana, żeby chłopcu nic nie mówić o jego korzeniach. To miała być tajemnica na zawsze. W dzieciństwie malec wiele czasu spędzał u dziadków w Tarnowie, gdzie chodził do kościoła i uczył się czytać na przedwojennych rocznikach pisma „Rycerz Niepokalanej”, które uważa się dziś za antysemickie. Później nie miał okazji do rozwoju życia religijnego, bo ojciec był członkiem PZPR i dyrektorem technikum. I tak żył sobie Jerzy Bander spokojnie i w miarę dostatnio, skończył studia na Wydziale Elektrycznym i Automatyki Politechniki Śląskiej. Okres studencki był czasem używania życia - zimowe pobyty w Zakopanem, gdzie jazda na nartach nie była główną atrakcją, bo dla „złotej młodzieży” ważniejsze były noce. Upojne w sensie przenośnym i dosłownym. Dziś jest co wspominać: „Wstyd się przyznać, że każdy nasz dzień zaczynał się potwornym kacem, na który jedynym lekarstwem było piwo u Kmicica - starsi ludzie jeszcze pamiętają ten lokal. Zamawiało się u kelnerki stolik piwa -musiała postawić na stoliku tyle butelek ile się zmieściło [...] Piwo Żywiec i papierosy - to było nasze śniadanie i obiad. Ale nikt nie głodował, bo w państwowej, jak wszystko gastronomii, obowiązywał przepis, że nie wolno podawać wódki bez zakąski”6. Takich wspomnień jest więcej - były wczasy w Krynicy i plażowanie w Sopocie z Bobkiem Kobielą. Całkiem nieźle jak na przaśną i siermiężną Polskę z czasów Władysława Gomułki. „Złota młodzież - grzmi motłoch na partyjnych zebraniach - jak ona tam złota, niedobitki z okupacji, cudem uratowani - polskie i żydowskie dzieci. W naszych papierach pisze jak wół: pochodzenie inteligencja pracująca - przesrane na całego. Za sześć lat będzie marzec 1968, połowa chłopaków i dziewczyn rozleci się po świecie”7. Ale co tam wydarzenia marcowe. Dlaczego miałoby go to dotykać? Przecież nie był Żydem, ożenił się, przyszły na świat dzieci - córka Kasia i syn Adam. Namawiany przez rodzinę wziął katolicki ślub. Było trochę problemów, bo nie można było znaleźć metryki chrztu, ale uczynni świadkowie zaświadczyli, że ochrzczono go w Samborze. Wiadomo, była wojna, dokumenty poginęły. Kilka lat po studiach zamieszkał w Kętach niedaleko Oświęcimia, gdzie pracował jako konstruktor a później kierownik Pracowni Automatyki, projektującej urządzenia dla hut, w tym tej najważniejszej - Huty Katowice, dumy PRL-u. Był aktyw- 5 Siostra Teresa Antonietta Frącek RM, Ratowały, choć za to groziła śmierć [w:] http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/ ratowaly-choc-za-to-grozila-smierc/ 6 Jerzy Bander, Rodzinny brydż w Zakopanem-, opowiadanie z tomu My ocaleni i inne opowiadania, Wydawnictwo Książkowe IBiS, Warszawa 2011. 7 Z opowiadania Na Kowno. Andrzej Kasperek 87 nym członkiem pierwszej Solidarności, uczestnikiem strajku generalnego ówczesnego województwa bielskiego w lutym 1981 r. a w stanie wojennym chodził do kościoła na msze za ojczyznę. Nastał czas pogrzebów, odchodzili bliscy. W październiku 1987 r. pojechał do Krakowa na pogrzeb ukochanej stryjenki Janiny Bander. Była doktorem historii po Uniwersytecie Jagiellońskim, uczyła języków obcych na Politechnice Krakowskiej. W 1939 r. uciekła wraz z mężem na Wschód, trafiła na Sybir, ale przeżyła. I to ona, do końca życia związana przysięgą uznała, że śmierć zwalnia z jej więzów, poleciła swej przyjaciółce - Zuzannie Szydłowskiej wypełnienie specjalnej misji. Na Cmentarzu Rakowickim starsza elegancka pani dyskretnie wręczyła mu kopertę prosząc, by otworzył ją w domu. Kiedy to zrobił, zobaczył w środku banknot 50-dolarowy i krótką wiadomość: „Proszę mnie konieczne odwiedzić, gdy będzie Pan w Warszawie, mam Panu coś ważnego do przekazania. Jerzy Bander nie mógł przypuszczać, że w tym momencie jego życie się przełamało, od tej chwili wszystko się zmieni i nic już nie będzie takie samo. Przy następnej delegacji do stolicy pojechał pod wskazany adres, wręczył gospodyni kwiaty a ona od razu zaczęła opowiadać, jakby chciał wreszcie pozbyć się tego niechcianego ciężaru, ale czy nie domyślała się, że tak oto przekazuje ów ciężar temu mężczyźnie - ustatkowanemu, z żoną, dziećmi, domem i samochodem, mającemu już swoje czterdzieści pięć lat na karku. Dowiedział się, ze ciocia była bliską znajomą pani Szydłowskiej, jeszcze z czasów przedwojennych, po śmierci męża kilka razy w roku odwiedzała ją i zawsze szły wtedy na Jom Kipur do Synagogi Nożyków. W tym roku po Kol Nidrej zasłabła i uparła się, żeby wracać do Krakowa, do męża Witusia, który od jedenastu lat spoczywał na Rakowicach. Zaraz po powrocie zmarła, ale zdążyła jednak wymóc na przyjaciółce, aby mu przekazała, że jego cała rodzina jest żydów skiego pochodzenia a jego prawdziwa matka... To już opowiadałem. To był cios. Jerzy gapił się na ściany mieszkania, przyglądał się portretowi, na którym był człowiek znany mu z telewizji. Okazało się, że jego rozmówczyni była wdową po znanym teatrologu, specjaliście od Brechta, Romanie Szydłowskim, nota bene bratanku świetnego rysownika Jana Marcina Szancera. Pamiętał jego ilustracje do wierszy Tuwima i elementarza Falskiego, z którego uczyły się pokolenia Polaków. Wtedy jeszcze nie wiedział ze Ala8 z tej książki też była Żydówką. Wystarczy. Nie wiedział, co to wszystko znaczy, jakie Jom Kipur, jacy Szancerowie, jakie więzienie w Samborze? W Polsce od pamiętnego roku 1968 niewiele mówiło się o Żydach. Jakby takie „cicho sza” było zaklęciem pozwalającym o wszystkim zapomnieć. Ale on już nie mógł udawać, że nigdy się o tym nie owie zia ciec nic nie chciał mówić, tym bardziej jego druga matka . Zaczął swoje prywatne s e ztw Dochodzenie prawdy okazało się nie tylko żmudne, ale przede wszystkim bolesne. Ni me może sobie wyobrazić, jak to jest dowiedzieć się, że mama nie jest mamą a wszyscy obok cos ukrywają, nie mówią prawdy albo ją przemilczają, że my sami jesteśmy kim innym, niz nam mówiono. Człowiek traci grunt pod nogami, gubi się. „Ale ta prawda i tak mme odnalazła ....................... to Alina Edetoan z domn Margolis, tona Marka "a i Janek Margoiis, dzieci zydows-kiego małżeństwa z Łodzi zaprzyjaźnionego z Marianem Falskim. ( z nazywać ją „macochą”; to słowo ’ Jerzy nie bardzo wie, jak o niej mówić. Nazywa ją „drugą żoną ojca, ale wzdraga się, zęby nazyw ją w języku polskim nie kojarzy się dobrze. 88 Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka i cały mój świat zbudowany z kłamstw i niedomówień, w jednej chwili runął, zwalił mi się na głowę”10. Jerzy wstępuje do Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu i Stowarzyszenia Żydów Kombatantów. Szuka mozolnie swej tożsamości poprzez lektury, rozmowy; zostaje członkiem Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Jeździ na Ukrainę, szuka świadków, zdjęć, dokumentów. I znowu okazuje się, że skrzydła Anioła Stróża są nad nim rozpostarte. W 2001 r. jedzie z Krakowa do Drohobycza z dwoma paniami ze stowarzyszenia Dzieci Holokaustu, przy kolacji opowiadają o sobie i okazuje się, że jedna z nich to ta Hania, w której płaszczyk go otulono, ta którą uratowały te same siostry franciszkanki, które i jego ocaliły. Gdy usłyszała jego opowieść zerwała się od stołu i rzuciła się na niego krzycząc: „Ty jesteś mój dzi-dziuś!” Dzięki Hani, czyli Henrietcie Kretz, odnajduje w Izraelu dwie kuzynki ojca. Jedna z nich - Helena Flajszfarb - pokazuje mu w czasie spotkania zdjęcia jego prawdziwej matki. Kolejny cud, syn po latach może wreszcie spojrzeć na matkę. Napisał o tym w wierszu: „Pomimo tego szukał - aż znalazł! W lecie roku 2000 stary człowiek podał mu zdjęcie Wykonane w 1937 roku Pana matka to ta, która trzyma psa - powiedział Na pożółkłej fotografii moda kobieta w letniej sukience Trzymała za obrożę dużego owczarka alzackiego Miała długie włosy upięte w kok, Uśmiechała się. Ładna - pomyślał - zrobiło mu się żal, Zrozumiał! Teraz już tak będzie na wieki Matka pozostanie młoda i piękna Pies będzie zawsze taki sam Nigdy się nie zestarzeją I nigdy nie umrą! Tylko mnie czeka starość i śmierć. Mnie i moje dzieci Ale nie matkę”11. W 2003 r. ukończył studium podyplomowe „Nazizm -Totalitaryzm - Holocaust” organizowane przez Akademię Pedagogiczną w Krakowie na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. A przecież Kęty, gdzie pracował, leżą niedaleko tego obozu i on wiedziony jakimś dziwnym przymusem często tam zajeżdżał. „Bez lęku wchodził przez charakterystyczną bramę Birkenau - porządnie wymurowaną bramę z czerwonej cegły, przez którą 60 lat wcześniej wjeżdżały pociągi wiozące takich, jak on, Żydów na śmierć. Wie, wie 10 Z opowiadania My ocaleni. 11 Z tomu Kadisz jatom i inne wiersze, Wydawnictwo Książkowe IBiS, Warszawa 2011. Andrzej Kasperek 89 na pewno, że oni tam na niego czekają, złoszczą się, niecierpliwią. Jeszcze nie przyszedł -pytają — czy on myśli, że będziemy tak czekać w nieskończoność, czy on myśli, że on jest cadyk z Góry Kalwarii? Pewnie znowu zaspał, albo za dużo wczoraj wypił, ladaco. Taki już jest - durny, wiadomo, meszuge”12. Na szkoleniu był jedynym Żydem... To poszukiwanie swej żydowskości było procesem, który miał się zakończyć aliją, czyli powrotem do ojczyzny ojców. Od grudnia 2005 r. do czerwca 2009 przebywał wraz z drugą żoną Danutą na emigracji w Izraelu. Ale wcale nie było proste uzyskanie obywatelstwa izraelskiego, udało się dopiero po miesiącach starań. Życie w Ziemi Obiecanej okazało się trudniejsze niż mógł przypuszczać. Latem 2006 roku na rejon, który zamieszkiwał (na północy Izraela) spadło prawie 4 tysiące rakiet typu Katiusza wystrzelonych przez Hezbollach w czasie tzw. Drugiej Wojny Libańskiej. Byli zabici i ranni, ruiny, nieustanne alarmy bombowe. Nie wytrzymali tego i postanowili wrócić do Polski, bo to w niej przeżył wszystko co najlepsze i co najgorsze. Zamieszkali w Sztutowie. Jerzy się śmieje, „że jak Żyd ma pecha, to najpierw mieszka 17 km od Auschwitz-Birkenau a potem pół kilometra od byłego obozu Stutthof”13. I w tym miejscu mógłbym zakończyć tę opowieść. Ale musi znaleźć się tu pytanie o koszty. Bo takie odkrycia nie są bezkarne, czasem kończą się tragicznie - samobójstwem, chorobą, problemami. Na przykład ks. Romuald Jakub Weksler - Waszkinel urodził się w 1943 r. w getcie w Starych Święcianach koło Wilna. Uratowany jako niemowlę przez małżeństwo Waszkinelów, wychował się, nieświadomy swojego pochodzenia, w ich rodzinie. On również późno, bo w wieku 35 lat, po 12 latach kapłaństwa, dowiedział się o swoim pochodzeniu. Ksiądz Waszkinel do swojego imienia i nazwiska mógł dodać także imię i na- 12 Z opowiadania Meszuge z Auschwitz-Birkenau. 13 Jerzy Bander, Życie przecięte na pół [w:] Dzieci Holocaustu mówią Warszawa 2013. , vol. 5, Stowarzyszenie „Dzieci Holocaustu w Polsce, 90 Jerzy Bander - żywot urlopowanego nieboszczyka zwisko swojego żydowskiego ojca: Jakub Weksler. Ale podwójne nazwisko i imię to tylko znak, a życie boli. Podwójna tożsamość doskwiera. Także u Jerzego Bandera nie odbyło się to prosto: „Od tego czasu, od dwudziestu lat jestem jednym z was; surviverzy. Już nie dumny Polak, ale żydowski cień człowieka, który całą swoją postawą mówi światu: przepraszam, że żyję. Obserwuję ze zgrozą, jak dużo jest wśród nas, surviverów, życiowych połamańców nie umiejących sobie ułożyć życia osobistego. No bo skąd mielibyśmy wiedzieć, co to rodzina, skoro jej nas pozbawiono. Obserwuję chorobliwe zachowania naszych dzieci i wnuków, wielu z nich wymaga stałej, jakże kosztownej pomocy psychologów, a czasem i psychiatrów. Może kiedyś naukowcy wypreparują z człowieka ten gen ocalonego z Zagłady. Ale zanim to nastąpi będzie on przekazywany z pokolenia na pokolenie”14. Niektórzy się dziwią, dlaczego on, który nic nie pamięta, który był wówczas dzieckiem, cierpi na syndrom ocalonego, zwany w polskiej literaturze naukowej jako KZ-syndrom, czyli choroba poobozowa, o której jej znawca, prof. Jan Ryn, napisał: „ma [ona] charakter przewlekły i postępujący, dotyka całego organizmu, a ponadto »dziedziczy się« na drugie pokolenie”15. J. Bander mówi o sobie, że zaliczył w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat osiem pobytów w najlepszych uniwersyteckich klinikach psychiatrycznych, a za każdym razem kiedy go wypisywano był pewny, że niebawem wróci tu z powrotem, bo trauma ocalonych bardzo trudno poddaje się leczeniu. Jego ratuje wisielczy humor i wielka doza autoironii -wie, że ma wśród ocalonych „opinię alkoholika i dziwkarza, wariata i grafomana. Wiecznego hippisa łażącego z gitarą i śpiewającego niecenzuralne piosenki”16. Kim jest dzisiaj? Odpowiada, że stał się Żydem. Dlatego nie ma żalu do ciotki Janki, za to, że ta uznała po modlitwie Kol nidre odmawianej w Jom Kippur, modlitwie, która unieważnia przysięgi religijne złożone zbyt pochopnie oraz składane pod przymusem bądź też całkiem nieświadomie, że trzeba Jurkowi wyjawić prawdę o jego pochodzeniu i o jego trzydziestoletniej matce zamordowanej prawdopodobnie w obozie Janowska we Lwowie. Jerzy Bander ocalał prowadzony na rzeź, ale niestety nie udało mu się pokonać oporu urzędników i pani Maria Wachułka nie ma swego drzewka w alei Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Szkoda. Kiedy we wrześniu 2011 r. przebywałem w Jerozolimie na szkoleniu dla polskich nauczycieli dotyczącym problemów nauczania o Holokauście, zorganizowanym przez Instytut Yad Vashem (zobacz: „Prowincja” nr 4/2011), uczono nas, jak poprowadzić lekcję z osobami, które przeżyły Holokaust. Pomyślałem wtedy, że przecież nigdy takich zajęć nie przeprowadzę - takich osób w Polsce jest niewiele, są w bardzo podeszłym wieku, często schorowane. Okazało się jednak, że los sprawił, iż taką lekcję 9 stycznia 2014 roku zrealizowałem. Styczniowa data nie była tu przypadkiem - 27 stycznia 1945 roku wyzwolono hitlerowski obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. Kilka lat temu Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych uznało tę datę za Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Do nowodworskiego liceum na spotkanie z uczniami klasy matu- 14 Z opowiadania My ocaleni. 15 http://www2.almamater.uj.edu.pl/133/22.pdf 16 Z opowiadania Podróż poślubna. Andrzej Kasperek 91 ralnej, z którymi akurat omawiam literaturę okresu wojny i okupacji, przyjechał pan Jerzy Bander, od kilku lat mieszkaniec Sztutowa. Jego zadziwiającą historię „dziecka Holokaustu” op owiedziałem. Korzystałem z cytowanych opowiadań i wierszy Jerzego Bandera oraz jego relacji i wywiadów prasowych. Jerzy Bander w Eilat i Jerozolimie, fot. archiwum rodzinne 92 Niemcy na resztę świata ks. Dariusz Juszczak NIEMCY NA RESZTĘ ŚWIATA. SŁOWO O MOIM DZIADKU JANIE OMIECZYŃSKIM Pamiętam bardzo dobrze połowę lat siedemdziesiątych. Widzę wyraźnie moje rodzinne miasteczko Sztum, położone na Dolnym Powiślu. Miasto rozciągające się między dwoma jeziorami, co sprawiało, że złośliwi mówili, że Sztum to dwa jeziora a w środku znajduje się dziura. Odnajduję ulicę Osińskiego. Tam się wychowałem. Uliczka jest położona blisko rynku, biegnie równolegle do murów starego miasta. Na horyzoncie pojawia się szereg małych domków, a na jednym z nich widnieje szyld „Zakład Krawiecki Jan Omieczyński”. To był dom mojego dziadka. Spędziłem w nim przez kilka pierwszych lat mojego życia. Niestety, ten dom nie istnieje już od dawna. Przetrwał tylko w mojej pamięci. Swój wzrok kieruję ku piaskownicy, huśtawkom, trzepakowi i skrzywionej karuzeli, których także już nie ma. W tych miejscach stawiałem pierwsze kroki mojego dzieciństwa. Był tam także plac do gry w piłkę nożną i w zbijaka. Na tym podwórku codziennie spotykały się dzieci. Wymyślaliśmy gry i zabawy. Wymienialiśmy się zabawkami. Niektóre gry i zabawy, np. piłka nożna, podchody czy wojna, wymagały dzielenia się na grupy. Wtedy zawsze powtarzał się ten sam rytuał: „-No, to jak się dzielimy? - Jak to jak?! Tak jak zawsze! Niemcy - na resztę świata”. Podział więc wyglądał następująco: dzieci z rodzin autochtonów stawały razem, a dzieci rodzin przesiedlonych, przybyłych na ziemie odzyskane, tworzyły swoją grupę. Nie chodziło tu o jakieś antagonizmy, uprzedzenia czy nacjonalizmy, bo dzieci takich określeń nie znały i nie rozumiały. Było to bardziej naturalne, spontaniczne jak nawyk, który jest drugą naturą człowieka. Potwierdzeniem tego, że świetnie się dogadywaliśmy były wspólne zabawy. Tradycyjnie wieczorne nawoływania dzieci przez rodziców do powrotu do domów trwały bez końca; wołali nas wielokrotnie a nam żal było się rozstać. I tak było zawsze. Do jakiej więc grupy należałem? Niemcy czy reszta świata? Moje miasteczko przed wojną było niemieckie. Leżało w Prusach Zachodnich na terenach plebiscytowych, co oznaczało, że w roku 1920 odbyło się tu głosowanie; miejscowa ludność opowiedziała się za pozostaniem w państwie niemieckim. Jednak Sztum stanowił wciąż główny ośrodek mniejszości polskiej na ówczesnym niemieckim Powiślu. Wywodziłem się z polskiej rodziny zamieszkującej te okolice od wielu pokoleń. Pochodziłem z rodziny kultywującej historię, kulturę i język polski. Zrzeszonej pod znakiem Rodła, czyli należącej do Związku Polaków w Niemczech. Przyznać muszę, że pewne ks. Dariusz Juszczak 93 „cechy pruskie” dawało się w niej odczuć, chociażby znajomość języka niemieckiego. Kiedy dorośli nie chcieli, żeby dzieci słyszały, o czym rozmawiają, przechodzili na niemiecki. To samo dotyczy zasady „Ordnung muss sein” czyli „porządek musi być”. Głową naszej rodziny był mój dziadek i o nim chciałbym napisać słów kilka. Jan Omieczyński był synem Dionizego i Wa-lerii (z domu Liegmann albo Liegman). Urodził się 4 marca 1914 roku w Trzcia-nie, w rodzinie rzemieślniczej. Ta historyczna dla Polaków miejscowość jest znana ze zwycięskiej bitwy ze Szwedami, jaką stoczył tu 27 czerwca 1629 roku hetman koronny Stanisław Koniecpolski z armią króla szwedzkiego Gustawa II Adolfa. Dionizy Omieczyński był w Trzcianie stolarzem prowadzącym swój własny zakład. Wszyscy jego synowie, a było ich pięciu, także zostali rzemieślnikami. Najstarszy Franciszek tak jak ojciec był stolarzem, Jan (czyli mój dziadek) został krawcem, Konrad rzeźnikiem, Alfons to kolejny stolarz, Dziadek autora pod szyldem „Zakład Krawiecki Jan Omieczyński, fot. archiwum autora a najmłodszy Leon był malarzem. Jan Omieczyński pobierał nauki w Trzcianie i Kwidzynie. Kolejny etap edukacji to szkolenie, kursy i egzaminy czeladnicze w Królewcu oraz ukończony kurs kroju w Berlinie. Zwieńczeniem wieloletniej nauki zawodu było zdobycie dyplomu mistrzowskiego na państwowym egzaminie w Monachium, w klasie krawiectwa ciężkiego Królewiec, Berlin, Monachium - pomyśleć tylko, że chłopak z powiślańskiej wsi musial wędrować po największych miastach Rzeszy, żeby zdobyć niezbędne rzemieślnicze umiejętności i stosowne do- kumenty. Mój dziadek po ukończeniu tylu kursów kroju i szycia w renomowanych w owych czasach placówkach oraz pracowniach krawieckich, nabył bardzo duże umiejętności zawodowe. Potrafił szyć różnego typu mundury, myśliczki - amazonki do jazdy konnej dla pan, sportowe spodnie dla panów, tzw. pumpy i bryczesy, zimowe płaszcze na futrze, czyli pe sy uroczyste stroje męskie, jak fraki i smokingi, na pewno też stroje dla osob duchownych, jak habity czy sutanny. Na specjalne prośby niektórych klientów potrafiłwszyć w spodniach lub kamizelkach, czyli popularnych „westkach”, skrytki na „zaskormaki lub mne p ty potrzebne mężczyznom. Ta umiejętność przydała się mu później, w czasie wojny, ale O tym napiszę w dalszej części jego życiorysu. 94 Niemcy na resztę świata Ja też miałem dziadka w Wehrmachcie. Polakom spoza Pomorza i Śląska trudno to czasem zrozumieć. Nie rozumieją, jak to było skomplikowane, zawikłane, pomieszane... W czasie trwania działań wojennych został powołany do służby wojskowej i skierowany do pododdziału gospodarczego. W składzie pododdziału znajdowali się przede wszystkim rzemieślnicy. Pełnili tu służbę m. in. krawcy, szewcy, rymarze, cieśle, kowale i stolarze. Dziadek Jan nie uczestniczył w kampanii wrześniowej przeciwko Rzeczpospolitej Polskiej. Wiosną 1945 roku trafił do niewoli radzieckiej. Dzięki posiadanej legitymacji poświadczającej jego przynależność do Związku Polaków w Niemczech, którą jako krawiec sprytnie wszył w poły munduru, uniknął śmierci lub wieloletniej zsyłki w głąb Związku Radzieckiego. Taka metoda zaszywania w ubraniu cennych dokumentów lub pamiątek była wówczas bardzo często stosowana. W dawnym kościele ewangelickim jest wystawa „Sztum i ziemia sztumska” (eksponaty pochodzą ze zbiorów prywatnych Sławomira Igora Michalika), która gromadzi wszelkie zabytki związane z historią regionu. Można tam zobaczyć zdjęcia ze śladami przeszycia maszyną. Do rodzinnego domu, czyli do Trzciana, wrócił w sierpniu 1945 roku. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego dziadek Jan tak bardzo lubił zupę ziemniaczaną, czyli kartoflankę i naleśniki. Okazało się, że był to jego pierwszy posiłek, jaki zjadł po powrocie do domu. Smak tych prostych potraw pozostał dla niego na zawsze pamiątką czegoś najcenniejszego ks. Dariusz Juszczak 95 Po kilku latach przeniósł się z żoną Marią (z domu Pomierska) i córką Heleną, czyli moją mamą, do Sztumu. Tu otworzył zakład krawiecki oferujący swe usługi mieszkańcom. Szkolił uczniów i czeladników w zawodzie krawca. Za swoją pracę, sumienność i działalność społeczną został wybrany do Zarządu Cechu Rzemiosł Różnych w Sztumie. Otrzymał wiele wyróżnień. Najważniejsze to Honorowe Odznaki Rzemiosła przyznane przez Izbę Rzemieślniczą w Gdańsku w roku 1966 i przez Związek Izb Rzemieślniczych w Warszawie w 1969 r. Zwieńczeniem jego zasług w pracy i działalności społecznej było nadanie mu przez Radę Państwa Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski. Miało to miejsce 5 lipca 1979 roku. Zakład prowadził do samego końca swojego życia. Zmarł 19 listopada 1981 roku w Sztumie w wieku 67 lat. Został pochowany na Cmentarzu Komunalnym w Zajezierzu przy ul. Polnej. Z perspektywy czasu mogę żałować, że tak szybko odszedł zabierając ze sobą historię, której już nigdy nie poznamy i to, że ja mając zaledwie 15 lat w chwili jego śmierci nie zdawałem sobie sprawy, jaką kopalnią wiedzy był mój dziadek. Z czasów służby w Wehrmachcie (dziadek po prawej), fot. archiwum autora 96 Zabytki powinno się ratować Izabela Chojnacka-Skibicka ZABYTKI POWINNO SIĘ RATOWAĆ - ROZMOWA Z ARCHITEKTEM WOJCIECHEM HRYNIEWIECKIM-FIEDOROWICZEM Wojciech Hryniewiecki- Fiedorowicz urodził się... sto lat za późno. Historia to jego pasja, architektura to jego zawód. Chciałby uratować wszystkie zabytki na Żuławach. Przedstawia się w kilku słowach i bardzo nie lubi, żeby robić z niego bohatera. Założyciel Fundacji Ochrony i Ratowania Zabytków im. Emilii Malano-wicz. Izabela Chojnacka-Skibicka - Opowiedz mi o swojej babci. Bo z tego, co wiem miała na ciebie duży wpływ. To ona zakorzeniła w tobie takie zamiłowanie do historii i zabytków, racja? Wojciech Hryniewiecki-Fiedorowicz - Moja babcia wychowywała mnie. Była niesamowitą kobietą, do końca swojego życia. Zabierała mnie w różne miejsca, pokazywała zabytki, ciekawe historycznie miejsca. W czasie wojny walczyła w Armii Krajowej Wojciech Hryniewiecki-Fiedorowicz, fot. I. Skibicka Kiedy byłem mały, ciągnąłem ją za język, żeby opowiadała jak najwięcej, ale ciężko jej było o tym mówić... Później, kiedy byłem starszy zrozumiałem, że nie można jej o to pytać... Miała ogromne poczucie humoru, nie podobał jej się obecny rząd i nieraz mówiła, żebym ją zawiózł do sejmu, że zrobi porządek z tymi ludźmi, a nikt nie będzie sprawdzał osiemdziesięcioletniej staruszki co do sejmu wnosi za pazuchą. - Ile miałeś lat, kiedy odeszła? - Zmarła w 2012 roku. - Fundację nazwałeś jej imieniem. - Tak, to była najodpowiedniejsza osoba. Zresztą gdyby nie ona... Wyobraź sobie, że w wieku osiemdziesięciu dwóch lat bez zadyszki wchodziła min. na pachołek w Oliwie, albo na czwarte piętro. - Skąd u ciebie pomysł na ratowanie zabytków? Izabela Chojnacka-Skibicka 97 - No przecież to oczywiste, naturalne... Stoi kawał historii, który grozi zawaleniem, to przecież człowiek nie przejdzie obojętnie. Ja nie wiem, skąd się to u mnie wzięło... Tak jakoś mam... Pewnie jakiś wpływ miał też mój zawód architekta. - Opowiedz mi o fundacji. Kiedy powstała? - Rok temu, ale do tej pory załatwiałem różne dokumenty, KRS, statuty itd. Praktycznie funkcjonuje dopiero od niedawna... Ale za to ruszyła pełną parą. - A do tamtej chwili miałeś do czynienia z zabytkami? W sensie, czy też próbowałeś je ratować od „zagłady”? - Wcześniej pracowałem dla ludzi, którzy mieli takie właśnie fundacje, bądź inne organizacje, które robiły to na co dzień. Robiłem dla nich projekty, pisałem wnioski. Tyle, że mój poświęcony czas nie przyniósł żadnych efektów. Nie uratowali prawie żadnego zabytku... Kiedy cała dokumentacja była gotowa i można było składać wnioski oni przeważnie wycofywali się. Bo nagle okazywało się, że muszą w to włożyć jakieś swoje pieniądze, chociażby podatek zapłacić. - Ile takich projektów zrobiłeś? - Około dwudziestu. Dla różnych ludzi. Katastrofa w Kławkach, fot. W. Hryniewiecki- Fiedorowicz 98 Zabytki powinno się ratować - Przejdźmy do tematu domu w Kławkach. - Ten dom kupiłem prywatnie, nie jako fundacja. Mój znajomy Jarek Czermak, który jest konstruktorem w Malborku powiedział mi, że gmina Stare Pole chce wyremontować dom podcieniowy w Klęciu. Zgłosiłem się i od razu nawiązaliśmy współpracę. Któregoś dnia zawiozłem do urzędu dokumentację i jedna z pań powiedziała, że w Kławkach stoi stary dom, którego podcień zawalił się i budynek popada w ruinę. Pojechałem tam tego samego dnia. Widok straszny... Żałuję, że nigdy nie widziałem, kiedy dom stał cały... - Jaka była twoja pierwsza myśl, kiedy zobaczyłeś tę, nazwijmy rzecz po imieniu, ruinę domu podcieniowego? - Pomyślałem, czy jest na sprzedaż. Mimo, że budynek nie wyglądał za ciekawie, to w wyobraźni widziałem już ten dom po remoncie... - Nie dostałeś dotacji na ten dom, prawda? - Niestety nie... Na dom w Klęciu dostałem dofinansowanie z ministerstwa w kwocie dwustu tysięcy złotych, a na Kławki nic... Ale nie poddam się i będę dalej próbował. Ten dom musi stanąć taki, jak był sto lat temu. Sama procedura zakupu była bardzo skomplikowana, bo dom miał wielu spadkobierców. Co chwilę pojawiały się problemy, bo jedna ze spadkobierczyń zmarła, inna zaszła w ciążę. Na szczęście miałem ogromne wsparcie żony jednego ze spadkobierców. To ona pomagała mi w kontaktach z resztą rodziny. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. -Jak dochodziłeś do ładu z tymi wszystkimi ludźmi, tym bardziej, że co chwilę pojawiał się ktoś nowy, kto miał nadzieję, że też załapie się na spadek?! - Tak właśnie było. Główna spadkobierczyni miała męża, a z nim dzieci...wszystko pogmatwało się przez mojego pecha... Dzień przed podpisaniem umowy zmarła główna spadkobierczyni. Wtedy jak grzyby po deszczu zaczęli wyrastać członkowie rodziny, którzy chcieli swoją część pieniędzy za ruinę domu. - Nie miałeś po całym papierkowym bałaganie ochoty rzucić tego i dać sobie spo-kój? - Nie, ja lubię wszystko doprowadzać do końca. - Może zrób sobie kilka dni wolnego i odpocznij trochę - W życiu, ja na to czasu nie mam. Muszę działać. Jest jeszcze wiele zabytków, które cze-kają, żeby je uratować od całkowitego zniszczenia. 100 Podróże moja miłość Marta Chmielińska-Jamroz PODRÓŻE MOJA MIŁOŚĆ Krzysztof Nowacki mieszkający w Malborku jest zapalonym podróżnikiem, zaś jego szczególną pasją jest poznawanie świata na rowerze. Zawodowo całkowicie odbiega od tego, co zwykle z podróżami i wypoczynkiem się nam kojarzy, jest bowiem informatykiem i pracuje w wojsku. Jak wspomina jego pierwszym rowerem była damka z hipermarketu, która mimo że zwykła, to służyła mu przez wiele lat. Zjeździł w ten sposób najbliższe okolice rodzinnych Chojnic oraz przepiękne Bory Tucholskie. W jego podróżniczej pasji nie zabrakło oczywiście Polski, którą poznawał jeszcze jako młody chłopak, pieszo i środkami komunikacji masowej. Po otwarciu granic zwiedził Europę, a z czasem inne kontynenty - Afrykę i Azję. Krzysztof zwiedził Indie, a później odbył wielką wyprawę do Omanu. Dlaczego właśnie tam? Odpowiedź jest banalna - akurat trwała promocja i bilety można było nabyć w okazyjnej cenie. To przesądziło o kierunku podróży. Początkowo trasa miała prowadzić przez cały Półwysep Arabski, jednak problemy z wizą i prawem powtórnego wjazdu do Omanu sprawiły, że wyprawa zamknęła się w granicach tego jednego państwa. Początek był całkiem zwyczajny - lot samolotem, choć i do niego Krzysztof musiał się specjalnie przygotować, pojazd należało złożyć tak, aby był spakowany w jak najmniejszy pakunek. W specjalnej torbie traktowany był jak bagaż podręczny. Później wystarczyło jednoślad złożyć w całość i w drogę! - Kiedy wysiadłem w Omanie musiałem sprzęt złożyć - wyjaśnia Nowacki. - Ku uciesze niezwykle ciekawskich Arabów robiłem to na płycie lotniska. Czy zabrakło mi kiedyś części? Owszem, po powrocie do Polski okazało się, że linie lotnicze, którymi podróżowałem, zagubiły piastę od mojego roweru. Dobrze, że zdarzyło mi się to w kraju, a nie na początku wycieczki w dalekiej Azji. Podróżnik nie planował trasy swojej wycieczki, uznał, że zrobi to na miejscu, tak też się stało. W Muskacie kupił mapę i opracował szlak, niestety, okazało się, że w praktyce trasa była wręcz mordercza- wiodła przez góry a całości dopełniał nieznośny dla Europejczyka upał. Kiedy z gór zjechał do interioru temperatura na termometrze umieszczonym na rowerze sięgała 53 stopni Celsjusza, upałowi towarzyszył bardzo silny wiatr wiejący przez 20 godzin w ciągu doby. Krzysztof Nowacki znalazł sposób na pokonanie tych przeciwności -ruszał w drogę w nocy, aby główny zaplanowany dystans osiągnąć do godziny 10 rano. - Raz było to 20 km drogą wiodącą na zmianę pod górę i w dół, a czasami pokonywałem około 200 km. Początkowo chciało mi się płakać i zastanawiałem się, gdzie trafiłem, ale z czasem było coraz lepiej - opowiada podróżnik. - Tym, co mnie zaskoczyło na samym początku to nowoczesność Omanu. Wydawało mi się, że to dziki kraj, a tymczasem miasto, w którym się znalazłem było bardzo bogate i nowoczesne. Omańczycy nie używają nóg i poruszają się samochodami, a mają po czym jeździć, bo tam nawet lokalna droga ma trzy pasma i bardziej przypomina autostradę niż zwykłą drogę. Marta Chmielińska-Jamroz 101 Tak jak zaplanował, nasz rowerzysta poznawał Oman w czasie wyprawy i niemal wszystko było dla niego nowością. Pierwszą ciekawostką było to, że ludzie tam żyjący wszędzie poruszają się samochodami. Jest to bogaty kraj, w którym nie tylko każdy ma co najmniej jeden porządny wóz, ale też przez pustynię jedzie się przynajmniej bitą drogą. Zdecydowaną różnicą między naszymi kulturami jest sposób jedzenia — w Omanie jada się rękami, a potrawy mocno odbiegają od naszej tradycyjnej kuchni. - Omańczycy nie mają dobrej kuchni. Jest ona bardzo monotonna. Odmianą dla mnie było danie z kurczaka w cieście przypominającym nasze naleśnikowe, ale...zanim zostanie usmażone. Kurczaka maczało się w takiej ciągnącej pacce i jadło się w tej postaci. Zjadłem, bo nie jestem obrzydliwy - śmieje się Krzysztof. - Zwracam jedynie uwagę na warunki higieniczne, aby nie mieć później problemów żołądkowych. Muszę jednak przyznać, że Omańczycy to bardzo czyści ludzie i nie miałem żadnych problemów. Podróż przez Oman trwała dwa miesiące, już po pierwszym Krzysztof poczuł bardzo dotkliwy brak towarzystwa. Choć kontaktował się z przyjaciółmi i bliskimi za pośrednictwem internetu, to zabrakło mu żywego człowieka na rowerze obok. Ten kontakt przez internet zaowocował unikalną dokumentacją niemal każdego dnia wyprawy - Krzysztof „wrzucał na swój facebookowy profil zdjęcia i filmy nagrywane komórką. To dawało mu poczucie więzi z ludźmi a jego przyjaciołom aktualną relację z pokonywania kolejnych odcinków tra- 102 Podróże moja miłość sy. Tę samotność podróżnik osładzał sobie kontaktami z tubylcami, a że obdarzony jest niezwykłą otwartością i łatwością nawiązywania kontaktów, bez trudu nawiązywał znajomości z Omańczykami, siadał z tubylcami do jednego stołu i rozmawiał. Oczywiście po angielsku a nie w ojczystym języku Omańczyków. Tubylcy okazali się oni bardzo gościnni, każdy spotkany człowiek czuł się ambasadorem własnego kraju i starał się jak najlepiej ugościć przybysza z Polski. Byli zdumieni, że tak daleką drogę przebył rowerem i robił to prywatnie, na własny koszt. Spotkani ludzie byli czasami gościnni i hojni do tego stopnia, że zapraszali go nie tylko do stołu i własnych domów ale też jeden z nich zapłacił za pobyt Polaka w hotelu. Każdy, kogo spotkał pytał go, czy jest najedzony i czy ma gdzie spać. Było to całkowite zaskoczenie, ponieważ zwykle starszy się muzułmanami i ich agresją. Dżihad to jedno z bardziej znanych na świecie słów, tymczasem zwykły muzułmanin jest gościnny i otwarty. - Ludzie ci okazali się bardzo gościnni, choć my jesteśmy straszeni terroryzmem i islamem, to ja mówię o faktach jakich doświadczyłem - mówi podróżnik. Po dwóch miesiąca spędzonych wśród natury i wolnych przestrzeni Krzysztof musiał wrócić do cywilizacji. Powrót był niestety bolesny, poza zgubioną piastą od roweru, wró- Marta Chmielińska-Jamroz 103 cił do polskiej trochę szarej i trochę smutnej rzeczywistości, szybko więc zatęsknił za tą przestrzenią, wolnością, prostymi realiami i serdecznością poznanych niedawno ludzi. Myślał więc o kolejnej wyprawie, nie wiedział jeszcze, że następną podróż odbędzie do Szwecji. - Szwecja to była taka wyprawa ad hoc — mówi Nowacki. - Rano wsiadłem w Gdyni na prom i wysiadłem w Karlskronie. Tam natknąłem się na rowerzystów z malborskiej Ramy, którzy wracali z wyprawy po Szwecji. Chłopaki dali mi mapy i zacząłem myśleć o trasie. Tym razem podróżnik postanowił objechać największe jezioro Szwecji — Wener. Linia brzegowa ciągnie się tu na ponad 100 km a teren stanowią niewielkie wzniesienia, co powodowało ciągłą jazdę w górę i w dół, tak więc rowerzysta nie mógł narzekać na brak wysiłku fizycznego. Dodatkowo Krzysztof Nowacki nie przewidział różnicy w temperaturze panującej w tym czasie w Szwecji - było tam o 5 stopni chłodniej niż w Polsce a dodatkowo ciągle padał deszcz. - Zabrałem ze sobą mój sprzęt pustynny - śmieje się Nowacki. - Spałem więc w cienkim namiocie zakopany w cienki letni śpiwór. Gdy kolejny raz przemokłem zacząłem rozglądać się za jakimś noclegiem pod dachem. Okazało się jednak, że teren, na którym się znalazł był bardzo słabo zaludniony - jedynym miejscem, które znalazł był kościół. W otoczeniu świątyni, którą dokładnie obejrzał znalazł wodę, a tuż obok cmentarz z szopą na narzędzia. To miało być jego schronienie na tę, i jak się później okazało, na inne noce. - Odsunąłem znajdujące się w środku taczki i inne przedmioty i czekałem aż przestanie padać - opowiada podróżnik. - Gdy tak siedziałem pojawiła się ekipa sprzątająca, bo tam jedna firma sprząta po kolei cmentarze, koszą trawę przy grobach, zbierają śmieci i jadą dalej. Zapytali mnie,czy będę tu spał, choć nie planowałem noclegu podłączyli mi prąd w bu dyneczku, co później okazało się zbawienne. Tak, jak opowiada Krzysztof, nie zamierzał nocować na cmentarzu, kiedy jednak po wyruszeniu w dalszą trasę ponownie zmoczył go deszcz, zawrócił i spędził noc w skła z' u-Robotnicy parę godzin wcześniej podłączyli mu w szopie prąd i to pozwoliło podłączyć lampę z energooszczędną żarówką. Tę lampę wkładał sobie w dół śpiwora aby w ten sposób choć trochę ogrzać zmarznięte stopy. Rankiem wiedział już, że szopy przy cmentarzac są doskonałym miejscem na nocleg. Później, gdy nie było w okolicy żadnej nekropolii korzystał z przebieralni przy kąpieliskach. Tym, co Krzysztof szczególnie zapamięta! ze Szwecji, były drogi dla rowerzystów. - Drogi rowerowe są wspaniałe - wspomina. - Szwedzi budują specjalne mostki i tunele dla ludzi jadących na dwóch kółkach. Jechałem taką specjalna drogą, która ciągnąc się przez ponad 100 km ułożona była tak, aby nie ominąć żadnego ciekawego miejsca czy zabytku, u nas niestety na rowerzystów czyhają same pulapki...Szczególnie w Malborku, w którym mieszkam i gdzie trzy razy próbowano mnie przejechać, choć poruszałem się prawidłowo po drodze. 104 Podróże moja miłość Po wypadzie do Szwecji przyszły krótkie Zaduszki na Wileńszczyźnie - tym razem już samochodem i raczej wygodnie, bez nocowania w ekstremalnych warunkach. Wraz z przyjaciółmi zwiedził cmentarz na Rossie, Wilno, Troki i Kowno. Po Rossie oprowadzał ich Polak, który był wychowankiem polskiego domu dziecka w Wilnie i w ten sposób zbierał złotówki na swoją pierwszą wyprawę do Polski. - Chłopak uczył się polskiego i planował swoja pierwszą podróż do Polski - mówi Nowacki. - Oczywiście dołączyliśmy do osób, które pomogły mu ten cel przybliżyć. Sam wyjazd był bardzo ciekawy, zwiedziliśmy wiele miejsc i zjedliśmy oryginalne potrawy. Polecam wszystkim doskonałe pierogi tatarskie - kibiny. Były wspaniałe a tradycyjne są w tym miejscu, ponieważ przywieźli je ze sobą Tatarzy sprowadzeni przez Wielkiego Księcia Witolda do pełnienia służby w jego straży przybocznej. Tak przepis przetrwał do dziś. Krzysztof Nowacki z naładowanymi akumulatorami i wiecznym zaraźliwym optymizmem wrócił do codziennych zajęć, myśli już jednak o kolejnej wyprawie. Gdzie? Tego nie wie - jak twierdzi. Pojedzie tam, gdzie będą tanie bilety lotnicze, choć z nastawieniem na wyjazd do Ameryki Południowej. - Ciągnie mnie tam, muszę jeszcze tylko trochę podszkolić hiszpański, zebrać trochę urlopu i ruszam - podsumowuje podróżnik. Wędrówki po prowincji Jerzy Kosacz SZKOCI W KWIDZYNIE W średniowiecznym Kwidzynie, jak i we wszystkich innych miastach państwa krzyżackiego, obowiązywały różne ograniczenia migracyjne i osiedleńcze. W 1308 roku wielki mistrz Sigfried Feuchtwanger wydał surowy zakaz dotyczący Żydów: „De non tolerandis Judaeis”. A w samym Kwidzynie niemieccy rajcy bronili się przed polskim żywiołem szczególnymi zapisami stanowiącym zbiór praw miejskich w wilkierzu z 1480 r. następującymi dyrektywami: 35. Żaden rodowity Polak nie może zostać obywatelem (mieszczaninem) w Kwidzynie ani zajmować się wytwarzaniem żywności. * 36. Nie może żaden Polak domu wybudowanego w mieście Kwidzynie kupować. Jeżeli jednak godny zaufania Polak posiada listy szlachetnego, uczciwego pochodzenia i chciałby na kawałku pustego gruntu budować, to Rada może na to i na uprawianie żywności zezwolić i jego dzieci mogą dziedziczyć. Jeśli jednak chciałby sprzedać, to może tylko Niemcowi a nie Polakowi sprzedać. (Tłum.: Dionizy Górniewski) Po likwidacji państwa zakonnego i sekularyzacji Prus Książęcych coraz częściej odstępowano od średniowiecznych rygorów osiedleńczych, co istotnie różnicowało mieszankę ludnościową ziem pruskich. Obok podtrzymywania preferowanego przez zakon osadnictwa na wschodzie ludności niemieckiej, w czasach nowożytnych rozpoczęło się na byłych terenach krzyżackich osadnictwo różnych innych grup narodowościowych. Niebagatelną zachęta dla osadnictwa w państewku rządzącego z Królewca księcia Albrechta, jak później w całym państwie pruskim były swobody religijne. Protestantyzm kruszący dotychczasowy monopol religijny rozprzestrzeniał się poprzez rożne grupy wy znaniowe bazujące na naukach Lutra i jego następców. Zatem w Kwidzynie znalazła schro nienie grupa religijna Braci Czeskich. Nawet dostali tu oni w użytkowanie południową nawę katedry oraz pomieszczenie na szkółkę dla dzieci czeskich wygnańców przy ul. Wą skiej, którą do 1554 r. prowadził czeski pastor Jan Rokyta. Najważniejsza okazała się jednak fala osadnictwa menonitów. Zbiegli przed prześladowaniami religijnymi przybysze z Niderlandów okazali się szczególnie użyteczni w o o cac Dolnej Wisły, Gdańskich, Malborskich i Elbląskich Żuław. W krajobrazie pradolmy Do ej Wisły do dziś odczytujemy pozostawione przez menonitów „pomniki ich minionej o ności w postaci trwałych śladów inżynierii wodnej, kultury rolnej oraz bu ownictwa Mniej znaczące, bo już tylko symboliczne i pamiątkowe ślady obecności w Kwidzynie pozostawiło osadnictwo przybyłych tu w XVI wieku Szkotów. Pojawiali się oni tutaj juz wcześniej, bo istnieją pisemne ślady ich najmowania się do służby w armii krzyżackiej, ja 106 Szkoci w Kwidzynie i udzielania zakonowi kredytów. Przez porty w Gdańsku i w Królewcu w XVI i XVII w. przypłynęło ok. 30 - 40 tysięcy Szkotów. Wyjeżdżali oni ze swej ojczyzny w poszukiwaniu lepszych warunków życia, pracy i w ucieczce przed prześladowaniami religijnymi, co dotyczyło katolików i prezbiterian. Szkoci wsławili się głównie jako najemnicy w wojsku polskim, pruskim , szwedzkim i w rosyjskim. Jako bardzo profesjonalni i dzielni w tym fachu byli werbowani przez wszystkich. Tak było np. w 1577 roku, gdy Stefan Batory w sprowadził około siedmiuset Szkotów pod dowództwem pułkownika Williama Stuarta, by pomogli w tłumieniu buntu gdańszczan. Natomiast gdańska rada miejska wynajęła do obrony miasta szkocki regiment dowodzony przez Williama Stewarta w sile 700 żołnierzy. Ich dzielność tak zaimponowała Batoremu, że próbował namówić do służby Williama Stewarta - ten jednak odmówił i z częścią regimentu powrócił na służbę niderlandzką. Poza wojaczką zajmowali się Szkoci głównie handlem, lecz wykazywali się szczególną zdolnością do asymilacji w miejscach swego osiedlenia. Bez przeszkód przejmowali język i religię tubylców, a najchętniej posażne córki majętnych mieszczan w pruskich i polskich miastach. Liczne są przykłady udanych karier urzędniczych zasymilowanych Szkotów, jak choćby Aleksander Czamer ( Alexander Chalmers, 1645 - 1703), który przez cztery kolejne kadencje był burmistrzem Warszawy. Zanim opanowali wybrane dziedziny gospodarcze (kupiectwo, bankowość, apteki, magazyny itp. ) pierwsi szkoccy przybysze do Kwidzyna i okolic pojawili się jako handlarze tekstyliami. Byli to domokrążcy sprzedający towary niezbędne w gospodarstwie domowym jak: pasmanteria, igły, szpilki, grzebienie,nożyczki. Ich konkurencyjna skuteczność budziła zawiść miejscowych kupców, którzy zabiegali o specjalne ograniczenia aktywności handlowej Szkotów. To w Kwidzynie w 1596 r. rada miejska nałożyła specjalny podatek (markt-geld) dyskryminujący szkockich handlarzy suknem. W innych miejscach zdarzały się lokalne zarządzenia adresowane „przeciw handlarzom szkockim, Żydom, Cyganom i innym luźnym”. Oburzały ich nie tyle same ograniczenia, co towarzystwo, w jakim ich lokowano. W Kwidzynie, w dość krótkim czasie Szkoci wtapiali się w miejscowe mieszczaństwo a nawet w lokalny establishment. Z dokumentacji miejskiej pochodzi informacja, że w Kwidzynie w 1606 roku działały cztery z ośmiu zarejestrowanych szkockich warsztatów tkackich majstrów: George Allan, David Feller, Andreas Morgiss, Thomas Stehler. Znane są nazwiska innych szkockich rzemieślników w mieście: O. Hutcheson, J. Lawson, A. Morris, M. Stirling. Szkotem byli: miejscowy pocztmistrz oraz już w czasach pruskich królewski nadleśniczy. Mniej więcej w tym samym czasie (1595 r.) w Sztumie mieszkało trzech Szkotów: Jacob Rennie, M. Steinson i Dawid Trumb. Z Kwidzynem miał związki naukowiec i światowej sławy podróżnik Jerzy Reinhold (1729-1798). Przyjechał z Tczewa po nauki w tutejszej szkole łacińskiej, po czym uczył się w toruńskim gimnazjum akademickim a następnie studiował w Berlinie. W czasie swej kwidzyńskiej edukacji mieszkał u rodziny burmistrza. Po zakończeniu studiów powrócił do Kwidzyna, by pojąć za żonę poznaną tu córkę burmistrza Justynę Elżbietę Nikolei. Po kwidzyńskich Szkotach pozostały pamiątki zachowane w miejscowej katedrze. Szczegółowo opisał je w 1930 r. William Douglas Simpson (1896-1968), historyk ze szkockiego Jerzy Kosacz 107 uniwersytetu w Aberdeen (W.D. Simpson: „Scottish Memorials in MarienmrderCathedral in Pomesania”, 1930). Najznaczniejszą osobę upamiętnia odnowione w ostatnich latach epitafium obok wejścia do kaplicy Groebenów. 108 Szkoci w Kwidzynie Jest to kamienna tablica poświęcona pamięci Adama Blackhall (1670 - 1711), który przez 18 lat był członkiem rady miejskiej i sędzią w Kwidzynie. Jest tam także informacja, że spoczywa on tam ze swoja żoną Anną Blackhall (de domo: Hildebrandt). Dalszy ciąg inskrypcji na epitafium jest trochę nietypowy, bowiem dowiadujemy się, że wdowa Blackhall „obecnie jest zamężna z brygadierem Frazerem”, co wypada tłumaczyć, że tablica nagrobna powstała jeszcze za jej życia. Tym bardziej, że w zakończeniu podana jest data jej zgonu tylko in blanco (17..r.). Ponieważ skądinąd wiemy iż przeżyła ona pierwszego męża zaledwie o cztery lata, stąd można lokować datę powstania epitafium na lata 1711-1715.Epitafium Blackhall ow wykonane jest w marmurze , którego płyty zamyka ozdobna drewniana rama z barokową dekoracją. Po rogach tympanonu siedzą płaczące putti z pochodniami opuszczonymi płomieniem do dołu. Dolną część wieńczy charakterystyczny dla epoki motyw vanitas z trupią czaszką przybraną w wieniec kukurydziany i ze skrzydłami nietoperza. Douglas Simpson analizuje herby z epitafium i podaje, że Blackhall wywodził się ze starego rodu szkockiego, który w okolicach Aberdeen posiadał do 1590 r. baronię Barra, z zamkiem dobrze zachowanym do dzisiaj. Inni członkowie jego rodu wyemigrowali do Polski i osiedlili się w Lublinie, w Krakowie i w Gdańsku. Wdowa po sędzim wyszła za mąż za rodaka swego pierwszego męża, brygadiera wojsk rosyjskich Thomasa Frazera, który dosłużył się swej rangi w armii cara Piotra I. Na filarach katedry kwidzyńskiej pod emporą organową widnieją dwa pobrązowio-ne stiukowe medaliony wykonane przez miejscowego rzeźbiarza Heinricha Medema (1833-1868). Przedstawiają one brygadiera Frazera (+1728) i jego małżonkę Annę Frazer (+1715). Thomas Frazer został zapamiętany przez współczesnych mu kwidzyniaków jako fundator ozdobnych siedzisk w katedrze dla członków Kolegium Magistrackiego, a przede wszystkim jako fundator stypendium przeznaczonego dla miejscowych młodzieńców, podejmują- Thomas Frazer, fot. J. Kosacz Anna Frazer, fot. J. Kosacz Jerzy Kosacz 109 cych studia na uniwersytecie w królewieckiej Albertinie lub w Halle. M. Toeppen podaje, że z testamentowego zapisu Frazera z 20 grudnia 1715 r. oraz późniejszej darowizny Samuela Jeschke kapitał stypendialny w 1868 r. wynosił jeszcze 3.221 talarów i 9 srebrnych groszy. Jest jeszcze jedna pamiątka po rodzinie Blackhall i to bardzo okazała. Jest nią jeden z dwu katedralnych protestanckich konfesjonałów - kazalnic. Bogato zdobiony z licznymi rzeźbami i panelami płaskorzeźb zadaszony baldachimem konfesjonał posiada dedykację z 1716 roku, mówiąca iż ufundowała go „z pobożnego serca Barbara Charlotta z d. Blackhall (1689 -1754). Była ona córką jedynaczką Adama i Anny Blackhall Drugi, nieomal bliźniaczy konfesjonał ufundował w tym samym roku je, mąz Christian Reinhold Klein, królewski leśniczy. Migracja ze Szkocji przez port w Gdańsku przybierała takie rozmiary, że w 1615.roku król Jakub I wydał edykt, który miał ją ograniczyć. Zakazano wpuszczania na pokład stat-- chyba że posiadają listy, w których rodzina wzywa ich ków młodych ludzi (obojga j do przybycia ze Szkocji lub są oni w posiadaniu majątku (pieniędzy towarów), który umożliwi im przeżycie przynajmniej jednego roku. Już po roku nie egzekwowano w szkockich portach postanowień tego edyktu. Tysiące Szkotów wysiadało w bałtyckich portach i wielu z nich nie wracało już do ojczyzny. Wykazywali oni podziwianą przez innych zdolność asymilacji w nowych środowiskach oraz solidarność wzajem siebie, jak i lojalność wobec przyjmujących ich tubylców. W naszych czasach jesteśmy świadkami trwającej swoistej lawinowej rewizyty Polaków, których w Szkocji jest już ponad pół miliona. Wypada mieć nadzieję, że oni pozostawią tam również dobrą pamięć o swoim pobycie. Zabytkowy konfesjonał w katedrze w Kwa Paweł Głogowski TRÓJSTYK GRANIC W BIAŁEJ GÓRZE Paweł Głogowski 111 Jedną z ciekawszych i najczęściej fotografowanych atrakcji turystycznych powiatu sztumskiego w okresie międzywojennym był, obok Krzyża Prus Zachodnich (patrz „Prowincja nr 13), tzw trójstyk granic (niem. Dreilanderecke) w Białej Górze (niem. Weissenberg). Trójstykiem nazywamy miejsce, w którym zbiegają się granice trzech państw. We współczesnej Polsce mamy 6 takich punktów, najbardziej znanym jest chyba ten, znajdujący się na szczycie Krzemieńca (Kremenaros) w Bieszczadach (styk granic Polski, Słowacji i Ukrainy). Mieszkańcy Powiśla i Żuław najbliższe takie miejsce mają obecnie w Bolciach koło Wiżajn na Suwalszczyźnie — w odległości ponad 300 km, gdzie stykają się granice Polski, Rosji i Litwy. Kiedy po pierwszej wojnie światowej Polska odzyskała niepodległość, a Gdańsk z okolicznymi miejscowościami stał się Wolnym Miastem, utworzona w ramach Traktatu Wersalskiego specjalna Komisja Delimitacyjna zajęła się precyzyjnym ustalaniem przebiegu granic w terenie. Wszystkie mapy i opisy sporządzane były w języku francuskim, a następnie podpisywane przez członków Komisji. W Białej Górze granicę (sekcja F o długości 58 km. od Piekła/Białej Góry wzdłuż Nogatu, aż do Zalewu Wiślanego) wytyczono w ten sposób, że oba brzegi Nogatu oraz śluza znalazły się na terenie Wolnego Miasta Gdańska, natomiast granica polsko-niemiecka przebiegała u stóp wału przeciwpowodziowego tak, że wał znalazł się w Niemczech, natomiast sam brzeg Wisły - w Polsce. Granica polsko-gdańska biegła zaś dalej środkiem Wisły, a gdańsko-niemiecka poza śluzą oraz niewielką łąką w okolicach Parowu Węgry - środkiem Nogatu. Przed śluzą na Nogacie, po stronie niemieckiej znajdował się niewielki posterunek celny oraz maszt flagowy (w jego miejscu znajduje się dziś trójkątny placyk - parking, na którym zatrzymują się turyści podziwiający widoki i zwiedzający samą śluzę). Styk trzech granic państwowych wypadał natomiast u stóp wału, mniej więcej w połowie brukowanej drogi (zachowanej w dość dobrym stanie do dziś), schodzącej ze śluzy na koniec cypla rozdzielającego Nogat od Wisły. Zwykłe słupki graniczne miały formę wykonanych z granitu prostopadłościanów (różnych rozmiarów), wkopanych mniej więcej do połowy w ziemię. Większe, numerowane oraz oznaczone napisem „Versailles 28.6.1919” stawiano, np. na początku każdej sekcji (odcinka granicy), a pomiędzy nimi wbijano mniejsze, oznakowane jedynie literami symbolizującymi konkretne państwo. Kilka takich mniejszych słupków (D / FD) zachowało się zresztą do dzisiaj nad brzegiem Nogatu, na wysokości Pogorzałej Wsi. Większy słup znaleziono kilka lat temu niedaleko Gardei (granica polsko-niemiecka) i obecnie stoi on przed leśniczówką Zwierzyniec (patrz „Schody Kawowe nr 23). Natomiast słup graniczny oznaczający trójstyk w Białej Górze był większy i miał niespotykany gdzie indziej kształt ostrosłupa o podstawie trójkątnej. U góry, z każdej z trzech stron zwieńczony był napisem „TRAITE DE VERSA1LLES” (Traktat Wersalski) oraz datą: „28 JUIN 1919” (28 czerwca 1919 - data podpisania traktatu). Poniżej napisu i daty, z każdej strony było oznaczenie literowe danego państwa oraz znak sekcji i numer ewidencyjny słupa: P (Polska) IV241, D (Niemcy) IV241 i FD (Wolne Miasto Gdańsk) F002. Słup oznaczający punkt styku trzech granic państwowych był w okresie międzywojennym ciekawostką i wyjątkową atrakcją, odwiedzaną masowo przez turystów, notabli, czy wycieczki szkolne. Uwieczniano go na pamiątkowych zdjęciach czy dziesiątkach widokó- Paweł Głogowski 113 wek. Po wybuchu drugiej wojny światowej 1 września 1939 roku dawne granice przestały istnieć - zarówno teren Wolnego Miasta, jak polskie Pomorze zostały włączone do Rzeszy. Zagadką pozostaje do dziś los tego słupa granicznego. Czy został usunięty przez Niemców, a jeśli tak, to co z nim zrobiono? Czy może jednak przetrwał wojnę nienaruszony i dopiero po wojnie „zajęły” się nim władze polskie? Warto w tym miejscu wspomnieć, że podobny do tego spod Gardei słup graniczny (gdańsko-niemiecki) zachował się nietknięty, w lesie niedaleko Przebrną na Mierzei Wiślanej, podobnie jak zachowało się kilkanaście pomniejszych słupków granicznych nad No-gatem (dwie sztuki zostały niedawno zabrane, za zgodą gminy Sztum, przez pracowników Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku). Krążą też słuchy, że słup z trójstyku granic przetrwał podobno na swoim miejscu mniej więcej do początku lat 60-tych, a następnie został zabrany i ukryty w stodole przez jednego z gospodarzy z Białej Góry. Czy to prawda? Nie wiem, ale warto by może przeprowadzić w tej sprawie małe śledztwo i spróbować odnaleźć tę interesującą pamiątkę historyczną. Przywrócona na swoje pierwotne miejsce (wraz z odpowiednią tablicą informacyjną) z pewnością stała by się dodatkową atrakcją przy odnowionej nie tak dawno temu śluzy w Białej Górze. 114 Droga Św. Jakuba Wiesław Olszewski DROGA ŚW. JAKUBA Wiesław Olszewski 115 Przemierzając Żuławy od granicy z Województwem Warmińsko - Mazurskim w Kępkach nad Nogatem do Mikoszewa, Sobieszewa i dalej na zachód widzimy rozmieszczone co około 200 metrów znaki - charakterystyczne, żółte muszle na granatowym tle. Oznaczony w ten sposób został szlak - część Pomorskiej Drogi św. Jakuba. Droga św. Jakuba, nazywana po hiszpańsku Camino de Santiago to szlak pielgrzymkowy biegnący do katedry w Santiago de Compostela w Galicji, w północno-zachodniej Hiszpanii. W katedrze tej, według przekonań pielgrzymów, znajduje się ciało św. Jakuba Większego Apostoła - Apostoła Jezusa Chrystusa, brata Jana Ewangelisty, pierwszego biskupa Jerozolimy i pierwszego męczennika spośród Dwunastu - ściętego przez Heroda Agryppę I w roku 44 n.e. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela. Nie ma jednej trasy pielgrzymki, a uczestnicy mogą dotrzeć do celu jednym z wielu szlaków. Istniejąca od ponad tysiąca lat Droga św. Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. Oznaczona jest muszlą św. Jakuba, która jest także symbolem pielgrzymów. Początki kultu religijnego w Santiago sięgają IX wieku. Wtedy nad relikwiami wzniesiono pierwszy kościół, a w 900 r. do Composteli przeniesiono siedzibę biskupią. Na prze o-mie XI i XII w. wybudowano wspaniałą katedrę. Sława kultu Apostola przekroczyła szybko granice Hiszpanii, do Composteli przybywało coraz więcej pątników. Przybycie pierwszego 116 Droga Św. Jakuba udokumentowanego pielgrzyma, francuskiego biskupa Le Puy Godescalco, datuje się na rok 950. Ślady pielgrzymek z IX wieku znajdujemy na monetach Karola Wielkiego, jednak największe nasilenie ruchów pielgrzymkowych przypada na wieki XI-XIV. W wieku XII akt papieski uznał Compostelę za trzecie po Jerozolimie i Rzymie miejsce święte chrześcijaństwa. Wówczas Santiago stało się na równi z Rzymem i Jerozolimą jednym z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych zachodniej Europy. Pojawia się nowa terminologia: pątnika udającego się do Santiago zaczyna się nazywać peregrino, tak jak swą nazwę miał pielgrzym udający się do Rzyipu (romero) czy Jerozolimy (palmero). Pielgrzymów do grobu apostoła nazywano również kokijardami (od francuskiej nazwy muszli: la coquille). W ciągu wieków powstała cała sieć dróg, które wiodły od Morza Bałtyckiego - szlak Ca-mino de Santiago zaczynał się niegdyś w Estonii - przez Polskę, Niemcy, Szwajcarię i Francję aż do Santiago. Do Composteli wyruszali również rycerze z Polski. W 1404 r. odbył pielgrzymkę rycerz Andrzej Ciołek z Kabat. Znanymi z odbycia pielgrzymki byli też Jerzy i Stanisław Radziwiłłowie, którzy dotarli do grobu Apostoła w 1579; a w 1611 Jakub Sobieski, ojciec króla Jana III Sobieskiego. Polacy najczęściej korzystali ze szlaków lądowych, docierali do dróg niemieckich i dalej do południowo-francuskich. Pielgrzymki z Polski trwały przez całe średniowiecze, do końca XVII wieku, potem ich natężenie zmalało. Z pielgrzymowaniem do Composteli związana jest Księga św. Jakuba zwana też Kodeksem Kalikstyńskim. Jest to iluminowany rękopis powstały w XII wieku, poświęcony kultowi św. Jakuba i pielgrzymowaniu do Santiago de Compostela. Dzieło to bywa nazywane „pierwszym przewodnikiem turystycznym” Część Księgi poświęcona jest 22 cudom przypisywanym św. Jakubowi, a także tym, które zdarzyły się w świątyniach znajdujących się na Szlaku Św. Jakuba w całej Europie, wśród nich urodzenie się Bolesława Krzywoustego, którego ojciec, Władysław I Herman wysłał poselstwo do Saint-Gilles z prośbą o modlitwy w intencji urodzenia syna. Kodeks spisany jest po łacinie, w XX wieku przetłumaczony na język hiszpański, galicyjski, niemiecki i angielski (1992). Pierwsze drukowane wydanie Księgi św. Jakuba ukazało się w 1882 roku. Oryginał kodeksu znajdował się w archiwum katedry w Santiago de Compostela, skąd został skradziony między 1 i 7 lipca 2011 roku. 4 lipca następnego roku kodeks został odnaleziony w oddalonym o trzy kilometry mieście Milladoiro, w garażu byłego kościelnego katedry. Papież Kalikst II polecił spisać księgę, zawierającą uregulowania dotyczące kultu św. Jakuba, będącą pomocą dla pielgrzymów i zachętą do pielgrzymowania. Dawniej pielgrzymowanie miało przede wszystkim charakter religijny. W wiekach średnich pielgrzymowano dla umocnienia wiary, odbycia pokuty, spełnienia ślubowania, z prośbą o uzdrowienie lub w celach dziękczynnych. Także wzorce zachowań rycerskich obowiązujące w średniowiecznej Europie nakazywały czczenie miejsc świętych. Ale również miasta i parafie wysyłały pielgrzymów w intencji ważnej dla danej społeczności, na przykład prosząc o koniec suszy lub, jak w przypadku miasta Perpignan w 1842 roku, o ustąpienie dżumy. W niektórych państwach, wyrokiem sądu nakazywano przestępcom pielgrzymkę do Santiago. Tradycyjnie drogę rozpoczynano od progu własnego domu. Przez wieki przemierzali ją przedstawiciele wszystkich stanów, w tym wiele znanych postaci (nawet władców): Karol Wielki, św. Franciszek z Asyżu, św. Elżbieta Portugalska, św. Brygida Szwedzka, Izabela Ka- Wiesław Olszewski 117 stylijska, św. Ignacy Loyola, Jan Dantyszek czy papież Jan XXIII. W XIV wieku, szczytowym okresie popularności trasy, każdego roku przemierzało ten szlak ponad milion osób. O ogromnej roli pielgrzymek po Camino świadczą słowa Johanna Wolfganga von Goethe, który pisał, iż „drogi św. Jakuba ukształtowały Europę”. Po rewolucji francuskiej znaczenie pielgrzymek wyraźnie spadło i dopiero od końca lat 80. XX wieku szlak znowu zaczął przyciągać coraz większą liczbę pielgrzymów z całego świata. Papież Jan Paweł II był w Santiago dwukrotnie, raz nawet przeszedł niewielki odcinek Camino Frances. Po wizycie Jana Pawła II w Santiago de Compostela w 1982 r. Rada Europy uznała Drogę św. Jakuba za drogę o szczególnym znaczeniu dla kultury kontynentu i zaapelowała o odtwarzanie i utrzymywanie dawnych szlaków pątniczych. Szlak ten został ogłoszony pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym w październiku 1987 r. oraz wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1993 r. W 2010 r. sanktuarium odwie-dził papież Benedykt XVI. Apel dotyczący rewitalizacji Szlaku spotkał się z szerokim odzewem w Europie. Rekonstrukcja rozpoczęta w 1986 r. trwa nadal w wielu krajach. Dziś oprócz Hiszpanii, swoje szlaki (El Camino) - których w średniowieczu było wiele - mają juz m.m. Portugalia (Camino Portugues), Francja (Chemin Saint-Jacques) oraz Niemcy, Austria i Szwajcaria (Jakobswe-ge). Najczęściej uczęszczanym szlakiem jest Camino Frances (ok. 750 km), który - wbrew nazwie („Szlak francuski”) - w 98 procentach przebiega po terytorium Hiszpanii. Wędrówkę zaczyna się w Saint-Jean-Pied-de-Port we Francji, po północnej stronie Pirenejów, przechodzi się przez słynny wąwóz Roncesvalles, gdzie w roku 778 zginął legendarny Roland, 118 Droga Św. Jakuba bohater „Pieśni o Rolandzie” dalej szlak wiedzie przez górzystą Nawarrę, krainę Basków, następnie przez słynącą z czerwonych win Rioję, przez wyprażone słońcem, kamieniste ścieżki prowincji Burgos, Palencii, Leon, przez deszczową Galicję, by po kilku tygodniach wędrówki dotrzeć wreszcie do Santiago de Compostela, na plac Obradoiro, przed katedrę, w której, według tradycji, znajduje się grób Apostoła. Niektórzy nie kończą swojej wędrówki w Santiago de Compostela, ale podążają jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej, czyli trzy dni drogi od Santiago, nad wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, do miejscowości Fisterra (łac. finis terrae - „koniec ziemi”), która często błędnie uważana jest za wysunięty najdalej na zachód punkt kontynentalnej Europy (w rzeczywistości dotyczy to przylądka Roca w Portugalii). W starożytności i średniowieczu uważano Fisterra za prawdziwy koniec świata, poza którym ciągnie się już tylko straszne, nieprzebyte morze. Tradycyjnie, po dotarciu tutaj, palono pokutne, pielgrzymie szaty i obmywano się w wodach oceanu, zostawiając za sobą dotychczasowe grzeszne życie i rozpoczynając z wiarą nowe. Stąd właśnie pochodzi najpowszechniejszy symbol Drogi św. Jakuba - muszla. Docierający nad ocean wędrowcy zabierali muszle jako dowód przebytej drogi. Dziś można je kupić na całej trasie, a najwięcej oczywiście w samym Santiago. Z historią pielgrzymek do Santiago de Compostela związane jest najprawdopodobniej powstanie znanego kanonu „ Panie Janie”. W odróżnieniu od znanych w Polsce masowych pielgrzymek pieszych (do Częstochowy czy Kalwarii), Droga św. Jakuba przeznaczona jest dla pątników indywidualnych lub małych grup, bez względu na wyznanie i narodowość, chcących doświadczyć w drodze ciszy i duchowej przemiany. Do ich dyspozycji są nie tylko znajdujące się po drodze kościoły i kaplice, ale także dogodne miejsca noclegowe w schroniskach dla pielgrzymów (z hiszpańskiego nazywane albergue lub refugios) prowadzonych przez lokalne społeczności: parafie, stowarzyszenia, schroniska młodzieżowe czy też przez osoby prywatne w gospodarstwach agroturystycznych. Każdy pielgrzym powinien zaopatrzyć się w credencial będący jego pielgrzymim paszportem, na podstawie którego otrzymać może dokument potwierdzający przebycie drogi: compostelę. Na wierzchu plecaka bądź ubrania powinien umocować muszlę jakubową. Charakterystycznymi atrybutami są także: laska, kapelusz, peleryna i zbiorniczek na wodę. W odpowiedzi na apel Rady Europy również w Polsce zaczęto odtwarzać dawne szlaki pątnicze. Kult św. Jakuba Starszego Apostoła na ziemiach polskich był bardzo żywy od samego początku chrześcijaństwa. Największy udział w jego rozwoju od XI w. mieli benedyktyni, zaś od XIII w. dominikanie. Odkrycia archeologiczne muszli św. Jakuba w różnych częściach Polski oraz hiszpańskie źródła archiwalne potwierdzają obecność wielu pielgrzymów z Polski w Santiago de Compostela w dawnych wiekach. Nic dziwnego, że mając w żywej pamięci apel Jana Pawła II wygłoszony w 1982 roku w Composteli, gremialnie zaczęto reaktywować Drogę, gdy tylko zaistniały po temu formalne warunki. Ważne były tutaj dwie sprawy: doprowadzenie sieci dróg jakubowych (ponownie ich oznaczenie) do naszych zachodnich granic, co zbiegło się z faktyczną likwidacją przejść granicznych i możliwością pielgrzymowania bez paszportów - konsekwencją naszej akcesji do Unii Europejskiej w 2005 roku. Wiesław Olszewski 119 PÓŁNOCNA DROGA ŚW. JAKUBA - REAKTYWACJA W latach 2005-2010 na terenie Polski przygotowano dla pielgrzymów z muszlą Jakuba ponad 2200 km oznakowanych odcinków tras. Pierwsza była Dolnośląska Droga św. Jakuba, z Głogowa, przez Jakubowo, do Zgorzelca, gdzie połączyła się z droga od Górlitz do Bautzen a następnie z rozwidleniem na Lipsk lub Drezno, albo tzw. Drogą Zytawską w stronę oddalonej o ok. 160 km Pragi. Nie mogło więc zabraknąć Pomorskiej Drogt Sw. Jakuba. Początkiem jej reaktywowania staje się powołanie w 2008 r., w Lęborku, Kapituły Pomorskiej Drogi św. Jakuba, która we współpracy i za pośrednictwem samorządu miasta Lęborka 21 maja 2010 r. składa do Programu Współpracy Transgramcznej „Południowy Bałtyk” wniosek o poważne współfinansowanie projektu RECReate - Rewitalizacja Europejskiego Szlaku Kulturowego na Obszarze Południowego Bałtyku - Pomorska Droga Sw. Jakuba. Kult św. Jakuba apostoła związany jest z Lęborkiem od początku lokacji tego grodu nad Łebą w 1341 roku. Zaczęto wtedy również budowę świątyni pod wezwaniem sw. Jaku-ba Starszego. Święty Jakub na prośbę mieszkańców i władz samorządowych został ustano-wiony oficjalnym patronem Lęborka. Dokończenia reaktywowania camino biegnącej przez cale północne terytorium Polski podjęła się zawiązana 15 października 2008 roku Kapituła Pomorskie; Drogi sw. Jakuba. Do udziału w jej pracach zaproszono przedstawicieli samorządów terytorialnych, instytucji kościelnych, organizacji turystycznych oraz organizacji pozarządowych. Celem projektu jest wzmocnienie istniejącego dziedzictwa kulturowego po to by wykorzystać je do rozwoju regionalnego jako nowego produktu turystycznego w regionie Południowego Bałtyku - Szlak Turystyczny św. Jakuba oraz mobilizacja społeczności lokalne; 120 Droga Św. Jakuba wokół wspólnej inicjatywy. Szlak św. Jakuba został dodany do listy dziedzictwa kulturowego UNESCO w roku 1987, w związku z pragnieniem Europejczyków powrotu do europejskich korzeni kulturowych. Chodzi przede wszystkim o to, by zachęcić ludzi do wolniejszego przemierzania różnych krajów i regionów oraz zasmakowania w różnorodności tychże i zrozumienia ich specyfiki. Odpowiada to starożytnym zwyczajom, kiedy to ludzie spędzali setki dni przemierzając drogę do Santiago de Compostella i jednocześnie stykali się z różnorodnością kulturową, nowymi ideami i trendami rozwoju. Szlak św. Jakuba również kiedyś istniał w rejonie Południowego Bałtyku sięgając od Królewca przez Gdańsk i Szczecin do Rostoku i dalej na zachód. Celem projektu jest odtworzenie tego szczególnego szlaku i połączenie istniejącego dziedzictwa z szerszą siecią europejską. Główną przesłanką przedsięwzięcia jest włączenie krajów Południowego Bałtyku do „europejskiej rodziny” poprzez reaktywację nadbałtyckiej części europejskiego szlaku kulturowego, a także podnoszenie świadomości i tożsamości mieszkańców, poczucia dumy z miejsca zamieszkania na ważnym europejskim szlaku kulturowym. Projekt zakłada z jednej strony podnoszenie wśród mieszkańców regionów poczucia odpowiedzialności za pielęgnowanie przeszłości i tradycji tego zakątka Europy, w którym żyją, dla kultury całego kontynentu i zachowania dziedzictwa kulturowego regionu, a z drugiej aktywizację mieszkańców bez względu na status społeczny i ekonomiczny, czy sprawność fizyczną, motywację do kreowania szlaku przebiegającego przez ich tereny. Celem projektu jest promowanie regionalnego rzemiosła, potraw, tradycji, obrzędów, dbałość o zabytki kultury, zwyczaje i pamiątki przeszłości. Droga ma zachęcić mieszkańców i turystów do aktywnego ruchu turystycznego przez różnorodne krajobrazy regionów oraz poznawania ich specyfiki kulturowej a także promować aktywność turystyczną osób starszych, niepełnosprawnych, małżeństw z małymi dziećmi spędzających wakacje w domu. Projekt rewitalizacji Szlaku św. Jakuba to przedsięwzięcie wymagające czasu, zaangażowania i współpracy, w realizację zaangażowało się wiele osób, instytucji, organizacji, odbyło się wiele spotkań, konferencji, rozmów, szkoleń, warsztatów. 14 kwietnia 2011 odbyła się w Urzędzie Miejskim w Lęborku konferencja otwierająca projekt. 28 kwietnia 2011 roku zaczęła funkcjonować strona internetowa projektu RECReate (Rewitalizacja Europejskiego Szlaku Kulturowego na Obszarze Południowego Bałtyku) realizowanego przy wsparciu finansowym Programu Południowy Bałtyk. 21 czerwca 2011 roku w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku odbyła się konferencja poświęcona rewitalizacji Pomorskiego Szlaku św. Jakuba. Dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu Leszek Sarnowski po raz pierwszy zgłosił akces Elbląga do pomorskiego szlaku jakubowego. Rozpoczęły się spotkania promujące ideę szlaku z przedstawicielami samorządów, duchowieństwa oraz organizacji turystycznych funkcjonujących na trasie jego przebiegu, przedstawiono założenia projektu, wyjaśniono ideę i celowość włączenia się do tworzenia Europejskiej Sieci Szlaków Jakubowych na Pomorzu i w Polsce. Odbyły się one w Elblągu, Nowym Dworze Gdańskim, Gdańsku i dalszych ośrodkach. Spotkania okazały się owocnymi, samorządowcy bardzo dobrze przyjęli projekt RECRate i wyrazili chęć uczestnictwa w jego realizacji. Wiesław Olszewski 121 w dniach 28 maja - 5 czerwca 2011 r. śladami św. Jakuba - aż do Santiago de Compo-stela w Hiszpanii odbyła się podróż studyjna, której uczestnikami byli partnerzy projektu z województwa zachodniopomorskiego: przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego oraz Fundacji Szczecińska. Do realizacji projektu włączył się nowy partner - Uniwersytet Gdański. Na spotkaniu w dniu 16 listopada przedstawiciele uczelni przedstawili zamysł organizowania spotkań z wolontariuszami, lokalnymi gospodarzami oraz ambasadorami Szlaku. Zaczęły pojawiać się artykuły o szlaku i projekcie w prasie lokalnej i ogólnopolskiej. „Magazyn Gdański” poświęcony temu tematowi rozpowszechniano między innymi na Międzynarodowych Targach Turystycznych ITB Berlin 2012. Rozpoczęły się działania w ramach przygotowywania warsztatów szkoleniowych dla lokalnej społeczności mieszkające; na trasie turystyczno — pielgrzymkowej Pomorskiej Drogi św. Jakuba. W dniach 22-25 maja 2012 delegacje partnerów polskich, niemieckich i litewskich spotkały się w Kretindze na Litwie, miejscu gdzie szlak się zaczyna. Gospodarzem spotkania byl samorząd tego miasta. Zarówno w Kretindze jak i okolicznych miejscowościach (Kar-tena, Salantai) odbyły się spotkania z władzami samorządowymi, duchowieństwem oraz entuzjastami Drogi św. Jakuba. W połowie 2012 roku rozpoczęły się prace nad stworzeniem przewodnika w ramach realizacji projektu RECReate. 25 lipca, w Starostwie Powiatowym w Lęborku odbyło się spotkanie grupy redakcyjnej przewodnika po Pomorskiej Drodze św. Jakuba. Jesiemą Uniwersytet Gdański, jako partner Projektu, rozpoczął organizację szkoleń oraz warsztatów poświęconych funkcjonowaniu i obsłudze szlaku kulturowego Świętego Jakuba. Powstał pierwszy obiekt infrastruktury towarzyszącej - Przystanek Pielgrzyma w Duninowie kolo Ustki. Cały czas pracuje roboczy zespół ds. przewodnika po Pomorskiej Drodze sw. Jakuba, trwają prace nad opracowaniem bazy noclegowo-turystycznej szlaku. Jako p.erwsza zaprezentowana została baza odcinka elbląskiego wraz z mapą. Powstają pierwsze noc egownie dla pielgrzymów Pomorskiej Drogi św. Jakuba w Lęborku i Łebie. Na początku listopada odbyły się spotkania w Kaliningradzie i Mamonowie z przedstawicielam. regionu i.kościoła CeLm spotkań było ustalenie zasad współpracy między stroną polska a Obwodem Kaliningradzkim w ramach realizacji projektu RECReate, który zakłada przebieg Pomorskiej Drogi św. Jakuba przez Obwód Kaliningradzki na Litwę. Z początkiem grudn, p kolejny partnerzy projektu spotkali się p go jakim jest droga św. Jakuba, Przedmiotem rozmów była promocja produktutym kLestie marketingowe, a także uczestnictwo w targach turystyczny h. p ą zorganizowal wyjazd do Rostoku, W ramach transferu wiedzy Uniwersytet w G gdzie zaprezentowano przykłady obiektów jakubowych. • ruHn warsztatów - szkoleń dla osób aktywnie uczest- Początek 2013 roku to inauguracja cyklu warsztato rO7Wói i nro- niczacYch w kształtowaniu turystycznej oferty regionu, mających wpływ na rozwój pro niczących w kształtowaniu tu yy } kadczacych usługi m.in. noclegowe i gastro-mocję produktów turystycznych Porno, d dzialających w obszarze nomiczne. Warsztaty to także doskonal p p■ y^ „ g kulturalnym . religijnym woje-integracji społecznej oraz biorących czynny 122 Droga Św. Jakuba wództwa. Szkolenia, prowadzone przez Uniwersytet Gdański, odbywają się w ośrodkach województw Pomorskiego, Zachodniopomorskiego oraz w Elblągu. W kwietniu przedstawiciele partnerów projektu, tj. Gminy Miasto Lębork, Starostwa Powiatowego w Lęborku, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego, Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu w Greifswaldzie oraz Parafii Rzymsko-Katolickiej w Kaliningradzie, odbyli wizytę studyjną w Santiago de Compostela. Miała ona na celu poznanie funkcjonowania szlaku, sposobów znakowania oraz obsługi pielgrzymów. Pojawiają się pierwsi wędrowcy na Szlaku. W kwietniu przemierzają jego fragment uczestnicy XVII Ogólnopolskiego Nizinnego Złotu Przewodników P I IK z całej Polski, w dniach 25-28 lipca odbyła się Międzynarodowa Pielgrzymka Jakubowa z Gdańska do Lęborka. W trakcie pielgrzymki miało miejsce oficjalne otwarcie Pomorskiej Drogi św. Jakuba. Lato to okres intensywnych prac nad oznakowaniem Pomorskiej Drogi św. Jakuba na terenie województwa pomorskiego. Oznakowanie odcinka wschodniego od Kępek nad Nogatem do Sobieszewa powierzono członkom Klubu Turystycznego PTTK SZUWAREK w Nowym Dworze Gdańskim, którzy w proces tworzenia Drogi zaangażowani byli od początku. Szlak przebiega przez Marzęcino, Nowy Dwór Gdański, Ostaszewo, Mikoszewo i, po przekroczeniu Przekopu Wisły, przez Wyspę Sobieszewską. Po drodze odwiedza dwa kościoły pod wezwaniem św. Jakuba - w Tui i w Niedźwiedzicy. Oznakowano również trasę alternatywną na okres niefunkcjonowania przeprawy promowej Mikoszewo - Świbno. Oznakowanie stanowi żółta muszla na ciemnoniebieskim tle, na trasie alternatywnej muszla biała. Na opracowywanym odcinku ustawiono dwa słupy betonowe w otwartej przestrzeni jako element małej infrastruktury, z zamieszczonym logo Pomorskiej Drogi św. Jakuba, ukazującym kierunek oraz odległość do Santiago de Compostela i najbliższej miejscowości. Słupy stanęły w Kępkach - na początku odcinka oraz przy przeprawie promowej w Mi-koszewie. Dwie tablice informacyjne z mapą i przebiegiem Szlaku ustawiono w Nowym Dworze i Sobieszewie. Stosowne tablice pojawiły się przy kościołach św. Jakuba. Tablica informacyjna stanęła także przed katedrą w Elblągu. Znakowanie zakończono jesienią 2013 roku. Już latem opracowany i wydany został w wersji polskojęzycznej przewodnik i paszport po Pomorskiej Drodze św. Jakuba. Rozpoczęto prace nad wersjami angielską, niemiecką i litewską. W wybranych miejscach na szlaku dostępne są paszporty pielgrzyma, na których wędrowcy będą mogli zbierać pamiątkowe pieczątki. W wielu parafiach, punktach informacji turystycznej i innych obiektach pojawiły się ozdobne pieczęcie okolicznościowe. Na Szlaku pojawili się pierwsi turyści - pielgrzymi. 19 listopada w Urzędzie Miejskim w Lęborku odbyła się konferencja kończąca projekt RECReate. Partnerzy projektu podzielili się swoimi osiągnięciami oraz wnioskami z realizacji zadań. Podobne zebranie odbyło się 3 grudnia w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Zachodniopomorskiego. Ważnym punktem programu było podpisanie listu intencyjnego w celu dalszego popularyzowania pomorskiej Drogi sw. Jakuba. Ryszard Wenta, Wicestarosta Lęborski, koordynator projektu RECReate, przewodniczący Kapituły Pomorskiej Drogi Świętego św. Jakuba w jednym ze spotkań podsumo- Wiesław Olszewski 123 wujących projekt podaje wiele informacji i danych dotyczących realizacji projektu: Pomorska Droga św. Jakuba ma być odtworzonym średniowiecznym Pomorskim Camino. 9 partnerów instytucjonalnych oraz 5 organizacji stowarzyszonych przez 3 lata realizuje projekt w oparciu o znaczące wsparcie środków unijnych. „Rewitalizacja europejskiego szlaku kulturowego na obszarze południowego Bałtyku - Pomorska Droga św Jakuba (akronim RECReate) ma budżet w wysokości 1.258 tys. euro, z czego aż 85% kosztów kwalifikowanych (1.066 tys. euro) stanowi wsparcie z Programu Współpracy Transgra-nicznej „Południowy Bałtyk. Partnerzy realizujący projekt są m.in. odpowiedzialni za przygotowanie następujących produktów: 1. oznakowanie co najmniej 100 km szlaku, 2. wydanie do bezpłatnego udostępniania co najmniej 1.000 egz. przewodnika papierowego w czterech wersjach językowych: litewskiej, polskiej, niemieckie; 1 angielskiej, 3. założenie strony internetowej Drogi, na której musi być dostęp do przewodnika elek-tronicznego, 4. wydanie co najmniej 1.000 egzemplarzy bezpłatnej mapy Drogi, 5. przygotowanie i wyposażenie 2 wzorcowych noclegowni dla użytkowników Drogi, 6. opracowaniekoncepcjizimowegokorzystaniazniektórychodcinkówPomorskiejDrogi. Wdniach 25-28 lipca 2013 r. został udostępniony potencjalnym użytkownikom oznakowany odcinek polski Pomorskiej Drogi św. Jakuba z Kępek (powiat nowodworski) na granicy województw warmińsko-mazurskiego i pomorskiego do Kammmke na wyspie U , stanowiącej początek Via Baltica. Kancelarie parafialne oraz biura informacji turystycznych w miejscowościach etapowych zostały wyposażone w darmowe paszporty P1^™" pieczątki potwierdzające wędrowanie Drogą. Udostępniony został "to^ internk-tywny przewodnik po Drodze (wwwrezcreatejjl lub Papierowe przewodniki i mapy w obrocie komercyjnym będą możliwe dopiero^51 ach lub szybciej - jeżeli obecna wersja Przewodnika zostanie zaktualizowana i/lub wzbogacona o opis nowych szlaków dochodzących do szlaku glówneg Efektem zaangażowania Partnerów projektu RECReate jest P^|“^ szlaku kulturowo-pątniczego o długości aż 1.134 kilometrów wiodącego P^^ wych obrzeżach Bałtyku. To, jak będz ie wykorzystywany zależy od splotu wielu okolicz-wych oorzezacn natryKu. , j v roWerowego) wędrowania, przychylności ze ności - promocji i popularności piesz g ( g sWoim dzialaniem tereny, przez strony parafii i związków projektów korzystających ze wsparcia które przebiega proponowany szlak, ) y P nastąpi m.in. dokończenie unijnego, krajowego lub r^O”al^egO; przystosowanie wytypowanych odcinków dla oznakowania Drogi na wschód od K?P ' P y „„„stosowanie szlaków pieszych narciarzy, bieżące wydawanie mformatorow foka y - P^^ (zainwestowania) dla rowerzystów oraz otwartości c ę g . drobiazgi na rzecz użytkowni- przez osoby oferujące miejsca noclegowe, wy yw 124 Droga Św. Jakuba ków Drogi, w końcu od opieki nad stanem oznakowania i infrastruktury technicznej Pomorskie Drogi. Samorząd Miasta Lęborka - beneficjent wiodący projektu RECReate jest odpowiedzialny za trwałość efektów projektu przez 15 lat (m.in. strona internetowa, aktualizacja oznakowania co najmniej 100 km szlaku); wsparciem służyć będzie na pewno społeczna Kapituła Pomorskiej Drogi św. Jakuba oraz planowane Stowarzyszenie Przyjaciół Pomorskiej Drogi św. Jakuba. Pomorska Droga św. Jakuba ma wpisać się w europejską sieć Camino, promować miejscowe atrakcje o charakterze religijnym, świeckim i przyrodniczym, twórcy mają nadzieję, że korzystający z przygotowanej propozycji poczują się na pomorskiej camino „jak u siebie”, tak jak na innych szlakach europejskich camino. Od redakcji: O drodze św. Jakuba pisały w numerze 1 (3) z 2011 r. naszego kwartalnika: Grażyna Nawrolska - O średniowiecznych pielgrzymkach i znakach pielgrzymich oraz Bogumiła Bruniecka - W drodze do Composteli. Jakub Apostoł na obrazie Albrechta Diirera (lS16),jbt. Wikipedia Dorota Maluchnik DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR. KAWIARNIA „ZANTYR” W SZTUMIE 126 Dawnych wspomnień czar. Kawiarnia „Zantyr” w Sztumie Obrosły legendami gród Zantyr, którego archeolodzy poszukują w okolicach Białej Góry, był siedzibą biskupa pomezańskiego Chrystiana. Nic zatem dziwnego, że w naszym mieście, gdzie znajduje się piękny, choć skromny zamek, nazwa „Zantyr” zadomowiła się i kojarzona jest dość powszechnie z klubem sportowym i restauracją. Zapewne nie wszyscy pamiętają, iż w latach 70. i 80. minionego wieku, w miejscu obecnego budynku inspektoratu ZUS przy ul. Mickiewicza znajdowała się kawiarnia o takiej nazwie. Był to parterowy budynek, kryty eternitowym dachem; z boku znajdowała się budka z lodami i goframi (ich niepowtarzalny smak do tej pory pamiętają sztumiacy rozsiani po całym świecie,wspominający czasem rodzinne miasto na forach internetowych). Za kawiarnią znajdowały się niskie budynki mieszkalne, zwane popularnie „barakami”, a z boku biblioteka miejska i internat żeński Zespołu Szkół. Między tym dawnym Zantyrem a internatem znajdował się budynek mieszkalny, w którym funkcjonował punkt przyjęć pralni; nieopodal był placyk, na którym w latach siedemdziesiątych XX wieku w porze jesiennej sprzedawane były owoce z zakładu sadowniczego z Czernina , między innymi słynne jabłka Jonatany, handlowano tu ponadto innymi produktami rolnymi. Kawiarnia Zantyr była w owym czasie popularnym miejscem spotkań towarzyskich, wiele rodzin zachodziło tam po niedzielnej mszy na lody, kawę, gofry, etc. Moje prywatne wypady do Zantyra były o tyle ułatwione, że z naszego podwórka był skrót, nazywany „bepem” (mówiło się: przejść przez bep). Był to barak mieszkalny, otoczony drzewami owocowymi, z którego przez dziurę w płocie przechodziło się na ulicę Nowowiejskiego (obecnie w tym miejscu jest przedszkole). Moje wspomnienia dotyczące tego miejsca są siłą rzeczy niepełne, gdyż w okresie rozkwitu Zantyra miałam kilkanaście lat i zajmowałam się głównie nauką, jednak czasami zdarzyło się, że koleżanki z „naszej ulicy” lub starsza siostra namówiły mnie na pójście do tej kawiarni na lody lub kawę i ciacho. Ceny w Zantyrze były stosunkowo niskie, toteż wejście tam było możliwe nawet dla nas, ówczesnych małolat. Starszyzna z mojego podwórka piła już wówczas wino, nas wszakże (piszę to w imieniu własnym oraz o rok starszej siostry) zadowalało wypicie kawy i zapalenie pierwszego w życiu papierosa (w tym czasie paliło się papierosy marki Caro, Marlboro, Carmen lub po prostu Klubowe - radomskie bądź poznańskie). Dodam jako ciekawostkę historyczną, iż w pamiętnym roku 1981 z powodu kryzysu paliło się nawet Popularne, nazywane przez nas „czesterfieldami”. Pamiętam bardzo dokładnie, że paczkę Popularnych, czyli Sportów zakupiłam za 9 zł w tunelu dworcowym w Krakowie, gdy przyjechałam na egzaminy wstępne na studia na przełomie lipca i czerwca 1981 roku. Z innych „atrakcji” swojego pobytu w Krakowie w tych dniach pamiętam ogromną ilość plakatów z napisami w stylu „Telewizja kłamie”, a także spotkanie z Wałęsą na Rynku Głównym - tłum ludzi na ulicy, jak i na dachach i ten wspólny zbiorowy sen na jawie o wolnej i niepodległej Polsce ); lecz to tylko dygresja, spowodowana skojarzeniem. Wracając do Zantyra pamiętam, że była tam szafa grająca i po wrzuceniu monety (chyba dwuzłotowej) można było usłyszeć wybraną piosenkę, na przykład „Białego misia”, „Chryzantemy złociste” lub „Kormorany”, a z przebojów zachodnich „Dom wschodzącego słońca” Dorota Maluchnik 127 lub piosenki braci Gibb, przeboje zespołu Queen, etc. Bardzo popularny wtedy był przebój Denisa Roussosa zatytułowany „Goodbye my love, goodbye”, a także piosenki Annyjantar, Andrzeja Rybińskiego,Ireny Santor. Potem w czasie mojej matury pojawiły się takie gwiazdy jak Urszula i Iza Trojanowska. Zantyr serwował napoje zimne 1 gorące - lody, desery (np. pyszne galaretki owocowe i ciastka) oraz trunki (wino, wódeczkę, drinki, piwo), toteż nie narzekano tam na brak klientów. Pamiętam dość dokładnie układ stolików, szatnię, bufet, jak również to, że szafa grająca stała w prawym rogu, patrząc na wprost od strony bufetu a z boku od prawej strony były duże okna z widokiem na ulicę. Zantyr miał swoich stałych bywalców, których wtedy jako ludzie nastoletni znaliśmy głównie po ich „ksywkach (tego słowa użyłam nieprzypadkowo, gdyż z racji naszego zamieszkiwania w niedalekim sąsiedztwie Zakładu Karnego gwara więzienna była w codziennym użyciu). Pam ętam niektóre kelnerki oraz pana z akordeonem, który często wyśpiewywał taką piosenkę: Wczoraj grałem w 66, a dzisiaj nie ma co jeść. Do Zantyra przychodziło sporo osób z mojej „dzielnicy”, a także znajomi z liceum, przeważnie starsze roczniki. Kawiarnia ta wyróżniała się specyficzną atmosfer, jaką obecnie można jeszcze odnaleźć gdzieś w Polsce (nie tak dawno temu modne były stylizacje wnętrz lokali na okres PRL-u), jednak już nie w Sztumie. To specyficzne „cos , co wyroją o Zantyr było przeciwieństwem modnego obecnie i lansowanego „nowobogactwa, była to jakaś nieokreślona „swojska nuta”, którą tworzyły: prostota wnętrza i jego wystroju oraz niepowtarzalny klimat (polityczny i artystyczny) tamtych lat. Parafrazując powiedzenie Grzegorza Turnaua, zasuszane podczas jego ostatniego koncertu w Sztumie - moja nostalgia 128 >omnień czar. Kawiarnia „Zantyr” w Sztumie widoczna w opisie tego specyficznego miejsca nie wynika z tęsknoty za komuną; to jest tęsknota za młodością. Jedną z głównych atrakcji Zantyra była możliwość długiego zasiady-wania przy stoliku przy szklance oranżady lub kawy i obserwowania ludzi siedzących przy innych stolikach. Działało to niestety w obie strony, toteż dla osoby nieśmiałej przejście drogi od stolika do toalety lub do szafy grającej było nie lada wyzwaniem z powodu co najmniej kilku par oczu wlepionych w delikwenta, który przechodził przez środek kawiarni. Oczywiście, z perspekwywy teraźniejszości mogę stwierdzić, że to prawdopodobnie małomiasteczkowa nuda sprawiała, że poszukiwało się tego rodzaju atrakcji i czerpało przyjemność z obserwowania innych ludzi. Poza tym, zazwyczaj „obgadywało się ciuchy, fryzury, makijaże, a także patrzyło się, kto z kim przyszedł, etc. Byłam wówczas bardzo nieśmiała, za to moja starsza siostra, debiutująca w tym czasie jako poetka w Elblągu, miała szeroki krąg znajomych, a ponieważ często byłam namawiana na pójście do kawiarni jako tzw. „przy-zwoitka”, siłą rzeczy musiałam się czasem przełamać i poznać nowych ludzi, również tych odmiennej płci. Pamiętam zwyczaj łączania stolików i biesiadowania przy czarnej kawie w pamiętnych PRL-owskich szklankach (z cukrem w kostkach kładzionym na szklanej podstawce) - trwało to czasem parę godzin. Rozmawiało się o sztuce przez wielkie i małe „S”, o szkole, o polityce, o filmach, książkach, a także wymieniało się drobne ploteczki. Oczywiście muzyka płynąca z szafy grającej dopełniała ten ogólny klimat, pamiętam również, że w tej kawiarni zdarzały się też „tańce”, choć mody na ” You can dance” bynajmniej wtedy nie było. Mogę się pochwalić, iż miałam wówczas pewne rozeznanie w światowych trendach muzycznych, gdyż namiętnie słuchałam po nocach radia Luxemburg, dzięki któremu nawet „za komuny ” można było usłyszeć wielu słynnych światowych wykonawców. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zburzono budynek, w którym mieścił się Zantyr. Znalazłam w informację, iż 2 kwietnia 1976 roku uruchomiono w Sztumie Wojewódzki Oddział ZUS, obejmujący cały obszar województwa elbląskiego. Zajmował górę i dół Urzędu Miasta i Gminy, potem przeniósł się do nowego biurowca, który stanął na miejscu kawiarni. Dawny Zantyr istniał na pewno jeszcze w drugiej połowie lat 70., gdy byłam w szkole średniej. Potem wyjechałam na południe Polski, dlatego moment rozbiórki Zantyra zatarł się w mojej pamięci. Gdy zamknę oczy, widzę ten budynek w myślach dość wyraźnie. O ile dobrze zapamiętałam, około roku 1979 modny (przynajmniej w moim kręgu znajomych) stał się klub Amator przy dawnym Sztumskim Ośrodku Kultury. Było to za dyrekcji pana Mirosława Melerskiego, gdy instruktorem teatralnym był Krzysztof Kobus. Ale to już inna historia... Marta Chmielińska 129 Marta Chmielińska TABLICE NAGROBNE ODNALEZIONE W MALBORKU 130 Tablice nagrobne odnalezione w Malborku Nazwiska, których miał nikt nie pamiętać. Ziemia oddała tablice z grobów nieistniejącego cmentarza za Szpitalem Jerozolimskim w Malborku. Zaczęło się od odnalezienia ludzkich szczątków na terenie dawnego cmentarza tuż za budynkiem Szpitala Jerozolimskiego. Fragmenty szkieletów nikogo nie dziwiły bo trudno było doszukiwać się innego ich pochodzenia jak właśnie z przypadkiem naruszonych grobów. Samo naruszenie pochówków mogło już bardziej zastanawiać, ponieważ o istnieniu mogił wiadomo było powszechnie, a dostępne mapy niemal dokładnie pokazywały gdzie pochowani byli ludzie. Jakkolwiek by nie było, robotnicy przygotowujący plac pod mający powstać w tym miejscu parking znaleźli ludzkie kości. Trafiły one po oględzinach do mogiły w kwaterze N.N. na malborskiej nekropolii, a umieszczona tam tabliczka informuje, skąd pochodzą szczątki. W tym samym czasie okazało się, że ziemia odsłoniła nie tylko pochowanych tam ludzi, ale także tablice nagrobne i całe pomniki z kwatery wojskowej. Wszystkie fragmenty oraz całe płyty zostały złożone przy jednej ze ścian budynku, po zagrodzonej stronie budowy. Złożone to może nie jest odpowiednie słowo, bo sugeruje ono dbałość o wydobyte elementy, płyty zaś zostały zrzucone w jedno miejsce - mowa tu o tych lżejszych tablicach z grobów dawnych cywilnych mieszkańców Malborka, które niestety nosiły ślady także świeżych zniszczeń spowodowanych uderzeniami o ziemię lub o inne już leżące płyty. Na usta ciśnienie się tu komentarz - w polskich warunkach powinniśmy cieszyć się, że w ogóle ktoś je wydobył zamiast zasypać ziemią... No więc pełni radości z tego faktu członkowie Stowarzyszenia Szpitala Jerozolimskiego Zakonu Niemieckiego w Malborku postanowili te ocalałe płyty oczyścić i zmagazynować. Oczom wolontariuszy ukazało się kilkadziesiąt mniejszych i większych kawałków płyt z kamienia i marblitu, a także kamienne nagrobki z mogił wojennych z czasów I wojny światowej. Spośród „cywilnych” płyt jedynie kilka zachowało się w stanie nienaruszonym, większość była potłuczona, często także brakowało elementów. Wszystkie kawałki marblitu i kamienia zostały oczyszczone z ziemi i umyte wodą, a następnie ułożone na płachtach folii. Woda zmywając ponad 30-letni brud odsłaniała przepiękne zdobienia i napisy wykonane rękę nieznanych kamieniarzy. Nieznanych, z wyjątkiem podpisanego na swoich wyrobach elbląskiego mistrza tej sztuki - Friedricha Herrmanna. Najpiękniejsze płyty zdobione są wzorami florystycznymi, w tym obramowania płyt stylizowane są na pień drzewa. Napisy wykonane zostały ozdobnym gotykiem a stan zachowania tych ocalałych elementów jest wręcz idealny. Część kamiennych płyt pozostała niemal nienaruszona - noszą one jedynie ślady po kulach wystrzelonych prawdopodobnie przez sowieckich żołnierzy w 1945 roku. Odrębna grupą odnalezionych nagrobków są płyty z grobów żołnierzy z I wojny światowej. Cmentarz wojenny znajdował się po prawej stronie terenu znajdującego się za budynkiem szpitala, spoczynek znaleźli tu żołnierze walczący w I wojnie światowej. Przy wejściu do kwatery wojskowej znajdowały się, istniejące do dziś głazy z wyrytymi datami granicznymi: 1914 - 1919. Choć wojna zakończyła się w 1918 r. to ofiary chorób i ranni umierali jeszcze w następnym roku. Według zachowanych informacji oraz zdjęć wiadomo, że pośrodku kwatery znajdował się drewniany krzyż oraz Grób Nieznanego Żołnierza. Groby Marta Chmielińska 131 wojenne miały kształt prostokątnych tablic zwieńczonych krzyżem wzorowanym na odznaczeniu niemieckim - Krzyżu Rycerskim Krzyża Żelaznego potocznie nazywanym Krzyżem Żelaznym Ciekawostką jest fakt, że żadna z zachowanych płyt z grobów wojskowych nie ma ani zwieńczenia w kształcie krzyża ani nawet śladu po takowym. Wynikałoby z tego, że część grobów na wojennej kwaterze tego cmentarza miała inny niż ogólnie przyjęty wygląd. Takich płyt zachowało się jak do tej pory 17, wykonane ze zbrojonego betonu prawie wszystkie są całe. Są one w bardzo dobrym stanie, wszystkie napisy pozostały czytelne, paradoksalnie zasypanie ziemią pomogło nagrobkom przetrwać. To znalezisko zelektryzowało osoby pasjonujące się przeszłością miasta, bo cmentarza miało już nie być. Zajmował duży teren o łącznej powierzchni niemal 32 000 m kw., pochowano tu łącznie 3 612 osób, w tym zwykłych mieszkańców miasta oraz ofiary bombardowania zakładów lotniczych w Królewie w 1943 r„ a także Bruno Kaisera towarzyszącego w 1929 r. Ferdinandowi Schulzowi w ostatnim locie samolotem zakończonym katastro ą nad Sztumem. Pochówki na tej nekropolii odbywały się do 1944 roku, a w 1978 r. przypieczętowany został jego los. Choć spoczywały tam setki osób, została zlikwidowana. Nie odbyło się to jednak w cywilizowany sposób, wiele wskazuje na to, ze firma, która odpowiedzialna była za likwidację zabrała cenne materiały natomiast niepotrzebne płyty z mar itu czy kamienia lub wojenne nagrobki ze zwykłego betonu zostały zepchnięte i przysypane 132 Tablice nagrobne odnalezione w Malborku ziemią. Nazwiska ludzi, których imiona można odcyfrować z ocalałych płyt miały już nigdy nie być znane. A jednak tak się nie stało. Wolontariuszom pracującym przy czyszczeniu i przenoszeniu płyt do zamkniętego pomieszczenia udało się odczytać 41 nazwisk. 17 z nich to dane żołnierzy a wśród nich nie brakuje tych polsko brzmiących, jak choćby Schadowski czy Podworny. Oczywiście na tym nie zakończyła się ta sprawa, osoby zaangażowane w mycie tablic spotkały się także z wiceburmistrzami - Maciejem Ruskiem i Jerzym Skoniecznym. Na spotkaniu wstępnie ustalono, że idealnym miejscem do wyeksponowania tych pozostałości po mogiłach będzie lapidarium powstałe na cmentarzu przy ul. Jagiellońskiej. Prace miałyby ruszyć wiosną tego roku. Jest także decyzja co do dalszego losu nagrobków wojskowych. Wojewoda pomorski, bo to on jest odpowiedzialny za mogiły wojenne, zdecydował, że nieopodal budynku szpitala powstać ma kwatera wojenna z ustawionymi wykopanymi płytami nagrobnymi oraz pomnik upamiętniający to miejsce. Na cmentarzu zaś, w miejscu pochówku szczątków odnalezionych w czasie prac, pojawi się tablica upamiętniająca nazwiska odnalezione na nagrobkach. Dodatkowo burmistrzowie zgodzili się, że warto przeszukać ogrodzony teren otaczający budowę i posługując się nieinwazyjnym sprzętem sprawdzić, czy pod powierzchnią nie znajdują się jeszcze jakieś nagrobki. Swoją pomoc, także finansową, zapowiedział dr Klaus Hemprich, prezes Stowarzyszenia Szpitala Jerozolimskiego. Lista nazwisk spisanych z odnalezionych nagrobków wojskowych przekazana została stronie niemieckiej, między innymi organizacji prowadzącej ewidencję grobów niemieckich z obu wojen światowych. LISTA NAZWISK SPISANYCH NA PODSTAWIE DOKUMENTACJI FOTOGRAFICZNEJ SPORZĄDZONEJ 4 STYCZNIA 2014 R. PRZEZ KAROLINĘ MANIKOWSKĄ I TOMASZA WĄSIKA 1. Carl Patzig, *26.11.1882 + 9.5.1887 2. Catharina Lukas (uszkodzony) 3. Elisabeth [D] ...eutschendorf z d. Borowski * 12.2.1822 + 3.2.1892 4. ... Heinrich + 1886 5. Heinrich Schróter * 3.10.1832 + 24.3.1891 6. Clara Nehring * 16.10.1882 + 18.2.1884 7. Gertude Albrecht *20.1.1885 + 18.3.1885 8. Wilhelminę Meinreis * 19.4.1845 + 29.5.1910 9. Ida Laskowski geb.(z d.) Miehle * 5.12.1864 + 28.8.1896 10. Marie Dóhring geb.(z d.) Hepner * 19.3.1837 + 23.7.1904 Marta Chmielińska 133 11. Wilhelm Traugott Reiter, Seminarlehrer * 16.7.1821 + ... 1883 12. Mathilde Reiter geb.(z d.) Greifenhagen Seminarlehrer * 26.1.1825 + 12.7.1892 13. Clara Titz * 21.12.1848 + 12.12.1912. 14. Jacob Mitbrodt * 19.2.1818 + 8.12.1887 15. Renate Mitbrodt geb.(z d.) Steiniger * 20.10.1817 + 29.8.1890 16. Hedwig De.... * 6.8.1882 + 30.9.1899 17. Franz Orlovius * 21.2.1850 + 26.10.1889 18. Curt August Schwan *5.1.1864 +19.9.1900 19. Georg Redlich *6.9.1877 +9.6.1885 20. Otto Herrmann *12.1.1890 + 18.7.1898 21. Paul Kroltzik *10.11.1891 +23.10.1898 22. ...old Droszig * 11.10.1837 + 18.5.1895 [Reinhold?] 23. Frieda...*14.1.1894+18.... 24. Otto Wilhelm *2.6.1859+1.3.1914 wojskowych nagrobkach nie brakowało polsko brzmiących nazwisk, fot. M.Chmielińska zachowały się w doskonałym stanie 134 Tablice nagrobne odnalezione w Malborku POCHÓWKI WOJENNE 25. Erich Braun Musk. (szeregowiec) E.LR. 152.2. KOMP *19.5.1900 + 14.10.1918 26. Bruno Pottel FHR.E.TRAIN.ABT. 20.1.ESKDR. *11.11.1891 + 27.10.1918 27. Oskar Lindner TRAINEABT. 20 1.ESKDR. *12.7.1900 + 29.10.1918 28. Josef Schadowski Fahrer 2.ERS.M.G.K. VIII A.K +21.6.1918 29. Gustav Klein ARM.SOLD. ARM.STL.123.2.KOMP +3.7.1919 30. Christian Hagmann GEFR. WURTTB.FUHRPARK.KOL.682. *7.4.1879 +8.11.1918 31. Otto Loh Fahrer E.TRAIN.ABT.20 5 ESKDR. *24.8.1892 + 21.10.1918 32. Otto GehderMusk. (szeregowiec) E.I.R. 152.2. KOMP *20.12.1900 + 10.10.1918 33. Gustav Worgull FHR. TRAIN.E.ABT.20 2.ESKDR. *28.11.1900 + 30.10.1918 34. August Podworny TRAIN.FHR. TRAIN.E.ABT.20 2.ESKDR. * 21.8.1900 + 30.10.1918 35. Walter Fróse MIL EISENBAHN DIREKT.2 BETR.AMT.6 * 16.6.1894+ 19.10.1918 36. Karl Sanerbrei - Musk. (szeregowiec) E.LR. 152.2. KOMP. *8.1.1897 + 24.10.1918 37. Otto Schlicht Musk. (szeregowiec) E.LR. 152.2. KOMP *18.6.1900 +14.10.1918 38. Fritz Koch UNTFFZ. FELDA.R.249 2BTTR. *8.1.1897 +2.10.1918 39. Emil Scheffler Musk. (szeregowiec) E.LR. 152.2. KOMP *20.4.1900 + 25.10.1918 40. Anna Miiesebeck HILFS-SCHWESTER FEST.LAZ. MARIENBURG *7.8.1885 41. + 17.10.1918 42. Paul Barkowski Musk. (szeregowiec) E.LR. 152.2. KOMP *6.3.1900 + 6.10.1918 Małgorzata Łukianow 135 Małgorzata Łukianow KWIDZYŃSKIE PIANINA PAMIĘĆ I HISTORIA Historia mieszkańców i osadników w Kwidzynie po wojnie jest zagadnieniem niezwykle interesującym ze względu na różnorodność kultur, która legła u podstaw dzisiejszej społeczności Kwidzyna. Zawiłe i niejednokrotnie trudne losy ludzi, którzy stworzyli ją po wojnie niemalże od podstaw, są tematem niosącym za sobą wielość tematów, kontekstów i zjawisk. Temat pianin jest zaledwie krótkim przyczynkiem do rozważań o społecznej stronie procesów, które zachodziły w Kwidzynie po II wojnie światowej. Dlaczego zainteresowałam się tym tematem? Wspomnienie pianin często, choć mimochodem, pojawiało się w prowadzonych przeze mnie wywiadach na potrzeby pracy magisterskiej. Wkrótce pytanie o pianina stało się integralnym elementem rozmowy i doprowadziło mnie do interesujących wniosków. Wydaje się, że krajobraz miasta pełnego pianin jest silnie zakorzeniony w pamięci tych mieszkańców miasta, którzy osiedlili się w Kwidzynie wskutek powojennych procesów ludnościowych. Pamięć społeczna nie zawsze musi pokrywać się z tym, co ogólnie określić można jako prawda historyczna. Pewne elementy, na skutek przekształconego przekazu, czy to poko L)U\b 136 Kwidzyńskie pianina leniowego czy poziomego, pomiędzy mieszkańcami, ulegają zatarciu lub podkreśleniu. Uzależnione są także od osobistych doświadczeń jednostek. W przypadku mieszkańców Kwidzyna — tych, którzy przybyli do miasta wskutek powojennych procesów ludnościowych oraz tych, którzy stanowią (choć w dniu dzisiejszym w bardzo niewielkiej liczbie) ludność autochtoniczną, badanie pamięci społecznej oraz doświadczeń biograficznych jest przyczynkiem do poszukiwania tych elementów kultury, które legły u podstaw tożsamości lokalnej. W niniejszym tekście chciałabym zaprezentować, w jaki sposób stosunek do niemieckiej kultury, pod której wpływem był Kwidzyn przed i w czasie drugiej wojny światowej, odzwierciedla się we wspomnieniu, które zdaje się zajmować szczególne miejsce. Cytowane fragmenty wypowiedzi pochodzą z przeprowadzonych przeze mnie rozmów z mieszkańcami Kwidzyna, dotyczących ich wspomnień z okresu, kiedy po raz pierwszy zamieszkali w tym mieście. PIANINA I FORTEPIANY WE WSPOMNIENIACH Wątek, który zazwyczaj pojawiał się jako pierwsze skojarzenie związane z instrumentami, to ich nieprzeciętna ilość: „Cała Kościuszki to były pianina" „Było bardzo dużo. Ja mam jeszcze na oczach taki widok: jak szłam ulicą Kościuszki, stał pociąg, cały wagon samych pianin stał. Nie wiem, co tam jeszcze, chyba nic nie było. Jeden był otwarty, to dowozili. A wozili przez most". „Kiedyś mnie ktoś zapytał, czy w Kwidzynie była fabryka pianin, bo tam tyle w tym czasie ich było". W momencie, gdy administracja niemiecka w styczniu 1945 roku wydała nakaz ewakuacji, ludzie zabierali ze sobą rzeczy najpotrzebniejsze, które najłatwiej można było przewieźć. Do szczególnie mobilnych elementów wyposażenia trudno oczywiście zaliczyć pianina, w związku z czym w pozostawionym mieniu można było je znaleźć. W tej sytuacji-ludzie, którzy zasiedlali opuszczone domy i mieszkania, w wyposażeniu nierzadko znajdowali właśnie pianina. Wydaje się jednak, że sama ilość niedostatecznie wyjaśnia to zjawisko. Konsekwentnie w tej sytuacji pojawia się pytanie dotyczące (w opinii rozmówców) przyczyn takiego stanu rzeczy. Wyjaśnienia zmierzają w kierunku stereotypowych cech niemieckiej kultury jako takiej - nie: pruskiej - pod której wpływem Kwidzyn był do 1945 roku i wskazywanych różnic kulturowych: „To była taka sytuacja, że Niemcy byli bardzo muzykalni i rzeczywiście, fortepiany były." „Musi pani przyznać, że w Polsce tego nie było, żeby w każdym mieszkaniu było pianino. To byłoby co najmniej dziwne lub mocno dziwne." „Ludzie z centralnej Polski, którzy przyjechali w dniu, w którym była ta wystawka, mogli być zdziwieni bardzo". Małgorzata Łukianow 137 Wydaje się więc, że brak zaskoczeniazwiązanego z tym elementem krajobrazu miasta pianina były składowane w okolicach dworca PKP — i wyposażenia podyktowany jest tym, że sytuacja dużej liczby pianin wpisuje się w stereotypowe postrzeganie kultury niemieckiej. Pianino jednak, poza tym, że jest instrumentem dla osób które na mm grają, postrzegane jest także jako czynnik statusu społecznego. Uwidacznia się to szczególnie w opisie wyobrażeń na temat miasta. Słowo wyobrażenia jest tutaj użyte nieprzypadkowo: relacje na temat estetyki miasta także są elementem pamięci lokalnej, gdyż część osób naocznie miasta, przed i w trakcie wojny (podczas której miasto nie zostało zniszczone), nie widziała i w dużym stopniu jest to lokalna relacja, przejaw lokalnej pamięci. „Ładne, bogate miasto było. Pamiętam ratusz jak stał koło katedry i nie był spalony. Koło katedry, tam gdzie teraz księża budują te domy na około, tam były sklepiki, tak ładnie tam. Katedry w sumie nie było w ogóle widać, wszystko było zabudowane. Pięknie było. „To był takie typowo niemieckie miasto. Tak czyściutko, firaneczki, zasłoneczki... Pięknie było podobno, aleja przyjechałam później." W tym kontekście więc wyobrażenia o estetyce i zamożności miasta przekładają się na poczucie degradacji przestrzeni miejskiej wskutek pobytu Armii Czerwonej. Pianina w relacjach rozmówców były składowane, niszczone - niekiedy dla zabawy przez pijanyc żołnierzy oraz wywożone, najprawdopodobniej jako rodzaj wojennego łupu. Jakko wie później losy instrumentów mogły być różne - część wyjechała w ślad swoich w aścicie i do Niemiec, część uległa zniszczeniu, niektóre nawet mogły zacząć pełnie mną funkcję, np. 138 Kwidzyńskie pianina jako stylowy mebel, z relacji pobrzmiewa przede wszystkim wątek ich wywiezienia przez czerwonoarmistów, i to on jest najbardziej wyraźny. Innych ciekawych informacji na temat tego, co nazwać by można „kwidzyńskimi pianinami” dostarczyły mi wywiad przeprowadzony z Florianem Strzyżewskim, który oglądał i stroił wiele instrumentów, choć - ja wyraźnie podkreśla - zawsze był to dla niego drugi zawód, oraz z Justyną Liguz. Florian Strzyżewski przygotował listę marek pianin, które napotykał w czasie swojej pracy. Szczególne miejsca zajmują tam pianina Adolf Richter Marienwerder Westpreussen. Adolf Richter był właścicielem przedwojennego sklepu meblarskiego i tapicerskiego. Na jego zlecenie powstały trzy egzemplarze pianin Marienwerder Westpreussen - elementy zewnętrzne i dekoracyjne wykonane zostały w Kwidzynie, natomiast części odpowiedzialne za dźwięk sprowadzane były z innych miast. Miały te pianina przede wszystkim charakter prestiżowy. Jeden z egzemplarzy posiadał m.in. konsul Polski w Kwidzynie. Dziś wiadomo o losach dwóch egzemplarzy tych instrumentów. Jeden z nich znajduje się z Słupsku, jeden w Kwidzynie. Losy trzeciego są na dzień dzisiejszy nieznane. Nie jest oczywiście rolą socjologa (i zarazem laika w tych kwestiach) oceniać ich wartość jako instrumentów. Warto jednak, przyglądając się kwestii pianin, zwrócić uwagę, jak często powracają one we wspomnieniach mieszkańców i - być może - w jakim stopniu instrumenty te są lokalnym fenomenem oraz do jakiego stopnia wpisały się one w kwidzyńską kulturę. Reklama sklepu meblowego Adolfa Richtera, zaznaczona: oferta sprzedaży pianin. Zdjęcie dzięki uprzejmości Justyny Liguz Paulina Skrodzka 139 Paulina Skrodzka CO MOŻE ARCHITEKTURA, CZYLI CZY MAŁOMIASTECZKOWOŚĆ MOŻE BYĆ POZYTYWNA?1 Wielkie metropolie stają się pasożytami swojej okolicy. Wchłaniają mieszkańców małych miast, kusząc lepszymi standardami, wyższymi budynkami, prestiżem. Kusząc magią słowa mieć. Powstają w ten sposób olbrzymie machiny przetwarzające myśl w pieniądz, gdzie godzina zamienia się w minutę, w ciągu której można stracić dorobek swojego życia. Czy w takim świetle małe miasteczka mogą być realną alternatywą dla życia w pędzie i braku refleksji? Czy obraz stagnacji, szarości i braku nadziei może przeobrazić się w harmonijny krajobraz sprzyjający poprawie kondycji społecznych? Czy architektura może wpływać na poprawę relacji społecznych? Co stanowi o potencjale i sile małych społeczno ści? Jak istotną rolę w procesie wzrastania pełni tożsamość miejsca? NOWY STAW - MÓJ KOD TOŻSAMOŚCI Szukając tematu pracy dyplomowej czułam potrzebę zwrócenia się ku mojej lokalności, ku miejscowości, którąpokochałam,dopierokiedyjąopuściłam.Jakiebyłymojewcześniejszeod czucia względem tejmałej miejscowości, wktórąwłaściwiezostałamwepchnięta, zgodniezwolą Dotydzy obu stron Stare i nowe, fot. P. Skrodzka W pobliżu rynku, widok na Ołówek, fot. E. Skrodzka Paulina Skrodzka 141 i rozporządzeniem rodzicielskim? Różnobarwne. Pierwsze to wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, kiedy w niedzielne popołudnia przyjeżdżałam z pobliskich Świerk do kina i na „lody z maszyny”. Tamten klimat małego miasteczka miał dla kilkuletniego dziecka kuszący smak śmietankowy. Co stało się później, gdy wspomnienia spotkały się z rzeczywistością? Rozpoczęłam żywot w tej żuławskiej centro-prowincji z początkiem jesieni, i te kolory jesienne towarzyszą moim myślom o Nowym Stawie do dziś. Tutaj odkryłam czym jest monotonia życia, kiedy zaczęłam odmierzać czas przy pomocy weekendów, świąt i wakacji. W mojej pamięci zapisała się droga do szkoły, wśród parków - widm, oraz mostek z panoramą i zapachem cukrowni. Tak przywitał mnie Nowy Staw, beznamiętny odcień brązów i szarości. Szybko go znienawidziłam. Małe miasteczko bez duszy - myślałam - zatęchłe wypłowiałymi kolorami przeszłości. Przygnębiało mnie, a jednocześnie, czego zupełnie nie zauważyłam - otulało znanymi kolorami. Dawało poczucie miękkiego ciepła, stałości, ciągłości. W swej monotonii zapewniało poczucie bezpieczeństwa znajomych fasad, drzew, chodm-ków. Trwało. Co było dalej? Zgodnie z mądrością, że doceniamy coś dopiero, kiedy to utracimy, i ja poczułam wagę istoty mojego małego miasteczka, gdy opuściłam je na rzecz wie omiej-skiego zgiełku. Zatęskniłam wtedy za uczuciem hermetycznej przestrzeni z figurą poewan-gelickiego „ołówka” w tle. Zatęskniłam i jednocześnie poczułam, że Nowy Staw umiera na moich oczach. Czas nie był dla niego łaskawy. Ci, którzy go opuszczają, nie mają po co wracać, nawet jeśli towarzyszy im potrzeba powrotu. Głównym problemem Nowego Stawu jest prze a-czające 26% bezrobocie. To ono generuje toksyczny marazm, a co za tym idzie, alkoho izm i przemoc w rodzinie. Nowy Staw zatrzymał się w czasoprzestrzeni ubiegłego stulecia, kiedy zamknięto większe zakłady pracy, odcinając tym samym ścieżki dopływu ludzi do struktury miejskiej. Widziałam jak z roku na rok miasto wyludnia się w dwojaki sposob. Pierwszy, to ten spowodowany ucieczką mieszkańców do większych aglomeracji, bo praca, edu acja, brak perspektyw rozwoju, ograniczone zasoby. Drugi rodzaj wyludnienia to ten zadnia. Poranne i popołudniowe zastrzyki życia w postacie mieszkańców dojeżdżających do 1 z pracy/szkoły stają się jedynymi momentami ożywania miejscowości, a ■ natomiast niczym z obrazu Hoppera. Przeraziło mnie, że w czas sobo "-^^"^ra ten nie ulega zmianie. Nowy Staw raz po raz delikatnie ożywa w celu zakupu k.pogram ziemniaków i pietruszki, albo oddycha w rytmie niedzielnych nabożeństw. Nie widaćdzieci biegających po podwórkach, nie widać ludzi przystających na Rynku, me widać zatopio-nych w rozmowach przechodniów. Gdzie podział się klimat małego miasteczka z jego całym potencjałem? ^zagubiła się myśl wspólnoty, budowania maleńkiego, zniknął emocjonalny wad potrafi budować niepowtarzalne J\JMZUcie hycia u siebie> Tak narodziła się związek człowieka i przestrzeni, ktorego ; może być, idąc zgodnie z teorią psychologii psychodynamicznej, rozwiązanie wewnętń -nych konfliktów danych społeczności poprzez tworzenie przestrzeni z przeszłością, myśli modernistycznych twórców powojenne; Polski z wielowyznaniową tożsamością miasteczek. Jak namacalnie można uzdrowić miasto? Żeby odpowiedzieć na to w pierwszej kolejności, zastanowić się nad przyczyną degradacji społecznej, czek. Jednak problem nie leży w powierzchowności problemów robociu. Problemem jest ludzka mentalność, która została skażona toksyczną mysią nadziei, deficytu miłości i potrzeby akceptacji. To, jak będzie działać maleńka komórka ^‘^w^s^ n"odu’ kondycję psychiczną całej społeczności miej ), objawy depresji. Zde- glądając się badaniom CBOS, aż 54% ankietowany 5 Krystyna Pawłowska, Idea swojskości miasta, Kraków 2001, str. 3 144 Co może architektura, czyli czy małomiasteczkowość może być pozytywna? cydowana większość ankietowanych upatruje przyczyn złego samopoczucia w bezrobociu i strachu przed biedą. Powstaje zamknięte koło zależności. Paraliżujący strach przed brakiem środków do życia odbija się na zaprzestaniu prowadzenia działań mogących powstrzymać proces utraty pracy. Boimy się podejmowania ryzykownych decyzji, bo mogłoby to zaburzyć nasz stagnacyjny, ale znany cykl życia. Przez co marazm społeczności miejskich przenosi się na działania lokalnych władz, ukierunkowanych na „leczenie” efektów bezrobocia, a nie „leczenie” komórek społecznych przez odpowiednie działania ku rozwiązaniu odwiecznego konfliktu mieć czy być: mieć dziecko czy być rodzicem, mieć pracę czy być nauczycielem, pielęgniarką, architektem. Sama tkanka miejska jest odbiciem tej walki. Sama jej struktura jest wynikiem hegemoni oka, w której reszta zmysłów została w procesie tworzenia miast zaniedbana. Architektura stała się materią do oglądania, podziwiania, z ogromnym transparentem „dont touch”, by nie zostawiać odcisków palców na szklanej powierzchni błyszczącej elewacji, windy, balustrady schodów, mebli. Powstał tym samym konflikt pomiędzy wzrokiem, dotykiem, sma-kiem/zapachem, słuchem... Brak równowagi odgrodził przestrzeń mentalną barierą, przestrzeń, z którą nie potrafimy się utożsamić: Jak coś może być moje i ze mnie, skoro nie mogę tego w pełni doświadczać? Idąc dalej -jak miasto ma być moje skoro nie mogę usiąść na trawniku? Czy można, więc oswoić przestrzeń publiczną miast, tak by jej charakter stał się bardziej cielesny i zmysłowy, a nie skoncentrowany na intelektualnych aspektach architektury. Czy naprawa taka będzie kontynuacją idei Wejcherta, który uważał, że zdrowy organizm może stanowić ośrodek i oparcie dla właściwego dalszego rozwoju." Częściowo problem ten próbuje rozwiązać organizacja Cittaslow, której program zakłada ratowanie i propagowanie harmonijnego stylu życia małych miasteczek. Efektem jej działania jest poprawa jakości funkcjonowania jednostki w środowisku miejskim, przez zachowanie balansu pomiędzy mieć i być. Program Cittaslow przewiduje, iż przywrócenie terenów publicznych ludziom, odbywać się będzie przez oswojenie przestrzeni, czyli wprowadzanie elementów, m.in. takich jak ogólnodostępne skwery z ławkami, dzięki którym możemy stać się częścią krajobrazu. Zyskamy tym równowagę miedzy zagęszczeniem przestrzeni prywatnych a pustką terenów ogólnodostępnych. Kolejnym krokiem ku odzyskaniu równowagi będzie przywrócenie pamięci o historii miejsca i mieszkańców, a tym samym osadzenie obecnych mieszkańców we właściwym kontinuum, bez przekłamań propagandowych. Porównanie Nowego Stawu do podlaskich Sejn w pierwszej chwili wywołuje zdziwienie. Podobna wielkość i ilość mieszkańców, własna drużyna piłkarska, kilkanaście sklepów, kościoły. Ważnym spoiwem obu tych miast jest religia. W obu miastach przeplatają się różne wyznania i narodowości. Jeśli w przypadku Nowego Stawu wiedza o tym jest marginalna i raczej wypierana ze świadomości mieszkańców, w Sejnach stała się orężem w walce o uzdrowienie miasta. Dzięki działaniom Ośrodka Pogranicze - sztuk, kultur, narodów założonego z inicjatywy Krzysztofa Czyżewskiego oraz fundacji o tej samej nazwie, jak również przy wsparciu władz miejskich, Sejny przeżywają renesans istnienia. Celem działań Pogranicza jest propagowanie etosu pogranicza i budowanie mostów pomiędzy ludźmi różnych religii. Paulina Skrodzka 145 narodowości i kultur. Dzięki tym założeniom Sejny stały się jasnym punktem nadziei dla małych miasteczek na mapie Europy i świata. Spotykają się tam artyści, organizowane są międzynarodowe warsztaty i seminaria, działają teatry i zespoły muzyczne, klub filmowy, galeria... można by jeszcze sporo wymienić, a wszystko to w społeczności liczącej niewiele więcej niż 5,5 tysiąca mieszkańców. Miasto tętni życiem i wielobarwną kulturalnością pogranicza, przypominając przedwojenne żydowskie, ale i wielokulturowe sztetl. Czy Nowy Staw był wielokulturowym sztetlem6? Nowostawska wspólnota żydowska w okresie rozkwitu liczyła ponad 100 osób. Społeczność żydowska zamieszkiwała północno-zachodnią część Nowego Stawu, głównie obecną ulicę Kopernika i Witosa. Budyne NOK to dawny dom lekarza, dom przy Placu Puławskiego 3 był mieszkaniem kantora żydowskiego, natomiast na jego tyłach, przy ulicy Kopernika 1 mieściła się synagoga. Kirkut znajdował się przy ulicy Wiejskiej. Rodzi się pytanie: Czy wielokulturowosc może stać się ścieżką prowadzącą do odkrycia na nowo tożsamości Nowego Stawu. CITTASLOW, CZYLI REALNA DROGA POPRAWY JAKOŚCI ŻYCIA W MAŁYCH MIASTECZKACH Podtytuł polskiej strony organizacji non-profit Cittaslow brzmi Międzynarodowa sieć miast dobrego życia. Miast dobrego życia. Jak właściwie zdefiniować termin „dobre życie . Czy oznacza to, iż miasta sieci Cittaslow gwarantują mieszkańcom społecznie szczęśliwe życie? Ideą organizacji jest promowanie i rozpowszechnianie kultury dobrego życia poprzez tworzenie strategii z zakresu polityki środowiskowej i infrastrukturalnej, utrzymywane , rozwoj cech terytorium, waloryzację produkcji lokalnej, wspieranie kultury goscmnosct. Przyglądają się tej treści ma się wrażenie, iż jest to rozwiązanie problemów tak boleśnie dotykających małe miasteczka. Bezrobocie, patologie, marazm społeczny. 1/3 mieszkańców Europa co dzień zagrożona jest szarością umierających miasteczek. Części z nich udało się wyjsc zwycięsko z tej wałki dzięki zwróceniu się ku swojej tradycji i lokalnosci. Tozsamosc jes największym skarbem małych miast, mentalnym PKB szczęścia liczonym w uśm echnię-tych dzieciach, zadbanych trawnikach i powracających mieszkańcach. C*ekawy jest fakt przytoczony przez Pier Giorgio Oliveti, prezesa Cittaslow, podczas tegorocznej Konferencji Cittaslow w Olsztynku: 60% mieszkańców Europy żyje w małych mieszkańców) natomiast 85 % PKB generują duże miasta powyżej 50tys. Ohveti uważa, miasta-aglomeracje „pasożytują" swoją okolicę i region w ja m są p Cittaslow skupia się na kultywowaniu spokojnego życia w, przestrzeniach da^ Tkliwości kreatywnego rozwoju, który oparto na regionalnych wartościach. Cechą wspólną -----------------n ez ludność należącą do co najmniej dwóch (lub więcej), 6 Sztetl jest swoistą przestrzenią ekumeniczną, zamiesz waną prz ? ne py ludności mieszkające razem w szte- odrębnych „subkultur” etnicznych, wyznaniowych i języ owyc . wvraźnie oddzielone od siebie pod względem tlcie, tj. żydzi i katolicy, a często także prawosławni, unici i protestanci, yly wyr kulturowym i religijnym. , rozwoju małych miasteczek w Europie oraz na świecte, 7 Przemówienie Piera Giorgio Oliveti podczas konferencji Nowe trendy rozwoju y Olsztynek, 18.05.2013. 146 Co może architektura, czyli czy małomiasteczkowość może być pozytywna? miast Cittaslow jest nie tylko interesujące dziedzictwo kulturowe, liczebność miasteczek, historia czy położenie geograficzne. Przede wszystkim, wspólnym mianownikiem jest chęć poprawy jakości życia przez zwrócenie się ku lokalność. W statucie organizacji czytamy, iż miasta Cittaslow to miasta, w których realizuje się politykę środowiskową dbającą o charakterystyczne cechy miejsca, a także uznającą sustensywną architekturę mogącą ulegać metamorfozie funkcji. Daje to możliwość realizowania idei zrównoważonego rozwoju tkanki miejskiej. Ważnym punktem w działalności organizacji są aktywności mające na celu ochronę oraz poprawę jakości środowiska naturalnego. Dodatkowo spojrzenie proekologiczne umożliwia wspieranie lokalnych producentów żywności oraz innych produktów regionalnych mogących pozytywnie budować markę miejsca. Tworzy to obraz miasta otwartego, przyjaznego dla ciała i ducha, umożliwiającego spokojny wypoczynek wśród szczęśliwych ludzi, dumnych ze swojej małej ojczyzny. Do polskiej sieci Cittaslow należą: Biskupiec, Bisztynek, Gołdap, Lidzbark Warmiński, Lubawa, Murowana Goślina, Nowe Miasto Lubawskie, Olsztynek, Reszel oraz Ryn. Dzięki spełnieniu wymagań kwalifikacyjnych oraz dalszemu ich pielęgnowaniu miasta te zamieniły obiegowe wady w pełnowartościowe zalety. Marazm stał się harmonijną powolnością, która nie generuje depresyjnej bezsilności, ale przeciwstawia się pędowi współczesnego świata. Małe, rodzinne firmy, restauracje, gospodarstwa agroturystyczne stały się wizytówką miast będąc jednocześnie spełnieniem punktu statusu na temat gościnności. Przyciągają one klientów nie uniwersalnymifastfoodami typu hod-dog, lecz regionalnymi specjałami, mającymi swoje korzenie w tradycji miejsca. Celebrowanie jedzenia miejscowego staje się więc momentem łączności z najprawdziwszym obliczem miasta i jego regionu. W wielu kulturach jedzenie jest podstawą celebrowania wspólnych chwil. W polskiej tradycji najważniejsze święta i rodzinne spotkania odbywają się wokół stołu - Wigilia, śniadanie Wielkanocne, ślub, stypa, chrzciny, obiad u Babci. Świętowanie przy okazji promowania potraw pochodzących z małej ojczyzny, potraw których przepisy są sekretną wiedzą babć i mam staje się ogromna szansą w kultywowaniu tożsamości regionalnych. Trend slow food uzupełnia te ideę, stając się przy tym orędownikiem zdrowego spożywania, pozbawionego chemicznych dodatków i pochodzącego, nie z wielkich fabryk niczym z filmu Unser tdglich Brot8, a z małych rodzinnych zakładów. Zakładów wpisujących się w krajobraz małych miasteczek i zapewniających prace obywatelom miasta. W Manifeście miast SLOW dla nowego humanizmu bycia i mieszkania jasno określone są zasady funkcjonowania miast należących do sieci. Przede wszystkim szanowana jest ich indywidualna tożsamość poprzez działania mające na celu ochronę tkanki miejskiej, środowiska naturalnego oraz regionalizmu. Ogromną rolę odgrywa tutaj edukacja najmłodszych w duchu ekologii i zrównoważonego rozwoju. Stosowanie idei slow (slow life, slow food, slow marketing) sprzyja przywracaniu klimatu miasteczka opartego na spokojnym życiu małej, prawie samowystarczalnej społeczności. Nie znaczy to jednak, że społeczeństwa Cittaslow widzą swoją szanse jedynie w rekreacji 8 "Unser taglich Brot" (niem. - nasz powszedni chleb), dokumentalny film z roku 2005 w reżyserii Nikolaus Geyrhalter, opisujący obecny proces produkcji żywności na szeroką, przemysłową skalę. Paulina Skrodzka 147 i powolnym życiu. Przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Cittaslow, Gian Luca Marconi, uważa, że miastom, które należą do sieci, nie umykają okazje stymulujące rozwój i modernizacji służące naszym społecznościom. Co więcej, jasno zaznacza, iz wizja slow life nie jest utopijną mrzonką opartą na marzeniach o perfekcyjnym życiu, niby z reklam amerykańskich lat 60. Dzięki podjętym działaniom przez urzędy gmin i burmistrzów, czyli przez lokalne władze, w konkretnych obszarach takich jak ochrona środowiska, urbanisty-ka, zrównoważony rozwój oraz integracja społeczna, małe miasta mają szansę na poprawę dobrostanu swych mieszkańców. Działania te dążą do stworzenia lepszego jakościowo środowiska, w którym mieszkańcy zatrudnieni są na terenie gminy w lokalnych przedsiębiorstwach działających zgodnie z etyką Cittaslow. Środowiska, gdzie dzieci od najmłodszych lat edukowane są w duchu ekologii i poszanowania lokalnych tradycji, przez co wyrastają na dojrzałych, świadomych członków społeczności, a nie konsumentów życia kolorowych magazynów. Pogoń za bliżej nieokreślonym celem, uwięzionym gdzieś pomiędzy kolejnymi telefonami, laptopami, nowym samochodem, czyli chęcią posiadania, prowadzi do utracenia magicznego być. Kolejny raz pojawia się wewnętrzny konflikt pomiędzy tym co duchowe a tym co materialne. Brak równowagi w tej sferze prowadzi do pogorszenia się jakości życia wewnętrznego, a co za tym idzie, powszechnemu występowaniu w aglomeracjach zaburzeń typów depresyjnych. Tempo życia, ciągła pogoń za mieć, wynikająca z tego rywalizacja społeczna i presja otoczenia zwiększają szanse zachorowalności. Specyfika funkcjonowania w wie- gorzej wpływa na mieszkańców niż życie w małych miastach i na wsiach. Rozwarstwienie społeczne, generujące negatywne w skutkach nastroje nie jest odczuwalne w małych społecznościach. Hasło Międzynarodowa sieć miast dobrego życia w tym wymiarze staje się nie sloganem, ale konkretna wizją spokojnej oraz satysfakcjonującej egzystencji Kolegiata żuławska, fot. P miast. Leszek Sarnowski NA RATUNEK ŻUŁAWSKO-POWIŚLAŃSKIM ZABYTKOM Leszek Sarnowski 149 O tym, jak ważne jest ratowanie zabytków, nie trzeba specjalnie przekonywać Czytelni-ków kwartalnika „Prowincja”. O konieczności podejmowania prac ratunkowych przy szczególnie zagrożonych zabytkach piszemy niemal w każdym numerze naszego pisma. Pokazujemy niszczejące obiekty, ale także te, które działaniami pasjonatów, ale i samorządów, udaje się uratować. To ważna część naszego dziedzictwa kulturowego. Gminy, powiaty, samorządy wojewódzkie, a tym bardziej osoby prywatne, nie są w stanie samodzielnie poradzić sobie z niszczejącymi zabytkami. Zostało ich jeszcze trochę na naszym terenie, choć wiele nie udało się już uratować. W ciągu ostatnich 30 lat niemal zniknęły z naszego krajobrazu żuławskie wiatraki, płoną kolejne domy podcieniowe, kościoły, w większości drewniane zabytki, o których zapomniano lub zwlekano z ich ratunkiem. Dlatego ważne jest, by środków na ratowanie zabytków przybywało, a ich dysponenci dostrzegali wagę sprawy. Właśnie rozdzielono środki finansowe na ratowanie zabytków. Zarówno Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a także Samorząd Województwa Pomorskiego rozstrzygnęły konkursy na dotację na ochronę zabytków. DOTACJE MINISTERIALNE W konkursie zorganizowanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego o dotację na ochronę zabytków wystartowało prawie półtora tysiąca podmiotów stówa rzyszeń, fundacji, parafii, osób fizycznych i prawnych. Dotację otrzymało prawie czterystu wnioskodawców z całej Polski. Wśród szczęśliwców z Powiśla, Żuław i Kociewia znalazło się wiele ciekawych propozycji. OCHRONA ZABYTKÓW ARCHEOLOGICZNYCH Opracowanie i publikacja wyników interdyscyplinarnych badań archeologicznych zespołu osadniczego z XI-XII w. w Węgrach (gmina Sztum) - Muzeum Zamkowe w Ma or-ku. Dofinansowanie w wysokości 92 000 zł (50 000 zł w 2014 r i 42 000 z w 2 r. DZIEDZICTWO KULTUROWE - OCHRONA ZABYTKÓW 1. 2. 3. 4. 5. Polmlek Sp. z o.o. Warszawa - Gniew, Zamek Komturów Gniewskich (XIV w): kontynuacja prac ratowniczo-konserwatorskich przy murach ceglanych od strony południowo-wschodniej (II etap) - 80 000 zł. Gracjan Kleczewski - Żuławki, dom podcieniowy (1721 r.) - II etap - naprawa fundamentów domu, zabezpieczenie piwnicy, naprawa i uzupełnienie konstrukcji drewma nej 3/4 ściany południowej i wschodniej, zabezpieczenie dachu na 3/4 jego powierzch-ni, rekonstrukcja stolarki okiennej - 250 000 zł. Europejski Park Historyczny na zamku w Gniewie - Gniew d*edzini“ kiego (XIV w.) - zabezpieczenie i konserwacja elewacji ceglanych - 250 000 zl. Zofia Krupińska - Marynowy, dom podcieniowy (1803 r.): remont cowej trzech ścian wraz z okiennicami i wymiana stolarki okienne, od strony wschód niej oraz remont schodów wewnętrznych - etap UL 150 0 Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie - Stegna kościół p. w Naszego Serca Pana Jezusa 0 681 r.), prace remontowe wymiany pokrycia dachu 250 000 zl. 150 Na ratunek żuławsko-powiślańskim zabytkom 6. Artur Wasilewski - Orłowo, dom podcieniowy (1802 r.): prace konserwatorskie i roboty budowlane - 100 000 zł. 7. Marcin, Grzegorz, Mirosław Nowak - Nowa Kościelnica, dom podcieniowy (XVIII w.), kontynuacja kompleksowych prac budowlano - konserwatorskich - etap II 250 000 zł. 8. Parafia Św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie - Epitafium Augusta Milde i jego żony (1628 r.): prace konserwatorskie i restauratorskie ( etap I), 150 000 zł. 9. Parafia Trójcy Przenajświętszej w Dzierzgoń, ołtarz południowy (XVIII w), prace konserwatorskie i restauratorskie - etap II - kontynuacja 80 000 zł. 10. Parafia Św. Mateusza Apostoła wNowym Stawie - Kolegiata Żuławska (XV w.): remont wieży północnej i południowej - kontynuacja prac, 200 000 zł. 11. Parafia Św. Anny w Marynowach - kościół Św. Jakuba w Tuji (XIII-XIX w): remont dachu prezbiterium - (etap II) oraz interwencyjna konserwacja wieży kościoła 200 000 zł. 12. HF Architekci Wojciech Hryniewiecki-Fiedorowicz - Klecie, dom podcieniowy (XVIII8 w.): ratunkowe prace konserwatorskie 200 000 zł. 13. Daniel Kufel, Elżbieta Skirmuntt-Kufel - Trutnowy, żuławski dom podcieniowy (17208 r.): naprawa szczytów, remont dachu i więźby oraz założenie instalacji odgromowej (etap III) - 300 000 zł. 14. Powiat tczewski - Most Tczewski (XIX i XX w): odbudowa części mostu - murowany łącznik między wieżami nr 1 i 2 oraz dwa filary (etap III) - 700 000 zł. Kościół w Stegnie w okresie międzywojennym, fot. archiwum M. Opitza Kirche, Innenansicht Gruss ausaOstseebad Stecce tu WprJ Leszek Sarnowski 151 Wśród 14 wniosków dofinansowanych na Żuławach, Powiśli i Kociewiu znalazło się 6 wniosków osób prywatnych, co bardzo pocieszające, bo to docenienie pasji, poświęcenia i determinacji. Osobom prywatnym jest bowiem znacznie trudniej, bo muszą samodzielnie borykać się z wieloma problemami przy odbudowie czy konserwacji zabytków. Niestety, nie udało się zdobyć dofinansowania na prace konserwatorsko - remontowe przy takich obiektach jak: kościół Św. Św. Szymona i Judy Tadeusza w Gnojewie (XIV w. wieża z I poł. XIX w), kościół Św. Wojciecha w Prabutach (XIV w), kościół Św. Jadwigi Królowej w Kmiecinie (XIV w), budynek Starostwa Powiatowego (1936 r.) w Nowym Dworze Gdańskim, budynek dawnego Heimatmuseum (1800 r.), obecnie Czarna sala Kwidzyńskiego Centrum Kultury, kościół św. Anny w Marynowach (XIV w), kapliczka w Kró-lewie (XV w), budynek Wyższego Sądu Ziemskiego w Kwidzynie (XVIII w), ujeżdżalnia koni z 1910 roku Miłosna-Kwidzyn, kościół grekokatolicki w Dzierzgoniu z XVIII wieku, Parafia Św. Wojciecha w Krasnej Łące, czy kaplica Ofiarowania Pańskiego w Cieszymowie. DOTACJE MARSZAŁKOWSKIE Dofinansowanie obiektów zabytkowych przez Samorząd Województwa Pomorskiego funkcjonuje od 2008 roku. Każdego roku do 30 października w Departamencie Kultury Urzędu Marszałkowskiego przyjmowane są wnioski od podmiotów zainteresowanych takim dofinansowaniem. W tym roku złożono 24 wnioski na łączną kwotę prawie dwóch milionów złotych. Środki na ten cel w tegorocznym budżecie zaplanowano, podobnie jak w roku ubiegłym, na poziomie 600 000 złotych. Ze względu na brak środków, me dofinansowano 7 wniosków i tyle samo odrzucono z powodu braków formalnych. Wśró o rzuconych wniosków z Żuław i Powiśla znalazły się między innymi parafie Ma Wniebowzięcia w Kończewicach, Św. Barbary w Krzyżanowie, Sw. Jadwigi Królowej Polski w Kmiecinie (brak środków) i Parafia Św. Michała w Miłoradzu (błędy formalne). Dofinansowano 10 wniosków, w tym osiem z terenu Żuław i Powiśla. Taki podział środków wynika przede wszystkim z faktu, że obiekty zabytkowe na naszym terenie są naj ar-dziej zniszczone i wymagają szczególnej troski, w tym przede wszystkim nanso 1. 2. 3. Do obiektów zabytkowych, które otrzymały dofinansowanie należą: Parafia Św. Mateusza Apostola w Nowym Stawie (kolegiata zbudowanaiw 1400 roku’ największa średniowieczna świątynia na Żuławach) otrzyma! kwotę 100 000 zł na remont wieży północnej i południowej kościoła i jest to kontynuacja prac modernizacyjnych. W ostatnich dwóch latach parafia na remont dachu nawy główne; 1 oczne; uzyskała z samorządu województwa kwotę prawie 260 000 zł. Parafia św. Anny w Marynowach (gmina Nowy Dwór Gdański) 27 888 zł na prace ratunkowe dla barokowego ołtarza głównego z 1735 roku wpościele św. Jakuba w Tui, ze względu na wysoką rangę zabytkowo-artystyczną obi k m W latach 2010-12 ze środków samorządu wojewódzkiego wyremontowano prospe g nowy i ambonę za kwotę ok. 60 000 zł. Parafia św. Barbary w Krzyżanowie (gmina Stare Pole) otrzymała kwotę 30 000 złna remont ratunkowy drewnianej dzwonnicy (unikatowa konstrukcja słupowo-ramowa) z I połowy XIX wieku. 152 Na ratunek żuławsko-powiślańskim zabytkom 4. Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie otrzymała kwotę 40 000 zł na konserwację barokowego ołtarza głównego z I połowy XVIII wieku, ze względu na wysoką rangę zabytkowo-artystyczną obiektu. 5. Parafia Św. Wawrzyńca w Różynach (gmina Kwidzyn) otrzymała kwotę 15 000 zł na kontynuację prac konserwatorskich przy późnobarokowym prospekcie organowym w kościele. 6. Parafia Zwiastowania Pańskiego w Nowej Wiosce (gmina Gardeja) otrzymała kwotę 100 000 zł na remont dachu wraz z wymianą pokrycia dachowego 7. Parafia Św. Jerzego w Tychnowach (gmina Kwidzyn) otrzymała kwotę 30 650 zł na remont barokowego ołtarza głównego w kościele z XVIII wieku. 8. Katarzyna i Włodzimierz Żmudzińscy z Jantaru w gminie Stegna otrzymali kwotę 117 012 zł na remont kapitalny chaty rybackiej z XIX wieku. Ponadto dotację marszałkowską otrzymały: parafia św. Marcina w Lignowach Szlacheckich w gminie Pelplin (prace remontowo-konserwatorskie 39 450 zł), parafia św. Mikołaja w Starych Polaszkach w gminie Stara Kiszewa (prace konserwatorsko-remontowe - 100 000 zł). Zgodnie z uchwałą sejmiku z budżetu Województwa Pomorskiego mogą być udzielane dotacje celowe na dofinansowanie prac konserwatorskich, restauratorskich i robót budowlanych przy zabytkach ruchomych i nieruchomych, wpisanych do rejestru zabytków, znajdujących się na obszarze województwa pomorskiego. O dotacje mogą ubiegać się podmioty posiadające tytuł prawny do zabytku wynikający z prawa własności, użytkowania wieczystego, trwałego zarządu, ograniczonego prawa rzeczowego albo stosunku zobowiązaniowego. Dotacja na prace konserwatorskie, restauratorskie i roboty budowlane przy zabytkach wpisanych do rejestru zabytków może obejmować nakłady na: 1) sporządzenie ekspertyz technicznych i konserwatorskich; 2) przeprowadzenie badań konserwatorskich lub architektonicznych; 3) wykonanie dokumentacji konserwatorskiej; 4) opracowanie programu prac konserwatorskich i restauratorskich; 5) wykonanie projektu budowlanego zgodnie z przepisami prawa budowlanego; 6) sporządzenie projektu odtworzenia kompozycji wnętrz; 7) zabezpieczenie, zachowanie i utrwalenie substancji zabytku; 8) stabilizację konstrukcyjną części składowych zabytku lub ich odtworzenia w zakresie niezbędnym dla zachowania tego zabytku; 9) odnowienie lub uzupełnienie tynków i detali architektonicznych albo ich całkowite odtworzenie, z uwzględnieniem charakterystycznej dla tego budynku kolorystyki; 10) odtworzenie zniszczonej przynależności zabytku, jeżeli odtworzenie to nie przekracza 50% oryginalnej substancji tej przynależności; 11) odnowienie lub całkowite odtworzenie okien, w tym ościeżnic i okiennic, zewnętrznych odrzwi i drzwi, więźby dachowej, pokrycia dachowego, rynien i rur spustowych; Leszek Sarnowski 153 12) modernizację instalacji elektrycznej w zabytkach drewnianych lub w zabytkach, które posiadają oryginalne, wykonane z drewna części składowe lub przynależności; 13) wykonanie izolacji przeciwwilgociowej; 14) uzupełnienie narysów ziemnych dzieł architektury obronnej oraz zabytków archeologicznych nieruchomych o własnych formach krajobrazowych; 15) działania zmierzające do wyeksponowania istniejących, oryginalnych elementów zabytkowego układu parku lub ogrodu; 16) zakup materiałów konserwatorskich i budowlanych, niezbędnych do wykonania prac i robót przy zabytku wpisanym do rejestru, o których mowa wpkt. 7 — 15; 17) zakup i montaż instalacji przeciwwłamaniowej oraz przeciwpożarowej i odgromowej. Dotacja może być udzielona w zależności od środków zaplanowanych w budżecie Województwa Pomorskiego, w wysokości do 50% nakładów koniecznych na wykonanie prac konserwatorskich, restauratorskich lub robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków. W szczególnych przypadkach, jeżeli zabytek, posiada wyjątkową wartość historyczną, artystyczną lub naukową, wymaga przeprowadzenia złożonych pod względem technologicznym prac konserwatorskich, restauratorskich lub robót budowlanych i jeżeli stan zachowania zabytku wymaga niezwłocznego podjęcia prac konserwatorskich, restauratorskich lub robót budowlanych przy nim dotacja może być udzielona do wysokości 100% nakładów koniecznych na wykonanie tych prac lub robót. Na tropach historii Jan Chłosta WARMIACY W POLSKICH DZIAŁANIACH NARODOWYCH NA POWIŚLU Historycy zdają się być zgodni, że formy działalności ruchu polskiego w latach międzywojnia na Powiślu były bardziej rozwinięte niż na Warmii i Mazurach. Trzeba to przypisać gromadce miejscowych działaczy narodowych oraz polskich ziemian, którzy tę działalność w sposób szczególny wspierali. Tak można napisać o Helenie i Stanisławie Sierakowskich z Waplewa, Marii i Kazimierzu Donimirskich z Małych Ramz, Witoldzie i Wandzie Donimirskich z Czernina pod Sztumem. To oni przewodniczyli miejscowym organizacjom, takimi jak: Związek Polaków w Niemczech, Radom Nadzorczym Banków Ludowych w Sztumie i Kwidzynie, kółkom rolniczym, kołom Towarzystwom Młodzieży, Towarzystwom Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi, Polsko-Katolickiemu Towarzystwu Szkolnemu na Powiśle. Największe skupiska Polaków, Franciszek Barcz, fot. Wikipedia.pl jak wiadomo, znajdowały się we wsiach pod Sztumem. Polscy Warmiacy poszukiwali tu również wzorów w pracy kulturalno-oświatowej: w prowadzonych pod kierunkiem Heleny Sierakowskiej przedszkolach dziewczęta z Warmii, po ukończeniu niemieckiego seminarium dla wychowawczyń przedszkoli w Królewcu, odbywały praktykę, tutaj w 1922 roku konsul Józef Gieburowski skierował na krótko poetkę Marię Zientarównę z Olsztyna, aby zapoznawszy się z formami pracy w ramach towarzystw kobiecych, próbowała założyć podobne koła na południowej Warmii. Ten rekonesans przyniósł powołanie kilku towarzystw we wsiach pod Olsztynem. Młodzi działacze z Warmii wspomagali również polskie działania narodowe na Powiślu. Bezpośrednio po utworzeniu w Olsztynie 30 listopada 1920 roku Związku Polaków w Prusach Wschodnich został skierowany do pracy na Powiśle Franciszek Barcz (1892-1939), który był rodowitym Warmiakiem. Urodził się w Rożnowie pod Olsztynem i był bliskim współpracownikiem sekretarza generalnego tej organizacji Jana Baczewskiego. To Baczewski oddelegował Barcza do Sztumu i w tej części dawnych Prus Wschodnich tworzył koła Związku Polaków. Baczewski nie zawiódł się na zdolnościach organizacyjnych tego Warmiaka. W krótkim czasie Barcz doprowadził do pozyskania 1800 członków. Było to Jan Chłosta 155 aż o 600 więcej niż na południowej Warmii. Z początkiem 1923 roku wszyscy członkowie zostali włączeni w skład IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech. Barcz powołał również koła Towarzystw Młodzieży, rozwinął zespoły sportowe i śpiewacze: w Czerninie, Postolinie, Starym i Nowym Targu, Andrzejowie, Trzcianie, Krasnej Łące, Waplewie, Stra-szewie, Sztumie, Zajezierzu i Mikołajkach. Nie mógł się jednak porozumieć z Heleną Sierakowską, która w 1924 roku spowodowała jego usunięcie ze Sztumu. Według Francisz a Barcza nadmiernie preferowała działalność towarzystw pod wezwaniem św. Kingi i rozwo; przedszkoli, kosztem innych form oddziaływania na młodzież, zwłaszcza na życie sportowe. W tej sytuacji Barcz powrócił do Olsztyna. Zajmował się tworzeniem koł Związku Polaków pod Biskupcem i Barczewem, był sekretarzem i radcą prawnym IV Dzielnicy Związku, potem zakładał przedszkola i szkoły polskie na swojej ziemi rodzinnej. Wciąż jednak pamiętał o upokorzeniu doznanym ze strony nieco apodyktycznej H. Sierakowskiej. Nie szukał zwady z wpływową w ruchu polskim na tych ziemiach hrabiną, ale w sierpniu 1927 roku nie wyraził zgody na przeniesienie przedszkolanki Otylii Tesznerówny (później Grotowej) do Starego Targu na Powiśle, tylko dlatego, że o to prosiła H. Sierakowska. Swoją decyzję uzasadnił tym, że Tesznerówna pobierała stypendium z Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Warmię i z tego powodu powinna pracować na Warmii. Skierował ją do pracy w Gietrzwałdzie, gdzie utworzył polskie przedszkole i przyszło jej pracować w dosc trud-nych warunkach. Barcz nie zapomniał jednak o Powiślu. Miał tam swoich wiernych współpracowników jak Jan Lenga, Mikołaj Dorsz, Bolesław Osiński, Czesław Gawronskk JGedy Sierakowscy opuścili Waplewo i przenieśli się do kraju, to w okresie od 19 lipca do 25 listopad 9 roku Barcz znów pracował na Powiślu. Miał za sobą półroczny pobyt w więzieniu me podporządkowanie się zarządzeniu hitlerowskich władz Olsztyna o nakazie opuszczenia lokalu polskiego przedszkola, do którego wprowadzono rodzinęRomow M^iec sprawę sądową Wiedział z góry, że przegra proces, ale jak napisał konsul Bohdan Jałowiec-h, bron, się , pod każdym względem rzeczowo i z pełną godnością, bo żaden z adwo^ tów olsztyńskich nie chciał podjąć się obrony”.' Pracując na Powiślu Barcz zebrał ponad 100 prenumeratorów „Gazety Olsztyńskiej” i angażował się w P°lsla^ kulturalnych i oświatowych. Zatrudniony w olsztyńskim konsulacie przekazał Poselstwu Polskiemu w Berlinie następującą o nim opinię: „Pracuj: na i Powiślu. Był zastępcą landrata w Sztumie. Bardzo czynny w akcji kolport^owej Gazety Olsztyńskiej Bojowy wobec Niemców. Jest przez ludność łubiany “ego d<^ liczne gratulacje z okazji piętnastolecia jego pracy. Nie bardzo łubiany jest przez ę ków Związku Polaków”.2 Następnie władze hitlerowskie Barcza wysiedliły z Prus Wschodnich. Ja^czas przebywał na Śląsku Opolskim, potem udał się do Saksonii. Nauczałłam) ęzyka po lą wybuchu wojny osadzono go w obozie koncentracyjnym Stutthofie i tam zamord *** 156 Warmiacy w polskich działaniach narodowych na Powiślu Inny Warmiak Jan Boenigk (1903-1982) trafił w czerwcu 1928 roku na Powiśle. Za- mieszkał w Sztumie po odbyciu jako absolwentowi lubawskiego seminarium nauczycielskiego, rocznej praktyki w Żabinach niedaleko Działdowa Został kierownikiem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Powiśle. Przejął tę funkcję po Maksymilianie Goliszu (1906-1943), który został przeniesiony do Szczecina. Przejął formy pracy zainicjowane przez F. Barcza. Starał się nawiązać kontakty z młodzieżą. Po latach napisał: „Zaraz w pierwszym zatknięciu się ze Sztumem chwycił mnie za serce niezwykle gorący patriotyzm szerokiego grona ludzi należących do polskich organizacji. W ciągu tygodnia poznałem wielu zasłużonych Polaków: Jana Lengę, rodzinę Gawrońskich, Pawelczaków, Rumińskich i innych z Postolina i Franciszka Wieczorka z Miran. Jakże wspaniałymi Jan Boenigk, , , , , , _ . , . . „ „ fot. archiwum Leksykon kultury CEiK, Olsztyn wydali mi się tacy ludzie jak Lewicki i Pacer z Trzcia- na, Jan Kosecki i Połomski ze Straszewa, Jan Smoliński z Nowej Wsi, Bolesław Preus i Jezio-łowicze z Miran, Paturalscy z Miran, Piaseccy i Górscy z Nowego Targu, Józef Roszkowski i Kamiński z Waplewa, Bolesław Rajski, Stanisław Górski ze Starego targu. Mógłbym wyliczać bez końca nazwiska pełnych poświęcenia rodaków. [... ] Czuło się tu jakieś ogólnopolskie zespolenie myśli, bez cienia parafiańszczyzny, z jaką spotykałem się pod Olsztynem i na Mazurach. Odetchnąłem pełną piersią, poczułem się tak jak w Polsce”.3 Na początku cała praca ukierunkowana była na otwarcie polskich szkół. Sprzyjali jej miejscowi ziemianie. J. Boenigk dążył do otwarcia szkół polskich w Trzcianie, Starym Targu i Waplewie. Wszystko było przygotowane, lecz polskim nauczycielom z kraju nie przyznano wiz wjazdowych do Niemiec. Spowodował je nieprzychylny całej akcji niemiecki konsul w Poznaniu. Tak więc szkoły na Powiślu zamiast z początkiem kwietnia 1929 roku, rozpoczęły pracę dopiero 3 czerwca tamtego 1929 roku. W Trzcianie sytuacja była podobna do Nowej Kaletki na południowej Warmii, gdzie większość dzieci zgłosiła się do polskiej szkoły, także w niemieckiej pozostało tylko kilkanaścioro. W tej sytuacji J. Boenigk zwrócił się do niemieckiego nauczyciela z propozycją udostępnienia lokalu szkolnego. Ten jednak odmówił. Wówczas wynajęto kilka pomieszczeń w budynku należącym do Antoniego Lewickiego. W tej największej, co do liczby uczniów, a było ich 62, nauczało na początku aż trzech nauczycieli: Wiktor Klesz-czyński, Kazimierz Goebel i właśnie Boenigk, który równocześnie kierował przygotowaniami do otwarcia szkoły w Postolinie. Dopomagała mu w tym Anna Piotrowska-Radtkowa, prowadząca tam polskie przedszkole, nazywane tu ochronką. Podobnie było też w innych miejscowościach. Przedszkola stanowiły zaczyn polskich szkól.4 Po Postolinie J. Boenigk przystąpił do organizowania szkół w Dąbrówce Polskiej, potem w Mikołajkach, Nowej Wsi, Nowym Targu, Sadłukach. Kilka razy J. Boenigk opowiadał o osobliwej rozmowie, którą 3 J. Boenigk, Minęły wieli, a myśmy ostali, wyd. II, Warszawa 1971, s. 168-169. 4 Por. J. Chłosta, Przyczynki do dziejów przedszkoli polskich na Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego w latach 1927-1939, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, 1978, nr 3, s. 383. Jan Chłosta 157 odbył w sztumskim starostwie. Było to w sierpniu 1933 roku, kiedy sekretarz starostwa zawiadomił telefonicznie Boenigka, że landrat i powiatowy kierownik NSDAP pragną odbyć z nim pilną naradę. Akurat w tym czasie Boenigk zaprosił do swego mieszkania nauczycieli z Powiśla. Urzędnik starostwa nalegał, zdecydował się nawet przysłać samochód. W trakcie rozmowy w starostwie zarówno sam starosta Artur Franz jak i inspektor szkolny dr Olbrych starali się właśnie Boenigka obciążyć odpowiedzialnością za trudności jakie administracja państwowa napotykała w kontaktach z ludnością polską na Powiślu, że jest oporna wobec zarządzeń i skłonna raczej wypełniać polecenia Związku Polaków niż rozporządzenia niemieckich władz powiatowych, wysuwali przy tym argumenty, które Boenigk po kolei wytrącał im w toku oskarżycielskiej rozmowy. Sprowadzono nawet świadków, którzy mieli obciążyć Boenigka winą za działania niezgodne z prawem, tymczasem owi świadkowie: Kilian i Kamińska, stanęli w jego obronie.5 Boenigk z tej rozmowy wyszedł obronną ręką. Mimo młodego wieku wykazał się szczególną odwagą i przytomnością umysłu. W czasie swoje; pracy na Powiślu odpierał ataki niemieckich władz szkolnych, które starały się ograniczać oddziaływanie polskich szkół, zwłaszcza podejmowane inicjatywy pozaszkolne. Dobrze znając przepisy szkolne, ubiegał Niemców przed podejmowanymi próbami likwidowania szkół. Dokonujący wizytacji szkól na Powiślu inspektor Związku Polskich Towarzystw Szkolnych Józef Mozolewski wystawił Boenigkowi następującą opinię: „posiada talent organizacyjny i zmysł praktyczny. Uzyskawszy jednak w młodym wieku samodzielne stanowisko nie umie karnie podporządkować się dyrektywom przełożonych”.6 Ta ostatnia uwaga odnosiła się do kierownictwa Okręgu Powiśle Związku Polaków w Niemczech, a więc Heleny Sierakowskiej i Kazimierza Donimirskiego. Sprawność w kierowaniu szkołami na Powiślu zdecydowały o przeniesieniu we wrześniu 1930 roku Boenigka do Olsztyna. Odtąd miał kierować szkołami na południowej Warmii i dążyć do utworzenia szkół polskich na Mazurach, co jak wiadomo, nie z winy Boenigka, zakończyło się niepowodzeniem. Działalność otwartej z wielkim trudem po sklej szkoły w Łęgu pod Piastunem zakończyła się niepowodzeniem. Nauczyciel Jerzy Lanc zosta skrytobójczo uśmiercony. Jesienią 1932 roku Boenigk powróci! znów na Powiśle, Zaczął tu umacniać polskie szkolnictwo i wspierać ruch młodzieżowy. W tym czasie do dziewięciu szkól uczęszczało 215 dzieci, a na Warmii do czternastu szkół o 15 uczniów mnie;. Jako kierownik Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego przystąpił do organizowania polskich świetlic. Pisał o tym: „Niemcy posiadają świetlice niemieckie przy każde; szkole, gdz.e wieczorami zbiera się młodzież i pożytecznie spędza czas. Skoro młodzież naszą pozostawimy nadal bez należytej opieki, wówczas społeczeństwo nasze szeregować się będzie z dziec szkolnych, które po ukończeniu szkoły naszej przejdą do obozu przeciwnego oraz starców faktycznie dla nas mało już wartościowych. Świetlica jest dziś jedynym środkiem utrzymania młodzieży w rękach naszych. W związku z zakładaniem świetlic powstają jednakpoważne koszty, których nie zawsze z naszych skromnych funduszy możemy pokryć. W krotką czasie we wsiach, w których istniały polskie szkoły założone zostały świetlice. Zbierała się 5 J. Boenigk, Wieki minęły, op. cit. s.226. Warrnii Mazurach i Powiślu w latach międzywojen- ‘ T. Filipkowski, W obronie polskiego trwania. Nauczyciele polscy na Warmu, Mazurac nych, Olsztyn, 1989, s. 9. . , ,4.1934r do Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Berlinie. AAN, Pos. sygn. 2030, k. 29. Pismo Jana Boenigka z 241 1934 r. ao 4 158 Warmiacy w polskich działaniach narodowych na Powiślu w nich młodzież pozaszkolna. Boenigk wciąż zabiegał także o ich wyposażenie oraz wspierał miejscowe koła Związku Towarzystw Młodzieży w prowadzeniu zajęć świetlicowych. 13 stycznia 1935 roku Jan Boenigk został przeniesiony do pracy w Berlinie. Wraz z Heleną Lehrówną zaczął redagować czasopismo „Mały Polak w Niemczech”. Zamieszczał w nim listy młodych czytelników z Powiśla i jako Wujaszek Franek odpowiadał w czasopiśmie na ich listy. W1937 roku miał objąć kierownictwo IV Dzielnicy Związku Polaków w Olsztynie, ale do tego nie doszło, chociaż działacze spod znaku Rodła bardzo tego pragnęli.& Dostrzegali w nim człowieka dobrze obeznanego ze sprawami regionu, w tym także Powiśla. *** Niezależnie od działaczy bezpośrednio związanych z ruchem polskim, to polskość na Powiślu wspierali duchowni pochodzący z Warmii. Wśród nich ks. Piotr Baranowski (1805-1901) wywodzący się z Brąswałdu pod Olsztynem, który aż 64 lata był proboszczem w Tychnowach pod Kwidzynem. Należał do żarliwych obrońców języka polskiego, abo-nował od 1886 roku „Gazetę Olsztyńska i zachęcał innych do czytania polskiego pisma. W Tychnowach duszpasterzowal także ks. Eryk Gross (1862-1935), od 1912 roku prezes Rady Nadzorczej miejscowego Banku Ludowego, był członkiem Polskiej Rady Ludowej w Kwidzynie, stawał często w obronie Polaków przed plebiscytem w 1920 roku. Na Powiślu posługę religijną nieśli także księża przez jakiś czas pracujący na południowej Warmii. Mam na myśli Sługę Bożego ks. Bronisława Sochaczewskiego (1886-1940) z Krasnej Łąki, który jako wikary w Lamkowie pod Olsztynem współpracował z „Gazetą Olsztyńską”, został najpierw przez władze hitlerowskie wysiedlony z Powiśla, a potem uwięziony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, gdzie go zamordowano 13 V 1940 roku. Również ks. Józef Przeperski (1895-1951) duszpasterzowal na Warmii: we Wrzesinie, Klebarku Wielkim, Sząbruku Dywitach, był redaktorem dodatku do „Gazety Olsztyńskiej” pod nazwą „Gość Niedzielny”, ale też pracował w Postolinie, gdzie został aresztowany i przebywał w 1935 roku sześć tygodni w malborskim więzieniu za posługę religijną w języku polskim. Innych duchownych biskupi warmińscy kierowali do parafii na Powiśle, aby poprawili swoje umiejętności w posługiwaniu się językiem polskim. Tak było z urodzonym w Olsztynie ks. profesorem Franciszkiem Hiplerem (1834-1898), który dziewięć miesięcy spędził w Postolinie. Tam też przebywał jakiś czas ks. prałat Jan Hanowski (1873-1967) wywodzący się Mątek w parafii jonkowskiej, przez wiele lat będący proboszczem dzisiejszej konkate-dry św. Jakuba w Olsztynie. Ta osobliwa symbioza między Powiślem a południową Warmią przynosiła obopólne korzyści. Kontakty kapłanów z wykształconymi ziemianami miały ich zbhzyć do kultury polskiej i opanowania polskiego języka literackiego. • AAN. Pos. sygn. 1978, k.80 Pismo IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech (Prusy Wschodnie) z 4 V 1937 Aniceta Miszkiewicz 159 Aniceta Miszkiewicz JEZUICI W MALBORKU Malbork od czasów krzyżackich należał do diecezji pomezańskiej z katedrą w Kwidzynie. W pierwszej połowie XVI wieku na terenie tej diecezji coraz szersze kręgi kleru i wiernych przechodziły do obozu zwolenników reformacji. Ostatni biskup pomezański Erhard von Queiss zmienił wyznanie w 1525 roku. Diecezja podzieliła się na 2 części - polską i pruską i de fecto przestała istnieć. Część polska, za wyjątkiem starostwa tolkmickiego, które podlegało biskupstwu warmińskiemu, jako archidiakonat malborski została w 1578 roku powierzona administracji ordynariusza chełmińskiego. Archidiakonat ten składał się z 32 parafii i 20 filii, co stanowiło najgęstszą sieć parafii w całej Rzeczypospolitej.1 Wojna trzynastoletnia spowodowała znaczne zniszczenia świątyń malborskich. Podczas walk w latach 1457-1460 silnie ucierpiała zachodnia część trzynastowiecznej fary pod wezwaniem św. Jana. W wyniku długotrwałej odbudowy w latach 1468-1523 nadano kościołowi farnemu formę trzynawowej hali ze słabo wyodrębnionym prezbiterium. Średni obszar parafii w województwie malborskim wynosił 33,8 km2. Dane z 1772 roku. 160 Jezuici w Malborku Znacznemu zniszczeniu podczas walk polsko-krzyżackich uległa również kaplica pod wezwaniem św. Jerzego, znajdująca się poza obrębem murów miejskiej, na południe od Starego Miasta. Biskup pomezański Wincenty Kiełbasa za zgodą króla i stanów pruskich przekazał w 1471 roku patronat nad kaplicą radzie miasta Malborka, aby odbudowa mogła być prowadzona z funduszów miejskich. Wraz z kaplicą odbudowano również połączony z nią szpital św. Jerzego.2 Nowinki religijne bardzo szybko docierały do Malborka, głównie w wyniku ścisłych kontaktów z pobliskim Gdańskiem oraz za sprawą postawy biskupa pomezańskiego Erharda von Queissa. Już w 1523 roku król Zygmunt Stary wydał pierwszy zakaz głoszenia nowej religii, ale bez pozytywnego efektu. Nauką Lutra zyskiwała nadal nowych zwolenników. Również w 1525 roku rada miasta nie uległa woli króla, nie respektowano gróźb króla: kara śmierci, konfiskata majątków czy wysoka grzywna. Nowy nurt religijny szerzył się już nie tylko wśród wszystkich warstw mieszczaństwa malborskiego, lecz także pośród chłopów żuławskich. Jednym z pierwszych propagatorów luteranizmu był kaznodzieja gdański Jakub Kna-de, przybyły do Malborka w 1526 roku. Głosząc kazania w kaplicy św. Jerzego, zyskał uznanie magistratu i został powołany na stanowisko kapelana, jednak niedługo potem biskup chełmiński zmusił Knadego do opuszczenia miasta. Wyjazd jego zahamował rozwój reformacji w Malborku i dopiero w 1537 roku zaczęto regularnie odprawiać nabożeństwa luterańskie. Przełomowym momentem dla rozwoju reformacji w całych Prusach Królewskich były lata 1557-1558, gdy król Zygmunt August zezwolił udzielać komunii pod dwiema postaciami i tym samym zgodził się na ugruntowanie nowego wyznania. Odtąd nastąpił jeszcze bardziej żywiołowy rozwój luteranizmu, który stał się w większości miast religią panującą. Sytuacja taka miała szczególnie miejsce w Malborku. Toteż w 1569 roku król zezwolił radzie miejskiej, w większości składającej się z protestantów, na swobodne obsadzanie stanowiska nauczyciela w szkole i przyjmowanie komunii pod dwiema postaciami w kaplicy św. Jerzego. Sakrament chrztu mógł być udzielany jednak wyłącznie w kościele św. Jana. Kilka lat później luteranie uzyskali prawo odprawiania swych nabożeństw w farze, lecz wyłącznie przy ołtarzu Męki Pańskiej. Udzielanie Sakramentu Eucharystii pod obiema postaciami w farze było także ograniczone - udzielano go tylko chorym i starcom. Sytuacja taka istniała do 1598 roku, kiedy to w wyniku przegranego procesu z biskupem chełmińskim protestanci mogli odprawiać swe nabożeństwa tylko w kaplicy św. Jerzego. Wśród wyznawców protestantyzmu nie było jednomyślności religijnej. Bardzo szybko doszło do rozłamu - na zwolenników nauki Lutra i Kalwina, Przy luteranizmie trwały warstwy uboższe (rzemieślnicy i plebs), natomiast kalwinizm szerzy! się wśród bogatszych 1 Obydwa budynki rozebrano w XVII wieku. Na ich miejscu ewangelicy zbudowali w latach 1711 nn ■ t ■ k koiciól zaprojektowany prawdopodobni, przezjakuba Gorau a. Jest to budowla jednonawowa, z boX^Xl^ Ucy E uiona Kazalnica z 1685 roku, należąca do wyposażenia poprzedniej mieszczan, w tym również w łonie władz miasta. W wyniku tego procesu kalwini początkowo utrzymywali przewagę polityczną i finansową wobec opozycji rzemieślniczej.3 Pomiędzy wyznawcami obu religii dochodziło do licznych konfliktów. Największe ich nasilenie miało miejsce około 1600 roku, gdy kalwini zaczęli usuwać ołtarze z kaplicy św. Jerzego, ponieważ kościół reformowany był przeciwny ich istnieniu. Oprócz przyczyn religijnych spory te miały również charakter ekonomiczny (problem administracji podatków) oraz polityczny (dążenie do władzy uboższych rzemieślników). Pospólstwo luterańskie odwołało się w 1603 roku do sądu królewskiego, który rozstrzygnął spór na korzyść zwolenników nauki Lutra. Ewangelicy reformowani musieli opuścić kaplicę św. Jerzego i przenieść swoje nabożeństwa do prywatnej kamienicy w rynku. Wobec takiej sytuacji kalwińscy rajcy byli zmuszeni ustąpić z piastowanych urzędów. Odtąd religią panującą w Malborku stał się luteranizm. Luteranie nie tolerowali żadnych sekt. Dla siebie tylko zagwarantowali posiadanie prawa miejskiego. Równocześnie istniała znaczna liczba luteranów pozbawionych obywatelstwa miasta ze względu na swą narodowość polską. Dla tej grupy magistrat utrzymywał specjalnego kaznodzieję polskiego przy kaplicy św. Jerzego. Nominacja następowała po próbnym kazaniu przed radą. Ostatni kaznodzieja polski działał do 1792 roku. Wobec nietolerancji większości łuterańskiej, liczni osadnicy holenderscy, zamieszkujący przedmieścia i okolice Malborka, a należący do sekty menonitów, nie mogli być również 3 Znaczną grupę wśród kalwinów stanowili szkoccy kupcy, predystynujący do finansowej elity miasta. 162 Jezuici w Malborku przyjęci w poczet mieszczan. Menonici przybyli na Żuławy w 1581 roku i zamieszkali w 28 wsiach. Najbardziej wsławili się jako znakomici melioranci podmokłych pól i łąk żuławskich oraz wysoko wykwalifikowani rzemieślnicy. Z sakramentów uznawali tylko chrzest dorosłych i komunię, odżegnywali się od sprawowania urzędów i służby wojskowej oraz składania przysięgi, kładli także duży nacisk na rygoryzm moralny. Oprócz religii luterańskiej jedynym uznawanym czyli posiadającym prawo indygenatu wyznaniem w Prusach Królewskich był katolicyzm. W Malborku wobec triumfalnego zwycięstwa luteranizmu katolicy stanowili mniejszość i nie byli dopuszczani do sprawowania urzędów. W samym mieście nieliczna garstka katolików wywodziła się z niższych warstw, spośród pleb-su. Większa rzesza katolików zamieszkiwała na przedmieściach oraz w okolicznych wsiach. Kler katolicki w Malborku na początku XVII wieku był dość nieliczny. Przy farze św. Jana pracował proboszcz, będący jednocześnie biskupim wikariuszem generalnym dla Po-mezanii oraz jeden wikary. Ze względu na dwujęzyczność parafian, nabożeństwa i kazania były odprawiane po polsku i po niemiecku. Kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca na Zamku Niskim był filią kościoła parafialnego. Obsługiwał go odrębny kapłan. Do świątyni tej uczęszczała załoga i służba zamkowa oraz rzemieślnicy, zamieszkujący Podzamcze i najbliższe otoczenie zamku. Osobną świątynię stanowił kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny z kaplicą św. Anny na Zamku Wysokim. Spełniał on funkcję świątyni dworskiej, szczególnie podczas obecności królów polskich na malborskim zamku jako letniej rezydencji królewskiej. Jako obsługa przewidzianych było trzech kapłanów, lecz faktycznie pracował tam tylko jeden kaznodzieja. Sytuacja katolicyzmu w Malborku znacznie zmieniła się po przybyciu Jezuitów do miasta. Wśród badaczy brak jest jednomyślności w sprawie chronologii początków działalności zakonników w mieście. Najwcześniejszą datę przybycia pierwszych Jezuitów — rok 1605 - podaje badacz niemiecki B.Duhr, powołując się na list misjonarza z Braniewa Ojca Andre-asa Obremstha do generała zakonu Ojca Klaudiusza Aquavivy (1581-1615), datowany na 31 lipca 1605 roku. Za rokiem 1607 optuje grupa badaczy polskich na czele z Karolem Górskim (m.in. Wacław Odyniec, Marceli Kosman). Najliczniejsza grupa badaczy podaje rok 1618 jako początek działalności Towarzystwa Jezusowego w Malborku, opierając się na danych źródłowych.4 W historiografii polskiej i niemieckiej (m.in. wg Bernarda Schmida) spotyka się również rok 1619. Prawie wszyscy badacze z datą pojawienia się Jezuitów w mieście łączą fakt powołania do życia rezydencji. Zdaje się, że najbliżej prawdy historycznej jest B. Duhr. W 1605 roku przybyli z Braniewa do Malborka pierwsi Jezuici w celu zorientowania się w możliwościach założenia tutaj swego domu, lecz był to pobyt krótkotrwały. W powziętym zamyśle osiedlenia się utwierdzała zakonników przychylna postawa proboszcza, katolików malborskich oraz biskupa chełmińskiego. Osadzeniem ojców w Malborku szczególnie zainteresowany był proboszcz jako administrator rozległego archidiakonatu malborskiego, uskarżający się na niewystarczającą liczbę kapłanów. Dopiero po upływie ponad 10 lat Jezuici osiedlili się w Malborku na stałe. Aktu fimdacji rezydencji malborskiej, podlegającej Jezuitom gdańskim, dokonał 18 sierpnia 1618 roku 4 M.in. S. Załęski, A. R. Chodyński, J. M. Krzemiński Aniceta Miszkiewicz 163 w Warszawie biskup chełmiński Jan Kuczborski, przekazując na ten cel 10000 złotych polskich oraz 5000 złotych polskich dla ubogich studentów. Jako siedzibę uzyskali Jezuici dom, dawną szkołę krzyżacką, położony obok cmentarza kościoła parafialnego. Placówkę tę objęło dwóch zakonników: Teofil Crietecus i Jan Pleu-cius. Zgodnie z intencjami fundatora podjęli oni pracę przy kościele św. Jana, głosząc w każdą niedzielę i w święta po trzy kazania w języka polskim i niemieckim, katechizując i słuchając spowiedzi. Tak więc, podobnie jak w innych ośrodkach, spełniali funkcję misjonarzy - pomocników proboszcza. Zastanawiający jest fakt, że pomimo otrzymania funduszy dla przyszłej szkoły, nie podjęli oni natychmiast starań zorganizowania jej w swym domu? Najszerzej oddziaływali Jezuici na polskich rzemieślników i wyrobników, zamieszkujących rozległe przedmieścia, którzy stanowili dość liczną grupę wśród katolików malbor-skich. Poprzez głoszenie polskich kazań Jezuici umacniali polskość wśród współwyznawców. Szczególną okazję do rozwinięcia swej elokwencji mieli kaznodzieje polscy podczas obrad sejmików generalnych. Każdorazowy sejmik rozpoczynał się od mszy wotywnej do Ducha świętego, odprawianej w kościele parafialnym, podczas której orację wygłaszał kaznodzieja jezuicki. Zazwyczaj superior rezydencji podejmował wówczas senatorów i wybitnych deputantów obiadem w rezydencji. Usytuowanie placówki jezuickiej w centrum miasta ułatwiało zakonnikom pracę misjonarską wśród protestanckich mieszczan malborskich. Ojcowie umiejętnie wykorzystywali panujące wśród protestantów niesnaski, zaogniając je jeszcze bardziej. Między innymi przyczynili się w pierwszych latach swej działalności do klęski kalwinów w okresie walk z lute-rańską opozycją rzemieślników. Obsada rezydencji malborskiej była specjalnie dobierana. Pracujący tutaj kaznodzieje musieli legitymować się biegłą znajomością języka polskiego i języka niemieckiego, aby bezpośrednio dotrzeć do słuchaczy w ich ojczystej mowie. Wobec tego wśród Jezuitów malborskich przeważali Pomorzanie, Warmiacy, Mazurzy, Ślązacy, Czesi i Wielkopolanie. Do najbardziej znanych kaznodziejów malborskich zaliczyć należy Tomasza Elżanowskiego, Jana Taube, Marcina Kreysella, Marcina Scharffa, Franciszka Heintza, Ignacego Steinera, Henryka Steina oraz Jana Hepnera. Wymiernym wynikiem ich pracy misjonarskiej wśród protestantów malborskich były nawrócenia na katolicyzm. Ilość tą szacuje się rocznie od 20 do 30 po liczbę 100-140 w latach czterdziestych XVII wieku.6 Zaraza, która wybuchła w 1624 roku, stworzyła nowe pole dla działalności jezuickiej. Podobnie, jak w innych miastach w Prusach, zakonnicy nie zważając na zagrożenie życia, z wielkim poświęceniem obsługiwali zapowietrzonych bez względu na ich konwersję. Stwarzało to nową okazję do pracy misjonarskiej wśród niewiernych. Także podczas późniejszych pomorów Jezuici nie szczędzili sił i zdrowia w tej służbie. Okres pomyślnej działalności Towarzystwa Jezusowego w Malborku przerwał najazd wojsk szwedzkich w 1626 roku. Jezuici pozostali podczas oblężenia w dniach 16-18 lipca 1626 roku jako kapelani obozowi dla nielicznej załogi zamku (600 żołnierzy). Po zdobyciu 5 S. Załęski podaje,że szkoła została zorganizowana dopiero w 1680 roku. 6 Szacunki te obejmują również wyniki działalności misyjnej na Żuławach. 164 Jezuici w Malborku miasta i zamku Gustaw Adolf wydalił ich z miasta - powrócili dopiero po 10 latach. Zajęcie Malborka przez wojska szwedzkie wpłynęło na zmianę sytuacji wyznaniowej w mieście. Gustaw Adolf jako ewangelik zatroszczył się szczególnie o swoich współbraci w wierze. Usunął z miasta wszystkich księży katolickich, którzy wcześniej nie uciekli przed prześladowaniem Szwedów. W wyniku takich działań kult katolicki w ogóle zamarł. Wyłamawszy siłą drzwi kościoła św. Jana, król szwedzki przekazał go w posiadanie luteranom, podobnie uczynił z pozostałymi świątyniami katolickimi. Wobec poczynań Szwedów znaczna część katolików uszła z miasta, chroniąc się na przedmieściach i w okolicznych wsiach. W obrębie murów miejskich pozostały tylko 3-4 rodziny katolickie. Kalwini również nie mogli odprawiać swych nabożeństw. Na mocy rozejmu, zawartego we wrześniu 1629 roku w Starym Targu, Malbork został przejęty przez elektora brandenburskiego, w imieniu którego władzę sprawował margrabia Zygmunt Hohenzollern. Katolicy odzyskali wówczas swoje kościoły, w których luteranie jednak zachowali wolność nabożeństw. W kościele farnym katolicy dysponowali dwoma ołtarzami i mogli odprawiać nabożeństwa od świtu do godziny dziewiątej, zaś luteranie mieli jeden ołtarz i dysponowali kościołem od godziny dziewiątej do południa. Jednakże protestanci nie stosowali się do tych zasad i dochodziło do sytuacji, że odprawiano nabożeństwa obu konwersji równocześnie. Sytuacje takie luteranie wykorzystywali do głoszenia propagandy antykatolickiej. Natomiast kalwini uzyskali prawo odprawiania swych nabożeństw na zamku. Po zawarciu rozejmu w Sztumskiej Wsi sytuacja powróciła do stanu sprzed 1626 roku. Kalwini musieli opuścić zamek i ponownie przenieśli swe nabożeństwa do kamienicy w mieście. Luteranie nie mieli odtąd już wstępu do kościoła farnego. Zaczęli wówczas powracać do Malborka zbiegli katolicy, a wśród nich również Jezuici, którzy zamieszkali w dawnym domu kościelnym i ponownie podjęli działalność w kościele św. Jana oraz wśród protestantów. Jezuici, działając u boku proboszcza, coraz bardziej pragnęli usamodzielnić się. Okazję ku temu stanowiło przejęcie przez nich Kaplicy Mariackiej. Kaplica ta została zbudowana około 1443 roku przy bramie w zewnętrznym ciągu miejskich murów obronnych, zespolonej z bramą wewnętrzną, zwaną Mariacką lub Sztumską. Była ona własnością miasta i jednocześnie stanowiła filię kościoła parafialnego. W kaplicy znajdował się słynący łaskami obraz Najświętszej Maryi Panny, do którego podążały liczne pielgrzymki z bliższej i dalszej okolicy. Sytuację tą Jezuici zamierzali wykorzystać w celu rozwinięcia pracy misjonarskiej. Walkę o kaplicę podjęli tuż po osiedleniu się w Malborku. Wówczas to rozpoczął się długotrwały proces, podczas którego Jezuici posługiwali się fałszywymi dokumentami. Zostały one ponoć odnalezione w jakimś zamku przez niejakiego Janikowskiego. Fałszerstwo Janikowskiego zostało zdemaskowane przez mieszczan, lecz procesy trwały do połowy XVII wieku. Jezuici zdążyli jednak przedstawić falsyfikaty i uzyskali poparcie sejmiku generalnego. Król Władysław IV w 1647 roku potwierdził nadanie Kaplicy Mariackiej ojcom, lecz ci z bliżej nie wyjaśnionych przyczyn nie osiedli w niej. Podczas drugiej wojny północnej kaplica została zniszczona, a zakonnicy uprzednio osiedli na Zamku Wysokim.7 Podaje się również inną wersję zabiegów o kaplicę, datując je na lata sześćdziesiąte XVII wieku. Wersja ta nie jest prawdopodobna wobec zniszczenia kaplicy podczas potopu szwedzkiego. 165 Aniceta Miszkiewicz Działalność Jezuitów w XVII-wiecznym Malborku w sposób znaczący wpływała na sytuacją wyznaniową. Dzięki ich obecności i różnorakim zabiegom Kościół katolicki nie utracił swej pozycji drugiej siły religijnej, a nawet nieznacznie ją umocnił. Nadal jednak katolicyzm pozostawał stroną słabszą wobec przewagi luteranizmu. Jezuici przede wszystkim odciążyli nielicznych kapłanów w pracy duszpasterskiej. Na nich również spoczywał ciężar szerzenia polskości wśród wiernych. Muzyka Wacław Bielecki OSKAR KOLBERG NA POWIŚLU W grudniu ubiegłego roku Sejm RP przyjął uchwałę o tym, że rok 2014 będzie „Rokiem Kolberga”. Ma to związek z dwusetną rocznicą urodzin Oskara Kolberga, polskiego muzyka i kompozytora oraz etnografa, który jako pierwszy w historii polskiej zebrał, opisał i usystematyzował rodzimą kulturę ludową. Nieco wcześniej, na zamówienie Instytutu Muzyki i Tańca, pracownicy Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadzili badanie na temat rozpoznawalności osoby Kolberga w naszym społeczeństwie. Wyniki okazały się niezbyt dobre. Tylko 8,2 %. Polaków odpowiedziało prawidłowo na pytanie, kim był Kolberg. Jest więc on osobą prawie zapomnianą. Warto zatem przybliżyć tę wyjątkową postać, tym bardziej, że przebywał on u nas, na Powiślu jesienią 1875 r. Oskar Kolberg Oskar Kolberg urodził się 22 lutego 1814 r. w miasteczku Przysucha, leżącym pomiędzy Opocznem i Radomiem. Jego ojciec Juliusz z pochodzenia byl Niemcem, a z zawodu inżynierem - geodetą. Matka Karolina pochodziła ze szlacheckiej rodziny emigrantów francuskich. Kolbergowie mieli pięciu synów. Była to rodzina ewangelicka. W 1819 roku Kolbergowie przeprowadzili się do Warszawy, gdzie ojciec został powołany przez Stanisława Staszica na katedrę geodezji, miernictwa i topografii Uniwersytetu Warszawskiego. Zamieszkali w Pałacu Kazimierzowskim (dziś siedzibie Uniwersytetu Warszawskiego). Ich sąsiadami byli Chopinowie. Wiadomo, że ojciec Fryderyka Chopina Mikołaj był częstym gościem w domu rodziców Oskara, a Fryderyk Chopin przyjaźnił się ze starszym bratem Oskara - Wilhelmem. Wiatach 1823 - 1830 Oskar byl uczniem Liceum Warszawskiego, tego samego do którego uczęszczał starszy od niego o cztery lata Fryderyk Chopin. Uczył się też gry na fortepianie. Po śmierci ojca, w wieku 16 lat rozpoczął pracę w kantorze bankowym, pracował w nim w latach 1830 - 1833 oraz 1841 - 1844, jako księgowy w zarządzie kolei warszaw-sko-wiedenskiej. Edukację muzyczną kontynuował najpierw w Warszawie pod kierunkiem Oskar Kolberg na Powiślu 167 Józefa Elsnera, nauczyciela Fryderyka Chopina, a także Ignacego F. Dobrzyńskiego, a potem w Berlinie, m.in. u K. Rungenhagena, nauczyciela kompozycji Stanisława Moniuszki. Dodać trzeba, że w Berlinie uczęszczał także na kursy buchalterii w akademii handlowej. Po powrocie do Warszawy prof. Elsner wydał mu świetną opinię, zaliczając „do rzędu znakomitszych artystów miasta Warszawy”. Zachęcony nią zaczął komponować. Uczył też gry na fortepianie. Jako nauczyciel gry na tym instrumencie przebywał w Mitawie na Łotwie oraz w Homlu na Białorusi. Wcześnie zaczął przejawiać zainteresowania folklorem muzycznym. Wiatach 1838 - 1840 zanotował około 600 pieśni z okolic Warszawy. Ferdynand Hoesick, biograf Chopina pisze, że Kolberg już wówczas zamierzał wiernie uchwycić całą pieśń, tj. tekst i melodię, ale uważał, że melodię należy „przyozdobić i ubrać w przygrywki, przystroić w harmonię”. W taki sposób wydał w Poznaniu wl842 r. pierwszy zbiór „Pieśni ludu polskiego”, zawierający 125 melodii ludowych na głos z fortepianem. Znana jest negatywna opinia Fryderyka Chopina na temat tego zbioru, potem jednak nasz największy kompozytor - w liście z 1847 r. - napisał cytowane często zdanie: Powiedzcie podziękowanie Kolbergowi za jego mozolną pracę”. Pod wpływem krytyki Kolberg zaczął publikować w kolejnych zeszytach „Pieśni ludu polskiego” w postaci autentycznej, bez opracowania harmonicznego. Kolberg był także kompozytorem. Jego utwory fortepianowe należą do typu salonowego. Są to polonezy, kujawiaki, kontredanse, mazurki, etiudy, polka, walce, marsze oraz pieśni w towarzyszeniem fortepianu. Szczególne miejsce zajmuje sześć zeszytów znakomitych kujawiaków, czyli obertasów pt. Nasze sioła op. 2 i op. 12. Muzykolodzy twierdzą, że to właśnie Kolberg wyodrębnił formę kujawiaka w polskiej muzyce komponowanej na wzorach muzyki ludowej, bo u Chopina kujawiaki były jeszcze odmianą mazurków. Kolberg pisał także utwory sceniczne: Król pasterzy, opera sielska w jednym akcie, libretto Teofil Lenartowicz 1853, Scena w karczmie, czyli powrót Janka, obrazek wiejski ze śpiewami, libretto według Janka spod Ojcowa J. K. Gregorowicza, wystawiona 26 XII 1853 r. w domu prywatnym, Pielgrzymka do Częstochowy - utwór nie ukończony. Jednoaktowa opera Król pasterzy ma być wystawiona w Krakowie z okazji Roku Kolber-gowskiego w Teatrze Słowackiego na początku czerwca 2014 r. W 1871 r. Kolberg opuścił Warszawę, bo Towarzystwo Naukowe Krakowskie obiecało mu pomoc w wydaniu jego monumentalnego dzieła: Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce”. Zamieszkał najpierw w Mogilanach niedaleko Krakowa w posiadłości swojego przyjaciela Józefa Konopki, a potem u jego brata Juliana Konopki w Modlnicy, gdzie spędził 13 lat życia. W 1884 r., po śmierci Konopki, w wieku 70 lat, przeniósł się do Krakowa. Żył w ascetycznych warunkach, często musiał zmieniać wynajmowany lokal. Podupadał na zdrowiu, tracił wzrok, leczył go przyjaciel, lekarz Izydor Kopernicki, u którego zamieszkał w lipcu 1889. Dokuczała mu niewydolność „serca i krwi krążenia”. Zmarł 3 czerwca 1890 r. w Krakowie, w domu Kopernickiego. Został pochowany na cmentarzu Rakowickim. Na pomniku wzniesionym ze środków uzyskanych z koncertów organizowanych przez kompozytora Władysława Żeleńskiego umieszczono napisy: 168 Wacław Bielecki Oskarowi Kolbergowi *1814 41890 zasłużonemu Ojczyźnie rodacy" >Polskę całą przeszedł, lud poznał i ukochał. Zwyczaje jego i pieśni w księgi włożył< Za życia Kolberg i tuż po jego śmierci doszło do wydania 33 tomów. Reszta jego spuści-zny, zgromadzona w tzw. tekach czekała długo na wydanie. Dopiero po 75 latach ukazały się inedita, czyli dzieła niewydane za życia autora. W sumie, z Funduszu Komitetu Obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego, zostało opublikowanych 86 tomów, tj. 39 tysięcy 780 stron druku (przeciętnie prawie 500 stron na jeden tom), w tym około 12 i pół tysiąca rodzimych pieśni. Najbardziej interesujący dla nas jest "tom 39 „Pomorze”, który ukazał się dopiero w 1965 r. W dwa dni po śmierci Kolberga w dniu 3 czerwca 1890 r. w Krakowie, wychodząca we Lwowie „Gazeta Narodowa zamieściła artykuł przypominający jego życiorys oraz najważniejsze dokonania. Czytamy tam: Znana była Krakowianom zgarbiona jego postać. Okryta odwiecznym, zatłuszczonym i wytartym surdutem, ta twarz starca, o wzroku dziwnie przenikliwym, ale nie każdy wiedział, że ten znakomity badacz, ta chluba narodu naszego, odmawia sobie codziennych nieraz potrzeb, aby zdobyć środki do wydania tylu tomów dziel swoich, że dla wzniosłej idei, dla dopięcia celu idealnego, wesoło znosi chłód i głód i niewygody. [...] rozpo-cząwszy od gromadzenia melodyj ludowych, skończył na opisywaniu i badaniu wszystkiego, co się łudu tyczy, i stworzył dzieło rozmiarami i głębokością badań przechodzące niemal siły jednego człowieka. [...] W żadnym kraju ani narodzie praca jednego człowieka nie zdziałała tyle dla etnologii, co u nas działalność Kolberga. Ludwik Bielawski, autor hasła „Kolberg” w Encyklopedii Muzycznej PWM zamieszcza zestawienie zatytułowane „Zakres badań terenowych Kolberga w latach 1839 - 1885” Wynika z niego, że Kolberg prawie przez pół wieku bardzo intensywnie spisywał pieśni i zwyczaje ludowe na wielkim obszarze obejmującym ziemie obecnej i dawnej Rzeczpospolitej: Mazowsze, Krakowskie, Śląsk, Kaliskie, Sieradzkie, Radomskie, Łęczyckie, Lubelskie, Kieleckie, Sandomierskie, Góry i Pogórze, Pokucie, Chełmskie, Kujawy, Przemyskie, Ruś Czerwona, Wołyń, Poznańskie, Ruś Karpacka, Pomorze, Mazury Pruskie, Sanockie - Kro-śnieńskie. W niektórych regionach był kilka razy. Rzeczywiście, dorobek Kolberga jest imponujący. Profesor Józef Burszta, redaktor „Dzieł Wszystkich Oskara Kolberga” (w skrócie: DWOK), opisując spuściznę rękopiśmienną Oskara Kolberga komentuje to takimi słowy: Każdy, kto tylko ma czynienia ze spuścizną Kolberga, odczuwa podziw i zdumienie, że jeden człowiek potrafił tak systematycznie przez całe życie pracować, że miał tyle wytrwałości, samozaparcia i zdołał tyle dokonać. Badania terenowe na Pomorzu prowadził Kolberg w 1875 roku. Trasę swojej podróży opisuje w liście datowanym na 19 września 1875 r. wysianym z Królewca do Romana Konopki: Wałęsając stępo swiecie, zajechałem wreszcie i do Królewca. Nazywam to wałęsaniem, bo podroż szła koleją zelazną nie po linii prostej, ale z ciągłymi zboczeniami to naprawą, to na lewą ^onę.WZopotach.gdzremwszkałemupp.DonimirskichdnilO^^^ ' urządzonych tu kąpteh morskich; wykąpawszy się z rana, miałem cały dzień wolny i użyłem go Oskar Kolberg na Powiślu 169 (gdy była pogoda) na robienie wycieczek w głąb Kaszub, tuż pod bokiem leżących. W ten sposób byłem w Oliwie, w Kacu, w Oksywiu, w Wejerowie. Następnie udałem się do Gdańska, skąd parę razy powałęsalem się i po morzu także w celach etnograficznych (by marynarzy poznać). Wreszcie zwiedziwszy w najdrobniejszych szczegółach zamek krzyżacki w Malborku, pojechałem do hr. Sierakowskich do Waplewa, gdzie mnie odwiózł czekający już na mnie na dworcu w Malborku hr. Sołtan, brat p. Sierakowskiej. Tu spędziłem jak najprzyjemniej tydzień cały, a drugi równie przyjemnie u pp. Donimirskich w sąsiedztwie mieszkających. Zwiedziwszy następnie bogaty zbiór archeologiczny pana Kunińskiego w Elblągu, pośpieszyłem do Królewca i oto z tutejszego hotelu „Warszawskiego" udzielam ci niniejsze wiadomości... Dokładniejszą trasę i czas jego podróży po Pomorzu opisuje we wstępie do tomu „Pomorze” Jerzy Kądziołka. Cały pobyt Kolberga na Pomorzu przedstawiał się następująco: - koniec lipca 1875 - Stare Bojanowo pow. Kościan Wielkopolska, przejazdem Toruń, - pierwsza połowa sierpnia 1875 - Zakrzewko, Brąchnówko, Tylice, Turzno, Nawra - pow. Chełmża; Trzebcz - pow. Chełmno; Łaszewo i Bukowiec - pow. Swiecie, - druga połowa sierpnia 1875 - Pelplin; Sopot -pobyt 12-dniowy u Donimirskich -Gdańsk, Oksywie, Wielki Kack, Wejherowo, - pierwsza połowa września 1875 - Malbork - zwiedzanie zamku; Waplewo - pobyt całotygodniowy u Alfonsa Sierakowskiego; Telkowice i Bukowo - pobyt całotygodniowy u Teodora Donimirskiego; Elbląg - zwiedzanie zbiorów archeologicznych p. Kanińskiego, - 19 -20 września 1875 - Królewiec - ks. Pełka i drKurszat- odjazd na Mazury Pruskie. Jeśli chodzi o pobyt Kolberga w Sopocie, to redaktor tomu 64 DWOK zawierającego korespondencję Kolberga z tych lat, odnotowuje w przypisku: „o rodzinie Donimirskich, mieszkającej w Sopocie, brak wiadomości." Obecnie powszechnie znany jest w tym mieście dworek innej rodziny ziemiańskiej z Powiśla - Sierakowskich. Czy Donimirscy w tym czasie mieli tam swój dom, czy może wynajmowali pokoje? Na pewno byli dobrze znani w tym kurorcie, bo „Gazeta Toruńska” w numerze 3 z 1907 roku odnotowuje taką wiadomość dotyczącą Bogumiły, żony Piotra Alkantarego Donimirskiego z Czernina: Copoty. Najwierniejszemu gościowi Copot, pani właścicielce dóbr rycerskich Donimirskiej, zwiedzającej od S0 lat regularnie co lato Copoty, okazano z powodu tego jubileuszu szczególną cześć. Z rozporządzenia dyrekcyi kąpielowej, wręczył komisarz kąpielowy p. baron Wedel-Cremzow jubilatce bukiet ze wstęgą i odpowiednim napisem. Dzarzący miał przy tern krótką lecz serdeczną mowę. Jubilatka pani Donimirska mieszka w willi „Quo-Vadis", w której zamieszkuje także hrabina Kwilecka z Wróblewa. Potomek rodu Donimirskich, Jacek Szyrmer twierdzi, że Donimirscy z Czernina mieli swój dom w Sopocie. Dom ten w połowie lat trzydziestych XX wieku musiał sprzedać jego dziadek, Witold Donimirski, aby ratować swoją siostrę Paulinę, która „wpakowała” rodzinę w kłopoty finansowe. Sierakowscy i Donimirscy - u których gościł Kolberg we wrześniu 1875 r., to bardzo dobrze znane rodziny ziemiańskie na Powiślu. Właścicielami tzw. klucza waplewskiego byli w tych latach Alfons Sierakowski (1816 -1886) oraz jego syn Adam Sierakowski (1846 170 Wacław Bielecki - 1912). Alfons Sierakowski z powodu utraty słuchu przekazał kierowanie majątkiem swojemu synowi Adamowi, który był orędownikiem sprawy polskiej w parlamencie niemieckim i znanym podróżnikiem. On też jest autorem jedynej, znanej notatki o pobycie Fryderyka Chopina w Waplewie w dniach 15 - 20 sierpnia 1827 r. Właścicielem dóbr w pobliskim Bukowie i Telkwicach był w tym czasie Teodor Doni-mirski(1805 - 1884), ziemianin, prawnik, ekonomista i działacz narodowy, współzałożyciel „Gazety Toruńskiej”. Chcąc uchronić Polaków przed germanizacją, zakładał towarzystwa rolnicze i pożyczkowe dla rolników, szerzył oświatę, zakładał biblioteki i czytelnie ludowe, rozprowadzał książki i gazety. Materiały z podróży po Pomorzu zostały zebrane w tece numer 6 zawierającej rękopisy i zatytułowanej ręką Kolberga: „Prussy Zachodnie, Kaszuby, Połaby”. Podczas prac redakcyjnych w latach sześćdziesiątych XX wieku nadano tym materiałom tytuł „Pomorze” i wydano w tomie 39 „Dzieł Wszystkich Oskara Kolberga” pod redakcją prof. Józefa Burszty. Tom ten składa się z dwóch części: z materiałów Kolbergowskich oraz z pracy sło-wianoznawcy i historyka rosyjskiego z Akademii Nauk w Petersburgu - Aleksandra Hilfer-dinga, który w 1856 r. badał Kaszubszczyznę i opisał ją w rozprawie pt. Ostatki Słowian na południowym brzegu Bałtyckiego Morza, przetłumaczonej przez samego Kolberga z języka rosyjskiego. Zebrane przez Kolberga materiały pochodzą z niespełna 30 miejscowości i z 5 rejonów, najwięcej z powiatów Chełmno i Chełmża, a najbardziej skąpe są materiały z Kaszub, bo Kolberg zdał się tu na dzieło Aleksandra Hil-ferdinga. Dość bogate są materiały z Waplewa, Bukowa i Telkwic, czyli Powiśla, które w tamtych czasach nazywano ziemią malborską. Alfons Sierakowski Teodor Donimirski 171 Oskar Kolberg na Powiślu Pałac w Waplewie Wielkim, litografia Aleksandra Dunckera, ok. 186S r. Dworek Donimirskich w Telkwicach, stan obecny, fot. W. Bielecki 172 Wacław Bielecki Wśród nich znajdujemy: w dziale „Kraj” - skrótowo opisaną „Historię zakonu Krzyżackiego”. W dziale „Charakterystyka ludu” Kolberg tak opisuje „Lud na nizinach” czyli dzisiejszych Żuławach: Na nizinach (Niederung) lud bogaty, ale bardzo zmaterializowany - meble sute, kareta i fortepian etc., ale dlatego żona i córka są gospodarne (są tu Mennonici - Manisty). Lud ociężały - leniwy w myślach, długo się namyślający, w pracy jednak wytrwały, gdy dla siebie. Włosy często rude lub żółte, szczególnie między Niemcami na nizinach. W nizinach mieszkają Niemcy. Jest to lud tłusty, nalany, ociężały, ale cierpliwy i wytrwały. Lecz niezbyt pracowity, gdyż ziemia wyborna i dobre daje utrzymanie. Jedzą ogromnie tłusto, na chleb z masłem kładą ser i ten jeszcze smarują masłem na wierzch.[... ] Szatyny, blondyny i rudzi - jakby holenderska rasa, Bogaci. Przesądy te, co i Polacy. W dalszej charakterystyce Kolberg opisuje typowy ubiór i pożywienie oraz zwyczaje z okolic Waplewa. Bardzo dokładne są sporządzone przez Kolberga opisy obrzędu jakim były wesela. Znajdujemy tu obszerne opisy wesel w sześciu miejscowościach, w tym wesele w Telkowicach czyli dzisiejszych Telkwicach oraz krotki opis pogrzebu w tej miejscowości. Najbardziej cennymi materiałami dla etnografii muzycznej są spisane przez Kolberga pieśni. W tomie „Pomorze jest ich 229, w tym 54 pieśni z Waplewa, Bukowa i Telkwic. Dodać trzeba, że pieśni z Powiśla nie są osobno wyodrębnione, przeciwnie - są porozrzucane po całym tekście i trzeba ich szukać w książce. Zanim zajmę się omówieniem zbioru pieśni z Powiśla, najpierw pokrótce przedstawię, w jaki sposób Oskar Kolberg notował pieśni w czasie badań terenowych. Otóż, jak to opisuje muzykolog Ludwik Bielawski, badający rękopisy, Kolberg notował w terenie niezwykle drobnym, ale stosunkowo wyraźnym pismem. Pięciolinie do notowania nut ciągnął odręcznie ołówkiem i na niej zapisywał nuty o mikroskopijnych wręcz wymiarach, tak że niemożliwe było podpisanie tekstu pod melodią. Był niezwykle oszczędny, gdy chodzi o papier. Na jednej stronie formatu kancelaryjnego potrafił zanotować ponad 20 melodii i do każdej po kilka, a czasem nawet kilkanaście zwrotek tekstu. Wszystkie melodie zapisywał w kluczu wiolinowym, w najwygodniejszych tonacjach. Kolberg notował melodie śpiewane, czy grane wyłącznie ze słuchu po ich dwu- czy trzykrotnym wysłuchaniu. W tych czasach nie było przecież magnetofonów, a fonograf wprowadzono do badań muzyki ludowej po jego śmierci. Czasami skarżył się na warunki swojej pracy w terenie, na brudne izby, zadymione chałupy bez światła w których musiał notować ulatujące dźwięki skrzypka. Jak to było na Powiślu, nie wiadomo. Na nutach spisywanych w terenie Kolberg odnotowywał nazwy miejscowości, natomiast nie zapisywał nazwisk wiejskich śpiewaków, czy muzykantów, bo zgodnie z jego romantycznym przekonaniem informatorem był sam „lud”. Przy notowaniu pieśni dość często zdarzały się sytuacje, że śpiewacy ludowi inaczej śpiewali kolejne zwrotki piosenki, zmieniając w nich melodię i rytm. Wtedy Kolbergowi nie pozostawało nic innego, jak zapisanie kilku wariantów melodii - tak zapisał dwa warianty pieśni weselnej Siadaj, siadaj kochanie moje, lub jej ujednolicenie. Jako przykład szczególnych problemów w zapisie może posłużyć pieśń z Waplewa pt. Siwy koniu, siwy W tym przypadku najtrudniejsze było uchwycenie rytmu. Kolberg zaczął notować melodię w ryt- 173 Oskar Kolberg na Powiślu Rękopis terenowy Oskara Kolberga z Bukowa z 1875 r 174 Wacław Bielecki mie parzystym, dwumiarowym, by drugim takcie przejść do nieparzystego, trzymiarowego, a w następnych do czteromiarowego. W wyniku takiego postępowania zapis melodii stał się zupełnie nieprzejrzysty, i dlatego w końcu Kolberg zdecydował się na zapisanie tej melodii w metrum parzystym na 4/4. Zanotowane przez Kolberga melodie miały i mają wyjątkową wartość, bo pozostają najwierniejszymi dokumentami pomorskiej muzyki ludowej z XIX wieku. Przed Kolbergiem zapisywano tylko teksty pieśni, a nikt nie zapisywał ich melodii. Tu trzeba wspomnieć o działalności innego wybitnego etnografa, historyka i językoznawcy Józefa Łęgowskiego pochodzącego z Michorowa koło Sztumu, który w czasopiśmie „Mestwin” nr 3 z 1928 r. podaje, że za pośrednictwem osoby trzeciej Kolberg zwrócił się do niego z prośbą o zebranie pieśni ludowych. Łęgowski prośbę te spełnił. Zapisał kilkadziesiąt tekstów pieśni, bez melodii, ze wsi należących do parafii w Postolinie koło Sztumu - z Małych Ramz i Sadłuk, z których 52 przekazał Kolbergowi przez Teodora Donimirskiego. Niestety, pieśni te prawdopodobnie nie dotarły w ogóle do Kolberga. Pieśni zapisane przez Kolberga na Pomorzu, w tym także w Waplewie, Bukowie i Tel-kwicach we wrześniu 1875 r. zostały przyporządkowane do kilku działów, nazwanych tak przez Kolberga: pieśni weselne (6), pieśni o tematyce miłosnej i zalotach (11), o wierności i życzliwości (2), o bezżeństwie lub chęci i niechęci do małżeństwa (4), o smutku i strapieniu (6), o rozstaniu i żalu (5), o małżeństwie i rodzinie (3), ballady (2), o wojsku (5), o pijatyce i karczmie (1), o stanach i rodach (2), o rzemiośle (1), patriotyczne (1), szlacheckie i mieszczańskie (3), tańce, sama muzyka bez tekstu (3).* Przytoczę tylko kilka wybranych tekstów tych dziewiętnastowiecznych utworów ludowych. Kiebyś ty wiedziała, jak ja o cię myślę, dałabyś mi gęby, obłapiłabyś mnie. [Bukowo, Telkwice] Zielona łączka jałowa, lepsza dziewczyna niż wdowa. Zielona łączka jałowiec, lepszy kawaler niż wdowiec, bo u kawalera długo spać, a u wdowca reno wstać. [Bukowo, Telkwice] A w niedziele raniuleczko deszcz leje, a gdzie ja się, nieboraczek, podzieje. Przyjdę do tej, pójdę do tej, nie chce mnie, pójdę do moij najmilejszej, przyjmie mnie. [Waplewo] Oskar Kolberg na Powiślu 175 W zapisie pieśni z Powiśla Kolberg bardzo rzadko podaje, jaki jest to taniec ludowy. Jedynie przy nutach dwóch tańców można przeczytać zapis „mazur”. Przy dwóch innych pieśniach: Nie pojadę na Żuławy i Na Żuławie szwinie pasą - Kolberg zapisał: „owczarz” i „owczarek”. Owczarek to mniej znany taniec, wykonywany przy akompaniamencie muzyki instrumentalnej. Polega na wirowaniu w linii koła i na zmianie partnerów w trakcie tańca w momencie zasygnalizowanym przez muzykanta. Pośrodku wirujących par znajduje się mężczyzna bez pary, który w chwili zmieniania partnerów stara się jak najszybciej dobrać sobie partnerkę. Jeśli mu się to uda, to bez pary zostaje inny mężczyzna. Na podstawie analizy zapisów nutowych można stwierdzić, że w materiałach zebranych na Powiślu przeważają kujawiaki i mazury oprócz tego znajdują się tu oberki, krakowiaki oraz pieśni w rytmie marszowym. Bardzo ciekawym przykładem pieśni patriotycznej jest utwór „My Polacy". Ksiądz Jerzy Karwat, były proboszcz w Waplewie Wielkim przypuszcza, że pieśń ta, spisana w Bukowie i Telkwicach, na pewno znana była i wykonywana także w pobliskim Waplewie. Wydaje się, że w tekście piosenki widać wpływy pobytu powstańców listopadowych, jacy jeszcze żyli i mieszkali w tych okolicach od 1831 roku: My, Polacy, my rodacy, na płac stawać będziem, za ojczyznę obronienie krew toczyć będziem. Na Polaku, na rodaku wszystkoć to należy, przeględywa bory, lasy, kędy Moskal leży. Nasz Chłopicki sekurowal. lecz mu szę nie chciało, ale mu stokroć tysięcy dukatów pachniało Mówią w Polsce, mówią w Moskwie, mówią we Francyj, my będziemy Polakami, jagem przedtem byli. [Bukowo, Telkwice] Czy pieśni zapisane przez Kolberga zachowały się w kulturze ludowej Powiśla po dzień dzisiejszy? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Po pierwsze, praca Kolberga została opublikowana dopiero w 1965 roku. W związku z tym wiele osób sądziło, że Kolberg w ogóle nie był na Pomorzu. Nuty i teksty tych pieśni były - i są znane - tylko nielicznym badaczom. Po drugie, po ostatniej wojnie nastąpiła wielka wymiana ludzi na tych terenach, 176 Wacław Bielecki zerwana została ciągłość pokoleń. Pomorze oraz Żuławy i Powiśle zamieszkali ludzie przesiedleni lub przybyli z innych stron. Trochę wiedzy na ten temat może dostarczyć analiza repertuaru utworów wykonywanych przez działające tu Zespoły Pieśni i Tańca - „Żuławy” z Nowego Stawu oraz „Powiśla-nie z Czernina koło Sztumu. Wiesław Jedliński w książce „Powiśle i Żuławy w poezji i piosence , zamieszcza, m.in. nuty i teksty dwudziestu pieśni śpiewanych przez ZPiT „Żuławy”. Są to większości utwory napisane już po wojnie, specjalnie dla tego zespołu przez współczesnych kompozytorów i poetów. Wśród nich najbardziej chyba znana jest kompozycja Antoniego Sutowskiego do słów Danuty Bieszczad-Partyki pt. „Żuławskie wierzby”. Jest tu także piosenka o tytule „Walczyk żuławski”, którą znajdujemy także u Kolberga, jednak teksty obu różnią się znamiennie: Kolberg, nr 187, s. 216 Nie pojadę na Żuławy, nie bierze mnie chęć, lepsza jedna góralonka niż zułaskich pięć. Oj, za lasem, za leszcziną Tańcował ksiądz z gospodynią. Kurek zapiał, pies zaszczekał, ksiądz cip...., jak uciekał. Jedliński, s. 109 Ja pojadę na Żuławy, bo bierze mnie chęć, lepsza jedna Żulawianka. niżłi innych pięć. Oj za lasem, za leszczyną tańcował chłopak z dziewczyną, hej. Kurek zapiał, pies zaszczekał, wziął całusa i uciekał. Na Żuławach szumią kłosy, Bo to żyzny kraj. Żuławianka sobie chodzi, Jak różany kwiat. Gdy porówna się oba teksty, to od razu widać, że ich wymowa jest całkowicie różna. Test spisany przez Kolberga jest żartobliwie krytyczny w stosunku do Żuław, a tekst opublikowany przez Jedlińskiego wyraźnie sławi tę krainę. W drugiej zwrotce jeden wyraz został wykropkowany ręką samego Kolberga jako niecenzuralny. Jeśli chodzi o melodie, to są podobne, tyle że u Kolberga jest to kujawiak, a u Jedlińskiego walczyk, który kończy się czterema taktami z dodaną melodią, co ciekawe, z charakterystyczną dla kujawiaka triolą. Członkowie ZPiT „Żuławy" działającego od 1960 r. początkowo występowali w strojach kaszubskich, dopiero w 1969 r. odtworzono dawne stroje żuławskie, zrekonstruowane przez etnografa Wojciecha Blaszkowskiego i w tym roku zespół wystawił widowisko obrzędowe pt. „Wesele żuławskie” z choreografią i reżyserią Henryka Śliwy, pod kierownictwem muzycznym Marcelego Skorupki. Przedstawienie to - jak pisze Jedliński - było oparte na zbiorach „znanego etnografa i muzyka - Oskara Kolberga.” Widowisko cieszyło się dużym powodzeniem i nawet było transmitowane przez Telewizję Polską. Niestety, nie wiadomo, jakie pieśni ze zbioru Kolberga były śpiewane w tym przedstawieniu. Oskar Kolberg na Powiślu 177 Ubiór na Żuławach opisuje Kolberg takimi słowy: Lud - włosy ciemnoblond, często w rude wpadają, oczy siwe; dziewczęta warkocze dwa w ósemkę złożone na głowie - z gołą głową. Chustki u niewiast czarne łub ziełone, mieniące się z żółtym, związane nad czołem w podwójny węzeł, niby rogi. Denko nieraz ma haft złoty w kwiaty i wzory różne. Spódnice czerwone (pąsowe) wełniane, pończochy często także czerwone wełniane, trzewiki po domu są trepki drewniane z rzemieniem zwane . Mężczyźni - kapełusz cokolwiek u góry zwężony i z szerokim rondem, płaszcze granatowe z długimi pelerynami i wywiniętym kołnierzem, chustka czerwona na szyi, pod nim krótka (kaftan -WB) granatowa, spodnie granatowe, buty z cholewami do kolan. Chodzą kobiety w żółtych lub czerwonych kaftanach (jakach), niebieskie suknie, spodniki czerwone, chusta biała lub pstra. W książce Albiny Krzyśpiakowej i Zygmunta Smolińskiego pt. „Pieśnią wiązać serca i dłonie” znajdują się piosenki z repertuaru Zespołu Pieśni i Tańca „Powiślanie” z Czernina koło Sztumu. Wśród czternastu pieśni weselnych są cztery które zostały zapisane wcześniej przez Kolberga w 1875 roku. Są to pieśni: - „Siadaj, siadaj kochanie moje” zanotowana przez Kolberga z dwóch wersjach oraz dwie pieśni oczepinowe, „Nie uważaj, nie uważaj, lepszy chłopak świeży”, tudzież „Anusiu, Anusiu, my cię dziś czepiemy”. W zapisanym tekście Kolberg uchwycił charakterystyczną wymowę, tzw. dialekt sztumski, która w książce Krzyśpiakowej została podana w poprawnej polszczyźnie: Kolberg, nr 33, s, 105 Siadaj, siadaj, kochanie moje, Już nic nie nada, płakanie twoje, Nic nie nada, nie pomoże, Stoją konie w szłubnym wożę Już zaprzejżone, już założone. Krzyśpiakowa, s. 328 Siadaj, siadaj, kochanie moje, Już nic nie da płakanie twoje, Nic nie da, nie pomoże, Stoją konie w śłubnym wozie Już zaprzężone, już założone. Dla historii kultury tradycyjnej Powiśla i Żuław jest to bardzo interesujące, że pieśni śpiewane tu przez lud w XIX wieku w języku polskim przetrwały wojny i zmiany ustrojowe i chociaż w formie szczątkowej mogą być śpiewane obecnie. Albina Krzyśpiakowa ujmuje to tak: Ustroje przemijają, a kultura ludowa przetrwa, wszak jest głębokim korzeniem narodu, powinniśmy ją pielęgnować, aby nie zatracić własnej tożsamości. Niestety, obecnie zainteresowanie kulturą ludową na Powiślu i Żuławach jest niewielkie. Zespoły pieśni i tańca albo upadły, albo ledwo co działają. Zupełnie inaczej jest obecnie na Podhalu i Małopolsce czy w lubelskim i kieleckim, czy na pobliskich Kaszubach. Nie widać też, aby znaleźli się naśladowcy Kolberga i prowadzili badania na tym terenie. Chyba ciągle pokutuje błędne przekonanie sformułowane przez niemieckiego pastora Teofila Lorkaz Ce-cenowa koło Łeby, że „Pomerania non cantat”. Co prawda odnosiło się ono do Kaszubów, którzy jego zdaniem „nie posiadają ani oryginalnych przysłów, ani pieśni i dlatego nigdy nie śpiewają.” Ten bezpodstawny pogląd był bezkrytycznie cytowany przez wielu innych auto- 178 Wacław Bielecki rów. Na terenie Powiśla i Żuław pokutuje też inne przekonanie, że kultura ludowa była tylko niemiecka. Badania terenowe Kolberga pokazują, że tak nie było. Zresztą był on przekonany o ścisłym związku między śpiewem a kształtowaniem poczucia narodowości. Mawiał, że „narody trwają, póki śpiewają”, bowiem śpiew przenosi podświadome impulsy, które „kleją” wspólnotę. Janusz Ryszkowski w książeczce „Trudna polskość. Morawscy pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia” opisuje pewne wydarzenie kulturalne z roku 1884, a więc dziewięć lat po pobycie Kolberga na Powiślu. Otóż tym roku w sali sztumskiej Strzelnicy zaprezentowano „dwie sztuczki” - „Podejrzaną osobę” Stanisława Dobrzańskiego oraz „Janek spod Ojcowa — obrazek wiejski ze śpiewami — z tekstem Jana Kantego Gregorowicza i muzyką Oskara Kolberga. Autor zastanawia się, czy na taki wybór mógł wpłynąć fakt, że ten wybitny folklorysta przebywał na Powiślu - u Sierakowskich w Waplewie oraz u Donimirskich w Bukowie i Telkwicach przez dwa tygodnie września 1875 roku? I odpowiada.- „Dowodów na to, że znajomość naszych ziemian z kompozytorem w taki sposób mogła zaowocować, nie mamy, ale to wielce prawdopodobne. W gazetach polskich można było przeczytać, że przedstawienie sztumskie „dobrze się udało", a „pochwała się należy po równo amatorom, jak szanowanej obywatelce B. D. z Z., która ideę tę pielęgnowała aż do jej urzeczywistnienia . Za tymi inicjałami kryła się Bogumiła Donimirska z Zajezierza koło Sztumu, pierwsza żona Henryka Donimirskiego. Kiedy 3 czerwca 1890 r. Oskar Kolberg żegnał się z tym światem, wyznał otaczającym go najbliższym: Umieram, Bogu dzięki, z tą pociechą, że według sił moich zrobiłem za życia, co mogłem, że nikt mię za próżniaka nie ma i mieć nie będzie, a to, co po sobie zostawiam, przyda się ludziom na długo. Czy rzeczywiście mozolna praca Kolberga przydała się ludziom? Niewątpliwie tak, ale nie na Powiślu i Żuławach. Kończę ten tekst niezbyt optymistyczną refleksją: spisane przez Kolberga pieśni i tańce z Powiśla są w zasadzie nieznane. Nikt ich nie śpiewa, nikt ich nie tańczy. Nie bardzo wiem, co należy zrobić, aby pieśni zanotowane przez Kolberga znalazły się w repertuarze zespołów pieśni i tańca oraz chórów działających na Powiślu i Żuławach. Może w roku Kolberga niektóre z istniejących zespołów lub chórów włączą je do swojego repertuaru? A może zainteresują się tym zbiorem jakieś zespoły folkowe, chociaż oczywiste jest, że muzyka folkowa to nie jest muzyka ludowa, ale byłby to jakiś sposób na popularyzację rodzimej pieśni tradycyjnej. Myślę też, że jakąś rolę w ratowaniu i przywracaniu do życia pieśni spisanych przez Kolberga mogły odegrać szkoły muzyczne działające na Powiślu i Żuławach, przez zapoznanie młodzieży z tymi prawdziwymi skarbami muzyki tradycyjnej. Jestem przekonany, że dużym przeżyciem byłoby dla młodych wykonawców zagranie mazura, kujawiaka, oberka, czy krakowiaka pochodzącego z tych terenów. Może tym dziedzictwem powinny zainteresować się instytucje kultury? A może w ramach jakiegoś projektu udało by się wystawić „Wesele w Telkwicach” tak, jak to uczyniła Lokalną Grupę Działania „Trzy Krajobrazy" z sześciu gmin spod Gdańska z „Weselem Żuławskim z XVII wieku”? Może udało by się je nagrać na CD i DVD? W każdym razie 54 pieśni i melodie zanotowane przez Kolberga na Powiślu nie zasługują na zapomnienie. Oskar Kolberg na Powiślu 179 *PIEŚNI I MELODIE SPISANE PRZEZ OSKARA KOLBERGA W WAPLEWIE, BUKOWIE I TELKWICACH W 1875 R.: pieśni weselne: Anusiu, Anusiu, my cię dziś czepiemy, Siadaj, siadaj kochanie moje [2 wersje], Oj, ty mój wianuszku, oj liwajndowy, Nie uważaj, nie uważaj, lepszy chłopak świeży; o tematyce miłosnej i zalotach: Kiebyś ty wiedziała, jak ja o cię myślę, Wędrowali trzy panienki do boru, Zielona łączka jałowa, lepsza to dziewczyna niż wdowa, Dał ci mi urlop na trzy godziny, A w niedziele raniuleczko deszcz leje, Leci woda, leci, po drodze się sieje, Kiedyś ty mnie jak ja tobie, Oj, wy dworacy, nieboracy [tylko słowa, bez nut], Bidać mnie je, dworaczkowiu, Bida to jest dworaczku [druga wersja], Z tamtej strony jezioreczka; o wierności i życzliwości: Cztery lata wierniem służył gospodarzawiu, Gdzie to jedziesz, Jaszu?; o bezżeństwie lub chęci i niechęci do małżeństwa: Matko, matko, matulu moja, Orał Jaszi-nek pod dworem,Oj, chłopcy, chłopcy za mną, Po palcach ich zrachowałam; o smutku i strapieniu: Kole jezioreczka zimny wiatrek wieje, Pod żelonym dębem stoi koń kowany, U jeżoreczka, u wody zbierała panna jagody, U jezioreczka, u zimnej wody zbierała panna, Siwy koniu, siwy, dajże mi się złapać, Oj koniu, oj koniu, dajże mnie szę złapać; o rozstaniu i żalu: Na onej górze stoją dwa żołnierze, W sadku wiszenki, a na polu gaj, U jeziora zimna woda, płacze dziewczę swej urody, Fiurają żurawie, fiurają łabędzie zapowiedzi wyszły, Żieluszeńko wsiała, modrzuszeńko weszło; o małżeństwie i rodzinie: Za piecem orał, za piecem orał, w kachlu siał, Taiłam się taiłam, już więcej nie będę, Oj, wołałby ja wołał, gdyby ciebie brzuszek bolał; ballady: Na Podolu biały kamień, szedzipodolanka na nim, Czego kalino, w dole stoisz, czy się na górce suszy boisz; o wojsku: W zielonym gaiku ptaszęta śpiewają, A gdy będziem maszerować, dóma sobie konie kować, Pięknie w ogrodzie, kiedy mak zakrzcie, Idzie żołnirz borem lasem i umira głodnym czasem, Pod Kamieńcem, pod Podolskim, stoi Turek; o pijatyce i karczmie: Oj, hulał parobeczek przez caluchne lato; o stanach i rodach: Nie pojadę na Żuławy, nie bierze mnie chęć, Na Żuławie szwinie pasą; o rzemiośle: Za ogrodami, za wodami stoi tam szewczyk usmarkany; patriotyczne: My Polacy, my rodacy, na plac stawać będziem; szlacheckie i mieszczańskie: Niechże będzie Jezus Chrystus pochwalony, Czegoś oczki zapłakała, moja pastereczko miła?, Gdzie trawka nad wodą, paś się, moja trzodo; tańce, utwory instrumentalne, bez tekstu: oberek i dwa mazury. 180 Wacław Bielecki *** WESELE W TELKWICACH według zapisu Oskara Kolberga z 1875 roku [Dzieła Wszystkie Oskara Kolberga, t. 39, Pomorze, s. 102 - 104] Kawaler chcący się żenić idzie (w którykolwiek dzień) wraz ze swoim swatem (żonatym chłopem), zwanym dobry mąjnż (dobry mąż), do domu dziewczyny (zwanej już brutka) (czasem z wódką, czasem bez). Dobry mąż przypija najprzód do dziewczyny, czy jej się widzi ten kawaler. Gdy dziewczyna wypija.podany kubek (co znakiem przyjęcia), to on przypija następnie do jej rodziców. Jak się namówią - czasem się i rok rają, nim się zrają- to idą do księdza w sobotę na zapowiedzi. Wtedy nie jest nic pite (prócz tej wódki) ani jedzone - dopiero się to wszystko aż na weselu odbędzie. W tydzień ślubny odbywają się zaprosiny gości. Chodzi tedy po wsi tak zwana drużba, niewiasta zamężna, i trzyma w ręku kij na łokieć lub więcej długi, owinięty wiankiem z zielonego barwinku lub zdobnym u góry w bukiet z kwiatów różnych i barwinku ze wstążką (czerwoną, żółtą, niebieską, zieloną itd.., daną od brutki) przywiązaną, tak długą jak kij i na końcu w kokardkę ułożoną. Jak wejdzie ona do domu, wtedy wjeżdża niby na tym kiju jak na koniu, skacze i krzyka, i zaprasza w tych słowach: „Nie mniejcie mię za złe, moje kochane państwo, bo jezdem drużba zesłana z domu weselnego, od pana młodego, także też od panny młodej, żebyście państwo nie gardzili, do domu weselnego przybyli; tam będzie grane i skakane, i w rączki klaskane, i jedzenie, i pite; a jeżeli mnie kochane państwo nie wierzyta, to jak przjdzieta, to zobaczyta!”. Jak skończy obchodzić, tak wraca do weselnego domu. Matka przysposabia wszystko, piecze i smaży, i robi co potrzeba. Pan młody kupuje dwa srebrne pierścionki (za 10 srebrników) lub pożycza je u przyjaciela, gdy jest ubogi. W sobotę przychodzą wieczór muzykanty do niej i grają, a pod ten czas swawolna młodzież podchodzi pode drzwi i rzuca w nie (nie widziana) grankami i miskami, szkłem itd., co się nazywa pulterabend. W niedzielę rano przychodzi pan młody do narzeczonej ubrany po weselnemu (zwy-grali) grają mło- czajny strój niedzielny), a muzykanty (co tam tańcowali i cała noc prawie demu marsza. Panna młoda, ubrana, z wiankiem z merty na splecionych włosach, przyjmuje gości; zejdą się druhny i mlodzieńce (pachołki). Druhny, ubrane w wianki z barwinku, przypinają młodzieńcom bukiety z merty lub barwinku, wszystko zielone; a panna młoda panu młodemu z merty. Rodzice dają błogosławieństwo i matka pokropi na drogę do ślubu (bo kiedyby nie pokropiła, toby im figiel zrobili). Wtedy wsiadają na wozy wszyscy prócz rodziców (tj. państwo młodzi, druhny, dobry męże i dobre panie) i jadą do kościoła. Na pierwszym wozie brutka z druhnami i muzyką, na drugim brutkón (pan młody) z pachołkami, a na trzecim dobry męże itd. Przed kościołem zsiadają i idą do kościoła (bez muzyki, bo o to ksiądz szkaluje); najprzód wchodzi brutka z dwiema druhnami (u każdego boku), a za nią znów trzy druhny, potem brutkon z dwiema pachołkami i za nim także trzech pachołków, a potem reszta gości. Oskar Kolberg na Powiślu 181 W kościele klękają rzędami (jak przyjdą) przed ołtarzem i po nabożeństwie dostaną ślub; brutkon weźmie sam brutkę i prowadzi ją przed ołtarz. Ksiądz odmienia im pierścionki i błogosławi ich. (Lecz gdy ona nieczysta, to jej wianek zdejmuje wprzódy, a potem chustką białą nakrywa głowę.) Po ślubie jadą do domu, jak przyjechali. A na granicy wsi idzie naprzeciwko ich owa kobieta drużba z chlebem i z wódką i przypija do nich, i podaje im to na wóz, i siada przy nich na wozie. Przyjadą najprzód przede dwór, objadą kłąb (klomb) ostro i muzyka gra, a potem do domu weselnego. Tu przyjechawszy, jedzą chleb z masłem i bułki i piją kawę - i tańczą. Około 10. wieczór jest obiad. Drużba i kucharki urządzają go: kucharki gotują, a drużba (kobieta) szykuje gości; panna młoda siedzi wśród druhen po jednej stronie, a po drugiej stronie pachołki i goście dokoła - a pan młody musi usługiwać. Obiad: rosół z kluskami lub makaronem, ryż, śliwki a kluskami i miejso (mięso) skopowe (lub niewielkiej ilości). Do tego piją piwo lub wódkę. Po obiedzie tańczą. Około 11. lub 12. w nocy są czepiny. Wtedy stawiają stół na środku izby i na nim na talerzu wianek mertowy lub zielony (jednej z druhen) kładą, i wtedy na dwóch stołkach postawionych przy stole usiądą brutkon i brutka (ona jeszcze we wianku). Goście idą do stołu; pierwszy z nich ciśnie na talerz pieniądz i bierze ów wianek; z nim tańczy dookoła stołu, dobrawszy sobie towarzysza lub towarzyszkę. Drugi po nim, rzuciwszy na talerz pieniądz, odbiera tamtemu wianek i również z nim tańczy; podobnie czyni trzeci lub trzecia itd. Gdy wszyscy przetańczą, podchodzą do niej (dwie lub trzy) dobre panie i śpiewają, a potem zdejmują wianek. Śpiewają: Anusiu, my cię dziś czepiemy, a jutro cię z rana panią już ujrzemy. Stracisz wianek twój różanny, stracisz kolor twój rumianny. A brutka mówi: Panienki, cóż wy mnie radzicie - czy ja się mam żenić, czy mnie pożywicie. My ci tak radzimy - że cię pożywiemy, że ci wianek z głowy zdejmiem, a czepek wsadziemy. Wtedy dobre panie cisną zdjęty z jej głowy wianek na talerz na stole, a kto najwięcej rzuci pieniędzy, ten bierze ów wianek. One zaś kładą jaj na głowę czepek biały. Po czym pan młody wstanie ze swego stołka i bierze ją zaraz do tańca, a po nim inni z nią tańczą. Po czym jedzą jeszcze i piją (kawę, bułki etc.), i nad ranem rozchodzą się do domu - a czasem i cały dzień jeszcze w poniedziałek się bawią. Matka, gdy majętna, daje jej krowę i dwa [’] pierzyny z poduszkami, prześcieradło i naczynie. U gburów suto nawet bywa wyposażoną. Często grają krakowiaki na weselu. Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk ARCHEOLOGIA RZEŹBY. O TWÓRCZOŚCI MARIUSZA BIAŁECKIEGO Rzeźba jako wytwór artystyczny zawsze kojarzy się z pracą. Tą ciężką, fizyczną. Obiekt rzeźbiarski musi mieć przecież bardziej konkretną niż inne dziedziny artystyczne fizyczność i wolumen. Rzeźba to nie tylko tajemnica kształtu wydobyta z materii, ale też opór tworzywa. Gdy dajemy się zwieść złudzeniu nieomylności gestu artysty, perfekcji wykonania — zaczynamy niejako przeceniać efekt końcowy. Podczas gdy sama praca zakłada repetycję gestu, nieustanne korekty, wielość uderzeń w materiał w poszukiwaniu niuansów fakturowych. Ale rzeźba objawia się nam współcześnie nie tylko w kategoriach technicznych, jak chcieli starożytni, ale też poprzez ujawnianie takich aspektów świata przeszłości, które służą jego rehabilitacji. Tę szczególną właściwość posiada twórczość Mariusza Białeckiego. Pisząc te słowa, uświadamiam sobie, jak bardzo ten sposób myślenia wycisnął na mnie piętno. Jak mocno, komunikując się nie tylko poprzez swoje obiekty, ale i w komentarzach autorskich, Mariusz Białecki przeorientował mnie...i wyprowadził z buntowniczej młodości. Jest tak i wtedy, gdy dzielę przekonanie, podjęte niczym artystyczne credo artysty za myślą H. Gadamera „że tylko odpowiednio posługując się własnymi pojęciami można zdać sobie sprawę z tego co rekonstruujemy, [...] aby dowiedzieć się czegoś o własnej kulturze, musimy rekonstruować przeszłość, która w specyficzny sposób splata się z teraźniejszością.” Specyficznie centralne miejsce w twórczości Białeckiego odgrywa archeologia. Jej zaplecze pojęciowe, metodologia. Oba te światy - rzeźby i archeologii przenikają się i dopełniają. Artysta w swoim czasie nawet zadeklaruje: „To rzeźba jest moim stanowiskiem archeologicznym”. Archeologia - i bliskie to chyba jest też myśleniu Białeckiego - nie jest jedynie dyscypliną antykwaryczną. Archeologia nie tylko bada i poznaje przeszłość, ale jest przede wszystkim dyscypliną, która interpretuje. Dokonuje tego poprzez odniesienie do rzeczywistości, która ją otacza i w której funkcjonuje, czyli jej własną teraźniejszość. I to za pośrednictwem tak zinterpretowanej teraźniejszości, interpretuje przeszłość będącą przedmiotem jej badania. Dokładnie ten aspekt interesuje Białeckiego w rzeźbie. Począwszy od doświadczeń z cyklem Dzieci Hioba to me przeszłość sama w sobie decyduje o teraźniejszości, lecz my współcześni, interpretujący ową przeszłość z perspektywy teraźniejszości. Archeologia kreuje wiec przeszłość z perspektywy teraźniejszości. Jednym z powodów archeologicznego zabiegu odrodzenia przedmiotu jest to, że Mariusz Białecki szuka w historii stanu emocji wskrzeszającej wspomnienie zażyłości człowie- Jarosław Denisiuk 183 ka i narzędzia. Przedmioty wydobyte z ziemi czy znalezione na złomowcu, prócz utraconej funkcji technicznej, odrzucone, pełnią jedynie już emocjonalne, umożliwiając znalezienie intymnego punktu oparcia, zaistnienie intymnego dialogu. Taki charakter mają przede wszystkim prace z cyklu „Swiadki” - „Łopaty” i „Maski”. Narzędzia w ujęciu historycznym były przedłużeniem ludzkich dłoni i były pośrednikiem między nami a światem przyrody. Białecki wydobywa je z ziemi, systematycznie magazynuje. Każdy z obiektów jest oznakowany metodą para-naukową i włączony w swoiste repozytorium przedmiotów odrzuconych. Wiele z nich uzyskuje „nowe życie” w nowym kontekście. Podczas wystawy „Bez korekty” w elbląskiej Galerii EL w styczniu 2014, Białecki wystawił instalację składającą się z ujętych niczym w bębny czerpaki łopat. Stalowe taśmy obramiające zaopatrzone zostały w napis Terminus antę quem, co odwołuje widza do terminu właśnie archeologicznego, odnoszącego się do datowania wydobytego przedmiotu. Zakończony przed czasem - bo tak należałoby tłumaczyć ów termin, oznaczałby że obiekt powstał przed określonym przed konkretnym określonym momentem w czasie. Umieszczenie ich w prezbiterium dawnego kościoła, na płytach nagrobnych mieszczan elbląskich ujawnia również i taki aspekt, który ani wcześniej ani potem nie mógłby mieć miejsca. Istotą takiego zabiegu artysfy jest działanie „tu i teraz”, w nie-neutralnej przestrzeni postsakral-nej. Narzędzia te jako przedmiot generują energię i emocje kopiących. Kulturowo stały się nieodłącznym atrybutem archeologa. W kontekście dawnych pochówków zyskuje ta praca również ramę w postaci symultaniczności dwóch porządków - estetycznego ale też historycznego, nie-doczesnego. Poprzez wydobycie z ziemi przedmiotów Białecki ożywia je również i na ten sposób który odpowiada za zaprzeczenie tym samym rytuałowi „uśmiercania” przedmiotów, który miał miejsce przy pochówkach niektórych kultur przeszłości. Do rytuałów historycznych należało tworzenie masek pośmiertnych. W tych aspektach historii Białecki poszukuje odpowiedzi na pytania dotyczące początków religii, sztuki, więzów społecznych i jej form. W ramach tych poszukiwań na bazie skojarzenia maski szamańskiej z maską spawalniczą, rekwizytów w rytuale przemiany, stworzył cykl rzeźb z cyklu „Maski”. Związki z kontekstem religijnym pojawiają się zresztą w dużej części twórczości rzeźbiarza z Rodowa. Nawet poprzez odniesienie do symboliki. „Lizawki” z cyklu „Oranty” powstały w wyniku działania zwierząt, a nie ręki artysty. Materiałem tej pracy są bloczki soli kamiennej z minerałami, podawane bydłu jako uzupełnienie diety. Sól pobudza apetyt bydła, a tym samym decyduje o wydajności mleka i o płodności. W wyniku wykonania obiektów przez zwierzęta powstały tajemnicze, przypominające marmur lub alabaster dzieła. Podobnie jak zwierzętom sól jest niezbędna człowiekowi przez całe życie. Życie jest, według Białeckiego, odmierzane ilością spożytej soli. Ważny jest zatem dla mnie aspekt czasu. Lizawki to zegar biologiczny, zaś sól o właściwościach konserwujących i smakowych nabierała znaczeń kultowych. Była symbolem życia., np. wschodni zwyczaj nacierania solą dziecka tuż po urodzeniu, by dać mu siłę i żywotność, a także oddalić od niego już na początku życia złe ducha. 184 Archeologia rzeźby. O twórczości Mariusza Białeckiego Magiczne i symboliczne znaczenia mają również „Piloty” oraz „Kapsułki - receptariusz”. Pierwsze o monumentalnych rozmiarach, tworzone od lat 90. mają formę powiększonych do absurdalnych rozmiarów pilotow telewizora. Wystawiane były zarówno w przestrzeniach ekspozycyjnych, jak i umieszczone w przestrzeni wsi Rodowo. Obarczone symbolem komunikacji, spełniają w Rodowie funkcję wiejskich kapliczek. W^ realnej przestrzeni, choćby tak naznaczonej sztuką, jak Rodowo, sztuka jest jedną z wielu praktyk, a więc traci uprzywilejowaną pozycje. Poprzez odniesienie do tradycji Warmii, budowy kapliczek, przy których wierni składali kwiaty, modlili się. Bożkiem dla wielu z nas stał się telewizor, zaś jego narzędziem pilot. Białecki dokonuje więc przewrotnej krytyki współczesnego świata i jego religijności. „Kapsułki - receptariusz. Praca ta odpowiada na odwieczne poszukiwanie panaceum na wszelkie ludzkie dolegliwości, skojarzenie leku i religii. Człowiek współczesny to homo medicus, faszerujący się produktami przemysłu farmaceutycznego. Jeśli wiara i religia jest lekiem dla duszy, to Białecki kojarzy to z figurą anioła stróża w pigułce, opakowanego jak farmaceutyk. W dziejach religii, niektórym świętym nadawano przez wieki nadprzyrodzone moce opieki nad konkretnymi dolegliwościami, rzeźbiarz wykorzystuje owo przekonanie do przedstawienia w krytycznej formie „skróconą” wersję panaceum. Jeśli wywołaliśmy problem archeologii w repertuarze środków artystycznych, to warto przy tej okazji wspomnieć działania, które artysta dla lokalnej społeczności Rodowa czyni. Jednym z najbardziej cennych jest to, które służy rehabilitacji pamięci o dawnych rodowia-nach. W 2005 roku uwagę Białeckiego oraz parafian miejscowego kościoła zwrócił niszczejący i zaniedbany cmentarz ewangelicki. W okresie powojennym miejsce to było sukcesywnie dewastowane, by w latach 80. ulec faktycznej likwidacji. Wtedy to, decyzją proboszcza wznowiono pochówki na terenie starego cmentarza, niwelując wcześniej teren i wywożąc ewangelickie nagrobki na wysypisko śmieci. W 2005 roku narodził się pomysł na projekt „Lapidarium w Rodowie”, którego autorem i koordynatorem był Mariusz Białecki a celem głównym okazanie szacunku wszystkim byłym mieszkańcom poprzez stworzenie miejsca pamięci. Wykorzystując ideę i metody wykopalisk archeologicznych, zaprojektował rodzaj odkrywki archeologicznej ukazującej stratyfikację i stratygrafię tego stanowiska. Odsłonił „warstwę bezpośrednio poprzedzającą obecną warstwę czynnego cmentarza katolickiego powstałego na mogiłach ewangelickich. W ten sposób pokazał ciągłość historyczną miejsca oraz jego następstwa kulturowe. Ocalałe nagrobki i ich fragmenty przeniesiono w miejsce wytyczone na lapidarium. Odzyskano z ziemi wszelkie fragmenty tablic nagrobnych. Wraz ze studentami Wydziału Rzeźby Gdańskiej ASP Mariusz Białecki systematycznie porządkował konserwował, by w rezultacie zrekonstruować dużą część materiału historycznego. Parafianie brali udział przy ustawianiu i betonowaniu kwater grobowych. Wszystkie części metalowe (min. krzyże nagrobne) zostały wypiaskowane i zespawane. Fragmenty cokołów, tablic, krzyży tworzą dziś aleję, która wytycza i chroni odzyskany cmentarz. Kamienne drzewa są asocjacją wiecznego życia a ustawiony na cokole, nieodrestaurowany XIX-wieczny anioł z piaskowca ma sym- Jarosław Denisiuk 185 bolizować rodzaj okaleczonej świętości. Przy wejściu na cmentarz ustawiono głaz narzutowy z tablicą pamiątkową informującą o ludziach pochowanych w tej ziemi. Tekst zamieszczony jest zarówno w języku polskim jak i niemieckim. PAMIĘCI WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW RODOWA DUŻEGO I OKOLIC POCHOWANYCH W TEJ ZIEMI „Trzeba by to co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność a to co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność.” (IKor. 15,53). Recenzje Adam Langowski DZIEŁO SIERAKOWSKICH WCIĄŻ TRWA Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, pod red. Janusza Hochleitnera i Piotra Szwe-dowskiego, Biblioteka Malb orska [2014]. W lutym ubiegłego roku w malb orskim Karwanie odbyła się konferencja naukowa poświęcona rodowi Sierakowskich, zorganizowana przez Muzeum Zamkowe w Malborku, oddział malborski Zrzeszenia Ka-szubsko-Pomorskiego oraz Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej. Konferencja nosiła tytuł „Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej” i spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zebrani wysłuchali kilkunastu referatów, które niedawno ukazały się drukiem w serii „Biblioteka Malborska” pod redakcją Janusza Hochleitnera i Piotra Szwedowskiego. Publikacja zawiera trzynaście artykułów podzielonych na trzy części: cz. I „Kontekst”, cz. II „Ród Sierakowskich”, cz. III „Spuścizna”. Większość tekstów wchodzących w skład części pierwszej nie zawiera szczegółowych rozważań na temat Sierakowskich. Ich celem jest nakreślenie tła historycznego i kulturowego niezbędnego dla zrozumienia roli odegranej przez ten znakomity ród w dziejach ziemi malborskiej, i nie tylko. Cykl artykułów otwiera tekst prof. dr. hab. Stanisława Achremczyka o szlachcie mal-borskiej w XVIII wieku. Autor przedstawił proces kształtowania się stanu szlacheckiego na ziemi malb orskiej ze szczególnym uwzględnieniem zajmowanych urzędów oraz zmian w strukturze własności. Zjawi- Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej pod redukcją Janusza HochWnera i Piotra Szwedowskiego sko przechodzenia dóbr ziemskich z rodu do rodu ukazał między innymi na przykładzie Waplewa, które w XVI wieku należało do Rabów, a później przechodziło kolejno w ręce Niemojewskich, Zawadzkich, Chełstowskich, Bagniewskich i wreszcie, od 1760 roku, Sierakowskich. Nie znamy dokładnych okoliczności przybycia do Prus Królewskich pierwszego z Sierakowskich. Profesor Achremczyk wskazuje wojewodę malborskiego Michała Czapskiego oraz biskupa warmińskiego Adama Stanisława Grabowskiego jako tych, którzy mogli ściągnąć na te ziemie Teodora Sierakowskiego i przyczynić się do jego ślubu z właścicielką dóbr waplewskich Marianną Chrząstowską, Recenzje 187 wdową po Józefie Bagniewskim. Pojawienie się Teodora Sierakowskiego w województwie malborskim wpisuje się w trwający przez stulecia i charakterystyczny dla tego obszaru proces wymiany rodów szlacheckich, wynikający z napływu szlachty z innych województw pruskich i koronnych. W innym artykule dr Tomasz Łaszkie-wicz bada więzi rodzinne w środowisku ziemian pomorskich w okresie międzywojennym. Odnajdziemy tu interesujący fragment dotyczący funkcjonowania Związku Rodziny Brochwicz Donimirskich zarejestrowanego w 1922 roku. W wyniku zmiany granic, do której doszło po pierwszej wojnie światowej oraz po przegranym plebiscycie w 1920 roku, część Donimirskich znalazła się na obszarze odrodzonego państwa polskiego, a inni mieszkali na terenie Niemiec. W tej sytuacji należało zadbać o utrzymanie więzi rodzinnych, czemu służyć miał wymieniony związek. Faktami znanymi i nieznanymi z okresu plebiscytu zajęła się dr Justyna Liguz z Kwidzyna. W swoim artykule podaje dane statystyczne obrazujące stosunki demograficzne i narodowościowe w trzech powiślań-skich powiatach: kwidzyńskim, malborskim i sztumskim. Odtwarza wydarzenia związane z przebiegiem plebiscytu, rozwijając ciekawy wątek pobytu na terenach plebiscytowych nuncjusza apostolskiego Achille Rattiego, czyli przyszłego papieża Piusa XI, który 24 czerwca 1920 roku gościł w Waplewie. Część pierwszą dopełniają artykuły prof. dr. hab. Dariusza Radziwiłłowicza o walce z rewizjonizmem terytorialnym Republiki Weimarskiej w polskiej publicystyce i działalności wybranych ugrupowań politycznych IIRP oraz dr. hab. Janusza Hochleitne-ra, który zaprezentował tekst o charakterze historyczno-etnograficznym na temat wy- branych zagadnień z dziedzictwa polskiej kultury na ziemi malborskiej. Druga część książki zawiera sześć referatów ściśle związanych z tematem przewodnim ubiegłorocznej konferencji. Maciej Kraiński, kierownik Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, przedstawia dzieje rodziny hrabiów Sierakowskich na ziemi malborskiej. Charakteryzuje poszczególnych przedstawicieli rodu - kolejnych panów na Waplewie, omawia ich wkład w rozwój majątku oraz zaangażowanie w sprawy publiczne. Opisuje jednocześnie, zawiłe niekiedy, koligacje rodzinne. Zachowanie porządku chronologicznego pozwala czytelnikowi prześledzić początki rodu na ziemi malborskiej (Teodor), zakorzenienia i umacniania się (Kajetan i Antoni), okres świetności (Alfons i Adam) oraz tragiczny koniec (Stanisław). Wśród wielu postaci przywołanych w tekście pojawiają się również osoby dotychczas mniej znane, jak choćby Magdalena Katarzyna Dzieduszyc-ka-Morska, która w czasach Kajetana Sierakowskiego mogła odegrać znaczącą rolę w projektowaniu waplewskiego założenia ogrodowo-parkowego. Dwaj badacze związani z Towarzystwem Miłośników Ziemi Sztumskiej, Janusz Rysz-kowski i Andrzej Lubiński, przygotowali teksty dotyczące Adama Sierakowskiego. Pierwszy z nich przedstawia wizerunek Adama, a także jego ojca Alfonsa, jaki wyłania się z „Gazety Toruńskiej”. Analiza artykułów i wzmianek o Sierakowskich dokonana przez Janusza Ryszkowskiego pokazuje, jak chwiejny i często niesprawiedliwy bywa stosunek prasy do konkretnych ludzi. Przez długie lata Alfons i Adam cieszyli się przychylnością „Torunianki”, większość tekstów na ich temat ma wydźwięk pozytywny. Gazeta odnotowuje między innymi zaanga- 188 Recenzje żowanie obu Sierakowskich w różne akcje społeczne, docenia ich zasługi dla Kościoła, podaje wiadomości dotyczące życia rodzinnego i towarzyskiego. Wraz ze zmianami w redakcji pod koniec życia Adama pojawiły się również informacje stawiające hrabiego w negatywnym świetle. Janusz Ryszkowski polemizuje w swoim tekście z innymi badaczami na temat stosunku Adama Sierakowskiego do polityki. Jego zdaniem głównym powodem rezygnacji hrabiego z działalności politycznej nie była zwykła niechęć do tego typu aktywności, lecz zły stan zdrowia. Nie ulega jednak wątpliwości, że największą pasją Adama były podróże i nauka, o czym szerzej pisze Andrzej Lubiński. Jego tekst zawiera szczegółowe informacje dotyczące licznych podróży odbytych przez hrabiego. Autor z pieczołowitością odtwarza trasy i daty wypraw, przytacza refleksje podróżnika zapisane w „Listach z podróży”, dzięki czemu otrzymujemy ciekawe itinerarium Adama Sierakowskiego. Andrzej Lubiński omawia również jego dorobek naukowy i stawia interesującą tezę o rywalizacji parku waplewskiego z parkiem w Polaszkach należącym do rodziny Klingraffów. Warto zaznaczyć, że artykułyjanusza Ryszkowskiego i Andrzeja Lubińskiego eksponują postać nieco zapomnianą i nie tak rozpoznawalną jak Stanisław i Helena Sierakowscy, którzy zostali zamordowani w dramatycznych okolicznościach. Może teraz osoba Adama Sierakowskiego w większym stopniu zaistnieje w świadomości zbiorowej? Osobny szkic o Stanisławie Sierakowskim zaprezentował dr Jan Chłosta, który opisał jego bogatą działalność narodową i zwrócił uwagę na potrzebę opracowania oddzielnej książki poświęconej Sierakowskiemu - pierwszemu między Polakami w Niemczech. Profesor dr hab. Józef Bo- rzyszkowski koncentruje się na szczególnych relacjach łączących Sierakowskich z o. Maksymilianem Napiątkiem, redemptorystą, rekolekcjonistą i misjonarzem z Galicji. Zaprzyjaźniony z Sierakowskimi o. Napiątek pozostawił dziennik - pamiętnik, który stanowi cenne źródło do dziejów rodu i Waplewa. Prezentowany tekst jest rozwinięciem wcześniejszego artykułu prof. Borzyszkowskiego, zamieszczonego w zbiorowej publikacji pod tytułem „80 rocznica Związku Polaków w Niemczech” (Sztum-Kwidzyn 2002). O początkach wa-plewskich zbiorów artystycznych pisze Do-bromiła Rzyska-Laube, która przedstawia argumenty mające potwierdzić tezę, że właściwym twórcą galerii obrazów był Antoni Sierakowski. To właśnie syn Kajetana miał nadać zbiorom waplewskim kształt kolekcji wzbogacanej przez kolejne pokolenia. Kolekcji waplewskiej poświęcony jest również tekst Łukasza Stawskiego zamieszczony w ostatniej, trzeciej, części omawianej książki. Autor będący pracownikiem Muzeum w Kwidzynie przybliżył zabytki pochodzące z dawnej kolekcji hrabiów Sierakowskich, które pozostają w zbiorach tej instytucji. Okazuje się, że Muzeum posiada 10 obrazów, 2 rzeźby i panneau dekoracyjne (fragment boazerii), w przeszłości zdobiące wnętrza waplewskiego pałacu. Tekst Łukasza Stawskiego wzbogacony został fotografiami wymienionych obiektów. Zbiór referatów z malborskiej konferencji zamyka artykuł Anny Bogdanowicz o Zespole Szkolno-Przedszkolnym im. Rodziny Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Anna Bogdanowicz udowadnia, że waplewska szkoła i przedszkole są dziełem Sierakowskich, które wciąż trwa. Obecna placówka kontynuuje tradycje przedwojennej szkoły polskiej, założonej w 1929 roku, i utrzymu- Recenzje 189 je ożywioną współpracę z Izabellą Siera-kowską-Tomaszewską, wnuczką Stanisława i Heleny; ostatnich przedwojennych właścicieli Waplewa. Na koniec przywołajmy jeszcze postać o. Napiątka, który opisując pałac waplewski, zanotował: „Pokoje tak są pozawieszane obrazami, że ścian prawie nie widać”. Jak wiadomo, bogata kolekcja Sierakowskich nie przetrwała wojny, stąd obecny wystrój sal pałacowych jest więcej niż skromny. Pozo-staje nadzieja, że organizujące się od kilku lat Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim przywróci blask dawnej siedzibie Sierakowskich. Tymczasem cieszmy się z nowej publikacji poświęconej rodowi Sierakowskich, która znacząco wzbogaca dotychczasową bibliografię na ten temat. Andrzej Lubiński ŻOŁNIERZE WYKLĘCI NA ZIEMI MALBORSKIEJ Żołnierze Wyklęci na ziemi malborskiej, pod red. J. Hochleitnera i P. Niwińskiego, Biblioteka Malborska 2013, Malborskie Centrum Kultury i Edukacji, Muzeum Zamkowe w Malborku. Wiosną 1990 roku zostałem zaproszony do Komisariatu Policji w Sztumie na rozmowę. Powodem były moje artykuły opublikowane w „Sztumskiej Solidarności” z 15 kwietnia oraz „Naszym Tygodniku Sztum” o pobycie oddziału majora Zygmunta Szendzielarza - „Łupaszki” na Powiślu i toczonych przez jego żołnierzy potyczkach z wojskiem polskim, Milicją Obywatelską, Urzędem Bezpieczeństwa i żołnierzami radzieckimi, którzy przebywali od kwietnia do czerwca 1946 roku w Starym Targu i Dzierzgoniu i obsługiwali stacje telegraficzne. Usłyszałem wtedy od oficera (nazwisko pominę), że milicjanci, którzy służyli w tej formacji, to byli młodzi ludzie pochodzący ze wsi, mieli często jedynie ukończone 5-6 klas szkoły podstawowej. Nie interesowały ich rozgrywki polityczne pomiędzy żołnierze Wyklęci ziemi malborskiej l • -1 T> rJ,ik< h Mmn/a Ha hlfitnwa < fSuir