PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNI DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 2 (16) • 2014 Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2014 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego Pracownia Regionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 teL 301-48-11 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(16) 2014 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: obrazy Wandy Bojarczuk Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(3)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Ewie Dąbskiej, staroście nowodworskiej Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum, ul. Władysława IV Sklep papierniczo - biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Szesnasta „Prowincja”.....................................................5 Proza Marek Stokowski - Kino krótkich filmów...................................6 Tomasz Stężała - Kapitanowie 1941.....................................16 Janusz M. Moździerz - Wredota party...................................20 Ryszard Fiłbrandt - Przyjaciel - Maraton - Zwierciadło................28 Stanisław Modrzewski - Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka.. 29 Poezja Sylwia Stankiewicz....................................................40 Jolanta Steppun.......................................................42 Beata Langowska.......................................................45 25 lat wolności Ta nasza wolność - Dyskusja redakcyjna w 25 rocznicę wolnych wyborów w Polsce...............................46 Marta Chmielińska-Jamroz - Ważne, aby wyciągnąć wnioski, wywiad z Karolem Nawrockim, kierownikiem Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku.....55 Wędrówki po prowincji Kordian Kuczma - Marienburg, ale który?.................................61 Jan Chłosta - Znani Polacy gośćmi, nie tylko dworów, na Powiślu w XIX i XX wieku..........................................68 Jerzy Kosacz - O starym bucie znalezionym w lesie.....................73 Andrzej Kasperek - Popsować gniazdo bocianie..........................80 Maciej Kraiński - Dwór czyli artefakt.................................86 Andrzej Kasperek - Osadnicy 1945......................................88 Rozmowy Wacław Bielecki - Zafascynowany romantycznym brzmieniem, rozmowa z Piotrem Michną, organistą..................................94 Leszek Sarnowski - Siła w dźwięku, rozmowa z Niną Mazurewicz, laureatką Olimpiady Młodych Wynalazców w Gruzji......................98 Wspomnienia Andrzej Sierakowski - Wspomnienia cz. 2.................................102 Tomasz Paweł Krzeszowski - Ksiądz Profesor Janusz Pasierb. Wspomnienie po latach.................................................113 Teodor Sejka - Zatrzymane w kadrze pamięci. Wspomnienie o moim nauczycielu........................................120 Marcin Owsiński - Wiktor Tołkin i Stutthof............................129 Przemysław Szczuchniak, Dawid Szot - Wspomnienia córki starosty.......135 Na tropach historii Bogumił Wiśniewski - Niewinna kolacyjka.................................140 Krystian Zdziennicki - Bitwa pod Sztumem czy Trzcianem?...............147 Jerzy Kosacz - Bibliofilski unikat z Kwidzyna.........................151 Janusz Namenanik - Pewien numer „Gazety Dzierzgońskiej” z 1935 roku...156 Witold Głogowski - Malborska mennica i jej podróbki...................162 Plastyka - Muzyka Elżbieta Zachorowska - Słowo o pasji. Obrazy Wandy Bojarczuk..........166 Wacław Bielecki - Malborski konkurs wiolonczelowo-kontrabasowy........168 Bożena Sielewicz - Muzyka polska na Żuławach..........................170 Recenzje Jerzy Kosacz - Wspomnienia z Prus Wschodnich..........................173 Zbigniew Fałtynowicz - Miłosz na Żuławach.............................175 Andrzej Kasperek - Rozmowy o Jacku Kaczmarskim........................179 Okruchy Andrzej C. Leszczyński - Z bliska, z daleka...........................183 Noty o autorach..........................................................189 SZESNASTA „PROWINCJA” Witamy po raz szesnasty. W tym roku mija 25 rocznica pierwszych prawie wolnych wyborów w Polsce. Wiele emocji, nadziei, ale i rozczarowań czy straconych złudzeń. Staramy się o tym opowiedzieć w naszej redakcyjnej dyskusji oraz rozmowie z Karolem Nawrockim z Instytutu Pamięci Narodowej. Mimo wielu różnic w opiniach, niezaprzeczalnym jest fakt, że wolności doświadczamy na co dzień. Nasz kwartalnik, mimo, że z młodszy stażem, jest tego najlepszym przykładem, bo wydawany bez cenzury i w wolnej już Polsce. W tym numerze, jak zwykle, wiele nowości. Zapowiedź dwóch nowych książek - Marka Stokowskiego i Tomasza Stężały. W dziale poezji tym razem same kobiety, debiutujące na naszych łamach - Beata Langowska, Sylwia Stankiewicz i Jolanta Steppun. Wędrując po prowincji Kordian Kuczma szuka dawnego Malborka także poza granicami, Jerzy Kosacz zaprasza do Sadlinek, Andrzej Kasperek pomaga nowodworskim bocianom zbudować żuławskie gniazdo, a Jan Chłosta śledzi znanych Polaków na Powiślu. Szczególnie zapraszamy na spotkanie z Piotrem Michną z Kwidzyna, organistą, zafascynowanym romantyzmem i z Niną Mazurewicz, licealistką pochodzącą ze Sztumu, „człowiekiem renesansu”, młodym naukowcem, laureatką Olimpiady Młodych Wynalazców w Gruzji. Bogaty jest też dział wspomnień. Andrzej Sierakowski kontynuuje swoją opowieść o Waplewie, Marcin Owsiński portretuje Wiktora Tołkina, rzeźbiarza, który przeżył obóz koncentracyjny Stutthof, znanego między innymi z pomnika zbudowanego w Sztumie ku czci Armii Czerwonej (o tym w następnym numerze). Profesor Tomasz Krzeszowski opowiada o swoim spotkaniu z księdzem Stanisławem Pasierbem, Teodor Sejka o swoim nauczycielu z Barcic, a Przemysław Szczuchniak i Dawid Szot, we wspomnieniach mieszkanki Malborka, przypominają sylwetę Hipolita Niepokulczyckiego, szefa Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. W ramach historycznych poszukiwań Janusz Namenanik przypomina Gazetę Dzierz-gońską, Jerzy Kosacz unikatową „gazetę piwną” z Kwidzyna, a debiutujący na naszych łamach Witek Głogowski, sztumski gimnazjalista, opisuje fałszerstwa w dawnej mennicy malborskiej. Bogumił Wiśniewski przywołuje postać Henryka von Plauena, wielkiego mistrza pochowanego w Kwidzynie, a Krystian Zdziennicki upamiętnia powiślański fragment z wojen polsko-szwedzkich, bitwę pod Trzcianem. W naszej galerii tym razem artystka z Kwidzyna Pani Wanda Bojarczuk, której twórczość przybliża nam Elżbieta Zachorowska. Poza tym recenzje, muzyczne peregrynacje Wacława Bieleckiego, zapowiedź Festiwalu Muzyka Polska na Żuławach i rozważania naszego przyjaciela z Gdańska profesora Andrzeja C. Leszczyńskiego o filmie, literaturze, języku, zachwycie nad światem i radości. Przed nami sezon urlopowy, zatem kwartalnik, mamy nadzieje, może się przydać. Życzymy dobrego wypoczynku i ciekawej lektury. Redakcja Proza Marek Stokowski KINO KRÓTKICH FILMÓW1 (FRAGMENTY POWIEŚCI) (...) 1 Premiera „Kina krótkich filmów” planowana jest na wrzesień bieżącego roku. Towarzyszyć jej ma lektura powieści (w odcinkach) na antenie radiowej Trójki. Marek Stokowski 7 Stanęliśmy na wyniosłej skarpie. Za plecami mego przyjaciela i moim ogonem roztapiały się pagórkowate pola. I z lewej, i z prawej rósł niewielki las, właściwe lasek, enklawa zieleni wśród bieli. A przed nami w dole płynął Nogat, niepokryty całkowicie lodem, ze smugami ciemnej wody, za linią zaś rzeki, rozciągały się Żuławy - te wielkie, Wiślane. Przyznam, trochę nas zatkało. Dzień był szary, już mówiłem, sączyła się odwilż, był styczeń, a jednak kraina leżąca przed nami objawiała swój majestat. M chętnie by ukląkł. Oczywiście dobrze wiedział -Himalaje, Alpy, oceany, a tu tylko stół z obrusem śniegu poplamionym roztopami. No ale wyraźnie to był stół samego Boga. * Wiało prawie prosto w nos, z zachodu. Wiatr przynosił M obrazy, zapachy i echa wydmuchane spod mokrego śniegu. Wszystko było pomieszane: dawne morze z czarnoziemem, pszenica z bursztynem, płaskodenna delta rzeki z pasmem niskich wzgórz na horyzoncie, drewniane wiatraki z wieżami kościołów, Pomorzanie i Prusowie z brodatymi Krzyżakami, Polacy z Niemcami, Olędrzy z ptakami z wielu różnych miejsc na ziemi, cmentarze z sadami, jezuici z pastorami, powodzie z suszami, mocne konie z maszynami, mleczne krowy z bocianami, straszne wojny z dniami pracy i nocami, kiedy poczynały się w kobietach dzieci, kapliczki z karczmami, żurawie z wronami, sezonowi bursztynnicy pracujący kamiennymi narzędziami z magazynierami z pegeerów, rzeki z wierzbowymi alejami, piwo z wódką i słoniną, kamizele i surduty z podartymi waciakami, kapelusze z beretami, śluzy, jazy, groble i przepusty ze stacjami i torami, nieszczęście ze szczęściem, mosty obrotowe i zwodzone z przeprawami na dłubankach, ziemniaki z kapustą, krew z miodem i mlekiem, zima z latem, ziemia z niebem - aż po ciemną linię Wisły i po chmury na Bałtykiem. M cały się spocił z wrażenia, chociaż było zimno, no i wiało. * Ruszyliśmy w dół po stromym zboczu. M upadł na plecy, podniósł się i schodził dalej; nawet tak za bardzo się nie zmoczył, bo rymnął na plecak. Przeszliśmy przez łęgi, zresztą może przez uprawne pole, to trudno ocenić, kiedy śnieg okrywa ziemię. Dotarliśmy do rzecznego jazu. Zdradzę, że różnica między poziomami wody w Wiśle i Zalewie, które łączy rzeka Nogat, wynosi dokładnie siedem metrów i pięćdziesiąt osiem centymetrów, i dlatego na tej rzece pracowały i pracują cztery jazy ze śluzami. Ten odcięto od wschodniego brzegu betonowym płotem z zatrzaśniętą, zardzewiałą furtą. M był mocno zawiedziony, bo widząc jaz z góry, z daleka, ze skarpy, odnosił wrażenie, że stanowi niemal idealne i w dodatku łatwe przejście na żuławski brzeg Nogatu. Zastukał w żelazo. Na próżno. Koło nas przeczłapał wędkarz w gumofilcach i uszance. Przystanął i rzucił: - One, panie, nie roztworzą. One nie chcą, żeby im tam ktoś tam łaził. 8 Kino krótkich filmów - Poważnie? - M strasznie się zmartwił. Miał ochotę jeszcze o coś spytać. Wędkarz skończył już rozmowę. (...) Minęliśmy skrzyżowanie z szosą zatłoczoną pojazdami. To był ważny szlak wschód-zachód, wciskający się na most malborski - ten, na który próbowała nas skierować rozeźlona żona śluzowego. Most prowadził wprost do centrum. M nigdy tam nie był, więc przez chwilę zastanawiał się, czyby nie skręcić i nie przyjrzeć się miejskiemu życiu, wszakże prędko zrezygnował z owej myśli. Nawykły do lasu, nie tęsknił za zgiełkiem. Po drugie - nie po to przeszliśmy przez Nogat po jazie, żeby teraz znowu wracać na prawy brzeg rzeki. Po trzecie - M czuł się spóźniony. Po czwarte i piąte, i szóste, i siódme - w Malborku nie było Moniki ani bardzo pięknej Marty. * W mieście, nawet jeśli to są jego peryferia, duże psy nie mogą chodzić bez kagańca i bez smyczy, no bo zaraz będą kary, straszne krzyki i afery. Mieliśmy swój sposób, stosowany wcześniej w lesie. Zachowywaliśmy dystans między nami. M udawał, że mnie nie zna, a ja udawałem, że nie idę wcale z nim, a tylko jestem takim sobie psem włóczęgą, przy czym bardzo się starałem, by nie rzucać się nikomu w oczy. To nieźle działało, zwłaszcza że nie szliśmy arteriami tłocznej, ludnej metropolii, lecz ulicą, raczej pustą, nad wysokim brzegiem rzeki, w spokojnej dzielnicy małych domów z ogrodami. * Mówiąc szczerze, gadam o głupotach - o jakichś ogródkach działkowych i moście, szumie miasta i kagańcu, a tymczasem w owej chwili najważniejsze było jedno: już ze sporej odległości za pasem Nogatu M zobaczył gigantyczny zamek-klasztor rycerzy krzyżackich, niegdysiejszą rezydencję wielkich mistrzów. - Nie zatrzymuj mnie - poprosił mój przyjaciel. Zamek nic nie odpowiadał. Jego siła grawitacji była absolutnie nieprzeparta. Przyciągała wzrok każdego, skupiała uwagę, wsysała do środka. M próbował zamknąć oczy, ale nawet wtedy czuł na drugim brzegu rzeki potężną obecność, jakby stada dwóch milionów łosi. Ta obecność przebijała się przez mokry śnieg i lekki półmrok pochmurnego dnia u schyłku stycznia. - Nie zatrzymuj mnie! - M poprosił jeszcze raz, dobitniej. Znów nie było odpowiedzi. * M zatrzymał się naprzeciw pary cylindrycznych baszt ze strzelnicami. Strzegły bram zwróconych w stronę wody. Niegdyś bramy przypuszczalnie wychodziły na drewniany most łączący Malbork z Żuławami i w ogóle z Okcydentem. Tak uważał mój przyjaciel. Zapewne miał rację, bo potrafił czytać różne teksty, nie tylko pisane literami alfabetu. Za basztami biły w chmury ogromne budowle stolicy zakonu. W niektórych mieszkała Marek Stokowski 9 klasztorna surowość, a inne otaczał pałacowo-dworski splendor. Na te mury można było gapić się i gapić, a i tak nie dało się ich objąć, zapamiętać ani połknąć, jak się nie da wchłonąć oceanu, lasu, gór czy płonącego ognia. Na każdy z tych cudów można patrzeć aż do końca świata i wciąż być dopiero na początku postrzegania jego kształtu. Usłyszałem to od M. Powtarzam. M miał we łbie straszny zamęt, aż zatęsknił do trafienia syderytem, który może by coś wytłumaczył, ofiarował nagłą jasność, zrozumienie tych kamieni, ale nic nie nadleciało z nieba, padał tylko mokry śnieg, cokolwiek słabszy niż ten, który sypał w polach. * U samych stóp twierdzy chodnikiem wzdłuż rzeki przemykali z rzadka jacyś ludzie, tacy mali jak szczelina między kciukiem a dotykającym go już prawie palcem. M za bardzo im się nie przyglądał, skupiony na zamku. Mówię: nie przyglądał się przechodniom, jednak dwójkę z nich wyraźnie zauważył, zapewne dlatego, że oni jedyni nie dreptali w tę i we w tę, lecz stanęli nieruchomo pomiędzy basztami. Patrzyli na twierdzę - tak jak my na drugim brzegu - tyle że musiełi zadrzeć głowy, jakby wystawiali się na dotyk śniegu. M zdawało się, że rozpoznaje mężczyznę w kapturze i kobietę w szarych chustach. Zrazu uznał, że to jest powidok, taki jak po zaciśnięciu powiek, albo że to całkiem inni ludzie, choć nader podobni do dwojga, których ujrzał w Nowym Jarze. Szczególnie kobieta. M próbował lepiej jej się przyjrzeć, jednak była zbyt daleko. Z tej odległej perspektywy uderzała tylko jej dziewczęca niemal kruchość, tak bardzo wyraźna na tle potężnego zamku. * Niezależnie od tego, kim była kobieta, która stała pod basztami - mieszkanką okolic, Cyganką, turystką z Bałkanów czy tylko mirażem, nieostrym obrazem w kinie pod sklepieniem czaszki - M widział w niej Miriam z Nazaretu i zydlungów. Stała pod murami swego zamku. Uderzyło go, że to jej zamek, kiedy wypowiedział szeptem nazwy: Malbork - Marienburg - Gród Marii. Podobnie jak w setki i tysiące innych fortec, miast, kaplic i katedr w aż tak wielu miejscach ziemi wpisano weń imię tej cichej żydowskiej dziewczyny. Chyba była tym zdumiona, nie umiała tego pojąć. M odniósł wrażenie, że ta masa cegieł ją przygniata i miażdży jej kości. * Najcięższe w tych murach wydawały się wtopione w nie obrazy, wrośnięte tam głosy, ta cała splątana opowieść o nędzy i glorii śmiertelnych, którzy wznieśli zamek nad zamkami -na chwałę patronki, a zarazem na świadectwo ich własnej potęgi i władzy. To była opowieść o mnichach, którzy podbijali kraj nad dolną Wisłą, zdobywali leśne Prusy, polując na ludzi, jak poluje się na dziki, wprowadzali swój porządek w całkowicie obcym uniwersum, wznosili warowne klasztory, żeby strzegły ich przed wrogim światem (bo Słowo jest słowem, Obietnica obietnicą, ale trzeba mieć zapasy srebra, pszenicy i broni), budowali ludwisarnie, mosty, młyny i karwany, kochali zwycięstwa, dostatek i konie, miłosierni i okrutni - mieli w sercach litość i mieli nienawiść, modlili się długo, modlili 10 Kino krótkich filmów się krótko, bez wiary i z wiarą, pożyczali na wysoki procent, piekli chleb, leczyli chorych, handlowali zbożem, bursztynem i drewnem, skręcali się z bólu, karmili ubogich, lokowali wsie i miasta, kłamali i klęli, lękali się trądu, jadali w milczeniu, lubili podróże (byle tylko nie w czas pluchy, gdy kopyta końskie grzęzną w bagnie), wydawali oszałamiające uczty, tęsknili, marzyli, ratowali i bronili swoich, mordowali bez pardonu obcych. Codziennie sławili i codziennie zabijali Boga. * Ona też powinna była umrzeć, jej kości powinny być miazgą, ale stała u stóp zamku. M widział wyraźnie: tak drobna i krucha, jakimś cudem była większa i znacznie mocniejsza od największej góry cegieł na naszej planecie. Sprawiała, że mimo szaleństwa wpisanego w owe mury biło z nich niewiarygodne piękno, a w nim trwała cisza, ta sama, co w lesie, słyszalna wbrew szumom ulicy i miasta. M widział, że piękno za rzeką jest z Miriam - ofiarowującej światu Syna, bezdomnego Króla na wygnaniu, bez korony i bez armii. * M ujrzał tę prawdę w ułamku sekundy. Kto mu ją pokazał, nie wiem. * Śnieg właściwie przestał padać. Ruszyliśmy prosto do Uppsali, nie skręcając w stronę zamku, bo i tam, jak w całym mieście, nie było Moniki i nie było pięknej Marty. M obejrzał się za siebie. - Nie zatrzymuj mnie - poprosił po raz trzeci. (...) Mój przyjaciel musiał usiąść, nawet nie ze względu na zmęczenie, on chciał coś zapisać. Przy drodze nie było gdzie spocząć, no i ludzie się gapili. Zaczął szukać zacisznego miejsca. Miał na myśli skromny bar czy dawną stację. Niczego takiego nie znalazł, wszakże natknął się na coś innego. To był oszałamiająco piękny kościół - gotycki, ceglany, gdzieś z połowy XIV wieku, z izbicową wieżą z drewna, zbudowaną znacznie później, którą wieńczył ośmio-boczny stożek dachu. U podnóża owej wieży znajdował się podcień. Drzwi do kruchty okazały się zamknięte. M pomodlił się na dworze, a potem pomyślał, że podcień pod wieżą jest po prostu znakomity, żeby usiąść tam i pisać. To pisanie wzięło mu się stąd, że, tak jak w przeddzień, zbyt wiele się działo, przerastając możliwości przetrawienia, przyswojenia i pojęcia przez poobijaną ludzką głowę. Wszystko, co zdarzało się od rana albo co mu się myślało, wymagało spakowania w krótkie zdania, tak by można było to uporządkować, a z czasem zrozumieć. A w dodatku M zamierzał prędko spisać nowo znalezione opowieści, krótkie filmy dla Moniki i nie tylko dla niej. Było trochę do roboty. * Marek Stokowski 11 Korpus wieży i spadzisty daszek kryty gontem chroniły go dobrze przed wiatrem. Siedział na solidnej belce, na której położył zapasowy sweter z wełny, owinięty plastikową torbą. Pisał, pisał, bardzo długo. Wreszcie poczuł ziąb, więc ruszyliśmy. Na odchodnym podziękował za to miejsce. Mimo że drałowaliśmy dosyć prędko, M nie mógł się rozgrzać. Zaczął tęsknić do obiadu, do takiego gorącego, a nie w formie chleba z serem. Przeszliśmy przez drogę krajową z Warszawy do Gdańska i tuż za nią, z lewej strony toru, zjawił się nam Nowy Dwór, niewielkie miasto. Mój przyjaciel miał nadzieję, że gotują tam pożywne zupy. * Nie przepadał za miastami. Wołał lasy, a ostatnio lubił także pola. W Nowym Dworze Gdańskim też nie rozkwitł. Świat wyglądał tutaj dużo smutniej i poważniej, szczególnie że styczeń nie przydawał mu urody. No i te śródmiejskie utrapienia - znowu musieliśmy iść oddzielnie. Przemykałem się jak zbieg z furgonu hycla. M chciał prędko zjeść i pędzić dalej, możliwie najprędzej, na północ, w kierunku Uppsali - też miasta, to prawda, lecz takiego, w którym przebywały Marta i Monika. Chyba wiecie - nie miał forsy, a przed nami była długa droga. Szukał miejsca, gdzie nie musiałby przeznaczyć całej renty na kartofle. Natknął się na rodzaj baru czy raczej mordowni - nazywała się „Tużanka”. Środkiem miasta przepływała rzeka Tuga i stąd pewnie nazwa knajpy. M wszedł i wyskoczył z powrotem na chodnik. W„Tużance” rozmowy prowadzono tylko po sowiecku. On wołał po polsku, a więc musiał szukać dalej. * Nigdy nie potrafił pojąć apologii zadymionych, ciemnych spelun, pasji układania dytyrambów na cześć wódy, zmiętych petów i mądrości rozlewanych razem z piwem. Dla mojego przyjaciela pijackie seanse to było nieszczęście, a nie źródło wielkiej prawdy o człowieku i kosmosie. M nie znosił tych klimatów i nie cierpiał mitologii szlachetnych oprychów i lumpów, pięknych, zachrypniętych pań po przejściach i smętnych twardzieli o gołębich, współczujących sercach. Kiedy ktoś próbował wciągać go w zachwyty nad czarem mordowni, M wspominał o dzieciakach knajpianych herosów, barowych heroin, o rzeczywistości poniżenia, wstydu, głodu, opuszczenia i przemocy, o przeklętym losie małych porąbańców i złodziei, młodocianych ćpunów i alkoholików, zbieraczy żelastwa i flaszek, i nieletnich kandydatek albo nawet praktykantek najstarszej z profesji, losie jakże często dziedziczonym przez kolejne pokolenia. Nie widział powodu, żeby klękać przed tym światem na oba kolana. Dlatego nie klękał, chciał po prostu zjeść grochówkę, ogórkową lub kapuśniak. * Wiem, że mi nie uwierzycie, ale zdecydował się na restaurację. Nazywała się „Bałtycka” i kusiła ogłoszeniem: „Tani zestaw obiadowy”. Musiałem pozostać na dworze. W sumie czy nie lepiej było raczyć się powietrzem, niż wędzić w piwnicach? Pobiegłem nad rzekę, przy której stał lokal. Niby miło, niby rześko, lecz prześladowały mnie fantazje. No wyobraziłem sobie, że przyjaciel kupuje mi krawat za grosze w takim sklepie z napisem „Odzież używana”. Mam krawat na szyi i wchodzimy razem do „Bałtyckiej”. Kroczę godnie na dwóch łapach. 12 Kino krótkich filmów Trochę wstydzę się, bo ciut za bardzo wystaje mi siuras. M nie widzi w tym problemu - to kwestia urody, zresztą jestem w grubym futrze, elegancko, pod krawatem, w dodatku po chwili siadamy na krzesłach. Kelnerka próbuje marudzić. M jej na to, że to ważny, zagraniczny gość, z Kanady, i od razu składa zamówienie. Ona prosi kierownika. M do niego, że on chyba nie chce zrobić sobie wstydu, i to w skali międzynarodowej, że pewnie szanuje odmienność, nie jest nietolerancyjny, i tak dalej, i te tony. Facet mięknie. Dostajemy dużo zupy. Jem ją z miski, wystudzoną, M z talerza, parującą. I jest tak, jak być powinno. Potem dają mi na wynos kość wołową z resztką mięsa. Pytam: komu by to przeszkadzało? Pogryzłbym im stoły lub personel? Oddychałem chłodem Tugi. * M wyszedł z „Bałtyckiej” po czterech minutach. Od razu wiedziałem - to było za krótko, żeby zjeść dwa pełne dania. Przedstawię rzecz w skrócie. Nie spotkał szatniarza, więc wkroczył do sali w zimowym odzieniu i z plecakiem na ramieniu. Podbiegł doń błyszczący lukrem kelner i zawołał: — Zarezerwowane! Nie będziemy serwowali. Sala całkowicie wykupiona. Dziękujemy. Do widzenia. - To znaczy nie mogę tu usiąść, zamówić zestawu? — Ja bym panu nawet podał, ale prezes byłby niezadowolony. Zaraz będą ważni goście, przedsiębiorcy - słowo to wymówił z nabożeństwem - więc musi być czysto. - Rozumiem - powiedział mój kumpel. I wyszedł. * Byłoby głupotą wracać, cofać się w kierunku miejsca, gdzie zeszliśmy z bezpiecznego toru. Zmierzaliśmy zatem ku północnym krańcom miasta, by tam wejść na drogę wojewódzką numer 502, bo ona — według wiedzy mego przyjaciela — miała zetknąć się ze szlakiem żuławskiej kolejki. Biegłem truchtem, trochę z przodu, kontrolując sytuację. M szedł wolniej, osowiały. Nie zdołał się rozgrzać i tęsknił za barszczem. Pragnąłem mu pomóc. A gdy bardzo, bardzo pragniesz, to cud musi się wydarzyć. * To była budowa. Wznoszono pawilon z przestrzeniami na lokale usługowe, małe sklepy i tak dalej. Przed barakiem albo raczej kontenerem pracowniczym stał dostawczy żuk A 07 z ogromnymi termosami z obiadem dla ludzi w kufajkach i kaskach. Z garów pięknie parowało. Robotnicy odbierali swoje porcje. Stanąłem opodal. Przyjąłem postawę: „Panowie, jest sprawa! . Po chwili rzuciłem trzy słowa, te same, które komunikowałem ciałem. Jeden z panów - szczupły i wysoki, w żółtym kasku, najwyraźniej brygadzista - zaczął popatrywać w moją stronę. Nie celował we mnie, Marek Stokowski 13 tylko patrzył, próbując odgadnąć, co to jest za jakiś kundel, który szczeka, jakby gadał. Wtedy doszedł do mnie M i mruknął: -Już, Wabi, idziemy. Zauważył pana w kasku i powitał go skinieniem głowy. Tamten zwrócił się do niego: - Pan z plecaczkiem, w styczniu, na mierzeję? - Nie, ja dużo, dużo dalej. - Do kogoś bliskiego? - No właśnie. - Na piechotę i bez kasy? M uśmiechnął się zakłopotany. -Ja widzę, pies głodny - zauważył człowiek w kasku. - On zawsze. - Pan by pewnie też przekąsił. - Nie, bardzo dziękuję, nie chciałbym przeszka... -Jedna porcja dla wędrowca! - krzyknął tamten. - Pan wejdzie, tam cieplej - wskazał na blaszany barak. * Było ciasno i po kawalersku, ale absolutnie pięknie. Gołe baby na żelaznych szafkach, skarpetki na klamkach. M dostał grochówkę z kiełbasą, dużo krojonego chleba, a potem - leniwe pierogi z masełkiem, posypane lekko cukrem. Prawdziwe szaleństwo! M niestety znowu łzawił, więc musiał tłumaczyć, że ma takie uczulenie na jedzenie pysznych rzeczy. Dowiedział się zaraz, że to wszystko raczej się nie zdarza na innych budowach. Gdzie indziej to jeszcze człowieka okradną, oberwą mu z pensji, tymczasem właściciel ich firmy, uważa, że jak ciężko się pracuje, to mus zjeść coś porządnego. Świetny człowiek, a nie kutas. Brygadzista bardzo prosił, żeby ten, co mówił, nie przeklinał, bo jest z nimi gość i wszyscy jedzą. No to ten, co mówił, rzucił: sorry. M musiał powiedzieć, skąd i dokąd tak zasuwa z żółtym psem, z plecakiem, zimą. Gdy wyjaśnił, że do Szwecji, do chorej znajomej, to dostał dokładkę. Nikt się nie śmiał i nie dziwił. Śmiali się dopiero wtedy, jak znaleźli dla mnie nocnik. Bo nie mieli żadnej miski. Nocnik był, zapewniam, czysty, elegancki, przedwojenny i od lat nieużywany! Dali mi w nim tę grochówę, niby resztki, ale prawie pękłem, jak to wciąłem. Tak, zjadłem z nocnego naczynia i nie spadła mi korona ze łba. Pies dokładnie wie, czy człowiek robi sobie z niego niecne kpiny, czy podchodzi do zwierzaka z sercem, nawet jeśli serce jest w nocniku. * Naczynie znaleźli jesienią w wykopie, a z nim inne rzeczy z dawnych czasów - kilka kufli, trochę sztućców, dokumenty. Taka ziemia. Jeden dodał, że niemiecka i Niemiec tu wróci. 14 Kino krótkich filmów M się zdziwił i przypomniał, że to miasto należało kiedyś do rodziny króla Jana. A którego? Sobieskiego. Nie słyszeli o tej sprawie. Powiedzieli, że cholernie szkoda, że tak mało wiedzą o tym wszystkim, co się działo przed wiekami. Bo jakby wiedzieli, no to chyba czuliby się lepiej, tak bardziej u siebie. Jest jeszcze sto dalszych istotnych powodów, pomyślał mój kumpel, dla których ci ludzie mają prawo do spokoju w swoim domu. M by chętnie je wymienił, ale nie chciał się wymądrzać. Przed odejściem spytał szeptem, ile ma zapłacić za posiłek. Brygadzista odrzekł, żeby puknął się najlepiej w głowę. Po prostu, na zdrowie! Uścisnęli sobie dłonie. Nigdy później go nie spotkaliśmy - ani jego, ani jego ludzi - ale zawsze było dla nas jasne, że istnieją, są w rzeczywistościach równoległych. * Nie zawiódł nas instynkt, wyczucie kierunku, którym M zadziwiał nawet mistrzów. Kończyło się miasto, zbliżaliśmy się do szosy wojewódzkiej biegnącej do Stegny. Zanim jednak znaleźliśmy się na owej drodze, przyplątał się do nas listonosz. - Trzymać psa, bo mnie ugryzie! - zawołał nieładnie. Naprawdę nie musiał tak wrzeszczeć, nie poluję na funkcjonariuszy. M machnął, podbiegłem. Objął mnie za kark i rzucił: - On pana nie dotknie. Pan idzie. Ale tamten się zatrzymał. Nie za bardzo przypominał Golińskiego, tego listonosza ze Starego Jaru. Przede wszystkim chodził pieszo. Goliński miał rower. - Weźmie pan ten list? - zapytał, podając kopertę ze znaczkiem i stemplem. - To do mnie?! - To list bez adresu. Od czasu do czasu nadchodzą podobne. Doręczam je ludziom, którzy - ja mam wyrobione oko - mogą być adresatami. Niech pan się nie boi - nic z urzędu ani sądu. - Naprawdę? - Naprawdę. - To wezmę. Dziękuję. M przyjął przesyłkę. Od razu otworzył kopertę. W środku znalazł krótkie pismo. Brzmia-ło tak: Szanowny Panie! Przekazuję kilka słów. Pozdrawiam. Bogaci i biedni Bogaci nie płacą. Płacą za to biedni - zawsze, chyba że doświadczą cudu. Marek Stokowski 15 Bogaci się dziwią, że coś może im się nie należeć. Biedni wolą się upewnić, czy uregulowali wszystko co do grosza. Wizyta bogatych to zaszczyt. Biedni bardzo przepraszają, że robią nam kłopot. Bogaci podają nam dłonie do złożenia na nich pocałunku. A biedni ściskają nam rękę, dziękują. Oferują, jeśli będzie trzeba, gościnę i pomoc. Do bogatych świat należy. Biedni nie są tu u siebie, właściwie są tutaj wyłącznie przejazdem. Bogaci nie płacą. Płacą za to biedni, chyba że spotkają w drodze tak samo ubogich. M trochę żałował, że nie ma podpisu. Wyglądało jednak na to, że list był do niego. * M dogonił pana z poczty, bo ten był dyskretny i dawno już odszedł. - Nie przyjmuję żadnych zwrotów! - zawołał z daleka listonosz. - Ale nie, nie o to chodzi. Wziąłby pan ode mnie kilka takich podobnych przesyłek? Może mogłyby się komuś przydać. Tylko nie mam kopert ani znaczków. - Pan da. Ja dostarczę. - Dziękuję. Szacunek! M wyciągnął kilka kartek z historiami, jakie znalazł na Żuławach. Listonosz je zabrał. Komu potem je powierzył, nie wiem. I tak samo nie wiem, czy ktokolwiek wyświetlił je kiedyś w iluzjonie własnych filmów. (...) 16 Kapitanowie 1941 Tomasz Stężała KAPITANOWIE 19411 Tomasz Stężała KAPITANOWI? Fragment książki Tomasza Stężały - Kapitanowie 1941. Kryptonim Ubezpieczalnia, t. 2, która ukazałaa się w czerwcu 2014 roku nakładem Wydawnictwa Erica Tomasz Stężała 17 Pielęgniarz posadził go na drewnianej ławce i przypiął pasami. Bars pozwolił owinąć się kocem i wcisnąć na głowę uszankę. Łyknął jeszcze tabletkę i popił wodą, po czym zacisnął pięści. Wibracje lotniczych silników wywoływały trudny do zniesienia, kłujący ból. Daliby mu wódki i mógłby nadal wieść swój nędzny, kapitański żywot, nawet w tym samolocie. Odłamek, cieniutki jak igła, trafił go, gdy jego batalion zajął już ten przeklęty bagienny chutor, który okrakiem rozsiadł się na grobli będącej także drogą zaopatrzeniową dla szkopów. Bars nie wiedział jak długo szturmowali to miejsce, ale sądząc po potwornym trupim zaduchu ciągnącym się kilometrami i ilości metalu walającego się wokoło musiały to być długie miesiące. Nagły ból zwalił go na dwa dni z nóg, toteż, gdy ocknął się w szpitalu, pod kocem, nad którym tańczyły ćmy, myślał, że zwariował. Głowa mu pękała i musieli go związać, gdy próbował zedrzeć z niej bandaż. Na rozkaz dowódcy dywizji, Krawcowa, sprowadzili frontowego chirurga, który po kilkugodzinnej operacji wyjął mu odłamek. Jednak na skutek zabiegu lewe oko, jak powiedzieli lekarze, stało się wahliwe i groziło wypadnięciem z oczodołu. Na to nie było ratunku, ale życie wyciągnęło do niego pomocną dłoń. W tym samym szpitalu znalazł się młody kapitan, syn narkoma, którego miano ewakuować do Moskwy na życzenie ojca. A że o wyczynie Barsa i jego ludzi stało się głośno, ów chłopak, ranny lekko w udo przyczłapał, by porozmawiać z bohaterem. Przez tatę znaleźli w Moskwie profesora, który oko mógł zoperować, że nawet blizny by nie było. Sterany cierpieniem nawet nie podziękował, ale dwudziestoletni kapitan chyba był mu wdzięczny, że mógł zająć się prawdziwym, frontowym bohaterem. Wibracje narastały, maszyna nagle drgnęła i poczuł wstrząsy. Otworzył oko i odwrócił się do okna. Trawa i krzaki na lądowisku coraz szybciej uciekały i po silnym uderzeniu skrzydła samolotu oparły się na powietrzu. Ból szybko ustępował, za to żołądek zaczął podchodzić mu do gardła. - Napijecie się towarzyszu kapitanie? - obok przysiadł się młody oficer. Siergiej Iwano-wicz potaknął. Mężczyzna w mundurze bez dystynkcji napełnił kryształową szklankę do połowy i podał mu. Popatrzył na przejrzysty płyn i powąchał go. - Mmm... miód! - podziękował zachwycony. Zanurzył delikatnie usta. Przezwyciężył pokusę, żeby nie wychylić duszkiem. Coś tam jeszcze pamiętał z nauk o manierach swojego wuja-popa - brata ojca, który goprzez wojnę i rewolucję wychowywał. Wysączył do reszty i oddał szkło. Zerknął na młodego, z ciekawością przyglądającego się mu. Postanowił przerwać niezręczną ciszę. - A wy towarzyszu tacy młodzi, a już kapitan? Pewno i generałem wkrótce was mianują... Młody zarumienił się i spuścił oczy, a Siergiej sklął się w duchu. Ale palnął głupotę... - Wiecie, wyglądacie mi na łebskiego człowieka. U mnie w batalionie przydałby się taki dowódca. Co by tu o frycach nie mówić, to mądry naród i samym męstwem z nimi wiele się nie zrobi. Trzeba nam dowódców, którzy najpierw pomyślą, a potem dopiero krzyczeć będą „urra”. Młody kapitan, Wasilij, pokiwał głową. Wtedy zawołali go z kabiny pilotów, a Bars odetchnął z ulgą. Mógł zacząć wyglądać przez brudne okienko i podziwiać widoki. Lecieli nad 18 Kapitanowie 1941 rzadkimi chmurami, które kładły cienie na soczysto zielone lasy i srebrzyste smugi rzek. Krajobraz był tak urzekający, że Siergiej Iwanowicz zapomniał o całym świecie. Boże, jaki piękny był ten kraj, nad którym leciał. Z rzadka widać było jakieś zabudowania i drogi, po których ciągnęły trudne do zidentyfikowania żuczki. Dwukrotnie z oddali zauważył grupy samolotów lecących skądś dokądś, zupełnie nie przejmując się nimi. Błyski światła męczyły jego zdrowe oko i wkrótce poczuł senność. Obudziło go potężne szarpnięcie. Przeszywający ból tułowia odebrał mu oddech. Samolot gwałtownie zmienił położenie, a przeciążenie wcisnęło go w ławkę. Ludzie z przodu kabiny krzyczeli pokazując palcami na coś, co było poza oknem. Ich dwusilnikowy transportowiec gwałtownie szarpnął i zaczął pikować. Ryk silników i ogłuszający szum opływającego powietrza towarzyszyły potwornym drganiom metalowego kadłuba. Bars zamknął oko nie chcąc widzieć, jak całość się zaraz rozsypie. Samolotem ponownie szarpnęło, a on znów zwisł na pasie, który o mało go nie przeciął. Nacisk zmusił go do otwarcia oka, a wzrok zanotował niespodziewane pojawienie się rzędu otworów w kadłubie pomiędzy nim a kabiną pilotów. Zrobiło się ciemno, gdy wpadli w chmurę, a jego znowu wcisnęło w ławkę. Zdał sobie sprawę, że maszyna kręci się w kółko i że wyraźnie zwolniła. Już nie groziło im rozpadnięcie się. Wreszcie mógł oddychać. - Co to było? - krzyknął w kierunku kabiny pilotów. Samolot na moment wynurzył się z oparu pokazując zbryzgane krwią wnętrze samolotu. Odruchowo wypiął się i trzymając się oparć z trudem ruszył ku przodowi. Wysoki pułkownik dostał serię pocisków w prawy bok, która zalała kabinę bryzgami krwi. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić śmierć. Siedzący przed nim dwaj podoficerowie w lotniczych kurtkach trafieni tą samą serią nie wyglądali lepiej. Kapitan Wasilij był blady i ciężko oddychał. Bars przyklęknął i chwycił go za ramię. Chłopak jęknął, a na brzuch trysnęła krew. - Trzymaj tu mocno, zaraz cię opatrzę - położył mu drugą rękę na przestrzelonym ramieniu. Pocisk musiał przebić duże naczynie, gdyż krew sączyła się obficie. Pchnął drzwi do kabiny pilotów, po czym gwałtownie cofnął się uderzony pędem powietrza. Na lewym fotelu leżała krwawa ludzka miazgaporuszana strugami powietrza wpadającymi przez roztrzaskane szkło. Wszystko wokół trzeszczało i jęczało... - Żyjecie? - dobiegł go głos z drugiego fotela. Pokiwał głową i pochylił się do pilota. - A wy? Jesteście ranni? Lotnik pokręcił przecząco głową i wskazał na potrzaskane przyrządy. - Musimy zaraz lądować, stery ledwo działają. Skurwysyn przestrzelił nam hydraulikę i nie wiem, czy podwozie wyjdzie. A ludzie? - Tylko jeden, ale ranny. Gdzie apteczka? - przekrzyczał szum powietrza. - Tu, za mną. Opatrzcie go i pomożecie mi. Szybko! Bars wyszarpnął brezentową torbę z uchwytu i wrócił do kabiny. Wasilij był przytomny i chyba zdawał sobie sprawę ze swojego stanu. Tomasz Stężała 19 - Będzie bolało, chłopcze! - warknął przez zaciśnięte szczęki i zaczął rozcinać lotniczą kurtkę nie zważając na płacz chłopaka. Lancetem wyciął rękaw gimnastiorki, następnie przelał ranę spirytusem. - „Ze też lotnicy nie wypili go”? - zdziwił się w duchu. Nie raz sam opatrywał swoich chłopców i widział, jak robią to jego sanitariusze. - Trzymaj - przycisnął ręką Wasilija gazę do krwawiącej rany i zaczął szybko ją owijać. Samolotem coraz mocniej trzęsło, a przez świst wiatru słyszał ponaglające wołanie pilota. Wreszcie skończył i znalazł się w kabinie. Wstrzymując oddech rozpiął pasy i ściągnął ludzkie zwłoki z fotela, po czym sam na nim zasiadł. Wszystko wokół lepiło się od krwi i tkanek. - Zamknij oko, bo je stracisz! Trzymaj wolant i rób, co będę ci kazał j...! Jedyny ruch, który mógł wykonać, to lekko pokiwać głową. Pęd powietrza deformował mu skórę na twarzy i miał wrażenie, że zaraz straci nie tylko oczy, ale i udusi się. Trzęsący się Lisunow z trudem zakręcał zniżając lot. Bars zapierał się z całej siły próbując kręcić wolantem to w lewo, to w prawo. Nad głową rozległ się basowy dźwięk a przez wpół zamknięte powieki dostrzegł lecący nad nimi krzyż samolotu. Przerażenie ustąpiło na widok czerwonej gwiazdy na skrzydle. Ktoś pomagał im wylądować. Potem pamiętał tylko potężne uderzenie, które wyrwało mu wolant z rąk i nagłą ciszę. Ocknął się w karetce, która gdzieś pędziła podskakując na wybojach. Spojrzał na głowę młodego kapitana i klęczącego obok sanitariusza. Czuł ból w klatce piersiowej, który utrudniał oddychanie, ale poza tym wszystko chyba było w porządku. Auto zatrzymało się, a jego wynieśli na noszach wołając coś o sali operacyjnej. Ponownie stracił świadomość. 20 Wredota party Janusz M. Moździerz WREDOTA PARTY Skoro nie można uniknąć przeznaczenia wypada się z nim dogadać... Naprawdę wypada?! Bez cienia blagi?! Choć wiadomo: kiedy nadchodzi wredota-party pociąga za sobą tylko nieszczęście, czasem parę naraz. Więc w imię Boże itd. Spróbować nie zawadzi, póki czas pozwala. Fala niepewności. Nabrzmiała wzorem balonu chybocącego dotychczas na uwięzi.. Uciekać...!? Gdzie..?! W jakim kierunku ? W pojedynkę tylko... Dlaczego..?! Oczy biegają szybciej niż nogi. Tam i nazad - tam i nazad... Od kącika do kącika. I z powrotem. Niczym palce pijanego pianisty. Trzask, prask - trzask, prask... Kakofonia spłoszonych myśli; obrazy uciekające w głąb, poszarpana otulina niepamięci, czyja wina, czyja wina, czyja bardzo wielka wina!? - w tym wszystkim, co nagle okazało się być naprawdę wszystkim i niczym zarazem. Pachnące zagładą. Pełnią woni, wręcz bukietem jaśminowym... pożegnałnym niejako akcentem.. To lustro nie powinno tam wisieć. Absolutnie. I nie dlatego, że obkakały je bezlitośnie durnowate muchy, a nikt z odpowiedzialnego personelu nie zwracał od lat na ten obsrany fakt najmniejszej uwagi. Wcale nie. Zresztą mniejsza o to solidnie utrwalone zapaskudzenie odbicia...Ono nie nadawało się za Chiny ludowe do tego miejsca. Wadziło. Kłuło w oczy falszywością obrazu. Bez bawełny: jedna wielka fuszerka po drugiej stronie zmatowiałej tafli. Można by rzec nie pudłując: uzasadniało potrzebę istnienia bezsensu (taki krucafiks! - bełkot trochę na potrzeby pseudo literackiej gawiedzi zrzeszonej we wspólnocie gniotu wywindowanego przez ciężar ambicją zwany...). Wieszać coś takiego w poczekalni dla... Hola, hola... Przedwczesny wytrysk lub coś w tym guście... Szczególnie niebezpieczny w sytuacji braku honorowego wyjścia... Chociaż te ramy!? Wyśmienite. Właśnie! Święty Boże! Bez krzty spodziewanej tandety. Nie do przebicia. Anonimowe arcydziełko. Kto się ośmielił je tam wpakować - za czyje grzechy?! - do tej klozetowej rzeczywistości sponiewieranej ponad miarę najbardziej nieprzyjaznych oczekiwań..?! Głupi czy wyjątkowy drań, psychopata jeden ! - skurwysynek z artystycznym nieładem pod deklem, schizol, a może tylko wydrwigrosz klawy albo cynik zakamuflowany - trudno dociec. Może zaserwował dar serca w podzięce..? Zresztą... - nie ważne akuratnie. Chociaż na zdrowy rozsądek biorąc... No nie! Kogo stać na zdrowe rozeznanie w podobnej chwili?! I w takim miejscu szczególnego odosobnienia?! Prawie publicznym sraczyku. Bzdura! Tu się załatwia poważne sprawy fizjologiczne...Chociaż toto {co nastąpi później w terminie bliżej nieustalonym; raczej - nie sprecyzowanym) też jest stuprocentową fizjologią... Zdegenerowaną, ale nie da się wyprzeć, że sam proces nosi wszelkie znamiona rozwojowego. Rokującego nawet. Kpina. Jawna i czytelna. Okurwienie całkowite. Oczywista porażka! W pierwszym momencie pomyślał wtedy całkiem serio o zbiciu ohydnego patrzydła - bazyliszka. Trzask prask i po krzyku. To mogło oznaczać chwilowe {raczej tymczasowe, a poniekąd nieodwracalne) wyjście awaryjne z krępującej matni. Pechowe w samej zapo- Janusz M. Moździerz 21 wiedzi, choć w mglistych zarysach prawdopodobne przynajmniej... Przeoczył w pośpiechu zapowiedź babcinych siedmiu lat nieszczęścia... Tak sądził na początku, zanim zrozumiał implikacje całej operacji. Właściwie zabiegu; słowo operacja byłoby użyte w niezgodzie z prawdą, pomyślał z ironią. Albo - jeszcze lepiej - w niedoczasie. (wszak diagnosta wyraźnie powiedział: „Pański przypadek - niestety - jest nieoperacyjny - Ka -Pe-Wu?!") A swoją drogą, skąd on wydarł to Ka-Pe-Wu - stare powiedzonko chłopaków z kasztanowego placu..?! Teraz są zupełnie inne skróty, chamszczyzna płotowa z gatunku HWDP lub jeszcze bardziej - jak mawiają ludzie z branży - za chude w uszach etc. Zresztą - nasermater... Ope-racyjność podnosiłaby na wyższy poziom, przypisany przez jakiegoś ekstra skrupulancika, wreszcie indywidualny przypadek - tzw. identyfikacyjny nr choroby. Zwyczajowo zwanej w rozmowach personelu kancerem. Dla niepoznaki przed chorym nieobytym z podstawami łacińskiego słownictwa. Jednostka chorobowa, a może cała dywizja..?! On na tle klasy przeważnie wypadał niekiepsko w mowie (głośnym czytaniu lub recytacji, zważywszy na martwość języka) i piśmie u łysiejącego, dobiegającego ledwie trzydziestki - w latach głębokiej, oficjalnie głoszonej pogardy dla nielicznych absolwentów romanistyki - łacinnika. I z tego tytułu wcale nie musiał dodatkowo denerwować i tak już nieźle wkurzonego diagnostyka przyjmującego tego dnia grubo ponad normę pacjentów w pomieszczonej - jak na ironię - w piwnicznym zachowanku, poradni onko. Wtedy - opuszczając obskurny prymitywnie urządzony gabinet - nieco otumaniony wrażeniem, jakie dotarło do skołowanej mózgownicy - po raz pierwszy natknął się na problem lustra. Jak na kolejną ironię przy dokładniejszym spojrzeniu nie dawało się nie dostrzec drobin kurzu wędrujących nieustannie w promieniach czerwono zachodzącego za wykusz okienny wiosennego słońca prosto ku srebrzystej płaszczyźnie, co mogło nieco zmącić odbicie...(w lokalu, było nie było, przeznaczonym - raczej wyznaczonym - do przyjmowania ludzi z nadmiarem wszelkich możliwych mikrobów skrywanych do momentu zamknięcia za nimi drzwi przez pryszczatą pomagierkę byłego już ordynatora}. Właściwie ono przykuło jego uwagę swą bladością. A raczej cholerną przejrzystością. Jakby z mety pragnęło zgnoić doszczętnie przeciwnika z drugiej strony próbującego siły spojrzenia we własne rozszerzone światłem źrenice. Ciemne. Bardzo głębokie. Przeraźliwie. Bezdenne wręcz: ze skulonym gdzieś poza granicą cienia strachem. Rozjaśniające się powoli; aż wyblakły nie pytając właściciela o najdrobniejszą oznakę aprobaty. Nawiasem mówiąc; cóż tu pozostawało do zaakceptowania - bzdurny prymitywny pomysł i nic więcej...Nic. Zapis niezatarty -i będę notował skrupulatnie przebieg, aż do momentu... - kurwa mać! Do jakiego znowu momentu?! - Nie będzie żadnego momentu! Nie spodziewaj się żadnego momentu, nie jesteś pierwszy ani ostatni w tym zafajdanym interesie, uznawanym niekiedy za wolność istnienia czy wyboru, zresztą pal licho i wszyscy święci i kto tylko ze-chce! - To nie ma absolutnie jakiegokolwiek znaczenia... - moment! śmiechu warte; chwila, sekunda, ułamek czasu; czymże właściwie jest ten odpływ światła, jego zanik gwałtowny i nieodwracalny, kiedy przestajesz słyszeć własny strach, kiedy przestajesz gonić uciekającą sprintem nadzieję... Nigdy nie byłeś szybkobiegaczem kolego - nie zapominaj! Taka przestroga prosto od kogoś dawno odrzuconego... No dobrze - niech będzie zgoda... Powstanie w miarę logiczna, konsekwentnie prowadzona relacja - chociaż po jasną cholerę..? komu to potrzebne, i komu to się przyda, bo wiadomo, że spodobać się nikomu nie spodoba, chyba 22 Wredota party jakiemuś dewiantowi czy może bardziej otwartym tekstem; masochistycznie usposobionemu menelowi albo zajadłej modliszce, która z natury nie znosi cierpiętników w najbliższym otoczeniu; będą mieć ubaw po pachy i odrobinę zadowolenia, że nie tylko ich dopadło, choć bardziej miękko - jeszcze nie całkiem do dupy... A niech szlag! Wreszcie im też się należy chwilka satysfakcji z cudzej wpadki... Kurewstwo!!!... Jedno wielkie Kurewstwo i Przekręt! Światowy nieledwie cha...cha...cha...”, (cichutkie jakieś takie bez wykrzyknika nawet Hf) Nie! Nie będzie: gówno (ono przeważnie wypływa wierzchem dając przenikliwy efekt organoleptyczny) i koniec! Żeby mieli nadzieję lub uciechę - o nie!!! Nie ich zasrany interes i wara... Nieszczęściem nie powinno się dzielić niczym chlebem powszednim... Koniec.” Lustro wisiało w umywalni. Niejako z konieczności wypadło mu spojrzeć w twarz naprzeciwko, bo jego pęcherz nie zwykł czekać; od tygodni szczał na prawo i lewo, co kwadrans niemal szukał wygódki, albo lekko wyrośniętych krzaków... I teraz zanim opuścił piwniczne załomy medycznego zakamarka, musiał skorzystać z przybytku przeznaczonego wyłącznie dla pacjentów; obsługa miała swój kibelek zamykany na mosiężny zamek typu yale - złotego koloru. Nie od razu sobie ulżył. Należało czatować z doskoku, bo oczko było jedno, a kolejka szczyli nie odpuszczała lewusów nawet przestępujących obiecująco z nogi na nogę w parodii samby czy innego step-boogi. Takie było jego pierwsze, nowe - można powiedzieć bez przesady; niecodzienne - spotkanie z własnym, odmienionym zaskakującą wiadomością - obliczem. I nie spodobał się sobie kompletnie. Dojrzał w oczach niedowierzanie i napływający do kącików lęk... Siwy. (Czy ktokolwiek widział siwy lęk ?f). Dziwnie zareagował wtedy. Choć dla postronnych jego zachowanie mogło się wydać właściwie normalne - niby lekko zaskoczonego faceta; po prostu wzruszył ramionami z niechęcią. A przy pisuarach stało bodaj trzech innych gości jeszcze oczekujących na orzeczenie... Nie zwrócił zresztą na nich uwagi i nie bardzo mógłby powiedzieć ilu ich w rzeczywistości ustawiło się w kolejce do łapiducha - już po pełnym wyszczaniu się. Zresztą to była wyłącznie sprawa wytrzymałości ich pęcherzy. Jego problem został właśnie wyjaśniony do końca. Z tym końcem udało się niczym z głupawym kalamburem; koniec końców w końcu.... Niby kwadratura koła; bez rozwiązania, taka cokolwiek zafałszowana nuta... Więc cześć pieśni... Bez refrenu. A pierwszym efektem stało się spotkanie w cztery oczy ze sobą w cuchnącym kibelku. Pal licho! - kiedyś to musiało nadejść. Szkoda, że w mało przyjaznych murach z oskrobaną emalią od dawna nie odświeżanej lamperii. I idiotycznych okolicznościach; przy pięknej majowej pogodzie. Tuż po gwałtownej gradowej ulewie, nieledwie oberwaniu chmury; gdy ucichły ostatnie grzmoty. Jakby po jakimś sygnale z góry: hej tam chłopaczku zważaj sobie, nie bądź takim chojrakiem sobiepanku, nie bądź! W pełnym słońcu schowanym za liszajowatą ścianą. Na długo przed czerwonym zachodem. Pachniało stęchlizną wokoło i powiew uryny docierał nawet na przeciągnięty lizolem korytarz. Więc patrzeć na własną gębę wykrzywioną nacierającym strachem, który podpływał gdzieś od krocza w górę klatki, obejmując fioletową plamą kawał wystającej spod rozpiętej koszuli szyi, nie wydawało mu się zajęciem intrygującym. Jakoś wtedy pomyślał z niechętną ironią, że kiepskie wiadomości - choćby te najgorsze - zasługują na lepszą, może jednak bardziej ekscytującą oprawę. A także oględność... Właśnie. Na delikatnie podaną - paskudną w swej lapidarnej treści informację; choć istota granicy cienia, prawdopodobnie nigdy nie zostanie dogłębnie zba- Janusz M. Moździerz 23 dana ani udokumentowana; jest zawsze przerażająco zamglona; Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego?! Przecież od wieków szarpano jej brzegi przeróżnymi domysłami - najczęściej w chwilach wielkiej trwogi; wiadomo - jak trwoga to do Niego właśnie... Zresztą, po jasną cholerę te wymysły. Facet wyraźnie powiedział, że podwójna biopsja wyklucza pomyłkę laborantów. Prawdopodobnie miał tzw. świętą rację - ale cóż to znowu za święto dla pacjenta w takim parszywym dniu..?! Znowu to niechciane spotkanie z ironią... Kurza melodia! Uśmiechnął się nawet krzywo; jaka znowu melodia..?! Podzwonne chyba raczej... Zresztą diabli nadali; coś się wyjaśniło. A sposób wcale nie musiał być zadowalający dla najbardziej zainteresowanego. O tym wiedział od dawna. Nie udawał głupiego. Głupotę poznał o wiele wcześniej, choć nigdy się z nią nie oswoił dostatecznie. Nawet próbował jej czasem dokopać. Bezskutecznie na ogół. Był... - za głupi, tak sądził. Od jakiegoś czasu rozumiał; wieści zaskakujące są z natury swej niedobre dla odbiorcy. Niekoniecznie jednak aż tak nieprzewidziane i aż tak fatalne. Co prawda mógł się spodziewać orzeczenia niezbyt pomyślnej treści... Tak to wszystko kiepsko wyglądało od samego początku, gdy zaczęło wlec się za nim - właśnie; przywlekło się niczym niedostrzeżony w porę rzep łopianu w trakcie wędrówki wądołami lgnący chciwie do pleców lnianej koszuli i swędzący aż do paroksyzmu wściekłości - zanim nie poczuł, że dzieje się coś niedobrego; niechcianego, choć prawdopodobnie zawinionego zaniechaniem. Wtedy zbytnio zawierzał własnym osądom. Właściwie ich nocnym podpowiedziom; kiedy sen zastępowały domyślenia. Z tą bezsennością radził sobie przez lata sposobami dziwacznymi. I żaden nie pomógł na tyle skutecznie, by noc stawała się wypoczynkiem choćby w niepełnym wymiarze - niechby na ćwierć etatu tylko. „Genetyczne obciążenie” wyrokowali specjaliści od snu płytkiego i głębokiego i jeszcze innych faz tego niezbyt zrozumiałego dla większości cierpiących zjawiska fizjologicznego dotyczącego nie tylko gatunku, który stał się jego tożsamością... No - ale to lustro. Fatalna sprawa. Po jasną cholerę umieszczono je tuż za drzwiami?! Jakby na ironię wchodzących..! Zresztą po co pytać, kiedy trafnej odpowiedzi nie udzieli nikt kompetentny... Śmiechu warte - kompetencje w kwestii lustrzanego odbicia - coś na kształt mało dowcipnego wica opowiadanego w towarzystwie kończącej się flaszki podłego samogonu przelanego zawczasu w buteleczkę dawno zrealizowanego Ballantinea - dla małomiasteczkowego glanc fasonu - gdyby mieć ochotę, gdyby mieć choć odrobinę dobrej woli, udałoby się bez trudu dostrzec prawidłowość wyłaniającą się z wychodkowych tajemnic; facet z rozpiętym rozporkiem nie stara się - wszak nie ma żadnego istotnego, wręcz życiowego powodu - zafałszowywać, raczej przymusowej, choć z widoczną ulgą przyjmowanej zazwyczaj sytuacji, nawet jeśli nie bardzo może dostrzec własnego fiuta przez nadmierny bandzioch czy przykurcz karku. Jest zupełnie bezbronny i nagle to kosę spojrzenie w upstrzoną przez muchy taflę niby krzywe zwierciadło losu... Ktoś to doskonale wymyślił, bezbłędny ironicznie planujący cudzy przestrach, drań. Prawie inżynier ludzkich dusz -skurwysynek pospolity z niepospolitym poczuciem humoru w najczarniejszej wersji. Kun-da jedna. A paszo! won z humanitarnego zawodu. Paszoł. Da! - ktoś odejdzie - da... da ... da ... A paszoł z obcym języczeniem. Więc nie gap się bezmyślnie w drugą twarz, fałszywą facjatę rozmytą przez nieporządną robotę niechlujnej pomarszczonej pomarańczy sprzątającej na popołudniowej zmianie z kubkiem wystygłej kawy w dłoni i mopem w drugiej ręce. Apo- 24 Wredota party stół czystości. Gdzie?! Do jasnej cholery co?! Po co?! Żeby ci było przyjemniej trzymać niepotrzebnego fiuta w garści z bezmyślnym wyrazem zbolałej w jednej sekundzie duszy. Poharatane ego w smutnym klozecie. Eh, Boh! ty Boh! Co z człowiekiem może zrobić jedno niezbyt długie zdanie obcego faceta, który ślubował kiedyś nie brać forsy, a teraz chybko wyciąga niedomytą łapę nie odwracając głowy, bo właśnie kończy budować - a raczej wić sobie na stare lata - kolejną całoroczną daczę z kominkiem pośrodku saloonu i nie zdążył do łazienki przed tobą - Cha... cha... cha... Paranoja! Zawracaj chłopie, dopóki nie rzuciło ci się na umysł. Czy to może się walnąć przy okazji do mózgownicy...?! Całkiem możliwe... Trzeba by poczytać coś „w tym temacie (jak mawia grupa gnojków u żłobu... - chudopachołki, jedne! ); zresztą czy warto zawracać sobie dupę po tak ewidentnym orzeczeniu; przecież klops niezawodny, to po jasną cholerę jeszcze wysiłek umysłowy i ta durnowata dociekliwość... żeby wiedzieć na pewniaka; po co na pewniaka ?! Zgłębić do cna ?! - z jakiej niby kurewskiej przyczyny?! W jakimś uświęconym tradycją dociekaniu celu?! Cel - uświęca środki... Cha, cha, cha! - głupi numer! Jeszcze gorszy niż w nowo wykreowanym kabarecie, gdzie nie tylko fałszują melodie, ale własne facjaty wystawiają zamiast duszy przed publikę. Pełny odlot choć nie pierwyj sort z pewnością. Kiepska reżyserka. Ty nawet o tym nie musisz wiedzieć... Facet, pomyśl; masz swoją twarz i dupę wyłącznie dla siebie, pacanie boży; zrozum prostą zależność; życia się nie wydłuża dla własnego widzi mi się, lecz najczęściej po to, by nadziewać się na kupę nieszczęść, zrozumiałeś: na kupę! Śmierdzącą. Zafajdaną! Koniec, kropka. Wtedy staje się jasne, że cały ten gips - to zamieszanie w twoim życiu wycenione przez obcego medyka niekoniecznie musi mieć jakikolwiek związek z klarownością postępowania, jakąś logiką rzeczy; raczej stało się dziełem głupiego przypadku, ba - nieuleczalnego przypadku; zwyczajne draństwo przyszywane grubą dratwą! Więc myśl człowieku, myśl?! Skup się... Aby na pewno masz rację?! Nie właź dobrowolnie do matni. Skup się do cholery wale jeden! Na czym chcesz opierać pewność, że wszystko przepadło w jednej sekundzie i wypada tylko czekać z rosnącym z dnia na dzień ładunkiem bezsilności, krępującym swobodę ruchów podobnie do wodorostów oplatających ciało feralnego pływaka, którego skusiła nieskazitelna powierzchnia głębi i teraz się mota w końcowym uścisku ciągnących do dna śliskich łodyg przepięknie prezentujących zwodniczy urok nenufarów. Wiara i pewność - nie mają ze sobą punktów stycznych w rzeczywistych wymiarach, kiedy przychodzi ci zmierzyć się z zaskoczeniem, któremu na imię niech będzie np. zatracenie. Określenie zupełnie obojętne zresztą. Bez znaczenia dla the endu... Całkowicie. Pusta nazwa, bez tętniącej treści. Nawet pozbawiona - o zgrozo zaskoczenia - odrobiny prawdziwego bólu. Wyraz. Człowieku, opamiętaj się z tym głupim pragnieniem potwierdzenia pewności. Cóż ona znowu znaczy? Klasyfikacja została dokonana w miarę sumiennie. Podwójne sprawdzenie. Więc czego do diabła jeszcze marudzisz cymbale; poszukujesz litości? Nie, tego nigdy nie darowałbyś komukolwiek; tego się nie kupuje bezkarnie - a lustro przeważnie nie kłamie, jeśli go do fałszerstwa nie przymusisz... Schyl się przynajmniej na moment, ukryj tę przeoraną czasem facjatę, przymknij oczy; nie ma żadnego istotnego powodu do pośpiechu. To twój kawałek czasu. Niepodzielnie panujący nad tobą bieg wydarzeń. Nie jesteś jego Janusz M. Moździerz 25 szefem. Raczej wyrobnikiem wyznaczonej roli. Może nawet po części dobrowolnym wykonawcą? Podświadomie. Odwróć głowę na moment. No jasne! Sprawdzić nigdy nie zawadzi. Coś się przepuściło w życiu i efekt nie każę za długo czekać. A może to zwykła genetyka?! Raczej tak. Raczej na pewno - tak! Tylko dlaczego wypominać nieobecnym?! Zaglądać w łańcuch ginący w mroku genealogii. Bezsens i niegodziwość niepotrzebna; żadne koło ratunkowe; raczej kula u nogi... Psu na budę, jak mawiają (sorry - mawiali, bo już całkiem staromodnie zabrzmiało !!!j Br...! Zimno w tym klozecie. Wypada zmienić m.p. Cholera, jakby nie patrzeć - pełna entropia i niczego w perspektywie... Żadnego zamiennika. Ani zmiennika - Cha, cha, cha! Kto chciałby dobrowolnie pchać się w ramiona kostuchy..?! Głupie pytanie! Jednak potrafi trochę rozładować napięcie. Jakbyś zwalał ze swoich barków odrobinę ciężaru na cudzy kark; a - masz! a - masz! - po równo koleżko od cierpienia... Bzdurne bajdurzenie; a jakie ono może być, powiedz chłopie, powiedz, jeśli wiesz... Zawracanie gitary! Nie ma odpowiedzi na durnowate zaczepki. Jesteś i pozostaniesz do końca w tzw. samowiedzy absolutnej. Ten absolutyzm jest zresztą bardzo na miejscu, (teoretycznie wszak) chociaż przywołany ku pamięci w cuchnącym przybytku. Trzeba porzucić ten lokal jak najszybciej. Chociaż wyjścia z samej sytuacji raczej nigdy nie będzie widać, ale opuszczenie tego ponurego od godziny kawałka przestrzeni wydaje się nietrudne, pomimo słabnącego ego i paskudnej prognozy. A pogoda przepiękna! Absolutnie piękna!!! Błękit niczym nie zmącony z coraz bardziej odpływającą czapą chmur - oczywista, tam bliziutko w górze; im dalej tym jego głębia ciemnieje w czarną dziurę... Kurwa mać była!!! Jeszcze tego tylko brakowało do pełni szczęścia... Astronom amator... jego była! Jak to szło? „Jeśli nie charyzma to na pewniaka chujowstwo wielkie!” Właśnie. Pogoda zawsze jest, jak mawiają synoptycy i oni mówią co wiedzą - pewniaki. I ten cholerny łapi-duch też pewniak, jakby nie zdarzały się pomyłki w jego fachu... Przecież do jasnej cholery w encyklopedii byle jakiej znajdziesz człowieku dokładną czy bardziej popapraną definicję remisji... No, może nie całkiem dobrą, ale zawsze coś tam obiecującą. Obiecanki cacanki a komu radość... Głupio jakoś się robi. Po prawdzie prognozy też mogą być zmyłkowe... Zwodnicze całkowicie. Wiadomo: zawsze na dwoje babka wróżyła. Chytreńka. Cwana... Babki - a laseczki w szczególności - na ogół bywają wycwanione że hej, to fakt! Zatrzymał się w progu. Kałuże jeszcze parowały. Przez konary rozłożystych kasztanów przebijało czerwonawo słońce. Triumfalny łuk przedwieczornej tęczy zwiastował piękną pogodną noc. Ruszył w nadciągający mrok. Jakoś to będzie. Jakoś trzeba to znieść, przetrzymać, przechytrzyć nieomal. Obmacać po cichutku, bez dotykania - w myślach zaczajonych. Właśnie: zaczajonych... Komu komu, bo idę do domu.. ?! 26 Przyjaciel Ryszard Filbrandt PRZYJACIEL Antoni spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina dziesiąta. Oho, już pora! - pomyślał. Zamykając książkę, z zaciekawieniem spojrzał na swojego przyjaciela, który siedział nieruchomo na krześle i w milczeniu wpatrywał się w okno, za którym rozciągał się widok na kilka sąsiednich bloków mieszkalnych monotonnego, prawie pozbawionego drzew osiedla. - Drogi Marku, przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie uważasz, że już czas na kawkę?- spytał Antoni. - O-czy-wiś-cie. Bar-dzo chęt-nie też się na-pi-ję. Te-raz mo-ja ko-lej - odpowiedział metalicznym, nieco dudniącym głosem Marek. - Za-raz zro-bię - dodał unosząc się z miejsca. Po krótkim wahaniu sztywnymi, mechanicznymi krokami skierował się w stronę kuchni. Gdy Antoni został sam, uśmiechnął się do siebie. Był zadowolony z zakupu robota. Jakość wykonania była bardzo wysoka. Tylko z bliskiej odległości można było zorientować się, że to maszyna. Droga to była inwestycja, ale ... opłacało się. Wreszcie skończyła się jego udręka, jaką była wieloletnia, wyniszczająca psychikę samotność. Kupił sobie przyjaciela. Sztucznego, bo sztucznego, ale lepszy taki, aniżeli żaden. Z kuchni dobiegały odgłosy krzątającego się Marka. Kiedy ustały, on sam zjawił się w pokoju z tacą, na której ustawione były dwie filiżanki z gorącą kawą, cukiernica i talerzyk pełny ciasteczek. Nie pierwszej już młodości, ale jeszcze pełen energii i chęci do życia mężczyzna w okularach lubił tę wykrojoną z monotonii dnia chwilę. Czekał na nią z niecierpliwością. Aromat zaparzonej kawy i płynąca z radia odpowiednia muzyka wprawiały go w dobry nastrój. - No, no ...co za zapach! - Dzię-ku-ję - odpowiedział skromnie najnowszej generacji robot. - Na pewno już ci to mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz. Jestem z ciebie zadowolony. Od samego początku sprawujesz się na medal. Doprawdy nie wiem, jak mogę ci się za to odwdzięczyć. - Cie-szę się. Dzię-ku-ję. Nie ma o czym mó-wić. To dla mnie zasz-czyt słu-żyć to-bie. - Marku, nie jesteś dla mnie żadnym służącym, czy lokajem, tylko najnormalniejszym w świecie przyjacielem. Tak ciebie traktuję. - Pięk-ne dzię-ki. Jest mi bar-dzo przy-jem-nie. - Wyjaśniliśmy sobie co trzeba. A teraz, jeśli nie będziesz miał nic przeciwko temu, wrócę do lektury mojego ulubionego pisarza- to mówiąc Antoni sięgnął po leżącą na stole książkę.- Bardzo interesująca powieść. Polecam. Naprawdę warto przeczytać. Ryszard Filbrandt Tl - Póź-niej chęt-nie sko-rzys-tam. Te-raz zo-ba-czę, co tam sły-chać w świe-cie- odpowiedział Marek włączając komputer. W pokoju zapanowała cisza. Obaj przyjaciele pogrążyli się w swoich ulubionych zajęciach. MARATON Wreszcie padł strzał. Wielotysięczny tłum zawodników - do tej pory zamarły w bezruchu, a przez to zdający się tworzyć wielki, jednolity w swej masie organizm - ruszył na trasę biegu maratońskiego. Niemal każdy z nich (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) marzył o zwycięstwie, prawie każdy widział siebie na najwyższym podium. Dlatego, już na pierwszych metrach dystansu kilku śmiałków pognało mocno do przodu. Bardziej rozsądni i obyci w bojach na razie oszczędzali siły. Po kilku kilometrach wzdłuż trasy zaczęły tworzyć się grupy. Było ich kilka. W miarę upływu czasu ich liczba stale rosła. Na końcu stawki zawodników biegł osiemdziesięcioletni mężczyzna. Oddychał ciężko. Towarzyszył mu wysoki, szczupły młodzieniec. Ten ostatni z troską wpatrywał się w swojego dziadka; był czujny, w każdej chwili gotów nieść mu pomoc. - Jacusiu, mój drogi wnuczku, chyba już dosyć tego ciągania się ze mną. Przyspiesz wreszcie. Pokaż na co cię stać. Czy nie uważasz, że to wstyd, żeby taki młody i silny człowiek jak ty stawił się na mecie ostatni? Pędź do przodu, Jacusiu, pędź! Nie oglądaj się za nikim. A szczególnie za mną. O mnie nie musisz się martwić. Ja i tak będę pierwszy. Ha, ha, ha!- zaśmiał się stary. Dla otuchy poklepał go jeszcze po plecach i dodał:- No, dawaj, dawaj, Jacusiu! Śmiało do przodu! - Oj, dziadku, dziadku, tobie zawsze żarty w głowie. Nawet w takiej chwili - odpowiedział wnuczek kiwając z uśmiechem głową. - Co, może nie wierzysz, że będę pierwszy? Przecież wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. No, dosyć już tego gadania. Biegnij, chłopcze, biegnij. Szkoda czasu. Powodzenia! Wnuczek badawczym wzrokiem obrzucił twarz starego. Tym razem była nad wyraz poważna, wzbogacona tajemniczym zamyśleniem. W tych okolicznościach Jacek, po krótkim wahaniu, naprężył mięśnie i bez słowa ruszył przed siebie. Biegł równym, długim krokiem. Bez większego wysiłku mijał jednego zawodnika za drugim. - Zuch, chłopak! - szepnął sam do siebie stary człowiek:- Da sobie radę. Wierzę w niego. Ale i tak ja będę pierwszy! - dodał wpatrując się z zadumą w zawieszone na niebie białoszare chmury. Bieg trwał dalej. Zawodnicy krok za krokiem, metr za metrem zbliżali się do mety. 28 Zwierciadło * Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego na ceremonię pogrzebową przybyła tylko najbliższa rodzina. Gdy czterej mężczyźni w czarnych garniturach i białych rękawiczkach opuścili trumnę do głębokiego dołu, a potem zabierali się do jego zasypania, nagle z wnętrza dębowej skrzyni rozległ się przytłumiony głos: - Widzisz, Jacusiu, mówiłem ci, że do mety i tak dobiegnę pierwszy. A ty mi, chłopcze, nie wierzyłeś! ZWIERCIADŁO Przechodząc obok lustra, spojrzał w nie od niechcenia. I w tejże samej chwili raptownie zatrzymał się. To co zobaczył, albo właściwie, czego nie zobaczył, wprawiło go w zdumienie. Zwierciadło było ... puste. Nie ujrzał w nim- tak, jak się spodziewał- swojego odbicia. Obudowana pozłacaną ramą szklista przestrzeń była pusta. Zaniepokoił się. - Co jest, u diabła?! - zawołał z przerażenia. Nie mogąc znaleźć sensownej odpowiedzi na tę zagadkę, odszedł od tego dziwnego miejsca na odległość kilku kroków, po czym znów do niego wrócił. Niestety, sytuacja i tak nie uległa zmianie. W lustrze nie było nikogo. Na wszelki wypadek wyciągnął przed siebie rękę i palcami dotknął chłodnej tafli. - Muszę kupić nowe - oświadczył krótko ze wzruszeniem ramion. Nazajutrz wczesnym rankiem zerwał się z łóżka i od razu podbiegł do zwierciadła. Tym razem efekt był już inny. Zamiast swojej twarzy, ujrzał maskę najnowszego modelu samochodu BMW. Odetchnął z ulgą. Stanisław Modrzewski 29 Stanisław Modrzewski REFLEKSJE PO LEKTURZE „KORONCZARKI” ANDRZEJA KASPERKA Andrzej Kasperek Koronczarka 30 Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka Najbardziej wyrazista myśl spośród wielu jakie rodzą się podczas lektury (a i po lekturze) nowego tomu opowiadań Andrzeja Kasperka jest taka: teksty Andrzeja Kasperka trzeba czytać ostrożnie^ niespiesznie, każdy z osobna i każdy w kontekście całego zbioru. To lektura wymagająca z bardzo wielu względów, ale jest to trud, któremu towarzyszy (wraz z każdym przeczytanym tekstem) wzrastające poczucie obcowania z prawdziwym pięknem. Tom składa się z dwóch części: w części pierwszej znajdujemy siedem opowieści napisanych w poetyce (na pierwszy rzut oka) wspomnieniowo-gawędowej. Narratorski głos jest w tych opowiadaniach naznaczony rysami charakterystycznymi dla prozy autobiograficznej, a podstawową materią podlegającą literackim uporządkowaniom jest rzeczywistość osobiście doświadczona, przeżyta. Opowiadające „ja” i „doświadczające ja” dają się rozpoznać jako literackie wizerunki Autora. Tak jest we wszystkich tekstach składających się na część pierwszą - między innymi w opowiadaniach „Wyścig Pokoju”, „Koronczarka” Święty Michał miał koguta”. Natomiast w części drugiej odautorski narrator - mający szeroki, panoramiczny ogląd „historyczny” mówi głosem zogniskowanym na świadomości wybranej postaci należącej do opowiadanego świata. Materią podlegającą literackiej „obróbce” są wydarzenia nie należące do biografii autora, a do historii świata (miejsca) mu bliskiego - Żuław, a więc do historii przestrzeni macierzystej autora. Tak jest w opowiadaniach „Spopielałe włosy Sulamitki”, „Są klucze, ale nie ma drzwi”, „Zamyka się furtka Czarnego Ogrodu”. Tak więc w całym zbiorze są to opowieści o sobie jak i o historii mojej (tj. autorskiej) przestrzeni macierzystej. To jedna z najbardziej ogólnych zasad spajająca zbiór opowiadań w całość artystyczną wyższego rzędu. Takich zasad jest więcej. Postaram się w tym eseju przynajmniej niektóre rozświetlić, bo nie zawsze są one widoczne w lekturze pobieżnej. ZASADA POZORNEJ ANEGDOTYCZNOŚCI Wiele opowiadań Kasperka na pierwszy rzut oka to dość swobodnie snute anegdotyczne wspominanie ludzi i rzeczy, które przeminęły. Opowieści rozwijają się od wspomnienia do wspomnienia, fragmentaryczne obrazy, ułomki przeszłego świata - jak chociażby w opowiadaniu „Wyścig Pokoju” — nawlekane są na nić opowieści o „naszej damce. Sama zaś nić rozciągnięta jest pomiędzy dwoma metonimicznymi obrazami: „nasza damka” a współczesny „wypasiony”, „wyczesany” rower. Wokół tej konkretnej, anegdotycznej opozycji krystalizują się opozycje kolejne: „ja opowiadające’ „ja doświadczające ; świat współczesny a świat „dawny”. Dwa różne rowery stają się głównymi metonimicznymi obrazami światów o rozbieżnych wartościach. Dziś rower służy tworzeniu określonego simulacrum. Jazda na rowerze to akt kreacji własnego wizerunku. Nie jedziemy a „wyruszamy w trasę”, ubrani w kosmiczne stroje, przy takim rowerze nie wypada kroić ogórka. Dopieszczony, doczyszczony, lśniący rower staje się wartością autonomiczną. Dawniej przedmioty miały charakter wspólnotowy. Damka to „nasza damka - rodzinna własność: związana z tatą, i ze mną opowiadającym... i ostatecznie „nasza damka gdzieś odjeżdża zabrana przez” pijane towarzystwo”, a narrator zdaje się to relacjonować z dużym Stanisław Modrzewski 31 zrozumieniem sytuacji: „nikt ich nie gonił”. Przedmioty mogły przecież spełniać swe istnienie w życiu innych; jak to ilustruje historia kolarzówki przekazywanej z rąk do rąk, bo była potrzebna innym, aż do zapomnienia. Przedmioty nie służyły tworzeniu simulacrum. Bywały przyczyną drwin, docinków, żartów. Miały podstawową wartość jako narzędzia i sposobności doświadczania świata, a w tym zachwytu nad jego pięknem. Pozornie to swobodne snucie wspomnień o damce, o Wyścigu Pokoju, o wywrotce na żuławskiej drodze, o posterunkowym, o ojcu, o domu rodzinnym itd... itd... To wspominanie teleologicznie niezorientowane, a więc bez wyraźnie ujawnionego celu poddane jest wielu rygorystycznym porządkom artystycznym. Rygorystycznym, a jednocześnie delikatnym i nie rzucającym się w oczy, jakby naturalnym, jakby rządzonym tylko zasadą skojarzeniową. Ponad anegdotycznym pozornym rozgardiaszem Kasperek buduje świat, w którym istniała piękna relacja pomiędzy ludźmi a rzeczami oraz pomiędzy ludźmi. W jego tekstach wciąż powraca poczucie wspólnego świata: rodziny, kolegów, ojczystych stron. Był to świat naznaczony brakiem raczej niż nadmiarem, ale nie było to simulacrum, a życie nie było symulacją zafałszowane obrazy tworzącą i karmiącą. Prawda o braku, jako cesze głęboko wpisanej w rzeczywistość wciąż się ujawnia w opowieściach Kasperka. „Nasza damka” - była (w oczach innych) nie taka, jak rower być powinien; tacie brakowało wzrostu, telewizor się psuł, drogi z dziurami (wypłukanymi przez wiosenne deszcze); okna zabijane na zimę, brak pieniędzy, śmierć i tęsknota za obecnością przyjaciela itd., itd. Brak jest wpisany głęboko w nasze życie. Nadmiar (czy raczej tworzenie obrazu perfekcyjnego nadmiaru) jest jakimś zasadniczym fałszem współczesnego świata. Jest życia symulacją. Pozostaje tęsknota za pełnią - to prawda o życiu, której nie można zgasić nadmiarem rzeczy. Tęsknota ta ma swój wymiar dramatyczny, ledwo zarysowany w sytuacji narracyjnej: opowiadający jest sam w górskim pensjonacie i jak mówi: „To dobrze - zdążyłem pomyśleć na odlocie”. Jakim odlocie i ku czemu, i od czego? - na te pytania czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam. ZASADA UWAŻNEJ (RE)KONSTRUKCJI SENSU Teksty Kasperka wymagają lektury uważnej. Pozornie naturalny tok wspomnieniowy zdaje się sugerować, że narrator opowiada w porządku, w jakim zdarzenia następowały po sobie i nie ma w tym żadnych innych rygorów organizujących. Cóż może być bardziej naturalnego niż osoba opowiadająca o tym, co jej się przydarzyło w porządku chronologicznym? Dobrze jest wszakże pamiętać, że w sztuce nie ma nic naturalnego, że sztuka jest sztuczna. Uporządkowanie opowieści odbywa się już w akcie wyboru. Jak czytamy w jednym z opowiadań: „Bo przeszłość z biegiem czasu obumiera, jak nasza pamięć, albo jeszcze wcześniej, a miejsce, w którym byliśmy przedwczoraj, przestaje istnieć tak samo, jak nie istnieją dla nas miejsca, w których nigdy nie będziemy. Pamięć oczyszcza, kondensuje, wydobywa pewne rysy i usuwa inne.” Wydobycie tych a nie innych elementów, usunięcie niektórych kondensacja i oczyszczenie - to (niektóre tylko - tu w odautorskiej refleksji ujawnione) zasady artystycznej obróbki życia „jakie było”. 32 Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka Wydobywanie, kondensacja i oczyszczenie to nie tylko sposoby działania pamięci, to także sposoby artystycznego układania elementów świata w skomplikowane całości, które stają się dla czytelnika problemem interpretacyjnym. Tak jest na przykład z kreacją postaci Heleny w opowiadaniu „Koronczarka”. Opowiadaniu na tak ważnym dla Autora, że wybrał je na opowiadanie tytułowe całości zbioru. Selekcjonujące i oczyszczające wspominanie, takkondensuje znaczenia wokół postaci tytułowej, że czytelnik wprowadzony zostaje w spiralę interpretacyjną, a ostateczny sens postaci Heleny pozostaje nieuchwytny. Jest ona definiowana na różne sposoby i bywa włączana w rozmaite konteksty kulturowe. Oto lista wybranych „znaczeń” Heleny: 1. Szara, niepozorna myszka. 2. Dusza nie dająca znaku. 3. Dziewczyna z prowincji niepasująca do wielkomiejskiego sznytu. 4. Dziewczyna, która siebie określa słowami piosenki: lama walrus; Iam Lucy in the sky with diamonds. 5. Podobnie jak Lucy z wiersza Wordswortha zniknie, a jej ślady zawieje śnieg. 6. Schizofreniczka. 7. Biedne dziecko, któremu nikt nie potrafił pomóc. 8. Czy to znana w poetyce romantyzmu polskiego ondyna, rusałka, świtezianka wołająca (nadal po kilkudziesięciu latach) chłopca stojącego nad brzegiem jeziora? 9. Czy to może Lady ofthe Lakę z rycerskiego romansu? 10. Czy przegapiona zakochana? 11. Samo opowiadanie - jak płótno Yermeera tworzy obraz osoby „odwróconej” od świata - dla świata zamkniętej. Znaczenia się mnożą. Czasem bardziej oczywiste, czasem tylko aluzyjnie, czasem przez (mogłoby się wydawać „przypadkowe” zbieżności. Całkowicie samodzielnie musi czytelnik „wpisać” złożona i migotliwą postać w jej „'przestrzeń macierzystą”. Tu narrator wcale nam nie pomaga. Ta parrhessia - otwarcie przestrzeni domu rodzinnego niejako zastępuje „otwarcie postaci”. Musimy próbować ją zobaczyć jako osobę z tej przestrzeni: ascetycznej (nieomal kenotycznej); przestrzeni języka polskiego (w jego archaicznej - biblijnej wersji); przestrzeni korzeni rodzinnych i etnicznych. Ostatecznie opowieść ta ułożona zostaje jako opowieść o bólu. Rozpoczyna się anegdotycznie jako opowieść o bólu zęba, o fizycznym bólu i jego „mierzalności” a rozwija się jako opowieść o bólu drugiej osoby (bólu, w którym nie można było uczestniczyć; cóż miałem robić?) a w końcu staje się wyrazem cierpień opowiadającego: To miało zostać zapomniane: to już było zapominane, a okazuje się wciąż obecne, wciąż w swej wieloznaczności nieuchwytne. Lektura opowiadania staje się przeżyciem dojmującym, gdy zestawimy dwa bodaj najważniejsze znaczenia Heleny: jako Koronczarki - postaci odwróconej od świata a jednocześnie „przegapionej Zakochanej” Opowieść sprzed kilkudziesięciu lat okazuje się nieskończona. Trwa. Dystans czasowy zostaje pochłonięty przez uczucia. Towarzyszy temu dramatyczna zmiana czasu przeszłego na czas teraźniejszy w końcowym akapicie opowieści, gdy opowiadający/doświadczający stoi bezradny nad brzegiem jeziora a w swej bezradności podobny do myśliwego z oglądanego wcześniej obrazka - czekającego na sąd z kapelusikiem z piórkiem w ręku. Nie wolno zaufać autorowi/narratorowi, tworzącemu iluzję, że opisuje rzeczy dlatego, że tak było -jako „szczegóły okolicznościowe”: np. reprodukcja obrazu „Sąd nad myśliwym” w poczekalni u dentysty. To właśnie w tej scenie Helena zostaje określona jako „szara myszka”. Zycie „jakie było” - czasem - nie do końca przechodzi: pozostaje wspomnienie piękne i bolesne. I pytanie o sens tego, co się wydarzyło. Sens nieuchwytny dla czytającego, a być może i dla Opowiadającego. Pozostaje literatura - próba zrozumienia sensu i jego wypowiedzenia. Stanisław Modrzewski 33 SZTUKA UKŁADANIA KONKRETÓW Pobieżna lektura tekstów Kasperka może pozostawić wrażenie, że jest on „realistą - dokumentalistą”. Tak jest w przypadku opowiadania pod tytułem „Nagły koniec babiego lata”. Swobodne, niespieszne wspominanie Matki ma nosi wyraźne znamiona bardzo osobistego, wyznaniowego wręcz dokumentu. Jednocześnie, owo bardzo intymne wspominanie jest wielowątkowe. Kilkoma mocnymi rysami przywołana jest tu historia ziemi macierzystej (odłamki znajdowane w rąbanym drewnie, obecny także w wieku dojrzałym strach zrodzony przez zasłyszana w dzieciństwie opowieść o samochodzie, w którym mordowano więźniów Stuthoffu). Jest tu obecny i temat języka odchodzącego w niepamięć: „Już i tak zmitrężyliśmy parę dni, wyglądając lepszej pogody. Więcej czasu nie było. Jeszcze tydzień i pogniją źmioki. Okutani w przeciwdeszczowe peleryny. [... ] Duże sztuki wsypywało się do jednego worka, te małe i nabołałe, czyli poranione motyką. [... ] Tyle że nie poezja była mi teraz w głowie ani archaiczna forma dżedż, przez którą poległem na egzaminie z gramatyki historycznej języka polskiego, nie potrafiąc wyprowadzić etymologii popularnej wśród wędkarzy pierścienicy”. Jest obecne nostalgiczne wspominanie świata, który odszedł: „Gdyby jeszcze człowiek mógł po prostu tylko siedzieć sobie przy kaflowej kuchni ze szklanką herbaty. Nawet ten najtańszy, najpodlejszy, ale jeszcze dostępny ulung smakował wtedy wybornie. Zwłaszcza gdy się go uszlachetniło kilkoma kroplami soku z dzikiego bzu ze starych zapasów.” To świat zapoznawany, świat wiary w moc gromnicy wspartej wysiłkiem modlitewnym. Jednocześnie to świat, do którego należała matka. Każdy z tych wymiarów przemijającego świata jest przez Autora delikatnie zarysowany, za pomocą ekwiwalentów, metonimicznych fragmentów - nie maluje on szerokiej panoramy - ale każdy z tych wymiarów jest silnie naznaczony przemijaniem i zapoznawaniem. By użyć jego własnej metafory - snuje Kasperek nici babiego łata. Tka świat jak pająk - z delikatnych, bardzo różnorodnych nitek wspomnień układa świat motający się wśród światów większych - historycznych ściernisk i drzew. Jak czytamy: „Babie lato to ładna nazwa. Nikomu nie przeszkadza, gdy pajączki rozsnuwają swoje misternie utkane nitki. Srebrzyste i cienkie motają się po ścierniskach i po drzewach. Wystarczy tylko machnąć ręka i zetrzeć je z twarzy. Słońce jeszcze całkiem mocno grzeje. Jakby wiosna i lato przeżywały swe ostatki”. Tak oto, piękny liryczny fragment opisujący świat daje się (a może nawet, żąda aby go czytać jak autotematyczną refleksję nad własnym pisaniem-wspominaniem. Tworzę moim wspominaniem delikatne światy: wystarczy tylko machnąć ręką i można je zetrzeć. Dlaczego nie machnąć ręką? Bo warto to wszystko ocalić. Nade wszystko ocalić warto świat wartości. Ocalanie wartości to - jak sądzę - jeden z głównych tematów całego zbioru. Realistyczno--dokumentalna opowieść o kopaniu ziemniaków zamienia się w opowieść o rozpoznaniu wartości pracy, o wytrwałości. To łączy się z rozpoznaniem wartości Mamy, która wartości te uosabia. Autor kreśli portret osoby odartej z możliwości innych wartości - bardziej spektakularnych, może bardziej wyrafinowanych, ale nie tak podstawowych. „Matka ma być dla swego syna pięknością”. I jest pięknością, przede wszystkim pięknością wartości. 34 Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka Jest i w tym opowiadaniu obecny także temat samotności: samotności, której źródłem jest odmienność systemu wartości rozpoznanych jako ważne. Jest i problem kuszenia, narastającego pragnienia, by rzucić i trud, i cierpienie, i siermiężny wysiłek, i znaleźć się w miejscu suchym, ciepłym. Na wiele sposobów jest to opowieść o wartościach - ich rozpoznawaniu i zapoznawaniu. Mistrzostwo Kasperka polega na tym, że tak delikatną pajęczynę babiego lata potrafi utkać narrację z nici błota, deszczu, dżdżu, ulewy, rozjeżdżonych kolein żuławskich dróg i pól zamieniających się w grzęzawiska, z których tylko żmudnym trudem można wykopać „źmioki”. To sztuka, która konkret czyni uniwersum. Kasperek nie jest „realistą” w tym sensie, że operuje dokumentalnym konkretem, bo „tak było”; jest mistrzem wyboru i układania konkretów wzorem pająka snującego nici babiego lata, by stawały się pięknym wieloznacznym uniwersum i by nie chciało się czytelnikowi machnąć ręką, aby je zetrzeć. ZASADA RÓŻNORODNOŚCI POETYKI Mojej lekturze „Koronczarki” wciąż towarzyszyły dwa wrażenia: z jednej strony autorski głos jest rozpoznawalny, z opowiadania na opowiadane zdaje się poznajemy ten głos coraz lepiej; z drugiej zaś strony dostrzegamy jego ogromną różnorodność. Delikatnie, lirycznie motający świat kruchy w jednym opowiadaniu, w następnym dynamicznie, brutalnie drapieżny - jak to obserwujemy w „Nocnym jastrzębiu”. W tym opowiadaniu materia wspomnieniowo-dokumentalno-realistyczna, życie studenckie połowy lat siedemdziesiątych, zostaje poddana literackiej obróbce podług zasady spirali zstępującej. Dość swobodna linia wspomnień biegnąca od wykładów z filozofii marksistowskiej docenta G. poprzez spacer (wspomagany piwem) z Jelitkowa do Sopotu, i scenki z baru „Zagłoba” stanowi wstępny krąg, który wkrótce zawęża się, a ruch myśli, skojarzeń i zdarzeń nabiera narracyjnego przyspieszenia, zamieniając w bezwładne spadanie na dno rzeczywistości, ku deprawacji, uwodzeniu, piciu i rzygowinom. Tak radykalna zmiana tempa i tonacji opowieści ujawnia główną oś rzeczywistości wysławianej: To oś wartości obcych, na której układane są motywy filozofii marksistowskiej, słownika filozofii pełnego fałszu, deprawującego docenta, zapijaczonych matrosów z Marynarki Wojennej, a w końcu i tajemniczej postaci (docentowego przyjaciela? konkubenta? partnera? kamerdynera?) - rodem z Bułhakowa - zdającego się całkowicie panować nad zarzyganą rzeczywistością pogrążoną w moralnym bezwładzie. To obraz świata opozycyjnie ułożony wobec „Babiego łata” zarówno jeśli chodzi o kompozycję porządkującą „realistyczno-dokumentalno-wspo-mnieniową” warstwę (delikatne piękno nici babiego lata a zstępująca spirala -„nocnego jastrzębia”) jak i o tematykę wartości: Tych strzeżonych przed zapoznaniem („Babie lato”) i tych przed poznaniem ostrzec trzeba. ZASADA TELEOLOGII NIEOCZYWISTEJ Porządek wspominania ma w opowieściach Kasperka zasadnicze znaczenie. W pierwszych chwilach lektury zdają się one niezorganizowanie teleologicznie; nie od razu daje się odgadnąć ku czemu autor zmierza, jaki jest jego cel. Głos wspominający to głos - autobio- Stanisław Modrzewski 35 graficzny „własny” „autorski” i „autoryzowany”. Tak jest między innymi w „Idąc po lodzie” gdzie opowiada mieszkaniec dawnego Tiegenhof (czyli dzisiejszej stolicy Żuław) student polonistyki aktywnie uwikłany w rzeczywistość stanu wojennego. Wspomina z bliżej nieokreślonej perspektywy dzisiejszej rzeczywistości - czasu agitacji za i przeciw obecności w UE. To w wymiarze osobistym czas problemów jasnego widzenia co rzeczywistością a co złudzeniem tylko i omamem. Wspomnienie nędznej knajpy wkrótce przesuwa się ku wspomnieniom studenckich dni (stanu wojennego) i przygód wokół poszukiwań alkoholu i towarzyszących im „patriotycznych” rozważań, roztrząsań, dyskusji by zagłębiać się we wspomnienia czasu umierania rodziców a wyraziściej ojca i jeszcze głębiej ku wspomnieniu ojca wspominającego własne szkolne czasy w Chęcinach a zakończyć gnomicznymi prawdami mennonickimi. Jest to ruch w jednej przestrzeni, ale meandrująca po pokładach wspomnień myśl coraz bardziej i bardziej zostaje umocowana w przestrzeni „macierzystej”. Od stanu płynności ontologicz-nej (złudzenie to czy życie, omam czy realność) wspomnienie biegnie ku prostocie życia, faktów, jasno nieomal gnomicznie formułowanych prawd. Choć nadal towarzyszy jej niepewność i pytanie: gdzie moje miejsce wobec tych prawd prosto formułowanych? Niepewność aksjologiczna tj. dotycząca wartości własnego usytuowania wobec „macierzystych” (jeśli wolicie „tacierzystych”) prawd prostych. Porządek swobodnego wspominania poddany zostaje dwóm regułom: od niepewności ontologicznej („prawda to czy omam”?) do niepewności aksjologicznej i pytań o wartość swojego własnego usytuowania. A druga reguła: wspomnienie biegnie od czasu dzisiejszego ku przeszłości własnej, rodzinnej, przeszłości skrawka tej ziemi, na której istnieć wypa-dło. Obrazowo mówiąc, wspomnienie nie tylko krąży dość swobodnie, przesuwa się po różnych pokładach czasu i myśli, ale i zapętla się w niepewnościach o stan dzisiejszego świata i swoje w nim usytuowanie: To „chodzenie po lodzie” - któremu z oczywistych względów towarzyszyć muszą dwa pytania: o stan rzeczywistości (grubość lodu) i swoje miejsce na nim miejsce - miara wartości mojego chodzenia. Pozostając mistrzem anegdotycznego drobiazgu, scenki rodzajowej, wyczulonym na „mowę cudzą” literacką i nieliteracką - codzienną, gwarową, „inną” jest też wyrafinowanym literackim „organizatorem” wspomnień. O ile pierwszą warstwę można smakować i doceniać w lekturze pospiesznej - czytając Kasperka jako anegdotycznego, realistę-dokumen-talistę i odczytywać jego biograficzne, czy quasi-biograficzne, a może pseudo-biograficzne opowieści; o tyle czytanie Kasperka jako literata w sposób wyrafinowany porządkującego to, co wydaje się swobodnym nieuporządkowaniem wymaga uważnej lektury, wysiłku interpretacyjnego i po prostu dłuższej chwili kontemplatywnych rozważania. Potrzeba czasu by być ze wspominającym, także po zakończeniu lektury, gdy już nie słyszymy jego głosu. Nie tylko CO wspomina, ale JAK i PO CO okazuje się ważne, ale przecież to stara prawda. W Conradowskim sformułowaniu brzmi mniej więcej tak: Tak w sprawach życia, jak i literatury JAK jest ważniejsze niż CO. 36 Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka HETEROGLOSSIA, INTERTEKSTUALNOŚĆ I ZASADA DIALOGICZNA Ważnym rysem pisarstwa Andrzeja Kasperka jest jej wielogłosowość. Kasperek mówi różnymi głosami. Sam Autor częściowo dokumentuje to zjawisko zamieszczając w Apen-dyksie listę autorów, których słowa w jakiś sposób (czasem jako cytat, czasem jako echo) stały się tkanką autorskiego słowa własnego. Życie, myślenie, mówienie nasze własne odbywa się wśród istnienia, myślenia i mówienia innych a tekst literacki - jak to w prowokacyjny sposób sformułował - jest zlepkiem cytatów, bo każde nasze słowo już było użyte i będzie użyte w przyszłości. Żyją więc nasze słowa wśród słów innych. Bachtinowska zasada dialo-giczności jest obecna w tekstach Andrzeja Kasperka w całej swej wieloznaczności... Słowa moje rozmawiają ze słowami cudzymi, teksty moje rozmawiają między sobą, a jednocześnie prowadzą dialog z tradycją. Ta ogólna, abstrakcyjna zasada dialogicznej intertekstualności przybiera u Kasperka znaczącą (choć nie zawsze oczywistą) postać dialogu pomiędzy jego tekstami a tekstami innych. Tak jest na przykład, gdy Kasperek cytuje jedną ze zwrotek „Ody do urny” Johna Keatsa. MIASTECZKO OPUSTOSZAŁE, CZYLI DIALOG Z KEATSEM Druga część książki zawiera opowiadania 3 odmiennej konstrukcji, przede wszystkim jeśli chodzi o ukształtowanie głosu opowiadającego, ale i o inne zasady kompozycyjne. W opowiadaniu „Spopielałe włosy Sulamitki” głos narratora autorskiego, potencjalnie szeroki panoramiczny, ogarniający przeszłość postaci jak i ich przyszłość, zostaje bardzo wyraźnie ograniczony „zogniskowany”: Co prawda znajdujemy odniesienia do wojny prusko-francuskiej, do Verdun, do roku 1913, 1916 itd., ale nie jest to panoramiczny obraz historii; opowieść jest prowadzona z perspektywy z wewnątrz świata. Narrator przyjmuje optykę postaci uwikłanych w historię, zanurzonych w codzienność. Oglądamy świat vision avec, tak, jak jest rozumiany przez Samuela Bernsteina oraz jego córkę Margarete. Historyczne tło przyjmuje kształt wspomnieniowo-anegdotyczny i tworzony jest za pomocą kilku rysów/wątków pokazujących uwikłanie w historię; zmienność tego, co dobrem, a co złem się okazuje. Świat codzienny nasycony zostaje przeszłością, a kształt prywatnego, jednostkowego świata jest wynikiem całego szeregu splotów. Przeszłość stanowi swoiste podobrazie wciąż przezierające spod codzienności prywatnej-intymnej. Jednocześnie autorski narrator nie odsłania tego, co się zdarzy. Nie musi tego czynić, bowiem czytelnik aż nazbyt dobrze wie co czeka postaci. Historyczno-dokumentalny głos zostaje wyciszony a jednocześnie świat zostaje nasycony elementami zapowiadającymi przyszłość. Dzieje się tak na wszelkich poziomach opowieści: Tytułowy motyw spopiela-łych włosów Sulamitki przez odniesienie do „Pieśni nad pieśniami” zapowiada opowieść o spalonej oblubienicy. Epigraf zaczerpnięty z „Ody do urny” Johna Keatsa wskazuje na motyw ofiary, której sensu nie pojmujemy, ale i przywołuje Keatsowski obraz miasteczka opustoszałego, o którym nikt nie opowie. Motto wskazuje na głęboki dialog z Keatsem. Tekst Kasperka można odczytać jako odpowiedź na odę angielskiego romantyka. Autorski Stanisław Modrzewski 37 narrator w przynajmniej kilku opowiadaniach jest tym, którego „brakuje” w opustoszałym miasteczku. Jest artystą wypowiadającym tragedię miasta opuszczonego. Inaczej niż w opowiadaniach części pierwszej „Spopielałe włosy Sulamitki” to tekst wyraźnie teleologicznie zorientowany. Wiemy (nie tylko z lekcji historii) ku jakiej zagładzie zmierza opowieść. Nieuchronność tego, co nadchodzi jest także wpisana w świat za pomocą szeregu literackich (często bardzo lirycznych) aluzji i staje się źródłem podstawowego dramatycznego napięcia towarzyszącego lekturze opowiadania, bowiem postaci, na których świadomości opowieść zostaje zogniskowana pozostają (z małymi wyjątkami) boleśnie ślepe na „znaki czasu”, którymi nasycona jest ich rzeczywistość: W świecie prywatnym, intymnym, własnym postaci z jednej strony przeziera podobrazie historii (przeszłości) z drugiej strony przeziera przyszłość - nierozpoznane znaki czasu. Taki świat to konstrukcja delikatna. Czytelnicy wciąż doświadczają owej kruchej delikatności świata w lekturze, a prawdę tę wypada także odnieść do swojej własnej rzeczywistości. U Keatsa znajdujemy sformułowanie: Beauty is truth, truth beauty („Piękno jest prawdą, prawda pięknem”). Słowa te rozważa Margarete, ale zawęża ich rozumienie: że oto tylko piękno jest prawdą tego świata. U Keatsa „trudną” prawdą o świecie jest to, że w świecie, w którym żyjemy (inaczej niż w świecie artefaktów) za piękno spełnień (miłości, bólu, radości) płaci się przemijaniem. Świat sztuki choć poza- (czy ponad- ) czasowy to świat, w którym spełnienie jest niemożliwe. Otóż trudnym pytaniem jakie stawia Kasperek jest to, czy świat nasz zanurzony w przemijaniu, a jednocześnie odarty ze spełnień, nadal możemy określić jako piękny. Czy ta prawda jest piękna - nie potrafię, nie czuję się uprawniony do formułowania odpowiedzi. Wiem tyle, że Kasperek napisał wyjątkowe opowiadanie. W jego centrum - opowieść o niespełnionej miłości i szerzej o niespełnionym życiu, o życiu spełnionym w całopalnej ofierze, której sens pozostaje nieogarnięty. Liryczną rekapitu-lacją tej opowieści jest tytuł „Spopielałe włosy Sulamitki” odnoszący cały tekst do „Pieśni nad pieśniami”, ale także do „Fugi śmierci” Paula Celana, co otwiera przestrzeń echoiczną, w której znaczenia wybrzemiewają jeszcze długo po zamknięciu książki. Podobnie w opowiadaniu „Są klucze, ale nie ma drzwi”. Autor przyjmuje rolę Keatsow-skiego poety, którego brakuje. Opowiada historię miasteczka Heinricha Koselłi, miasteczka opustoszałego, opuszczonego. Co prawda istnieje Nowy Dwór, ale to przecież nie jest to miasteczko. Doświadcza tego postać prowadząca, czyli ta, wokół której świadomości zogniskowana jest narracja. Przemijanie prywatnego świata ma trzy wymiary: wojenna brutalna zagłada rzeczywistości znanej, to także zwykłe rzeczy przemijanie, a jednocześnie kulturowe zapoznanie. Na różne sposoby światy zapadają w niepamięć, owe Keatsowskie miasteczka, o których nie ma już kto opowiedzieć, dlaczego puste i dlaczego pogrążone w ciszy. Motywem rekapitulującym historię życia człowieka i losy świata są tytułowe klucze. Wokół tego motywu gromadzi autor znaczenia coraz to nowe i coraz bardziej ogólne tak, że konkretny element świata przemieniony zostaje w symbolicznie wieloznaczny znak uniwersalny. Są klucze znakiem świata niespełnionego - są klucze, ale nie ma drzwi, które moglibyśmy otworzyć. Jednocześnie są to klucze do konkretnych drzwi gospodarstwa domowego, a tym samym wskazują na rodzinny dom. W metaforycznym porządku opowiadania 38 Refleksje po lekturze „Koronczarki” Andrzeja Kasperka są to też klucze do wspomnień matki, stanowią bowiem przedmiot, wokół którego krążą jej myśli o przeszłości. Dzięki sekwencji poetyckich ekwiwalencji klucze oznaczają dom, a jednocześnie świat cały, zniszczony tak przez nawałę wojenną, jak i przez nieodwołalne, niepowstrzymane przemijanie. Klucze w scenach intifady są znakiem pragnienia powrotu do świata, z którego odarto uciekinierów. Natomiast ich symboliczne oddanie do muzeum to zamknięcie tych wszystkich znaczeń a jednocześnie odwrócenie zwyczajnego porządku rzeczy: zazwyczaj są rzeczy, do których brakuje kluczy, a tu są klucze, które wskazują na brak świata, w którym mogłyby się spełniać w swym istnieniu. To spełnianie nie jest możliwe także dlatego, że we współczesnym świecie Heinricha Koselli wartość kluczy nie jest rozpoznawana: Dla jego syna to złom, dla wnuka (czytelnika Harry ego Pottera) to narzędzie być może umożliwiające wejście do jakiegoś tajemniczego, magicznego królestwa. W kluczach zostaje zamknięte życie Koselli: od dzieciństwa w domu przy Marketstrasse w Tiegenhof, przez drogę uchodźctwa , tragiczny rejs Gustloffa, schowek- lamus, w którym bawi się wnuk, aż po muzeum w Nowym Dworze Gdańskim. Tak oto klucze zmieniają swój sposób bycia w rzeczywistości: od żywego w świecie funkcjonowania, przez symboliczne świata zamknięcie i wchłoniecie w siebie, aż po zapoznanie przez współczesnych, by w końcu znaleźć swe miejsce w muzeum, gdzie swoją materialną obecnością wskazują na świat, którego brak, a który domaga się opowiedzenia. Keatsowskie opustoszałe miasteczka potrzebują poetów. Nasze światy potrzebują opowieści. Tak jest i ze światem wysłowionym w opowiadaniu „Zamyka się furtka Czarnego Ogrodu” . W opowiadanie tym Kasperek dokonuje artystycznej (re)kreacji fragmentu rzeczywistości doświadczonej przez Weronikę Miłoszowową - matkę Czesława Miłosza - zmarłej na tyfus w listopadzie 1945 roku w Drewnicy. Jak wskazuje tytuł - to ostatnie godziny, a może dni, przed śmiercią. Wszechwiedzący narrator prowadzi swą opowieść tak, że nie wykracza poza wspomnienia, obrazy, myśli, oczekiwania - ogólnie mówiąc, poza widzenie rzeczy przez Weronikę Miłoszową. Dopiero w oddzielonej kompozycyjnie części kończącej tekst wprowadza Kasperek perspektywę zewnętrzną - punkt widzenia księdza dokonującego zapisu w księdze parafialnej. To opowiadanie stanowi artystyczny gest odtwarzający widzenie rzeczy i fakty. Gest wyraźnie naznaczony reżymem filologa i historyka literatury, i znawcy tego skrawka ziemi. Trudno sobie wyobrazić, aby to opowiadanie napisał ktoś inny niż Andrzej Kasperek. Opowiadanie rozwija się w trzech planach: plan wspomnieniowy obejmujący obrazy/ fragmenty biografii Weroniki Miłoszowej od jej młodości po listopad 1945 roku w Drewnicy. Plan drugi to szeroko pojmowana teraźniejszość: życie repatrianckie w Drewnicy, a w tym relacja z Frau Treder - miejscową nauczycielką, staruszką chorą na tyfus, pozostawioną przez rodzinę uchodzącą przed Armią Czerwoną. Wątki, szczegóły, fragmenty, scenki przynależne poszczególnym planom mieszają się i przenikają. Jest to - pamiętajmy- opowieść filtrowana przez świadomość osoby pogrążonej w tyfoidalnej gorączce. Kilka elementów świata odbitych w tym lustrze świadomości powraca w rozmaitych kształtach: to przede wszystkim motyw ogrodu. Ogród w Szetejnach Stanisław Modrzewski 39 (ogród młodości Weroniki Miłoszowej) odmienny, ale jakoś, w kilku szczegółach, podobny do żuławskiego krajobrazu. W rozmowach z Frau Treder pojawia się pod postacią motywu ziemi wydartej morzu przez Fausta jako ziemia nowa - rodzaj ogrodu rajskiego. Także w obrazowaniu Żuław, których przestrzeń zostaje rozpięta pomiędzy kilka wartości. Są Żuławy ziemią nową dla repatriantów. Są też jakimś niedoskonałym odbiciem ogrodu utraconego - wspomnieniem raju. Pani Treder, która „całe życie spędziła w Schónbaum [... ] uważała, że Żuławy to raj na ziemi i nie ma potrzeby nigdzie stąd wyjeżdżać”. A jednocześnie listopadowe Żuławy, zatopione przez uchodzącą armię niemiecką, zgniłe, zarośnięte trzciną i chwastami, stają się poetyckim ekwiwalentem Czarnego Ogrodu - ogrodu śmierci. Z kolei „czarny ogród” jest metaforą aksjologicznie wieloznaczną: „I żadnych w sobie udręczeń nie mieści,/ I żadnej z życia minionych boleści”. Prawdziwie lirycznie, wyzwalając ogromną potencję semantyczną spożytkował Andrzej Kasperek obraz Żuław jednocześnie jako „Rajskiego Ogrodu” i „Czarnego Ogrodu”, odsłaniając prawdę metafizyki żuławskiej codzienności: ten skrawek ziemi to nasz rajski ogród, ale też i nasz ogród czarny. Los uchodźców jest dramatyczną figurą losu pojedynczego człowieka: każdy zostawia za sobą jakiś ogród, który nosi znamiona rajskości, żyje w świecie, przez który ów ogród, z którego zostaliśmy usunięci (czasem bez przemieszczenia) przeziera w drobiazgach przypominających to, co nie do końca przeszłe, a przed nami furtka czarnego ogrodu. Poetyckie ekwiwalencje Kasperka lirycznie sugerują, że może się to dziać w tej samej przestrzeni... KOŁO HERMENEUTYCZNE, CZYLI TYTUŁ JAKO LIRYCZNA REKAPITUALIZACJA CAŁOŚCI Andrzej Kasperek to mistrz pięknych tytułów. Praktycznie wszystkie tytuły jego opowiadań grają w całości i z całości czerpią swe semantyczne (liryczne) bogactwo. To wskazuje na wyrazistą autorską koncepcję całości - ujmowaną w metaforyczo-metonimiczny konkret funkcjonujący jako re-kapitulacja całości. Nieraz podkreślaliśmy, że Kasperek (choć mówi rozmaitymi językami) unika języka ostentacyjnie poetyckiego. Zauważamy, że woli metonimiczny konkret, który uniwersalizuje. Zasada ta nie dotyczy tytułów. Nadając tytuły Andrzej Kasperek bywa nieskrępowanie poetycki. Poetyckość tytułów ujawnia się w grze z całością tekstu. Czytelnik zostaje dobrze umocowany przez Autora w hermeneutycznym kole i „zmuszony” do wielokrotnego przemierzania drogi interpretacyjnej pomiędzy tytułem a całością. Jeśli lekturze towarzyszy poczucie, że zrozumieliśmy wielowymiarowy sens tytułu, i że sporo zdołaliśmy odczytać z tekstu Andrzeja Kasperka - dobrze spędziliśmy z autorem trochę czasu. Poezja Sylwia Stankiewicz UŁOMNOŚĆ Nie jestem godna całować Twojego rzemyka musnąć poły Twojej szaty a przecież chyląc czoło spoglądam w Twoje niebiańskie oblicze czuję dotyk Twojej niewidzialnej dłoni na mojej skroni Przekazujesz mi najgłębsze tajemnice których nie pojmuję 16.03.2014 Poezja 41 OCZEKIWANIE ! Halince Rutkowskiej Wiosna nie wybuchła swym przepychem tego roku, skryła w zielonym kufrze swe blade sukienki i czeka roku przyszłego. Ja czekam swojej wiosny wyglądam istoty nieznanej tkwiącej głęboko w mym sercu, okrytej powłoką mego ciała, dającej odczuwalne znaki z niewiadomego świata. Wiara w słowa białych proroków nie rozświetla mrocznych sal mej duszy; tęsknoty i niepokoje na przemian w niej goszczą. Nie bój się jutra, sustine et abstine -maksymy starych mędrców nie działają ku pokrzepieniu. Jak cię mam powitać moja wiosno, jakie hymny na twą cześć układać, jakie modlitwy odmawiać, byś mogła szczęśliwie wyjść do mnie na powitanie... 42 Poezja Jolanta Steppun *** krzyk Muncha zastygły milczeniem most i otchłań wody w przestrzeni kołują przerażające myśli balansuje otwarta paszcza samotności pożegnanie nadziei rozlewa się ciemną farbą jest aktem umierania wiekami w miliardach obojętnych źrenic samodestrukcja człowieka który utopił się w sztuce walcząc o prawo bycia szczęśliwym bez przyjaciela choćby jednego między dobrem a złem w kolejce na reaktywację życia czekają ludzie jednym się kończy droga innym zaczyna chciałaś uciec przed M... jesteś wariatką jak mogłaś skapitulować na samym starcie po bardzo świeżych przejściach ty kobieta dojrzała niczego nie zapijesz żadnych faktów nie schowasz do kieszeni z wyjątkiem mokrej chusteczki początek miłości jest kwestią czasu i nie ma końca Poezja 43 mogę chodzić bez stanika bo małe zawsze są jędrne w ciszy czytać cudze wiersze znając swoje na pamięć mogę zapomnieć o tobie ale nie zapomnę o nim niczego wbrew swojej woli lokować w niepamięci nie będę mogę ukryć nagość wieszając na tobie kłamstwo wszystkich prawdziwych obrazów tylko jaki to ma sens PRZYJACIELOWI - nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy (W. Szymborska) stracić cnotę to nie to samo co stracić prawdziwą przyjaźń więc ona nie istnieje jest taką samą fikcją jak miłość po jakie licho na tym świecie nazywać rzeczy nie te po imieniu snuć marzenia i nadzieję na owoce z rajskich sadów śnię o słodkich migdałach kiedy w życiu się nie klei żadna myśl a pragnienia na dnie serca rosną by zamienić się w kamień w tobie było niebo w tobie biel dziś zbluzgana kroplą winy nic nie cofnę i nie wskóram łzy płyną tylko na cóż mi one 44 Poezja BYTY NIEMATERIALNE za drzwiami czasu przeszłego nieustannie gromadzą się według trzech kategorii nieważne beztrosko psocą w ciemnych uliczkach wszechświata pogwizdując na człowieka w głębi spora grupa ważnych wydostają się z łatwością poprzez świetliste szczeliny najważniejsze tuż za progiem uderzą falą przypływu w niespodziewanej emocji Poezja Beata Langowska WIECZORNY BLUES szykuję się do snu noc cała w atłasach i cisza rwąca jak krzyk strumień prysznica zmywa me winy wieczorne anioły czekają cierpliwie aż natrę ciało wonnościami twarda musisz być myślę marzenia odkładam żeby się nie potknąć świętości moje jak poczucie winy domagają się audiencji a ja taka zmęczona 17.12.2006 ŻYCIE to nie koncert życzeń ani msza w intencji zwykłe klepisko klepiesz klepią ciebie czasem w wersji rockowej bez piątej klepki ale jest 15.07. 2010 *** nie mamy czasu czas ma nas czasem trudno wszystkich zadowolić szybko przebiegamy kolejny dzień tyle zajęć obowiązków nagród zagród chorób aby stwierdzić uznać komisyjnie że po co to tak 45 15.07.2010 25 lat wolności TA NASZA WOLNOŚĆ... DYSKUSJA REDAKCYJNA - Tytuł naszej dyskusji świadomie nawiązuje do kultowej pieśni Piwnicy pod Baranami „Ta nasza młodość” bo skoro wracamy do czasu sprzed 25 lat, to znaczy, że wracamy do naszej młodości, jakkolwiek to kombatancko nie zabrzmi. Obchodzimy właśnie 25 rocznicę pierwszych prawie wolnych wyborów w Polsce. Dla wielu z nas był to czas wielkiej zmiany, nadziei, zaangażowania, otwarcia. Porozmawiajmy o tym. Przypomnijmy sobie co robiliśmy 4 czerwca 1989 roku - jakie były nasze nadzieje i oczekiwania wobec nowej rzeczywistości i co z tego wyniknęło? Andrzej Kasperek - Nie zapamiętałem dokładnie, co wtedy robiłem, ale pamiętam, że to były pierwsze wybory, w których uczestniczyłem. W czasach PRL-u nie głosowałem nigdy. Od czerwca 1989 zawsze chodzę na wybory i nie znoszę tego biadolenia, że mamy słabych polityków. Ale czego oczekiwać przy tak niskiej frekwencji, gdy oddajemy władzę walkowerem. Ostatnie wybory do europarlamentu pokazały to wyraźnie. Ten brak zaangażowania, brak więzi społecznych to jedno z największych niepowodzeń 25 lat wolności, która dla wielu okazała się „nieszczęsnym darem”. Wacław Bielecki - Wiosną 1989 roku pracowałem w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie. Byłem wychowawcą w internacie (obecnie na tym miejscu stoi budynek Banku Spółdzielczego), a w szkole prowadziłem lekcje wychowania muzycznego. W ramach zajęć pozalekcyjnych zajmowałem się uczniami LO, którzy grali w zespole muzycznym wykonujących mocną muzykę rockową. Pamiętam, że z wielkim zainteresowaniem śledziłem obrady „okrągłego stołu” i nagrywałem je na taśmę wideo. Na Zielone Świątki wypadające w niedzielę 14 maja 1989 r. wziąłem udział z zebraniu założycielskim Komitetu Obywatelskiego Solidarność w Sztumie. Przewodniczącym został młody nauczyciel historii Leszek Sarnowski. Zebranie to, jak i kolejne, odbyło się w salce parafialnej przy kościele św. Anny udostępnianej przez księdza prałata Antoniego Kurowskiego. Tydzień później oglądałem „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy. Takich filmów nie było „za komuny”. W środę po południu w dniu 24 maja w sali szpitala obyło się spotkanie z kandydatami na senatorów z Solidarności - Jarosławem Kaczyńskim oraz Antonim Borowskim z Elbląga oraz kandydatem na posła - Edmundem Krasowskim. Obecni na sali byli pełni emocji i nadziei. Dzień wyborów, w niedzielę 4 czerwca 1989 r. spędziłem pracując do późnej nocy w komisji wyborczej nr 9 znajdującej się w internacie LO. Przewodniczącym komisji był Wiesiek Murawski. My członkowie „Solidarności”, z wielką radością przyjmowaliśmy docierające do nas informacje o wynikach wyborów do „kontraktowego” Sejmu, a niemalże euforia ogarnęła nas po usłyszeniu wyników wyboru do Senatu. W środę 19 lipca oglądałem w telewizji transmisję z Sejmu. Na prezydenta Polski wybrano wtedy Wojciecha Jaruzelskiego. Wtedy nie bardzo mogłem uwierzyć i zrozumieć, dlaczego tak się stało. Marek Stokowski - „Solidarność” lat 80., za którą kryla się po prostu Polska z marzeń, była moją wielką miłością. Wynik wyborów z 4 czerwca 1989 roku przeżyłem euforycznie. Wyda- Dyskusja redakcyjna 47 wało mi się, że razem z innymi rodakami złapaliśmy Pana Boga za nogi. Potem zaczęły się dziać rzeczy, których nie mogłem zrozumieć, ale na siłę usprawiedliwiałem, jak usprawiedliwia się ukochaną osobę. Wreszcie po latach, zrozumiałem, jak często i jak bezkarnie nas oszukiwano. Leszek Sarnowski - Byłem wtedy w wirze wydarzeń. U nas w Sztumie już w kwietniu, po obradach „okrągłego stołu” założyliśmy pierwszą po delegalizacji „Solidarność”1 w Szkole Podstawowej nr 2, a w maju już mieliśmy sztumski Komitet Obywatelski „Solidarność”, którego zostałem przewodniczącym. Wacław przypomniał mi spotkanie 24 maja z naszymi kandydatami do parlamentu - Jarosław Kaczyński, Edmund Krasowski, Antoni Borowski (później dojechał jeszcze Lech Kaczyński z Gdańska). Pamiętam, że byliśmy tak przejęci tą kampanią wyborczą, że nawet nie przygotowaliśmy wody mineralnej dla naszych gości i w trakcie spotkania kolejno wybiegali do toalety, żeby zwilżyć usta. Dopiero po spotkaniu przyszło nam do głowy, żeby naszych gości zaprosić spontanicznie na kolację. Józef Tymiec miał dom, więc zaprosił wszystkich do siebie i jakoś się udało. Obaj Kaczyńscy, Borowski, Krasowski i my młodzi sztumscy rewolucjoniści - przeżywaliśmy miłe chwile i wspólne emocje ponad podziałami, których wtedy nie było. 4 czerwca w czasie wyborów byłem członkiem jednej z komisji wyborczych w Sztumie. To było fascynujące doświadczenie. Ludzie bardzo entuzjastycznie uczestniczyli w wyborach, po raz pierwszy nie z przymusu czy strachu, ale z własnej woli i z nadzieją. Takie też były moje emocje. Widziałem, jak w miarę liczenia głosów, coraz bardziej przerażone stawały się miny członków komisji szczególnie tych, którzy reprezentowali ówczesną władzę. Nie byli przyzwyczajeni do tego, że wyniki wyborów mogą być jakąś niewiadomą, zaskoczeniem. Przecież we wcześniejszych głosowaniach wszystko dawało się przewidzieć, żadnych niewiadomych. A tu nagle szok. Przedstawiciele legalnej władzy przegrywają. Ten smutek w oczach niektórych członków komisji wyborczych było widać i pogłębiał się w trakcie liczenia głosów. Kartek z głosami na „Solidarność” przybywało z minuty na minutę, a na kandydatów rządzącej partii zdecydowanie mniej. Szczególnym smutkiem (dla nas radością) napawała lista krajowa, która miała być dla komunistów azylem przetrwania, a tu proszę niewdzięczny i niesforny naród skreśla swoich „ukochanych” przywódców. Jedna z kart do głosowania w mojej komisji szczególnie była znamienna i wzruszająca. Na liście krajowej skreślone były wszystkie nazwiska, a dodatkowo dopisane zostało nazwisko Wojciecha Jaruzelskiego i także skreślone. Trudno dziś takiemu wyborcy było by spojrzeć w twarz, kiedy niezasłużenie fetuje się z honorami państwowymi pogrzeb generała. Ale wtedy wynik wyborów był prawdziwą eksplozją radości. Wszyscy nasi kandydaci do sejmu- Edmund Krasowski, do senatu-Jarosław Kaczyński i Antoni Borowski, zwyciężyli we wszystkich obwodach wyborczych w Sztumie, także w słynnym zakładzie karnym, jakby zadośćuczynienie, że przed laty za antykomunistyczną działalność swoje kary odsiadywali tam choćby Adam Michnik czy Jacek Kuroń. Nadzieje i oczekiwania były oczywiście olbrzymie. Demoralizująca komuna wreszcie upada, będziemy mieli wolny kraj, dobre i nie zakłamane szkoły, demokratycznie wybierane władze, pełne półki w sklepach, wolność słowa, dostęp do świata i niezależną kulturę. 1 Na zebraniu założycielskim Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Sztumie w dniu 14 maja 1989 roku uczestniczyły następujące osoby - Leszek Sarnowski, Wacław Bielecki, Marian Szarmach, Inga Murawska, Krystyna Muszyńska, Ryszard Szafrański, Antoni Fila, Andrzej Lubiński, Stanisław Bogdanowicz, Sabina Nalepa, Halina Chodorek, Janina Jarlińska, Ryszard Jarliński, Mirosława Pastuszuk, Irena Rzucidło, Zdzisław Stefański, Ryszard Orłowski, Janusz Szok, Zenon Raszczyk, Józef i Wanda Zdzienniccy, Barbara Radkowska, Małgorzata Sarnowska, Krzysztof Luterek, Krzysztof Żarczyński, Waldemar Wnuk. 48 Ta nasza wolność... Maciej Kraiński - Ten dzień był dla mnie konsekwencją sierpnia 80 i jego zwieńczeniem. Pisałem wtedy: Tu druga brama, druga brama/ Czy bramy w kraju mnie, słyszycie?/(...)/Rodzę życie. Brama była obolałą kobietą z której wylewało się życie. Rodziła się polska demokracja - używało się wtedy modnego eufemizmu, pluralizm. Dzień przed wyborami moja żona Krystyna wyszła ze szpitala. Urodziła synka. A tego najważniejszego dnia byliśmy radośnie podnieceni. Mogliśmy kreślić na kartce wedle własnej woli. Kryśka wciąż obolała, podeszła do urny stawiając niepewne małe kroczki. Wrzuciła kartkę i spojrzała na mnie z radosnym wyrazem triumfu na twarzy. A synowi daliśmy imię Adam, jak pierwszemu człowiekowi. Adam sięgnie po owoc z drzewa dobrego i złego i już zawsze będzie musiał dokonywać wyboru, bez suflera. Marta Chmielińska-Jamroz - No cóż... jestem trochę za młoda i nie mogłam wówczas iść do urny. Przyznam, że pamiętam miting wyborczy w mojej rodzinnej miejscowości -Hajnówce oraz to, że w dzień wyborów w domu panowały niezwykłe emocje. Nasza rodzina była związana z Kościołem i „Solidarnością” choć „działaczy” nie mieliśmy. Raczej było to czytanie bibuły przywożonej z Białegostoku przez brata ciotecznego czy współpraca z księżmi w czasie stanu wojennego. Nie byłam też już w wieku, gdy z rodzicami idzie się do urny, więc nie pamiętam tego dnia, ale mam w oczach sytuację sprzed wyborów, gdy nauczyciel w moim liceum zrywał plakaty wyborcze „Solidarności”. - 2S lat wolnej Polski. Co te lata zmieniły w Waszym życiu? Andrzej Kasperek - Postarzałem się... Ale staram trzymać się prosto, nie popadam w marazm i staram się nie narzekać. Studiuję, pracuję, piszę, podróżuję. Zwiedziłem Europę z moimi uczniami, pokazałem im kilkanaście krajów, wędrowaliśmy od Lwowa do Barcelony. Może niektórzy coś zapamiętali z moich lekcji, przeczytali jakieś książki, które im polecałem, obejrzeli filmy, obrazy, zwiedzili miejsca ...Jestem dziś nie tylko nauczycielem, ale też pisarzem i badaczem literatury. Mam mnóstwo planów i pomysłów, oby tylko zdrowie pozwoliło je zrealizować. Marek Stokowski - Moja mała rodzina żyje w podobnym niedostatku jak kiedyś. Nadal jestem inteligentem w połatanych portkach i nie bardzo mnie stać na kupno książki. Szkoły, do których - po roku 89 - chodziły moje dzieci, były równie złe albo znacznie gorsze od moich. Dostęp do pomocy medycznej wydaje mi się jeszcze trudniejszy niż w PRL-u. Wyraźnie odczuwam też to, że odnowione państwo polskie nie lubi mnie jako obywatela, jego instytucje nadal nie są mi przyjazne, a miałem tak wielką nadzieję, że będzie zupełnie inaczej. Podobno ci, którzy próbują prowadzić jakąś działalność gospodarczą, odczuwają to bez porównania boleśniej. To prawda, w wielu miejscach spotykam teraz więcej koloru, zasobności, uśmiechu i uprzejmości. Prawdą jest też to, że dzięki zmianom politycznym z końca lat 80. otrzymałem możliwość odwiedzenia paru miejsc na świecie, zdobywania tam doświadczeń zawodowych i prowadzenia współpracy z ciekawymi ludźmi z dalekich stron. Także moi bliscy bardzo skorzystali dzięki otwarciu granic politycznych. Niestety, niektórzy z nich wyjechali na amen. Tak jak miliony innych Polaków, często najlepszych. Dyskusja redakcyjna 49 Wacław Bielecki - Tak się złożyło, że od nowego roku szkolnego 1989/1990 zaproponowano mi stanowisko zastępcy dyrektora w liceum Medycznym Pielęgniarstwa w Sztumie. Myślałem, że będzie to przejściowa praca, ale okazało się, że spędziłem tam resztę swojego zawodowego życia, aż do przejścia na emeryturę w 2011 r. Początkowo angażowałem się w działalność samorządową i byłem nawet przewodniczącym Rady Miasta i Gminy Sztum w pierwszej kadencji. Jednak po czterech latach całkowicie wycofałem się z tego obszaru aktywności. Leszek Sarnowski - Pracowałem wówczas jako świeżo upieczony magister historii w szkole i z mojego punktu widzenia było ważne, że teraz już można było legalnie nauczać prawdziwej historii, choć nigdy nie miałem z tym problemu, bo od początku swojej pracy (1987) uczyłem prawdziwej historii, czego pewnie ówcześni dyrektorzy się domyślali, ale co trzeba im oddać, nie ingerowali. Ale w 1989 roku ważne było też to co mogłem robić poza szkołą, a mianowicie realizować najpierw samorządowe, a potem dziennikarskie pasje. Pod koniec roku mieliśmy już swoją gazetkę „Sztumska Solidarność” (wydawaną przy dużym wsparciu naszego posła Edka Krasowskiego), która była kontynuacją biuletynu wydawanego przez związek w 1980 roku. Można powiedzieć, że byliśmy wówczas w wydawniczej awangardzie. Bo 8 maja 1989 roku ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. 28 października 1989 ruszyła „Młoda Polska”, pierwszy tygodnik katolicki na wybrzeżu, redagowany przez młodych działaczy Ruchu Młodej Polski, pod kierunkiem Wiesława Walendziaka. Dopiero 22 lutego 1990 roku wyszedł pierwszy numer „Gazety Gdańskiej” związanej z Gdańskim Kongresem Liberałów, pod kierunkiem Jana Krzysztofa Bieleckiego, Janusza Lewandowskiego i Donalda Tuska. Dwie kadencje byłem radnym w gminie Sztum, co było bardzo ciekawym doświadczeniem. W tym samym czasie współpracowałem z pierwszymi wolnymi mediami na Pomorzu -najpierw z Gazetą Wyborczą, potem z pierwszym katolickim Radiem Plus, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk i w końcu od 1997 roku na ponad 10 lat, już zawodowo, związałem się z gdańskim oddziałem TVP S.A. To była niesamowita i pasjonująca przygoda, choć jednocześnie, ciężka i wyczerpująca praca od wczesnego rana do wieczora, niemal bez wolnych weekendów. Ale dzięki temu poznałem wielu fantastycznych ludzi, z jednej i drugiej strony kamery. Po smutnym rozstaniu z telewizją jestem dziś na powrót samorządowcem, urzędnikiem zajmującym się kulturą, ale i wydawcą i redaktorem kwartalnika „Prowincja”. To jest nasz wielki sukces i wyzwanie, ożywianie smutnej czasem rzeczywistości małych miasteczek, ale jednocześnie wydobywanie z tej rzeczywistości tego co najlepsze, twórcze, ponadczasowe i uniwersalne. Takiego kwartalnika za komuny nikt z nas by przecież nie redagował, bo jaka cenzura pozwoliłaby choćby na odkłamywanie historii czy na jakiekolwiek przejawy niezależnej myśli i twórczości. To bezcenne, zważywszy na to, co najważniejsze, że ludzie chcą to czytać i czuję, że tworzymy jakąś ważną wspólnotę - piszących i czytających, choć i te role, jak pokazuje wiele przykładów, często się zmieniają. Poza tym był to też czas kiedy się okazało, że zapuściliśmy razem z rodziną korzenie w Sztumie. Zdecydował o tym, poza urokliwym miejscem, przede wszystkim właśnie 1989 rok, kiedy tworzyliśmy Komitet Obywatelski, kiedy ludzie wyszli z domu, zaczęli ze sobą rozmawiać. Te przyjaźnie, mimo późniejszych i dzisiejszych różnic politycznych, sporów, przetrwały próbę czasu. 50 Ta nasza wolność... Maciej Kraiński - Chciałoby się napisać zmieniło się wszystko. Zmieniło się jedno pokolenie. Na szczęście ludzie urodzeni po 1989 roku nie pamiętają czasów pogardy i wspaniale. Zeuropeizowaliśmy się. I dobrze. Najważniejsze jednak byśmy się nie zatracili w konsumpcjonizmie i dostrzegli istotę wolności w której można się samemu ukleić. I to jest w moim przekonaniu istota 25 minionych lat, możemy wziąć życie w swoje ręce. Tylko, na Boga, nie dajmy się ogłupić przekonaniem, że coś można zrobić na skróty. Tak się nie da, każdy sukces trzeba wypracować. I dobrze, że już można. Marta Chmielińska-Jamroz - Właściwie jedyną zmianę, którą odczułam i zapamiętałam była ... zmiana nastawienia dyrektorki mojej szkoły, która znana była ze swojego uwielbienia dla komuny i wspominana jako ta, która jeszcze będąc uczennicą zdejmowała krzyże w szkole. Po 1989 r. okazało się, że w zasadzie to krzyż może wisieć. Innych zmian trudno mi szukać, ponieważ wtedy kończyłam I Id LO ...nie mam porównania dorosłych problemów z komuny i „po”. - A jak My, jako naród, poradziliśmy sobie z wolnością Marek Stokowski - W owym pytaniu kryje się założenie, że wolność jest określoną przestrzenią, którą czymś wypełniamy - rodzajem ogrodu, który można pięknie uprawiać albo zachwaścić. Bliższe jest mi przekonanie, że w sensie społecznym czy narodowym wolność to owoc procesu, stałego wysiłku podtrzymywania niepodległości politycznej i możliwości samostanowienia. Właściwsze byłoby zatem pytanie, czy i jak udaje się nam tę wolność wypracowywać i ją chronić. Sensowna odpowiedź wymagałaby zapewne stworzenia arcydzieła filmowego albo powieściowego. W kilku słowach nie można bowiem zawrzeć dramatu wielkiego sporu o to, jak wyjść z rzeczywistości kraju postkolonialnego. Wacław Bielecki - Mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony widzę, że można się u nas cieszyć wolnością, np. nie ma cenzury, nie ma ograniczeń (oprócz finansowych) z wyjazdami za granicę. Z drugiej strony wolność jest nadużywana - wiele partii politycznych i środków masowego przekazu po prostu nią manipuluje. Trudno to znieść. Nie takiej wolności pragnęliśmy, ale widać, że nie ma u nas jeszcze prawdziwej demokracji, te 25-lat to za krótki okres abyśmy nauczyli się z niej naprawdę korzystać. Andrzej Kasperek - Pozwolę sobie zacytować ks. Józefa Tischnera, który już w 1992 r., a więc u samego zarania naszej wolności napisał: „Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nieznanego nam dotąd lęku - lęku przed wolnością? Jeszcze nie tak dawno potwierdzaliśmy dzielnie naszą tożsamość w oporze przeciw gwałtowi, a dziś - odnoszę wrażenie - nie potrafimy spojrzeć w głąb odzyskanej wolności. Czyżby to, o co tak długo walczyliśmy, było dla nas zapowiedzią samego tylko piekła?” Niestety, te słowa są nadal aktualne. Żyjemy w kraju podzielonym politycznie, o rosnących różnicach pomiędzy bogatymi a biednymi. Możemy podróżować po (prawie) całej Europie bez paszportu, możemy legalnie pracować za granicą. Ale wołałbym, żeby te dwa miliony emigrantów z ostatnich lat pracowały i żyły w naszym kraju, żeby tu rodziły się ich dzieci, żeby tu płacili swe podatki. Cholernie mnie boli, że Polska ciągle dla wielu nie jest matką a jest macochą. Pół miliona ludzi, z rozwiązanych jednym podpisem PGR-ów, pozo- Dyskusja redakcyjna 51 stawiono samym sobie a odpowiedzialny za to były premier Bielecki mówi, że nie pamięta, czy zadbano o nich. Nie zadbano, a wszystkie tłumaczenia, że było trudno, są wykrętami. Paradoksalnie najdrożej za polską wolność zapłacili ci, którzy ją wywalczyli - robotnicy z wielkich zakładów pracy. Stocznia Gdańska, zwana kolebka „Solidarności” nie istnieje. To symbol. Dziś widać, że wielkie reformy wprowadzane przez rząd Buzka były jak skok na główkę, ale do pustego basenu. Reforma szkolnictwa nie przyniosła spodziewanych rezultatów (używam tu eufemizmu), a zrzucenie ciężarów utrzymywania oświaty na samorządy okazało się często ponad siły, wyobraźnię i możliwości „organów prowadzących”. Jako przyszły emeryt wolę nie myśleć, jaką emeryturę wypracowałem, bo to i tak niewiele ode mnie zależy. Mam płacić i czekać. Tak samo jest, jak gram w totolotka. O pozostałych reformach zmilczę... Ale przecież podróżując po Polsce widać, jak wypiękniała. Jakie są drogi, jakie domy, jak ubrani ludzie. Może jeszcze kiedyś zdejmiemy ten straszny grymas z naszych twarzy i za-czniemy się uśmiechać. Nie marzę o „plastykowych uśmiechach”, ale marzę o tym, żebyśmy nie patrzyli wilkiem na człowieka; pisał o tym wielki Tadeusz Różewicz. Maciej Kraiński - Jak to zwykle bywa i dobrze i źle. Dobrze bo udało się zbudować system parlamentarny i samorządy lokalne obydwa w miarę transparentne i wolne. Źle ponieważ sito oddzielające przyzwoitość, mądrość i bezinteresowność od ich braku ma za duże oczka. Źle bo w życiu publicznym racja stanu, postawa obywatelska i dobro publiczne przegrywają z partyjniactwem, prywatą i karierowiczostwem. Tischnerowski „nieszczęsny dar wolności” wciąż jest nieszczęsny, a to dlatego, że wolność trzeba kultywować czyli uprawiać nie czekając by decydowano za nas z boku. W moim przekonaniu nieszczęściem jest to, że właściwie wytrzebieni z elit przez komunistów, jesteśmy skazani na osoby sprytnie preparujące swoje życiorysy. Osoby w wielu przypadkach traktujące służbę publiczną, podkreślam służbę - czyli służebność wobec obywatela - jako formę dorabiania się. Na szczęście nie jest to skala rosyjska ukraińska czy choćby kazachska. Za fasadą demokracji wciąż kryją się persony nadęte wielkością marketingu politycznego, celebryckie, niekompetentne, funkcjonujące w konstelacjach klienteli kolesiowskiej. A przecież śmiejemy się z Nikodema Dyzmy i klamkowiczów. Gogolowskie pytanie: Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejcie, jest ponadczasowe. I dalej idąc tropami tischnerowskimi pamiętać należy, że w społeczeństwach postkomunistycznych wciąż żyje człowiek upodlony homo sovieticus. Myślę, że pokutuje wypinanie piersi do Virtutti Mili-tari a Virtutti Civili jest w pogardzie, a tej cnoty obywatelskiej jest nieustanny deficyt. Leszek Sarnowski - Myślę, że my jako Naród poradziliśmy sobie nieźle i dalej sobie radzimy. Patrząc choćby na olbrzymią ilość różnego rodzaju stowarzyszeń i organizacji pozarządowych, gdzie widać rzeczywistą aktywność, wywodzącą się z potrzeby zaspokajania potrzeb innych ludzi, społeczności lokalnej, osiedlowej, wiejskiej, to powiem szczerze serce rośnie. Jest oczywiście wiele przykładów patologicznych, złego wykorzystania środków, cwaniactwa, przekrętów, ale w ogólnym rozrachunku myślę, że udaje nam się powoli tworzyć to co najtrudniejsze i czego nie da się ani zadekretować i przyspieszyć czyli społe- 52 Ta nasza wolność... czeństwo obywatelskie. To moim zdaniem najpoważniejsze osiągnięcie i dalej postulat tego 25-lecia. Dobrze radzą sobie też samorządy, choć nie zawsze w łatwym otoczeniu politycznym. Starają się poprawiać jakość szkolnictwa, gminne i powiatowe drogi, etc. Zapomnieliśmy już, że na starcie nie wszystkie miasteczka i wsie miały na przykład kanalizację, wodę, gaz. Dziś już mają. To miasta i wsie są coraz ładniejsze, a to zasługa samorządów i efekt naszej transformacji czyli także wejścia do Unii Europejskiej, dzięki której spłynęło do Polski bardzo wiele środków finansowych, choćby na poprawę infrastruktury czy ochronę dziedzictwa kulturowego. Bardzo dobrze poradziliśmy sobie w dziedzinie kultury, powstało wiele oryginalnych książek, filmów, arcydzieł muzycznych, dzieł plastycznych, etc. Dajemy sobie radę z przedsiębiorczością. Z dnia na dzień powstaje wiele drobnych firm, choć też i upada niestety, ale to wolny rynek i biznesu nie da się zadekretować, a tym bardziej sukcesu i gwarancji zysku. Znacznie gorzej, mimo wielu prób reformatorskich, poradziło sobie „Państwo” (ochrona zdrowia, ubezpieczenia społeczne, bezrobocie, ubóstwo) i to niezależnie od tego kto nim zarządzał. Mam nadzieję, że obecnemu jubileuszowi, poza zachwytami nad dokonaniami, bo jest ich jednak sporo, towarzyszyć będzietakże poważna refleksja - co zrobić, by większa część Polaków miała powody do świętowania. Marta Chmielińska-Jamroz - Niestety fatalnie. Kiedyś dowcipkowałam sobie, że przejawem polskiej wolności jest usunięcie z klatek schodowych list mieszkańców - bo przecież mamy takie prawo, wolność osobista, prawo do ochrony danych osobowych... niestety to smutne, że nasza wolność najczęściej przejawia się w tak komicznych sytuacjach. Nie umiemy skorzystać z prawa jakie dała nam wolność i iść do wyborów ale jednocześnie wolność wykorzystujemy w eksponowaniu wynaturzeń wszelkiej maści. Wolność spowodowała wiele bardzo negatywnych objawów, jak choćby zwykła wolność osobista sprawcy przestępstwa czy wykroczenia z którym policja czy inne organy muszą się obchodzić jak z jajkiem. Chciałabym podać przykłady korzystania z wolności na nieco wyższym pułapie, jednak do głowy przychodzą mi przykłady znane z pracy, a więc wolność w postaci nieliczenia się z innymi, wolność jako prawo do obrażania innych, przyzwolenie na patologię i wulgaryzację społeczeństwa. Nie protestujemy, bo każdy ma prawo robić co chce... Niestety Polacy, którzy tak często w historii tę wolność tracili nie umieją wykorzystać jej w inny, niż bardzo prosty sposób. Natomiast wolność wywalczoną w 1989 r - na płaszczyźnie politycznej, zaprzepaściliśmy w nie zawsze czystych interesach. Przykłady można znaleźć w każdej gminie, mieście i oczywiście w Sejmie i Senacie. Władza wybierana jest oczywiście w wolnych wyborach i większość opowiada się za takim czy innym układem personalnym jednak patrząc na frekwencję - marna to legitymizacja władzy... Nasuwa mi się takie podsumowanie polskiej wolności - mam do wszystkiego prawo i nie mam żadnych obowiązków. - W swej pierwszej encyklice Redemptor hominis (1979) Jan Paweł II zacytował słowa Chrystusa „poznacieprawdę, a prawda was wyzwoli”. Następnie dodał: „Wsłowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy jako warunek prawdziwej wolności. Jest to równocześnie przestroga przedjakąkolwiek pozorną wolnością, przed wolnością rozumianą po- Dyskusja redakcyjna 53 wierzchownie, jednostronnie, bez wniknięcia w całą prawdę o człowieku i o świecie”. Czy te słowa Papieża mogą być dziś uniwersalnym przesłaniem dla nas wszystkich? Andrzej Kasperek - Mogą, ale Polacy kochają Papieża, tylko nie bardzo lubią go słuchać. Bo najlepiej jak opowiada o kremówkach, taki miły „tatuś święty” (to autentyczny cytat z plakatu, który widziałem w czasie jednej z pielgrzymek; można się z niego śmiać, ale wyraża szczerą miłość do Papieża), którego kochamy i on nas kocha. To ogromne wyzwanie. Bardzo trudne. Marek Stokowski - Brak prawdy, prawda tłumiona i reglamentowana to podstawowy grzech III RP. Nie idzie tu naturalnie o prawdę Ewangelii, ale o prawdę historyczną. Zło komunizmu nie zostało nazwane złem, złoczyńcy złoczyńcami, zdrajcy zdrajcami. Wyraźnie, dobitnie, jasno. Nie wyciągnięto prostych konsekwencji z tak wielu lat zniewolenia, upodlenia i zakłamania. To w fatalny sposób podkopuje fundament, na którym można by budować społeczne zaufanie i wspólne dobro - to znaczy Rzeczpospolitą. Być może w końcu kamienie wołać będą albo zwierzęta zaczną mówić za nas, skoro my sami nie potrafimy zdobyć się na uczciwe oczyszczenie. Leszek Sarnowski - Zgodzę się z Markiem. Określa się to często „grzechem założycielskim III RP”, choć wydaje mi się, że nie tylko założycielskim, bo to, mimo upływu 25 lat, trwa nadal (tak też było w IV RP), stąd taki kłopot mieliśmy z pogrzebem generała Jaruzelskiego. W normalnym państwie zostałby skazany, razem ze swoimi towarzyszami. To efekt braku dekomunizacji i jednoznacznego odcięcia się od zła i kłamstwa, a w takiej sytuacji, jak prawda może wyzwalać, skoro jej nie ma lub jest tylko w jakiejś części. Wołanie Papieża to w tym kontekście nadal ważny i uniwersalny postulat. Marta Chmielińska-Jamroz - Oczywiście, że prawda wyzwala. Najprościej w kontekście 1989 r. przywołać tu przykład Lecha Wałęsy i książek obnażających inną stronę naszej ikony. Czy Polacy potrafią sobie radzić z prawdą? Jak widać nie, natomiast zabieg ośmieszania osób starających się mówić - może nie prawdę, ale przedstawiać inną wersję wydarzeń, jest wspaniałą bronią. Masa oglądająca programy w TV nie będzie w stanie pojąć, o co tak właściwie chodzi. Prawda wyzwala. Naród jednak mamy zniewolony a więc i popyt na prawdę jest mały. Dziś słyszałam opowieść pewniej pani, która wychwalała pod niebiosa gen. Jaruzelskiego... Prawda - to dostępne na stronie National Security Archive kopie dokumentów z posiedzeń Politbiura, w których możemy przeczytać kto prosił o wsparcie wojskowe a kto był zachowawczy w tej kwestii. Pytanie jednak kto z czytających te słowa zada sobie trud odnalezienia dokumentów i przekonanie się czy Jaruzelski to bohater? Właściwie boimy się prawdy, bo burzy ona nasz spokojny, ułożony świat - mówię oczywiście o ważnych dla narodu prawdach a nie o tym, czy sklepowa nie kłamie, że mięso jest świeże. - Co dla was osobiście znaczy wolność? Andrzej Kasperek - Swoboda podróżowania, czytania, myślenia, mówienia... Internet w sposób niewyobrażalny poszerzył nasze możliwości, ale też obnażył, jak można głupio wolnością szafować. Nie ma cenzury, ale czy to oznacza, że możemy „deptać flagę i pluć na godło”, że możemy obrażać każdego? 54 Ta nasza wolność... Marek Stokowski - Moja wolność to wolność od strachu. Zwłaszcza tego permanentnego, takiego spod znaku KGB i SB. Owszem, po roku 89 bywało, że czułem się wolny, z tym że raczej rzadko, bo żaden system polityczny nie chroni nas przed palącą obawą, przed chorobami, nieszczęściem czy nędzą. Maciej Kraiński - W wymiarze państwowym jesteśmy rzeczywistym podmiotem prawa międzynarodowego. Jesteśmy wolni i niepodlegli - na tyle na ile średnie państwo w Europie może być wolne i niepodległe. Udało się zabezpieczyć naszą państwowość akcesją do NATO i UE. Oczywiście należy sobie zdawać sprawę, że owe przystąpienia zabezpieczające naszą wolność zarazem ograniczają ją ponieważ zobowiązują nas Polaków do przestrzegania zapisów zawartych w obu akcesjach. No cóż, coś za coś. A tkwimy tam gdzie tkwimy na geopolitycznej mapie świata. Wymiar społeczny naszej wolności, w moim przekonaniu zabezpiecza system przedstawicielski i konstytucja. Wolność w wymiarze osobistym, w moim przekonaniu nosi się w sobie. Trzeba jednak ją nieustannie sprawdzać i nie pozwalać by rozleniwiający konsumpcjonizm osłabił czujność naszą względem osób wybieranych naszym głosem i urzędników usiłujących nadinterpretowywać prawo wedle ich wygody i widzimisię. By posłużyć się przykładem. Wolność znajduje się w zasięgu naszego kciuka - możemy ulegać zniewalającej propagandzie sączonej z radia, telewizji, internetu czy prasy, a możemy też kliknąć dokonując wyboru i to jest istota wolności - wybór. Wskazujemy na posła, który mi odpowiada, czytamy gazetę, która mi odpowiada, podróżuję tam gdzie lubię. Ale - zawsze to ale - muszę być świadomym dokonywanego wyboru i nieustannie weryfikować ludzi mnie i ciebie reprezentujących. Marta Chmielińska-Jamroz - Wolność? To po części prawo do samostanowienia. Brak zależności i uzależnienia od innych. Rozumiem, że rozważamy wolność pod kątem 1989 r. więc myślę tu o uzależnieniu Polski od ZSSR i wszechwładzy partii. Moja wolność to to, że mogę bez obaw pojechać 28 czerwca do Czernina na mszę za Zdzisława Badochę „Żelaznego”, moja wolność to to, że mogę bez lęku mówić, że mój dziadek walczył z Piłsudskim pod Lwowem, moja wolność to również to, że mogę zwyczajnie jechać tam, gdzie mam ochotę w wielu wypadkach nawet bez paszportu. Jesteśmy wolni, choć zniewoleni, Polacy mają niestety umysły zniewolone latami komuny, nie da się bez wysiłku intelektualnego zrozumieć wszystkich kłamstw wpojonych nam do głów na lekcjach, w pracy, w życiu... Leszek Sarnowski - Przypominają mi się słowa piosenki Marka Grechuty właśnie o wolności: „Bo wolność to nie cel lecz szansa, by spełnić najpiękniejsze sny, marzenia, to ta najjaśniejsza gwiazda, promyk słońca w gęsty las, nadziej a....to odporność serce by na złą drogę nie próbować zejść, to wiara w ludzi...” A Platon przypominał, że wolność jest istnieniem dobra. Zatem dobro, marzenia, nadzieja, odporność serca i wiara, ale i szansa. To przestrzeń do zagospodarowywania, zadanie dla każdego, to wolność do... i wolność od..., której towarzyszyć powinna odpowiedzialność i kończąc cytatem z innej piosenki Andrzeja Poniedzielskiego, że „wolność to nie jest port, nie adres i nie przystań, wolność to ona po to może być, żeby z niej czasem nie skorzystać”. - Wszystkim Czytelnikom życzymy dobrego i mądrego praktykowania wolności nie tylko z okazji kolejnych jubileuszy. Marta Chmielińska-Jamroz 55 Marta Chmielińska-Jamroz WAŻNE, ABY WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI WYWIAD Z DR. KAROLEM NAWROCKIM, NACZELNIKIEM BIURA EDUKACJI PUBLICZNEJ INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ W GDAŃSKU Marta Chmielińska-Jamroz - Jaki nastrój panował w regionie elbląskim przed 4 czerwca 1989? Karol Nawrocki - Jeśli chodzi o społeczeństwo, w przeważającej części niezaangażowa-ne w życie polityczne, to panował nastrój klasyczny dla późnego PRL: marazm, hiperinfla-cja, brak poczucia nadchodzącego przełomu etc. Przypomnę tylko, że - wbrew temu, co się powszechnie uważa - obradami Okrągłego Stołu (luty - kwiecień 1989) interesowało się w PRL początkowo 35,5 proc, ankietowanych, a już w kwietniu tylko 17,5 proc. Ludzi bardziej interesowało tempo inflacji i wysokość zarobków. Natomiast nastrój wśród opozycji z regionu elbląskiego także był raczej emanacją stosunków panujących w centrum Polski. Rodził się klasyczny podział na zwolenników procesu, którego fundamentem był OS oraz kontestatorów porozumień z komunistami. W regionie elbląskim był to instytucjonalny spór między Tymczasową Międzyzakładową Komisją Koordynacyjną (TMKK) z takimi działaczami jak Edmund Krasowski, Jerzy Żuchowski, Józef Gburzyński czy Jerzy Wilk (oraz wielu innych), a środowiskiem skupionym wokół rodziny Państwa Duszaków (rodząca się „chadecja” regionu, późniejsze ZCHN), a z drugiej strony zwolennikami Grupy Roboczej NSZZ „Solidarność” (Tadeusz Chmielewski, Bogusław Szybalski i inni). W „terenie”, tzn. w mniejszych miastach województwa spór ten nie był aż tak widoczny - tam panował większy entuzjazm z przemian, a mniej kontestacji. - Gdzie powstały Komitety Obywatelskie „Solidarności” i ile osób ogółem było zaangażowanych w ich działalność? - może jakiś najaktywniejszy KO? Może działający w szczególnie trudnych warunkach? - To właśnie była moc strony „solidarnościowej” w wyborach z 4 czerwca - Komitety Obywatelskie w mniejszych miejscowościach. Oczywiście taki Komitet powstał w Elblągu, jego szefem był de facto Leonard Krasulski - organizator kampanii kandydatów strony „solidarnościowej”. Wokół powołania reprezentacji „Solidarności” w 1989 r. było wiele pytań i wątpliwości, które staram się wyjaśnić w swoim doktoracie. KO powstały też m.in. w Sztumie (Leszek Sarnowski), Braniewie (Jerzy Welke i Tadeusz Kopacz), Malborku (Jacek Albrecht) czy w Kwidzynie (Bogusław Gajdamowicz). Najgożej mieli chyba działacze z Braniewa, bo miasto było zdominowane przez wojsko... Ale nie odpuścili i walczyli dzielnie o głosy dla KO. Komitety powstały też w zupełnie małych miejscowościach, np. szefem KO w Ryjewie był znany dziś dziennikarz, redaktor naczelny tygodnika „Wprost”, 56 Ważne, aby wyciągnąć wnioski Sylwester Latkowski, a w Starym Targu - Stanisław Bogdanowicz, były żołnierz Armii Krajowej. - Wspomniał Pan o sporze między TMKK i osobach skupionych wokół Grupy Roboczej NSZZ „Solidarność”. Co leżało u podstaw tego konfliktu i czy podobne sytuacje zdarzały się w innych miejscach regionu? - To naturalne zjawisko dla większej części Polski. Wpłynęła na to sytuacja „Solidarności” po 13 grudnia 1981 r. W podziemiu zaczęły powstawać grupy „solidarnościowe”, w których - tak jak np. w Elblągu, udziału nie brali działacze legalnie wybrani na I Krajowy Zjeździe Delegatów w 1981 roku (w Elblągu był to Tadeusz Chmielewski). To oczywiście nie była zasada, tylko jeden z możliwych scenariuszy, który akurat w regionie elbląskim się zrealizował. Gdy w 1989 r. „S” się odradzała na drodze legalności powstawało pytanie kto powinien stać na jej czele, kto się jej najbardziej zasłużył, czy Ci wybrani demokratycznie w 1981 r., czy Ci, którzy się poświęcali w warunkach po.dziemia i nieraz spędzili wiele miesięcy w więzieniach. To leżało - w pewnym uproszczeniu - u podstaw tego sporu. A do tego dochodziły oczywiście poglądy na „nową” rzeczywistość, klasyczne sympatie i antypatie etc. - Czy zdarzały się wypadki agresji ze strony Milicji czy SB w stosunku do działaczy Komitetów Obywatelskich? - Niestety zdarzały się. W Elblągu pobito Tadeusza Kaczora i Leonarda Krasulskiego. Dochodziło też do prowokacji ze strony SB i prób operacyjnego wykorzystania niektórych sytuacji. SB wciąż rozpracowywała KO w województwie elbląskim w ramach Sprawy Obiektowej o kryptonimie „Urna - V”. Warto jednak pamiętać, że w 1989 r. komuniści nie Marta Chmielińska-Jamroz 57 mogli już wrócić do scenariusza z grudnia 1981 r. Był to już czas, kiedy po wizycie w Moskwie był Adam Michnik, a Michaił Gorbaczow powtarzał, że ułoży sobie stosunki z każdą władzą w PRL, jeśli ta będzie przestrzegać pewnych reguł - tzn. nie wystąpi z Układu Warszawskiego, i będzie się zaopatrywać w energię i gaz w ZSRR. - Kto kandydował do Sejmu i Senatu z województwa elbląskiego? - Strona „solidarnościowa” wystawiła trzech kandydatów, byli to: Edmund Krasowski do Sejmu oraz Antoni Borowski i Jarosław Kaczyński do Senatu. Z ramienia PZPR do Sejmu startowali: Barbara Czyż, Barbara Jakubowska, Jerzy Bartnicki, Henryk Diffenbach, Jerzy Józefiak, Mieczysław Michalik, Jan Obrzut i Ryszard Downar - Zapolski. O mandaty w Senacie ubiegali się zaś: Czesław Badyda, Helena Możejko, Jan Wławdysław Sosn-nowski, Karol Wojciechowski i Bogdan Zarzycki. Poparcie partii uzyskało także dwóch jej członków, którzy indywidualnie zebrali odpowiednią liczbę podpisów wyborców, byli to: Jerzy Siewczyński do Sejmu i Franciszek Ciemny do Senatu. Kandydatami Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego byli natomiast: Witold Białobrzeski, Czesław Stasieka i Stanisław Czupa - do Sejmu i Ryszard Mówiński oraz Bohdan Kosowski - do Senatu. Stronnictwo Demokratyczne wysunęło kandydatury Zdzisława Stanisława Barańskiego i Henryka Lipskiego na posłów oraz Stanisława Murawskiego na senatora. - Jak wyglądała kampania wyborcza? Jakimi instrumentami posługiwali się komuniści, a co mieli do dyspozycji ludzie z Solidarności? Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że partiom „należy się” czas antenowy, wtedy jednak było zupełnie inaczej... - Opozycji przysługiwał czas radiowy i telewizyjny (15 minut tygodniowo), ale był on oczywiście nie do porównania z możliwościami strony rządowej. Ale kampania - jak się okazało, nie rozstrzygnęła się w TV. Sieć Komitetów Obywatelskich w małych miejscowościach, dobry pomysł ze zdjęciami z przewodniczącym „S” (dziś wydaje się oklepany, ale wtedy to była nowość!), ciekawa kampania wizualna w Elblągu polegająca na obwieszeniu nazwiskami kandydatów tramwajów. Poza tym opozycja drukowała także instrukcje do głosowania, bo mechanizm oddania głosu był dużo bardziej skomplikowany niż dziś (lista krajowa, gdzie się skreślało, a poza nią pozostali kandydaci, którzy rywalizowali o różne mandaty). Ustaliłem jednak, że tak duże zwycięstwo kandydaci elbląskiego KO zawdzięczali głównie sile komitetów w mniejszych miejscowościach, a także dzięki ogromnemu, społecznemu, bezinteresownemu zaangażowaniu tysięcy wspaniałych ludzi. Ogromną rolę odegrała również pomoc Kościoła katolickiego, z którego ambon - dzięki listowi ks. infułata Mieczysława Józefczyka - nawoływano do wybrania „odpowiednich kandydatów”. -Jakie były wyniki wyborów? - Generalnie był to nokaut wyborczy na korzyść Komitetów Obywatelskich. Trzej kandydaci „S” dostali około 100 tys. głosów i przeszli w pierwszej turze. Kandydatów koalicji wybrano dopiero w dogrywce z 18 czerwca. Wybory przeprowadzono w 108 okręgach wyborczych w całej Polsce, kandydowały w nich 1682 osoby na 425 mandatów oraz 35 mandatów z listy krajowej. Ówczesne województwo elbląskie stanowiło jeden okręg wyborczy, 58 Ważne, aby wyciągnąć wnioski wyznaczono w nim 5 mandatów poselskich ( nr 78, 79, 80, 81 i 82) - dwa przydzielono PZPR, po jednym ZSL, SD i kandydatowi bezpartyjnemu. Do Sejmu dostawał się kandydat, który w obrębie swojego mandatu zdobył więcej niż 50 % głosów. W pierwszej turze nie rozstrzygnięto obsady czterech pierwszych mandatów - do drugiej tury wyborów przeszli zatem: Jerzy Józefiak i Ryszard Zapolski ( 78), Jerzy Bartnicki i Jan Obrzut ( 79 ), Barbara Czyż i Witold Białobrzeski ( 80) oraz Stanisław Barański i Michał Waluk (81). Ostatni mandat ( 82) wzięty został przez kandydata KO, Edmunda Krasowskiego w pierwszej turze. Podobnie mandaty senatorskie przypadły już po pierwszej turze kandydatom KO -Borowskiemu i Kaczyńskiemu. -Jaka była reakcja regionu na wynik wyborów? - Tam gdzie nie było kontaktu z Centralą KO ( z Warszawą czy z Gdańskiem) panowała wyłącznie radość i euforia, ewentualnie zwykła, naturalna refleksja „co dalej?”. W przekazach z Warszawy natomiast radzono aby n’e fetować zbytnio zwycięstwa i nie „drażnić” przegranych, wobec czego radość mieszała się z niepokojem. - Euforia i... co dalej? - A dalej - w moim uznaniu - było już tylko gorzej. I teraz nie mówię o nowych parlamentarzystach z regionu elbląskiego, tylko o Obywatelskim Komitecie Parlamentarnym (OKP) i całej „taktyce” strony „solidarnościowej” w wybranym 4 czerwca parlamencie. Wielkie zwycięstwo w częściowo wolnych wyborach, zwycięstwo osiągnięte dzięki społecznemu zaangażowaniu, nie zostało zdeponowane w nowym parlamencie, który popełnił szereg błędów, naprawianych do dziś. Na przykład premierem został Tadeusz Mazowiecki, który miesiąc przed swoim expose przekonywał w „Tygodniku Solidarność”, że opozycja nie jest gotowa do rządzenia i trzeba to odpuścić, zostawiając rządy komunistom. Zabrakło Marta Chmielińska-Jamroz 59 męża stanu, który poczułby wagę społecznego wyboru z 4 czerwca i zamiast wrzucać przez 1,5 roku wsteczny, wrzuciłby chociaż jedynkę lub dwójkę. - Jaki wpływ na społeczeństwo i działaczy „Solidarności” miały wygrane wybory? - Na społeczeństwo polskie w całości - uogólniając, wybory czerwcowe miały dobry wpływ, bo były etapem na drodze do wolności, kolejnym ciosem w nieludzki system komunistyczny. Żyjemy przecież w lepszej Polsce. Najlepiej ujął to prof. Antoni Dudek, mówiąc, że dla wszystkich, dla których III RP jest krajem lepszym niż PRL, 4 czerwca jest dniem pozytywnym. Mówimy więc o pewnej korzystnej dla Polski konstelacji, która niosła jednak ze sobą wiele nieporozumień, niedociągnięć i zwykłych niegodziwości (jak np. niezadba-nie przez Sejm o prawa osób represjonowanych przez system komunistyczny). O nich też musimy mówić. Ja mam na 4 czerwca i cały proces transformacji w Polsce pewną analogię, którą ostatnio upowszechniam. Otóż z 4 czerwca jest jak z występami polskich piłkarzy na wielkich imprezach piłkarskich, jak choćby Mistrzostwa Świata czy Mistrzostwa Europy. Wszyscy czujemy radość i cieszymy się kiedy Polacy przechodzą eliminacje. Szybciej biją nam serca, jednoczymy się, wieszamy flagi w oknach - narodowy, słuszny entuzjazm. Ale już występy Polaków na tych imprezach, od co najmniej 30 lat pozostawiają wiele do życzenia. I wtedy opinia publiczna, ludzie na ulicach i w sklepach żartują z piłkarzy, krytykują i - przede wszystkim, pytają: czemu mimo początkowego entuzjazmu poszło nie tak jak powinno? Początkowa radość nie wyklucza więc poszukiwań i krytycznego myślenia na dalszym etapie. Ważne aby wyciągać wnioski. - Przygotowując swoje książki oraz prowadząc badania naukowe w czasie pisania doktoratu, rozmawiał Pan wielokrotnie z dawnymi działaczami - jak oni oceniają tamte wydarzenia z dzisiejszej perspektywy? Warto było? Zmarnowaliśmy tę szansę czy może inaczej się nie dało przeprowadzać zmian? - Jestem właśnie po cyklu debat jakie gdański IPN przeprowadził w Słupsku, Elblągu, Gdańsku i Bydgoszczy. W debatach wzięli udział parlamentarzyści wybrani 4 czerwca 1989 r. Podczas tych debat panował ton w jakim wyraziłem się powyżej. Tzn. było warto wziąć udział w wyborach i w całym tym wydarzeniu, to był na tamtym etapie jedyny możliwy dla nich ruch. Ale też nasi goście nie stronili od wielu krytycznych uwag pod swoim adresem. Np. Edward Muller jasno zadeklarował, że głosami OKP rozwiązano Wydziały Przestępstw Gospodarczych KW Policji, co było skandalem. Czesław Nowak z Gdańska do dziś nie może pogodzić się z tym, że nowemu Sejmowi nie udało się przeforsować opieki nad ofiarami (nie tylko śmiertelnymi) mijającego systemu. Krytyczny wobec zachodzących po 1989 r. przemian był również Edmund Krasowski. Mam wrażenie, że dystans 25 lat pozwala powoli uczestnikom tamtych wydarzeń odnieść się bardziej krytycznie do tego co się wówczas wydarzyło. - Czy jakieś wydarzenie możemy uznać za ciekawostkę? - Może to, że kariera polityczna w III RP Jarosława Kaczyńskiego zaczęła się właśnie w 1989 r. w Elbląga - tu został po raz pierwszy senatorem. Był bardzo mocnym merytorycznie kandydatem, chwalonym w tamtym czasie przez samą „Gazetą Wyborczą”! Miał 60 Ważne, aby wyciągnąć wnioski też wtedy - wspólnie z bratem śp. Lechem Kaczyński - najlepszy pomysł na rozwiązanie sytuacji w Polsce. Koalicja z ZSL i SD to ich autorski pomysł. - Gdzie osoby zainteresowane tematem znajdą materiały i jakie publikacje można im polecić? -Jeśli chodzi o teren byłego województwa elbląskiego to jest tego rzeczywiście niewiele. Przez ostatnie 3 lata publikowałem wiele tekstów naukowych o omawianych tu terenach, niestety były to publikacje z różnych części Polski, raczej niskonakładowe. Wszystkie wiadomości zostaną jednak zebrane w moim doktoracie, który w postaci książki ma się pojawić w grudniu 2014 r. nakładem serii gdańskiego oddziału IPN. Jeśli chodzi o proces transformacji w Polsce, to każdego czytelnika zachęcam do analizy opublikowanej już niemal 10 lat temu, ale wciąż aktualnej książki Antoniego Dudka „Reglamentowana Rewolucja” oraz do książki Pawła Kowala „Koniec systemu władzy”. - Dziękuję za rozmowę. Wędrówki po prowincji Kordian Kuczma MARIENBURG, ALE KTÓRY? Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie lektura pasjonującej książki Polacy w cywilizacjach świata Józefa Retingera - tego samego, który współtworzył grupę Bilderberg i był jednym z pionierów integracji europejskiej. Moją uwagę przykuł m.in. następujący passus z rozdziału Znaczenie kobiety polskiej w życiu narodów obcych: „Druga - to Marta Skowrońska (1683-1727), córka szlachcica chodaczkowego z Litwy, która spod opieki pastora protestanckiego w Marienburgu stała się żołnierską nałożnicą generałów rosyjskich, by skończyć w łożu Piotra Wielkiego”. Do historii przeszła jako Katarzyna I, względnie Jeka-tierina Aleksiejewna („pierwszą” w tym rozdziale była żona Dymitra Samozwańca Maryna Mniszchówna). Oczywiście wzmianka o Marienburgu pobudziła moją wyobraźnię. Czyżbym trafił na „światowy” epizod historii Powiśla na miarę kantaty Jerzego Fryderyka Haendla z okazji półwiecza Elbląga? Niestety, nic dwa razy się nie zdarza i na cały obszar dzisiejszej Polski musiała wystarczyć jedna caryca Katarzyna. Malbork nie jest drugim Szczecinem i nie ma w swojej historii drugiej Zofii Augusty von Anhalt-Zerbst. Retingerowi chodziło o inny Marienburg. To z kolei skłoniło mnie do postawienia sobie pytania, czy niemieckie nazwy miejscowe naszych okolic odnoszą się również do obiektów w innych częściach świata? Ze względu na pruskie korzenie lub odwołania do lokalnej geografii (np. rzeka Tiege - Tuga) niektóre z nich bezdyskusyjnie mają unikalny charakter. Z nazw miast dawnego województwa elbląskiego najbardziej konwencjonalny wydaje się właśnie Malbork - Marienburg. Na „grody Marii” w różnych ortograficznych wariantach tej nazwy można trafić nie tylko w Niemczech i innych krajach europejskich, lecz nawet w Ameryce Południowej. 62 Marienburg, ale który? KOLOŃSKIE POLONIKA Najbardziej znany niemiecki Marienburg to jedna z południowych dzielnic Kolonii. Administracyjnie należy ona do dystryktu Rodenkirchen. Jej nazwa pochodzi od willi wybudowanej w latach 1844-45 w stylu klasycystycznym przez architekta miejskiego Johanna Petera Weyera dla kupca i armatora Paula Josepha Hagena. Została ona nazwana na cześć córki Hagena Anny Marii. Obecnie stanowi ona reprezentacyjną siedzibę grupy ubezpieczeniowej Gerling. Osadnictwo na terenie Marienburga legitymuje się jednak o wiele dłuższą tradycją. Już w I w. n.e. w miejscu zwanym obecnie Alteburgiem istniało rzymskie grodzisko. Swój obecny willowy kształt dzielnica otrzymała w drugiej połowie XIX w. W 1888 r. rejon został włączony do Kolonii. W tym czasie powstały również miejscowe zakłady przemysłowe (browar, elektrownia), bulwary nad Renem, Park Południowy i Wieża Bismarcka o wysokości 27 m. Obok Gerlingów mieszkańcami prestiżowej okolicy byli m.in. producenci czekolady Stollwerkowie i właściciele znanego kolońskiego domu towarowego Tietzo-wie. Po drugiej wojnie światowej Marienburg służył za siedzibę wielu przedstawicielstwom dyplomatycznym przy rezydującym w Bonn rządzie Republiki Federalnej Niemiec. W latach 80. XX w. w wybudowanej w 1925 r. dawnej siedzibie radia Deutschlandfunk znajdowała się ambasada PRL, a następnie konsulat generalny RP. W skład kompleksu wchodził najstarszy budynek w dzielnicy - Altenburski Młyn, z którego korzystał wydział handlowy naszego przedstawicielstwa. W ubiegłym roku mimo protestów samej konsul i organizacji polonijnych, które uznały przyjęte rozwiązanie za przejaw niegospodarności, willa Neuerburg została wystawiona na sprzedaż, a placówka przeniesiona do biurowca w innym rejonie miasta. Przed zjednoczeniem Niemiec w Marienburgu pracowali również dyplomaci m.in. Indii, Brazylii, Kanady i Szwajcarii. Do największych atrakcji turystycznych dzielnicy należą: muzeum wybudowanej w 1873 r. twierdzy kolońskiej, znajdująca się w Parku Południowym wykonana z brązu rzeźba pantery z 1920 r. i ozdobiona figurką małego chłopca (putto) fontanna przy Park-strasse z 1910 r. Ogółem do rejestru zabytków wpisano kilkaset znajdujących się na terenie Marienburga elementów architektury i urbanistyki. OD WAROWNI DO LODZIARNI Marienburg to też nazwa kilku powstałych w średniowieczu na terenie Niemiec zamków. Jeden z nich użyczył jej południowej części historycznego miasta Hildesheim w landzie Hanower i powstałemu w 1885 r. powiatowi ziemskiemu Prus, do którego należał rejon warowni. W 1946 r. został on połączony z powiatem Hildesheim, a w 1974 r. zrezygnowano z nazwy Hildesheim-Madeburg. W tym samym roku zamek został objęty granicami miasta. Hildesheimski Madeburg został wybudowany w latach 1346-49 przez biskupa Henryka III von Braunschweig-Liineburg, któremu miał służyć jako ochrona przed buntami mieszkańców należącego do niego miasta. Znacznie ucierpiał podczas wojny trzydziestoletniej. Po przebudowie w 1663 r. w stylu „muru pruskiego” utracił znaczenie strategiczne i był wykorzystywany w celach reprezentacyjnych. W 1806 r. uzyskał status domeny państwowej. W ostatnim półwieczu posiadłość była wykorzystywana do produkcji przetworów warzywnych, a w piwnicach zamku wytwarzano lody. Trudno w tym przypadku mówić o degradacji zabytku, ponieważ w czasach świetności Marienburg posiadał własny browar, a jego najstarsza część (Palast) od XVI w. służyła wyłącznie jako spichlerz. Od 1993 r. na terenie zamku odbywają się zajęcia z kulturoznawstwa i komunikacji estetycznej dla studentów miejscowego uniwersytetu. W 2005 r. domena przeszła na własność miasta. RABUSIE I... MENONICI Zamek w Hildesheim to nie jedyny Marienburg położony na terenach pozostających dawniej pod panowaniem dynastii hanowerskiej. W latach 1857-67 król Jerzy V wybudował rezydencję pod taką nazwą dla swojej żony Marii. Otrzymała ją jako prezent na 39. urodziny. Monarchini i jej córka Mary korzystały z uroków lesistej okolicy zaledwie przez rok, ponieważ po anektowaniu Hanoweru przez Prusy zostały zmuszone udać się na wygnanie do Austrii. Przez 80 lat zamek pustoszał pod zarządem państwowym. W 2004 r. nabył go londyński finansista książę Ernest August VI Hanowerski. Uczynił go siedzibą zarządu odzyskanych niemiecko-austriackich dóbr rolnych i leśnych. Starszy rodowód ma Marienburg z Leutesdorf w okolicach Neuwied (Nadrenia-Palaty-nat). Wójtowie z tej miejscowości wybudowali sobie siedzibę na niedalekim wzgórzu już 64 Marienburg, ale który? w XIV w. Średniowieczne źródła wspominają, że tamtejsi rycerze parali się rozbójnictwem. W połowie XVIII w. posiadłość przebudował w stylu rokoko radca dworu arcybiskupa Tre-wiru Ernst Anton Sohler, który zarządzał niedaleką kamerą celną na Renie. W 1869 r. nabył ją szwagier współtwórcy marksizmu Fryderyka Engelsa, Carl Emil Blank. To on nazwał kompleks Marienburgiem, wcześniej przez kilkanaście lat podobnie jak jedna z najsłynniejszych berlińskich rezydencji był on znany jako Charlottenburg. Co ciekawe, bezpośrednio po drugiej wojnie światowej mieścił się w nim dom starców dla przesiedleńców prowadzony przez... menonitów. Po jego likwidacji zameczek mieścił m.in. kawiarnię i galerię sztuki. Obecnie w całości jest zajęty przez prywatne mieszkania. Legenda mówi, że w 1700 r. jeden z właścicieli budynku został w Wielki Piątek porwany żywcem do piekła. Od tego czasu jego duch miał być widziany kilka razy w zamku i przyległym ogrodzie. MIASTO CARYCY Marienburg, bez którego nie byłoby tego artykułu, leży w północno-wschodniej części Łotwy i obecnie nazywa się Aluksne (w języku Letgałów „oluksna” to leśne źródło). Powiatowe miasteczko uzyskało prawa miejskie dopiero w 1920 r. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z pskowskich kronik z 1284 r. Jest położony nad noszącym taką samą nazwę jedenastym pod względem wielkości jeziorem na Łotwie o powierzchni 183,7 m2. Znajdują się na nim cztery wyspy, a na jednej z nich — jakżeby inaczej — zamek, wzniesiony w 1342 r. na rozkaz mistrza kawalerów mieczowych Burcharda von Dreileben. Inflancki Marienburg nie osiągnął tak znacznej pozycji, jak wschodniopruski, jednak w ciągu wieków sprzyjało mu strategiczne położenie na szlaku do Estonii i Rosji. Z tego samego powodu twierdza wielokrotnie padała łupem wojsk walczących o panowanie nad tymi terenami, także polskich. W czasie wojny północnej w 1702 r. szwedzka załoga wysadziła zamek w powietrze, aby nie dostał się w rosyjskie ręce. To właśnie wtedy do niewoli najeźdźców ze wschodu dostał się pastor Johann Ernst Gluck i jego służąca Marta Skowrońska. Obydwoje zrobili w niej karierę - duchowny został rektorem moskiewskiego gimnazjum i tłumaczył Biblię na rosyjski, Skowrońska najpierw została kochanką wpływowego feldmarszałka Aleksandra Mienszykowa, następnie zaś cara Piotra I Wielkiego. W 1724 r. objęła rządy nad imperium jako współregentka, po śmierci władcy sprawując je jako cesarzowa Katarzyna I. Obecnie ruiny zamku mieszczą dysponujący 3000 miejsc amfiteatr. Bohaterów opisanych wyżej walk - szwedzkiego kapitana Wolffa i rosyjskiego feldmarszałka Szeremietiewa upamiętnia Świątynia Chwały z 1807 r. Wznosi się ona na wcinającym się w jezioro Aluksne półwyspie Cmentarnym o długości 800 metrów. W latach 30. XX w. z myślą o turystach na Wzgórzu Świątynnym pojawiły się elementy małej architektury, m.in. ozdobny mostek. Pamięć o krzyżackiej warowni była w Marienburgu na tyle żywa, że w latach 1859-63 miejscowy wielmoża baron Alexander von Vietinghoff wybudował nad jeziorem Nowy Zamek. Po uzyskaniu przez Łotwę niepodległości jego część została zajęta na koszary piechoty. Rozlokowały się w nim również trzy muzea (dziedzictwa kulturowego, sztuki i przy- Kordian Kuczma 65 rodnicze), kino, centrum kultury i młodzieży oraz warsztaty ceramiczne miejscowej szkoły plastycznej. Obecnie należy do władz miasta, służy jako sala koncertowa i teatralna. Przed zamkiem stanął pomnik poległych żołnierzy radzieckich, który po odzyskaniu niepodległości zaczął upamiętniać wszystkie ofiary obydwu wojen światowych. Budowlę otacza park założony przez Burcharda von Vietinghoffa. Jego ojciec Otto Hermann za panowania Katarzyny II sprawował urząd dyrektora ogólnorosyjskiego Kolegium Medycznego, założył też teatr i orkiestrę w Rydze oraz wiele manufaktur. Uważany za najpiękniejszy w regionie Liwonii park do dziś pozostał interesujący dla dendrologów. Podobnie jak na Wzgórzu Świątynnym, zachowało się w nim wiele elementów dekoracyjnych, m.in. mauzoleum Vietinghoffów i obelisk ku czci Otto Hermanna. BIBLISTA I BIATLONIŚCI Aluksne pamięta o zasługach Ernsta Gliicka, który w 1683 r. założył w nim pierwszą szkołę dla dzieci łotewskich chłopów. W 1689 r. pastor uczcił zakończenie tłumaczenia przez siebie Pisma Świętego na miejscowy język sadząc dąb. Do dziś pod drzewem odbywają się uroczystości na cześć uczonego. Przypomina o nim również założone w 1990 r. Muzeum Biblijne. Znajduje się ono wbudynku z 1908 r., wktórym przed II wojną światową funkcjonowała karczma i sklep. Podobnie jak stojący obok niego ewangelicki kościół z lat 1781-88, szczęśliwie ocalał w pożarze miasta w 1940 r. Wplacówce można obejrzeć pamiątki po Glucku i kopię jego przekładu Biblii, a w świątyni - kolekcję obrazów. Do atrakcji turystycznych okolic Aluksne należy również kolej wąskotorowa do Gulbe-ne, która nadal służy celom transportu pasażerskiego. Z miasta wywodzi się kilku reprezentantów Łotwy w biathlonie, z których największe sukcesy osiągnął Andrejs Rastorgujevs. W 2006 r. w Ufie został on juniorskim letnim mistrzem świata w biegu na dochodzenie, a w 2010 r. w Dusznikach-Zdroju - brązowym medalistą letnich mistrzostw świata w tej kategorii i sprincie. MARIENBURG W SIEDMIOGRODZIE Co naturalne, Krzyżacy manifestowali oddanie swojej patronce jeszcze zanim osiedlili się na Pomorzu. Z tego powodu nazwa Marienburg pojawiła się w należącym obecnie do Rumunii Siedmiogrodzie już w 1211 r. Przybysze z Niemiec wybudowali warownię na zasiedlonym już wcześniej 50-metrowym wzgórzu położonym około 20 km od miasta Bra-szów. Uległa ona zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1838 r., za to do dzisiaj zachował się historyczny kościół. Miejscowość obecnie nosi nazwę Feldioara (dosłownie: „ziemny zamek”), liczy około 6000 mieszkańców, w tym kilkudziesięciu potomków niemieckich osadników z Saksonii i jest siedzibą urzędu gminy. GDZIE MARIENBURG, TAM CUKIER Najbardziej egzotyczny Marienburg to plantacja kawy w Surinamie - dawnej holenderskiej kolonii w Ameryce Południowej. W 1745 r. dzięki rządowemu nadaniu założyła ją nad rzeką Commewijne Maria de la Jaille, wdowa po niejakim Davidzie de Hoy. Liczącej pięćset akrów uprawie udało się przetrwać zniesienie niewolnictwa w 1863 r. (wówczas pracowało na niej 99 przymusowych robotników), jednak z czasem przestawiła się ona na kultywację trzciny cukrowej. W 1882 r. dzięki kapitałowi Holenderskiego Towarzystwa Handlowego w Marienburgu powstała najnowocześniejsza wówczas w regionie karaibskim cukrownia. W 1900 r. zatrudniała ona ok. 1600 pracowników, w większości sprowadzonych z obecnej Indonezji. Wybudowano dla nich drewniane baraki i szpitalik. Praca była tam najgorzej płatna ze wszystkich surinamskich plantacji, robotnikom groziły też drakońskie kary za uchybienia dyscyplinie. 2 lipca 1902 r. rozpoczął się strajk, w trakcie którego podwładni zabili dyrektora fabryki. Bunt zakończył się po miesiącu masakrą jego uczestników na mostku między administracją cukrowni a barakami mieszkalnymi. Od ognia kolonialnych jednostek holenderskich zginęło 17 osób, 39 zostało rannych, z czego 7 śmiertelnie. W 2006 r. wiceprezydent Surinamu odsłonił pomnik na miejscu tragedii. W latach 1941-47 zakładowy szpital i inne zabudowania w Marienburgu służyły jako miejsce internowania ok. 150 mieszkańcom tego państwa niemieckiego pochodzenia. Po II wojnie światowej fabryka rozszerzyła swój asortyment o cukier kryształ, jednak coraz bardziej odstawała poziomem technicznym od innych podobnych zakładów. Sytuacji nie zmieniła nacjonalizacja w 1974 r. Jedenaście lat później cukrownia została zamknięta. Do dziś w stołecznym Paramaribo z importowanej melasy produkowany jest rum Marien-burg, który z racji 90-procentowej zawartości alkoholu należy do najmocniejszych tego typu trunków. W 1999 r. dawny teren cukrowni został rozparcelowany między byłych robotników. Obecnie Marienburg liczy sobie około 4.500 mieszkańców. Kordian Kuczma 67 RÓŻNICA KILKU LITER W innych językach germańskich powstały nazwy miejscowe o tym samym znaczeniu, co Marienburg, lecz nieco innej pisowni. W zachodniej części belgijskich Ardenów leży Mariembourg, od 1977 r. część gminy Couvin. Jak sama nazwa wskazuje, został on założony w 1549 r. jako pilnująca ujścia rzeki Brouffe do Eau Blanche forteca, przez regentkę Niderlandów Marię Węgierską, siostrę cesarza Karola V. Już pięć lat później, zanim została całkowicie przystosowana do obrony, została zdobyta przez wojska francuskie. W czasie kilkuletniej okupacji warownię nazywano na cześć króla Henryka II Henri-bourgiem. W1559 r. powróciła na dokładnie stulecie pod panowanie Habsburgów. Po traktacie pirenejskim przyłączającym te tereny do Francji zamek był wizytowany przez samego Ludwika XIV, który zlecił naprawę zniszczonych w 1655 r. przez pożar fortyfikacji jednemu z najwybitniejszych budowniczych wojskowych wszechczasów - Sebastie-nowi Le Prestre de Vaubanowi. W 1853 r. umocnienia rozebrano. Do największych atrakcji turystycznych współczesnego Mariembourga należą: kościół św. Magdaleny, XVII-wieczne domy mieszkalne i, podobnie jak na Łotwie, zabytkowa kolej wąskotorowa. REZYDENCJA PREMIERA W języku duńskim „wzgórze Marii” to Marienborg. Tak nazywa się m.in. zamek i założony w 1790 r. romantyczny park w zachodniej części wyspy Mon. Jest on najbardziej znany z gigantycznej kamiennej repliki łoża myśliwskiego, która przypomina prehistoryczny me-galit. Jej fundator i właściciel posiadłości francuski hugenota Antoine de Bose de la Calmet-te był pasjonatem historii i pionierem badań archeologicznych w tym regionie. Znacznie większe znaczenie ma Marienborg położony 15 km od Kopenhagi. Urokliwą rezydencję wzniósł w 1745 r. dyrektor kupieckiej Kompanii Azjatyckiej Olfert Fas Fischer. Dzisiejszą nazwę otrzymała na cześć żony drugiego właściciela, królewskiego szambelana Johana Frederika Lindencrone. W 1960 r. radca prawny i mecenas sztuki Christian Ludwig David przekazał pałac państwu duńskiemu. Od tego czasu służy jako letnia rezydencja szefa rządu. Przyjmuje w niej m.in. swoich zagranicznych gości. Ze względu na ograniczone ramy artykułu musiałem pominąć w nim kilka niemieckich klasztorów i mniej istotnych zamków o nazwie Marienburg. Jak widać, w historii wszystkich tych miejsc pojawiają się wątki nieobce mieszkańcom Powiśla: krzyżacy, menonici, kolej wąskotorowa, produkcja cukru. Można więc zasięg terytorialny tego słowa uznać za symbol rozprzestrzeniania się cywilizacji europejskiej w jej germańskim wydaniu, a jednocześnie przypomnienie, że ludzie w odległych od siebie rejonach świata mają ze sobą wiele wspólnego. Można by te frapujące językowe podobieństwa potraktować jako wskazówkę dla dalszego rozwijania międzynarodowych kontaktów naszych miast i gmin (np. Aluksne posiada w tej chwili tylko cztery miasta partnerskie, w tym żadnego z Polski). 68 Znani Polacy gośćmi, nie tylko dworów, na Powiślu w XIX i XX wieku Jan Chłosta ZNANI POLACY GOŚĆMI, NIE TYLKO DWORÓW, NA POWIŚLU W XIX I XX WIEKU Jeszcze w XIX wieku ziemianie z Powiśla, zwłaszcza Sierakowscy i Donimirscy, zabiegali o kontakty z przedstawicielami polskiej kultury i nauki. Kierowali więc do różnych osób zaproszenia do odwiedzenia tego nieco zapomnianego zakątka ziem polskich. Zwracali przez to uwagę na Polaków tu zamieszkałych i prosili o pomoc w pogłębianiu świadomości narodowej. Większość odwiedzających powiślańskie dwory i zaścianki potwierdzali następnie w obszernych relacjach swoje odwiedziny. Tak uczynili: Józef Ignacy Kraszewski, Oskar Kolberg, profesor Stanisław Tarnowski, Michał Andriolli, a w latach międzywojennych Stefan Żeromski i Melchior Wańkowicz. W wydanej ćwierć wieku temu książce o Waplewie, profesor Andrzej Bukowski omówił okoliczności odwiedzin siedmiu znanych Polaków1. Zresztą działalność Sierakowskich w Waplewie profesor często przywoływał podczas prowadzonego przez siebie seminarium magisterskiego w latach 1967-1968 roku, w którym brałem udział. Wśród gości wapłewskiego pałacu był więc 17-let-ni Fryderyk Chopin, wtedy student Szkoły Głównej Muzyki. Przebywał w dworku i oczywiście muzykował tu na zaproszenie Antoniego Sierakowskiego w okresie od 15 do 20 sierpnia 1827 roku. Następnie 19 i 20 września 1867 roku odwiedził Waplewo Józef Ignacy Kraszewski. Pretekstem było wesele Antoniny Sierakowskiej i Antoniego Kalksteina z miejscowości Pluskowęsy. O przyjazd pisarza zabiegał brat Marii Sierakowskiej, Adam Sol-tan. Oto 20 września pisarz spotkał się w Buchwaldzie u Teodora Donimirskiego z przedstawicielami miejscowej szlachty i podarował cztery książki: „Historię o błogosławionym Janie z Dukli”, „Historię o błogosławionej Jadwidze”, „Świat i ziemie”, i „O pracy”. Miał to być zaczątek przyszłej czytelni ludowej. W pierwszej połowie września 1875 roku gościem Sierakowskich był etnograf i badacz kultury ludowej Oskar Kolberg. Dokonał wielu zapisów pieśni ludowych z Powiśla i zwyczajów miejscowych, które zamieścił w tomie poświęconym Pomorzu. W okresie od 1 do 8 października gościł tu Jan Matejko wraz Józef Ignacy Kraszewski, fot. Wikipedia Oskar Kolberg, fot. Wikipedia 1 A. Bukowski, Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim, Wrocław, 1989, s. 109-135. Jan Chłosta z żoną i najstarszą córką Heleną. W tym czasie pracował nad „Bitwą pod Grunwaldem” i chciał odwiedzić pole bitwy pod Stębarkiem. Mistrz Matejko upodobał sobie szafę gdańską, którą odkupił od Sierakowskich. Transakcją zajmował się profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Aleksander Gryglewski. Dwukrotnie w 1878 i 1879 roku zawitał do Waplewa i pozostawił rysunek miejscowego pałacu. Poza tym Sierakowskich odwiedził w okresie od 20 lipca do 20 sierpnia 1881 roku, spokrewniony z właścicielką Waplewa, profesor uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisław Tarnowski. Swój pobyt opisał w obszernym szkicu, trzykrotnie drukowanym. Wreszcie odnotować należy przyjazd Michała Elwira Andriollego, rysownika i ilustratora książek, z których najbardziej znane to: „Pan Tadeusz” i „Stara baśń”. Prawie każda gościna przybyszów z innych ziem polskich w Waplewie połączona była z wyjazdem do Malborka i Gdańska. Na początku XX wieku na zaproszenie Donimirskich w Małych Ramzach przebywał ksiądz Piotr Wawrzyniak. Doprowadził on wraz z Teofilem Rzepnikowskim do otwarcia 18 stycznia 1910 roku Banku Ludowego w Sztumie. Na wspólnej fotografii, eksponowanej w książce o sztumskim banku, widnieje ks. Patron wraz z Kazimierzem i Witoldem Donimirskimi oraz dr Teofilem Rzepnikowskim2. Potem w ostatniej dekadzie maja 1920 roku z inicjatywy wiceministra spraw zagranicznych Stefana Dąbrowskiego przebywali na Powiślu pisarze Jan Kasprowicz i Stefan Żeromski oraz krytyk literacki i historyk sztuki Władysław Kozicki. Ich wizyta miała wpłynąć na szersze zainteresowanie polskiej opinii publicznej sprawami ogłoszonego plebiscytu3. Wszyscy trzej byli tutaj przyjmowani przez działaczy polskich, przedstawicieli Komisji Międzysojuszniczej i Konsula RP w Kwidzynie, gościli w Górkach u Kowalskich, Zajezierzu i Buchwaldzie (Bukowie) u Donimirskich i oczywiście w Waplewie u Sierakowskich. Po powrocie do kraju ci pisarze ogłosili odezwę, wzywającą do obrony polskości w Prusach Wschodnich: „Ratujmy Ziemię Nadwiślańską. Ratujmy Polskę”.4 Poza tym Jan Kasprowicz udzielił obszernego wywiadu „Gazecie Warszawskiej”, w którym domagał się przesunięcia terminu głosowania, przewidzianego na 11 lipca 1920 roku i apelował o większe zainteresowanie Polakami zie-miami Powiśla, gdzie zamieszkuje większość ludności polskiej. Mówił: „Sprawa ta powiedzmy to sobie otwarcie - wiąże się jak 69 Stefan Żeromski, fot. Wikipedia Władysław Tatarkiewicz, fot. Wikipedia Melchior Wańkowicz, fot. Wikipedia L. Chętnik, A. Lubiński, Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910-2010, Sztum 2010, s. 12. 3 W. Wrzesiński, Polska - Prusy Wschodnie. Plebiscyty na Warmii i mazurach praż na Powiślu w 1920 roku, Olsztyn, 2010, s. 370. „Gazeta Warszawska” 1920, nr 169. 70 Znani Polacy gośćmi, nie tylko dworów, na Powiślu w XIX i XX wieku najściślej z kwestią istnienia Polski. Nie uzyskawszy Powiśla - nie możemy liczyć na posiadanie Gdańska. Posiadanie Gdańska jest zdaniem naszym i tamtejszej ludności i tych kół alianckich, które nam są szczere i życzliwe - ściśle związane z posiadaniem tych spornych terenów. Zaś bez Gdańska i morza - byt państwa polskiego jest zagrożony.”5 Z kolei S. Żeromski zamieścił reportaż „Iława - Kwidzyn - Malbork” na łamach „Rzeczypospolitej”,6 następnie ten tekst został przedrukowany w zbiorze publicystyki „Inter arma”. Wiatach międzywojnia ilość wizyt znanych Polaków na Powiślu znacznie się zwiększyła. Zabiegali o to konsulowie Rzeczypospolitej w Kwidzynie, którzy każdemu pobytowi Polaków z kraju nadawali wyjątkową oprawę. Tak było z poetką Kazimierą Iłłakowiczów-ną, profesorem Władysławem Tatarkiewiczem, Melchiorem Wańkowiczem, profesorami Uniwersytetu Poznańskiego, jacy w ramach powszechnych wykładów uniwersyteckich gościli również w Sztumie i Kwidzynie. Do tych wszystkich odwiedzin doszło po podpisaniu 24 stycznia 1934 roku deklaracji o nieagresji między Polską a Niemcami. Pomijam w tym miejscu wiele wizyt działaczy polskich z Berlina: kierownika Związku Polaków w Niemczech dr Jana Kaczmarka (pierwszy raz jeszcze w 1928 roku) i prezesa ks. dr Bolesława Domańskiego, uczestniczącego w otwarciu Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie (10 XI 1937 r.). Kazimiera Iłłakowiczówna 11 marca 1935 roku w wielkiej sztumskiej sali Kóniglicher Hof (Królewski Dwór) spotkała się z miejscowymi Polakami. Zgromadziło się tam ponad 250 osób. Poetkę powitali kierownik Okręgu Powiśle Związku Polaków w Niemczech Kazimierz Pietrzak - Pawłowski i ziemianin Bolesław Donimirski z Cygus. Iłłakowiczówna recytowała prawie 20 swoich wierszy, wśród nich „Matka Boska wojenna”, „Kolęda sierotki”, „Grobowiec nieznanego żołnierza”, „Ojczyzna”, „Wilno”. Deklamacja każdego wiersza została poprzedzona krótkim wprowadzeniem autorki. W drugiej części spotkania wystąpił mieszany chór ze Starego Targu pod batutą polskiego nauczyciela Franciszka Jujki. Po spotkaniu poetka udała się na wspólną kolację do siedziby Banku Ludowego. Powitał ją tam prezes Rady Nadzorczej Banku Kazimierz Donimirski. Wyraził on szczególne podziękowanie poetce za przyjazd do Sztumu i budzenie wciąż ducha narodowego między mieszkańcami Powiśla, a reprezentantki Towarzystwa Ziemianek podarowały Iłłakowi-czównie haftowany obrus z motywami kaszubskimi i powiślańskimi. Następnego dnia na śniadaniu z poetką, wydanym przez konsula Mieczysława Rogalskiego, obecni byli: prezydent rejencji dr K. Budding i jego zastępca z żoną oraz radca polityczny rejencji dr Karol hrabia von der Groeben. Następnie Iłłakowiczówna z konsulem odwiedziła podkwidzyń-ską wieś Tychnowy, a w Trzcianie złożyła wizytę w przedszkolu i szkole polskiej, zapewne zatrzymali się również przy kamieniu, upamiętniającym pokój zawarty ze Szwedami, zaś w godzinach wieczornych udała się do Szymbarka, gdzie była podejmowana przez hrabinę Finek von Finckenstein. Zwiedziła też Malbork. W miejscowej prasie niemieckiej zamieszczone zostały wzmianki o pobycie pisarki. 5 Tamże, z 8 VII1920 roku. 6 S. Żeromski, Iława - Kwidzyn - Malbork, w: Rzeczypospolita, 1920, nr 4-8 z 18-22 VI. 7 Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej AAN], Poselstwo RP w Berlinie [dalej Pos.], sygn. 2439, k. 14-15. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 18 III 1935 r. Jan Chłosta 71 Wizyta profesora Władysława Tatarkiewicza na Powiślu natomiast, między 19 a 24 maja 1935 roku, miała związek z odkrytymi przez konsula Rogalskiego kopiami dziewięciu portretów królów polskich w Elblągu: Stefana Batorego, Jana III Sobieskiego, Władysława IV, Zygmunta III, Jana Kazimierza, Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Augusta II, Augusta III i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Były one przechowywane w dość prymitywnych warunkach. Jak napisał konsul w „wilgotnej szopie, którą można nazwać rupieciarnią, wśród wielu nieczystości”.8 Z powodu zainteresowania się tymi portretami przez konsula, dyrektor muzeum przeniósł obrazy z magazynu do sieni w gmachu głównym muzeum. Konsul zwrócił uwagę, że podpisy pod obrazami nie odpowiadały prezentowanym na nich monarchom, co w pośpiechu zmieniono. Zaproszony profesor miał dokonać oceny wartości prezentowanych portretów i wygłosić kilka odczytów na Powiślu, przy okazji obiecano mu też zwiedzenie kilku pobliskich miejscowości. Ostatecznie pierwszego dnia Władysław Tatarkiewicz w sali ratusza wygłosił odczyt o renesansie w Polsce. W spotkaniu wzięli udział prezes rejencji, landrat i burmistrz. Odbyło się także spotkania z miejscowymi Polakami. W towarzystwie generalnego konserwatora zabytków dr. Bernarda Schmidta zwiedził Malbork, majątek zmarłego 2 VIII 1934 roku feldmarszałka i prezydenta II Rzeszy Paula Hindenburga w Neudeck (obecnie Ogrodzieniec), Prabuty, Susz, zamki w Kamieńcu i Szymbarku. Elbląską galerię portretów królów polskich uznał za mało wartościową, a o zbiorach w Waplewie powiedział, że zawiera ona „przypadkowe obok cennych obrazów, wiele bezwartościowych, banalnych reprodukcji”.9 W tym samym 1935 roku na Powiślu przebywał również Melchior Wańkowicz. W wielokrotnie wydanym zbiorze reportaży „Na tropach Smętka” znalazły się dwa teksty poświęcone tej ziemi. W jednym z nich zawarł w podzięce za gościnę osobliwe zdania godne przypomnienia: „Niech mi wolno będzie imieniem moim i córeczki mojej - co mówię - imieniem tych tysięcy moich czytelników, podziękować za gościnę, którą znaleźliśmy w starym domu ramzeńskim. [chodzi o Ramzy Małe - przyp. J. Ch.] Przybyliśmy do Was z ziemi dalekiej i zabranej, poprzez Polskę wolną i około swego dnia krzątliwą, na ziemię, która szumi polskim kłosem, ale pobudowane ma niemieckie bastiony; na ziemię, w której nas witają „pochwalonym”, ale pomykają trwożliwie wzrokiem. Przyjechaliśmy, przerąbu-jąc się przez zwały zmartwiałego ludu, skostniałego w prusackiej skorupie. Przedrylowali-śmy tę ziemię ze wschodu na zachód, z puszcz między wasze zielone wzgórza, znad jezior, aż tu, pod wieczną granicę Wisły. Nie wiemy jeszcze, kiedy wrócimy do siebie. Wiemy, że jeszcze najcięższe sprawy tej ziemi są przed nami. Więc żeście nas przyjęli i ogrzali, żeście dali odpocząć, nim dalej pójdziemy, niech mi wolno podziękować i za siebie i za tych, dla których zbieramy polskie ziarna po tej popękanej ziemi krzyżackiego Czernego Krzyża”.10 O profesorach Uniwersytetu Poznańskiego, którzy w 1936 roku w ramach Powszechnych Wykładów odwiedzali Prusy Wschodnie, w tym także Sztum i Kwidzyn, napisano AAN, Pos. sygn. 3840, k. 80. Pismo konsula RP w Kwidzynie z 27 III 1935 r. ’ AAK, Pos. sygn. 3840, k. 150. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 25 V 1935 r. 10 M. Wańkowicz, Na tropach Smętka, wyd. III, Kraków, 1974, s. 233. 72 Znani Polacy gośćmi, nie tylko dworów, na Powiślu w XIX i XX wieku sporo.11 Byli wśród nich: Marian Z. Jedlicki, Lucjan Kamiński, Józef Kostrzewski, Roman Pollak, Tadeusz Silicki, Adam Składkowski, Zygmunt Wojciechowski z małżonką Marią. Właśnie profesor Wojciechowski w jednym z jubileuszowych wystąpień w 1955 roku zawarł takie wspomnienie z wojaży do Prus Wschodnich: „Mówiąc o latach przedwojennych chciałbym wspomnieć jeszcze o jednym odcinku pracy, któremu poświęciłem dużo uwagi. Były to Powszechne Wykłady Uniwersyteckie. Byłem długoletnim członkiem zarządu i kierownikiem Zarządu tych wykładów. Organizowałem sesje wykładowe w Poznaniu i kilkudziesięciu ośrodkach prowincjonalnych Wielkopolski i Pomorza. Sam przemierzyłem Polskę od Kępna po Kościerzynę i Gdynię. Ta akcja odczytowa w latach bezpośrednio przed wojną objęła także ośrodki polskie na obszarze Prus Wschodnich. Dojeżdżaliśmy z odczytami do Sztumu, Kwidzyna, Olsztyna i Szczytna. Te wyprawy pozostały po dziś dzień niezatarte wspomnienia.”12 Tamte spotkania profesorów z miejscową ludnością pozostały na pewno w pamięci starszych mieszkańców Powiśla zapamiętali proste i komunikatywne formy przekazywania wiedzy o historii Polski, tamtym obrazie naszej ojczyzny i jej problemach społeczno-gospodarczych oraz potrzebie trwania w kulturze i obyczajach przodków. 11 A. Kwilecki, W. Tomaszewski, Poznań jako ośrodek polskiej myśli zachodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, w: Polska myśl zachodnia, Poznań 1980, s.165; M. Mroczko, Polska myśl zachodnia 1918-1939, Poznań, 1986, s. 289-290; M. Woj ciechowska, Poznań - Olsztyn przed 25 laty, w: Warmia i Mazury, 1961, nr 4, s. 10-11. 12 Z. Wojciechowski, Spojrzenie wstecz, w: Studia historyczne, Warszawa, 1955, s. 429. Jerzy Kosacz 73 Jerzy Kosacz O STARYM BUCIE ZNALEZIONYM W LESIE Z PRZESZŁOŚCI SADLINEK Na zalesionym obrzeżu Sadlinek, na terenie Sadlińskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu przebiega trasa Ścieżki Przyrodniczo-Leśnej, która jest niewątpliwą lokalną atrakcją turystyczną. Jest to szlak leśnych wędrówek, na którym spotykamy nie tylko tubylców, lecz i przybywających tu mieszkańców Kwidzyna, jak i przejezdnych turystów. Urozmaicony krajobraz dostarcza tu nieczęstych na Powiślu widoków mocno zróżnicowanej rzeźby terenu z wąwozami, licznymi źródełkami, strumykami i oczkami wodnymi. Jest tu wiele miejsc widokowych, gdzie można wypocząć oraz odcinki trasy, gdzie można się pięknie zmęczyć. Przy jednej ze ścieżek znajduje się tam kamień z wyżłobionym pamiątkowym napisem „Ulmerplatz 1930”. Z przedwojennej historii powiatu kwidzyńskiego dowiadujemy się, że w latach 1928-1934 niemiecki starosta nosił nazwisko Ulmer. To on miał w uznaniu osiągnięć sportowych młodzieży z Sadlinek zainicjować powstanie okolicach tej wioski Sportplatzu w 1930 roku. Klub piłkarski juniorów z Sadlinek zasłynął 74 O starym bucie znalezionym w lesie Starosta dr Ulmer (w środku) w tamtych latach licznymi zwycięstwami i mistrzostwem w klasie powiatowej, tradycyjnie dokopując rówieśnikom z innych miejscowości. Budowę ówczesnego „orlika” stanowiącą nagrodę za realizowany ambitny program sportowy uczczono położeniem tego kamienia. Trzewik wygrzebany przez autora spod sterty liści Jerzy Kosacz 75 Przez lata krajobraz leśny mocno się zmienił. Obecnie ściana lasu schodzi znacznie poniżej w stronę drogi wylotowej z Sadlinek do Białek i sięga teraz aż do ulic Konwaliowej i Jagodowej. W leśnej gąszczy trudno jest wypatrzyć zalesiony kilkadziesiąt lat temu teren boiska piłkarskiego, z którego był rozległy widok na Nizinę Kwidzyńską, tym bardziej, że mówi się, iż kamień przeniesiono w obecne miejsce skądinąd. Pomogło mi jednak przypadkowe znalezisko wygrzebane kijem spod warstwy suchych liści. Był to, ni mniej ni więcej, tylko stary skórzany trzewik. Mając w głowie poszukiwanie boiska niemal automatycznie skojarzył mi się z butem piłkarskim. Porównując z butami z 1930 r. prezentowanymi w muzeum sportu można w tym znalezionym dostrzec charakterystyczne wysokie i gęste wiązanie sznurowadeł i ślady po korkach. Ciekawostką był wykopany w pobliżu dół z widocznymi odkopanymi drzewami, zasypa- nymi przy równaniu terenu. Choć nie dysponuję przedwojenną mapa okolic Sadlinek, to po obejściu dookoła płaskiej powierzchni dość gęsto zalesionego gruntu o regularnych wymiarach ok. 50 na 90 metrów, nie było już wątpliwości o lokalizacji Ulmerplatzu. Widoczny też jest ślad nasypu wyrównującego teren. Wspomniany dół został wykopany co najmniej kilka, lub nawet kilkanaście lat temu. 76 O starym bucie znalezionym w lesie Obszar ten otacza leśna ścieżka dydaktyczna, fot. J. Kosacz Może to być dzieło kogoś, kto wiedział, gdzie i czego szukać. A może przypadkowo jakiś eksplorator z doskonałym wykrywaczem natrafił na sportowe trofea „Fufiballmannschaft des Sportverein Sedlinen”. Odnalazłem zdjęcie tej drużyny z 1940 roku. Drużyna piłkarska Klubu Sportowego Sadlinki - lato 1940 rok. Od lewej: Betreuer, Kielmann, NN, Hermann, Kruse, NN, Screiber, NN, NN, Kowalski, Grochau. Jerzy Kosacz 77 Mieszkańcy Sadlinek uciekali przed Armią Czerwoną 22 stycznia 1945 roku przez pobliskie Grabowo po zamarzniętej Wiśle. Zabierano z sobą tylko to, co było potrzebne do przeżycia. W tym czasie miejscowi piłkarze juniorzy pewnie już byli w Wehrmachcie, ewentualnie w Volkssturmie. Sprzęt sportowy i trofea zapewne gdzieś zostały ukryte. Chyba się tego już nie dowiemy co znaleziono w dole na leśnym boisku, i kto to odszukał. Przejażdżka po stawie w Parku Scherlera. Od lewej: pani Schikorra, Saffran, Irma Schikorra (dziecko), Gisela Schikorra, FrauPischke, nauczyciel Gustav Pischke, Heinz Pischke. 78 O starym bucie znalezionym w lesie Gdy zboczymy z wyznaczonego szlaku turystycznego na północ, odnajdziemy ślady przedwojennych ścieżek spacerowych utrzymywanych przed 1945 rokiem na prywatnym terenie gospodarza Benno Scherlera. A także pozostałości po jego budownictwie wodnym, w postaci murowanej zapory, przesmyku między jeziorkami oraz pozostałości po murowanym spuście. Wyobrażenie o tym miejscu dają wspomnienia, jakie spisał nauczyciel z trzyklasowej szkoły w Sadlinkach Emil Schikorra. Na przedwojennym zdjęciu uwiecznił on swoją rodzinę oraz rodzinę kolegi z pracy w czasie promenady łódką po stawie Scherlera. „Powyżej szosy do Białek, ponad polami upraw był „Scherlerpark” własność Benno Scherlera). Były tam serpentyny utrzymanych ścieżek z wieloma ławkami, prowadzące do granicy parku z wznoszącym się lasem państwowym. U podnóża wysoczyzny były trzy małe stawy, zasilane z różnych źródeł, z których zrzut następował poprzez stawydo strumienia o nazwie Wiosna. (Ten strumień prezentuje się dzisiaj jako dość mizerny i raczej tylko sezonowy ciek wodny.) Park był otwarty dla publiczności, ale jego dozorca (Reimus) wraz z żoną czujnie go doglądali. Po największym stawie można było za 10 fenigów popływać łodzią. Dość regularnie odbywały się tam pokazy sztucznych ogni prześwitujących przez drzewa i odbijających się w wodzie. Po zakończeniu takiej imprezy w takt muzyki marszowej następowało przejście w długim pochodzie z lampionami na ciąg dalszy uroczystości we wsi przy gospodzie Eisermanna. Znana jest historia, której ślady podziwiamy w okazałych budowlach i w bogatych muzeach. Natomiast ślady prowincjonalnej, i jakby nie było, banalnej przeszłości można odnaleźć także w takich mizernych reliktach, jak kamień w lesie, sparciały but, czy zarośnięte i na pół wyschłe jeziorka. W każdym razie bywa ciekawiej, gdy schodzi się z wydeptanych ścieżek. Jerzy Kosacz 79 Na powyższych pocztówkach widoczna jest lokalizacja gospody (obecnie przychodnia) oraz pomnika poległych w I Wojnie Światowej, który stał u rozwidlenia dzisiejszych ulic: Grudziądzkiej i Kwidzyńskiej przed zabudową stacji paliw „Delfin" 80 Popsować gniazdo bocianie Andrzej Kasperek POPSOWAĆ GNIAZDO BOCIANIE Mieszkam przy cmentarzu. W Nowym Dworze Gdańskim nazywa się go starym cmentarzem, bo jest jeszcze nowy, założony za miastem. Niektórzy zżymają się na takie sąsiedztwo, mieć za oknem taki widok, brrr... Mnie ono nie przeszkadza, bo przede wszystkim sąsiadów mam spokojnych, „nie awanturujących się”, a poza tym rosną za cmentarnym murem piękne stare drzewa - modrzew, jesion, lipy, jest brzoza. A jak pisał Leopold Staff: „cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa”? Niestety, drzew ubywa. Są wycinane lub padają ofiarą ogławiania. Słowo oznacza obcinanie wierzchołkowej części drzewa na pniu lub grubszych gałęzi. Stosowane jest w lasach przed ścinką dla uzyskania drewna. Nie ma nic złego w obcinaniu zbędnych gałęzi czy podcinaniu wierzby, która i tak szybko odrośnie. Na wsiach zawsze tak robiono, żeby pozyskać drewno na zimę. Ale trzeba to robić z głową a tej przez ostatnie łata przy wiosennych porządkach wyraźnie brakowało - byliśmy wielokrotnie świadkami „żuławskiej masakry piłą mechaniczną”. Pracownicy bez dozoru (a pewnie też bez kompetencji, przyuczenia, wzięci Andrzej Kasperek 81 z robót interwencyjnych) obcinali wszystko jak leci, pozostawiając za sobą kalekie pnie. Bo tak szybciej, po co się męczyć i ścinać gałązkę za gałązką? Można ciachnąć całą koronę i mieć fajrant. Ile drzew zmarnowano w ten sposób? Po takiej operacji były już za słabe, już nie odbiły, już nie wypuściły nowych liści. Zostały skazane bezmyślnie na śmierć, zagłodzone, bo przecież z lekcji przyrody powinniśmy pamiętać, co to jest fotosynteza i gdzie się odbywa. W mieście straszyły sterczące kikuty, niczym upiorne memento każące pamiętać o tym, jak lekkomyślnie niszczymy przyrodę. Choć gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że ostatnio coś się w tej sprawie zmienia na lepsze. Wspaniały czerwony buk rosnący na cmentarzu również padł ofiarą tego zabiegu; zamiast usunąć suche gałęzie obcięto wszystkie i zrobiono z niego kolumnę. Drzewo od kilku lat walczy o przeżycie. Parę lat temu bociany uwiły na nim gniazdo. Było to drugie gniazdo na starym cmentarzu. Wcześniej boćki wykorzystały stary modrzew, ale po ich odlocie administrator cmentarza ściął drzewo. Wiosną ptaki przyleciały, ale gniazda nie zastały. Żal było patrzeć - krążyły przez kilka dni, siadały na dachach okolicznych domów aż wreszcie zrezygnowane odfrunęły. W następnym roku długo boćków nie było, wreszcie jakieś zdecydowały się na buk. Stanowisko miały wygodne, gniazdo powstało szybko, ale jaja złożyły zbyt późno, młodych się nie doczekały. Złośłiwi mówili nawet, że to pewnie geje. Ale pewnie to tylko polska homo-fobia, która rozlewa się nawet na świat przyrody. Co roku przylatywały, klekotały po nocy, oganiały się od kawek, które mają gniazda w pobliżu. Tyle, że zawsze pojawiały się spóź- i 82 Popsować gniazdo bocianie nione, przychówku nigdy tam nie było. Ale co tam - czekanie na ich wiosenne przybycie i obserwowanie ich pobytu w gnieździe było corocznym rytuałem. Poranna kawa pita przy kuchennym oknie połączona z podglądaniem bocianów smakowała bardziej niż najdroższa mokka. Te ptaki są dla mnie częścią polskiego krajobrazu. Juliusz Słowacki tułający się po świecie zobaczył „lotne w powietrzu bociany” gdzieś na Morzu Śródziemnym i zaraz zaczął płakać za utraconą ojczyzną, bo przecież znał je z polskiego zagonu. A inny romantyk, Cyprian Kamil Norwid, napisał w wierszu „Moja piosnka (II)”: Do kraju tego, gdzie winą jest dużą Popsować gniazdo na gruszy bocianie, Bo wszystkim służą... Tęskno mi, Panie... Czyż potrzeba więcej dowodów na polskie przywiązanie do tych ptaków? To nie przypadek, że dwaj wielcy malarze umieścili je na swoich obrazach, które stały się wręcz ikonami. Te płótna są syntezą naszego pejzażu, są jego symbolem. Na zadziwiającym obrazie Jacka Malczewskiego pt. „Wiosna - Krajobraz z Tobiaszem” chłopiec idzie przez jeszcze martwy świat niosąc rybę, która uleczy wzrok ojca a nad nim lecą bociany. Na płótnie pod tytułem „Bociany” Józefa Chełmońskiego chłopiec przyniósł ojcu na pole dwojaki z jedzeniem. Andrzej Kasperek 83 Obaj spoglądają w niebo na krążące tam stado boćków. Obraz ukazuje trwałe związanie człowieka z naturą. Zmęczony oracz patrząc w niebo ma chwilę odpoczynku, raduje się, bo te ptaki wieszczą urodzaj i szczęście. Johann Wolfgang Goethe pisał, że natura daje pocieszenie - dlatego tak cenny jest kontakt z nią. Ale czy dziś to jeszcze rozumiemy? Czasem mam duże wątpliwości patrząc na stosy śmieci wysypane w rowach, na poboczach czy polnych drogach, na bezmyślne wycinanie drzew albo betonowanie i brukowanie cementową kostką każdego skrawka ziemi. Wystarczy spojrzeć na nasze cmentarze - ziemia nam przeszkadza, brudzi buty, chwasty trzeba wyrywać. Otoczenie nagrobków jest całkowicie wypełnione kostką, mamy wrażenie, że groby stoją na jakimś placu. A jak pewnego razu interweniowałem u pracownika „ogła-wiającego” kolejne drzewa na cmentarzu, to tłumaczył, że on tylko spełnia postulaty właścicieli grobów, bo oni nie chcą sprzątać liści. Za dużo z tym roboty. Jak daleko odeszliśmy od przyrody. Kolega mówi, że to chłopski wstyd, lęk przed ziemią, błotem, które zdradzają pochodzenie tkwiąc na butach czy za paznokciami. Stąd według 84 Popsować gniazdo bocianie niego ta chęć wybetonowania wszystkiego. Ale takie rozumienie przyrody mści się. Wyce-mentowane koryta rzek w Niemczech przyczyniają się do powodzi. W Polsce także w czasie ostatnich powodzi najbardziej ucierpiały domy zbudowane na terenach zalewowych. Kilkanaście lat temu nikt by nie wpadł na to, żeby tam budować. Pod koniec lutego ekipa firmy „Zieleń” czyli administratora cmentarza, zabrała się za zrzucenie gniazda z buka, bo były skargi, że bociany fajdają. Może i tak, ale jakby buka nie poobcinano tak skutecznie, to pewnie problemu by nie było. Okazało się, że wszystko jest zgodne z prawem, bo według artykułu 52, punkt 2 Ustawy o ochronie przyrody końca lutego dozwolone jest usuwanie „gniazd ptasich z obiektów budowlanych i terenów zieleni, jeżeli wymagają tego względy bezpieczeństwa lub sanitarne”. Kiedy przyleciał bocian powtórzyła się historia sprzed łat. Nie było gniazda a wierzchołek drzewa zaostrzono, żeby ptakowi do łba coś nie strzeliło i nie zaczął odbudowywać swego domu. Okazało się jednak, że bocian jest osobnikiem wyjątkowo upartym, który zabrał się za robotę i gniazdo odtworzył. Po kilku dniach pojawił się następny ptak. I wtedy stało się coś dziwnego. Bo oto pojawił się wóz z wysięgnikiem, ścięto czubek jesionu rosnącego trochę dalej i zamocowano tam europaletę, która udekorowana gałązkami „miała robić” za platformę. Przez kilka dni nowoprzybyły bocian stał na niej, ale później zaczął gałązki wyrywać i przenosić je do odbudowywanego (z małżonką?) gniazda. Ze strachem zobaczyłem idąc do pracy, że podnośnik stoi przy buku, ale na szczęście zrezygnowano z interwencji i nikt siłą ptaka nie przenosił na nowe miejsce. Uparte ptaki pogardziły zafundowanym im udogodnieniem (inicjatywa wydziału ochrony środowiska UM) i uznały, że na buku będzie im lepiej. Czy doczekamy się w tym roku przychówku? Chyba nie, bo późno przyleciały. A czy znowu w lutym kolejna ekipa zrobi „porządek sanitarny” i zrzuci gniazdo a wierzchołek drzewa znowu skróci? Oby nie. W wielu krajach ludzie tęsknią za boćkami. Kilka lat temu byłem w Grenoble i kiedy na wieży miejscowego kościoła powstało bocianie gniazdo, to wszyscy byli zachwyceni i szczęśliwi, że miasto ma kolejna atrakcję turystyczną. Czyżbyśmy w Nowym Dworze cierpieli na nadmiar bocianów i atrakcji turystycznych. Zostawcie boćki w spokoju! W tym roku odbywa się wielkie liczenie bocianów. Już wstępne wyniki napawają niepokojem. Okazuje się, że w porównaniu ze spisem sprzed dziesięciu lat bocianów białych jest o 20 procent mniej, chodzi tu o liczbę 10 tysięcy ptaków. Co czwarty bocian na świecie ma „polski paszport”, ale jak będziemy im zrzucać gniazda to przestaną tu wracać. W Danii sto lat temu było około czterech tysięcy bocianich par - dziś zostały tylko TRZY zasiedlone gniazda. Czy o to nam chodzi? Powie ktoś, że przemawia przeze mnie egoizm, bo chcę się nadal delektować poranną kawą i jednocześnie gapić na bociany. I ma rację! Proszę zauważyć jednak, że to jest „patriotyczne picie kawy”, bo towarzyszy mu podziwianie „uświęconego symbolu polskości” jak pewien krytyk napisał kiedyś o tym biało-czarnym ptaku. PS. Pisałem ten tekst 31 maja 2014 roku; od jedenastu lat jest to Dzień Bociana. Odbywa się on w wigilię Dnia Dziecka. Wiadomo, nie będzie bocianów, to nie będzie dzieci. Nie wierzycie? Rodzina znowu na swoim, fot. Andrzej Kasperek 86 Dwór czyli artefakt Maciej Kraiński DWÓR CZYLI ARTEFAKT Przy dziedzińcu dom chędogi, Półtoraczne ławy w ganku, Sień obszerna, a przy wianku Wiszą strzelby, smycze, rogi, Kordy, rzędy, drożne burki I wyprawne pękiem skórki, Drzwi na oścież - a w pokoju Stół dębowy, woskowany, Pod nim niedźwiedź rozesłany, Dzban cynowy dla napoju, A na ścianach antenaty, A na półkach srebrne blaty. Opuszczone i przyjemne, Jawne, strojne i ukryte, I bielone, i obite, Zakomórki i kąciki, I pokoje, pokoiki, I sioneczki, narożniki! To dla pana, dla jejmości, To dla panien, to dla gości, Dla paniczów, pokojowych, To dla panien respektowych. (Wincenty Pol, Pieśń o ziemi naszej, opr. Maria Janion, Wrocław 1963) Pałace i dwory, liczące sobie niekiedy po kilkaset lat i będące siedzibami kolejnych generacji rodzin szlacheckich, były symbolem nieprzerwanego trwania Rzeczypospolitej z jej kulturą i obyczajem, z jej sarmacką odmiennością względem Europy, choć na europejskość otwartą. Dwór wyznaczał rytm życia jego mieszkańców. Na podstawie opisów literackich i wspomnień można odnieść wrażenie, że czas płynął tam w ściśle określonych sekwencjach, stałych i niezmiennych w swojej kolejności mierzonej kalendarzem jak z ”Roku polskiego” Kossak-Szczuckiej. Maciej Kraiński 87 Siedziby szlacheckie były z jednej strony świadkami i uczestnikami historii z drugiej zaś pełniły funkcję zarazem materialnego zaplecza jak i kroniki dziejów rodów i rodzin. Zagłada polskiego dworu i całej związanej z nim cywilizacji nastąpiła w dwóch zasadniczych etapach. Pierwszy, dziś niemal zapomniany, przypadł na lata 1914 - 1920, kiedy to I wojna światowa, rewolucja rosyjska i wojna polsko-bolszewicka zmiotły ziemiaństwo polskie na rozległym obszarze kresowym, a przede wszystkim Wołyniu i Podolu. Cios ostateczny kulturze szlacheckiego dworu przyniosła precyzyjna niemiecka grabież podczas II wojny światowej i u jej schyłku wkroczenie wojsk sowieckich na tereny Polski, co jak wiadomo zaowocowało dekretem z 1944 roku o reformie rolnej, czyli o brutalnym wywłaszczeniu całej warstwy społecznej. Wyrok śmierci wydany na „dwór” i jego mieszkańców zdekapi-tował elity narodowe, pozostawiając wyrwy - nie ma co się łudzić - nie do odrobienia. Ta hekatomba może być porównana jedynie do unicestwienia kultury żydowskiej na terenie Polski. Pozostałe tu i ówdzie założenia parkowo-dworskie, tu i ówdzie synagoga i kirkut, niczym sterczące z oceanu wysepki mitycznej Atlantydy, przywodzą na myśl zaginioną cywilizację pochłoniętą zrządzeniem żywiołu. Komunistyczna władza za jednym zamachem zapewniła sobie poparcie znacznej części wsi i zlikwidowała zaplecze opozycji. Kosztów społecznych i kulturowych nikt nie liczył. Z około 20 000 dworów przetrwało zaledwie kilkaset. Budynki dworskie, z których wygnano właścicieli, zazwyczaj przeznaczono na cel „społecznyJednakże w myśl zasady, wspólne czyli niczyje, błyskawicznie doprowadziło to do zagłady ogromnej większości z nich. Podobny los spotkał wyposażenie dworów - gromadzone przez wieki meble, obrazy, księgozbiory, archiwalia i pamiątki rozkradziono lub porąbano na opał. Nieliczne uratowane, jakimś cudem, przez właścicieli i muzea przedmioty, niewiele znaczą wobec ogromu strat. Rok 1944 jest cezurą wyznaczającą, krwawą krechą, początek końca starych elit i ważnej części dziedzictwa kultury narodowej. Przerwana została kilkusetletnia tradycja wzajemnej zależności między dworem a wsią. Będąc przez wieki punktem odniesienia dla wsi, dwór w wymiarze społecznym, ekonomicznym i kulturowym został unicestwiony bezpowrotnie. Wykastrowany polski krajobraz kulturowy straszy ruinami siedzib byłych właścicieli, wyrżniętymi parkami, bezładem urbanistycznym i karykaturalną dworkowatością kolumnad z rur kanalizacyjnych Nie można więc dziś zobaczyć żyjącego, autentycznego dworu polskiego, z jego wyposażeniem i mieszkańcami, z jego gwarem, końskim rżeniem, radosnym poszczekiwaniem psów, gwizdnięciem przywoływanych na polowania, zapachami, z jego genius loci. W pamięci jeszcze kołacze Domus Polonorum, strażnik tradycji narodowej, matecznik religijności, patriotyzmu, bon tonu uczącego jak żyć by zostawić po sobie, w pamięci potomnych, dobre wspomnienia pracowitego i dbałego o ludzi obywatela. Wszak: noblesse oblige. 88 Osadnicy 1945 Andrzej Kasperek OSADNICY 1945 Noc Muzeów to świetny pomysł na propagowanie kultury dzięki niemu niektórzy choć raz na rok przekroczą progi muzeum, galerii czy skansenu. Dla wielu będzie to pewnie pierwsza taka impreza w życiu. Ale może nie ostatnia. W Polsce organizuje się je raptem od dziesięciu lat. A na świecie niewiele dłużej, zaczęło się w Berlinie w roku 1997. Organizowana jest zwykle w połowie maja, w tym roku odbywała się w sobotę 17 maja. Byłem wtedy w Gdańsku i widziałem kolejki przed muzeami, rzecz zupełnie niezwykła. Dla niektórych jest to pomysł na tanie spędzenie weekendu, ale przecież to nie tylko bezpłatne wejście do przybytków sztuki decyduje o popularności tej akcji. Organizatorzy przygotowują także specjalne atrakcje np. zwiedzanie obiektów zazwyczaj niedostępnych, koncerty, poczęstunki, warsztaty, scenki rodzajowe itp. Przyjęło się, że w Nowym Dworze Gdańskim noc w muzeum odbywa się tydzień po tej ogólnopolskiej. To dobry pomysł, bo daje okazję chętnym, aby wyjechać do innych miejscowości, ale też pozwala gościom zajrzeć do Muzeum Żuławskiego. Nie piszę bezpodstawnie o gościach. W zeszłym roku przez Żuławski Park Historyczny przewinęło się przeszło dwa tysiące odwiedzających! Koncerty, wykłady, pokazy militariów, warsztaty przyciągały jak magnes i to mimo złej pogody. Andrzej Kasperek 89 24 maja 2014 odbyła się kolejna Europejska Noc Muzeów. Swoją drogą tak nadużywamy tego przymiotnika „europejski” jakbyśmy przez tysiąc lat mieszkali na innym kontynencie. Ale co tam, jak Unia Europejska dorzuci parę złotych organizatorom to wymaga. W tym roku Samodzielna Grupa Odtworzeniowa „Pomorze” przygotowała inscenizację pt. „Osadnicy 1945”, w trakcie której przedstawione zostały min. sceny walk o Nowy Dwór Gdański oraz przemarsz osadników przybywających na tereny Żuław. Samodzielna Grupa Odtworzeniowa zrzesza osoby „zainteresowane odtwarzaniem i podtrzymywaniem tradycji wojskowych i patriotycznych jednostek Wojska Polskiego działających na terenie Pomorza w XX wieku. Szczególny nacisk położono na jak najwierniejsze odtwarzanie wyposażenia, umundurowania, uzbrojenia i wyszkolenia Wojska Polskiego”. Tak przedstawia się grupa na swojej stronie internetowej. Tym razem większość polskich uczestników przebrała się jednak w mundury niemieckie. W pobliżu Żuławskiego Parku Historycznego i Żuławskiego Ośrodka Kultury odbyła się inscenizacja obrony Tie-genhofu (niemiecka nazwa miasta) przez Niemców. Odtworzono autentyczne sceny z marca 1945 roku, obrazy walki Wehrmachtu z oddziałami Armii Czerwonej i kapitulacji. Podczas inscenizacji wykorzystano oryginały oraz repliki broni i sprzętu wojskowego z tamtego okresu m.in. niemiecką Panterę, radziecki lekki samochód pancerny BA-64, działa ZiS 3 oraz 37 mm armatę przeciwlotnicza. Żołnierze wyposażeni byli w karabiny maszynowe, pepesze, mausery i mosiny. Rosjanie byli autentyczni - to zaprzyjaźniona z SGO „Pomorze” grupa „Klub wojenno-istoriczeskoj rekonstrukcii pri Domie Oficerów Bałtijskogo Fłota”. Zastanawiam się, jak się czują ci uczestnicy rekonstrukcji przebrani za Niemców, bo Rosjanie znowu wygrali, znowu trzeba znosić upokorzenie poddania się. Należy przyznać, że rekonstrukcja robiła bardzo duże wrażenie i to nie tylko za sprawą efektów pirotechnicznych i huku ładunków wybuchowych. Kiedy patrzyło się na hitlerowskie flagi ze swastyką na tle ceglanych murów ŻOK-u, czyli dawnego budynku Haus der Gemeindschaft, czyli Domu Wspólnoty Narodu Niemieckiego trudno było nie poczuć powiewu historii. Jedyny zarzut jaki można mieć do inscenizatorów, to zbyt wolne tempo. Trochę zabrakło dramaturgii. Za to jak się ogląda wybrane sfilmowane sceny inscenizacji (film dostępny jest na You tubę; należy wpisać: Osadnicy 1945) to robi to duże wrażenie! Oczywiście nie chciałbym się tu znaleźć w gronie malkontentów. Pewna pani na Facebooku napisała, że było za głośno, bo tyle huków, dym był smrodliwy a w ogóle to po co to komu? Zabawa dużych chłopców, a społeczeństwo musi za to płacić... Ponoć niektóre panie narzekały, że „Ruscy” mieli gwałcić a wcale nie kwapili się do tego. Za to pili alkohol jak prawdziwi krasnoarmiejcy. Choć to pewnie tylko plotki i pomówienia. Rekonstrukcje historyczne często wzbudzają kontrowersje, prowokują do polemik. Trudno się dziwić, bo często pomysły są szokujące, np. niektórzy chcieli inscenizować masakry w czasie walk na Wołyniu, pogromy na Żydach czy gwałty w czasie powstania warszawskiego. Wybitny historyk - prof. Bogdan Paczkowski tak mówił na ten temat: „W polskim przypadku raczej sięga się do gry symbolami, pewnej umowności gestów w takich przedsięwzięciach. W przypadku takich pomysłów jak spalenie stodoły w rocznicę pogromu w Jedwabnem czy inscenizacja rzezi wołyńskiej przekroczenie granicy akceptowalności jest bardzo łatwe. Uważam, że lepiej się wstrzymać przed czymś takim. Poza tym rekonstruk- 90 Osadnicy 1945 cje są bardzo często elementem polityki mającej przyciągnąć turystów, im atrakcyjniejsza taka inscenizacja, tym więcej ludzi przyjedzie [...]. Rekonstrukcja jest atrakcją turystyczną, a czy ze wszystkiego powinno się taką atrakcję robić? Są wydarzenia, jak rzeź wołyńska, o których nie wolno zapomnieć, ale nie powinno się z nich robić weekendowej zabawy. Inscenizacja mordu, rzezi, gwałtu to przekroczenie granicy, której, w moim odczuciu, nie powinno się przekraczać”. Jednak dla wielu chyba ciekawsza od scen batalistycznych okazała się część druga widowiska pt. „Osadnicy 1945”. Mieszkańcy Nowego Dwór Gdańskiego mieli okazję cofnąć się w czasie do roku 1945 i przypomnieć sobie, jak ich przodkowie przybywali na Żuławy, żeby szukać tu nowego miejsca do życia. Po zakończonej części militarnej przyszedł czas na najważniejszy moment, a mianowicie przybycie pierwszych powojennych osadników na teren Żuław i Nowego Dworu Gdańskiego. O godzinie 19:30 na dworcu kolejki wąskotorowej na widzów czekała grupa około 50 pionierów, którzy przybyli z różnych stron II Rzeczpospolitej, z Kresów, obozów koncentracyjnych, spalonej i zrujnowanej Warszawy... Wysiadali ze specjalnie na tę okazję przygotowanych wagonów towarowych przygotowanych przez Żuławską Kolej Dojazdową. Członkowie SGO „Pomorze” przygotowali wspaniały spektakl, który wśród starszych mieszkańców wywoływał wspomnienia i autentycznie wzruszał. Do rekonstruktorów przy- Andrzej Kasperek 91 łączyli się również mieszkańcy którzy przebrani w stroje z epoki postanowili w ten sposób uczcić pamięć o powojennych osadnikach. Wspólny marsz rekonstruktorów i mieszkańców miasta rozpoczął się o godzinie 20. Czegoś takiego jeszcze w Nowym Dworze Gdańskim nie było. Po przybyciu przed ŻPH i ŻOK osadnicy w prowizorycznym punkcie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego otrzymywali przydziały ziemi i domostwa. Ostatnim akcentem było przekazanie władzy w ręce pierwszego polskiego burmistrza. W tą rolę wcielił się obecny burmistrz Jacek Michalski, który na koniec inscenizacji przeczytał raport z akcji osadniczej, jaki w październiku 1945 r. został sporządzony w Nowym Dworze Gdańskim. Inscenizacja „Osadnicy 1945” była świetną lekcją historii, która, jak podkreślają jej organizatorzy, ma skłonić społeczność lokalną do poszukiwania i odkrywania tajemnic ich małej ojczyzny. To również forma hołdu dla ludzi, którzy po II wojnie światowej przybyli na Żuławy i dzięki swej ciężkiej pracy przywrócili życiu obszar zalany pod koniec II wojny światowej przez hitlerowców. Warto podkreślić, że wśród przebranych inscenizatorów byli też mieszkańcy naszego miasteczka; niektórzy sami byli prawdziwymi pionierami, inni odtwarzali swych przodków lub inne osoby. Pojawił się pomysł, aby przemarsz osadników stał się stał stałym elementem majowych nocy muzealnych. Byłoby to cenne uczczenie pamięci naszych przodków, przybliżałoby publiczności oraz uczestnikom projektów historycznych prawdę o przeszłości. Byłaby to „żywa historia” na ulicach Nowego Dworu. 92 Osadnicy 1945 W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. W tym roku po raz kolejny przybył do naszego miasta Richard Brook, którego ojciec Otton Bruck miał przed wojną w Tiegenhof gabinet dentystyczny i skąd ze względu na swoje żydowskie pochodzenie musiał wyjechać (w następnym numerze „Prowincji” opiszę jego losy). Syn od wielu lat odtwarza dzieje ojca. W jego relacji z poszukiwań w Niemczech przeczytałem: „Hajo opowiedział mi fascynującą historię rodzinną o Gerhardzie Eppie, ojcu Rity. Jego inżynieryjne wykształcenie i znajomość grobli oraz kanałów w delcie Wisły okazało się przydatne, kiedy armia rosyjska otaczała teren. On i Rita przemieszczali się wówczas jego mercedesem wysadzając groble i zalewając depresyjne tereny, aby dać wycofującym się żołnierzom niemieckim więcej czasu”. Jak różne mogą być spojrzenia na ten sam fakt historyczny. To co dla nas było zbrodnią, dla Niemców było tylko sposobem walki, prawie takim samym jak wysadzanie wiatraków przez niemieckich saperów, aby nie były punktem orientacyjnym dla sowieckich artylerzy-stów. A u postronnego obserwatora, który pochodzi z Kalifornii, nie wywołuje to żadnych emocji ani ocen. • Po zakończeniu inscenizacji wojenny nastrój utrzymał koncert Janusza Żaka z Teatru Muzycznego w Gdyni śpiewającego piosenki wojenne (m.in. „Katiusza’, „Siekiera motyka, „Szli na zachód osadnicy”, „Rozszumiały się wierzby plączące”, „Czerwone maki na Monte Cassino”) i z filmów o takiej tematyce (np. „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”, „Deszcze niespokojne” z „Czterech pancernych” czy „Róża i bez” z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”) przy akompaniamencie skrzypiec i akordeonu. W programie nie zabrakło również tradycyjnego zwiedzania ekspozycji Muzeum Żuławskiego oraz wykładów historycznych (dr Dariusz Piasek mówił o Żuławach w ogniu wojny Andrzej Kasperek 93 a wspomniany już Richard Brook relacjonował swe „śledztwo” w sprawie ojca). Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowego Dworu Gdańskiego przygotowała prezentację zbiorów literatury dotyczącej II wojny światowej. Na zakończenie wieczoru tuż po nocnej potyczce odbył się pokaz sztucznych ogni. W inscenizacji wzięło udział ponad 100 rekonstruktorów z Samodzielnej Grupy Od-tworzeniowej „Pomorze” oraz ich przyjaciele z Obwodu Kaliningradzkiego. Ze strony Klubu Nowodworskiego nad sprawnym przebiegiem Europejskiej Nocy Muzeów na Żuławach czuwało siedemdziesięciu wolontariuszy: członków i przyjaciół Stowarzyszenia oraz uczniów z nowodworskich szkół ponadgimnazjalnych. Organizatorzy mogą być z siebie dumni; dopisała publiczność (ponad dwa i pół tysiąca), a nawet pogoda okazała się łaskawa. Skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie, które przygotowywano od kilku miesięcy zakończyło się sukcesem. Brawo! *** Ta inscenizacja to ogromny zbiorowy wysiłek. Przygotowania trwały rok - napisanie projektu, ustalenia, wizje lokalne, próby pirotechniczne, badanie poziomu hałasu, techniczne wykonanie i sprzątanie. Autorem sukcesu w pierwszej kolejności jest SGO Pomorze (Maciej Stupkiewicz, Jagoda Klim, Maciej Makowski), ale na równi z nimi zespół zajmujący się koordynacją i przygotowaniem: Mariola Mika, Łukasz Kępski, Marzena Bernacka-Basek, Marta Ciechanowska, Przemek Siwicki, Marek Opitz. Kolejni wielcy uczestnicy tego projektu to ponad 70 wolontariuszy - członkowie Klubu Nowodworskiego oraz innych stowarzyszeń, a także ich rodziny, uczniowie nowodworskich szkół, którzy naprawdę dobrze się spisali - od prowadzenia wykładów, pełnienia roli kustoszy, zapewnienia posiłków całej armii (150 osób uprawnionych do wyżywienia) i ochroniarzy.... Nieocenione wsparcie mieliśmy od sponsorów. Dostaliśmy także dofinansowanie unijne. Z ciekawostek - podczas inscenizacji została użyta prawdziwa broń ponad 20 sztuk - jednak zamiast ostrej amunicji była ślepa (zużyto około 1000 sztuk). Tę operację zapewniała wyspecjalizowana firma, musieliśmy mieć specjalne pozwolenia i zapewnić np. magazyn broni pilnowany w sposób szczególny. Pełna nazwa rosyjskiej grupy odtworzeniowej brzmi : KAyó eoenno-ucmopuHecKou peKOHcmpyKąuu npu Ąomc Ofuąepoe BaAmuucKozo fAoma, zopod KaAUHUHZpad. Dziękujemy za wsparcie lokalnych firm, instytucji i osób prywatnych: Centrum Motoryzacyjne T&T Tomasz Witkowski, Stalmach Piotr i Małgorzata Łukasiuk, Centrum Papiernicze KTT, Willa Restauracja Joker, Apteki MEDFARM, Centrum Stomatologiczne AsDent, Drogeria Jaśmin - Janusz Kurowski, Salon Optyczny Optylux, Wulkanizacja Bogdan Szreder, Militaria Maciej Stupkiewicz, Żuławski Bank Spółdzielczy, Żuławski Ośrodek Kultury, Ubezpieczalnia Helena Sień-czak, Kawiarnia Pawio Cafe, Biuro turystyczne, Globex-Bus, Sklep Eldom, Kwiaciarnia Niezapominajka, Piekarnia - Cukiernia WÓJT, Powiatowa Komenda Policji w Nowym Dworze Gdańskim, Ubezpieczenia CUK Nowy Dwór Gdański, Bank BGŻ S.A. oddział w Nowym Dworze Gdańskim, Styl-Sport, Ochotniczej Straży Pożarnej, Foto Opitz, Sklep Komputerowy Tele Elektronie Jerzy Hrycyna, Gmina Nowy Dwór Gdański, Lokalna Grupa Działania Żuławy i Mierzeja, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański, Zbigniew Zaborski, Jarosław Dywizjusz. Marek Opitz Projekt „Europejska Noc Muzeów na Żuławach” współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Osi 4 LEADER. Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013 Rozmowy Wacław Bielecki ZAFASCYNOWANY ROMANTYCZNYM BRZMIENIEM ROZMOWA Z PIOTREM MICHNĄ, ORGANISTĄ Wacław Bielecki: Głównym powodem naszej rozmowy jest ukazanie się nagranej przez pana płyty z muzyką organową. Zanim jednak o tym porozmawiamy, chciałbym zapytać, jaka była pana droga do muzyki i do organów? Piotr Michna: Wszystko zaczęło się w rodzinnym Kwidzynie. Kiedy w mojej podstawówce zlikwidowano SKS, gdzie trenowałem siatkówkę, szukając sobie jakiegoś nowego zajęcia, zostałem ministrantem w kwidzyńskiej katedrze. Mocno się tę służbę zaangażowałem, bywało, że spędzałem w kościele całe dnie. Zafascynowany tą tajemniczą przestrzenią, szczególnie gdy stawała się cicha i pusta, nie mogłem pozostać obojętny na magiczne dźwięki organów. Niezwykle silnym bodźcem był także koncert organowy, którego pewnej jesieni wysłuchałem w katedrze. Wacław Bielecki 95 Pamięta pan może, co to był za koncert? Jego wykonawcą był profesor Roman Perucki, mój późniejszy nauczyciel. Zagrał on wtedy m.in. Preludium i fugę a-moll Bacha oraz VI Sonatę d-moll Mendelsshona. Czy w pana rodzinie byli jacyś muzycy? Nie, w mojej rodzinie żadnych tradycji muzycznych nie było. Przed pewnymi wakacjami za dobre wyniki w nauce dostałem od rodziców gitarę, bo wcześniej przebąkiwałem, że może nauczyłbym się grać na tym instrumencie. Jednak niedługo potem zachwyciłem się organami i gitara poszła w kąt. Rodzice początkowo z dystansem patrzyli na te moje kaprysy, ale kiedy okazało się, że mój wybór jest czymś więcej niż tylko jednodniową fantazją podrostka, bardzo mi pomagali. Jak wyglądały początki pana edukacji muzycznej ? Od samego początku mego zainteresowania się muzyką bardzo chciałem grać na organach. Jednak zyskanie możliwości nauki gry na tym instrumencie okazało się dość trudne. W okolicy nie było zawodowego organisty i mało kto mógł prawdziwie zrozumieć moją organową pasję. Naukę zacząłem od lekcji prywatnych. Potem była kwidzyńska szkoła muzyczna. Żeby uczyć się gry na fortepianie, który stanowi dla organisty podstawę, miałem podobno zbyt wiele lat. Tak więc próbując otworzyć sobie drogę do organów, kształciłem się w klasie akordeonu. Po dwóch latach nauki, nie ukończywszy szkoły kwidzyńskiej, zdałem egzamin z fortepianu do szkoły muzycznej II stopnia w Gdańsku-Wrzeszczu, gdzie wreszcie mogłem rozpocząć naukę w zakresie gry na organach. Pierwsze dwa lata tej edukacji były bardzo trudnym okresem. Wówczas mieszkałem jeszcze w Kwidzynie i dwa razy w tygodniu dojeżdżałem do Gdańska. Musiałem jakoś pogodzić naukę w liceum ogólnokształcącym z dojazdami do szkoły muzycznej i długimi godzinami spędzanymi przy instrumencie. Gdy wracałem z ogólniaka do godziny dwudziestej drugiej ćwiczyłem na pianinie (ku „wielkiej radości” moich sąsiadów, jak pamiętam), następnie zaś zabierałem się za przedmioty licealne, nad którymi siedziałem do trzeciej, czwartej nad ranem. A wstawałem zwykle o szóstej. Oczywiście wiele czasu ćwiczyłem również na organach w kwidzyńskiej katedrze. Po maturze wyjechałem do Gdańska i zostałem organistą w jednym z tamtejszych kościołów. Potem przyszedł czas upragnionych studiów. Jak wspomina pan ten czas? To był okres niezwykle intensywny, odkrywczy, twórczy. Wreszcie mogłem uczyć się tego, na czym najbardziej mi zależało. Spotykałem wielu znakomitych organistów, słuchałem świetnych koncertów, zdobywałem cenną wiedzę dotyczącą wykonawstwa i organów, szczególny nacisk kładąc na interpretację o charakterze historycznym. Oczywiście wiele godzin ćwiczyłem na fortepianie i organach, tym razem już bez zbędnych rozproszeń. Po prostu starałem się rzetelne budować bazę dla mych późniejszych niezależnych działań. W tym samym czasie rowijałem również pozamuzyczne pasje, do jakich należą literatura, historia sztuki, filozofia. Czyli można powiedzieć, że odbywał pan studia w pełnym tego słowa znaczeniu? 96 Zafascynowany romantycznym brzmieniem Spróbujmy zaryzykować takie stwierdzenie. Tyle że wiele z tych rzeczy zgłębiałem we własnym zakresie. Czy pamięta pan swój recital dyplomowy? To były dwa godzinne koncerty. Na pierwszym grałem muzykę epoki baroku, m.in. moje ulubione Preludium i fugę Es-dur z trzeciej części Klavieriibung J. S. Bacha. W repertuarze drugiego recitalu znalazły się kompozycje twórców romantyzmu: Mendelssohna, Francka, Regera. Jak potoczyło się pana życie po studiach? Po studiach z jakichś niepojętych dla mnie przyczyn wpadłem w wir społecznych zaangażowań. Pewnie niektórzy słyszeli o organizowanych przeze mnie Powiślańskich Wieczorach Organowo-Kameralnych w kwidzyńskiej katedrze, planach rekonstrukcji tamtejszych organów. Tego rodzaju działalność dawała mi wprawdzie sporo satysfakcji, szczególnie wtedy, gdy widziałem, że przynosiła komuś pożytek, jednak robiąc te rzeczy, jednocześnie miałem wrażenie, że nie do końca jestem na swoim miejscu. Czułem się skrępowany społeczno-sa-morządowymi uwarunkowaniami, pracą organizacyjną zabierającą mnóstwo czasu, a nie mającą zbyt wiele wspólnego ze sztuką. Ostatecznie moje dylematy rozwiązały się same, kiedy prowadzone przeze mnie stowarzyszenie nie otrzymało dotacji na kolejny festiwal. Dziś mogę swobodnie zajmować się tym, co zawsze było dla mnie najważniejsze: muzyką i literaturą, nieustannym doskonaleniem się w tych dziedzinach. Moim stałym zawodowym zobowiązaniem jest praca organisty w bazylice św. Mikołaja w Gdańsku. Teraz może porozmawiamy o pańskiej nowej płycie. Jest to publikacja specyficzna, poświęcona wyłącznie jednemu kompozytorowi, niezbyt znanemu w Polsce przedstawicielowi niemieckiego romantyzmu - Josefowi Gabrielowi Rheinbergerowi. Powiem szczerze, że ogromnie cieszy mnie ukazanie się tej płyty. Jest to pierwsza część dużego projektu, w ramach którego zamierzam zarejestrować wszystkie kompozycje organowe tego twórcy. Takich monograficznych publikacji na gruncie polskiej fonografii organowej właściwie nie spotyka się. Płyta została wydana w formie albumowej i zawiera dwujęzyczną, przeszło 60-stronicową książeczkę. Znajduje się w niej esej odkrywający wiele ciekawostek dotyczących kompozytora, zarejestrowanych utworów oraz kwestii interpretacyjnych, szczegółowe kalendarium biograficzne Rheinbergera, pieczołowicie zanotowana registracja i historia pocysterskiego opactwa w Gościkowie-Paradyżu, gdzie dokonano nagrania. Ponadto znaleźć tam można reprodukcje rękopisów kompozytora, obrazów z nim związanych, historycznych zdjęć, jak również fotografie ukazujące piękno paradyskiej świątyni, będącej jednym z najcenniejszych polskich zabytków. W dodatku wspomniana płyta stanowi pierwszą fonograficzną prezentację znakomitych organów firmy Sauer-Walcker, których brzmieniowa stylistyka pozwala na niezwykle barwne i zgodne z duchem epoki wykonywanie muzyki romantycznej. Skąd u pana zainteresowanie muzyką Rheinbergera? Moja fascynacja muzyką organową zaczęła się od Bachowskiej polifonii. W zgodnej różnorodności, nieustannym dialogowaniu tylu niezależnych linii odnajdywałem jeśli nie Wacław Bielecki 97 zrozumienie, to przynajmniej wytchnienie w zmaganiach z zawiłymi sprzecznościami istnienia. Dzieła organowe Rheinbergera to również kunsztowny kontrapunkt, bardzo mocno zakorzeniony w technikach lipskiego kantora, ale też wzbogacony o zdobycze romantycznej harmoniki, orkiestralną głębię romantycznych organów, nierzadko adoptowany na grunt allegra sonatowego. Ponadto zafascynowała mnie osobowość kompozytora, cechująca się przenikliwą powagą, skupieniem, głęboką religijnością, upodobaniem do wiejskich uroków, znacznie bardziej ceniąca samotność i ciszę niż zgiełk artystycznych salonów. To ukierunkowanie ku w n ę t r z u, tak mocno odczuwalne podczas obcowania z dziełem Rheinbergera, jest mi niezwykle bliskie. W jakim czasie chce pan zrealizować to nagranie kompletu dzieł organowych Rheinbergera? Ryszard Skowroński w swym wierszu Poeci napisał: „Idą zawsze krokiem, którego rytm, / trudny do określenia, / daleki bywa zarówno od pośpiechu, / jak i od opieszałości”. Myślę, że słowa te można odnieść do każdej ze sztuk. W moim odczuciu wyznaczanie ram czasowych nie sprzyja artystycznej pracy. Zresztą nie wyobrażam sobie bez przerwy nagrywać Rheinbergera. Chcę zarejestrować także wszystkie dzieła organowe Brahmsa, Mendelssohna. W podobny sposób myślę również o Bachu. Wszystko to będzie się pewnie jakoś przeplatać. Ale oczywiście bez żadnych terminów. Obecnie przygotowuję się do nagrania drugiej płyty z kompozycjami organowymi Rheinbergera. Obie pana płyty powstały na ziemi lubuskiej: pierwsza w Lubsku, druga w Gości-kowie-Paradyżu. Dlaczego nagrywa pan w tak odległych stronach? Przede wszystkim dlatego, że tam odnajduję instrumenty właściwe tej muzyce, którą obecnie się zajmuję. Na Pomorzu, niestety, brakuje dużych, kompletnie zachowanych i jednocześnie sprawnych koncertowo organów romantycznych. Poza tym dlatego, że uwielbiam podróżować. Poznawanie nowych miejsc, instrumentów jest bardzo inspirujące artystycznie. Kiedy i gdzie zacznie pan promocję pierwszej części dzieł organowych Rheinbergera? Pierwszy promocyjny koncert odbędzie się pod koniec czerwca w bazylice św. Mikołaja w Gdańsku, następny w kościele gdańskich zmartwychwstańców, potem w katedrze w Olsztynie. Jesienią planuję koncerty na Powiślu: w Sztumie, może w Kwidzynie. Poza tym płyta jest dostępna na stronie internetowej Wydawnictwa Ars Sonora. Zachęcam do odwiedzenia witryny bezpośrednio poświęconej tej publikacji: www.piotrmichna.com/nowaplyta Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji kolejnych planów. losu Gabriel rheinbcrgir DZIUA ORGANOWI CZ I Z ORGAN WORKS. VOt I PIOTR MICHNA 98 Siła w dźwięku Leszek Sarnowski SIŁA W DŹWIĘKU ROZMOWA Z NINĄ MAZUREWICZ, UCZENNICĄ III LO W GDYNI, LAUREATKĄ OLIMPIADY MŁODYCH WYNALAZCÓW W GRUZJI Leszek Sarnowski - Jak wspominasz swoją szkołę podstawową, i gimnazjum w Sztumie? Czy już na tym poziomie miałaś takie naukowe zacięcie jak teraz w liceum? - Nina Mazurewicz - Pasja i głębokie zainteresowanie nauką zaczęły się bardzo, bardzo dawno. Od malutkiego uwielbiałam się uczyć, bardzo szybko zaczęłam czytać, rachować. Moi rodzice zawsze wspominają, jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej przybiegłam do nich i oznajmiłam: „Czuję się bardzo dziwnie, bo wszyscy muszą się uczyć, a ja tylko patrzę i zapamiętuję”. Byłam tym przerażona! Z czasem zrozumiałam, że nauka to najwłaściwszy dla mnie, sposób na życie. - Mieszkasz w Sztumie, a uczysz się w liceum w Gdyni. Co zdecydowało o takim wyborze szkoły? - Już w szóstej klasie szkoły podstawowej wymyśliłam sobie, że pójdę do „Trójki” w Gdyni. Potem zaczęłam po prostu skrupulatnie do tego dążyć. Większe miasto oznacza większe możliwości. Realizuję projekty na Uniwersytecie Gdańskim, w Obserwatorium Astronomicznym... Tutaj nie miałabym takiej możliwości. Rozłąka z rodziną bardzo mnie zmieniła, sprawiła, że wydoroślałam. Może troszeczkę za szybko, ale mimo wszystko, uważam mój wyjazd do Gdyni za jedną z lepszych decyzji, jakie w życiu podjęłam. - Jak zostaje się młodym wynalazcą i to w tak ścisłej branży jaką jest fizyka? Czy to znaczy, że w dzieciństwie zamiast bawić się lalkami, jak inne dziewczęta, prowadziłaś już jakieś eksperymenty naukowe, czytałaś poważną literaturę, oglądałaś filmy naukowe? Nina Mazurewicz, fot. archiwum rodzinne Nina Mazurewicz jest uczennicą drugiej klasy matematyczno-fizycznej w III Liceum Ogólnokształcącym im. Marynarki Wojennej w Gdyni. Wzięła udział w międzynarodowym etapie Olimpiady Młodych Wynalazców (International Young Inventors Project Olympiad), który odbył się w Gruzji w dniach 3-5 maja 2014 roku. W olimpiadzie brało udział 140 projektów z 36 krajów. Prace zawierały innowacyjne rozwiązania ogólnoświatowych problemów. Nina zaprezentowała tam swój projekt dotyczący maszyny zasilanej dźwiękiem oraz jej przyszłych zastosowań. Prezentacja uczennicy zyskała najwyższą ocenę jurorów i zdobyła złoty medal. Opiekunem naukowym Niny jest Marta Mąkosa, nauczyciel III LO w Gdyni. Nina Mazurewicz mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski 99 - W podstawówce zaczęłam czytać książki popularnonaukowe. Pamiętam swój zachwyt „Krótką historią czasu” S. Hawkinga. Zawsze dużo pytałam, byłam niesamowicie ciekawym dzieckiem. Niestety, zamiast bawić się na dworze w wieku pięciu, sześciu lat wołałam pisać dla babci kiłkustronicowe opowiadania i pracować nad własną książką (ostatecznie w wieku siedmiu lat napisałam jej już ręcznie, pięćdziesiąt stron). „Poważna” literatura naukowa to dla mnie początki gimnazjum. Zaczęłam wtedy studiować całki, pochodne. Lubiłam to, chciałam wiedzieć więcej. Każde nowopoznane prawo fizyczne było dla mnie czymś niesamowitym - czy może być coś cudowniejszego niż rozumienie natury? Pamiętam, jak jeszcze w podstawówce, szukałam kształtów o złotych proporcjach na wzorzystym dywanie mojej babci. Wydaje mi się, że instynktownie nie wyobrażałam sobie życia bez nauki. - Opowiedz nam o swoim odkryciu, jak do tego doszło i co to jest maszyna zasilana dźwiękiem? - Pomysł zrodził się nagle. Ten rok chciałam poświęcić zupełnie innej pracy badawczej, ale we wrześniu, siedząc w bibliotece naukowej, doszłam do wniosku, że po prostu mnie na nią nie stać - nie miałam pieniędzy na kosztowne eksperymenty. Pomyślałam: „Muszę wymyślić coś innego”. Pomysł przyszedł po ok. 10 minutach. Zaraz pojechałam z nim na uniwersytet i po kilku dniach, zaczęłam pracę! Moja maszyna wykorzystuje dźwięk jako, można powiedzieć, alternatywne źródło energii. Składa się między innymi z rezonatora Helmholtza (może to być bombka choinkowa albo butelka), który rezonując, generuje odpowiednią wartość siły... Jestem bardzo dumna z tego projektu. -Jakie w praktyce może mieć zastosowanie maszyna odkryta przez ciebie? - Mam nadzieję, że w przyszłości zostanie wykorzystana do poruszania np. aut. Przeprowadzając eksperymenty w tym roku, wykorzystywałam dźwięk z głośnika, by wywołać rezonans. Moim pomysłem jest, aby samochody przyszłości wykorzystywały dźwięk opływającego je powietrza. Początkowo ruch odbywałby się dzięki zwykłemu silnikowi, potem po osiągnięciu odpowiednio oszacowanej prędkości (im szybciej się poruszamy, tym dźwięk opływającego pojazd powietrza jest głośniejszy - im głośniejszy dźwięk, tym większą wartość siły można uzyskać z rezonansu) - przy pomocy symulacji wyliczyłam, że będzie to ok. 50 km/h - pojazd zaczynałby się poruszać dzięki rezonansowi. Jest to o tyle świetne, że dźwięk powietrza opływającego pojazd to tzn. biały szum. Oznacza to tyle, że w widmie takiego dźwięku możemy odnaleźć każdą z częstotliwości. Idąc dalej tym tropem, pojazd przy odpowiedniej głośności dźwięku, poruszałby się zawsze, gdyż zawsze rezonator do niego przymocowany ZAWSZE wpadałby w rezonans! Taki pojazd mógłby także wykorzystywać hałas wielkich miast („urban noise”), „przerabiać” go na energię. - Jesteś młodym badaczem. Dorośli naukowcy, jak wiemy, bardzo sceptycznie odnoszą się do młodych naukowców, być może w obawie przed konkurencją. Czy masz jakieś wsparcie z ich strony, jak cię traktują? - Powiem szczerze, że wielokrotnie spotkałam się ze sceptycyzmem. Spotęgował go jeszcze fakt mojej płci. Mam jednak wokół siebie zaufane grono osób, które wspierało mnie już bardzo dawno temu i jestem pewna, że będzie nadal. Są to naukowcy z Uniwersytetu 100 Siła w dźwięku Gdańskiego, do których zawsze mogę zwrócić się o pomoc, moja cudowna nauczycielka fizyki pani Marta Mąkosa, pani profesor Diana Wojtkowiak i inni, którzy nigdy nie odmówili mi wsparcia. Jest ciężko, ale od początku wiedziałam, że będzie, więc niczego się nie boję! -Jaka jest szansa, że Twoje odkrycie znajdzie zastosowanie w praktyce? - Szczerze powiedziawszy wierzę, że ogromna. I nie jestem w tej wierze osamotniona. -Jakie są Twoje dalsze plany naukowe - badania, edukacja? - Na studia planuję wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Marzy mi się MIT (Massachu-tetts Institute of Technology w Cambridge), ale ostatnio coraz poważniej myślę też o Stanford University. Na razie pracuję nad substytucyjnym do równan Naviera-Stokesa aparacie matematycznym pozwalającym na fizyczny opis rozprzestrzenia się pożaru, pragnę zacząć pracę nad algorytmem opisujących ruchy asteroid w atmosferze ziemskiej, ostatnio rozpoczęłam projekt dotyczący piątego problemu milenijnego w matematyce. Od dwóch lat buduję także swoją własną teorię... Jest to najbliższa mojemu sercu praca i mam nadzieję, że równie rewolucyjna, jak mi się wydaje. Ostatnio wpadłam na pomysł nowego rodzaju mikroskopu, więc może za to też się zabiorę? Jeszcze nie wiem. Pomysłów na szczęście nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nina Mazurewicz na Olimpiadzie w Tbilisi, fot. archiwum rodzinne Leszek Sarnowski 101 - Badania naukowe, ślęczenie nad literaturą specjalistyczną to dość zajmujące zajęcie. Czy masz czas na inne sprawy - spotkania z przyjaciółmi, imprezy, książka, film, muzyka, etc. Jak się relaksujesz? - Relaksuję się właśnie nad literaturą specjalistyczną! Zawsze mam przy sobie coś o fizyce... Może zabrzmi to śmiesznie, ale ochota na naukę nachodzi mnie w naprawdę dziwnych miejscach. Zdarzało mi się np. czytać książkę o fizyce na grillu ze znajomymi. Wbrew pozorom, bardzo często spotykam się z przyjaciółmi, a moi rodzice czasami mają mi za złe, że tak często imprezuję. Znalazłam złoty środek. Wiecznie mam do nadrobienia jakieś zaległości filmowe. Ostatnio zachwycałam się „Fight Clubem” i „Dziewczyną z fabryki”. Muzyka towarzyszy praktycznie każdej wykonywanej przeze mnie czynności. Co ciekawe dobieram ją dość tematycznie. Robiąc prezentację na historię o Grudniu 1970 roku, słuchałam „Ballady o Janku Wiśniewskim”, ucząc się o filozofii Nietzschego, delektowałam się muzyką Wagnera. Relaksuję się grając w szachy. Śpiewam także w chórze i gram na pianinie. Ostatnio zaczęłam także uprawiać szermierkę. Spodobała mi się walka szpadą. Bardzo dużo piszę - od wierszy po opowiadania. Książki dosłownie pochłaniam - mam to po rodzicach. Uwielbiam Stachurę, Pilcha, Podsiadło, Gombrowicza, Staffa, Prusa... Mogłabym tak w nieskończoność! - O czym marzy młody naukowiec, czy Twoje marzenia oscylują jedynie wokół nauki czy jest miejsce też na inne sprawy? - Najbardziej marzy mi się szczęście i spokój moich bliskich. Chciałabym mieć kiedyś dom w Kalifornii i rodzinę blisko siebie. Wiele bym oddała, żeby doba troszeczkę się wydłużyła. Oczywiście, marzenie o nagrodzie Nobla również bardzo często spędza mi sen z powiek.:) - W tym roku obchodzimy 25 rocznicę powstania wolnej Polski. Jesteś znacznie młodsza i jedynie z przekazów rodziców czy książek możesz wiedzieć czym była komunistyczna i zniewolona Polska, z ograniczoną wolnością, niedostatkiem, etc. Ale powiedz mi czym dla Ciebie jest wolność? - Wolność to dla mnie możliwość dążenia do szczęścia i realizowania własnych aspiracji. Oczywiście, zamknięta w pewnych ramach - nikt nie może nas zatrzymać, póki nie ranimy ludzi, których napotykamy na swojej drodze. - Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia marzeń. Złoty medal Niny Mazurewicz z Tbilisi, fot. archiwum rodzinne Wspomnienia Andrzej Sierakowski WSPOMNIENIA CZ. 2 HELENA SIERAKOWSKA, Z D. HR. LUBOMIRSKA Mama wierzyła w prawa kontrastu - i mówiła mi, że przeciwieństwa w jakiś sposób przyciągają się i uzupełniają... Była to osoba o niezwykle wyostrzonej inteligencji i nieodpartej energii, wychowana w bardzo ostrym reżimie swojej matki - w atmosferze przepojonej wymaganiami wygórowanymi zarówno od siebie jak i od innych - i równocześnie bardziej „międzynarodowej” niż mojego ojca... Musiała jak wszyscy wtenczas w tym kręgu, mówić biegle po polsku, francusku, niemiecku i artgielsku - znać doskonale historię, genealogię, literaturę - no i oczywiście łacinę - przy tern wszystkiem gospodarstwo domowe, które wówczas nawet w takim Waplewie nie mogącym się porównać ze spokrewnionymi domami w Przeworsku, Ossolineum, Łańcucie, Wilanowie, Krzeszowicach, było dużym „przedsiębiorstwem”. Była - jak wszyscy wówczas wychowana na romantykach - (opowiadała mi, że gdy ją jako panienkę Sienkiewicz pocałował w czoło to przez wiele tygodni starała się nie myć tego miejsca! - a niedopałki papierosów chowała długo...) - dziś to się objawia w kulcie młodzieży do Elvisa Presley' a... Trzeba powiedzieć, że skala i rodzaj zainteresowań są przeciwstawnie różne. Wyszła za mąż bardzo późno i choć jej młodsza siostra Teresa wyszła już w 1908 za Eustachego Sapiehę, późniejszego ministra spraw zagranicznych Polski i ambasadora w Londynie - ona miała raczej ambicje naukowe, studiowała na uniwersytecie w Monachium - z bratem Jerzym Rafałem - i będąc pewnego rodzaju „feministką” chciała coś zdziałać w życiu „sama przez własne osiągnięcia”. W Andrzej hr.Sierakowski, z dubeltówki}, siedzi Andrzej ks. Lubomirski, fot. archiwum Muzeum w Waplewie Andrzej Sierakowski 103 Poza tern musiała przejść znaną w owym czasie Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego - gen. Zamoyskiej w Kuźnicach, gdzie uczono łyżwiarstwa, konnej jazdy, tenisa - ale bez entuzjazmu - natomiast lubiła - i dobrze grała na fortepianie. Z natury niecierpliwa, uważała, że trzeba nieustannie jakoś działać - do tego stopnia, że już koło 50-tki nie lubiła chodzić po ulicy - i uważała, że o wiele lepiej jest biegać - co mnie osobiście, choć byłem wtedy zapalonym sportowcem, ogromnie irytowało... Była pod wpływem brata - Jerzego Rafała - który niewątpliwie był jedną z najbardziej fascynujących osobowości, jakie zdarzyło mi się spotkać, a znałem wielką część elity intelektualnej ówczesnej, okupacyjnej i powojennej Polski. Jerzy Rafał Lubomirski odziedziczył po swoim dziadku i pradziadach niewiarygodną „aparaturę intelektualną” opartą na fenomenalnej pamięci, błyskotliwej inteligencji, umiejętności i pasji uczenia się - czym doprowadził do tego, że zarówno we wszelkich dziedzinach historii, astronomii, ekonomii czy nawet sportu, stworzył sobie bazę wiedzy taką, że mógł bez trudu zapędzać w kozi róg profesorów uniwersytetów z danych dziedzin, co cieszyło go - choć było oczywiście zajęciem zupełnie bezpłodnym. Znał przy też mnóstwo sztuczek matematycznych i statystycznych, które umożliwiały mu pogłębianie swojej przewagi, bez używania jakichkolwiek źródeł. Do tego stopnia, że nie używał nigdy notesu i setki telefonów pamiętał (przy pomocy „swojej” metody). Znał np. całą epopeję napoleońską dzień po dniu (łącznie z określeniem dnia tygodnia), z tekstami wszystkich odezw „Bonasia” (jak go nazywał), wszystkich papieży z datami, nazwiskami, życiorysami, wszelkie związane z tern statystyki, cyfry ekonomiczne itd. Było to czasami przerażające - a używał tego poza sportem „pour epater le bourgeois”1 do swoich tez politycznych i ekonomicznych - będących kontynuacją panslawizmu Jerzego i Henryka Lubomirskich. Poza tern posiadał ogromny czar osobisty i nieprzeciętny poziom gry na fortepianie. Jego wpływ na moją matkę, przede wszystkiem poprzez teorie Polski jako państwa federacyjnego, t.j. federacji państw słowiańskich: Rusi, Ukrainy (nazywanej oczywiście Rusią Czerwoną!), Czech i Polski - zbieżny z ideami Piłsudskiego ochronił rodziców od wpływów tak rozpowszechnionej wśród zie-miaństwa polskiego - Endecji. Niestety, ten niezwykły człowiek, mimo żelaznego zdrowia i dożycia 94 lat - właściwie nigdy nie zeszedł na ziemię, nigdy nie dokonał niczego istotnego - jak wielu innych Polaków... Ojciec mojej matki, Andrzej Lubomirski - ordynat przeworski, kurator Ossolineum, poseł na sejm, były członek Herrenhausu we Wiedniu etc., który żył również chyba 96 lat, ale nie mógł równać się pod pewnymi względami ze swoim synem - dokonał jednak mnóstwa rzeczy w kraju, zbudował polski przemysł cukrowniczy w Galicji, budował koleje, uprzemysławiał rolnictwo, służył krajowi jak umiał, rozwinął Ossolineum do rozkwitu w jakim było w 1939 r. - i do dziś istnieje - i udowodnił, że można bez fajerwerków zrobić coś pożytecznego i myślę, że również moja matka w jakimś momencie życia, przed ślubem, zrezygnowała z bardzo górnych ambicji, żeby przejąć z mężem tę „placówkę” w Prusach i „robić co należy”. Podkreślam tutaj ten aspekt tej pracy trudnej, niewdzięcznej, bardzo niebezpiecznej i kosztownej, żeby uwypuklić, że zarówno ojciec jak i matka, każde z nich z innych względów, robili „to, co należy”. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach konsumeryzmu i mediów elektronicznych - ludzie na ogół już takich rzeczy nie są w stanie nie tylko robić, ' Zaimponować burżuazji 104 Wspomnienia, cz. 2 ale rozumieć... Jak twierdzi Marshall Mcluhan2 - „kiedy ryby dostają się w inny rodzaj wody - to albo muszą się zmienić w inne ryby - albo zginąć”. Otóż my dzisiaj jesteśmy już w innej wodzie, oni musieli zginąć, a my zmienić się... Rozpisałem się o różnych peryferyjnych sprawach, ale żeby zrozumieć charakter i postępowanie mojej matki - jest to konieczne. Ja sam byłem w dzieciństwie bardzo krytycznie nastawiony do rodziców, a w szczególności do mojej matki, do jej surowości i ciągłych wymagań... dbania o wszelkiego rodzaju „standardy”. Oboje podróżowali bardzo dużo - ale w pewnych okresach ojca w ogóle przeważnie nie było w domu. Był albo w Związku Polaków w Berlinie, albo w Lidze Narodów w Genewie, albo w konsulacie w Kwidzynie czy na Śląsku - więc kiedy był w domu był dla nas rodzajem „tajemniczego Bohatera”, który nigdy o „tych sprawach” nie mówił - zarówno ze względu na osobistą wstydliwość i skromność - jak i na pewną konspirację, która wtedy już obowiązywała...(jak mało się te rzeczy z kolei zmieniają?). Trzeba również pamiętać, że przez całe życie rodzice nie otrzymywali za nic wynagrodzenia ani żadnych zwrotów kosztów - natomiast presja machiny państwowej pruskiej była potężna na każdym polu - z początku głównie ekonomicznym, później coraz bardziej polityczno - policyjnym - a potem okazało się, że mieli oni szpiegów w najbliższym otoczeniu mojego ojca. W szczególności człowieka, którego lubił - i któremu ufał - pana Jana Kowalskiego, ziemianina z Górek spod Kwidzyna, którego syna spotkałem w Warszawie w czasie okupacji jako Reichsdeutscha mającego monopol na drożdże na całą Warszawę (ogromne pieniądze, oczywiście!) i wieloletniego szofera Pawłowskiego, który okazał się SS - Sturmfiihrer na Śląsku w czasie okupacji... Trzeba przyznać, że znowu moja matka, z właściwą kobietom intuicją zawsze wyraźnie nie ufała tym ludziom i wręcz to nam okazywała - choć nie mogła wtrącać się w dziedzinę jego domeny - i nigdy tego nie robiła kosztem przełamywania swojego silnego i dominującego charakteru. Poza tern - moja matka, poza wieloma dziedzinami wiedzy, któremi się interesowała - łącznie z dietetyką, najnowsze-mi metodami wychowawczemi oraz - psychoanalizą Freudowską (to były w owym czasie szczytowe i hermetyczne znajomości!) zajmowała się również - i to z niemałym sukcesem - grafologią. Przysyłano jej teksty do oceny z Polski, łącznie z pismem słynnego w swoim czasie sierżanta Muraszki, który był bohaterem głośnego procesu o zastrzelenie dwóch więźniów w pociągu w latach 20-tych. Wiem z całą pewnością, że jej sądy o ludziach były zawsze podparte analizą ich pisma - i muszę przyznać, że choć uważaliśmy to za „ znachor-stwo” w pewnym sensie - to wyniki były nieraz zdumiewająco trafne - zwłaszcza w dziedzinie charakterologicznej, odkrywania chorób, a w szczególności psychicznych.... Poza tern - pamiętajmy, że to wciąż jeszcze było społeczeństwo paternalistyczne - musiała zajmować się leczeniem i poradami dla ludzi wiejskich i rodziny... To stanowiło lekko licząc 250 osób w Waplewie - którym trzeba było asystować w porodach, ślubach, zgonach, nagłych wypadkach i chronicznych chorobach, przy czem interesowała się głównie homeopatią - ale było wszystkiego po trochu - coś w rodzaju ośrodka zdrowia i centrum socjalnego, przy czem dr Schnase z Kiszporka przyjeżdżał w cięższych wypadkach, ale to była już kilkugodzinna operacja... 2 Herbert Marshall McLuhan (1911-1980) - kanadyjski teoretyk komunikacji. McLuhan zyskał szeroki rozgłos w latach 60. swoimi pracami i wypowiedziami na temat mediów i komunikacji. Andrzej Sierakowski 105 MACHINA, KTÓRA FUNKCJONOWAŁA JAK ZEGAREK Wszelkie „media” znajdowały się na folwarku (jak telefon, telegraf, ajencja pocztowa i środki transportu...). Trzeba zdać sobie sprawę, że Pani Domu - w gospodarstwie, w stylu Waplewa - to była funkcja managera dużego przedsiębiorstwa. „Dom” tak jak pamiętam po I wojnie i rozbudowie skrzydła od strony folwarku w latach dwudziestych, stanowił dużą machinę, która musiała funkcjonować jak zegarek. Sama rodzina składała się z 7-ga dzieci, rodziców i rodziny Witolda Wańkowicza, która mieszkała wiele lat z nami (matka - Jolanta Wańkowicz z 3-giem dzieci!) po wysiedleniu z Łotwy - co już stanowi 13 osób, do tego dwie „rezydentki” dożywotnie (ex-panny służące mojej babki Marii, „panna Anna i „panna Wanda”) oraz pielęgniarka do małych dzieci i cztery guwernantki (Polka - panna Wanda Fillówna, ogromnie zasłużona dla prac społecznych na Warmii, Francuska — madame Świderska, Angielka miss Mason i Niemka Freulein Klara Hensellek) - to już 18 osób... Do tego personel - 2 służące, 2 służących i starszy służący (kamerdyner), ze 3 osoby w tzw. „Kawiarni” w przybudówce, kucharz i 3 osoby przy kuchni, 3 osoby w „pralni, 3 osoby w stajni i wozowni ze starszym stangretem Stanisławem Orłowskim, który był raczej przyjacielem rodziny niż pracownikiem, szofer - to już 35 osób, nie licząc wszystkich tzw. „dziewcząt ogrodowych (z których najstarsza Kawska miała chyba ze 70 lat!) w parku (który przedstawiał jednak 24 ha do utrzymania) i w ogrodzie warzywnym z ogrodnikiem... To daje łącznie do 50 osób zatrudnionych i nie tylko zamieszkujących tzw. „Pałac”, przy czem należy pamiętać, że zwłaszcza w okresie plebiscytowym było nieustannie mnóstwo gości, i to przeważnie międzynarodowych z różnych misji i komisji alianckich, z Polski, z Gdańska i za granicy. POLISH PUBLIC RELATIONS Przyjeżdżała duża grupa z komisji alianckiej i Rady Portu w Gdańsku wszelkich przyjezdnych osób badających warunki w terenie (łącznie z nuncjuszem apostolskim Achillesem Ratti - późniejszym papieżem Piusem XI), konsulowie polscy i urzędnicy z Polski etc., etc. Wszystkich trzeba było obsłużyć, przyjąć, informować, wozić, aby posuwać naprzód sprawę polskości tych ziem... Prócz tego w tym czasie organizowały się wszystkie polskie jednostki ogólne i lokalne... Mój ojciec głównie był zajęty organizacją Związku Polaków w Prusach, którego prezesem był długie lata, (od listopada 1920 r.) reprezentował swój teren w Poznaniu, później prezesem Związku Polaków w Niemczech od 1922 r., a od 1924 również prezesem Związku Mniejszości Narodowej w Niemczech i wydawcą pisma tego związku - „Kulturwehr”... Poza tern posłował do parlamentu pruskiego i reprezentował mniejszość polską w Niemczech w Genewie itd. Moja matka organizowała wszelkie lokalne organizacje szkolne, a szczególnie ochronki polskie i organizacje kobiece na terenie Warmii i Mazur oraz zajmowała się tern, co dzisiaj nazwalibyśmy „Polish public relations” - i całą organizację tzw. „Pałacu” opisanego wyżej. Aby sprostać wymaganiom tej machiny obejmującej „bieżący” dom rodzinny, park i ogród warzywny, przyjmowanie gości, wszelkie święta oraz polowania i inne okazje specjalne, trzeba było przede wszystkiem sprostać zadaniom „logistycznym”, trudnym do wyobrażenia dzisiaj. 106 Wspomnienia, cz. 2 MANAGEMENT3 PANI DOMU Zaopatrzenie takiego domu, gdzie był stół pierwszy drugi i trzeci, i obsługa wszystkich osób z nim związanych w czasie wojny i w latach powojennych, było dużym problemem -bo jedyny ośrodek „zakupów” był w Malborgu - o 22 km. Za daleko na dojazd końmi i tylko dostępny koleją - a dom nie mający energii elektrycznej i centralnego ogrzewania wymagał mnóstwa pracy... Wodę pompował całymi dniami stary ogier fryzyjski z zawiązanymi oczami chodzący w kieracie, zaopatrzenie w główne produkty musiał dawać majątek, przy czem problemy konserwacji wszelkich produktów były niezmiernie skomplikowane - i głównie opierały się na głębokiej podziemnej składnicy lodu wyrębanego w jeziorach, położoną pod nieistniejącą altaną, niedaleko kortu tenisowego. Poważnym elementem zaopatrzenia była zwierzyna dostarczana przez ojca lub leśniczych i polowania. Wiem, że w latach wojny, kiedy ojciec z konieczności był dużo w domu (w Niemczech pod koniec wojny panował poważny brak żywności) polowania stanowiły podstawę zaopatrzenia w mięso - przy czem jednak broń i amunicja były regulowane,. Ojciec, który mógł uniknąć służby w wojsku niemieckim, dzięki utracie prawego oka - był doskonałym strzelcem, ale składał się z lewej strony i miał specjalną broń - co w niemieckiej armii było nie do pomyślenia ze względu na „porządek musztry”. Jednak broń była wielokrotnie rekwirowana i on sam aresztowany i stale pod nadzorem policyjnym. Jego brat - jak pisałem - musiał opuścić Kraj - i do śmierci pozostał we Francji. Po I wojnie przechowywało się część broni myśliwskiej ojca, a w szczególności niektóre sztuki, których potem pozwolił mi używać - najbardziej dla niego pamiątkowej z wypraw myśliwskich młodości - głównie do Afryki. W szczególności sztucer Mauser (repetier!) i ciężkiego kalibru, podwójny sztucer (tzw. „Express”) Holland - Holland oraz parę bardzo pięknych dubeltówek cal. 12 - Greener's. Strzelby te, dobre wino i nieskończone ilości papierosów z czarnego tytoniu (Caporal, Galoise itp.) to były jedyne jego słabości - gdyż w innych sprawach był ogromnie skromny, ale o tern potem. Jeśli chodzi o dom - to całe dość znaczne zaaprowizowanie w jarzyny, owoce, przetwory, sery itp. musiało być przygotowane na miejscu przez personel domowy - a produkcja w ogrodzie warzywnym obejmowała kwiaty na cały rok, i wszelkie jarzyny, jak np. karczochy, szparagi etc., etc. - które na Pomorzu w owym czasie nie były hodowane. Moja matka przywiozła z Przeworska bardzo wygórowane wymagania - jeśli chodzi o te sprawy, tak, że w rezultacie hodowało się do 50 gatunków jarzyn - nie mówiąc o palmach, które musiały być pod dachem w zimie, konieczności grabienia kilometrów ścieżek i dróg w parku itp. Jeśli dodać do tego problemy opału, który był głównie produktem lokalnych torfowisk i lasów - a wymagał obsłużenia kilkudziesięciu pieców oraz obsłużenia i czyszczenia kilkudziesięciu lamp i kandelabrów, wszelkiego sprzątania w tym rozległym domiszczu, pełnym mebli gdańskich i najróżniejszych antyków, dywanów i trofeów myśliwskich - o ścianach tak pokrytych obrazami, że trudno było zobaczyć ich prawdziwą fakturę (było ponad 400 skatalogowanych obrazów), i tysiąc jeden problemów w czasach, kiedy odkurzacz czy jakiekolwiek urządzenie mechaniczne czy chłodnicze nie było znane - to można sobie wyobrazić, że „management” Pani Domu, mającej bardzo surowe wymagania i wiele innych zajęć, nie był zagadnieniem błahym. Zawsze, kiedy widzę Waplewo - przypominają mi się nieskoń- 3 Management - zarządzanie Andrzej Sierakowski 107 czone, ogromne szafy i meble gdańskie uwieńczone błękitnemi wazami z Delft' u o różnych kształtach - ogromny wypchany niedźwiedź w sieni obowiązkowo trzymający laski i parasole, wielkie łby nosorożców zwisające nad sionką, gdzie trzymało się i czyściło lampy- oraz było zejście do piwnicy z winami, wielki stół bilardowy w środkowym salonie - z wyjściem na werandę - o stołach marmurowych a meblach z trzcinki z rzeźbami hinduskimi po rogach i krokodylami wypchanymi pod sufitem, a stamtąd widok na aleję - i tak ładnie odbudowaną obecnie altanę chińską z figurą marmurową „Flory” po środku klombu. Po lewej od bilardowego - był salon, tzw. „Biały” z bardzo pięknymi obrazami, kominkiem, fortepianem mojej matki i grupą świetnych mebli chińskich i mnóstwem drobiazgów - gdzie również, w razie potrzeby, odbywały się tańce (przy nakręcanym gramofonie z tubą!) i gdzie stała choinka w zimie. Stamtąd można się było przedostać do pokoju Rodziców... Tam również śpiewało się kolędy, itp. uroczystości rodzinne, kiedy nieszczęsne dzieci musiały deklamować wszelkie wiersze patriotyczne, zaczynając od „Reduty Ordona”, a kończąc na „ Panu Tadeuszu”... Trzeba pamiętać, że znajomość na pamięć była częścią (zresztą wcale użyteczną!) wykształcenia, i że ojciec - poza obowiązkową znajomością na pamięć całego,, Pana Tadeusza”, części „Wesela” itp.- znał zarówno poezję grecką, jak i łacińską i mógł recytować nam czy Ovidiusza, czy mowy Cycerona bez końca - a ulubionym jego poetą był ksiądz Baka, którego my, wówczas, uważaliśmy naturalnie za niemożliwego makaronistę. Wiele poglądów na to zmieniłem po II wojnie z przyległościami... Po prawej była tzw. „Sala Gdańska”, gdzie, jeszcze ślady wnętrza dzisiaj istnieją, łącznie z kominkiem elbląskim. Ten kominek łącznie z figurą „Szlachcica” w ogrodzie, orłem mosiężnym (polskim!) jako „kołatkę” na drzwiach biblioteki czy słynnymi portretami królów polskich w jadalnym, które przyjeżdżał specjalnie studiować Matejko przed malowaniem swojego „Pocztu Królów Polskich”, były wszystkie, jak i część mebli, kupione przez pradziadka Kajetana w okresie, kiedy władze niemieckie likwidowały wszelkie ślady polskości w ratuszu elbląskim z racji „przebudowy”... SALA GDAŃSKA Sala Gdańska - złożona ze znakomitego zestawu mebli gdańskich, a o ścianach pokrytych portretami rodzinnymi - w tym kolekcji obrazów Sołtanowskich4, była miejscem, gdzie najczęściej cała rodzina się gromadziła - jak już mówiłem - i skąd było bezpośrednie wejście do biblioteki, galerii i jadalni - również urządzonej „gdańskimi” meblami w rodzaju holenderskim - przy czem zarówno drzwi jak i kredensy - były przerobione z wielkich szaf gdańskich... Portrety królów polskich, wielkości naturalnej, wypełniały ściany, przy czem już nie skleję, jakie osobistości zawierały poza Wazami, Batorym i Walezjuszem... Życie wśród tego nieomal natłoku dzieł sztuki, opartej - jak zawsze wówczas, na bardzo wysokim rzemiośle-musiało wywierać wpływ na mieszkańców - i wywarło ogromny na mnie osobiście - choć lepsze rzeczy widziało się w innych domach rodzinnych - jak w Przeworsku - Ossolineum, 4 Adam Lew Sołtan (1825 -1901), ziemianin, powstaniec 1863, bibliofil, brat Marii, żony Alfonsa Sierakowskiego. Obrazy Sołtanowskie - Maria Sierakowska odzyskała wiele pamiątek i portretów rodzinnych z Litwy (skąd pochodziła jej rodzina), które znalazły schronienie w Waplewie. 108 Wspomnienia, cz. 2 Łańcucie czy Wilanowie... A jednak tutaj, gdzie każdy przedmiot był związany z jakąś tradycją - gdzie jeszcze dziś widzę Joardeansa czy Tintoretta - czy polskie Smuglewicza, czy wiszący w saloniku mojej matki nasz portret (trojga najstarszych z Matką) przez Norblina - czy portrety dziadków rzeźbione przez Wittiga - miało to specjalne znaczenie - i świadczyło o tern, że „obecność niemiecka” była rzeczą przejściową na tym terenie... Wrażenie to - jak również osobowości gospodarzy narzucało się każdemu, kto bywał w tym domu - i na tem, częściowo, polega znaczenie Waplewa w tych czasach... Kiedy Rodzice zdecydowali, że po „Macht Ubernahme” Hitlera w 1933 r. (jak wiadomo, niestety, najzupełniej legalnej) i skutkiem postępującej katastrofy finansowej na skutek wymówienia kredytów w okresie „kryzysu”, nie są w stanie dalej utrzymać „placówki” - i postanowili wycofać się do Osieka, to pamiętam w jednym z pism niemieckich artykuł triumfalny pt. „Der Turm ist gefallen”... Było w tem wiele prawdy - choć trudnej do przełknięcia wtedy i tem łatwiej zrozumieć moje uczucie dzisiaj, kiedy - Dom, Park i Kaplica waplewska istnieją, są odbudowywane - choć zupełnie inne - ale tradycja nie jest zapomniana... To właśnie „non omnis moriar”- czy jak pisał Gałczyński „uchronić od zapomnienia” - jest ostatecznie jedyną rzeczą ważną na tym świecie - a tem bardziej dzisiaj, kiedy ostatni świadkowie znikają... Właśnie parę dni temu zmarła pani Jola Wańkowicz w 94 r. życia, która w tym okresie żyła z rodziną w Waplewie - jeszcze gdzieś koło Buffalo żyje pani Michalina Ciepielowska, która twierdzi, że chowała mnie od wieku 6 tygodnia życia, spędziła wojnę w Waplewie i była znakomitą działaczką w czasie plebiscytu do tego stopnia, że Niemcy nałożyli cenę „na jej głowę - czy Stanisław Potulicki, który był pracownikiem Rady Portu w Gdańsku i w czasie pobytu w Waplewie poznał najmłodszą siostrę mojej matki - Marysieńkę, z którą się ożenił. Mieszka teraz też w 94 r. życia w Los Angeles u syna. Tyle osób się przewinęło przez te lata - a wszyscy musieli być przyjęci jak tego wymagały ówczesne pryncypia gościnności - choć też i specyficznej „selekcji” - ze względu na pozycję, status i... nazwisko oraz tzw. cechy moralne... DOLCE VITA? Wszystko to było w rękach mojej matki i jeśli ktoś sobie wyobraża, że „wielkie Panie” tego okresu mogły prowadzić „dolce vita”, to grubo się myli, jeśli chodzi o nasz dom. Trzeba pamiętać, że poza całym tym „przedsiębiorstwem” prowadziła wszystkie swoje sprawy społeczne, utrzymywała kontakty z Rządem Polskim z ramienia ojca głównie, w niestety, w niezbyt wykonalnych wysiłkach uzyskiwania środków na prace mniejszości polskiej w Niemczech, prowadziła całą korespondencję domu (ojciec prawie nigdy nie pisywał), t.j. kilkaset listów rocznie, zawsze pisanych na maszynie, no i utrzymywanie stosunków towarzyskich w Polsce, i wszędzie za granicą - co ze względu na granice i ówczesne środki transportu, zabierało mnóstwo czasu i energii. Gdy dzisiaj patrzę na wszystkie udogodnienia życia, komunikacji itp. - to tem bardziej zdumiewa mnie aktywność tej niezwykłej kobiety - o ogromnym wykształceniu i niewyczerpanej energii. Jednakże jeśli chodzi o popularność, to ojciec jakoś zawsze - mimo o wiele mniejszą aktywność i chyba mniejszy potencjał intelektualny - był w jakimś sensie bardziej popularny, znany i łubiany. To jeszcze jedna tajemnica tej kobiety, która umiała narzucić sobie niezwykłe wymagania, standard, i czasem przełamywać gwałtem wrodzoną ambicję, poczucie własnej wyższości i gwałtowność charakteru. Oczywiście - nie obywało się to bez wpływów na jej osobowość, które objawiały się czasem Andrzej Sierakowski 109 w formie łatwej irytacji, niecierpliwości i ostrych sądach o ludziach - a tego, jak wiadomo, ludzie nie lubią. Zresztą zdawała sobie z tego doskonale sprawę - i cierpiała nad tern - ale uważała, że jest mimo swojego „feminizmu” - przede wszystkiem „podporą swojego męża”, że ma zobowiązania wobec kraju, o których pisałem na początku, że wszystko inne musi ustąpić przed tymi obowiązkami... i tak zostało do samego, dramatycznego końca w 39 r. Gdy dzisiaj patrzę na osobowości i życie rodziców, ludzi tak bardzo uprzywilejowanych pod pewnym względem i równocześnie obciążonych tak silnym poczuciem odpowiedzialności za problemy narodowe, socjalne i religijne - widzę w jak fałszywym świetle przedstawiam rolę ziemiaństwa - a w szczególności tzw. arystokracji w okresie międzywojennym i powojennym Polski. Oczywiście, że ruch w kierunku demokratyzacji społeczeństwa powodował kontrowersje... Ja sam czułem doskonale, że te wszystkie polowania z nagonką w Baszkowie u Olgierda Czartoryskiego, gdzie padało do dwóch tysięcy sztuk zwierzyny w jednym dniu - i cały aparat 18-wieczny u Alfreda Potockiego w Łańcucie z jego 11 Pac-kardami5 i orkiestrą złożoną z szoferów, ogrodami 20 kilometrami codziennie grabionych ścieżek w Julinie - nie mógł się utrzymać w tym miejscu i czasie. Dla mnie to była już egzotyka - ale jednak należy pamiętać, że choć moi Rodzice może byli wyjątkowymi ludźmi - to jednak kiedy przyszedł dzień rozprawy - (rozprawy, o której beznadziejności nikt nie wiedział lepiej niż my właśnie) to wszyscy stanęli do apelu - i trudno znaleźć piękniejszą kartę niż postawa tych wszystkich oficerów rezerwy, którzy w czasie kampanii - we wszelkiego typu obozach, czy wreszcie w armii zarówno na zachodzie jak i w A.K., zachowali się bezbłędnie... Nie znam ani jednego wypadku wśród ludzi z tej grupy - niespełnienia obowiązku... Nie oni zapełniali szosę Zaleszczyńską6 - a nawet tak krytykowany tzw. „Gucio” Potocki z Jabłonnej - choć birbant i kanciarz - wyciągał dziesiątki ludzi z aresztów i obozów niemieckich w czasie okupacji z ramienia konspiracji - a w czasie powstania włożył stary mundur WP na przygrube i niemłode już „kształty”... Ojciec mój oddał w 1918 r. na „Skarb Narodowy”- wszystkie posiadane „walory”-a w 1939 r. na Fundusz Obrony Narodowej - resztę tego, co było w rodzinie - oraz kazał pierwszego września wypłacić ludziom w Osieku na kilka miesięcy naprzód - przy czem dla rodziny zostało - pamiętam doskonale - 800 zł na „nową drogę okupacyjną”. Na argumenty żony, że nie można w takiej sytuacji zostawać bez „środków”- odpowiedział: „Widzisz, Halko, ale przecież oni nic nie mają... a my sobie jakoś poradzimy”- i dzisiaj widzę, że miał rację, bo dotąd, prawie 50 lat po ich śmierci - nikt nigdy się źle o moim ojcu nie wyraził -choć koniunktura po temu w pierwszych latach PRL była odpowiednia... To co piszę, może brzmieć jak panegiryk na ich cześć, ale jest tylko spłacaniem maleńkiej frakcji długu, jaki zaciągnąłem w życiu, w którym zawsze byłem bardzo krytycznie nastawiony do stylu życia ich sfery. Wydawało mi się, że tylko wartości intelektualne „twórcze” mają naprawdę znaczenie i, że mam prawo - z jakiegoś młodzieńczego „Olimpu”- czy międzywojennego „Zielonego Balonika” wygłaszać sądy o wszystkim i wszystkich... Zresztą tak się wydaje wielu młodym ludziom z ambicjami i do dzisiaj bardzo trudno jest mi zmusić się do pisania o tern wszystkim... ale skoro raz już się zaczęło... 5 Packard - amerykańska firma produkująca w latach 1899-1958 luksusowe samochody osobowe. Wikipedia. 6 Zaleszczyki - miasto na Podolu, przez które najprawdopodobniej prezydent RP i rząd udali się do Rumunii w nocy z 17 na 18 września 1939 r. 110 Wspomnienia, cz. 2 Wracając do Waplewa... lata I wojny - jak pisałem minęły siłą faktu na wysiłkach ojca utrzymania gospodarstwa, wychowaniu pięciorga dzieci, które w tym czasie przyszły w krótkich odstępach czasu na świat - i unikaniu konfliktu z władzami upadającego Cesarstwa Pruskiego... a natychmiast po kapitulacji wersalskiej rozpoczęła się praca nad przyłączeniem Prus tzw. Książęcych (tj. „ Provinz Ost Preussen”) - do Polski. W tym czasie - skutkiem wszystkich jego funkcji i działań - bardzo mało go widywaliśmy w domu... Okres zaraz po wojnie był, pewnego rodzaju „prosperity” dla rolnictwa - i wtenczas rola Waplewa mogła być skuteczna ekonomicznie, ale miał swoje niebezpieczeństwa. W okresie tym - jak pisałem - odbywała się najintensywniejsza działalność na polu organizowania plebiscytu, systemu szkolnictwa polskiego i wreszcie zakładanie i kierowanie Związków Polaków w Prusach, potem Niemczech i Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech - jak również działalność na Śląsku Opolskim i reprezentowanie w Sejmie Pruskim czy w Genewie. Równocześnie konieczne było finansowe poparcie pism „Kul-turwehr” w Berlinie i „Katolika” na Śląsku. Specjalnie kupno „Katolika” spowodowało -w okresie po katastrofalnej inflacji w Niemczech - ogromne zadłużenie na owe czasy w wys. 400 000 ówczesnych Reichsmarek. Do kupna tego zmuszony był ojciec, skutkiem groźby przejścia tego pisma w ręce niemieckie - przy równoczesnej niemożności uzyskania pomocy rządu polskiego. Państwo Polskie powstające wśród niewiarygodnych trudności, których dziś ocenić się nie da, wplątane w problemy powstań śląskich, akcję wileńską Żeligowskiego, wyprawę kijowską Piłsudskiego - i wojnę polsko-radziecką - a co najgorsze skłócone wewnętrznie - nie było w stanie pomóc finansowo tym, którzy chcieli umocnić polskość na zachodzie i północy. Rodzice - wyjątkowo - rozumieli, że idee federalistyczne Piłsudskiego, choć w zasadzie słuszne - nie były możliwe do zrealizowania - i czuli, że tereny zamieszkałe przez ogromną większość ludności „ruskiej” nie mogą stanowić bazy oparcia nowej Polski. Uważali, że niezależnie od wszelkich sentymentów istotną bazą Polski powinny być etnicznie polskie tereny Śląska i Prus Wschodnich. Niestety, rozpaczliwe wysiłki mojej matki, która starała się w Warszawie wywalczyć środki na działalność na tych terenach nic nie wskórały - tyle, że doszło kilkakrotnie do starć z ówczesnymi premierami. Powiedział mi potem prof. K. Bartel, który wykładał geometrię wykreślną na Politechnice Lwowskiej, gdzie studiowałem, że miał z nią bardzo „nieprzyjemne” przeprawy jako premier, w sprawie środków dla Polonii w Niemczech... A kto znał prof. Bartla - wiedział, że z nim nie było żartów. Mimo wszystko jednakże, wysiłki te nic nie zdziałały - a sytuacja Waplewa i pozostałych majątków rodziców powoli się pogarszała. Trzeba pamiętać, że również sytuacja Niemiec - choć to była potęga przemysłowa i rolnicza - była dramatyczna - i w ostateczności te właśnie problemy ekonomiczne podsycane „upokorzeniem” politycznym - spowodowały sukces „hitleryzmu”, tj. Narodowych Socjalistów. Inflacja powojenna (chyba w 1924 r.?) doszła do absurdalnych rozmiarów... Pamiętam, że ojciec obliczał, że u szczytu - za wagon zboża otrzymałby w 100 markowych banknotach około 10 wagonów pieniędzy... Lekarze pisali recepty na banknotach, drukowanych już tylko jednostronnie i tańszych od papieru, robotnicy przerzucali wypłaty przez płot żonom, aby biegły natychmiast po zakupy, miasta drukowały własne pieniądze zastępcze itp. Andrzej Sierakowski 111 W takiej sytuacji tylko bardzo sprytny spekulant mógł prosperować - natomiast ludzie typu ojca musieli tracić fortuny... Sytuacja była bez precedensu - a po okresie poprawy - przyszło totalne załamanie się ekonomii niemieckiej w okresie wielkiego kryzysu 1929- 1931. Nacisk władz niemieckich na Waplewo szedł głównie od strony ekonomicznej - i wydaje mi się, że szczególnie złowieszczą rolę odegrał w tym procesie ów p. Jan Kowalski, (o którym wspomniałem uprzednio) - ziemianin spod Kwidzyna, który „staropolską rubasznością” potrafił osiągnąć ogromny wpływ na ojca w sprawach finansowych... Moja matka, mająca swój „instynkt do ludzi” i swoją grafologię, zawsze go nie lubiała i obawiała się tego wpływu... Jednakże, przy ciągłych rozjazdach ojca - miał on duże możliwości działania... choć nie wiem, jakie pełnomocnictwa. Wiem, że miał wpływ na szereg inwestycji - jak daleko idące zmechanizowanie majątku i budowę cegielni przy stacji waplewskiej. Maszyny - wtenczas nowe - w formie traktorów gąsienicowych, transporterów itp. - zastępujące ogromnie ciężkie „pługi pasowe” używane dawniej jak również lokomobile na pagórkowatym terenie, oraz cegielnia wytwarzająca cegłę „piaskowo - wapienną” w procesie ciśnieniowym (autoklaw) weszły w życie już przed „kryzysem”. Same w sobie były na pewno słuszne, ale wszystko to oparte na kredycie - dla i tak już zadłużonego majątku, w połączeniu z załamaniem się rynków rolniczych w latach 30-tych, zupełnie odwrotnym do uprzedniej inflacji, było ciężarem, którego ten majątek nie mógł wytrzymać... Stąd 1001 komplikacji, które w jakiś sposób decydujący wpłynęły na dalsze życie i postawę rodziców. W latach trzydziestych i banki i władze osiągnęły wpływ decydujący na dalszy los Waplewa - i wtenczas „wypchnięcie” niewygodnych ludzi nie było już trudnym zadaniem... Zwłaszcza, że zbiegło się to z przejęciem władzy przez Hitlera. Ostatecznie z rokiem 1933 - kiedy istotne decyzje wykonywane były nie przy pomocy prawa, ale bojówek SA i potem SS, sytuacja ludzi tak „eksponowanych”- jak rodzice - i nie przygotowanych do wszelkich upokorzeń koniecznych w tak zwanym „wieku nowoczesności” była już beznadziejna. Trzeba sobie znowu zdać sprawę z tego, że XX wiek (który się zaczął de facto w 1914 r.- a skończy się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak!) jeśli przyjąć jakiekolwiek standardy ludzkie ze skali dostępnej moim rodzicom - był wiekiem nie tylko postępu socjalnego i technicznego, ale przede wszystkim wiekiem zupełnej degradacji człowieka, skutkiem obalenia kryteriów dawniejszych - i niemożności zastąpienia ich skutecznie nowymi. Oczywiście - rozwodzić się nad tern nie ma czasu, jednakże nie może ulegać wątpliwości, że wprowadzenie pojęć zupełnie nowych we wszystkich dziedzinach, zaczynając od sztuki, socjologii, polityki, a kończąc na działaniach militarnych i przemocy jako ostatecznym (niestety!) argumencie, stworzyło między rokiem 1914 a 1944 świat, w którym ludzie wychowani ukształtowani w „elicie” dziewiętnastowiecznej nie mieli żadnego miejsca... W ciągu tych „ krótkich” 30 lat n. b. ostatnich łat ich życia - i pierwszych lat mojego życia, rozegrała się główna akcja ich działalności dla Polski, która obejmowała powstanie „cudowne” Polski - „wielką nadzieję”-i upadek kolejny plebiscytu, Waplewa i kraju - „zapadnięcie się ich świata”... Byłem z nimi w miejscowości, której nie pamiętam, koło Sochaczewa u p. p. Karakowskich - kiedy 17 września 1939 został przypieczętowany los II Rzeczypospolitej, zarówno ze Wschodu jak Zachodu, i równocześnie zajechały przed dom oddziały sztabu dywizji „SS - Panzer Divi- 112 Wspomnienia, cz. 2 sion Adolf Hitler Leibstandarte” pod dowództwem gen. Sepp Dietricha - wojska wypoczęte - jakby jadące na paradę - w porównaniu z obrazami przypominającymi Berezynę7 , które dopiero co widzieliśmy przejeżdżając, pod obstrzałem przez tereny bitwy „kutnowskiej”8... Wydaje mi się, że ktokolwiek słyszał przemówienie Hitlera tego dnia (nadawane przez głośniki tego sztabu...), ktokolwiek przeszedł od wojny totalnej do totalnej dominacji, a był osobowością taką jak mój ojciec, nie miał najmniejszej ochoty żyć dalej za „wszelką cenę”... I tu jest jeden z elementów decyzji, która spowodowała jego śmierć w półtora miesiąca później... Odmowa dalszego upokarzania, „zachowania twarzy”, honoru swojego i wobec „swoich” ludzi w Osieku, który był drugim domem rodzinnym przez paręset lat... Oczywiście człowiek „honorowy” w naszym, współczesnym życiu niewiele ma sensu - a nawet tutaj „na zachodzie” to słowo wywołuje odruch politowania. Starałem się tu przedstawić, niezależnie od chronologii, przyczyny i skutki ówczesnych stosunków na decyzję rodziców wyjazdu „do Polski” w 1933 roku - i „pozostania na miejscu” w 1939. Nie wiem, czy te notatki przydadzą się Panu na wiele, ale skoro piszę o rzeczach, o których się nigdy nie mówiło i pisało u nas - to niech to będzie rodzaj „dania świadectwa prawdzie”... Ciekawą cechą - zapewne też dziewiętnastowieczną było w domu to, że było wiele tematów przede wszystkiem osobistych, o których „nie wypadało” mówić. A nie „wypada”- znaczyło wtenczas „nie wolno”. To był rodzaj wstrzemięźliwości związany z obyczajem. Tymczasem kończę tę część notatek - ogólnych - i korzystam z okazji - następną prześlę niebawem, o życiu codziennym lat 1924 - 1939. Łączę wyrazy prawdziwego szacunku 10.03.87. [Poniższy dopisek A. Sierakowski dokonał ręcznie pod maszynopisem] P.S. Przeglądając te notatki we wrześniu roku 1990 - już po „wielkim przełomie” w krajach RWPG raz jeszcze czuję jak wiele winniśmy tym nielicznym Polakom czy raczej „Rodakom”, którzy usłali swoim poświęceniem bezinteresownym drogę do wszystkiego, co się dzieje - i co zamknie ten XX wiek. Aby zobaczyć czem była jedna z twarzy totalitaryzmu, który nas zdusił, w stosunku do grupy Polaków czy Rodaków z ziemi dobrzyńskiej, w tern moich Rodziców, trzeba przeczytać niewielką książeczkę płk A. Witkowskiego z Wydawnictwa MON pt. „Mordercy z Selbstschutzu” . Warszawa, 27. 09. 90 r. Opracowanie i przypisy Sylwia Stankiewicz 7 W 1812 r. przez Berezynę przeprawiały się niedobitki armii Napoleona spod Moskwy. 8 W okolicy Kutna nad Bzurą rozegrała się największa bitwa kampanii wrześniowej. Tomasz Paweł Krzeszowski 113 Tomasz Paweł Krzeszowski KSIĄDZ PROFESOR JANUSZ PASIERB WSPOMNIENIE PO LATACH Księdza Janusza poznałem w roku 1983 dzięki Jerzemu Limonowi, mojemu koledze i przyjacielowi. Jurek mieszkał ze swoją przyszłą żoną w mieszkaniu służbowym należącym do Uniwersytetu Gdańskiego. Tam spotykaliśmy się dość często przy stole obficie zastawionym potrawami przygotowanymi przez Jurka Limona, zwykle na sposób chiński. Zapraszając na te spotkania, Jurek, mistrz sztuki kulinarnej, zapowiadał skromnie: „Będą chiń-czyki”. Pozostanie tajemnicą jego sztuki, jak potrafił wyczarowywać z dostępnych wówczas produktów istne arcydzieła gastronomiczne, które wywoływały mój entuzjazm. Wyrażałem swój zachwyt głośnymi okrzykami po każdym połkniętym kęsie. Piszę o tym dlatego, że ma to ścisły związek z moim poznaniem ks. Janusza. Otóż pewnego dnia Jurek, zapraszając mnie na kolejne „chińczyki”, oznajmił, że spotkam się z kimś niezwykłym i od razu wymienił nazwisko ks. Janusza, które jeszcze wtedy nic mi nie mówiło. Cieszyłem się jednak na to spotkanie, bo przeżywałem właśnie okres nawrócenia i byłem zachwycony perspektywą poznania księdza. Nie spodziewałem się wszakże, iż to pierwsze spotkanie będzie pierwszym z wielu późniejszych kontaktów z ks. Januszem. Po pierwszych słowach witania się 114 Ksiądz Profesor Janusz Pasierb i wzajemnego przedstawiania się usłyszałem: „To pan jest tym profesorem, który tak głośno wyraża swój zachwyt przy stole?” Potwierdziłem, krygując się nieco, ale od razu pomyślałem sobie, że dzięki Jurkowi wie On o mnie więcej niż ja o Nim, a przynajmniej to, że jestem miłośnikiem dobrej kuchni. Potem wszystko potoczyło się wartko. Janusz mówił pięknie i dowcipnie, a ja głośno okazywałem swój zachwyt nad sztuką kulinarną Jurka, co tak spodobało się ks. Januszowi, że już po trzecim kieliszku wina zaproponował mi przejście na ty. Natychmiast poczułem się tak, jakbym znal Go od zawsze. Czy to sprawa użycia języka, czy sprawa jego promiennej osobowości? Do dziś nie jestem pewien, ale zapewne nie da się oddzielić od siebie tych dwu rzeczy. Wymieniliśmy numery telefonów i adresy. Tak zaczęła się trwająca przez następne lata moja przyjacielska znajomość z księdzem Januszem. W owych czasach pracowałem na pełnym etacie w Uniwersytecie Gdańskim. Miałem dość obszerne mieszkanie na Zaspie, ale co najmniej raz w miesiącu, a zwykle częściej jeździłem do Warszawy w różnych sprawach naukowych, lub po prostu odwiedzić mamę. Podczas tych warszawskich wizyt zawsze u Niej nocowałem. Zajmowała tam mieszkanko w kompleksie budynków Związku Nauczycielstwa Polskiego przy ulicy Smulikowskiego, w domu bezpośrednio sąsiadującym z narożną kamienicą przy ulicy Dobrej, gdzie miał mieszkanie ks. Janusz. On także nieustannie podróżował, i to po całym świecie, lecz jego regularne wyjazdy odbywały się w kierunku północ - południe z Warszawy do Pelplina, a więc niemal na tej samej osi, ale w odwrotną stronę. Jednak jakimś zrządzeniem Opatrzności zamiast się rozmijać spotykaliśmy się w Warszawie, najczęściej w okolicach niedzieli. Wtedy właśnie, będąc w Warszawie, odprawiał On niedzielne msze o godzinie 13-ej w pobliskim kościele parafialnym Św. Teresy od Dzieciątka przy ulicy Tamka. Tam też głosił swoje piękne homilie. Nie muszę chyba dodawać, że na te msze uczęszczałem. Każdy nasz jednoczesny pobyt w Warszawie był okazją do dłuższych spotkań, dzięki czemu były one na tyle częste, że w pewnym momencie stały się swoistym zwyczajem. Każde spotkanie było poprzedzone telefonem moim do Niego, rzadziej Jego do mnie. Telefoniczna rozmowa zawsze kończyła się niemal kanonicznym: ON: „No jak, przyjdziesz? JA: „Już idę”. W mig, niemal biegnąc, przebywałem niespełna 150 m dzielących nasze bramy. Tam przez podwórko, wciąż półbiegiem, dochodziłem do klatki schodowej po prawej stronie i wspiąwszy się na drugie piętro stawałem zdyszany u drzwi Jego mieszkania. Dosłownie w kilka sekund po dzwonku pojawiał się w szeroko otwartych drzwiach i z promiennym uśmiechem zapraszał mnie do środka. Za każdym razem, przekraczając próg Jego mieszkania, czułem się tak, jakbym wchodził w jakiś inny wymiar rzeczywistości, co może brzmi teraz pretensjonalnie i może być poczytane za starczą egzaltację, ale wiernie wyraża to, co wtedy przeżywałem. O ile każdorazowa poprzedzająca rozmowa telefoniczna i samo spotkanie miały w sobie coś z rutyny, o tyle sam przebieg każdej wizyty zaskakiwał czymś innym, nowym i niespodziewanym. A to nagle okazało się, że właśnie ma przyjść ktoś, kogo osobiście nie znałem, a kto był skądinąd bardzo znany, a to, że „właśnie napisał mi się wierszyk, chcesz zobaczyć?” albo „może pójdziemy na mały spacerek?”, albo „mam jeszcze małe co nieco w płynie, masz ochotę?” (zwykle chodziło o whisky, i zwykle miałem ochotę), - albo „mam tu nową książkę, czy ją przyjmiesz?” A raz zaskoczył mnie, jak mówi młodzież, „na Maksa” gdy poprosił mnie - ON mnie poprosił! - żebym przetłumaczył na angielski wiersz o ikonie jasnogórskiej, Tomasz Paweł Krzeszowski 115 co oczywiście uznałem za wielki zaszczyt, co w stosownym czasie wykonałem, jak tylko mogłem najlepiej, i co spotkało się z Jego uznaniem. Dał temu wyraz w dedykacji na książce „Wiersze religijne”: „Kochanemu Tomaszowi z wdzięcznością za piękny przekład „nocą kiedy oglądam obraz”, na Boże Narodzenie i w ogóle z sercem Janusz Wwa, 23 XII 83”. Otrzymałem od Niego kilka innych książek z bardzo osobistymi dedykacjami. Wracając jednak do spotkań z Januszem, muszę napisać, że najbardziej niezwykłe było jednak to, co i jak mówił na każdy temat. Był w tym wdzięk, ogromna erudycja, dowcip niepowtarzalny esprit. Po każdej rozmowie miałem poczucie niższości i znikomości, wymieszane z pewną dozą zazdrości, że ja tak nie potrafię i nigdy mu nie dorównam. Jednak, co bardzo ważne i znamienne, nigdy nie usiłował imponować ani popisywać się tymi swoimi przymiotami. Wprost przeciwnie, był niebywale skromny i swoją ogromną wiedzą dzielił się tonem jakby wątpiącym, z intonacją pytającą, jakby sam nie był pewien siebie. Był niewyczerpaną kopalnią bon motów i wirtuozem języka, nie tylko w swojej poezji, ale w codziennych rozmowach. Nic dziwnego, że po każdym spotkaniu wracałem nieco oszołomiony, zanim zdołałem wrócić do wymiaru codzienności. Wśród spotkanych w jego mieszkaniu znakomitości byli ks. Wiesław Niewęgłowski (u którego spowiadałem się później podczas życiowego sztormu, już w dobrych kilka lat po śmierci Janusza) i ksiądz-poeta Jan Sochoń. Nasze spacery były długie i były niczym greckie dialogi perypatetyczne. Rozmawialiśmy niezwykle szczerze, również na najbardziej osobiste tematy. Treść tych rozmów zachowam dla siebie. Mogę jedynie napisać, że dotyczyły one niemal wszystkich możliwych do wyobrażenia tematów: filozoficznych, politycznych, społecznych, naukowych, światopoglądowych, erotycznych, literackich i nigdy nie mogliśmy przewidzieć, jaki „obrót rzeczy” nastąpi. Jedna z tych rozmów dotyczyła całunu turyńskiego i domniemanego fałszerstwa ujawnionego w tym czasie za sprawą badań za pomocą izotopów węgla. Powiedziałem wtedy, że według mnie badania te nie mogą być rozstrzygające i jakoś to usiłowałem uzasadnić. Jako historyk sztuki Janusz znał się na tych rzeczach dużo lepiej ode mnie, ale w żaden sposób nie próbował mi dać do zrozumienia, że się mądrzę i wypowiadał się bardzo powściągliwie z właściwą sobie skromnością. Po wysłuchaniu mojej tyrady zachęcał mnie tylko, żebym napisał na ten temat jakiś artykuł, uznając widać, że moja obrona autentyczności całunu jest warta, by ją ujawnić innym. Jednak nigdy niczego na ten temat nie napisałem, podświadomie chyba naśladując jego powściągliwość i nie czując się w żadnej mierze kompetentny do publicznego zabierania głosu na ten temat. Trasa naszych spacerów zwykle prowadziła w kierunku południowego Powiśla, za wiadukt mostu Poniatowskiego, w okolice Parku im. Rydza-Śmigłego. Chodziliśmy szeroką aleją w kierunku Wisły i nad jej brzeg, a potem wracaliśmy wzdłuż ulicy Kruczkowskiego. Pewnego razu zapuściliśmy żurawia w okna kamienicy na skraju tego parku przy alei 3 maja, gdzie mieściło się Jego dawne warszawskie mieszkanko przed przeprowadzką na ulicę Dobrą. Dziwnym trafem ja sam mieszkam obecnie o sto metrów od tego właśnie miejsca. Przeprowadziłem się tam po gdańskiej emigracji, już po śmierci Janusza. Zaiste, te sąsiadujące adresy, i te przeprowadzki moje i Jego, i te podróże z południa na północ i na odwrót, mogą chyba dowodzić, że Deus mirabilis, fortuna variabilis. 116 Ksiądz Profesor Janusz Pasierb Te spacery^ spotkania i wydarzenia utrwaliły się w mojej pamięci na zawsze. Wspomnę teraz tylko kilka z nich, nie ujawniając jednak wszystkich szczegółów, aby nie złamać świętej tajemnicy, jaką jest treść najgłębiej skrywanych myśli, odkrywanych wzajemnie podczas tych dialogów, niczym podczas jakiejś chociażby i niesakramentalnej spowiedzi. Są to więc tylko małe i pozornie nieważne fakty, a raczej fakciki, mówiące jednak bardzo wiele o tym, jaki był ksiądz Janusz. Tuż przed Bożym Narodzeniem, które oczywiście miałem spędzać z Mamą w Warszawie, a był to chyba rok 1983, a może 84, gdy jak zwykle przez telefon zapowiadałem swoją świąteczną wizytę, mimochodem wspomniałem Januszowi, że nie mamy prawdziwej choinki, a tylko sztuczną. „A to się świetnie składa, bo ja akurat mam dwie. Jedna z nich będzie dla was” - powiedział. „Możesz ją zaraz zabrać.” Nie pamiętam, dlaczego odbiór tej choinki odbył się w dość niezwykły sposób. Mama postanowiła mi pomóc i wyszła razem ze mną. Może liczyła na to, że skorzysta z okazji, żeby zobaczyć mieszkanie Janusza, którego znała z widzenia, a także jako księdza z kościoła. Jednak gdy zbliżaliśmy się już do rogu Smulikowskiego i Dobrej zobaczyliśmy Janusza stojącego na swoim narożnym balkonie. Radośnie się uśmiechając, machał ku nam prawą ręką, a lewą podtrzymywał pokaźnych rozmiarów drzewko. Nastąpiła wtedy komiczna scena: „Ja wam rzucę, a wy łapcie” wykrzyknął i za chwilę począł wprowadzać swój zamysł w czyn. Zrzucenie choinki z drugiego piętra przedwojennej kamienicy bez narażania łapiących na szwank i bez uszkodzenia cennego drzewka wymagało pewnego kunsztu. Janusz wykonał to zadanie po mistrzowsku, z chirurgiczną wręcz precyzją. Najpierw delikatnie oburącz opuścił je za balustradę balkonu, następnie jedną ręką ujął czubek, wychylił się nieco i upewniwszy się, że choinka znalazła się już tak blisko ziemi jak to tylko możliwe, bowiem dalsze wychylanie się groziło tym, że wyląduje na ziemi razem z drzewkiem, krzyknął: „Uwaga, puszczam!” Tymczasem na chodniku zebrała się niewielka grupka gapiów z napięciem obserwujących tę dziwną scenkę. Nie wątpię, że niektórzy widzowie rozpoznali najbardziej znanego uczestnika tego wydarzenia, co oczywiście stanowiło dodatkową atrakcję. Gdy delikatnie asekurowana przez nas choinka w całości i bez żadnych odkształceń bezpiecznie wylądowała na chodniku, grupka gapiów, nie kryjąc entuzjazmu, obdarzyła uczestników tej brawurowej akcji oklaskami. I tak, dzięki Januszowi, spędzaliśmy święta przy pachnącej jodełce, a nie przy plastykowej atrapie. O skromności Janusza i jego stylu świadczy moja wizyta w Katedrze Pelplińskiej. Janusz osobiście oprowadzał mnie po Katedrze, ale nie zachowywał się jak typowy gadatliwy przewodnik i bardzo mało mówił, ograniczając się właściwie do odpowiedzi na moje pytania. W pewnej chwili stanęliśmy przed jednym z dwudziestu czterech obrazów wywieszonych w obu bocznych nawach. Obraz przedstawiał miedzianego węża na wysokim palu. Moja znajomość Starego Testamentu była wtedy delikatnie mówiąc bardzo skromna. Prawdę mówiąc byłem nieukiem w tej dziedzinie, chociaż przeżywałem wtedy coś, co mylnie brałem za powołanie zakonne i kapłańskie. Dałem wtedy spektakularny popis tej ignorancji, pytając Janusza: „A co ten wąż robi na tym kiju i dlaczego tu wisi ten obraz?” Janusz ani nie oniemiał z oburzenia, ani nie wyraził zdziwienia tą moją straszliwą niewiedzą. Spokojnie powiedział tym swoim pytająco-wątpiącym tonem, jakby chcąc dać mi to zrozumienia, że przepaść między jego wiedzą a moją niewiedzą nie jest aż tak przepaścista: „Chyba chodzi Tomasz Paweł Krzeszowski 117 tu o Mojżesza i tego jak wywyższył miedzianego węża na pustyni. Ma to być figura Chrystusa na krzyżu”. I tylko tyle. Żadnych dalszych wykładów, morałów czy pouczeń. Sapienti sat. Zrozumiałem, że pomyślał to, co sam sobie dopowiedziałem: „Jak zechcesz, to sobie poczytaj i dowiedz się więcej”. Otrzymałem wspaniałą lekcję nie tylko pokory, ale i dydaktyki. Gdy w jakiś czas później oznajmiłem Mu, że nosze się z zamiarem wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego, aby zostać kapłanem, skwitował to dwoma krótkimi zdaniami: „Co za osobliwy pomysł. Wpadłeś w jakąś modlitewną manię.” I na tym temat się urwał. Nie próbował mnie ani przekonywać ani dociekać moich motywów. Być może od razu uznał, że to poroniony pomysł, ale nie byłoby to wjego stylu, aby mnie zniechęcać czy zachęcać. Byłem przekonany, że ON jest przekonany, że wszystko odbędzie się zgodnie z wolą Opatrzności. Tak też się stało, bowiem po odbyciu rekolekcji w Kaliszu i idąc za głosem Ducha Świętego, pozostałem w stanie świeckim. Ale i tym razem Janusz okazał swoją klasę, jako duchowny i jako pedagog. W związku z moimi klerykalnymi zapędami zacząłem codziennie odprawiać Godziny Liturgicznie i to co najmniej pięć razy dziennie. Początkowo używałem brewiarza w wersji angielskiej, którą Jurek Limon przywiózł mi z Londynu, ale wkrótce potem wyszedł pierwszy tom brewiarza polskiego, który Janusz pomógł mi kupić u Pallotynów w Gdańsku. Wybraliśmy się tam kiedyś we dwóch, bo Janusz miał wygłosić tam wykład. Byłem zachwycony tym, jak serdecznie i z jakim szacunkiem witano się tam z Nim. Młodzi i starsi, studenci, jakieś siostry zakonne, wszyscy promienieli radością na Jego widok i wyrażali tę radość podaniem ręki, uściskami i wieloma miłymi słowami. Brewiarza już nie było, ale obiecano, że zamówią specjalnie dla mnie. Zabawne, że siostra, z którą o tym rozmawiałem uznała, że też jestem osoba duchowną, bo zapytała: „Czy ksiądz życzy sobie w oprawie skórzanej czy płóciennej? W skórzanej będzie droższy”. Wybrałem ten tańszy i niechętnie z ociąganiem sprostowałem „Niestety nie jestem księdzem”, dodając w myślach „jeszcze nie jestem”. Po tygodniu, kiedy tam ponownie poszedłem, pierwszy tom Liturgii Godzin czekał już na mnie, ale nikt już się do mnie nie zwracał per „ksiądz”. To był tylko jeden jedyny raz. Ale to bycie księdzem mogło być dla Janusza dokuczliwe. Zwykle chodził on ubrany po cywilnemu, często nawet bez koloratki. Pewnego jednak razu po krótkiej wizycie poprzedzającej niedzielną mszę, którą Janusz miał odprawiać w kościele na Tamce, wyszliśmy razem na ulicę Dobrą. Janusz szedł w sutannie, aby nie zakładać jej dopiero w zakrystii. Ledwie wyszliśmy na ulicę podbiegł do nas jakiś młodzieniec, wykrzykując coś o klechach, katabasach i czarnych. Janusz w ogóle na to nie reagował, ja nie bardzo wiedziałem, jak się zachować, więc tylko popukałem się w czoło w kierunku nerwowego młodzieńca, a on równie szybko zniknął jak się pojawił i dał nam spokój. Janusz powiedział tylko „No widzisz, jak to jest być księdzem i chodzić po ulicy w sutannie. Ile razy wyjdę w sutannie, ktoś się mnie czepia. Dlatego wolę chodzić w normalnym ubraniu.” Kto się wychował i wykształcił w kulturze śródziemnomorskiej i tradycji biblijnej, ten docenia walory wina jako niezbędnego składnika tej kultury. Janusz nazywał wino i inne trunki „napojami rozweselającymi” i nie wykazywał skłonności do abstynencji, którą skrupulatnie odróżniał od postu. Sam nie jestem świętoszkiem w tych ani w żadnych innych 118 Ksiądz Profesor Janusz Pasierb sprawach, więc doskonale się rozumieliśmy, jakkolwiek osobiście przedkładam szklaneczkę whisky czy innego trunku nad wino. Dlatego podczas wizyt w Jego mieszkaniu częstował mnie czasem szkocką, zaznaczając przy tym, że ze względu na trwający właśnie Adwent czy Wielki Post nie bierze żadnego alkoholu do ust. Tylko raz zdarzyło się, a było to podczas mojej drugiej wizyty w Pelplinie, że powitał mnie słowami: „Nadużyłem wczoraj napojów rozweselających”, usprawiedliwiając tym swój chwilowy brak humoru i obniżony nieco poziom gotowości do zabawiania rozmówców swoim niezrównanym dowcipem. Ta moja druga wizyta w Pelplinie zbiegła się z wizytą dwóch młodych księży, czy może jeszcze kleryków. Dość niespodziewanie, chociaż bardzo przecież stosownie, rozmowa nabrała bardzo katechetycznego wymiaru, gdy zaczęliśmy nagle mówić o tym, na czym polega prawdziwa modlitwa. Nie pamiętam już szczegółów tej rozmowy, a jedynie to, że w pewnej chwili powiedziałem, że najlepiej lubię się modlić milcząco i nie używając żadnych słów. Oczekiwałem jakichś zaprzeczeń czy krytycznych uwag ze strony tych osób bez porównania bardziej kompetentnych ode mnie. Jednak wszyscy trzej zgodnie stwierdzili, że taka właśnie milcząca modlitwa najbardziej zbliża człowieka do Boga i że świadczy o wysoko rozwiniętej duchowości. Trochę mnie to zaniepokoiło, by nie powiedzieć zgorszyło, ale nie dociekałem już dalej, na czym rzecz polega, licząc na to, że sam to kiedyś zrozumiem. I rzeczywiście, po wielu już latach dostrzegłem mądrość tych słów i jestem wdzięczny Opatrzności, za to, że pozwoliła mi je usłyszeć wtedy i tam, podczas tej pelplińskiej wizyty, która nieoczekiwanie nabrała cech pielgrzymki. Po ślubie Jurka Limona i jego żony Justyny udzielonym naturalnie przez ks. Janusza, odbyło się huczne wesele w sali na terenie akademika, gdzie znajdowało się mieszkanie młodożeńców. Na tym weselu, nie wiadomo dlaczego, zacząłem do Janusza mówić po francusku, a on odpowiadał mi po angielsku. Ta cudaczna rozmowa była dość zabawna, bo co chwilę wychodziliśmy na zewnątrz i spacerowaliśmy wokół akademika, zgodnie z naszym perypatetycznym zwyczajem. On poprawiał moje błędy, a ja Jego błędy. Tak się składało, że nasza znajomość tych dwóch języków równoważyła się o tyle, że On mówił lepiej po francusku, a ja po angielsku. Konwersowaliśmy w ten sposób ze sobą przez jakiś czas, chyba także w taksówce, jadąc do mojego mieszkania na Zaspie, gdzie Janusz u mnie po raz pierwszy i ostatni nocował. Zupełnie już nie pamiętam, o czym tak zawzięcie rozmawialiśmy, wiem zaś na pewno, że nazajutrz mówiliśmy już obaj tylko po polsku. Czyżby nasze lingwistyczne wyczyny miały jakiś związek z napojami rozweselającymi konsumowanymi podczas wesela? Podczas ostatniej naszej przechadzki po warszawskim Powiślu Janusz nagle powiedział do mnie: „Czuję, że wkrótce spotka mnie coś okropnego.” Nie wiedział, a może nie chciał mi powiedzieć, co to będzie. Szczerze mówiąc wkrótce zapomniałem o tym, bowiem nasze kontakty urwały się równie nagle jak się zaczęły. Ja wyjechałem na dłuższy czas do USA, a On także wciąż gdzieś podróżował. Nie było wtedy internetu ani telefonów komórkowych. Nigdy nie pisaliśmy do siebie listów. O Jego chorobie i odejściu, dowiedziałem się z telewizji i gazet. Byłem tylko jeszcze na Jego pogrzebie. Szedłem na cmentarz w Pelplinie, ze smutkiem myśląc, że po tym ostatnim proroczym spotkaniu z Nim, nastąpiła tak długa przerwa, która w wymiarze ziemskim trwa do dziś. W porządku nieziemskim żadnej Tomasz Paweł Krzeszowski 119 przerwy nie ma. Myślę o Nim i modlę się za Niego, a może raczej przez Niego, codziennie. Chociaż dialog zamienił się w monolog, jest teraz trochę, jak w wierszu, który „napisał się” kiedyś mnie samemu: MONOLOG wczoraj gadałem ze śmiercią nie swoją więc pamiętam spojrzała głęboko w oczy i trochę się uśmiechała rozmowa trwała krótko trochę mówiłem mówiłem ałe nie słuchał nikt rozmowa krótko trwała odeszła zapominała? Teodor Sejka ZATRZYMANE W KADRZE PAMIĘCI WSPOMNIENIE O MOIM NAUCZYCIELU Teodor Sejka 121 Słoneczny ranek pachnie wiosną. Lekcje zaczną się dopiero za pół godziny, ale w bibliotece szkolnej zebrała się już spora gromadka starszych uczniów, głównie dziewcząt. Zebrani wianuszkiem otoczyli grającego na pianinie naszego pana od polskiego, pana Janusza. Rozlegający się po szkole śpiew przy akompaniamencie dźwięków pianina, powoduje, że krąg osób wciąż rośnie, przyciągając licznych amatorów śpiewu. Kto tylko zechce, może przyłączyć się i wyśpiewywać z całym impetem i radością modne dziś przeboje. Aktualnie, prawdziwą furorę robi tu ulubiona przez nas włoska piosenka „Marynika”, która prawie codziennie rozbrzmiewa po naszej szkole i jakby na stałe zawisła gdzieś pod sufitem budynku. Bo my w ten śpiew wkładamy cały nasz entuzjazm, ciesząc się wiosną i własną młodością: „A ona śpi, i śpi doprawdy jak na złość Tak może spać, i spać, i nigdy nie ma dość. Już słychać trwa robota w lesie Nie śpij, obudźże się. No rusz się już, bo trzeba siana dać konikom Marynika, Marynika! ” Niestety dzwonek przerywa nasz śpiewaczy entuzjazm. Rozchodzimy się do klas, zabierając ze sobą okruchy przed chwilą doznanej radości, przez co szkolny trud i kłopoty będą jakby lżejsze. Bywa, że na przerwach mamy prawdziwą frajdę. Cieszy się ten i ów, bo oto wczoraj udało mu się zaklepać pana Janusza w grze w chowanego. Dziś znowu radość wielka, bo pan przystąpił do zabawy, a dopiero wtedy gra nabiera właściwych rumieńców i zwiększonych emocji. Tym bardziej, że tyle tu możliwości schowania się, podchodzenia, gdzie las prawie podchodzi pod sam budynek szkoły. A to ci gratka, gdy szukającemu uda się wypatrzyć i zdążyć zaklepać wołając: „Raz, dwa, trzy - pan Janusz! ”. Dziś na lekcji miał być temat z gramatyki, ale nasz pan zmienił plan. Z jakiejś wewnętrznej potrzeby postanowił opowiedzieć nam treść filmu, który ostatnio obejrzał. Jest to ekranizacja dramatu Szekspira „Romeo i Julia”. Pan wprowadza nas w konflikt zwaśnionych rodów Kapulettich i Montekich. Opowiada o tym, jak waśń pomiędzy rodzicami staje się przeszkodą miłości ich dzieci. Słuchamy z zapartym tchem. Wciąga nas intryga, gdy kochankowie planują potajemnie wziąć ślub. Stajemy po ich stronie, gdy Julia wypija płyn powodujący letarg podobny do śmierci, a wtedy miałby przyjść Romeo, wyjąć ją żywą z grobu i zabrać z Werony. Ale tak się nie stało. Romeo nic nie wie i zobaczywszy martwą Julię zabija się. Wtedy ona budzi się z letargu i zobaczywszy martwego Romea przebija się sztyletem. Pan Janusz zmierza do finału akcji filmu: „I padli obydwoje na krzyż, najpierw Romeo potem Julia, a nad ich trupami zwaśnieni ojcowie podają sobie ręce na zgodę”. Żal nam nieszczęśliwych kochanków, chociaż pociesza nas dobro, które jest nagrodą za ich tragiczną miłość. Pan Janusz opowiedział nam historię Romea i Julii z wielką plastycznością narracji, z ogromnym uczuciowym zaangażowaniem. Trochę domyślamy się jaki jest tego powód. Rozumiemy, że jest to powód bardzo osobisty i nadzwyczaj delikatny. Mamy na ten temat nawet własne klasowe śledztwo. Bo w czasie przerw, na stole leży otwarty dziennik lekcyjny, a w nim bibuła (bo wpisy w dzienniku dokonuje się atramentem). Na bibule, co raz, pojawiają się tajemnicze zaszyfrowane inicjały: J K + Ż R = M. Bez trudu domyślamy się kogo oznaczają te litery, tym bardziej, że znamy obydwie ukryte tam osoby, a ta litera M - to Wielka Miłość, 122 Zatrzymane w kadrze pamięci która łączy tę parę narzeczonych, tak, jak Romea i Julię. Pani Żena to wielka miłość szkolna z liceum, pracująca w sąsiedniej szkole.Dziś na drugiej lekcji znowu zacznie się próba naszego zespołu dramatycznego. Od kilku tygodni pracujemy nad inscenizacją II części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Rozsuwamy ławki i nasza trupa teatralna przystępuje do pracy. Bardzo to lubimy, bo to prawdziwa przyjemność i satysfakcja. Jesteśmy już na etapie planowania rekwizytów. Udziela nam się demoniczny nastrój starodawnego zaduszkowego obrzędu. Czujemy, że mamy do czynienia z zaświatami i z duchami, dlatego nastrój musi być poważny, pełen grozy i tajemniczości. Pan Janusz proponuje, żeby dla postaci Widma, ducha potępionego właściciela wioski kupić sztuczne ognie dla wzmocnienia efektu: „Wszelki duch! Jakaż potwora! Widzicie w oknie upiora? Jak kość na polu wybladły; Patrzcie, patrzcie, jakie lice! W gębie dym i błyskawice, ” Ach, jak straszne męki i katusze są udziałem tego okrutnego i nieczułego na nędzę biednych ludzi pana, tam w życiu pozagrobowym. Ale cóż, nie ma tam dla niego litości, bo tam odbiera słuszną karę na swoją niesprawiedliwość. Jego sługi, które on zamarzył głodem zamienione teraz w chór ptaków nocnych przybyły na dziady, by wyrwać mu z gęby jadło. Przyszedł czas odpłaty za wszystkie krzywdy, których był sprawcą. „Nie znałeś litości, panie! Hej, sowy, puchacze, kruki, I my nie znajmy litości: Szarpajmy jadło na sztuki, A kiedy jadła nie stanie, Szarpajmy ciało na sztuki, Niechaj nagie świecą kości ” Mickiewiczowskie strofy wiele razy powtarzane przez naszych aktorów zapadają głęboko w naszą pamięć. Są dla nas nośnikiem ważnych mądrości życiowych. Nikt nie może wątpić o ich słuszności. Wielka to i ważna dla nas nauka, a w dodatku udzielona nam przez autorytet samego narodowego wieszcza. W końcu okazuje się, że zaproszony duch właściciela wioski na próżno przybył na Dziady: „Nie ma, nie ma dla mnie rady! Darmo podajesz talerze, Co dasz, to ptastwo zabierze Nie dla mnie, nie dla mnie Dziady! Tak muszę się dręczyć wiek wiekiem, Sprawiedliwe zrządzenie Boże! Bo kto nie był ni razu człowiekiem, Temu człowiek nic nie pomoże”. Teodor Sejka 123 Teraz, gdy osiągnąłem już wiek, w którym marzenia o świetlanej przyszłości ustąpiły już miejsca wspomnieniom tego, co się przeżyło, zrodziło się we mnie pragnienie pisemnego utrwalenia czasu spędzonego w mojej szkole podstawowej, a zwłaszcza postaci mojego nauczyciela polonisty, który jak to zrozumiałem po latach, był osobowością niezwykłą i wielce zasłużoną. Jestem wdzięczny szczęśliwemu losowi, że już na tamtym etapie mojego życia spotkałem pana Janusza, który stał się dla mnie życiowym wzorem i drogowskazem w moim późniejszym, profesjonalnym życiu. I tak, w latach 1950-1957 byłem uczniem Szkoły Podstawowej w Benowie. Ta wiejska szkoła znana była z bardzo dobrej kadry pedagogicznej. Kierownik szkoły - pan Franciszek Łukaszewski uczył nas matematyki, śpiewu (grał na skrzypcach) i wychowania fizycznego. Miłośnik i propagator sportu - sam aktywnie grał w piłkę nożną w zespole LZS Benowo. Porucznik rezerwy WP, w czasie wojny przebywał w oflagu na terenie Niemiec, w tym samym, w którym Niemcy więzili syna Stalina - Jakuba Dżugaszwili. Pani Domicela Grygoruk pochodziła spod Wilna. Miłośniczka przyrody, opiekunka koła PCK. Często zabierała nas na wycieczki po lesie. Pani Bronisława Kiełbaskowa pochodziła z Podkarpacia. Mieszkała wraz z rodziną w budynku szkolnym. Przez jej ręce przechodzili wszyscy nowicjusze - pierwszoklasiści. Po wakacjach, gdy przeszliśmy do II klasy, do szkoły przyszła „nowa siła”. Cała dzieciarnia mojej klasy niecierpliwie i z żywą nadzieją zerkaliśmy na nowo przybyłą młodą, wysoką, elegancką panią. Już od początku wszyscyśmy się w niej zakochali. Może to właśnie ona przyjdzie do naszej klasy po uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. No i stało się - do naszej klasy, jako wychowawczyni przyszła pani Teresa Jaskóła. Radość nasza była pełna, tym bardziej, że okazała się osobą pełną pogody, życzliwości i dobrego humoru. Po wielu latach dowiedziałem się, że przeżyła ona koszmar i gehennę dzieci polskich rodzin wojskowych z armii gen. Andersa uratowanych w 1941 r. od zagłady przez Hankę Ordonównę. Jako sierota była wychowywana w Domu Dziecka w Kwidzynie, tam też ukończyła Liceum Pedagogiczne. Gdy byłem w V klasie szkoła w Benowie otrzymała nowego nauczyciela. Był to też świeży absolwent kwidzyńskiego LP. Młody, wysoki, dystyngowany, energiczny pan, syn naszej nauczycielki z I klasy pani Bronisławy - pan Janusz Kiełbaska. Został naszym wychowawcą i uczył nas języka polskiego i rosyjskiego. Wraz z jego przybyciem całkiem odmieniło się nasze szkolne życie. Jego niezwykła osobowość jakby uzupełniała całą szkolną rzeczywistość, łącznie z przerwami lekcyjnymi i czasem pozalekcyjnym. Gdy kupił sobie prawdziwy rower wyścigowy, co było rewelacją na tamte czasy, cały tłum obserwował jak pan Janusz dokonuje czynności konserwatorskich. Surowy i wymagający, ale pełen taktu i kultury osobistej, chętnie dowartościowywał nas za włożony wysiłek. Dbający o dobre maniery, czego nas też uczył na każdym kroku: jak się kłaniać dorosłym, jak przepuszczać starszych przez drzwi i na schodach, jak się witać z rówieśnikami, że przy ziewaniu należy zasłonić sobie usta, ale nie prawą ręką, tylko lewą, bo prawą podajemy sobie na powitanie. Wkrótce też ujawnił swoje bogate talenty artystyczne, które wspaniale ubogaciły jego warsztat pracy pedagogicznej. Grał na pianinie i na akordeonie, zorganizował zespół taneczny i chór szkolny, prowadził też zespół dramatyczny i kółko polonistyczne. Rozmiłowany w romantycznej poezji Mickiewicza, próbował nam zaszczepić jej głęboką estetykę i wrażliwość na nią. W VII 124 Zatrzymane w kadrze pamięci klasie uczyliśmy się na pamięć wielu fragmentów z „Pana Tadeusza” - wiele z nich pamiętam do dziś: „Zachód słońca” „Opis sadu” „Opis burzy” „Koncert Wojskiego” „Koncert Jankiela”. Po tej narodowej epopei oprowadzał nas tak, że miało się wrażenie, że on sam przybył do nas z tamtej rzeczywistości Soplicowa, zaścianka, czy litewskiej kniei. Sam też z pamięci recytował wiele fragmentów. Chwalił się też swoim profesorem - polonistą z kwidzyńskiego liceum, który na pamięć zna całego „Pana Tadeusza”, chociaż trudno nam było w to uwierzyć, pewnie było w tym sporo przesady. Pod kierunkiem pana Janusza przygotowaliśmy wszystkie imprezy szkolne. Muzyka do tańca była za darmo, bo pan grał na akordeonie. Konkursy recytatorskie i przeglądy powiatowe zespołów artystycznych też były jego udziałem. W ten sposób przechodziliśmy solidny kurs estetyki i kultury słowa. Dbałość o dykcję, o siłę wyrazu była stałą troską jego polonistycznej działalności. Gdy przygotowywaliśmy inscenizację „Romantyczności”, pan Janusz przedrzeźniał nas: - Suchaj dzieweczko - ona jest sucha. To dzień biały! To mniasteczko! Do ulubionego repertuaru naszego nauczyciela należała ballada „To lubię”- zaczynająca się od słów: „Spojrzyj Marylo, gdzie się kończą gaje”. Mickiewicz straszy tam swoją Marylę puszczykiem i sowami w starej cerkwi, lub, znowu tam „trup bez głowy po drodze się toczy”. Wreszcie wyłania się zjawa „Marylą zwana przed laty”, która pokutuje teraz w czyśćcu za to, że odrzuciła czystą miłość Józia. Teraz musi się błąkać po drodze i straszyć przejeżdżających ludzi. Wyzwolenie się od tej „czyścowej katuszy” przyszło dopiero wtedy, gdy śmiertelnie wystraszony bohater „samotny na polu i w nocy” wypowiedział owe kluczowe słowa: „To lubię”. Od tej pory dokuczliwa zjawa „Marylą zwana przed laty” nie będzie już musiała nikogo straszyć i wkrótce doczeka się nieba: „Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku, Coś mię zachował od męki, Dożyj ty szczęścia i późnego wieku, I pokój tobie i dzięki” Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy, Wkrótce się niebem pochlubię; Boś ty czyścowej zbawił mnie katuszy Tym jednym słówkiem: „To lubię”. Pan Janusz często cytował tę żartobliwą balladę, a to upodobanie, jak sądzę dzisiaj, miało związek z jego osobistą sytuacją młodego zakochanego, która w poezji Mickiewicza odnajdywała swe liryczne uzupełnienie. Dużo dobrego dałoby się powiedzieć w tym miejscu o kwidzyńskim Liceum Pedagogicznym, które wykształciło liczne zastępy dobrze przygotowanych i ofiarnych kadr nauczycielskich. Uczelnia ta nosiła imię Adama Mickiewicza i widać było po jej absolwentach, że jej wielki patron miał znaczący wpływ na klimat, w jakim dojrzewali tu przyszli nauczyciele. Patriotyzm, wyrobienie estetyczne, oraz wysoki poziom przygotowania metodyczno-peda-gogicznego stanowiło o jakości kształconych tam kadr. Fakt, że tak liczne obrazy i odczucia zawarte w mickiewiczowskiej poezji wciąż żyją we mnie, że wciąż są świeże, pełne kolorów i emocji zawdzięczam właśnie jednemu z absolwentów tej zasłużonej uczelni. W tym wła- Teodor Sejka 125 śnie zwiera się istota owego niewymiernego nauczycielskiego trudu. Bowiem, któż byłby dziś w stanie zmierzyć i ocenić, na ile ofiarna działalność młodego nauczyciela, pana Janusza wytworzyła i powiększyła w naszych sercach i umysłach nowe prowincje dobra i piękna? A przecież stało się to dzięki jego wysiłkom i pedagogicznej pasji. Zajęcia te wspominam jako ustawiczne studium kształcenia wyobraźni, estetycznej i uczuciowej wrażliwości, troskę o ekspresję słowa. „Po wyjściu na scenę staraj się utkwić wzrok w jednym punkcie, aby zapanować nad widownią. Po chwili zacznij recytować, spróbuj - niech ci się uda’- instruował pan Janusz jedną ze swoich artystek, To właśnie wtedy odbywał się misterny proces meblowania mojej wyobraźni, która wciąż zachowuje swoją świeżość, mimo, że pochodzi z tamtych odległych lat. Weźmy np. plastyczny, nastrojowy i tajemniczy nocny obraz jeziora Świteź: „Jeżeli nocną przybliżywszy się dobą I zwrócisz ku wodom lice, Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą, I dwa obaczysz księżyce”. To jest tak, jakbym tam wciąż był i oglądał to piękno, a groza nastroju i strachy też nie wyblakły i przerażają z dawną ostrością i mocą: „Bo jakie szatan wyprawia tam harce! Jakie się larwy szamocą! Drżę cały, kiedy baję o tym starce, I strach wspominać przed nocą”. Pan Janusz ze szczególną troską starał się ukształtować w nas trwałe nawyki poprawności językowej w mowie i piśmie. Niektóre uczniowskie błędy w mojej pamięci do dziś utrwaliły się jako śmieszne dowcipy. Kiedyś miałem ułożyć zdanie z wyrazem „szczycić się”. Oczywiście nie rozumiejąc jego znaczenia napisałem: „Szopen szczycił się swoimi utworami". A na to pan Janusz: „Jak ty to rozumiesz, że chodził, podskakiwał i wykrzykiwał: o, napisałem! Napisałem!”. Innym razem trzeba było ułożyć zdanie z wyrazem „hordy”- co miało naprowadzić nas na myśl o hordach hitlerowskich. Mój kolega skojarzył to ze wspomnieniem z obozu harcerskiego i napisał: „Po obiedzie hordami biegaliśmy do latryny”. Na tak brzmiące zdanie, gdzie zamiast patosu pojawiła się prostacka groteska, nasz pan zareagował wielkim niezadowoleniem. „Mój całun przyjechał z Wrocławia" - brzmiało zdanie ułożone przez jedną z koleżanek z wyrazem „całun”. Tak napisała, bo właśnie przyjechał do niej wujek z Wrocławia - stało się to potem powodem wielu żartów. W wielkiej cenie było w naszej szkole powołanie do zespołu dramatycznego lub tanecznego. Ten, kogo wybrał pan Janusz czuł się wielce wyróżnionym i dowartościowanym. Zaspakajało to nie jedną uczniowską próżność i psychiczną potrzebę uznania, a frustrację i zazdrość pominiętych. Przy akompaniamencie muzyki w szkole odbywały się częste próby, które wymagały od pana Janusza żmudnej pracy. Brałem udział w tańcu kaszubskim „Guli Gudka”. Najpierw pierwociny kroku tanecznego, potem praca nad układami tanecznymi, 126 Zatrzymane w kadrze pamięci wielokrotne powtarzanie poszczególnych figur tanecznych. Intensywnie ćwiczyliśmy te tańce zwłaszcza gdy zbliżał się termin przeglądu powiatowego zespołów szkolnych. Wtedy ważna była także mimika tancerzy bo pan Janusz powtarzał, że widzowie mają mieć wrażenie, że „tapara naprawdę czuje do siebie sympatię . Rano, w dniu przeglądu przyjeżdżał po nas samochód ciężarowy i w dużym napięciu, by wypaść jak najlepiej, jechaliśmy do Sztumu. W naszym środowisku byliśmy przyzwyczajeni do nazwiska naszego nauczyciela, mimo, że było ono dość kuriozalne i wśród obcych mogło się wydawać śmieszne. Toteż, gdy podczas przeglądu w sztumskim kinie, konferansjer zapowiedział: „A teraz na naszej scenie wystąpi zespół taneczny z Benowa pod dyrekcją pana - Kiełbaski Jana - sala zareagowała falą śmiechu. Przyjęliśmy to ze zgrozą, chociaż nie zepsuło nam to szyku podczas występu. Wracaliśmy uradowani i dumni, że potrafimy dotrzymać kroku większym szkołom. Chociaż zdarzyło się innym razem, że podczas tworzenia skomplikowanej figury tanecznej, jedna z naszych tancerek nie zdążyła w porę uchwycić rąk sąsiednich tancerzy, upadła na scenę, co zdecydowało o całkowitej naszej porażce. Wtedy wracaliśmy smutni i przygnębieni i musiały nam wystarczyć pociecha i optymizm naszego pana, że my jeszcze pokażemy, co potrafimy. Na przedwiośniu 1957 roku, gdy byliśmy w VII klasie gruchnęła wieść, że pan Janusz organizuje dla naszej klasy wycieczkę do Krakowa. Była to, na tamte czasy, wiadomość zarówno oszałamiająca jak i mało realna. Barierę dla mnie stanowiły koszty wycieczki, ale też brak odpowiedniego ubrania. Kraków był dla mnie raczej jakimś światem wyobrażeniowym, który istnieje tam gdzieś sobie, ale żeby tam pojechać, to nawet taka myśl nie mogła powstać. Godziłem się na to, że Kraków pozostanie dla mnie na zawsze tylko w obrazach ukształtowanych w mojej wyobraźni na lekcjach historii, w legendzie i ilustracji. Już od dzieciństwa, synonimem Krakowa była dla mnie melodia Hejnału Mariackiego nadawanego w południe z Krakowa. W latach 50. pojawiły się już w naszych domach pierwsze głośniki, tzw. kołchoźniki, nadające tylko I program Polskiego Radia. Gdy zbliżało się południe porzucaliśmy nasze prace lub zabawy i z pośpiechem biegliśmy do domów, by z wielkim nabożeństwem wysłuchać hejnału. W szkole też śpiewaliśmy piosenkę o tym, jak to Wisła pokochała Kraków, opasała go wstęgą i pewnie go nie minie. A tu niespodziewanie wyłania się okazja, żeby pojechać do Krakowa i to wszystko zobaczyć. Ale wobec tej atrakcyjnej perspektywy zostawałem całkowicie bezradny. Przygotowania do wycieczki trwały. Nasz nauczyciel często pytał każdego z nas o udział w wycieczce. Gdy przyszła moja kolej, ja wstydliwie milczałem. Wtedy kolega powiedział za mnie, że „on nie może jechać, bo nie ma ładnego ubrania”. Pan Janusz powiedział: „Co się martwisz, przynieś do szkoły to ubranie, które masz, my je tu wspólnie wyczyścimy, odprasujemy i pojedziesz z nami. Zobaczysz, że wszystkie krakowianki będą się na tobą oglądały". Oczywiście ubranie wyczyściłem sam, zachęta wychowawcy i jego mediacja u moich rodziców w sprawie pieniędzy były jednak decydujące, znaczyły wiele i zrobiły swoje. I oto marzenie spełniło się - jadę do Krakowa. W pogodny majowy poranek gromadzimy się na stacji kolejowej w Ryjewie, by pojechać do Tczewa, a stamtąd już główną trasą do Krakowa. Na peronie nasz pan ustawia nas do pamiątkowego zdjęcia. Okazuje się jednak, że zdjęcia nie będzie, bo nie wolno fotografować obiektów kolejowych. Ale już nadjeżdża pociąg, który zawiezie nas w podróż naszych marzeń. W Tczewie zajmujemy miejsca w wagonie. Cieszymy się, że mamy do dyspozycji Teodor Sejka 127 oddzielny przedział. W sam raz wystarcza dla nas miejsca. Razem z wychowawcą jedzie nas 10 osób. Podróż jest pełna wrażeń i przebiega w niezwykłej atmosferze zaciekawienia oglądanym przez okno światem. Jak zwykle, animatorem wesołości i żartów jest nasz pan. Śpiewamy żartobliwe piosenki, gramy w Piotrusia (w karty), dzielimy się spostrzeżeniami z trasy. Jest wesoło, bezpiecznie i ciekawie. Śmiejemy się z niektórych nazw stacji, które wywołują dość dziwne skojarzenia. Zaraz za Tczewem - Morzeszczyn, później na południu Szczakowa. Kto tak okropnie nazwał te stacje i dlaczego - myślimy sobie. Nastaje noc, pan Janusz organizuje w przedziale nocleg. Oparcia siedzeń podnieśliśmy w górę i w ten sposób na każdej kondygnacji mogły spać 2 osoby, zwrócone nogami do siebie. Nasz pan wdrapał się na górną półkę. Rytmiczny stukot kół szybko utula nas do snu. O świcie przejeżdżamy przez Śląsk. Widać dymiące kominy, kopalniane dźwigi, ogromne hałdy węgla. Wszystko tu brudne od pyłu i dymu. W powietrzu czuje się zapach Śląska. W budynku obok torów jakiś człowiek przy otwartym oknie myje się w balii - pewnie górnik po nocnej pracy w kopalni. Dojeżdżamy do Krakowa. Meldujemy się w schronisku turystycznym blisko dworca. Po śniadaniu pan Janusz prowadzi nas na Krakowski Rynek. Jestem tu pierwszy raz w życiu, ale mam wrażenie, że wszystko jest tu mi od dawna znajome i bliskie. Ten piękny słoneczny dzień zapachniał mi jakby rodzinnym świętem. Sukiennice, pomnik Mickiewicza, Kościół Mariacki, o których słyszałem na lekcjach stoją tu naprawdę. I, o dziwo! Z wieży kościoła rozlega się tak dobrze mi znana melodia hejnału. Pan wskazuje ręką skąd płynie hejnał. Podnosimy głowy i ku naszemu zdumieniu w okienku wieży dostrzegamy błyszczącą trąbkę hejnalisty. Przewodniczka mówi nam, że teraz wejdziemy na wieżę, by z góry popatrzeć na Kraków. Idziemy. Pan każę nam liczyć schody. Wreszcie jesteśmy u celu. Wita nas sympatyczny starszy pan. Opowiada nam o swojej pracy. Skarży się, że ma zerwane nogi od częstego wchodzenia po schodach na taką wysokość. Ze zdumieniem dowiadujemy się, że Hejnał Mariacki grany jest nie tylko w południe, kiedy to słyszymy go przez głośniki, ale co godzinę, na pamiątkę alarmu przed wrogami. Pamiętam, że trębacz nazywał się Jan Śmietana. Gdy zeszliśmy na dół, nasza przewodniczka zwróciła naszą uwagę na dwie nierówne wieże kościoła i opowiedziała nam legendę o dwóch braciach budowniczych, którzy mieli zbudować dwie wieże jednakowe. Jeden był pracowity i pobożny, drugi leniwy i pijak. Pierwszy szybko ukończył budowę, w drugi zaniedbywał się w pracy, czym naraził się na krytykę i drwiny. Leniwy brat nie mógł znieść pochwał dla konkurenta i z zazdrości wyskoczył ze swej niedokończonej wieży, roztrzaskując się o jeden z kamiennych pachołków otaczających kościół. Ta smutna historia wywołała u mnie tak silne emocje, że strasznie rozbolała mnie głowa, gdyż potraktowałem ją, jak najprawdziwsze zdarzenie. Krakowskie kwiaciarki, stada gołębi na rynku, krakowskie obwarzanki, czarowne wyroby sztuki ludowej w Sukiennicach - cały ten koloryt Krakowskiego Rynku, wzbudził we mnie poczucie godności i dumy z posiadania Ojczyzny. Oto twarz Polski, tu jej uroda i kolebka dziejów. Jednak, obok tragicznego losu budowniczego wieży z krakowskiej legendy nurtował mnie fenomen hejnału z Wieży Mariackiej, odtrąbianego nad miastem co godzinę. Przyszła mi więc ochota zapytać naszego pana: „czy hejnalista trąbi tylko w dzień, czy może też i w nocy?” Pan uśmiechnął się i powiedział żartobliwie: „Tak, w nocy też trąbi, jak się dobrze naje”. Na drugi dzień Wawel: królewskie komnaty, sala pod głowami, lochy wawelskie z trumnami rodzin królewskich. Katedra z nagrobkami królów polskich. Nagrobek umiłowanej 128 Zatrzymane w kadrze pamięci królowej Jadwigi z psem pod jej stopami, jako symbolem pokory i wiernej służby narodowi polskiemu. Doznaję wrażenia, jakby tu w Krakowie stykały się dwa światy, ten realny, historyczny i świat legendy. Bo oto Smocza Jama, bliskość Wisły, tu zapewne szewc Dratewka podrzucił smokowi nafaszerowanego siarką barana i tu okrutny smok musiał pić wodę, aż pękł. W konwencji baśni upływa nam też wieczór w Teatrze Młodego Widza. Z wypiekami na twarzy oglądamy piękny spektakl „Baśń o zaklętym kaczorze”. Piękna Weronika, by ratować chorego ojca przyrzeka zostać żoną kaczora ze studni: „Pomnij coś mi obiecała Gdyś ze studni wodę brała. Żoną moją być i mnie wierną być.” Kaczor w końcu okazał się zaklętym królewiczem i wierność Weroniki została nagrodzona happy endem. Tę garść wspomnień o moim nauczycielu należałoby uzupełnić ogólną refleksją o tym zawodzie, zwłaszcza w sytuacji obecnie postępującej jego deprecjacji. Od lat nurtowała mnie refleksja o niewymierności i ulotności zasług nauczyciela. Konstruktor mostu, architekt, autor utworu literackiego czy muzycznego mają wiele szans na to, by utrwalić swoje dzieła w pamięci społecznej. Dziełem trudu nauczycielskiego jest formowanie umysłów i uczuć żywych ludzi. Jego wysiłek jakby wlewa się w tkankę społeczną narodu, a on sam, już po kilku latach staje się anonimowy. Trudno się łudzić naiwną nadzieją, że w dobie upadku wszelkich autorytetów ostoi się akurat zawód nauczyciela. Paradoks polega na tym, że powojenni nauczyciele kończyli tylko Licea Pedagogiczne i cieszyli się wysoką rangą i prestiżem społecznym. Dziś, gdy już każdy pedagog jest zobligowany legitymować się dyplomem uniwersyteckim nie starcza dla niego ani szacunku władz, ani poważania w środowisku, a często i autorytetu wśród własnych uczniów. Szanowny, drogi panie Januszu! Ja byłem szczęściarzem. Był pan dla mnie wybitnym nauczycielem, humanistą, artystą, organizatorem, wrażliwym estetą i rzecznikiem naszych spraw. Dzięki pańskiej pasji, z jaką wykonywał pan swój zawód, moje siermiężne chłopięce lata mogły się karmić wiarą w piękno, mądrość i dobro tego świata. Tych kilka zdań o panu, skreśliłem w podziękowaniu i w nadziei, że może ktoś, kto je przeczyta, odnajdzie w nich swoich, dawno zapomnianych nauczycieli, tak samo godnych pamięci i wdzięczności. Klasa VII na wycieczce w Krakowie na tle Kopca Kościuszki, z wychowawcą Januszem Kiełbaską, maj 19S7 r. Autor artykułu siedzi w jasnym garniturze, drugi od lewej, fot. ze zbiorów prywatnych Marcin Owsiński 129 Marcin Owsiński WIKTOR TOŁKIN ISTUTTHOF Wiktor Tołkin,fot. archiwum Muzeum StutthoJ 130 Wiktor Tołkin i Stutthof Wiktor Tołkin, brodaty, starszy człowiek w sandałach, stojący przy pomniku na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Stutthofie to jeden z tych obrazów jakie kilkanaście lat temu najmocniej zapadły mi w pamięć. Przypominam sobie ten moment z perspektywy młodego wówczas historyka-obserwatora. Wtedy zaczynała się moja podróż do świata, który z historią ma chyba jednak najmniej do czynienia - świata ludzkich emocji, opowiadań, symboli przemijania i znaków wiecznego trwania, świata miejsca pamięci, jego świadków i strażników, okruchów materialnych pozostałości i kosmosu mentalnej traumy. Dziś w pierwszą rocznicę śmierci artysty chciałbym przypomnieć jego dzieło. Lata, jakie upłynęły od widoku artysty oglądającego swoje dzieło to przede wszystkim próba (z)rozumienia symboliki i przekazu pomnika w Sztutowie i konstatacja, że bez pomnika i jego twórcy nie byłoby współczesnego Muzeum Stutthof. Inne byłoby to miejsce i inni ludzie by w nim pracowali... FORMA Same baraki to za mało. Trzeba było je czymś zapełnić. Poszedłem do ZBOWiD-u, żeby mi powiedziełi o jakimś byłym więźniu obozu koncentracyjnego, który skończył wyższą uczelnię plastyczną. Powiedzieli mi, że jest tu taki jeden, nazywa się Tołkin, ale to rzeźbiarz, artysta i w ogóle nie można się z nim dogadać... Ja tego Tołkina ściągnąłem tutaj do Stutthofu i myślałem, że zaproponuje mi jakąś małą wystawę w krematorium. A on złapał się za głowę i powiedział: „No tak masz rację, tak, tak, ale wiesz, ja przetrwałem Oświęcim, nie dlatego, że miałem szczęście, tylko umiałem zasugerować swojemu kapo coś, co on chciał wiedzieć. Ważna jest całość, a nie tylko szczegóły". W efekcie Tołkin szybko zrobił nam całą aranżację krematorium, ściany, podłogi, flagi, wszystko. Pracę skończyły się o świcie w dniu otwarcia Muzeum. Powołane pięćdziesiąt dwa lata temu Muzeum Stutthof przestrzennie było zupełnie inne niż obecnie. Kilka zaniedbanych dawnych baraków, hektary porośnięte młodym drzewostanem, kikuty ogrodzenia, ośrodek wypoczynkowy w komendanturze i bagno na miejscu dawnego ogrodnictwa. Tak wyglądał były niemiecki obóz koncentracyjny, cmentarz i symbol losów pomorskich Polaków. Wszechobecne pod cienką warstwą ziemi prochy i kości były kwintesencją kilkunastu lat powojennego politycznego zapomnienia Stutthofu i jego marginalizacji. Milczenie i nieporządek udało się na początku lat sześćdziesiątych przełamać powstaniem Muzeum Stutthof w Sztutowie i zinstytucjonalizowaniem miejsca i pamięci o nim. Ciężką pracą wielu rąk i umysłów teren udało się uporządkować, przywrócić do godnego stanu, przypomnieć los więźniów obozu. Instytucja od strony formalnej i praktycznej zaistniała w świadomości społecznej. Jednak sama instytucjonalizacja miejsca pamięci to za mało, symbolika i pamięć musiały mieć ujście, swój wyraz i uzupełnienie w upamiętnieniu. W dyskusji o Pomniku i jego formie najpełniej werbalizowała się potrzeba zadośćuczynienia latom zapomnienia i ekspresyjnej wykładni znaczenia miejsca dla historii i regionu. Prochy z byłego obozu-cmen-tarza zebrano. Miejscem ich wiecznego spoczynku stal się kompleks pomnikowy autorstwa Wiktora Tołkina. To w jego antropomorficznej i wielometrowej formie najpełniej wyrażało się przesłanie tych, którzy przeżyli i tych, którzy zostali tu na zawsze. Symbolika, ogrom i surowość Marcin Owsiński 131 Formy ostrzegały, ale i dawały uspokojenie startu wiecznej warty - trwania pamięci. Wiktor Tołkin, więzień Auschwitz, człowiek pochodzący z ziem byłej Kongresówki, najlepiej zrozumiał Pomorze i stutthowiaków. Jak sam mówił, więcej mentalnie czasu spędził w swoim życiu w Stutthofie niż w Auschwitz, bo w tym pierwszym „tkwił” jako twórca całej koncepcji upamiętnienia przez 6 lat, a w drugim jako więzień „tylko” 2 lata. Tygodnie rozmów z kolegami ze Stutthofu, stałe obcowanie z pozostałościami tego obozu, nakładanie się na to własnych „klisz pamięci” dały niesamowicie uniwersalną i mocną emocjonalnie Formę. Tołkin zapanował nad kilkudziesięciohektarowa przestrzenią byłego KL Stutthof. Do dziś prowadzi zwiedzającego od bramy wejściowej, poprzez fundamenty Starego Obozu, epitafium w krematorium, i wyprowadza do wyjścia przez Forum Narodów i dziesiątki bloków Nowego Obozu. Forma pokazuje ludzką masę i ogrom zbrodni, ale jednocześnie uwydatnia także indywidualny wyraz i przekaz każdej z ofiar. Przytłacza, ale i daje uspokojenie, satysfakcję, pozwala zapamiętać i daje szansę zrozumienia. To dzięki Dziełu Tołkina patrzymy na Stutthof i go kojarzymy fizycznie, to dzięki wyrytym na pomniku twarzom i sentencjom próbujemy Stutthof zrozumieć. Była wielka potrzeba dania satysfakcji tym ludziom, zgłaszana zaś ich dzieciom i rodzinom, po tym jak ich traktowano we wcześniejszym okresie, wzywając ich i pod terrorem pistoletu zadawano pytania, dziwiąc się dlaczego przeżyli czas obozu i snując do tego różne insynuacje. Była to swego rodzaju rehabilitacja, w sensie zupełnie ludzkim." WSPÓLNOTA Przywieźli rury na maszty pod flagi. Tołkin mówi: „Co takie patyki! Nie ma mowy!. Mają być większe i wyższe". W takich sprawach Tołkin był bezkompromisowy, nie znosił żadnych ograniczeń. Załatwiliśmy te maszty w Hucie Częstochowa za pośrednictwem przeora klasztoru Paulinów i dzięki wstawiennictwu dyrekcji muzeum na Wawelu. Przyjechały specjalnym pociągiem, były dokładnie takie jakie chciał Tołkin. Przez kilkanaście pierwszych powojennych lat Stutthof był tematem niszowym, wewnętrzną traumą i wspólnym przeżyciem byłych więźniów oraz ich rodzin. Polityczne realia oraz brak instytucji ogarniającej przeżycia generacji pomorskich Polaków powodował zamykanie się całego środowiska regionalnego, zgorzknienie i uczucie niemocy. Wspólnota przeżyć, świadomość odmienności losu a także uczucie empatii i właściwe zrozumienie regionalnych procesów historycznych oraz społecznych stały się możliwe po powstaniu miejsca jednoczącego całą społeczność, jakim było Muzeum Stutthof. Placówka istniejąca od 1962 roku stała się od początku ważna i potrzebna dla wielu środowisk. Instytucja i jej struktury to jednak ciągle tylko mechanizmy - tryby pewnej maszyny, a tym co porusza umysły i wyobraźnie musiała być Idea. Jak nadać sens i wspólny tytuł działaniom dotyczącym Stutthofu? Odpowiedzią w sposób naturalny stał się pomnik zaprojektowany przez Wiktora Tołkina. Ogromny w warstwie symbolicznej, ale i jednocześnie wielki poprzez wspólną realizację zadania. Pomnik w Muzeum Stutthof był wielkim wyzwaniem budowlanym i logistycznym. Wymagał wielkich prac ziemnych, fachowych instalacji ciesielskich, konstrukcji metalowych, dziesiątków metrów betonu. Artysta i jego wizja stały się katalizatorami wspólnej ciężkiej 132 Wiktor Tołkin i Stutthof fizycznej pracy wielkiej rzeszy ludzi. Tak jak na hasło Stutthof idzie! w 1945 roku otwierały się kaszubskie domy przyjmujące pod swój dach uciekinierów z Marszu Śmierci, tak w latach 1966-1968 cały region pomorski, szkoły, wojsko, instytucje, środowisko byłych więźniów oraz polscy muzealnicy budowali „Pomnik w Stutthofie”. Obliczono, że łącznie było to 170 przedsiębiorstw, organizacji społecznych i instytucji. Swoje ślady w budowie odcisnęło tysiące ludzi: od poetów i literatów, pracowników muzeów martyrologicznych w Oświęcimiu i Lublinie, poprzez wielu żołnierzy, uczniów i nauczycieli, a na samym Tołkinie kończąc. Była to wspólnota wysiłku i idei, w ważnym dla wszystkich miejscu. Mizeria zaopatrzeniowa czasów, w jakich budowano pomnik stawiała często zadanie na krawędzi niewykonalności, hasło „Pomnik w Stutthofie” miało jednak moc poruszania ludzi i zadań do przodu. Nawet kaprysy pogody, które spowodowały „spłynięcie” całej skończonej już przez artystę glinianej, gotowej do odlewu w betonie, maski pomnika nie zatrzymały już raz uruchomionej idei. Całość przez kolejne tygodnie złożono i odlano jeszcze raz. • Kumulacją i symbolicznym zwieńczeniem wspólnoty, jaką wywołał pomnik Tołkina były uroczystości jego odsłonięcia. Monument odsłonięto na terenie byłego KL Stutthof 12 maja 1968 roku po dwóch latach wytężonej, fizycznej, codziennej pracy wielu ludzi. Odsłonięcie pomnika miało charakter monumentalnej i masowej uroczystości. Była ona największym frekwencyjnym, politycznym i propagandowym wydarzeniem w dziejach Muzeum Stutthof. Liczbę zebranych wówczas w byłym Stutthofie ludzi ocenia się na około 70 tysięcy. Tysiące spośród stojących wówczas na placu miało swój dobrowolny i własnoręczny wkład w jego budowę. Polityka i nawiązujące do niedawnych wydarzeń w kraju i na świecie przemówienia oficjeli były dla nich mniej ważne od satysfakcji i poczucia wspólnoty. To była naprawdę wielka rzecz - Stutthof miał swój pomnik, który był ich dziełem. Do dziś wielu spośród uczestników tamtych wydarzeń, powracając do Muzeum Stutthof, wspomina budowę tego monumentu... Przyjeżdżają regularnie, już dziś starsi panowie i panie z wnukami, pokazują, tłumaczą, to dla nich ważne i zobowiązujące wydarzenie w życiu - TEN POMNIK - TUTAJ. Na ten pomnik mógłbym dostać od ministra tyle pieniędzy, ile chciałem... A jago budowałem czynem społecznym. Budowało go wojsko, okoliczni mieszkańcy, wszyscy dookoła. To była idea i praca, która połączyła nas wszystkich, misją była pamięć o Stutthofie. Budowa pomnika była niezwykłym doświadczeniem. TESTAMENT Pierwotnie na pomniku miało być tylko jedno literackie przesłanie-motto. Ostatecznie „grupa literacka”, która podjęła się jego wyboru (Franciszek Fenikowski, Lech Bądkowski i inni.) wybrali aż S fragmentów poezji... Wszystkie wydawały się im idealne i wszystkie przy aprobacie Tołkina się zmieściły, co więcej bez nich już nie można sobie tego pomnika wyobrazić, są mottem i misją muzeum.” Głazy, które wołać będą, głos z pokolenia w pokolenie, czy przestroga nie legenda - te literackie kody przekazujące całą gamę uczuć i słów kojarzących się z Zagładą. Wszystkie one, pochodzące z rozproszonej twórczości literackiej, zostały wyryte na jednej ścianie po- Marcin Owsiński 133 mnika Tołkina w Stutthofie i stały się jedynym w swoim rodzaju, nowym i nośnym do dziś wierszem. Towarzyszą one pochodowi ludzkich cieni na części poziomej monumentu, na nie także skierowana jest część twarzy z części pionowej. To na tym literackim motcie opiera się wychowawcza i edukacyjna misja miejsca pamięci. Umieszczenie przesłania o takiej wymowie było ze strony artysty zabiegiem celowym i bardzo osobistym. Do dziś operują dokładnie tymi słowami przewodnicy w miejscach pamięci oraz wydawnictwa prezentujące ich historię i misję. Sam pamiętam, jak z pierwszej wizyty w Muzeum Stutthof w ósmej klasie, ja i większość moich koleżanek i kolegów zapamiętaliśmy właśnie te słowa - łatwe do zapamiętania, lecz niełatwe do interpretacji dla piętnastoletnich młodych ludzi. Podświadomie jednak wiedzieliśmy już wówczas, że właściwym określeniem tych cytatów będzie nazwanie ich testamentem. Tak to czuliśmy wówczas, tak odbierano to przed nami, i do dziś tak odbiera większość z naszych odwiedzających motto pomnika. Testament jest uniwersalny w zakresie miejsca i metafory jednostki poddanej totalitarnemu zniewoleniu. Dla Tołkina obserwacje ludzkich losów i zachowań w Auschwitz, były takie same jak dla każdego innego więźnia politycznego w Stutthofie, na Majdanku, czy w Dachau. Wielość obserwacji „losu ludzi w obozach”, tych opublikowanych w tysiącach książek i relacji, jak i tych ulotnych pozostających tylko w rozmowach setek tysięcy byłych „kacetowców”, pod względem antropologicznym koncentruje się przede wszystkim właśnie na konstatacji, że „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Drugim elementem dominującym tych wspomnień jest świadomość tego, że większość z więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych została w nich na zawsze, nie pozostawili relacji, wspomnień, został tylko symboliczny pochód cieni i prochy. Pomnik Tołkina w Muzeum Stutthof to TESTAMENT o mocnym i niezwykle trwałym wyrazie. Pochowano w nim prochy ofiar obozu, wyryto ich symboliczne przesłanie, jest on także od momentu swego powstania miejscem ogniskującym obecność i nadzieje tych, którzy przeżyli. Świadczą o tym coroczne uroczystości rocznicowe organizowane pod Pomnikiem i uczestnicząca w celebracji grupa świadków. Każdego roku coraz mniej liczni i coraz słabsi ocaleni wołają na placu do zebranych słowami z pomnika, mówią o „pokoleniach”, „głazach” i „ludzkim losie”. Nawet jeśli za niedługi czas zabraknie przy pomniku ostatniego świadka, to sam monument kumulujący i unaoczniający od prawie pięciu dekad ich testament, pozostanie i będzie wołał w ich imieniu. To miejsce na zawsze będzie ich i ten pomnik był, jest i będzie ich przesłaniem. Każdy zwiedzający Muzeum Stutthof kończy w sposób symboliczny trasę historyczną pod pomnikiem. Większość obchodzi go dookoła, zagląda do relikwiarza z prochami, patrzy w górę na twarze, czyta wyryte w betonie wersy. Każdy tamtędy przechodzi i w sposób mniej lub bardziej świadomy muśnie „te wielkie betonowe bloki”. Dokoła Muzeum Stutthof rośnie spokojny las, często szumi pobliskie morze, śpiewają ptaki. Jeśli w tej kojącej ciszy ktoś po cichu przeczyta dla siebie słowa Testamentu o losie ludzi, następnych pokoleniach i ich wołaniu, to Tołkin oraz miliony mu podobnych więźniów-„numerów” zwyciężyli w walce o pamięć. Świadectwem tego jest Pomnik w Muzeum Stutthof, jego forma, wywołana nim wspólnota oraz wyryty w betonie testament. 134 Wiktor Tołkin i Stutthof Jak już wycięliśmy drzewa i ogrodziliśmy teren zaczęliśmy myśleć o upamiętnieniu. Miejsce wydawało się naturalne, za ogrodnictwem, między starym i nowym obozem. To miejsce naturalnie łączyło. WYSTAWA Cieszyłem się , gdy przed dwoma laty pojawiła się szansa na kolejną wizytę Wiktora Toł-kina w Muzeum Stutthof. Szykowaliśmy się do spotkania, wywiadu, osobiście bardzo chcia-łem poznać Pana, którego kiedyś, jako początkujący pracownik muzeum tylko widziałem. Teraz sądziłem, że uda się na pewno zamienić kilka słów. Miał przyjechać we wrześniu 2012 roku i być gościem tradycyjnych uroczystości rocznicowych. Niestety, zdrowie mu już nie pozwoliło... Kolejne uroczystości pod jego pomnikiem odbyły się 9 maja 2013 roku, dwa dni po śmierci artysty. To odejście to symbol zmiany warty i pokoleń, to także zobowiązanie. W pierwszą rocznicę śmierci Wiktora Tąłkina, 9 maja 2014 roku, w Muzeum Stutthof w Sztutowie otwarta została - pierwsza w Polsce — wystawa o nim i jego twórczości. Mamy nadzieję, że stanie się ona symboliczną próbą ukazania całego świata artystycznych wyobrażeń i humanistycznej spuścizny tego skromnego człowieka i wielkiego artysty. Przemysław Szczuchniak, Dawid Szot 135 Przemysław Szczuchniak, Dawid Szot WSPOMNIENIA CÓRKI STAROSTY Maria Kulig - Niepokulczycka to niepozorna starsza kobieta, której wyraz twarzy zdradza przyjazne usposobienie. Urodziła się 14 sierpnia 1925 roku w Kowlu, obecnie mieszka w Malborku, gdzie zażywa uroków emerytury. Historię, którą nam przedstawiła, rozpoczęła od czasów, gdy jej ojciec, był starostą w Grudziądzu. Rodzina miała tam do dyspozycji całe piętro nad siedzibą starostwa, gdzie znajdowało się dwanaście pokoi, a pomagały im dwie gosposie. Niepokulczyccy mogli wypoczywać w ogrodzie, który pielęgnowały, zatrudnione przez urząd, dwie kobiety. Pani Maria opowiadała: Tata jako starosta dostawał darmowe karnety do kina. Nie lubiliśmy tego, ponieważ były to miejsca w loży, a nie chcieliśmy się wyróżniać. Wchodziliśmy do kina, kiedy gasło światło, by nikt nas nie zauważył. Tato od zawsze uczył mnie skromności i szacunku dla drugiego człowieka. Był bardzo wrażliwy na cudzą krzywdę i niedostatek. Pani Maria mieszkała też w Tarnopolu, na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jej ojciec, Hipolit Niepokulczycki, pełnił tam przez dwa lata funkcję wicewojewody. Choć było to miasto polskie, nie było tam żadnej szkoły, która wykładała w naszym ojczystym języku. Pani Maria była więc zmuszona, by uczyć się mowy ukraińskiej. Dziwią mnie tak często podnoszone zarzuty Ukraińców, którzy twierdzą, że nasi rodacy w tamtym okresie, próbowali polonizować mieszkańców tamtych terenów. Jak widać, prawda leży pośrodku. Życie rodziny Niepokulczyckich wiązało się z licznymi przeprowadzkami. „Już zimą 1939 roku ojciec zabrał nas do Równego, gdzie został starostą powiatowym" - kontynuowała swą wędrówkę w czasie pani Maria. Ojciec był świadomy zbliżającej się agresji niemieckiej, więc jego priorytetem stało się zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. Uznał, że bezpiecznym schronieniem dla jego najbliższych będzie jeden z majątków należących do rodu Radziwiłłów, nieopodal Równego. Żonę oraz dzieci odwiedzał weekendami, więc również w niedzielę, 17 września, przebywał w ich towarzystwie. Tata coś przeczuwał. Z Równego przywiózł ze sobą ciepłą odzież oraz koce - opowiadała nasza rozmówczyni. Jak widać, przeczucia nie zawiodły Starosty, gdyż pod osłoną nocy, na nasze ziemie, wkroczyła Armia Czerwona. Starosta długo się wahał, czy może zostawić swoich podwładnych z urzędu samych w tej trudnej sytuacji. Malborczanka przypomina sobie także niepokój ojca o Pana Skolimowskiego, swojego kierowcę, który nie wrócił już do Równego. Zwyciężyła troska o rodzinę, więc rozpoczęto przygotowania do ewakuacji. Pani Maria opowiadała: Zniszczyliśmy wszystkie papiery i chłopską furmanką, przebrani w starą, choć ciepłą odzież, uciekliśmy do Zdołbunowa, dalej do Łucka. Musieliśmy koniecznie przenieść się do innego powiatu. Następnie przez zieloną granicę dostaliśmy się do Białegostoku i ruszyliśmy do Warszawy - tam było najłatwiej przetrwać. Kiedy rodzina dotarła do Warszawy, 136 Wspomnienia córki starosty Niepokulczycki pracował u swojego kolegi, zajmującego się handlem nieruchomościami. Co dziwne, był to w tamtych czasach bardzo dobry interes! Czternastoletnia wtedy Maria zajmowała się młodszym bratem, Jerzym, synem macochy Wandy, która w tym czasie walczyła z chorobą. W Warszawie nie mieli stałej kwatery. Jednak ze względu na liczne kontakty ojca oraz powiązania rodzinne, mieszkali m.in. u znajomego na Saskiej Kępie, czy u wuja na Grochówie. W 1942 roku pani Maria, w wieku siedemnastu lat, podjęła pracę w fabryce odzieży roboczej, a okres w niej spędzony wspomina miło. Tata przeczuwał, że wybuchnie Powstanie. Kilka dni wcześniej zabrał nas do wuja Malewskiego, na ulicę Natolińską" - wspomina pani Niepokulczycka. „Jednak u wuja nie zagościliśmy długo, ponieważ w okolicy toczyły się krwawe walki. Przenieśliśmy się do jego córki, na ulicę Marszałkowską, bodajże SI. Tam było spokojniej - kontynuuje. Sam moment wybuchu narodowego zrywu pani Maria przeżyła wracając z pracy. Kiedy tramwaj zatrzymał się na przystanku, popędziła do domu, aby sprawdzić, czy nikt z jej bliskich nie ucierpiał. Doskonale pamięta, wspomina to ze łzami w oczach, że pierwszej nocy powstania, mężczyźni, niezależnie od swoich poglądów, wspólnie zrywali kostkę brukową i ustawiali z niej ogromne barykady. Na wieży Kościoła św. Zbawiciela Niemcy ulokowali swoich strzelców wyborowych, a obraz Warszawy tamtych dni, opisany przez naszą rozmówczynię, przypomina obraz „apokalipsy spełnionej”. Mieszkańcy stolicy, aby móc bezpiecznie przemieszczać się między mieszkaniami, w piwnicach utworzyli korytarze, które im to umożliwiały. Kenkarta Marii Niepokulczyckiej,fot. archiwum rodzinne Przemysław Szczuchniak, Dawid Szot 137 Nocami ludzie chodzili do pomp artezyjskich, które były w piwnicach. Często trzeba było czekać całą noc, bo najpierw była ona dla rannych i uczestników powstania, a dopiero wtedy mogli z niej skorzystać niezaangażowani w ten narodowy zryw mieszkańcy. Po klęsce powstania, w październiku 1944 roku, ludność Warszawy była masowo transportowana na Dworzec Zachodni, skąd pociągami przeznaczonymi do transportu zwierząt, przewożeni byli do obozu przejściowego Durch-gangslager 121 w Pruszkowie. Tam, w katastrofalnych warun- Hipolit Niepokulczycki ps. „Paweł” (ur. 6 października 1894 w Brukijowce, w powiecie starokonstantynowski na Podolu, zm. 21 grudnia 1971 w Elblągu) - zastępca szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej - Armii Krajowej. Był synem Franciszka i Marii Popławskiej. W 1912 ukończył gimnazjum w Żytomierzu, a w 1917 studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Kijowie. W Piotrogrodzkim Towarzystwie Opieki nad Wygnańcami był sekretarzem, a po powrocie do kraju w 1920 pracował w administracji państwowej. Piastował stanowiska: starosta w Węgrowie od 1924, od 1925 w Kowlu, w Krzemieńcu w 1928, od 1928 w Grudziądzu, wicewojewoda tarnopolski od 1936, a w 1939 starosta w Równem. Od października 1939 w konspiracji jako zastępca szefa Oddziału Politycznego Dowództwa Głównego SZP - BIP-u KG ZWZ. Odszedł z BIP-u w końcu 1940 i został zastępcą Szefa Biur Wojskowych KG ZWZ-AK Ludwika Muzyczki. Po wojnie brał czynny udział przy odbudowie Żuław. Był starostą, a w latach 1946-1948 przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej w Elblągu. Wybrany w 1957 pierwszym przewodniczącym Rady Robotniczej w tamtejszych Zakładach Mięsnych. Zmarł w Elblągu 21 grudnia 1971 roku. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi - 1970. (Wikipedia) kach, spędzili dwa dni, oczekując na selekcję. Starzy, schorowani i niezdolni do pracy trafiali do Kielc, a pozostali do Wiednia. Hipolit Niepokulczycki, za namową żony Wandy, nosił obfity zarost, więc został sklasyfikowany jako osoba w podeszłym wieku i trafił do Kielc. Macocha wszyła nam w ubrania po 20 dolarów, tak na wszelki wypadek - wspomina pani Maria. Rodzina, bez ojca, ruszyła w drogę do Wiednia. Bez dostępu do wody, żywności oraz bez możliwości opuszczenia wagonu, pierwszy etap podróży zakończył się we Wrocławiu, gdzie pasażerowie przechodzili obowiązkową dezynfekcję. Niemcy kazali im się rozebrać, czym spowodowali wśród Polaków ogromną panikę, gdyż ci myśleli, że będą prowadzeni do komór gazowych... W tym momencie musieliśmy przerwać naszą roz- mowę, ponieważ pani Maria nie potrafiła ukryć wzruszenia. Jednak, kontynuowała swoją opowieść, ku uciesze ogółu, ciuchy po odwszawieniu oddano właścicielom i pociąg ruszył w dalszą drogę. Katastrofalne warunki, w których nawet zakazane było wychodzenie podczas postoju, zakończył się, gdy pociąg przekroczył granicę Rzeszy. Byliśmy bardzo głodni, a podczas postoju, już w Rzeszy, dostrzegliśmy pola obrośnięte ziemniakami. Zrywaliśmy całe naręcza. Pozostał tylko problem, jak je ugotować. Jednak tutaj pomógł mój narzeczony, który znalazł starą puszkę po marmoladzie i zrobił z niej garnek - z uśmiechem na ustach opowiada nasza rozmówczyni. Wiedeń pani Maria wspomina miło: Pracowałam w fabryce metali lekkich, produkujących części samolotowe. Pracowałam przy takim rentgenie, co sprawdzał, czy części są dobrej jakości. Znałam trochę niemiecki, więc jakoś sobie radziłam. Hipolit Niepokulczycki, fot. Wikipedia 138 Wspomnienia córki starosty Kenkarta Marii Niepokulczyckiej,fot. archiwum rodzinne Polacy, według relacji Malborczanki, w stolicy Austrii trudnili się głównie handlem alkoholem, dolarami i wyrobami ze złota. W maju 1945 roku na wiedeńskich ulicach pojawiali się Sowieci. Austriacy wtedy stronili od oficjalnego spożywania alkoholu, gdyż bali się, że ich rosyjscy „goście” pod jego wpływem, będą agresywniejsi i nieobliczalni. Maria Niepokulczycka postanowiła wrócić do Polski, relacjonowała: Choć miałam dziewiętnaście lat, udało mi się przejść obok Sowietów. Tułałam się pociągami towarowymi przez Czechosłowację i Rumunię, aż dotarłam do Małkini. Tam, 8 maja, kolejarze powiedzieli nam, że wojna się skończyła. Jaka to była radość! Do Warszawy jechałam na dachu pociągu, takie podróże, choć później nielegalne, wspominam z ogromnym sentymentem. Kiedy wróciłam do Polski, musiałam odnaleźć tatę. Nie było to trudne - podał mi trzy adresy, pod które korespondowaliśmy, więc w którymś liście podał mi miejsce pobytu - relacjonowała pani Maria. I udało się. Kiedy rodzina była już w komplecie, rozpoczęły się przygotowania do ślubu pani Marii z Leopoldem Kuligiem, który odbył się 22 lipca w Kielcach. Później, wraz z mężem i ojcem, wyruszyli na Ziemie Odzyskane. Hipolit Niepokulczycki został wezwany do Elbląga, natomiast młodzi małżonkowie zamieszkali w Malborku. Spytaliśmy o ojca: Mój tatko, Hipolit, w konspiracji nosił pseudonim „Paweł". Pełnił niebezpieczną funkcję zastępcy szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Po wojnie pracował na podrzędnych stanowiskach. Przez krótki czas, kiedy komuniści nie znali jego przeszłości, był przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej wElbłągu. Tata do końca życia się zastanawiał, dlaczego ówczesna władza pozwoliła mu żyć... Zmarł śmiercią naturalną w 1971 roku. Pani Maria, choć bardzo kochała swojego ojca, do dziś dnia jest tym faktem zdumiona. Hipolit Niepokulczycki kierował przecież resortem, w którego Przemysław Szczuchniak, Dawid Szot 139 kompetencje wchodziła między innymi inwigilacja środowisk komunistycznych! Malbork to okres stabilizacji dla państwa Kuligów. Pani Maria zdobyła gruntowne wykształcenie pedagogiczne. Otrzymała posadę nauczycielki w szkole podstawowej, potem zaś pełniła funkcję dyrektora w jednej z malborskich placówek oświatowych. Zapytana, czy Malbork jest jej domem, odpowiedziała: Malbork to miejsce, które kojarzy mi się z domem. Jest dla mnie symbolem stabilizacji, po tej mojej życiowej tułaczce. Kocham to miasto, mam stąd wiele wspaniałych wspomnień. Pani Maria jest doskonałym przykładem, że nie tylko wielkie postaci znane z książek i telewizyjnych programów, są żywymi posągami historii. Ta niepozorna kobieta, mieszkająca w jednym z malborskich bloków, swoją opowieścią dała nam wspaniałe świadectwo woli przetrwania, w tak ciężkich i beznadziejnych czasach. Na tropach historii Bogumił Wiśniewski NIEWINNA KOLACYJKA Bogumił Wiśniewski 141 Henryk von Plauen, urodził się 1370 roku w Turyngii, zmarł 1429 roku w Lochstadt, obecnie Pawłowo koło Królewca. Tyle można byłoby w skrócie powiedzieć o człowieku, który obronił Malbork - stolicę państwa zakonnego przed nawałnicą polsko-litewską-tatarską. Powyższa informacja mało mówi o wielkim mistrzu, który w najtrudniejszych czasach dla Zakonu rządził korporacją. Na zachowanej płycie nagrobnej w kaplicy św. Anny, wykonanej wiele lat po śmierci dostojnika zakonnego, zapisano na bordiurze: w roku Pańskim 1429 zmarł czcigodny brat Henryk von Plauen. Nawet braciszkowie nie podali pełnej informacji o byłym dostojniku zakonu, że pełnił funkcję wielkiego mistrza. Jak widać zadra do Henryka pozostała na długie lata w Zakonie. Dnia 9 listopada 1410 r. formalnie Henryk von Plauen przejmuje władzę nad Zakonem. Surowe rządy oraz zwiększanie podatków na planowaną nową wojnę z Polską nie przysparzało mu przyjaciół wśród współbraci. Opór i bunt dostojników Zakonu, doprowadził w 1413 r. do obalenia Henryka von Plauena z urzędu wielkiego mistrza. Bracia zakonni nie byli przekonani i przygotowani do nowej wojny z dawną koalicją, która im dała łupnia na polach Grunwaldu. Dość już mieli obniżonej stopy menniczej, dewaloryzacji monety w celu podniesienia dochodu z mennicy na pokrycie należnej Polsce kontrybucji. Pozbywając się von Plauna, spiskowcy liczyli na ustabilizowanie się nastrojów w swoim państwie. Kronikarz Jan Długosz, w tamtym okresie - pochlebnie pisze o von Plauene, jak sugeruje: był człowiekiem impulsywnym, nieufnym, ruchliwym, przezornym i sprytnym. Umocnił braci na duchu, aby nie poddali się wojsku Jagiełły. Z tego opisu jasno wynika, że był człowiekiem konsekwentnym, oddanym swoim współbraciom, swojemu państwu, a mimo wszystko - kiedy szykował się do nowej wojny - wszyscy go opuścili. Długo nie trzeba było czekać, wystarczyło parę lat, aby Długosz w 1414 r. zmienił zdanie o silnym Henryku von Plaunie: widzi wielkiego mistrza już jako błagającego króla Władysława Jagiełłę, aby ten, dał mu schronienie, opiekę oraz osłonę. Właściwie, rok po odsunięciu od władzy von Plauen zamienia się w człowieka zagubionego i proszącego niedawnego przeciwnika o litość. Co się stało w Zakonie, że były dostojnik zakonu szuka schronienia i osłony? Czy zgubiła go pycha. A może był mistrzem manipulacji i nie mógł się pogodzić z utratą władzy, splendoru i profitów. Dużo przemawia za tym, że odsunięty od władzy von Plauen nie poprzestał na modlitwie i bogobojnym życiu w Zakonie. Za wszelką cenę chciał powrócić na pole gry. Wiedział, że nowo wybrany wielki mistrz Michał Kuchmeister nie wywiązuje się z umów z Polską, więc najprawdopodobniej wtedy to - von Plauen - chciał wykorzystać napiętą sytuację panującą pomiędzy władcami. Postanowił uderzyć i ponownie przejąć władzę. Władysław Jagiełło, jak donosi kronikarz - po spotkaniu wielkim z mistrzem Michałem Kuchmeistrem w Słońsku - był bardzo zły na Zakon, że nie wywiązuje się z zawartego wieczystego przymierza. Chodziło o pieniądze. Zakon po Wielkiej Wojnie był zadłużony i biedny, nie mógł realizować swoich zobowiązań. Wtedy to odsunięty wielki mistrz pojawił się ponownie na arenie zakulisowej polityki. Henryk von Plauen chciał wykorzystać niechęć Władysława Jagiełły do niesłownego nowego przywódcy Zakonu. 142 Niewinna kolacyjka Szeląg Henryka von Plauena, fot. archiwum Były wielki mistrz wyciąga rękę do polskiego władcy, przebywającego w Raciążu na Kujawach. Postanawia paktować z polskim królem. Jagiełło otrzymał wyraźny sygnał od von Plauena, że chętnie udzieli gorącego poparcia przeciw nowemu Mistrzowi. Ta niezwykła deklaracja złożona przez obalonego wielkiego mistrza przeciwko Michałowi Kiichmeisterowi von Sternberg na pewno zaskoczyła Radę Koronną. Niewykluczone, że na zainicjowanym spotkaniu von Plauen zadeklarowałby królowi, szybką spłatę obiecanych traktatem Toruńskim z 1411 r. 100 tysięcy kop groszy czeskich. Ta raptowna przyjaźń von Plauena nie była oczywiście bezinteresowna. Zaproponował zapewnie stronie polskiej, że za udzieloną pomoc w ponownym odzyskaniu władzy w państwie Zakonnym, zostanie jedynym gwarantem postanowień pokojowych, którego zresztą sam opieczętował w Toruniu w 1411 r. Zarysowała się bardzo - w tym przebiegłym planie von Plauena - ciekawa dla obu stron sytuacja polityczna. Dwie zwalczające się od wieków państwa, mogłyby zadeklarować na potencjalnym spotkaniu - wspólną przyjaźń. Król jak się wydaje zrozumiał powagę sytuacji i wychodzące sygnały ze strony byłego dostojnika. Postanawia wysyłać swojego zaufanego rycerza Janusza Stębarskiego z pokojową misją do von Plauena. Były wielki mistrz dowiedział się z pisma, że ma zapewnioną ochronę w jego królestwie. Postanawia po zachęcającej deklaracji króla, że w następnym dniu, wczesnym rankiem chciał przekroczyć granicę polsko-krzyżacką. Tym pismem król dawał von Plauenowi nadzieję na ponowne objęcie władzy w państwie zakonnym, ale w swoich kalkulacjach były wielki mistrz nie przewidział jednego -zdrady, która wyszła ze strony jaśnie panującego króla Polski. Powitanie na granicy nie było udane dla spiskowca. Henryk von Plaueun, wpadł w zasadzkę uprzedzonych współbraci Bogumił Wiśniewski 143 zakonnych. Po wykryciu zdrady przez Zakon były wielki mistrz został wtrącony do lochu na bardzo długie lata. Jak do tej sytuacji doszło? Może współbracia zakonni śledzili tajną misję rycerza Janusza Stębarskiego do byłego wielkiego mistrza? A może - z otoczenia byłego mistrza zakonnego, ktoś z „przyjaciół” doniósł do panującego wielkiego mistrza Michała Kiichmeistera von Sternberga o dziwnym zachowaniu Henryka. Kto mógł więc zdradzić? Czy znajdziemy rozwiązanie tej zagadkowej historii w kronice Jana Długosza? Owszem. Po prostu to Władysław Jagiełło „wystawił” krzyżakom Henryka von Plauena. Ale dlaczego? Z jakiego powodu to uczynił? Jak sądzę, Jagiełło nie mógł znieść przy sobie potencjalnego sojusznika, który obraził go w przeszłości. Zdrada była podyktowana - myślę -osobistą zemstą za ośmieszenie Jagiełły w 1410 r. na pokojowej biesiadzie. Nim do tego dojdziemy spójrzmy, jak doszło do zdrady byłego mistrza. W 1414 roku u biskupa włocławskiego Jana Kropidle przy suto zastawionym stole, niby przez pomyłkę, polski władca wyjawia tajemnicę, że Henryk von Plauen za parę godzin przekroczy polską granicę. To dopiero musiała być sensacyjna wiadomość. Nikt na pewno tego nie spodziewał się. Pewnie w tym samym czasie, kiedy pada na kolacji u biskupa sensacyjna wiadomość, Henryk von Plauen szykował się do drogi. Jednak nie widział, że faux pas przyszłego sojusznika pokrzyżują mu plany. Zaoferowany dalekosiężnymi wizjami dopinał pośpiesznie ucieczkę. Nie jest wykluczone, że w czasie zdrady brat Henryk zamykał skrzynię z kompromitującymi dokumenty na panującego wielkiego mistrza. Jan Długosz odnotowuje, że biskup włocławski po usłyszanej informacji odchodzi na chwilę od stołu i natychmiast posyła zaufanego gońca do swojego przyjaciela komtura toruńskiego, aby ten przekazał wielkiemu mistrzowi Kuchmeisterowi porażającą wiadomość dla Zakonu. Na długie lata Henryk von Plauen zapamięta skutki niewinnego posiłku króla we Włocławku. Za dawną obrazę majestatu króla polskiego były wielki mistrz został wtrącony na długie lata do więzienia, gdzie był tylko podtrzymywany przy życiu nabiałem (to wynika badań). Jan Długosz w kronice odnotowuje: gdyby król nie zdradził ucieczki Plauena, to byłby służył bardzo cenną pomocą w sprawach króla i Królestwa Polskiego. Spodziewano się bowiem, że von Plauen rozgniewany na Zakon, który uratował od zguby w momencie, gdy chylił się ku upadkowi, przez swoje zbliżenie się pomoże jak najbardziej sprawom polskim. Wydaje się, że urażona królewska duma, wzięła górę nad interesami Polski. Nie wykluczone, że Jagiełło zmarnował „długim językiem” niebywałą szansę na porozumienie się z Zakonem Krzyżackim. Król wołał wybrać osobistą zemstę na von Plauenie za jego upokorzenie w przeszłości. W dzień Niepokalanego Poczęcia NMP król i wielki mistrz von Plauen zjechali ze świtą do Raciąża. Spotkanie z królem Polski miało dotyczyć unormowania napiętych stosunków 144 Niewinna kolacyjka politycznych w tej części Europy. Spotkanie była bardzo ważne. Zakon ledwo dychał, a polski władca nie wiedział, jak wykorzystać zwycięstwo pod Grunwaldem. Jedna i druga strona oczekiwała rozwiązania nabrzmiałej sytuacji. Będąc gospodarzem w Raciążu, król wydał ucztę na cześć znakomitych gości. Przyjął ich, jak pisze Jan Długosz wystawnie i z honorami. Najprawdopodobniej na początku biesiada przebiegało bezkonfliktowo. Lało się wino, jadło się dziczyznę. Obie zwaśnione strony, przy wieczerzy wymieniały się grzecznościami, ukłonami i podarkami. Tą słodką idyllę, jak się wydaje, przerwała śmiała wypowiedź wielkiego mistrza Henryka von Plauena. Kronikarz odnotowuje, że podczas posiłku w bardzo poufnej rozmowie pomiędzy von Plauenem a Jagiełłą doszło do niemiłego incydentu. Zaiste dziwna to poufna rozmowa (w cztery oczy), skoro całe zebrane rycerstwo lotem błyskawicy, dowiedziało się, co sądzi wielki mistrz o polskim królu. Nie jest wykluczone, że po paru głębszych kielichach wina w przepływie szczerości zdradził wielki mistrz Henryk, co sądzi o umiejętnościach wojennych polskiego króla. Wytknął gospodarzowi spotkania zaniedbania przy oblężeniu Malborka. Jednocześnie cieszył się i wyraził wdzięczność królowi, że dzięki jego słabości, dalej istnieje i ma się dobrze Zakon Krzyżacki w Prusach. Dziejopisarz Jan Długosz opisuje te scenkę: Najjaśniejszy królu! (bardzo ciekawe, wykrzyknik, a miała być poufna rozmowa) - Mówi Plauen - Bóg i los dal ci trzykrotnie dogodną okazję - nie umiałeś z niej tylko korzystać - że mogłeś łatwo zdobyć zamek Malbork i posiąść na zawsze ziemie Zakonu. Pierwsza okazja była wtedy, gdy w wielkiej rzezi starłeś w proch mego poprzednika, mistrza pruskiego Ulryka i wszystkie jego wojska. Gdybyś był bowiem następnego dnia wysłał kilka cho- Bogumił Wiśniewski 145 rągwi w celu oblężenia zamku Malborka, zostałby był natychmiast oddany w twoje ręce, ponieważ znajdowała się w nim garstka i to bardzo słabego wojska. Druga sposobność była, gdybyś był po zdobyciu miasta Malborka zaatakował również zamek, ponieważ przez dziurę między Wisłą a zamkiem, której w pełnym trwogi pośpiechu jeszcze nie zamurowaliśmy, mogłyby się były twoje wojska wedrzeć na zamek. Po raz trzeci była sposobność, gdybyś był jeszcze przez piętnaście dni oblegał zamek malbor-ski. Dokuczał nam bowiem tak wielki brak środków żywnościowych i głód, że dla tej wielkiej masy wojska, która strzegła zamku, mieliśmy jedynie dwa żywe barany i trzy połcie słoniny. Zgnębieni nadto brakiem chleba i cierpiący z tego powodu na ostrą biegunkę, nie bylibyśmy żadną miarą wytrzymali dalszego oblężenia, gdybyś był przy nim wytrwał. Wypowiedź wielkiego mistrza von Plauena musiała zrobić na obecnych wielkie wrażenie. To było mocne uderzenie w autorytet królewski. Jagiełło nie spodziewał się takich słów od człowieka, którego prawie pokonał, a teraz chciał z nim szukać kompromisu. Szczerość wielkiego mistrza musiała go porazić. Król liczył zapewne, że spotkanie z wielkim mistrzem - będzie życzliwe i zakończy się na toastach i poklepywaniach się po plecach. Zaplanowany scenariusz rozmów legł w gruzach. Król wstaje i ripostuje Wielkiemu Mistrzowi: U śmiertełnych nic nie może zdarzyć się bez woli Boga, który wszystkim troskliwie kieruje. Na tym uczta się kończy, jak zapisał Jan Długosz. Pewnie po tych wypowiedzianych słowach król wstał i wyszedł. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jedno ciekawe wydarzenie, które łączy ze sobą obu władców. Zastanawiający jest przebieg kampanii zimowej Jagiełły z 1411 roku. Czyżby słowa Henryka von Plauena wypowiedziane w Raciążu o królu - jako złym strategu - potwierdziły się? A może Jagiełło nie chciał umocnić Polski względem Litwy przez zniszczenie Zakonu? Wiele na to wskazuje. Zimowa zbrojna kampania wojsk polskich naprawdę była dziwna. To tam padały sprzeczne rozkazy. Władysław Jagiełło w tym czasie dysponował dużą armią. Pisze Jan Długosz w swojej „Kronice”: Po przeprawieniu się przez Wisłę, która w skutek ostrego mrozu ścięta mrozem, nie była trudna do przebycia i przez którą przejechało już wiele setek wozów polskich, [król] zaniechał jednak tej decyzji, mimo że była korzystna. Zastanawiające jest to, że wcześniej Jagiełło wydał inny rozkaz: postanowił pustoszyć grabieżami i pożarami ziemie pruskie i miasto Toruń, gdzie zamknął się mistrz pruski ze swoimi wojskami. Jak się przypuszcza, za radą Aleksandra z Litwy Jagiełło zmienił plany woj enne. Ostatecznie rozkazał zawrócić rycerzom spod Torunia. Jak donosi Jak Długosz, wojska królewskie zaczynają cofać się w uporządkowanych szeregach do boru odległego o jedną milę od Raciąża, by jego wojsku starczyło drzewo na ogniska. Cóż to za kampania wojenna? Jak to można zinterpretować. Jagiełło z polskich rycerzy tym rozkazem zrobił zimowych zbieraczy chrustu na opał. Dziwne posunięcia i dziwna taktyka króla. 146 Niewinna kolacyjka Kończąc, zadam pytanie. A może von Plauen miał rację co do umiejętności króla na polach bitwy? Warto zwrócić uwagę na jeden fakt. Nawet Jan Długosz zauważył, że Jagiełło prowadził nieprzemyślaną politykę w stosunku do Zakonu. Wydaje się, że nie chciał ostatecznej likwidacji Zakonu Krzyżackiego. Wiedział, że Litwini na tym by nie zyskali. Heinrich von Plauen zmarł 1429. Został pochowany w prezbiterium kwidzyńskiej Katedry. Krystian Zdziennicki 147 Krystian Zdziennicki BITWA POD SZTUMEM CZY TRZCIANEM? Dokładnie 385 lat temu na ziemi sztumskiej doszło do jednej z ważniejszych bitew XVII w. Batalia ta była jedną z ostatnich do jakich doszło w czasie tzw. Wojny o Ujście Wisły. Została stoczona 27 czerwca na odcinku od Szadowa, przez Trzciano, Straszewo, Pułkowice, Nową Wieś, skończywszy na Sztumie, gdzie schronił się władca Szwecji. Owe zdarzenie przez lata zostało opisane na kartach wielu prac historycznych. Niestety, czytając literaturę możemy odnaleźć rozbieżności odnośnie datacji oraz nazewnictwa boju. Ostatnie badania Mariusza Balcerka wykazały rzeczywisty jej termin, tj. podany przeze mnie w jednym z poprzednich zdań. Ponadto dla historyka jednym z problemów badawczych może być nazwa zdarzenia. Historycy w różnych publikacjach różnie ją zapisywali. W polskiej historiografii najczęściej odnajdujemy ją jako bitwę pod Trzcianą. Niekiedy można znaleźć określenie bitwa pod Trzcianem bądź Sztumem. Z kolei Szwedzi, czy Niemcy znają ją jako właśnie bitwa pod Sztumem. W tym miejscu warto zaznaczyć, że ze względu na kwestie językowe należy wykluczyć nazwę bitwa pod „Trzcianą”. Wynika to z powodu nie poprawnej odmiany flek-syjnej od miejscowości Trzciano. Ponadto warto zwrócić uwagę, że również Polacy, w tym Joachim Lelewel, w swoich działach historycznych zdarzenie to zapisywali jako bitwa pod Sztumem. Może warto by od tej pory używać terminu bitwa pod Sztumem? Dlaczego nie? Może po 385 latach od zdarzenia powinniśmy pochylić się nad tym problemem. W opisywanej przeze mnie batalii wojska szwedzkie dowodzone przez króla Gustawa II Adolfa poniosły klęskę z oddziałami polskimi hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego oraz cesarskimi gen. Jana Jerzego Arnheima (Arnima). Warto w tym miejscu przypomnieć, że wojska habsburskie są potwierdzeniem, tego, że konflikt ten był pobocznym epizodem ówczesnego ogólnoeuropejskiego konfliktu - wojny trzydziestoletniej. Obie strony miały armie liczące ok. 23 tysiące żołnierzy, jednakże po stronie szwedzkiej 9 tysięcy pełniło wówczas służbę garnizonową. Król Gustaw Adolf nie chciał dopuścić do połączenia sojuszniczych armii, jednakże jego plan zawiódł. Czerwcowy marsz z Malborka na Grudziądz nie doprowadził do osaczenia oddziałów Arnima, które zdołały się połączyć z armią polską. Z powodu przewagi wojsk przeciwnika Gustaw zdecydował się na odwrót w kierunku Kwidzyna, a następnie Malborka. Wynikało to z tego, że władca szwedzki bał się ataku na komunikację po prawej stronie Wisły ku Malborkowi oraz bitwy w polu z liczniejszą armią. Hetman Koniecpolski po naradzie podjął gonitwę za Szwedami, którzy już wiedzieli o niepowodzeniu ich zamiarów. Po wybuchu we wsi Czarne przeciwnik zorientował się o działaniach hetmana. Opuszczając Kwidzyn Lew Północy popełnił błąd, gdyż rozdzielił wojsko. Rankiem wymaszerował Wrangel z 46 kompaniami piechoty i 25 kompaniami jazdy oraz taborem, a później z miasta wyszedł Jan hr. Renu z 17 kompaniami rajtarów, z którymi początkowo przebywał król. Oprócz tego, że armie wyruszyły w rozbieżnym czasie to również ma- 148 Bitwa pod Sztumem czy Trzcianem? szerowały dwoma traktami. Pierwsza szła w kierunku Malborka. Stojąca w obozie jazda miała osłaniać tyły wycofującego się wojska; a następnie iść drogą biegnącą lukiem przez Trzciano, Straszęwo, Pułkowice do Nowej Wsi; gdzie oba trakty się łączyły. Koniecpolski znał ruchy nieprzyjaciela; dlatego obmyślił plan, który był prosty, jednakże wymagał od wojska szybkości oraz bardzo sprawnego współdziałania. Dowódca zaplanował pogoń, która miała zaskoczyć Szwedów poprzez objęcie ich z prawego skrzydła, co miało zablokować marsz na północ. Hetman Koniecpolski oraz Arnim na czele 2500 jeźdźców polskich oraz 2000 ratajów cesarskich ruszyli zostawiając w tyle maszerującą cesarską piechotę. Trasa ich wiodła z Grudziądza na Szynwałd, a dalej po przejściu przez wieś Czarne w kierunku północnym na Ośno, Szadowo, Hetman Stanisław Koniecpolski Trzciano i Sztum. Do południa doszło do niewielkiej utarczki przy moście nad rzeką Liwą w okolicy Sza-dowa. Szwedzi chcieli opanować tę przeprawę, ale zostali odparci. Decyzja Koniecpolskiego, który przebywał wówczas w Ośnie, pod względem taktycznym była niezmiernie trafna, gdyż zapobiegła walkom o przeprawę przez ciek wodny. Ponadto hetman nawiązał pierwszą styczność z przeciwnikiem. Następnym i zdecydowanie ważniejszym etapem była pobliska wieś Trzciano, gdzie znajdowała się większa armia wroga. Szwedzki dowódca straży tylnej słysząc odgłosy walki z nad Liwy postanowił na wzgórzu pod Trzcianem ustawić ok. 2000 ratajów, a na lewym skrzydle działa i 60 muszkieterów. Koniecpolski rozkazał najpierw atak chorągwiom kozackim, a następnie dragonom, za którymi do boju włączyli się rajtarowie sojuszniczej armii. Kozacy niepokoili Szwedów do momentu włączenia rajtarii oraz husarii. Koniecpolski wydając sygnał bojowy sam rotmistrzował dwóm chorągwiom lewego skrzydła: królewską oraz własną hetmańską. Chorągwie te miały na celu przeprowadzić manewry zaczepne, żeby ukryta husaria stacjonująca pomiędzy Trzcianem a Laskowicami mogła z zaskoczenia przeprowadzić szarżę. Tutaj ewidentnie widać pomocniczą rolę kozaków jako jazdy lekkiej, która wspierała husarię, aby ta mogła uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Husaria początkowo uderzyła na armaty. Następnie krusząc kopie złamała armię szwedzką, co zmusiło wroga do ucieczki w stronę Straszewa. Polacy jednak nie odpuścili wrogowi i wznowili gonitwę. Krystian Zdziennicki 149 W sąsiedniej wsi na niedobitków hrabiego Renu czekały kolejne posiłki, które wspólnie uszykowały się ponownie do walki, aby stawić czoło nacierającym wojskom. Ten etap bitwy również zakończył się pomyślenie dla strony polsko-cesarskiej. Ostatecznie natarła na wroga, którego zepchnęła i wyrzuciła ze wsi. Według Staszewskiego drugie starcie zakończyło się również klęską dla wojska szwedzkiego, gdyż dużą rolę w natarciu odegrało nastawienie psychiczne. Szwedzi byli wystraszeni pogromem jaki im zadano pod Trzcianem, toteż widząc nadciągające wojsko poddali się i rozpoczęli odwrót w stronę Pułkowic. Kolejna pogoń była tragiczna w skutkach, gdyż wówczas Król Gustav II Adolf of Sweden Szwedzi utracili sporo wojska, które musiało uciekać przez rowy i grząskie tereny. Król Gustaw Adolf dowiedział się o klęsce, jaką dwukrotnie odniosła szwedzka kawaleria. Władca ocenił sytuację jako groźną, dlatego zebrał 2000 kawalerii idącej w grupie Hermana Wrangla i postanowił osobiście poprowadzić i dowodzić podczas boju. W tym czasie z kolei hetman Koniecpolski kazał swojemu wojsku „za niemi pospieszać, zaczym też i piechota cesarska nadeszła, ale jednak opodal się pozostała, nie mogąc za konnymi nadążyć". Kawaleria szwedzka, która zajęła stanowisko pod Pulkowicami została zagrzana do walki przez samego władcę. Akcja rozegrała się podobnie jak pod Straszewem, gdyż ponownie zostało zatrzymane polskie natarcie, niemniej walka ta była bardzo ciężka. Należy również wspomnieć, że w czasie zaciętej walki królowi szwedzkiemu udało się uniknąć śmierci lub niewoli. Dość enigmatycznie na dzień po bitwie pisał o tym do króla Zygmunta III Wazy hetman Koniecpolski „od więźniów wiadomość jest, że był w wielkiem niebespieczeństwie". Trochę więcej na ten temat zostało zapisane w relacji z bitwy zgodnie, z którą Lew Północy miałby zostać postrzelony a w ferworze walki miał zgubić swój kapelusz i rapier: „zgadzają się i na to więźniowie, że Gustaw postrzełony w miejsce znać szkodliwe. Kapelusz Gustawów jest w obozie cudzoziemskim, także pochwy od rapieru z pendetem. Jest tedy Panu Bogu dziękować, że hardość tego nieprzyjaciela stłumił". Hetman Koniecpolski miał otrzymać ów pas 150 Bitwa pod Sztumem czy Trzcianem? i pochwę od miecza, które Gustaw Adolf musiał odpiąć, aby uwolnić się z rąk polskiego żołnierza. Szyk szwedzki w kolejnym starciu po raz kolejny został złamany, co zmusiło Gustawa Adolfa i jego wojsko do ucieczki z pola bitwy. Klęska kawalerii jednak naraziła na niebezpieczeństwo maszerującą w stronę Sztumu piechotę prowadzoną przez feldmarszałka Wrangla, który rzucił ostatni regiment jazdy składający się z niedobitków spod Trzciana.To działanie wstrzymało atak polsko-cesarski, co wystarczyło, aby piechota zdążyła umknąć za mury miasta. Stamtąd Gustaw Adolf razem ocalałymi oddziałami chyłkiem pod osłoną nocy umknął do Malborka. Zwycięskie wojsko z kolei stanęło pod Nową Wsią, a następnego dnia wraz z hetmanem wycofało się pod Kwidzyn, gdzie odbyła się narada w sprawie kolejnych działań militarnych. Przedstawiona w zarysie batalia z 27 czerwca 1629 r., zakończyła się sukcesem strony polskiej, wspieranej przez odziały habsburskie. Była to niewątpliwie największa klęska, jaką poniosło wojsko szwedzkie z rąk polskich od czasów Kircholmu, czego dowodem mogą być słowa Lwa Północy: „Tak wielkiej łaźni nigdym nie zażywał”. Wygrana powinna nas cieszyć, jednakże niewiele ona wniosła, gdyż nie byliśmy w stanie wykorzystać tego zwycięstwa i odebrać od Szwedów Malborka lub innej liczącej się warowni, o czym świadczą nie przynoszące żadnego skutku dla obu stron zmagania pozycyjne pod Białą Górą - Szpicą Mątowską i Sztumem prowadzone prze cały lipiec 1629 r. Warto jednak podkreślić, że klęska Szwedów zablokowała im do końca wojny możliwość ofensywy. Na plus zasługuje również i to, że wygrana podniosła znacznie autorytet dowódcy i armii zarówno w kraju jak i zagranicą. Ponadto bitwa ta miała ogromne znaczenie dla autochtonicznej ludności ziemi sztumskiej, gdyż pokrzepiała ich serca strudzone wieloletnim zaborem niemieckim. Szerzej na ten temat pisałem w artykule poświęconym podaniom ludowym poświęconym obecności Szwedów na ziemi sztumskiej w (2) 12 numerze „Prowincji" 2013 r. Jerzy Kosacz 151 Jerzy Kosacz BIBLIOFILSKI UNIKAT Z KWIDZYNA „Bier-Zeitung", Marienwerder, 22 Dezember 1913 152 Bibliofilski unikat z Kwidzyna Dokładnie 101 lat temu w Kwidzynie ukazała się okazjonalna Gazeta Piwna. Ma ona formę zeszytową rękopisu zapisanego tzw. odręcznym gotykiem (Deutsche Kurrentschrift) używanym do połowy XX wieku w Niemczech jako pismo użytkowe. Tego typu satyryczne gazetki wywodziły się z XIX - wiecznej tradycji i były popularne w tworzących je środowiskach abiturientów szkół średnich. Lubeka Freiberg Kwidzyńska Gazeta Piwna posiada ilustracje w postaci oryginalnych akwarelek i rysunków wklejonych do tekstu. Zasadniczą trudność w odczytaniu zawartości pisma stanowi oczywiście ów gotyk. Jednak nawet po rozszyfrowaniu fragmentów tekstu niemożliwe jest zrobienie jakiegoś sensownego przekładu z uwagi na „wielopiętrowe” metafory tajemnicze skróty myślowe i fragmentaryczne odniesienia do klasycznych tekstów łacińskich. Wskazuje to jednoznacznie na absolwentów miejscowego klasycznego Gimnazjum Królewskiego, jako na autorów tekstów. Potwierdzenie tego znajdujemy porównując nazwiska występujące w tekście gazetki z listą abiturientów Gimnazjum w tymże roku. Ci najbardziej aktywni w Gazecie musieli mieć niezłe wyniki, bo są na liście zwolnionych z egzaminów ustnych. Wśród postaci z gazetki występują też głównie nauczyciele z Gim- Kwidzyn (karta pocztowa) Jerzy Kosacz 153 nazjum.W tym samym 1913 roku, w czerwcu odbyły się obchody 100-lecia kwidzyńskiego Gimnazjum dość huczne i pompatyczne, jak to bywało w cesarskich Niemczech. Humorystyczne teksty i wierszyki oraz karykatury być może stanowiły swoiste odreagowanie nadętego jubileuszu przez absolwentów szkoły „ Kujon" (F. Janich) przyjmuje laur prymusa „Prof Grossmann w stanie naturalnym" (Adolf Grossmann propagował wodolecznictwo i życie w zgodzie z naturą) 154 Bibliofilski unikat z Kwidzyna Kwidzyn wizytował cesarski adiutant i późniejszy dowódca Pułku Huzarów Śmierci August von Mackensen Kłub tenisowy „Śliwki" w akcji 155 Jerzy Kosacz Prof. Albert Oehlke naucza w koszarach (Niektórzy nauczyciele i absolwenci zostali powołani do armii. Za pół roku wybuchnie wojna) Tego typu ulotne wydawnictwa nazywane są dokumentami życia społecznego i tylko w tym znaczeniu gazetka może budzić zainteresowanie. Zawarte tam informacje są niestety dość hermetyczne i poznawczo dzisiaj są pewnie zwietrzałe. Chociaż pisemko raczej nie wnosi żadnych rewelacji historycznych, to jest jednak unikatowym lokalnym zabytkiem już stuletnim. Piwo w tytule tego organu prasowego abiturientów Królewskiego Gimnazjum nie jest przypadkowe. Przed stuleciem, jego konsumpcja, w większej mierze niż dzisiaj, pełniła w pewnych warstwach rolę kulturotwórczą. Napój towarzyski służył uprzyjemnianiu czasu, zbliżaniu do siebie ludzi, a bywało, że wzbudzał twórcze uniesienia. Wprawdzie pamiętamy, co się wylęgło w bierstubach monachijskich, lecz mamy także wielce sympatyczne dzieła literatury czeskiej bez wątpienia powstałe z inspiracjach odkrytych w hospodach. Browarnicy mówią, że o piwie decydują jego cztery składniki: dobra woda, drożdże, słód jęczmienny i chmiel. Wśród birofilów panuje opinia, ze dobre piwo powinno być zimne, dobrze naga-zowane, z wyraźną goryczką chmielową i należy je pić żwawo. Wypada przytoczyć jeszcze jeden niezbędny pewnik w zakończeniu tej bezwiednej laudacji złocistego napoju, iż smakuje on i działa kulturotwórczo jedynie w dobrze dobranym towarzystwie. Dowody tych doznań można odnaleźć w efektach pracy twórczej autorów z kwidzyńskiej Gazety Piwnej z 1913 roku. 156 Pewien numer „Gazety Dzierzgońskiej” z 1935 roku Janusz Namenanik PEWIEN NUMER „GAZETY DZIERZGOŃSKIEJ” Z 1935 ROKU Wftburfler 3eitunn 2Imtli*er 'Hnjeiger Dk fiMteran Sftlima m&*en«ł* u«b ptw Tltnaiag wa*w« «**?<««« afiUWnlM™ Iwate teSe eatgegen — «n& JW — Kurt Knopp. W l«n «n|eiemłtil Mrantronrt!!*; ©ans «ntw, b«ihe W^kW»»- B. M. I 35 530. jut ^eu i|< 9* Wr. 3 «««« fur (J^riftBurg unb Umgegenb. WttMietwei*: bk etafraW WBta»tW«t 4 3Ł^» ift bet «ufgaiM 40&lw. OttkUmUfll 20 ^Io0erano«n»anl<^e twrtwn t dkfcR^tłgt ebet triĄt Mw^rfelfttl. Wnjrpw fiir Me cbenba erfĄtlntn Slummtt werben M« (pate^ww 9 W oormtitaą^ ttbeien. — girirtstlid mitwirfcuno |3Bt jttaf fwt ®erl®J«ftanb W 5brift»urq 2$ ^ofiftMklwnto: K&ulfbtełg 1"< 11422. - ^ntrfomMiitófafc Wr. 2 9lr. 18 Dienstag, beri 12. ^ebruar 1985 gafjrgang Staiien ma*t gegen Slbefftnien mobil A 3»et SiMfionen (Br bit ofłafrilanifdkii ^olonien. •rt«K twt’*en bet Hain-ntl*™ kMa»i« ffrw*rta unb bem MMaptlWew ftalferret* Sbefflwłen f*cinrn etat e'»9< «f Ot la Helem tell « | r 1 . ■robfliflert łwrbm. Tir »i» PatfWlmntaabmt be$ei*wetr CinbenrfBna Mekr SentlHRente nul ber 3«4ttdn angeben, ba fetne aaiflMkn 3Hfen> oatllcMn. ®t» ftlnberitfirngeH trfalgtrn ni At b«rA aORcwriur W fswntatadWM, tanbem harA biribntlAe etnadttidtrtgMng. Sann Me «tłtbtnłkne« na* C9«friF« enifanbl Werben f»łm, warbe no* ntAi betanniaegeben, ba* gitt alł foMd a bit etften rtfolgen werben, fobglb HM nagen pan wenlaen toufrttb Wonn tulontmtngefleOt wetbo Rab «l« ©etwił Wr Aialien* «nł|*toffenlwil M« wem 4«|ft«en gllt la unurndneten Rttilcn on* Me tbrjliAe Btiwnnłtng be« e«aetol» b e © o n o tum Rem« mtfai f«r bte aHahilanilAen Rclcnkit. Won tft bet Ober Magnag, be| niałien bet ttwaigen trieMti|*eri SłetW' braant wi! abtWnicn an* ftarfe «ufiRrt1ł» tr4|»e etnRgca whb 9« etner awilitben kalimiMbtn ^ertantbaruftg toirb eariane erlflftn tabe, bon |i* attl bte nalfttaMagtn Itewen warbe. 3n Mm Bowboner Wit „Ć 9 Itr ber' wirfi *arnln tam itabineti, Wie an* ber 2tihiag bet ffanferbattben fortel Wanget on 3ftbrnnfl nnb OntWiii*' IreuMgtelt bor uub tgeip Mrauf Mn, haft M Me bet SonfrrbaHbra kartel unb Iw teitHI*rełt n>ahrf*elnit* no* mefer Im ««n|TH 2anbe bel ber WaM pen a®aberltee ntflrn łuren rlgrnen BlłljKt MMbJciNt $allt« ftlwimten Warbin forbert eine ndWige WełtMfbnna bel Palinetil ober felntit Mefamtritrfnftt, wenn rl nl*t gtwirtinen Walie, im <>erbk bur* ben lulgang ber n4*flen Wattlen ftittwrggefeul iit werben. TetMt brr „Ttmrl* fprl*t non dwem Bwnget bon Sulammenartait unb «ntf*hiftrrnff unb boa bem „unaiMH*eii Wtwbrwf*. ben bet Wangef an Wnbr bti bet Skbanbfting an ii* ftełner, abet bo* wl*tlaer Btagen trwwłi tam. Tir meificn Śiatter baden etwew Ulntritt 2lottb (Meoratl in bal Rnbłntfl unb ben Wftrftrlft Ml Wr&eillminlflrrl unb bel 'Brafłbenten ber Wri>eitłlBftnbctfl*triiiia fUr itir betmeibll*. WnMrerfeKI wlrb btrnorgetjotaii, taft S*«M"Mler« atamMHała brMwlm wOrta. Temgrgenabet p«Ht bal fanfernattoe Tatieiotgan „T a i l tj f e l e «r a p b* mit aHet ^tfłimmibrit fe«, haft mearr nn einen wiKTtntt, «n pertaneBe werand rjrnaen be4 A«bineit< gebodH fei nnb ba| rbenf«« Me 3wMen»erfaffung unorranbm hletbrn jo#r g« bielm tagen werben tnifAelbenM WMHwmMngtn !m eMH*ca Uirlttbantl erfelgen. berlintr Stfu® M enalifttten aubenmintflere? 2 a n b a n tjbrt man. taft brr englUrtw Wufcen. mliiifter eir^th Mctei»«ioc 9eMftańta teł Welentri*, unb gegen ełne bernilnfllge Jhttll tarf> I>estf*tanb Mrften felne aiwwdnb? ertatan werben.' btagewitfea. «* Ijelfct bort; „Ter UMoW** Tturf unb Me Rodtanet Sev'«rrfammlunp bewM|aeltr Rtlfte in ber S4be bet CucSen ban ilafual. ebenfo wie ta ber un> fur SSerit^arb Samenti 'JBarb iprtce. jolgte r*w?ea*taefe*t,ln btm tt auf bettan ®ńnf uwfeter etngeborentn golbaien wut- f. TU ataiHnlf*mt Cer-Rli*t Stgaftou in WbbW i ber aiiefflni|*en Wegie« t»9t »ClłM tnwg etnen fbtmeilen ^rottft Węgra Meftł £Wft*e*WI« ttłH»tti*e*e «4 trMHM B*er. bak Oialkn iwhttt OberfaDr ataftaWt WbUllungnl saf Me hanenil*en ®rmibajim taM Itagn binnebmeB »IS onb fi* |tir Me hewaflneie JtrWtbigunR bt? W»t« ŃMtakn M«b HMfRmrw ńifttt Tle «l»betM|unń ber tael Wrfrbttn-8«M«mataab"’fi *** ’**‘*CT**”*** f*1 bM» ®e««ibt-ter remt»*f »tri*tettaH«r M« ^tarifM H« «I i n* alMWt iw wffeit taft men Iw HMłtnif*™ Xulttuna4> frtlien na* btm-ntnen &Mf*tnfaS an bet Itotlenłl*. ata|tait*en Wrenu mtt*lofjen jd, pOn «tunb anf Drb. «u»6 )» WMMeri > tlM *etta miii. ttrWt 9ł«ta«tamt ta Hli*en «frH» Maaew. 5,,S»'£S“W«^ iyA** *** Matei, M» Unbt tyrbrwat (nr Otat' *£* *,ł* WhwMMWwwtt »Mrb, an* bte tb«ffi«t.|*t WtaittanA Me 9aae teitaWtei »< Mt“ Altauutaen n3Mi »o^BeUH|e«<«*teH la a«er Vwlffttan*{r>t |« m(k* Conbon fpriAi BOn einer en«lif*en RaWn«tt«Mft: TU imurtaiitW* «*ta#tiMcUeii bet englll*™ fkglrtaag WarTenalb feben 9* ««« ba* pi einn *«bf ne trłtr 1 f r aert**»ft. 3* > *f« $**MrrtMttl«K ift Me enMłWk WegitWM ta «»»f< *r aeriarn »•*< Mar* Ht CbtaMlan bet Banftttaltpea grt<« Me 3e*kH-Mtfntaaa «»» ta« tab»ut »«ttt) (Wrtełbrtta»*H) men bte Mtbe&MefrtitaUia geraten. tle c«gHf*< Treft #»■ Mktari bit tfrme ber •eglcrrm* WatT-ottalb Salbwł* al« taftcr* geftarbet WttWebew «iM«t »Mik* barani bia, taft In «w bernt „pariamtMarłKtan* 01aate» d* SaŁtarh, bab «łM« la »ren®eti*t tatr ttne UnlatHUuna mil mir la »&rtbe tajMUm, wrl*«r Im łbrer Salgnbt tam «rel* Ita. be» 8. ffebruor bon tam frflbnen Rebatieut ber ewnug*, &etm Balier gbtrbarb, bet-M|»ntti*l Wutta. 3* trfldre jebeł Bari Mrfel 9trł*tr< l«r aMUowtMH an. wągr uab rtfanbea 3w mtbier «lgenf*a|t ma eonoet' berl*lttpatte» btr „Tal* WaW bata I* M» Wetartion be* „WeuHi SaarftoB* be|n*f ^werf einer Bufam* menrnnH mli beten «fteftebafirilt 02Befftl«Proj* tnrmorfen. »i. ros.o.i.u. nat —.t" “« Mi M. a«i|l«nrn «t Im ,w,Ia IIŁ 3aal n emmaunw »„»> imam MetMa lam t.M anamlUaa CalTa «>|.la aaa ti.l ber W«i