PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA 1 ŻUŁAW • NR 3 (17) • 2014 Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2014 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PUBLICZNa tm. Josepha Conrada Korzeniowskiego Pracownia Regionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tel.301-48-1 1 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3 (17) 2014 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: obrazy Jacka Zwolaka Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(ą>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Ewie Dąbskiej, staroście nowodworskiej Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum, ul. Władysława IV Sklep papiernicze - biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Siedemnasta „Prowincja”............................................................5 Poezja Alfred Kohn..............................................................6 Andrzej Lipniewski..............................................................8 Janusz Ryszkowski - Pisz po swojemu, poeto.....................................10 Jan Majewski...................................................................12 Andrzej Grzyb - O Janie Majewskim. Moje ostatnie spotkanie z poetą.............13 Elżbieta Musiał - Modlę się więc za wiek samotności............................17 Proza Grażyna Kamyszek - Pamiętaj o Edel......................................24 Lech Brywczyński - Mała strata.................................................34 Wędrówki po prowincji Andrzej Kasperek - Ostatnia.............................................38 Małgorzata Łukianow - Zapomniane, pominięte czy niepamiętane?..................48 Marta Chmielińska-Jamroz - Rajdy śladami żołnierzy podziemia niepodległościowego na Pomorzu i Podlasiu............................54 Barbara Chudzyńska - Muzeum Żuławskie..........................................58 Na tropach historii Jan Chłosta - „Aby z polskim ludem był polski ksiądz...”................68 Andrzej Lubiński - Obchody rocznic narodowych na ziemi sztumskiej w drugiej połowie XIX wieku...............................75 Janusz Namenanik - Dzierzgońscy wolnomularze...................................83 Bogumił Wiśniewski - Walka wywiadów w Korzeniewie..............................87 Justyna Liguz - Kroniki kryminalne sprzed lat..................................98 Wirginia Węglińska - Niezwykła czterdziestka..................................103 Karol Nawrocki - Sierpień wolności i solidarności w regionie elbląskim........110 Nieprowincjonalne rozmowy Marta Antonina Łobocka - Historia fabryki kapsułek z Drewnicy, rozmowa z Tomaszem Sosnowskim.......................................116 Teodor Sejka - Myć okna w Australii, albo zostać naukowcem..., rozmowa z Marzeną Psują Walkiewicz...................................120 Piotr Piesik - Wychował się na grach, rozmowa z Sławomirem Wiechowskim.....................................126 Wspomnienia Angela Murche-Kikut - Niezapomniana Kałwa...............................130 Jerzy Bolesław Prociuk - Mój Elbląg i okolice.........................139 100 lat zakładu karnego w Sztumie Krzysztof Czermański - Początki Centralnego Zakadu Karnego Sztumie.....147 Waldemar Kowalski - Śmiertelne ofiary represji systemu stalinowskiego - wątki sztumskie......................................154 Galeria Prowincji Marek Stokowski - Jacek Zwolak - malarz z leśnej enklawy..............158 Muzyka - Plastyka - Fotografia - Teatr Piotr Piesik - Muzyka na Żuławach.......................................160 Wacław Bielecki - Koncert organowy w kościele św. Anny w Sztumie.......163 Wacław Bielecki - Spokojny jazz ze smyczkami...........................166 Arkadiusz Kosiński, Rafał Cybulski - Wioska Cudów.....................168 Dorota Maluchnik - Festiwal Teatrów Ulicznych ma się dobrze...........174 Tomasz Agejczyk - Fotograficzna wędrówka Hermanna Yentzke.............177 Recenzje Andrzej Kasperek - Z dziejów nowodworskiego sportu....................179 Andrzej Kasperek - Wielokulturowość kuchni pomorskiej.................181 Okruchy i inne Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.......................................184 Maciej Kraiński - Nibybajki z mozaiki.................................190 Noty o autorach..........................................................193 SIEDEMNASTA „PROWINCJA” Siedemnasta „Prowincja” jak zwykle wielokulturowa, wielowątkowa i wielostronna. Jak śpiewa od lat Olek Grotowski - „jesień idzie, nie ma na to rady”. I tak co roku, nieuniknione. Zatem jesienno-grzybowa jest nasza okładka, tradycyjnie ręką mistrza Mariusz Stawarskie-go uczyniona. Kończą się upały, deszcze coraz częstsze, noce dłuższe i zima coraz bliżej. Nasze cokwartalne dwieście stron powinno na kilka wieczorów wystarczyć. Na początek kilka strof Alfreda Kohna, Andrzeja Lipniewskiego oraz analiza poetyckiego dorobku Aldony Borowicz i Jana Majewskiego (na Jego niestety pożegnanie), autorstwa Andrzeja Grzyba i Elżbiety Musiał. Nowe opowiadanie Grażyny Kamyszek i debiutującego na naszych łamach Lecha Brywczyńskiego, dramaturga z Elbląga. Andrzej Kasperek żegna ostatnią mennonitkę Panią Krystynę Weilandt, która w wieku ponad 90 lat zmarła kilka tygodni temu w Elblągu, a Małgosia Łukianow snuje refleksje nad upływającym czasem na wielokulturowym Powiślu. Barbara Chudzyńska opisuje początki Muzeum Żuławskiego, które powstało dzięki uporowi, pasji i determinacji miłośników historii najbliższej okolicy. Jan Chłosta, Andrzej Lubiński, Karol Nawrocki, Bogumił Wiśniewski, Justyna Liguz, Wirginia Węglińska opisują lokalne historie, od dziewiętnastowieczno-patriotycznych, kryminalno-ciekawostkowych, martyrologicznych, po wolnościowy zryw „Solidarności” na Powiślu i Żuławach. Krzysztof Czermański i Waldemar Kowalski kreślą z kolei szkice z historii więzienia w Sztumie, z okazji stulecia jego powstania. To ważny fragment historii miasta, bo trudno nie zgodzić się z jubileuszową konkluzją dyrektora więzienia Jana Moro-zowskiego, że „nie. ma Sztumu bez więzienia i więzienia bez Sztumu”. W nieprowincjonalnych rozmowach prezentujemy kolejne sylwetki ludzi z pasją. To Marzena Psuja Walkiewicz, sztumianka z urodzenia, a obecnie genetyk z Australii, pracująca nad odkryciem skutecznego leku na raka. To także Tomasz Sosnowski, właściciel apteki z duszą z Drewnicy i Sławek Wiechowski, nauczyciel i pasjonat gier planszowych ze Sztumu. Angela Murhe-Kikut odkrywa po latach rodzinną Kałwę, a Jerzy Prociuk, elbląski emigrant z Australii, odtwarza obraz powojennego Elbląga i Nowego Dworu Gdańskiego. Wyjątkowo obfite, muzyczne lato recenzują Wacław Bielecki i Piotr Piesik, a kwidzyńscy redaktorzy - Rafał Cybulski i Arkadiusz Kosiński szkicują portret wyjątkowej „wioski cudów”, czyli Rodowa, w której od wielu lat zadomowili się artyści, wzbogacając przestrzeń publiczną swoimi pracami. W naszej galerii plastycznej tym razem, kontemplujący prowincjonalną rzeczywistość, Jacek Zwolak, malarz z Ryjewa. I na deser tradycyjnie kilka recenzji, gdańskie „okruchy” Andrzeja C. Leszczyńskiego i bajanie Macieja Kraińskiego z Waplewa. A zatem kubek gorącej herbaty, filiżanka kawy, lampka wina lub smacznej, domowej nalewki i miłej lektury. Z nieustającymi podziękowaniami za obecność - Redakcja Poezja Alfred Kohn XXX W moim rodzinnym mieście Czas się zatrzymał Na zegarze kościelnym Wciąż ta sama godzina Orzyc jak przed laty Leniwym nurtem płynie Ostatni szczupak Zasnął gdzieś w głębinie W parku przy żabach Ci sami ludzie - tylko twarze starsze Upadłe anioły- miejscowa bohema Zbierają po grosiku na flaszeczkę wzruszeń I tęsknią za Makowem którego już nie ma Pamiętam tamto miasto jakby wczoraj Na rynku tu gdzie szalet była piaskownica Toczyliśmy wojny na drewniane szable Graliśmy w palanta, w kapsle na ulicach Codziennie wczesnym rankiem od ulicy Dunaj Łojek gnała krowy na łąkę za rzeką Wieczorem szło się do Niej z dwulitrową kanką Po świeże, jeszcze ciepłe miejsko-wiejskie mleko Grzanka - kto to może wiedzieć Ile w tym lesie było poczętych dzieci Śledziłem z kumplami zakochane pary Widziało się niejedno - nie będziemy święci W knajpie Turystyczna piersiaste kelnerki Serwowały wódkę razem ze śledzikiem W powietrzu zagęszczonym od oparów przekleństw Toczyły się „dyskusje” przerywane świtem Poezja 7 Dzielnicowy Maik - trudno w to uwierzyć Choć chłop był malutki - potrafił uderzyć Niejeden herszt bandy po pałce blondynce Okładał kwaśnym mlekiem pełnokrwiste sińce W moim rodzinnym mieście Czas się dla mnie zatrzymał Na zegarze kościelnym Wciąż ta sama godzina XXX numer telefonu do zmarłej matki ciągle mam w komórce psychicznie nie mam odwagi go usunąć często żyjemy nadzieją choć wszystko wokół mówi nam że to bez sensu 8 Poezja Andrzej Lipniewski POCZĘSTOWANI RADOŚCIĄ Kristina Malina z Suchacza pielęgniareczka muzyka ciepły Zalew Wiślany otacza zimne ciało niewprawnie umyka płyt-pocztówek kwiatowe plastiki bart Laskowski Beatę nawija ona się nie wypięła przed nikim smaży schabik wycmokana szyja ja na nogach mdlejących w łazience Krista jest nieskończona i naga nowy program dancingu naprędce nam prześwietla z malina Alpaga restauracja Zamkowa już dymi piwnym tłumem Kropeczka i męty mini maxi kuszące blondyny uśmiechnięte półpupki w hot-panties ja częstuję z radością Christine bezlitosna gitara i vocal nocny zamek wybucha na minie naturalnej radości trwa pokaz 27.07.2014 r. (g. 11.20, temp. 30° C w cieniu) VERA KING1 jej szczupłość surrealistyczna fruwa po murach i ścianach jej plaża jest iddyliczna z Dolnego Miasta zesłana plebejskie węże się kręcą pomiędzy oczodołami okien nie danych najemcom zabytki piwem oszczane 1 Sygn. murales Weroniki Lipniewskiej Poezja 9 dzieci kiełkują chudziutkie niedożywione codzienne pijany ojciec filitkiem stał się w framudze okiennej odleciał w wiatrem jesieni na kartoflisko Motławy Nadia maluje płomienie wywabia nimi obawy wtórują jej liczne dziadki Zeppelin niesie na Bornholm Do szczęścia rysują kładki Na film z pozłacaną rolką KOSMOPOLITĄ BYŁ Stan Dygat to inna bajka sceptyk był ambiwalent malarza pochwalił grajka zalety ich albo wcale czytam go niby lekarstwo na dookolne szaleństwo unieszkodliwić draństwo i państwowego złodziejstwo trzeba nam domów czynszowych przemysłu kultury sztuki sensownej szkoły szpitali niech rządzi też król niegłupi pusta jest Wisła i Odra nie wolno pić ani rzygać Unia Europy jest szczodra dla innych przeczuwał Dygat 10 Poezja Janusz Ryszkowski PISZ PO SWOJEMU, POETO Andrzeja Lipniewski, Pisz po swojemu, poeto, (2006), Przedsłowie do (niewydanego) zbioru wierszy Andrzeja Lipniewskiego. Najpierw były „Mitologie Stegny Gdańskiej” (1995), trzy lata później „Żuławy po deszczowe” a teraz do czytelnika trafia „Jantarowe Wybrzeże” ostatnie ogniwo tryptyku Andrzeja Lipniewskiego. Poeta -co rzadkie w naszych czasach - otwiera się na nas starannie przygotowanym projektem. Nie publikuje zbiorków składających się z dość przypadkowych wierszy, ale pisze książki poetyckie z wewnętrzną dramaturgią osadzoną w realnej czasoprzestrzeni. Lipniewski robi to ostentacyjnie, nie bojąc się, że ktoś zatrzaśnie go na długo w szufladzie z napisem „Literatura regionalna - Żuławy i Mierzeja Wiślana”. Nie kryje fascynacji tym obszarem, który, w wyniku bolesnego kaprysu historii, po 1945 roku stał się kulturowym tyglem, gdzie z wolna wytapiała się nowa wspólnota. Przybysze (często wygnańcy) z różnych stron, musieli oswajać te obszary, szukając także porozumienia z duchami dotychczasowych mieszkańców. Nie ominęło to także Lipniewskiego, który trafił tu w latach 60. ub. wieku. Stał się tych procesów nie tylko obserwatorem, ale także jako działacz kultury, nauczyciel, plastyk, muzyk i człowiek pióra dokładał swój kamyczek do powstającej mozaiki. Z tego podglebia wprost wyrasta tryptyk. 2. Po lekcji, jakiej udzielił nam Hans-Georg Gadamer, filozof, który nie zawahał się na prowadzenie „rozmów” z najbardziej nawet „ciemnymi poetami” (zwłaszcza Paulem Ce-lanem), nie kryjąc przy tym, że nie potrafi rozjaśnić ich mowy, wiemy, że lektura wierszy przez sam trud przedzierania się przez gęstwinę znaczeń, może służyć budowaniu wspólnoty Ja - Ty. Jej zalążkiem jest dyskurs o rozumieniu świata - tego skrywanego w wierszu i tego odnajdowanego przez czytającego. Dlaczego o tym piszę? Bo akurat Andrzej Lipniewski, poeta o dużej samoświadomości literackiej, przemawia do czytelnika w sposób, który do takiej właśnie rozmowy otwarcie zachęca. Programowo przeciwstawia się wszelkiej „nieczytelności pisma”, za którą często skrywa się jedynie pusty bełkot. Dlatego chętnie sięga po tradycyjne formy wierszowania z rytmem i rymem, posługuje się piosenką. Idzie za podszeptem Jarosława Iwaszkiewicza: „Pisz po swojemu poeto”, o czym przypomina w „Nocach bezdomnych”. Poezja 11 3. Dopełnienie tryptyku - „Jantarowe Wybrzeże” to swoisty bedeker. Każdej miejscowości zostało przypisanych kilkanaście, a czasem kilka wierszy. Można je traktować jako fotografię miejsc, zdarzeń, osób, przefiltrowanych przez poetycki obiektyw. „To Kąty Rybackie/ w nich restauracja „Kormoran”/ szklane figury tam płyną/ muzykę sączą jak wódkę/ i rozbierają przyczyny/ morskiego zaniku ławic” (...) /”Bodenwinkiel”/. Lipniewski jest rasowym fotografikiem i widać to także w jego poezji. Potrafi tak komponować kadry, by miały one kilka walorów: plastyczny, muzyczny, liryczny, zmagający się z (para)dokumentalnym. Czytając te opisowe wiersze o ośrodkach wczasowych i nie, knajpianych i erotycznych fantasmagoriach, ludziach i miejscach, ulegających w wielu przypadkach zmitologizowaniu, wpadamy w sieć nadmorskiej prowincji. Szybko poddajemy się wewnętrznemu rytmowi utworów, odpływom żartobliwej ironii, błyskom skojarzeń, banalnym prawdom, przypływom dyskretnej refleksji. 12 Poezja Jan Majewski LIŚĆ W nocy deszcz mocno przylepił do szyby dłoniasty liść klonu i rzucił jego biały cień na jasną ścianę wschodzącego dnia O - jakże boli ta dłoń póki nie strąci umierającej odwieczny grabarz wicher z szyby i ściany dnia - i nie pogrzebie jej wraz z cieniem u stóp macierzystego drzewa wyzutego z liści NAD USCHŁYM BADYLEM Jeśli to prawda - co tylko przypuszczam -że rośliny - ni w pełni życia ni u jego schyłku nie odczuwają obawy przed śmiercią - to można przyjąć że: ich ulotne istnienie dokładnie równoważy oczekujący na nie niebyt (z tomu „Ludzie i kwiaty” 2014) Andrzej Grzyb 13 Andrzej Grzyb O JANIE MAJEWSKIM. MOJE OSTATNIE SPOTKANIE Z POETĄ. Kiedy zadzwonił do mnie Tadeusz albo Michał, prosząc, abym przemówił nad trumną ich ojca Jana Majewskiego, poety znakomitego, odmówiłem, mówiąc, że mam taką zasadę, że nie przemawiam na pogrzebach, bo w tej chwili, kiedy ciało oddawane jest ziemi, rozmawiam z dusza zmarłego, która idzie do nieba. Jest to moja ostatnia bardzo prywatna rozmowa ze zmarłym, nie monolog, lecz dialog, mimo ze zmarły milczy i ja milczę, rozmawiamy jak duch z duchem, słowa, tym bardziej wypowiadane głośno, są nam niepotrzebne. Jan Majewski z nagrodą Costerina 2013, przyznaną mu za tom „Z ziemi i z obłoków". Obok Andrzej Grzyb, fot. T. Majewski Jana Majewskiego poznałem niecałe dwadzieścia lat temu. On przekroczył siedemdziesiątkę, ja dochodziłem do pięćdziesiątki. Poznaliśmy się czytając wiersze. On przysłał mi swoje mądre i piękne, co nie zawsze idzie w parze, wiersze debiutanta. Ja gratulowałem tak pięknych strof i namawiałem do druku. Potem był list i w końcu rozmowa. Krótka i zaskakująca. Starszy o pokolenie poeta uważał mnie raczej za biurokratę niż poetę, kolegę po piórze. Zza grubych okularów uważnie przypatrywał się „młodzieniaszkowi” rówieśnikowi jego syna, słuchał, jakby słysząc więcej niż mówię. Był przecież doświadczonym psychiatrą. Czułem to jego zawodowe poznawanie na wskroś. Czułem się dla niego przezroczysty. Uśmiechał się oszczędnie. Mówił tylko to, co należało, co chciał powiedzieć. W wierszach też. Zanurzony w kulturę, w swoje doświadczenie, dialogował z ludźmi i z Bogiem. Przez te dwadzieścia lat kilka spotkań, kilka rozmów i setki wierszy. Kolejne książki. Po wielu, po ilu, trudno zliczyć, lekturach pierwszych, gdzieś w sercu ukłucie zazdrości. Tyle znakomitych wierszy, jeden w drugi błyszczą jak drogie kamienie, a ty co? I ostatnie spotkanie dwa tygodnie przed śmiercią. Jan leży w łóżku. Rak i dziewięćdziesiąt lat. Mówi z trudem, chwilami niewyraźnie. Denerwuje się, że słabo słyszy, bo aparat słuchowy wypad! mu z ucha pod poduszkę. Żona Jadwiga odszukuje zgubę. Poeta pokazuje zdjęcia, te z przełomu lat 20 i 30 XX wieku. Dzieci w leśniczówce pod Łukowem. Chłopcy na rowerze uzbrojeni we flowery. 14 O Janie Majewskim. Moje ostatnie spotkanie z poetą. - Rower trzyma moja siostra Bożena - przygląda się zdjęciu. - Wysoka dziewczyna. Po wojnie zdolna graficzka. A ta dziewczynka to córka leśniczego. Imienia nie pamiętam. - A na tym zdjęciu jestem ja z bratem Aniołem. Tak miał na imię. Nie Michał Anioł, a Anioł, a mój syn Tadeusz to Adam Tadeusz, ale nikt Adam nie mówi, więc Tadeusz. - To ja z rodziną przed pomnikiem Powstańców Styczniowych. Z rodziny ze strony babci w powstaniu zginął Adryański. Na tym zdjęciu Jan Stanisław, mój ojciec, przy kopcu Sienkiewicza. Wymyślił ten kopiec i nadzorował jego usypanie. Mój ojciec napisał pierwszą monografię Łukowa. - Kiedyś zabiłem ptaka. Wziąłem kamień do ręki i rzuciłem. Trafiłem. Kiedy wziąłem tego martwego ptaka, popłakałem się. Już nigdy nie zabiłem zwierzęcia. Ile ja miałem wtedy lat? Pięć, może sześć. Z siostrą zrobiliśmy temu ptaszkowi pogrzeb. Mam jeszcze 112 nowych wierszy, a „Wiersz starego...” poprawiłem, napisałem od nowa. W gimnazjum miałem dyrektora..., przyjaciela mojego ojca..., on się mną opiekował..., on widział pierwsze moje wiersze i chwalił, ale potem wybucha wojna, pracowałem, żeby mnie na roboty nie wywieźli. Przetrwałem. Mała matura na tajnych kompletach. Zaraz po wojnie matura i studia. Pojechałem do Gdańska. Zostałem studentem Akademii Medycznej. A potem jako lekarza skierowano mnie nakazem pracy do Starogardu. - W Łukowie w gimnazjum dyrektorem był Edmund Semik To był przyjaciel ojca Baczyńskiego. Kiedy ojciec Baczyńskiego zmarł, opiekował się Krzysztofem. Mną trochę też. Semil poznał się na talencie Krzysztofa, ale potem walki w Powstaniu Warszawskim z głowy mu nie wybił. Mówił, wyjmował z tekturowego pudełka kolejne zdjęcia. - Ptaki, rośliny, krajobrazy zawsze mnie urzekały. W jednym z moich wierszy pojawia się zimorodek. Obserwowałem go nad Wierzycą w Bączku. - Wiele moich wierszy ma tutejsze tło z Żabna, z Okolą, znad Wierzycy. To piękne tereny, lasy, łąki, rzeka. Jan Majewski unikał regionalności, no, był regionalny tak jak ... Homer, który opisał lokalną wojnę o kobietę. - Kociewiacy to dobrzy ludzie. Mocni, z charakterem. Gwarę kociewska poznałem od pacjentów i pielęgniarek. Poeta przez 60 lat mieszkał w Starogardzie, chcąc, nie chcąc, stał się tuziemcem. Przechodząc na emeryturę, wrócił do pisania wierszy. Jeździł po okolicy rowerem, spacerował i pisał. Będąc już grubo po osiemdziesiątce wymykał się z domu na wycieczki i żona... mu-siała go szukać. Mimo 9 książek poetyckich, drukowany w kilku liczących się pismach, mimo uznania wyrażonego przez kilku ogólnopolskich tuzów poetyckich, mimo uznających nietuzinko-wość poezji krytyków, Jan Majewski pozostał za życia poetą mało znanym, docenianym czytelniczo jedynie lokalnie, na Kociewiu. Andrzej Grzyb 15 - Co do mojego debiutu literackiego, to młodzieńczy debiut poetycki zdarzył się na akademii szkolnej z okazji wyzwolenia. Koleżanka przeczytała mój wiersz o Westerplatte. Mówiono wtedy, że równie dobry jak Gałczyńskiego. Inny wiersz wydrukowano w ulotnej gazetce w Łukowie. Jako student za namową przyjaciela wysłałem kilka wierszy do Tygodnika Powszechnego. Dwa wydrukowano. Nie wiem, nie pamiętam w 1949 czy 50 roku. Prawdziwy mój debiut poetycki to Wiersze starego psychiatry z roku 1994. Zaraz po wojnie napisałem dramat, ale gdzieś się zagubił. Nie wiem, posłałem go gdzieś do oceny i przepadł. Rozmowa zmęczyła chorego. Żegnamy się obietnicą wydania tych 112 wierszy w nowej, dziesiątej książce poetyckiej. Jan Majewski był twórcą szczodrym. Zostawił nam, świadkom jego twórczości, właściwie nie nam tyle, co potomnym, grubo ponad 500 wierszy. Szczerych i pięknych wierszy do przeczytania. Bo wszystkie je trzeba solidnie na niejeden sposób przeczytać. W swojej pracy, a właściwie pasji literackiej, był sam. Jego przyjaciele literaccy, Kochanowski, Mickiewicz, dawno pomarli. Jego rówieśników poetyckich, Baczyńskiego, Gajcego, wygubiła wojna. Nie należał do żadnej koterii literackiej, żadnego kółka wzajemnej adoracji. W czasie swojego długiego życia znał i podziwiał wielu niezwykłych ludzi, lecz ilu z nich dorównywało mu pasją i talentem? Temu samotnikowi, tak wiele wymagającemu od siebie i innych, wielu dopiero będzie coś zawdzięczać. Wielu dopiero zostanie jego dłużnikami. POŻEGNANIE POETY JANA MAJEWSKIEGO Nie obudzi się o brzasku Żeby wyjrzeć przez okno Na sad w którym Jutrzenka Z nocnego mroku Wyłuskuje rumiane jabłka Nie wyjdzie na próg Żeby zganić kosa Który z zazdrości fałszuje pieśń drozda-śpiewaka Leży nieczuły na łzy bliskich Czoło zmarszczone w kąciku ust Jakby uśmiech - bo znalazł Swoje mieszkanie u dobrego Boga Może zamyślił się w każdym razie Milczy choć się przygotował Na tę najważniejszą rozmowę 12. sierpnia 2014 ALDONA RODOWICZ CIENIE NA DOZ W1ETDZE Elżbieta Musiał 17 Elżbieta Musiał MODLĘ SIĘ WIĘC ZA WIEK SAMOTNOŚCI Aldona Borowicz, Cienie na rozwietrze, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2014, s. 80. Czyżbym między brzegami budowała pustelnię: własną Kapadocję, w której znikną niepokoje? Aldona Borowicz, Dałeś mi zbyt wiele wyobraźni Skoro nie da się powstrzymać przemijania, bo jest ono wpisane w kod każdego życia, to czy da się zmylić samotność odzywającą się w nas? Zmylić, zgubić, stłumić jej podszepty. Często uciekamy w zawrotność życia, „jakby właśnie ten bieg był najważniejszy w historii wszelkich prawd”(Z wydarzeń pewnego październikowego dnia czyli jesień 1977). Ale czynie jest to aby metoda zgubna? Tak czy owak, rozsiada się w naszej psychice dokarmiany własną udręką kornik, ta samotność w tłumie, lub u boku drugiej osoby; „jesteśmy ze sobą / na odległość aż ośmiu milionów lat świetlnych / choć przez ścianę słyszymy oddech” (jw). Skąd bierze się owo graniczne i dławiące poczucie? Z niezrozumienia przez bliźnich naszego wewnętrznego świata? Po części tak. I gdybyśmy nawet chcieli go objaśnić, wyartykułować, to i tak nie mamy pewności, czy zostaniemy właściwie zrozumiani. Każdy wiek, każde pokolenie ma swoją wieżę Babel. A przecież oprócz różnic na poziomie językowym są jeszcze inne między nami, wynikające z najgłębszych przekonań. Mówienie o intuicyjnie skonstruowanym systemie wartości czy naszej obecności w świecie jest tak trudne, jak niemożliwe było niegdyś przekonanie przez Giordano Bruno współcześnie mu żyjących (nawet myślicieli) do swoich spekulacji kosmogonicznych. Koniec końców spłonął na stosie. A dziś jego wizji (wtedy nie-popartej badaniami naukowymi) nikt nie neguje. Może urodził się za wcześnie, może myślami szybował za wysoko? Na pewno uderzał swoją prawdą w tamtą XVII-wieczną próżnię. A to jest już samotność podobna tej, gdy nie można znaleźć własnego miejsca w życiu. Choć „już w chwili poczęcia zostałeś skazany na włóczęgę” (Z wydarzeń pewnego październikowego dnia czyli jesień 1977). Próbujemy miejsc, ludzi, a tak naprawdę dryfujemy za szczęściem, które - jeśli w ogóle zagości - nagle w okamgnieniu umyka („gdzieś jednak istnieje radość światła / nawet w deszczowym lecie”; *** Gdzieś wciąż ukryta jest radość). I zbieramy w codziennej wędrówce błyski i rozpacze, które nas kształtują. Lecz to nagromadzone „bogactwo” skazuje nas niejednokrotnie na prywatną samotnię. Przezornie ukrywamy ją przed innymi, co najwyżej odważamy się na wiersz. Uwięziona w swoim wnętrzu pije piwo i płacze A na gałęzi niepozorny rudzik wskrzesza życie (Stara kobieta pisze donos z raju) 18 Modlę się więc za wiek samotności Myślałam o tym, czytając „Cienie na rozwietrze” Aldony Borowicz. Rozumiałam jej artystyczną odsłonę samotności, tak jak ona wiedziała, że tylko wierszem można powiedzieć to niewyrażalne uczucie. To i wiele innych, bowiem w jej poetyckiej książce jest bardzo duże nagromadzenie motywów i tropów, filozoficznych przemyśleń wplecionych w codzienność. Jest znakomitą obserwatorką i świetnie rozpoznaje świat. A epizody, okruchy i strzępy układa w logiczną i jej własną koncepcję świata. Oczywiście sytuuje w nim siebie i nie kryje własnych postaw wobec zjawisk. Nie, nie ma w niej buntu (w wierszach), jest tylko zdystansowane i mądre racjonowanie „porcji”, które przynoszą dni, dodajmy, nie zawsze są one łatwe i nie zawsze przyjemne. No, ale jak tu walczyć z ubywaniem nas w nas i nadziei w nas („ bo już jest nas mniej we mnie o jedną”; Przerwany dialog). W tej nieodzowności rodzi się pełna zrozumienia postawa wobec przemijania i kolei losu, co się dostrzega w wierszach. a przecież mój dom wzniesiono na fundamencie ich kości (Wieczór wspomnień) Pocieszające są w tym naszym przemijaniu pewne zachodzące zmiany, o czym zdaje się mówić „między wierszami” Borowicz. Gdy tracimy po trosze siły i urodę ciała, przychodzi piękno dojrzałości, a słabnące oczy widzą nie tyle ostrzej, co głębiej. „W Wielki Piątek zrozumiałam przebiegłość / jaszczurek, śmigających między głazami” (Próba samotności). Dosyć pojemne są te dwa wersy i bardzo charakterystyczne dla autorki. Jej kościołem jest przyroda, natura w najczystszej postaci. To jej obrazami opisuje stany ducha, jej używa do porównań i metafor. Może dlatego, że jest człowiekiem z lasu, z krwi i kości właśnie, które z pełną świadomością oddaje swojemu podglebiu pomału. Bądź pozdrowiona leśna drogo Czy pamiętasz jeszcze moje bose stopy (*** Bądź pozdrowiona) A Bóg, ten wszechmogący, czy pojawia się w obrazach tak, jak najbliżsi ludzie, którym autorka składa hołd za to, że byli lub że są obecni w jej dniach? Owszem, Bóg jest obecny w wierszach ale raczej w domyśle, bardziej wyraźny tam, gdzie stajemy oko w oko z doczesnością, a nawet powszedniością życia („Wracam / z pustką w oczach / z deszczem / z kurczakiem / który połknął własne skrzydła” (List). nadal nie wiemy czy pomoże nam Bóg w zrozumieniu tajemnicy naszej golgoty (*** Gdzieś wciąż ukryta jest radość) I uprawomocniona jest taka niepewność, gdy „nadal nie wiem kim jest homo sapiens” (Gdy wyjdzie ryba). Elżbieta Musiał 19 Bohaterka liryczna utworów Borowicz wciąż poszukuje związków bezpośrednich, czyli mentalnych i fizycznych, jak również duchowych z otaczającym ją światem, co przejawia się nie tylko w okazywaniu poczucia wspólnoty z przyrodą (o czym było), ale i z gatunkiem, i swoimi przodkami. szukam wciąż rodowodu swoich przodków nie wiem czy powstali z wody ognia czy prochu I dalej w tym samym wierszu: w śniętych rybach dnieją wyświechtane symbole skąd do mnie przyszły nie wiem może z ufności a może z bólu lub poczucia wspólnoty gatunków (Gdy wyjdzie ryba) Światopogląd, który ukradkiem nam podrzuca, jest bliższy naukowemu, bliższy darwini-zmowi niż religijnym dysputom. Ale bezwzględnie w wierszach pierwszy glos ma człowieczeństwo pokazane poprzez empatię, lub przez myśl wynagradzającą i słowo „w zamian”, gdy już nic więcej nie można zrobić. Rozmawiała ze mną o wojnie i dziecku Płonęła cała trzymając je na ręku (Taniec cmentarny) W wiersze autorka wpisała wiele ludzkich odruchów, są jak jej własne ślady. Znakomicie wczuwa się (podmiot liryczny) w rozpacz drugiej kobiety, która „kołysze się / w takt pieśni żałobnej” (jw.). Umie też pochylić się nad czworonożnym domownikiem; o, gdyby nie „wspólna smycz”, mogliby być jednością. ale Trotyl niknie w zaspie zżerany cukrzycą przecież jest wybrańcem wspólnego Boga, który obdarzył go łaską ludzkiej choroby by wreszcie się uczłowieczył i wyszlachetniał (Spacer) Niezwykle przejmująco Borowicz potrafi mówić poezją o innych (bez których nie bylibyśmy, kim jesteśmy). Ona filtruje przez swoją psychikę, emocje i doświadczenie (konstrukcja psychiczna) świat i ludzi, którzy są jej bliscy, z którymi łączą ją lub łączyły więzy krwi bądź przymierze intelektualne. 20 Modlę się więc za wiek samotności Moja matka niegdyś na wpół francuskie dziecko biegała do szkoły boso ale zawsze w wytwornym kapeluszu Gdy została eremitką była oddechem lasu (...) Moja matka leżała w szpitalu z odciętą nogą Już nie była sarną Stała się odłamaną gałęzią w pustelni I wciąż jest zadrą we mnie (Zamiastfotografii rodzinnej) Wiersz bez tytułu zaczynający się od słów: „Puste gniazda spędzają sen z powiek” poświęciła świetnemu poecie Zbigniewowi Jerzynie (pojawia się on po raz drugi w Powidokach z lotu ptaka). Jeszcze żyjesz, a już myślą o pochówku. Na przekór wszystkim nigdzie nie odchodź. Odstaw sanki; aż rdza pokryje płozy. Tom Jerzyny wydany jako ostatni przed jego śmiercią zatytułowany był „Saneczki”. To warto wiedzieć, ażeby dostrzec na tym i innych przykładach, jak Borowicz koduje w wierszach zdarzenia, „zderzenia” i wypadki. Jak poddaje je poetyckiej obróbce, by nie były wyłącznie informacją czy publicystyką, ale by tworzyły „cień zadumy”, liryczne sensy, które nie tracą na aktualności. Literackie (oraz malarskie) tropy i konotacje pozostawiła w wielu utworach (Upadłe anioły, Sceneria dantejskiego piekła, Wieczór zapomnień, Kiedy goj patrzy na ziemię), co świadczy o jej dużych związkach nie tylko z polską, ale i światową twórczością pisarską. Spójrzmy na piękny wiersz Ekelófowa przejrzystość dnia. Ekelófowa, czyli jaka? Czy przypadkowy czytelnik lub nawet ten lubiący wiersze jest po jednokrotnym przeczytaniu „przejrzystości dnia” to dookreślić? Być może, ale mnie potrzebne były encyklopedyczne wzmianki, by zrobić sobie do tego obrazu „horyzont rozumienia”. Dopiero gdy zapoznałam się z pokom-plikowanymi życiorysami szwedzkich pisarzy (i z próbkami ich twórczości) Gunnara Eke-lófa i jego żony Gunnel Bergstróm, którą ze względu na usposobienie, styl życia (porzuciła Gunnara dla Karin Boye, lesbijki) i jej samobójczą śmierć porównuje się w Szwecji do Sylvii Plath, otworzyła się przede mną - trudna nawet do zwerbalizowania - przestrzeń, wielka jak nordyckie niebo i morze, w którym nurza się ogromna złożoność ludzkich natur, psychik i do tego uwarunkowań kulturowych i geopolitycznych. I takimi przestrzeniami do odkrywania operuje Aldona Borowicz. Gunnel nie płakała. I deszcz też nie padał. A on szedł obcy, przez martwe wrzosowisko, ku wiecznemu drzewu, ku agonii. Elżbieta Musiał 21 I zaśpiewał Karin pieśń o diamentowym ostrzu na promie. Tak długo, aż wreszcie pojął, Panie, czym jest zawiłość dnia. Zatem mamy do czynienia z poezją erudycyjną, wielowątkową, wielopoziomową i wymagającą od odbiorcy sporej wiedzy z różnych dziedzin oraz czytelniczego obycia. Jest ona jak tajemnica, którą chce się rozebrać, warstwa po warstwie. Oczywiście każdy wiersz można czytać i przyswoić już choćby tylko na podstawie rzuconych sygnałów i odebranego nastroju. Jednakże dopiero wnikanie w treści i doszukiwanie się w wątkach również pozali-terackich prawd, daje prawdziwe poczucie czytelniczej satysfakcji. W tych wierszach można się rozsmakować. Jeśli przyjrzymy się temporalnemu wektorowi książki, wówczas zauważymy, że zaczyna się od jesieni i kończy na jesieni, co może sugerować wpisanie „życia” w pory roku, które w tym przypadku stanowią najodleglejsze jej tło („Nie warto prowadzić rozmów o doskonałości pór roku”; Kiedyś z tamtej strony przyjdzie sen). W układzie tym pojawia się więc i maj, i wiersz „Kasztany”, który sygnalizuje jeden z ważnych subtematów książki, czyli wątek społeczno-polityczny. Na początku nigdy nie ma aspektów połitycznych tylko przypadek ofiary Co potem zamazane perspektywy powszechna ślepota modlitwy Wiemy, że nawet historia lubi się powtarzać, nie mówiąc o cyklach przyrody, zgodnie z którymi żyjemy. Zatem i wtedy, i wczoraj kwitły kasztany. I wtedy, i teraz giną ludzie z absurdalnych powodów. Bo polityka jest tym absurdem stawianym ponad wartość najwyższą, ponad życie. Autorka zdaje się nam to uzmysłowić w zacytowanym wierszu, datowanym na 18 maja 1983 roku. „Matka mdleje w oknie / w trumnie zgasło słońce / Oto jak umiemy zabijać perfidnie” (jw.). Czy tą matką była Barbara Sadowska? Czy tym chłopcem był pobity na śmierć przez milicję Grzegorz Przemyk? Szyfry w wierszu i data na to wskazują. Borowicz, jak na poetkę przystało, znakomicie komentuje przemiany kulturowe, cywilizacyjne (Wielebny Billy idzie na wojnę z Disneylandem) czy zwyczajowe. Za przykład może posłużyć wiersz Nowomoda , w którym użyła „zajebistej” mowy potocznej. W Ars poeti-ca natomiast zakpiła z pospolitości ekshibicjonistycznych postaw w wielu współczesnych wierszach, mówiąc: „Nic mnie nie obchodzą wasze cipki i penisy”. Wykorzystuje wtedy język satyry, ironii, niekiedy też bawi się autoironią, co świadczy o dystansie do samej siebie lub do obserwowanych zjawisk, niekoniecznie mądrych. Czy o uśmiech nie przyprawi ten wywiad w misyjnej telewizji: „Co teraz pan czuje przed swoim zejściem / i jak odbiera nasz 22 Modlę się więc za wiek samotności świat” (Klasyk, współczesności w misyjnej TVP}. Ale nawet i z tych, zdawałoby się, weselszych obrazków wyziera jakiś smutek i postępująca korozja. Tak, te wiersze są smutne. Słowa sięgają jakichś nostalgicznych pułapów, a wszystko z zadumą spogląda w swoje przemijanie i ciszę. Wczoraj przyniosłeś zmiażdżone irysy: Ostatnie kwiaty, więcej już nie będzie, bo ogród zryły buldożery i dźwigi, zabij więc w sobie cholerne metafory. (W dolinie śmierci) W książce stykamy się z mnogość motywów i odsłon. Są rozsypane jak szkiełka w kalejdoskopie, których sumy i odbicia (w naszym pojmowaniu i duszy) dają obrazy i układają się w widnokręgi. Ale wszystkie je spina jakiś transcendentny wymiar. W nich tajemnica życia i to że sam człowiek jest tajemnicą mają pozostać nieodgadnione, choćbyśmy nawet chcieli inaczej. To nas skazuje na rozważania, równie potrzebne jak niewiadoma w równaniach. W te rozważania wplecione są od czasu do czasu wątki wzięte z życia, a wśród nich wspomniane tropy społeczno-polityczne, które są rodzajem małych (?) detonatorów. Jedne pochodzą z zalewających nas doniesień prasowych, a niektóre w najnowszej historii Polski mają swoje miejsce i datę, która pojawia się wtedy i pod wierszem. Zawsze jednak w ten czy inny sposób wpisują się w nasze dni i wewnętrzne kody, wpływając na prywatne kosmosy. Świat zewnętrzny połączony jest z naszym wewnętrznym, a tego wychodowanego w nas nie da się nijak odizolować od wspólnego. I o tym wie Borowicz. Prawdę tę zawarła już choćby w konstrukcji samej książki (sekwencje tematyczne), a trzeba wyjaśnić, że nie jest to wybór utworów w klasycznym ujęciu chronologicznym, lecz takie zestrojenie ze sobą wierszy, by opowiadały o ludziach i świecie, który współtworzą i zostawiają w nim swój godny, nikczemny czy zwyczajny ślad. Ona pokazała swój świat, a właściwie poetycki dowód na to, że „Każdy człowiek jest światem” (tytuł tomu Gunnara Ekelófa). Autorka daleka jest od powierzchowności w wierszu i to zarówno, jeśli chodzi o temat, jak i środki stylistyczne. Stara się omijać typowe sposoby na poezję, pokazując, że odwieczne tematy daje się opowiedzieć oryginalnym językiem („Dostrzegam kontur topoli wokół której płoży się liryzm”; Krajobraz z dziecięcym wózkiem}. I wprowadza wspomniane wcześniej szyfry oraz własne kody. Powtarzające się w różnych konfiguracjach trawy, są w tej poezji bodaj synonimem życia („Pragniesz też bujnej trawy / chcesz żyć”), natomiast skały i głazy - jego twardym odpryskiem: „Świętość głazu jest losem” (A głaz pokochał ręce Syzyfa}. W tych pejzażach przechadzają się jeszcze cienie. Potrafią znikać, „gdy się nocą wraca do swojego siedliska” (Powidoki z lotu ptaka}, a w Scenerii dantejskiego piekła „Gdy drzewa wysychają cień pozostaje taki sam”. I są wreszcie tytułowe Cienie na rozwietrze, które niepokojąco gasną wraz z ubywaniem dni, „więc nie gaś światła w ciemności / Kiedyś przejdzie tędy człowiek / na spotkanie własnego cienia” (Twoja muza umiera}. Elżbieta Musiał 23 Jest tylko prostota słów i nagość Biały horyzont przez który trzeba przejść (Klasyk współczesności w misyjnej TVP) Z trzech tylko słów kluczy (jest ich więcej) odpowiednio uszeregowanych możemy skonstruować oś o dosyć wymownym przekazie; trawa - kamień - cień, czyli: życie - los -nieuniknione. A można tę oś jeszcze rozbudować i wpisać weń rzekę, skrzydło (najczęściej odrąbane). Tak, nimi też daje się metaforycznie mówić o nas, ludziach. „Cienie na rozwietrze” to bardzo wartościowa lektura, wywołująca przedziwny stan czystości ducha (komunia). Zastanawiam się, czy spowodowany jest on prostotą wypowiedzi (język), czy szczerością i szlachetnością tonów? Ale tego już każdy sam może dociekać. Dodam tylko, że tak pomyślany wybór wierszy właściwie jest jak niepojęte życie, które zdaje się być poza wszelkim orzekaniem. Proza Grażyna Kamyszek PAMIĘTAJ O EDEL Odwiedziny, w małej żuławskiej wiosce zagubionej gdzieś nad Wisłą, stały się faktem. Było to możliwe za sprawą mojego męża, Thomasa, rehabilitanta, miłośnika ludzi w podeszłym wieku, dzięki którym nieźle prosperował, masując ich zwiotczałe ciała i uruchamiając zesztywniałe stawy. Kiedyś, panią Edelgardę Kowal, chciał zabrać do Polski jej starszy brat Wilhelm, ale nie skorzystała z propozycji. Nie będę ukrywać, że miałam spore obawy przed tak daleką podróżą z Zagłębia Ruhry na Pomorze. Dwoje małych dzieci i osiemdziesięcioletnia staruszka, to niezłe wyzwanie. Dzieliłam się swoimi wątpliwościami z Thomasem, ale odpowiedzią było uśmiechnięte - damy radę skarbie, damy radę! Oczywiście, wielkoduszne serce mojego niemieckiego męża nie mogło pozostać nieczułe na marzenia starej kobiety, marzenia, które można było bez trudu zrealizować, mając wygodny samochód i teściów mieszkających w miasteczku leżącym o kilkanaście kilometrów od wsi, w której mieszkała kiedyś pani Edel. Tak więc krążyliśmy po dziurawych powiatowych drogach w poszukiwaniu miejsc i domów, które, zdaniem pani Edelgardy, na pewno powinny być, a których nie było. Atmosfera robiła się nieco nerwowa, kiedy okazywało się, że tam, gdzie miał być wjazd na drogę wiodącą do dawnego domostwa pani Edel, drogi nie było. GPS głupiał, staruszka w poczuciu winy prawie płakała, ja wierciłam się niecierpliwie, pozwalając sobie od czasu do czasu na niezbyt miły komentarz, tylko Thomas swoim ciepłym, przyjaznym głosem uspokajał nas i zapewniał, że na pewno dojedziemy do celu. Z tego mojego męża to wyjątkowy facet, niejednego mógłby wprawić w zdumienie jego spokój i opanowanie. Najbardziej denerwowały mnie, a raczej zawstydzały dziury, których żadnym sposobem nie dało się ominąć, bo z jednej wpadało się w drugą. Współczułam ludziom tu mieszkającym, którzy musieli dojeżdżać do pracy lub do miasta po sprawunki. - Minęło ponad 65 lat od mojego wyjazdu. Musicie zrozumieć moje luki w pamięci. Tu jest teraz zupełnie inaczej. Tam, gdzie powinno być skupisko dębów, jest wolna przestrzeń, a tam, gdzie były pola, rośnie las. Trudno mi cokolwiek poznać - usprawiedliwiała się skruszona pani Edel. Nagle, jakby doznała nagłego olśnienia, krzyknęła - tu, wjedź na lewo, Thomas, poznaję ten wjazd! Tu ciągle jeszcze wystają te grube, nieforemne granitowe kamienie. To na pewno tutaj! Thomas jechał wolniutko leśną, równą drogą. Pani Edel rozglądała się niespokojnie. Napięcie udzieliło się także i mnie. Z daleka zobaczyliśmy spiczaste dachy kilku domów pokrytych czerwoną dachówką. Zgodnie ze wskazówkami Edel, zatrzymaliśmy się przed furtką jednego z nich. Brama wjazdowa była otwarta na oścież, ale nie mieliśmy odwagi, aby wjechać na podwórze, tym bardziej, że dwa duże psy bardzo zaniepokoiły się nieproszonymi gośćmi i nieprzyjaźnie ujadały. Na ganku pojawiła się młoda kobieta. Mogła być Grażyna Kamyszek 25 w moim wieku, nie miała chyba więcej niż 30 lat. Zamknęła ujadające zwierzaki i podeszła do samochodu. Wysiadłam, aby wyjaśnić jej cel naszej wizyty. Uśmiechnęła się przyjaźnie i zaprosiła na ganek, gdzie stał duży stół i kilka krzeseł. Poczęstowała nas zimnym, wybornie smakującym kompotem i zaczęliśmy rozmawiać. - Pani Edelgarda Kowal mieszkała tu kiedyś z rodzicami i bratem, ale w 1946 roku wyjechała do Niemiec i od tamtej pory nie miała okazji, aby odwiedzić dawne miejsca. Jej marzeniem było, aby zobaczyć krainę swojego dzieciństwa - zaczęłam nieudolnie, żeby wytyczyć jakiś kierunek rozmowy. - Kilka lat temu był tu ktoś z Niemiec, też mówił, że tu mieszkał, ale zupełnie inaczej brzmiało jego nazwisko. O ile dobrze pamiętam to przedstawił się jako Schmied, czy jakoś tak podobnie. Zostawił nawet swoją wizytówkę. Musiałabym zajrzeć do którejś szuflady w komodzie, bo na pewno tam ją schowałam. - Proszę się nie trudzić. To był Wilhelm, mój brat - odezwała się poprawną polszczyzną pani Edelgarda. Zmienił nazwisko. Kowal po niemiecku brzmi Schmied, ja pozostałam przy swoim, po ojcu - dodała cicho. A potem, rozglądając się ciekawie po obejściu, zauważyła - bardzo się tu zmieniło, tam stała taka duża stodoła, za nią była ziemianka, w której przechowywaliśmy żywność. - Stodołę któregoś roku rozwaliła wichura, a ziemiankę już dawno zlikwidowali dziadkowie. Nie była potrzebna. Są przecież lodówki - wyjaśniała gospodyni. Czy chciałaby pani pochodzić po obejściu? A może najpierw zaproszę do środka - zachęcała, otwierając drzwi i gestem ręki wskazując drogę do pomieszczenia znajdującego się na wprost nas. Nie zmienialiśmy układu pokoi, przebudowaliśmy tylko kuchnię. Odziedziczyliśmy ten dom po dziadkach i teraz razem z mężem, w miarę środków finansowych, robimy remont. Mimo bałaganu na pewno pani rozpozna dawne pomieszczenia. - Tak... tu była kuchnia. Jeśli dobrze pamiętam, to nie było tego okna w tym miejscu i pomieszczenie było chyba większe - zauważyła pani Edel, wchodząc ostrożnie do środka. Mówiła wolno, z namaszczeniem, celebrując każde słowo, jakby z ogromną estymą czytała fragmenty „Biblii”. - Ma pani doskonałą pamięć. Kuchnia była rzeczywiście większa, ale postawiliśmy ścianę, aby wygospodarować łazienkę. Okno przesunęliśmy i powiększyliśmy, żeby było jaśniej. Niedawno doprowadzili wodociąg i mamy bieżącą wodę. Musieliśmy zrobić poważny remont kuchni, poprowadzić instalację, bo dziadkowie korzystali wyłącznie ze studni. - Pamiętam tę starą studnię. Mój ojciec ją pogłębiał, bo często brakowało wody. Na kołowrotku był zwinięty łańcuch, do niego przyczepione wiadro, które spuszczało się w dół, a potem napełnione wodą ciągnęło się w górę. - Może być pani dumna ze swojego ojca, że tak solidnie zrobił studnię. Mimo tylu lat funkcjonuje do dzisiaj, nie zniszczyliśmy jej. Już kilka razy z niej korzystaliśmy, gdy zabrakło wody. - Pamiętam, że z kuchni wchodziło się do pokoju, a z niego do sypialni. I teraz też tak się wchodzi. Nic się nie zmieniło - zauważyła cicho pani Edel. 26 Pamiętaj o Edel - Zapraszam dalej, ale uprzedzałam, że jesteśmy w trakcie remontu. Pani Edel dziwnie szybko ominęła pierwszy pokój. Weszła do pomieszczenia, gdzie kiedyś była sypialnia i rozglądała się niepewnie wokół. Nagle stanęła jak skamieniała przed obrazem wiszącym na jednej ze ścian. Wyciągnęła rękę i zastygła w bezruchu. Przypominała posąg. Skierowałam swój wzrok za jej wskazującym palcem. Ciemna rama obrazu wyraźnie odcinała się od zielonej ściany. Na pożółkłym tle noszącym ślady minionego czasu widniała za szkłem woskowa postać Chrystusa wiszącego na krzyżu, a nad nim pysznił się gotycki napis GOTT MIT UNS (Bóg jest z nami). Gdy zerknęłam na pobladłą twarz staruszki, przeraziłam się kłopotów, które za moment mogły się pojawić. Zbyt duże emocje u ludzi w podeszłym wieku nie wróżą niczego dobrego. Spojrzałam z wyrzutem na mojego męża, ale jego brązowe oczy były spokojne i tak jak u Edel, wypełnione łzami. - Ten obraz ciągle tu jeszcze wisi... - szepnęła z niedowierzaniem, nadając każdemu słowu uroczysty ton. Minęło prawie siedemdziesiąt lat, a on ciągle wisi... Dlaczego? - pytały jej oczy, drżące usta i łzy płynące cienką strużką po bladych, pomarszczonych policzkach. Opuściła rękę i teraz stała jak bezradne, zdziwione dziecko, któremu kiedyś zabrano cenną rzecz, a którą niespodziewanie odzyśkała. Przejmującą ciszę przerwała młoda gospodyni; - Moja babcia opowiadała mi, że kiedy tu zamieszkała, miała 13 lub 14 lat. Jej rodzice robili porządek po wcześniejszych lokatorach, ale babcia uparła się i nie pozwoliła, aby wyrzucić lub zniszczyć ten właśnie obraz. Być może dlatego, że na jego odwrocie zobaczyła polski napis. Babcia, już jako dziecko, była bardzo religijna i bogobojna. Zwierzyła mi się, że nieraz modliła się za kogoś nieznajomego, kto prosił Boga lub człowieka o pamięć. Zdejmę obraz ze ściany, to zobaczymy napis. -Ja wiem, co jest tam napisane... Ja wiem... Tam jest napisane PAMIĘTAJ O EDEL! - szepnęła staruszka. - Skąd pani o tym wie? Zaraz, przecież to pani ma na imię Edel. To znaczy... Czyżby to pani napisała... - Młoda kobieta zdjęła obraz ze ściany, odwróciła go i naszym oczom ukazał się napis wykonany czarną grubą kreską, nieco wyblakłą, bo noszącą ślady minionego czasu. - Pamiętaj o Edel. Kiedy emocje opadły, pani Edelgarda Kowal opowiedziała nam historię, którą usłyszeliśmy nie tylko my, ale także stary dom, na ganku którego siedzieliśmy do wieczora, ukrzyżowany Chrystus, którego wizerunek patrzył na nas smutno, a który co jakiś czas Edel gładziła swoją pomarszczoną ręką. Z jej chaotycznej opowieści wyłoniła się historia, jakich, być może, wiele... Mówiła bardzo chaotycznie, goniąc uciekające myśli. Głos jej się łamał, aby po chwili odzyskać równą intonację. Opowieść, przeplatana łkaniem, utrudniała jasność zrozumienia poszarpanych zdań. Słuchaliśmy w milczeniu zwierzeń starej kobiety, do której wróciło dzieciństwo, dom rodzinny i koszmar wojennego czasu. Grażyna Kamyszek 27 *** OPOWIEŚĆ EDELGARDY KOWAL, KTÓRĄ UPORZĄDKOWAŁAM Z CHAOSU WSPOMNIEŃ Uciekaj, Edel! Błagam cię, szybciej! - rozpaczliwy głos matki niosło leśne echo. Trwoga odbijała się o pnie drzew, zahaczała o krzewy kruszyny i jeżyn. Edel uciekała, gnana panicznym lękiem przed tymi, którzy nieśli wolność. Biegła prosto w ich ramiona. Skąd mogła wiedzieć, że natknie się na nich właśnie w miejscu, które miało być jej schronieniem? Czerwone gwiazdy, czerwone twarze, brudne ręce, smród gorzały, rechot przeplatany obco brzmiącymi wyrazami wydobywającymi się z przepitych gardeł. Wierzgała jak rozjuszone zwierzę. Ciężkie wojskowe buciory kopały, domagając się uległości. W końcu ujarzmili jednym uderzeniem w głowę, mocnym, celnym. Gdy się ocknęła, była naga, lepka od cieczy, której dotąd nie znała, a która była wszędzie. Śmierdziała rybą. Zmieszana z zapachem leśnego runa przyklejała się do wątłego ciała. Ból chłodził styczniowy śnieg zabarwiony krwią. Zgarniała biały puch, przykrywała nim wstyd i poniżenie. Co to było? - pytały jej przerażone oczy. To czerwone gwiazdy przeszły przez wieś - odpowiedziało niebo nad jej głową - czyste, spokojne, obojętne. Oczy Edel pytały -dlaczego? A niebo znowu odpowiedziało — czerwone gwiazdy przeszły przez wieś. Mgliste promienie styczniowego słońca leniwie przedzierały się przez sosnowe gałęzie. Dziewczynka leżała bez ruchu. Nie czuła zimowego chłodu. Było jej ciepło, nie widziała czerwonych gwiazd tylko te świetliste, spadały z wysokiego nieba, a ona chwytała je, podrzucała jak ogniowe kulki. Jeśli któraś spadła, podnosiła z ziemi. Nie parzyły, były miłe w dotyku, więc je podrzucała ku górze. Wracajcie do swoich sióstr, tam jest wasze miejsce! - wołała. Było ich coraz więcej, a ona podskakiwała i podrzucała, i podrzucała... Nie, to nie ona zbierała gwiazdy. To czyjeś drżące, ciepłe ręce podnosiły jej zmasakrowane ciało, odrywały od chłodnej ziemi, sprawiały ból. - Edel, kochanie moje! - usłyszała głos matki. Wilhelm, biegnij po koc! Ona jest sina z zimna! Edel, ocknij się! Nie umieraj córciu! Błagam! Zawodzenie matki docierało gdzieś z oddali. Nie zrobiło na Edel szczególnego wrażenia. Dlaczego ją szarpią? To bardzo boli. Zostawcie mnie - krzyczała bezgłośnie - chcę do świetlistych gwiazd! Zostawcie mnie! Już od trzech miesięcy wpatrywała się w napis nad głową ukrzyżowanego Chrystusa. GOTT MIT UNS. Odkąd pamięta, obraz wisiał na ścianie w sypialni od zawsze. Kiedyś zdjęli go z Wilhelmem, starszym bratem Edel, aby przyjrzeć się dokładnie ozdobnemu napisowi wykonanemu z wosku. Podziwiali misterną pracę nieznanego autora, który włożył cały swój artystyczny talent, aby poszczególnym literom nadać gotycki wygląd. Figura Chrystusa i krzyż, na którym wisiało przezroczyste ciało Stwórcy, także był z wosku. O Edel też mówiono, że jest podobna do woskowej figury. To dobrze, że tak mówiono, bo swoim trzynastoletnim rozumem czuła, że łączy ją coś szczególnego z Ukrzyżowanym. Tylko że ten biedak ciągle wisiał, a ona wygodnie leżała. Postanowiła, że kiedy nadejdzie ciepła wiosna, która sprawi, że Edel odzyska zdrowie i nabierze tyle sił, aby wstać z łóżka, wystawi obraz na słońce. Niech ciepłe promienie skrócą cierpienie Chrystusa, roztopią wosk i jego udrękę. 28 Pamiętaj o Edel Od tamtego dnia, kiedy czerwone gwiazdy pojawiły się we wsi, dla wielu mieszkańców świat nabrał innego wymiaru. Edel słyszała rozmowy matki z sąsiadkami. Dowiedziała się o Irmie, swojej młodszej koleżance, którą znaleziono zakatowaną w stodole, o zabitych sąsiadach broniących swych kobiet, o bracie Wilhelmie, który cudem ocalał, o trzech domach spalonych doszczętnie. Kiedy słyszała ciche, trwożliwe rozmowy, coraz bardziej zapadała się w siebie, nie mogła wydobyć głosu, nie wyartykułowała ani jednej zgłoski. Gdy podejmowała próby kontaktu, jej gardło wydawało skowyt ranionego zwierzęcia. Milczała więc, milczeniem niemowy. W ich domu coraz częściej pojawiała się stara Freitaczka, wiejska znachorka, uzdrowicielka i akuszerka w jednej osobie. Przynosiła zioła na wzmocnienie, po których Edel zawsze wymiotowała. Swoją pomarszczoną twarzą przypominała korę starego dębu. Edel znała ją od dawna i powinna przywyknąć do jej wyglądu, ale nieraz wyglądała przerażająco, wzbudzając w dziewczynce lęk i obrzydzenie, szczególnie wtedy, gdy brudne ręce znachorki dotykały jej brzucha i krocza. Wyła wtedy jak zranione zwierzę, widząc czerwone gwiazdy. Któregoś dnia znowu napojono ją płynem o wyjątkowo dziwnym smaku. Szklankę podał jej Wilhelm. Tylko do niego miała zaufanie, tylko jego się nie bała. Nie patrzyła na starą Fre-itaczkę, stojącą u wezgłowia. Wpatrywała się tępo w zwieszoną bezradnie głowę Chrystusa i coraz mniej wyraźnie go widziała. Napis GOTT MIT UNS rozmazywał się coraz bardziej, roztapiał, a przecież nie było słońca... Gdzieś z daleka docierał głos matki.... - Może nie róbmy jej tego. Może samo zejdzie. Pamiętasz co było z Elzą? Cała wieś huczała, że chciałaś ją wykończyć. Dobrze, że akurat w pobliżu był doktor Winter i zatamował krwotok, ale Elza już nigdy nie urodzi. A teraz jak coś nie pójdzie, to się dziewczyna wykrwawi. Znikąd pomocy. Nie wiadomo, czy w miasteczku jakiś doktor został, a poza tym nie byłoby czym dowieźć. - Sama mówiłaś Kowalowa, że ona już dwa lata regularnie swój czas ma, to i nie dziwota, że zaszła. Tak zrobię, żeby nie uszkodzić. Samo nie zejdzie. Nie zejdzie! Już ja swoje wiem. Tydzień próbowałam spędzić, tydzień Willi poił ją ziółkami i nic. U niejednej by już dawno zeszło, a tu nic. Trzyma mocno ruskie ścierwo! - zaskrzeczała piskliwie znachorka. W odpowiedzi usłyszała westchnienie matki, pełne niepokoju i troski. - Niech Kowalowa trzyma pręt nad ogniem, odkazić trzeba i wymyć. Zrobimy wszystko jak należy - wydawała dyspozycje starucha. Wilhelm, ukryty za niedomkniętymi drzwiami, domyślił się, o czym rozmawiały kobiety. Kiedyś zakradli się z chłopakami pod dom staruchy i przez niezasłonięte okno widzieli, jak Freitaczka wkładała młodej dziewczynie pręt między rozwarte nogi. Któryś z chłopaków, widać bardziej obyty z życiem, skomentował widok jęczącej kobiety - dzieciaka z niej wygrzebuje i będzie znowu mogła się puszczać. Kiedy matka rozchyliła nogi Edel, a starucha zbliżyła się do nieprzytomnej dziewczyny, Wilhelm wpadł do pokoju jak oszalały. Grażyna Kamyszek 29 - Zostawcie ją! Wynocha, ty stara czarownico! Nie skrzywdzisz mojej siostry! Wyrwał pręt z rąk zdziwionej znachorki i okładał ją na oślep kawałkiem metalu, a ta kuliła się pod razami, zasłaniała swoją szpetną twarz, na której pojawiły się krople krwi. - Przestań, Willy! To dla jej dobra! Ona ma tylko 13 lat! Widzisz co z nią jest. Leży jak kłoda i nie wie o Bożym świecie. Sama jest nienormalna, to i nienormalne urodzi. Zrozum to chłopaku. Ty nic nie poradzisz! - krzyczała matka. - Chcesz to ruskie nasienie wychować. Coś ty tak skacapiał - zaskrzeczała Freitakowa, rozmazując krew na pooranych bruzdami policzkach. Wyglądała jak stara wampirzyca po krwawej uczcie. Wilhelm rzucił prętem w znachorkę, wybiegł z domu, aby nie być świadkiem tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Biegł przed siebie, a drżące nogi wiodły go nad Wisłę. Usiadł nad brzegiem wzburzonej wody, której fale szemrały o różnych dziwnych wydarzeniach. Niosły je aż z gór. Już niedługo rozpłyną się w wodach Bałtyku, mają już tak blisko... Niosły też i jego krzyk, pełen rozpaczy i bólu. Gdy po długim czasie wrócił, usiadł przy łóżku Edel i wpatrując się w twarz siostry, próbował odnaleźć w niej dawne rysy. Jakże się zmieniła. Jej, niegdyś pełna, rumiana twarzyczka przypominała buzię porcelanowej lalki, na której ktoś z przesadną dokładnością, czarną kredką namalował szerokie łuki brwiowe i przykleił nienaturalnie długie rzęsy. Mały zadarty nosek i wydatne usta uzupełniały porcelanową twarz. Tylko policzki były inne, nie pucułowate jak u lalki, ale zapadnięte jak u zabiedzonego, niedożywionego dziecka, które cudem wyrwano śmierci. Willi z troską gładził twarz siostry, a ona, jakby nagle wyrwana z koszmarnego snu, oderwała głowę od poduszki i zwymiotowała mieszaninę ziół, którą wcześniej napoił ją brat. - Wyrzuć to z siebie, Edel. Dobrze. Jeszcze raz. No, zmuś się! Niech to świństwo Freitaczki wyjdzie z ciebie. Zobaczysz, będzie dobrze. Przepraszam cię siostrzyczko. To moja wina, że nie obroniłem cię przed tymi głupimi babami. Przepraszam... Przyniosę miskę z wodą, umyję cię. Edel wpatrywała się przekrwionymi oczami w wiszącego Chrystusa. Był w oparach mgły, ale widziała jego zakrwawioną rękę. Oderwał ją od krzyża i wyciągał ku niej. Widziała wielki gwóźdź spadający w dól. Ona wyciągnęła swoją małą rączkę w kierunku obrazu i szepnęła - Gott mit uns. Gott mit uns... Wilhelm usłyszał słowa wypowiedziane przez Edel. Podszedł do siostry, objął ją z czułością i szepnął - ty mówisz, Edel, powtórz to, co powiedziałaś przed chwilą. - Gott mit uns. Willy, podnieś gwóźdź, bo upadł... - Będzie dobrze, Edel, na razie nie wiesz, co mówisz. Najważniejsze, że odzyskałaś mowę. Będzie dobrze... - Oddaj mu gwóźdź... - Dobrze. Oddam. 30 Pamiętaj o Edel Wilhelm nie dociekał, o co chodzi Edel. Wiedział, że dziewczynka jest jeszcze odurzona i trochę to potrwa, zanim będzie można się z nią swobodnie skontaktować. Najważniejsze, że zaczęła mówić. Bał się, że zostanie tak już na zawsze, że każdego dnia będzie tępym wzrokiem wpatrywać się w obraz Ukrzyżowanego. Nieraz miał ochotę zdjąć ze ściany woskowe dzieło, upatrując w nim przyczynę niemocy siostry. Przygotował nawet obraz łąki, na której pasły się sarny, ale nie zdążył go powiesić. Oby Edel znowu nie przestała mówić, oby znowu coś jej nie zablokowało. Wiedział, że najgorszy może być widok czerwonych gwiazd, ale nie było ich we wsi. W miasteczku owszem, można było spotkać Rosjan, ale ci podobno nie byli groźni. Mokrą ścierką wycierał brudną twarz siostry. Zbierał cuchnącą maź z poduszki. Nie brzydził się. Widział o wiele gorsze rzeczy. Zatykał nos, kiedy grzebali z kolegami rozkładające się zwłoki mieszkańców wioski. Usypywali prowizoryczne kopczyki, wkopywali prymitywne tabliczki z nazwiskami, żeby w przyszłości, ktoś, kto będzie przenosił szczątki na odległy cmentarz, wiedział, kogo kryje stary koc lub derka. Nieraz chodzili z chłopakami nad brzeg rzeki, której nurt wydawał bezimienne, ludzkie szczątki. W owym feralnym dniu, kiedy we wsi pojawiły się czerwone gwiazdy, jedyną pocieszającą myślą było przekonanie, że Edel zdążyła'ukryć się w zamaskowanej niszy w rogu stodoły. Takich tajemnych miejsc było we wsi kilka. Słyszał krzyk matki - uciekaj Edel! Widział biegnącą siostrę i był szczęśliwy, że jest bezpieczna. Widział, jak Ruscy wepchnęli matkę do domu. Nigdy jej nie zapytał, czy i ją zgwałcili. Wołał nie wiedzieć. Widok umierającej siostry, którą przenieśli z matką do domu, pozbawił go złudzeń i jakiekolwiek pytania były zbędne. A matka uciekała wzrokiem przed spojrzeniami syna. Nieraz miał ochotę przytulić tę kruchą istotę, zagubioną w nawale wydarzeń, wyczekującą powrotu męża, przygnębioną widokiem córki. Może chociaż trochę rozjaśni jej smutną twarz wiadomość o tym, że Edel odzyskała mowę. - Mamo, Edel mówi! Chodź, posłuchaj - zawołał w kierunku drzwi kuchennych. Weszła, niepewna i wystraszona. Bała się własnego syna. Miała poczucie winy, że jest złą matką, bo przecież oddała córkę w łapy czarownicy. Usiadła na brzegu łóżka i ujęła chudą rękę Edel. - Córuchno, porozmawiasz ze mną? - odezwała się cicho. - Podnieś gwóźdź... Gott mit uns... - wyszeptała, patrząc na woskowy obraz. - Co ty mówisz? Dziecko! - Ona jeszcze nie doszła do siebie po tych ziołach od Freitaczki, ale jutro będzie lepiej. Dajmy jej spokój. Niech się wyśpi - uspokajał ją Willy. Mamo, co z nami będzie? - Musimy zostawić wszystko i wyjechać. Nie ma tu dla nas życia. Żałuję, że nie wyjechaliśmy wcześniej, może nie byłoby tego nieszczęścia z Edel. - Mamo, ale my jesteśmy Polakami. Nazywamy się Kowal. Ojciec to Jan Kowal. Grażyna Kamyszek 31 - Jesteśmy Niemcami. Przecież wiesz, że ojciec podpisał volkslistę i przepadł gdzieś na wschodnim froncie. Może kiedyś wróci... - szepnął z nadzieją w głosie Wilhelm. - On już nie wróci, synu. Żałuję, że uparłam się, aby dać wam niemieckie imiona - Edel-gard i Wilhelm. Teraz to będzie waszym przekleństwem. Wszyscy biorą was za Szwabów, ale uzgodniliśmy z twoim ojcem, że on da wam nazwisko a ja imiona. Tak się podzieliliśmy. Jestem Niemką. Sam wiesz, jak kaleczę polski. Nie to co wy, wam obojętne czy mówicie po polsku czy po niemiecku. Przytuliła syna do siebie, a on, zdziwiony nagłym przypływem czułości, z trudem wyzwolił się z jej uścisku. Mijały kolejne tygodnie. Edel coraz mniej krwawiła i z dnia na dzień odzyskiwała siły. Chętniej jadała i bez strachu wychodziła na podwórze. Wpatrywała się, mrużąc oczy, w majowe słońce. Nieraz miała ochotę zapytać matkę o to, co się wydarzyło, ale po co pytać. Wszystkiego dowiedziała się od Willego. Kiedy odzyskała mowę, kiedy zaczęła poruszać się po domu i włączać w codzienne obowiązki, zaczęła zadawać pytania, nie matce, ale bratu. A on z powagą, rzeczowo starał się odpowiadać na każde pytanie, nawet to najbardziej intymne i wstydliwe. A Edel pytała, jakby chodziło nie o nią, a zupełnie obcą osobę, której przytrafiła się dziwna rzecz. Nieraz zapominała, że to ona jest główną bohaterką wydarzeń, ale Wilhelm nie zwracał na to uwagi. Intuicyjnie czuł, że pytania typu - to oni kładli się na nią, czy to ją bolało, czy krzyczała? - pozwalały siostrze na uporanie się z koszmarem, jaki przeżyła. Gdy pojawiała się matka, milkli oboje. Nigdy nie rozmawiali w jej obecności. Któregoś dnia Edel postanowiła zrealizować obietnicę daną Ukrzyżowanemu. W tym celu zdjęła obraz ze ściany i wystawiła go na działanie promieni słonecznych. Obserwowała, kiedy wreszcie słońce roztopi wosk i skróci mękę Chrystusa. Dziwnie wyglądał wizerunek Chrystusa z tej perspektywy. Inaczej go postrzegała, kiedy leżała i całymi godzinami wpatrywała się w wiszącą postać. Teraz, kiedy siedziała obok niego i od czasu do czasu zaglądała, czy już zaczyna się coś dziać, poczuła się jak intruz podglądający kogoś znajomego, jak ktoś ciekawski i niedyskretny. Czekała cierpliwie, ale wosk nie zmieniał swojej konsystencji. Willi stwierdził, że to na pewno nie był czysty wosk, ale jakaś dziwna mieszanina, być może kleju, odpornego na działanie promieni słonecznych. Przeżyli kolejną zimę. Było ciężko, bo zapasy zgromadzone w niewielkiej ziemiance kurczyły się z dnia na dzień, a puste miejsca straszyły widmem głodu. Jakimś cudem doczekali wiosny a wraz z nią nakazu wyjazdu i opuszczenia domu. Pogodzili się z utratą głowy rodziny. Zbyt dużo czasu upłynęło, aby nadal łudzić się i czekać na powrót ojca. Nie pomagały codzienne modlitwy Edel o jego szczęśliwy powrót. Tylko ona nie traciła nadziei. Przed Wyjazdem zdjęła obraz ze ściany i na jego odwrocie, na grubej tekturze, czarną kredką napisała PAMIĘTAJ O EDEL. Prośbę skierowała do Boga i do ojca, na wypadek gdyby wrócił. Pakowali się w pośpiechu. Zabrali najpotrzebniejsze rzeczy. Obraz został na ścianie... 32 Pamiętaj o Edel *** Siedzieliśmy w milczeniu, poruszeni opowieścią pani Edel. Patrzyliśmy na wyblakły napis widniejący na odwrocie obrazu. Nie wiem, o czym inni myśleli, ale ja w tych znakach napisanych niewprawną, dziecięcą ręką, odnalazłam dramat niemieckiej dziewczynki, bezsens wojny, szacunek człowieka do człowieka i głęboką wiarę w Boga, wiarę, której ja nigdy nie doświadczyłam jako osoba traktująca sprawy boskie niezbyt poważnie. Kiedy patrzyłam na tę starą kobietę gładzącą z czułością szklaną taflę obrazu, który pozwolił skrzywdzonemu dziecku przetrwać trudne chwile, który potem kazał polskiej dziewczynce, a potem dojrzałej kobiecie modlić się o jakąś nieznajomą Edel, doszłam do wniosku, że moja znajomość ludzi i ich reakcji w różnych sytuacjach życiowych jest powierzchowna i niedoskonała. Z głębokiej ciszy i zadumy wyrwał nas głos pani Edel; - Nie myślcie, że mam żal do tych, którzy mi to zrobili. My, Niemcy, też mamy na sumieniu grzechy, o których nie można zapomnieć. Wielu do dzisiaj opłakuje swoich bliskich. To była wojna, okrutna, bezsensowna... Po wielu latach zrozumiałam, co ze mną zrobiła znachorka. Miałam żal do matki, że oddała mnie w ręce staruchy. To za jej przyzwoleniem zostałam okaleczona na zawsze, nigdy nie mogłam urodzić dziecka, rozpadały się kolejne moje małżeństwa. Zostałam sama, a przecież mogłam urodzić to dziecko, wychować, bo to była też moja krew... Kiedy czytałam wojenne relacje i statystyki, wiem, że nie byłam jedyną, a jedną z kilkudziesięciu tysięcy kobiet, które urodziły dzieci w wyniku gwałtu Rosjan. To były okrutne czasy, ale nie można żyć w ciągłej nienawiści i chęci zemsty, bo ten nasz poukładany świat znowu runie. Mojej matce także wybaczyłam. Myślę, że zostałam ginekologiem, aby zrozumieć to, co ze mną zrobiła stara znachorka, ponadto chciałam brać w ręce dzieci wydane na świat i razem z matkami cieszyć się nowym życiem. Taką terapię sobie wymyśliłam... Kiedy zaczęliśmy zbierać się do odjazdu, młoda gospodyni zapytała: - Czy mam zapakować obraz? - Czy może tu zostać? - odpowiedziała pytaniem pani Edel. - Oczywiście, ale myślałam, że zechce go pani zabrać. To przecież pani własność. - Wołałabym, aby został. Może go pani trzymać na strychu, bo nie pasuje do nowego wnętrza. To nie jest moja własność, ale nasza... wspólna. Tu jest jego miejsce. Ja niedługo odejdę i wtedy wyrzucą obraz razem ze mną, a tu na pewno przetrwa. Jestem tego pewna. Nie miałabym go komu przekazać. -Jeśli taka jest pani decyzja, ja ją uszanuję. Szkoda, że moja babcia nie mogła uczestniczyć w tym spotkaniu. Rozmawiała z pani bratem, Wilhelmem, ale on nie był w środku. Siedzieli na ganku, więc nie mógł widzieć obrazu. Na pewno by go dostrzegł i opowiedział o nim, bo on tam wisiał od zawsze. Babcia nigdy nie pozwoliła go zdjąć ze ściany. A poza tym ona była już wtedy bardzo chora i miała kłopoty z pamięcią. Gdyby była zdrowa i w pełni sił umysłowych, z pewnością pokazałaby obraz gościowi z Niemiec, który kiedyś mieszkał w jej domu. Nie wiem, co z nim zrobię, ale obiecuję, że na pewno nie zostanie wyrzucony. Grażyna Kamyszek 33 Może oddam go do kościoła. Tam nie powinien nikomu przeszkadzać, mimo że widnieje na nim napis w języku niemieckim. W końcu „Gott mit uns” - „Bóg jest z nami” odnosi się do wszystkich katolików. Proszę nas jeszcze kiedyś odwiedzić, może w przyszłym roku, bo być może uda nam się skończyć remont. - Czy mogłaby pani coś dla mnie zrobić? - zwróciła się pani Edelgarda do młodej gospodyni. -Jeśli tylko będę mogła, to dlaczego nie? - Chciałabym, aby pani zamówiła mszę w tutejszym kościele, za pokój duszy babci. Skoro ona przez wiele lat modliła się o jakąś nieznaną sobie Edel, ja chciałabym się jej odwdzięczyć. Proszę, tu są pieniądze na mszę - staruszka położyła na stole zwitek banknotów. - Opowiem tę historię naszemu księdzu. Gdyby pani miała czas, można by zajrzeć do starych ksiąg kościelnych. Mój mąż bardzo interesuje się historią. Myślę, że nie odpuści sobie takiej gratki, żeby poznać dzieje tutejszych ludzi. Musiałaby pani zostawić swój adres. Na pewno przyślę jakieś informacje dotyczące rodziny pani matki i ojca. Proszę podać mi dane swojej rodziny. Zapiszę i na pewno spełnię obietnicę. Może we wsi żyje jeszcze ktoś, kto pamięta ludzi kiedyś tu mieszkających. Kiedy panie wymieniały się adresami, ja chodziłam po obejściu. Było cicho, a wieczorny śpiew ptaków potęgował poczucie bezpieczeństwa. Psy, które wypuściła gospodyni z kojca, przywykły do naszej obecności i łasiły się przyjaźnie do nóg. Aż trudno było uwierzyć, że ponad 60 lat temu miały tutaj miejsce tak drastyczne wydarzenia, ale w ciągu ponad półwiecza świat niewiele się zmienił. Ciągle ludzie wojują o swoją ziemię, o miedzę, o państewka, o godność, a wszystkiemu temu towarzyszy przemoc. Mordy i gwałty to norma w dzisiejszych czasach. Człowiek ciągle o coś walczy, nie ma spokojnego dnia na świecie. Powinno się chyba doceniać to, że póki co, patrzy się na te wszystkie bezeceństwa z pozycji wygodnego fotela przed telewizorem. Oby nie znalazł się jakiś zakompleksiony idiota, który dla swoich ambicji zechce zmienić porządek świata, zechce zburzyć spokój tego podwórka i wielu innych, które z takim trudem budowało się latami. Oby nie. Wracaliśmy w milczeniu, Każde z nas, zapewne po swojemu, analizowało wizytę w dawnym domu pani Edelgardy. Patrząc na twarz staruszki ze spokojem spoglądającą z okien samochodu na dawne miejsca, miałam poczucie, że stało się coś bardzo istotnego dla niej, dla Thomasa, dla młodej gospodyni i dla mnie. To była ważna wizyta dla nas wszystkich. 34 Mała strata Lech Brywczyński MAŁA STRATA Grzegorz przerwał czytanie, odchrząknął. Wypił łyk wody ze szklanki, przetarł okulary, a potem znów omiótł wzrokiem trzymany przez siebie tekst. Rozprostował kartkę, znalazł miejsce, w którym przerwał. Wziął głęboki oddech i znów zaczął czytać. Marcin chciał być szczęśliwy. Tylko tyle i aż tyle. Szukał szczęścia pełnego, nie uzależnionego od kaprysów zmiennego losu. Czy można go za to winić? Zaczął od pozbycia się tych przedmiotów, bez których mógł się doskonale obyć. W każdej wolnej chwili przeglądał półki, szuflady i inne zakamarki; wyrzucał stamtąd wszystko, co mogło nie być mu już potrzebne lub być potrzebne bardzo rzadko. Wiedział, że musi się uwolnić od balastu, który ciągnie go ku temu co płaskie i przyziemne. Żona, której nie wtajemniczał w swoje przemyślenia, była zaskoczona jego postępowaniem, ale i zadowolona. Wzięła jego wzmożoną aktywność za nagły zapał do prac porządkowych, do których nigdy przedtem nie był zbyt chętny. Po kilku tygodniach, kiedy większość półek i szuflad świeciła już pustkami, doszedł do wniosku, że po tym wszystkim nie jest wcale spokojniejszy, nie zwiększył swojego poczucia bezpieczeństwa. Od razu odkrył, dlaczego. „Pozbyłem się przedmiotów, nie pełniących ważnej roli w moim życiu. Ich strata wcale mnie nie zabolala. Teraz nadszedł czas na wyrzucenie tych rzeczy, które są bliskie mojemu sercu, których los nie jest mi obojętny. To będzie przykre, ale zarazem oczyszczające” - pomyślał. Od razu przystąpił do działania. Był bezwzględny: pozbywał się, wyrzucał, rozdawał... Nigdy jednak nie oddawał swoich rzeczy ludziom, mieszkającym w sąsiedztwie, bo obawiał się, że widok znajomych przedmiotów, będących już cudzą własnością, mógłby pobudzić wspomnienia. Tracąc kolejne dobra czuł się coraz lepiej: zupełnie jakby zrzucał z siebie ciężar, który go dotąd przytłaczał. „Własność. Posiadanie różnych rzeczy jest przyjemne, ale nieodłącznie połączone z obawą o ich utratę. Psychiczna cena towaru jest zatem wyższa od jego wartości. Lepiej nic nie mieć” - skalkulował. Długo zastanawiał się, co zrobić ze swoim ulubionym kanarkiem: wypuścić go, sprzedać czy może komuś dać? Wypuszczenie od razu skreślił, kiedy usłyszał od znajomego o tym, że wypuszczony przez kogoś niedawno ptaszek został niemal natychmiast zadziobany przez stado wróbli. „Rozdziobią nas kruki, wrony” - przypomniał sobie dawną, szkolną lekturę. „Ale żeby wróble?” Lech Brywczyński 35 W końcu oddał kanarka w prezencie sklepowi zoologicznemu, w którym kupował zazwyczaj ptasią karmę. „Nie będę odwiedzał więcej tego sklepu, bo na widok kanarka mógłbym poczuć żal. Nie mając ptaka, nie będę też tracił pieniędzy na ptasią karmę. Ale to tylko marginalna, uboczna korzyść. Moim celem jest oszczędzać zdrowie psychiczne, a nie pieniądze, jestem człowiekiem ideowym” - pomyślał z dumą. Przeglądanie i wyrzucanie swoich rzeczy doszło do listy jego zwykłych, codziennych zajęć. Czasem bywał zmęczony: obowiązków miał teraz więcej, a przecież dnia nie przybyło. Żona. Justyna. Kochał ją, ale zauważył, że zaczyna traktować i ją, i tę miłość jako balast, jako przeszkodę na drodze do błogiego, szczęśliwego życia. Rozważania na ten temat pochłaniały go coraz częściej, a wnioski były z każdym dniem bardziej radykalne. „Miłość niespełniona to brak wody w studni, miłość spełniona to wieczna obawa o to, że studnia wyschnie. Czy nie lepiej odzwyczaić się od picia wody?”Coraz bardziej nihili-styczny stosunek Marcina do dóbr materialnych i do niej samej nie umknął uwadze żony. Najpierw była zaskoczona, potem zniecierpliwiona, rozdrażniona i oburzona, a w końcu odeszła. Tak po prostu, bez większej kłótni: spakowała się i wyszła, by nigdy więcej nie pojawić się w jego życiu. To wydarzenie było dla niego ciosem bardzo dotkliwym, ale zniósł je mężnie. „Mała strata, jeszcze jedno zmartwienie mniej” - przekonywał sam siebie kiedy czuł, że zaczyna tęsknić za Justyną. Powtarzał sobie, że teraz, po rozstaniu, na pewno wiedzie się jej znakomicie. Ale sprawdzać nie zamierzał: gdyby okazało się, że jest inaczej, przejąłby się tym i jego pogodną równowagę ducha szlag by trafił. Czasem - na szczęście rzadko! - zdarzały się chwile, kiedy tracił motywację, kiedy zaczynał wątpić w słuszność drogi, jaką obrał. W takich razach, aby znaleźć pocieszenie i umocnić się w swoich racjach, sięgał po lektury. Zazwyczaj były to powieści, których fabuły źle się kończyły, a z każdej stronicy biło pesymistyczne przesłanie. Jeśli to nie wystarczyło, sięgał po żywoty męczenników, po jakieś trudno zrozumiałe, awangardowe poematy albo demo-tywatory. Zawsze pomagało. Kiedy pozbył się już niemal wszystkiego, co wiązało go z życiem, zaczął się zastanawiać nad sensem samego istnienia. „Mój ojciec żył dziewięćdziesiąt lat. Tyle przeżył, tylu ludzi poznał... A na jego pogrzeb przyszło zaledwie kilkanaście osób, w tym krewni. To jaki ślad my po sobie zostawiamy? Jesteśmy jak kamień, który ktoś wrzuci do wody: fale się rozejdą i już po chwili znikają.” Ten wniosek go nie zadowolił, poszedł dalej. „Skąd wiadomo, że żyję? To, że myślę, nie musi wcale oznaczać, że jestem. Może tylko myślę, że jestem, a tak naprawdę mnie nie ma? Czuję, widzę, słyszę, ale i to o niczym nie świadczy. Ludzkie zmysły są ułomne. Przydałby się jakiś dowód na moje istnienie...” Po namyśle doszedł do wniosku, że dowód tak taki istnieje. Śmierć, tylko śmierć! 36 Mała strata „Jeżeli nie istnieję, to śmierć mnie nie dotyczy. Przecież nie mógłbym stracić życia, nie posiadając go. Jeśli zatem umrę, to udowodnię, że żyłem. Będę tylko musiał ustawić kamerę, która zarejestruje moją śmierć. To będzie ważny materiał do badań.” Z myślą o samobójstwie, nawet popełnionym dla dobra nauki, nieprędko się pogodził; w końcu przez lata przyzwyczaił się do przeświadczenia o własnej egzystencji. Był jednak nieugięty: uparcie powtarzał sobie, że życie to nałóg, z którym trzeba zerwać. „Kiedy byłem dzieckiem, kazali mi się ciągle uczyć... Będąc w wojsku musiałem się czołgać, brnąć przez bagno i pokonywać tor napalmowy... Potem trzeba było dawać z siebie wszystko w pracy... A problemy sercowe, rodzinne, finansowe? Tak traci się zdrowie po kawałku, a kiedy nadchodzi starość, wszystko wychodzi na wierzch. Lepiej nie czekać na emeryturę, tylko skończyć z sobą, będąc w pełni sil. I dostać się na te mityczne Wyspy Szczęśliwe, o których tyle pisali starożytni.” Po miesiącu wewnętrznych zmagań podjął nieodwołalną decyzję - postanowił, że targnie się na swoje życie. Od tej pory zastanawiał się już tylko nad techniczną stroną zadania, nad tym kiedy i jak je wykonać. „Kiedy? Na pewno nie w zimie. Ziemia twarda, zmarznięta, grabarze klną, bo biedzą się z wykopaniem grobu. Na pogrzebie wszyscy drżą z zimna: myślą nie o zmarłym ale o tym, kiedy wreszcie można będzie pójść na stypę i zjeść coś gorącego. Nie chcę nikomu sprawiać takich przykrości, dlatego muszę załatwić sprawę teraz, kiedy jest ciepło, kwiaty kwitną, a ptaszki śpiewają. Tak, zrobię to najdalej za tydzień, jeszcze w czerwcu” - zadecydował. Jak? Z odpowiedzią na to pytanie problemu nie miał: postanowił się otruć. Przypadkowo dowiedział się z telewizji, że jeden z leków, które akurat bierze, działa jak mocna trucizna, jeżeli zostanie spożyty w nadmiernej dawce. „Biotę po pół tabletki dziennie, to ile muszę wziąć naraz, żeby z sobą skończyć? Dziesięć? Nie, to może być za mało, wezmę dwadzieścia. Albo dwadzieścia jeden, to szczęśliwa liczba. Oczko.” Jak powiedział, tak zrobił. Niestety, zapomniał o jednym - o tym, że tuż przed zażyciem zabójczej dawki leku postawił garnek z zupą na gaz. On wkrótce stracił przytomność, a tymczasem zupa wykipiała i zgasiła płomień. Gaz zaczął się ulatniać... Konsekwencją był wybuch, który poczynił znaczne szkody w całej kamienicy, a kilku mieszkańców odniosło mniejsze lub większe obrażenia, na szczęście nie zagrażające ich życiu. Co gorsza, Marcin źle wyliczył śmiertelną dawkę leku: dwadzieścia jeden tabletek to było za mało dla jego silnego, wysportowanego organizmu. Nie umarł, po krótkim pobycie w szpitalu wrócił do zdrowia. Dlatego siedzi teraz tutaj, obok mnie, na ławie oskarżonych, a nie na Wyspach Szczęśliwych, które sobie wymarzył. Grzegorz przerwał czytanie, napił się wody, bo zaschło mu w gardle. Rozejrzał się po sali, a potem znów przysunął do oczu swoją kartkę. Lech Brywczyński 37 Chciałbym jednak podkreślić, Wysoki Sądzie, że wzmiankowany wybuch był nie zamierzonym, ubocznym skutkiem działań, podjętych przez mojego kłienta. Działań, dodajmy, mających na celu nie tylko dobro jego samego, w tym przypadku utożsamiane z odebraniem sobie życia, ale także dobro społeczne. Próbując popełnić samobójstwo, mój klient chciał jeszcze tym swoim ostatnim czynem przysłużyć się nauce, wzbogacić skarbnicę ludzkiej wiedzy. Z niewielką jedynie przesadą stwierdzić można, że pragnął służyć ludzkości do ostatniego tchnienia. Biorąc powyższe pod uwagę wnoszę, Wysoki Sądzie, o uniewinnienie mojego klienta. Grzegorz usiadł, wziął głęboki oddech, otarł pot z czoła. Pocieszająco poklepał po ramieniu pogrążonego w ponurej zadumie Marcina. Wędrówki po prowincji Andrzej Kasperek OSTATNIA... Przestrzelona przez czerwonoarmistę fotografia matki p. Krystyny, fot. ŻPH Andrzej Kasperek 39 W „Prowincji” często piszemy o mennonitach. Sam pisywałem o ich nieraz, m.in. w artykule poświęconym żuławskim korzeniom Anny German zamieszczonym w numerze 12. Nie chcę więc powtarzać historii holenderskiego osadnictwa w delcie Wisły. Kilka faktów jednak należy tu przypomnieć. Dzieje mennonitów na Pomorzu zaczynają się w XVI wieku. Warto jednak odnotować, że Holendrów, cenionych ze względu na umiejętności zagospodarowywania gruntów podmokłych, sprowadzano tu od końca XIII wieku, kiedy to komtur Meinhard von Querfurt osiedlił ich w miejscu dzisiejszego Pasłęka, zwanego wówczas Hollandt, później PreuBisch Holland, czyli Pruska Holandia. Taki był początek intensywnego, trwającego aż do początków XIX w. osadnictwa olę-derskiego. Pierwsi wygnańcy z Niderlandów pojawili się na Żuławach Gdańskich, zniszczonych i opuszczonych przez mieszkańców w wyniku katastrofalnych powodzi w latach 1540, 1543 i 1547. Z likwidacją ich skutków nie mogli poradzić sobie miejscowi chłopi. Mennonickie osadnictwo objęło spustoszone po wojnie polsko-krzyżackiej (1519-21) Żuławy Malborskie a następnie rozszerzyło się na starostwo puckie (Karwieńskie Błota) oraz tereny położone niżej w dorzeczu Wisły - okolice Kwidzyna, Świecia i Grudziądza. W XVII wieku dotarło na Mazowsze (Kazuń Niemiecki, Saska Kępa) oraz do Wielkopolski i Galicji. Szacuje się, że na terenach Rzeczpospolitej powstało co najmniej 1700 osad olęderskich, z czego w przynajmniej 300 przypadkach osadnikami byli etniczni Holendrzy. Oznacza to, że z biegiem czasu termin utracił swoje znaczenie narodowościowe i olędrami nazywano wszystkich osadników, otrzymujących przywileje opierające się na prawie wprowadzonym właśnie przez niderlandzkich kolonistów. Koniec zjawiska osadnictwa olęderskiego przyniósł rok 1945. Edmund Kizik, wybitny znawca tej problematyki, swój artykuł o dziejach mennonitów w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach zatytułował: „Ziemia obiecana - ziemia utracona”. Tytuł trafny i jakże wymowny. Osadnicy znaleźli tu swoje miejsce na ziemi, pozwolono im pracować, żyć i modlić się po swojemu. Pracowici, ambitni, dobrze wykształceni, gospodarni bogacili się sami, ale mieli też pozytywny wpływ na polską gospodarkę wiejską. Przybycie kolonistów z Niderlandów i Fryzji było impulsem rozwojowym dla polskiego rolnictwa. Pokazało, że wydajniejsza i sprawniejsza gospodarka ludzi wolnych dawała większe dochody właścicielom ziemskim. Świat królewskich przywilejów i gwarancji wolności skończył się wraz rozbiorami Polski. Król pruski Fryderyk II nie respektował prawa wyznawców Menno Simonsa do zwolnienia ze służby wojskowej, nie pozwalał im dokupywać ziemi, nakazał używać języka niemieckiego. Ci, którzy chciełi przestrzegać literalnie religii przodków decydowali się na emigrację do Ameryki lub Rosji. Peter J. Klassen w książce „Ojczyzna dla przybyszów. Wprowadzenie do historii mennonitów w Polsce i Prusach” pisze: „Stopniowo mennonici zaczęli akceptować służbę wojskową traktując ją jako obowiązek obywatelski. Skończyły się zatem lata pacyfizmu. Obecna w pruskiej kulturze potężna siła nacjonalizmu i militaryzmu zmieniła charakter mennonickiej religii w tym państwie. Mennonici holenderscy zostali poddani prusyfika-cji. Wydarzenia następnych lat w Prusach oraz Niemczech utrwaliły tę historyczną zmianę. 40 Ostatnia... Już pod koniec XIX wieku większość mennonitów na ziemiach pruskich identyfikowała się z kulturą pruską”. Dobrowolna lub częściowo dobrowolna germanizacja oznaczała coraz większe odstępstwa od dawnej ortodoksji, znikał pacyfizm, język niemiecki stał się mową codzienną, reszty dopełniła pruska szkoła, urzędy i armia. Mennonici, którym przez sto lat pozostawania pod władzą królów pruskich udawało się ocalić zasadę nienoszenia i nie-używania broni, ponieważ pozwalano im na wykup od służby wojskowej, zostali od 1867 r. zmuszeni na podstawie nowej ustawy o powszechnej służbie wojskowej do stawiania się do poboru. Co prawda, jak pisze Kizik: „została ona złagodzona i proponowano [im] służbę zastępczą lub pomocniczą w jednostkach zaopatrzenia (jako woźnice, pisarze itp.), to sam obowiązek ćwiczeń z bronią, noszenia munduru oraz złożenia przysięgi wojskowej [w wyznaniu tym obowiązuje zakaz przysięgania na cokolwiek] dla wielu konserwatywnych środowisk był nie do zaakceptowania”. Oznaczało to tylko jedno - dostosować się lub wyemigrować. Druga połowa XIX w. to nowa fala migracji, ale już nie do Rosji (bo tam stopniowo przywileje dla przybyszów zaczęto znosić), ale do Kanady i Stanów Zjednoczonych, gdzie ich populacja obecnie Uczy prawie 600 tysięcy, dziesięć razy więcej niż w Europie. Ci, którzy pozostali na Żuławach byli już Niemcami wyznania menonickiego i na tle innych grup ludności żuławskiej wyróżniali się tylko zamożnością. Pacyfizm pozostał legendą a wielu mennonitów walczyło w szeregach Wehrmachtu. Poparcie dla nazizmu wśród mieszkańców tych terenów było bardzo silne. Związane to było przede wszystkim z świadomością, jak wielkie straty gospodarcze dla Żuław spowodowała polityczna decyzja o utworzeniu państewka pod nazwą Wolne Miasto Gdańsk. Odcięcie od niemieckich rynków spowodowało zbiednienie tych tak bogatych dotąd terenów. A dla goebbelsowskiej propagandy byli oni „dolnoreńskimi pionierami na Wschodzie”. Zniemczenie mennonitów widać było też na terenach włączonych do II Rzeczypospolitej. Kazimierz Mężyński opisuje w swym artykule, że w 1937 r. w czasie odwiedzin w gminach Grupa i Mątawa pod Grudziądzem widział portrety Hitlera a uczniowie z tych gmin uczęszczający do niemieckich liceów w Bydgoszczy i Grudziądzu należeli do Hitlerjugend. Jednak bywało też zgoła inaczej w innych gminach leżących na terenie odrodzonej Polski. Ryszard Linscheid, urodzony w mennonickiej rodzinie w Kuńkowcach na Podkarpaciu, był polskim oficerem, który trafił do sowieckiej niewoli i został zamordowany w Charkowie. Niektórzy wyznawcy doktryny Menno Simonsa potrafili jednak w tych trudnych czasach dostrzec niebezpieczeństwo popierania hitleryzmu i przestrzegali przed nim. W czasie II wojny światowej mieszkańcy Żuław aż do 1945 roku nie odczuwali żadnych niedogodności związanych z wojną. Żyli i pracowali jakby wojna ich nie dotyczyła, oczywiście czasem przeleciała eskadra bombowców, które zmierzały nad Królewiec, na ulicy pojawili się ludzie w pasiakach, czyli więźniowie KL Stutthof zatrudniani przy pracach polowych lub w nowodworskich warsztatach. Z frontu napływały też zawiadomienia o zabitych, zaginionych. Ale w porównaniu z innymi regionami Rzeszy było tu niemal sielankowo. Dopiero wieści z terenów zajmowanych przez Armię Czerwoną zaczęły budzić lęk. Informacje o mordach i gwałtach, rabunkach i wandalizmie stawały się coraz częstsze. Dla mennonitów były one tym wyraźniejsze, że mieli oni świadomość tego, jaki los spotkał ich krewnych z kolonii rozsianych na Ukrainie i w Rosji. Byli oni wysiedlani, rozstrzeliwani, Andrzej Kasperek 41 tępieni. Mennonici, którzy nie uciekli przed bolszewikami zostali przez Stalina zesłani na Sybir lub skazani na „dziesięć lat bez prawa korespondencji” co było eufemistycznym określeniem kary śmierci. Wystarczy wspomnieć los ojca Anny German i jej krewnych. Zaś po wybuchu wojny potomkowie osiedleńców z Żuław, byli jako podejrzani o kolaborację z Hitlerem przesiedlani na Syberię i do Kazachstanu. Tylko niektórym udało się wydostać się z ZSRR wraz z Wehrmachtem. W styczniu 1945 r. zaczął się eksodus mieszkańców Żuław. Kończyła się epoka, która trwała od XVI w. A nawet wcześniej, jeśli pamiętać o osadnictwie krzyżackim. Nastąpiło „nagłe i nieodwracalne zniszczenie miejscowej żuławskiej kultury - specyficznej cywilizacji, wielowyznaniowej społeczności żuławskich luteranów, katolików i mennonitów”. (E. Kizik) Ci, którzy przetrwali ucieczkę w mroźnym styczniu roku pamiętnego osiedlali się w Niemczech, Holandii albo jechali dalej - do Paragwaju, Kanady, USA. Wśród tysięcy uciekinierów była też rodzina Krystyny Weilandt, czyli wówczas jeszcze Christine Wiehler. Jej przodkowie należeli do zamożnych gospodarzy w Markusach. Gospodarzyli na prawie 40 hektarach, mieli wielki sad (osiemdziesiąt jabłoni i śliw), mieszkali w dużym domu podcieniowym zbudowanym w roku 1775. Wioska była mennonicka, ale kościół był w miejscowości Jezioro. Pani Krystyna wspominała: „Domy piękne były, każdy miał bydło, gęsi, pole. My mieliśmy szesnaście dojnych krów. Mieliśmy bryczkę na co dzień, bryczkę na niedzielę, do tego lejce pięknie złotem wykańczane. Ojciec w kapeluszu jeździł. I była też kryta kareta. Nie każda rodzina tak miała, tylko ci najbardziej pracowici. Chodziliśmy do kościoła w miejscowości Jezioro - pieszo albo bryczką jechaliśmy, albo na rowerach. Rodzice w tym kościele brali ślub. Dawał go im mój dziadek, Rudolf Wiehler. Był pastorem u mennonitów w Markusach, miał czternaścioro dzieci. Podczas ślubu, jak ręce składał na błogosławieństwo, to zawału dostał. I za cztery dni zmarł. Po wojnie Polacy z tego kościoła zrobili magazyn zbożowy. Nabożeństwa mennonickie były tylko w niedzielę, bo pastor też gospodarstwo miał, musiał pracować. Komunię też przyjmowaliśmy, wino było w kieliszku. Komunię tylko dwa razy do roku: na Zielone Świątki i na Wszystkich Świętych. W tym samym kościele ja się ochrzciłam, bo mennonici chrzczą się jako dorośli i bez świadków, na własną odpowiedzialność”. Rodzina Christy przybyła na teren Żuław na początku XVII w. Była to rodzinna wielodzietna, co było zresztą tradycją u mennonitów. W Muzeum Żuławskim jest fotografia, na której widać ojca Christiny siedzącego na długaśnej drabinie opartej na dachu stodoły w towarzystwie swych dwunastu braci i sióstr. Wiehlerowie mieszkali w takich miejscowościach jak Jasna, Kępniewo, Markusy, Rozgart, Szaleniec, Klecie i w Elblągu. Trzeba tu dodać, że wybitnym członkiem tej familii jest Frank Wiehler, przewodniczący Koła Arbeitskreis Po-len z Niderlandów i Ameryki, uczestnik i współorganizator zjazdów mennonitów w Polsce. Kilka lat temu przekazał on elbląskiemu Muzeum Archeologiczne-Historycznemu „Wyznanie wiary mennonitów” („Glaubensbekenntnis”) z 1836 r. Powiedział wówczas: „Postanowiłem przekazać ten katechizm elbląskiemu muzeum. Katechizm ten jest wspaniałym dowodem tolerancji królów Polski, którzy przed 400 laty prześladowanym mennonitom z Holandii i Szwajcarii, zaoferowali azyl w Elblągu i okolicy. Gdziekolwiek wtedy, w Holandii, w Szwajcarii, we Francji byli ówcześni mennonici, [to byli] okrutnie prześladowani. Tu 42 Ostatnia... Dziadkowie p. Krystyny stoją przy drabinie, na której usadzili swe dzieci. Czwarty od dołu to Fritz Wiehler 1903 r, fot. ŻPH Andrzej Kasperek 43 w Elblągu znaleźli cichą i pewną przystań w tych, jakże niespokojnych wówczas, czasach”. Obecnie członkowie rodziny żyją w dziewięciu krajach: w Kanadzie, USA, w Niemczech, Luksemburgu, Urugwaju, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Polsce a nawet na wyspach Fidżi. Nikt już nie zajmuje się rolnictwem. Imponujące jest to, że kilkaset osób spotyka się co 5 lat na zjazdach rodzinnych, opracowano wielką księgę pamiątkową, działa strona internetowa klanu Wiehlerów: http://wiehler.org/ Przodkowie pani Krystyny żyli nie tylko z uprawy roli i hodowli. Pradziadek zaprojektował kościół mennonicki w Elblągu, ten który obecnie należy do parafii polsko-katolickiej, a dziadek zakładał cmentarz Agrykola. Ojciec Fritz owdowiał i ożenił się powtórnie a mała Krysia wraz z innymi dziećmi wystąpiła w teatrzyku weselnym. Przebrani za krasnoludki Puki, Schnuki i Luki wygłosili ze sceny wierszyki cioci Lidii, która parała się poezją. „Dzieci zrobiły teatrzyk na ślubie taty. I to pod lampionami! Coś pięknego!” - rozczula się na to wspomnienie z dzieciństwa. To było przed wojną, a później powoli ta beztroska mijała. Starszy brat Rudolf trafił do wojska, został ranny w Grecji i zmarł. Kiedy w październiku 1944 r. zbierali buraki z pola zobaczyła wozy z uchodźcami z Kętrzyna. Była to rodzina matki. Wspomina: „Nie, jeszcze wtedy nikt nie ruszał, czekaliśmy do ostatka, do stycznia, 24 stycznia wyjechaliśmy, o godzinie 10 tak mniej więcej. Ojciec służył w Volksturmie, to była niby taka obrona tej wioski i on jeszcze wieczorem poszedł, później mówił, że już światło było pogaszone i niemieckie wojsko leżało w tych rowach koło szkoły w Markusach. Oni mówili: „A co wy tu robicie jeszcze? Idźcie do swojej rodziny, kilometr dalej (tam gdzie ta główna trasa idzie z Elbląga) tam już rosyjskie wojsko”. No i jeszcze mówił do nas, że jeżeli do godziny 4 wróci z powrotem to znaczy, że będziemy uciekać a jeżeli nie, to nie już w ogóle szansy, żeby wyruszyć. Ojciec przyszedł o godzinie 4 rano i w ten czas mówi: „Proszę się szykować do ucieczki”, jeszcze krowy wydoiliśmy i przygotowaliśmy się do ucieczki. Tak mieliśmy 2 wozy a do nich 4 konie. Dwie kobyły były ciężarne a jedna z nich miała pierwszy raz mieć źrebaczka a ona była po takiej chorobie - dziurę miała w gardle, ojciec to wyleczył, ale teraz było 28 stopni mrozu. Ulice to był jeden lód, nic więcej, asfaltu nie było widać. Tak, cała rodzina ale pięciu gospodarzy, sąsiadów. Myśmy jeszcze zabrali ze sobą, bo matka miała siostry, to miała pięcioro dzieci wtedy i oni mieszkali w Kętrzynie a jej mąż był wtedy w wojsku, w Rosji, no i jak front zaczął się zbliżać, to później myśmy ją brali do budynku do tego budynku, co tam stoi, tak zwany Gardenhaus, i ona mieszkała tam z tymi dziećmi, no i ją jeszcze zabraliśmy. Najmłodsze dziecko miało 10 miesięcy”. Zadziwiające, jak pamięć po tylu latach przechowała każdy szczegół tego wydarzenia. Wzięli trochę jedzenia na drogę. Do pilnowania gospodarstwa zostało „dwóch chłopaków, jeden miał 18 a drugi 16 lat i ten 16-letni pilnował krów, czyścił itd.,. ojcu pomógł, a drugi konie miał. Oni tam zostali. Ale Pan Bóg wie, co z nimi się stało. Myśmy wyszli przez stodołę, nie wyszliśmy przez chlew tylko przez stodołę wychodziliśmy a tak te zwierzęta pamiętam, krowy aż głowy wychyliły, jak wychodziliśmy i one coś przeczuwały. Strasznie o tym myśleć jest. No i pojechaliśmy, ale ojca nie było z nami, jeden wóz mój brat prowadził, ten co w Gdańsku zginął a jeden wóz ja prowadziłam. Ojca nie puścili, bo był w tym Volksturmie, to niby dla obrony, no właśnie, ale ojciec jeszcze pomógł nam żeby wyjechać, 44 Ostatnia... wtedy sam został, jeszcze sąsiad został a jego żona z nami była, ale oni dzieci nie mieli, drugi sąsiad też został, był w wojsku, tam mieli siedmioro dzieci. Wszyscy razem, pięć rodzin, tak wyruszaliśmy w kierunku Kiezmarka, żeby na prom później się dostać. Jeden sąsiad Kruger miał przed Kieżmarkiem znajomych i on mówił, że pójdzie, a jak tam się jechało ulicą, później była droga polna na to gospodarstwo i tam nocowaliśmy”. Tam odnalazł ich ojciec. Dalej to typowy los wychodźców, poniewierka na oblodzonych drogach, w trzaskającym mrozie. „Schowaliśmy się koło Słupska, bo Ruski już kocioł zamknęli i koniec był. Mojego ojca zabrali i już więcej nie wrócił. Całą wojnę przeżył i dopiero Ruski go nam odebrali. A mój starszy brat na Węgrzech leży pochowany, na wojskowym cmentarzu. On był w Grecji w niemieckim wojsku. Bo my Niemcami byliśmy”. „Przed Słupskiem, koło lasu Ruscy nas już wtedy [zgarnęli], jak przyjechali to nie patrzyli nawet. Ruscy krzyczeli: „hura, hura” a ludzie wszyscy do lasu uciekli. A moja sąsiadka dziecko urodziła na wozie, a jej matka odebrała to dziecko, dobrze, że ona potrafiła to wykonać. Później u ludzi żeśmy się zatrzymywali. A później już nie było powrotu, ojca zabrali, wtedy był koniec, sami zostaliśmy. Wszyscy mieli zamiar, żeby do Markus wrócić, no bo co mieliśmy robić? No i codziennie 20 km pieszo szło się. Doszliśmy do Nogatu, tam już Polacy byli, to przewozili ich w łódkach, ale też trzeba było coś dać za to, a matka miała w spódnicy, w podszewce pierścionek ślubny od ojca jeszcze ukryty. Ona chciała dać, żeby nas przewieźli na drugą stronę a ja mówię: „nie, to jest pamiątka po ojcu, tego proszę nie dawać, ja wyszukam jakąś rzecz, może jakieś ubranie i się jakoś przedostaniemy”, no i się zgodzili i przewieźli nas”. Wrócili do Markus bez ojca i brata. „A o ojcu dowiedzieliśmy się tylko tyle, a ta sąsiadka, co została sama, Rosjanie przestrzelili jej rękę, ona nic nie mogła robić, ale była tak owszawiona, wszystkie gatunki wszy, które mogą być, to ona miała a matka ja obczyściła, bo nic [sama] nie mogła robić. A jak myśmy do Markus wracali, to ona poszła do swojego domu i ona miała siostrę jeszcze w Elblągu i ta siostra to jakimś sposobem się dowiedziała, że ona wróciła i ta siostra przyszła do niej. Jeszcze kilka osób nie zdążyło uciec z Markus, to powiedzieli [ojciec tu] był i opowiadał, że Ruski ich transportowali i byli na majątku Neudeck, to jest koło Kwidzyna, od tego generała feldmarszałka von Hindenburga, to był jego majątek i Ruski ich transportowali a podobno mój ojciec był już taki słaby, że w ogóle nie miał sił żeby dalej iść. Mówił: „ja zostanę tutaj” a oni powiedzieli: „nie zostawimy ciebie, kolega weźmie cię z jednej strony, ja z drugiej i zaprowadzimy cię do Kwidzyna, do szpitala”. Nic więcej nie wiemy, bo tego Johm to od razu Ruski zabrali dalej do roboty, tak że wszelka wiadomość zaginęła”. Gospodarstwo było zrujnowane, sprzęty rozgrabione, poniszczone. W ekspozycji Muzeum Żuławskiego jest fotografia rodzinna pani Krystyny przestrzelona w dwóch miejscach. Chociaż tak sowiecki czerwonoarmista wywarł swą złość na Niemcach. Największym problemem był głód. Wszyscy byli osłabieni a jej wujek zmarł z głodu. Ziemia pozbawiona opieki bardzo szybko dziczała, trzcina porosła na wysokość chłopa. Jej bracia byli malutcy, jeden miał 9 drugi 7 lat i oni na dzieżach od chleba robienia pływali po wodzie niczym w łódce i jajka od kaczek podbierali, żeby mieć co jeść. Wujek jeszcze przed śmiercią zasadził kartofle i nawet się urodziły, ale później Polacy, którzy dostali przydział na ich miejsce, matce wszystkie kartofle zabrali i znowu cierpieli głód. Krysta z rodzina mieszkała w ogro- Andrzej Kasperek 45 dowym domku, w tym małym budynku. Opowiada dalej: „A myśmy za pracą już chodzili z siostrą. Byliśmy później w tym Szaleńcu, tam pracowaliśmy na tym gospodarstwie. Pilnowałam krów, tak jak w domu, jakby to były moje krowy, wyczyszczone, ogony związane, każda krowa miała tabliczkę, jak się nazywa. [To tam poznałam] swojego męża. Tam najpierw szwagier przyjechał i jego brat przyjechał, bo też nie miał roboty i tam się poznaliśmy. Pracowaliśmy razem. [Leonard pochodził] z Czerska. On był w wojsku niemieckim w Berlinie na tym bunkrze był. Później Ruscy tam też wszystko zajęli i on dostał tyfus, no i musiał tam jeszcze pozostać i jak już mu się poprawiło transportowali go i w Poznaniu mieli przesiadkę i tam uciekli, tam im jakiś Rusek pomógł i on się do domu dostał. Bo oni mieli ich do Rosji wywieźć pewnie”. Wraz z narzeczonym wróciła do jego rodziców pod Czersk i tam 14 listopada 1948 roku wzięli ślub kościelny. Sam papież musiał wyrazić na niego zgodę, a ona dla męża zmieniła wiarę. Jeszcze raz ją ochrzczono, bo ksiądz nie wiedział, czy jej chrzest jest ważny w kościele katolickim. Miała i tak szczęście, bo ksiądz znał świetnie niemiecki i nauk przedmałżeńskich udzielał jej w tym języku. Przecież ona po polsku nic wtedy nie umiała. Ślub cywilny wzięli później, najpierw musiała dostać polskie obywatelstwo. A potem jej kuzynka, która miała chore dziecko i nie dała rady uciec, ściągnęła ją do Elbląga. Mąż pracował w Gdańsku i raz na tydzień był w domu. Ona nie pracowała już wtedy zawodowo, była na utrzymaniu męża. Roboty było huk, zajmowała się dziećmi a wedle mennonickiej tradycji była ich potężna gromadka - ośmioro. Cztery dziewczynki i czterech chłopców. W wywiadzie sprzed kilku lat mówiła: „I 16 wnuków mam i 4 prawnuki”. Dziś potomków pani Krystyny jest pewnie o wiele więcej. Przypomina mi się fragment wiersza Czesława Miłosza „Rozbieranie Justyny”: Urodziłaś synów i córki. Dorosły wnuki. Opierasz ręce na sękatym kiju, matka rodu. Ostatnia z twoich krewnych i rówieśnych. Z mężem przeżyła przeszło pół wieku. Wspomina: „Przystojny chłopak z niego był, uprzejmy. Zabrał mnie do przyszłych teściów do Czerska, żeby mnie przedstawić. Stamtąd pojechaliśmy do Elżbietowa. To był taki majątek, gdzie dostałam pracę w kuchni. Gotowałam obiady dla pracowników sezonowych, ponad dziesięć osób ich było. Mieszkaliśmy w roboczym domu. Jedna kobieta za każdym razem jak mnie widziała, syczała: „niemiecka Świnia, niemiecka Świnia”. Nie wiedziałam, co to znaczy, bo nie znałam polskiego, ale zapytałam zarządcę. I wtedy on porozmawiał z tamtą kobietą i więcej już tak do mnie nie mówiła. Po prostu ją opieprzył, że jeszcze raz tak powie, to zobaczy. A później to byli najlepsi sąsiedzi. Albo dzieciakom [dokuczano], jak moje dzieci już do szkoły chodziły, ile razy one z płaczem przychodziły, na tornistrach Hakenkreutz, twoja matka to Niemka, jesteś Niemcem. Pytały: „Mamo, czemu tak?”, a człowiek uważał, bał się, żeby słowa po niemiecku się odezwać, tylko trzeba było pomału nauczyć się po polsku. A jak już dzieci do szkoły chodziły. A teraz? Teraz Polką jestem. Po wojnie przeszłam na katolicyzm, wyszłam za Polaka, przy dzieciakach, jak zaczęły chodzić do szkoły nauczyłam się po polsku mówić. Bo wcześniej ani słowa nie umiałam... Krzyczały na mnie: „Ty do nas po niemiecku nie mów, bo my po hitlerowsku nie będziemy mówić!” 46 Ostatnia... Zawsze trochę tęskniła za swoją wiarą. Zawsze była przeciwna temu, że w tej nowej wierze trzeba chodzić do księdza, żeby się wyspowiadać, a przecież ksiądz też przecież grzeszy i on ma dawać rozgrzeszenie? Od tego jest Bóg, który zna wszystkie nasze winy. Dzieciom jednak o swoim pochodzeniu za dużo nie mówiła, nie chciała, żeby wciąż się musiały tłumaczyć ze swego, przez wiele lat tego kłopotliwego, dziedzictwa. Wychowywała je wedle starych zasad - skromność, posłuszeństwo, praca. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych na fali zmian zaczęła o tym mówić, odkryto ją, zaczęto robić z nią wywiady, zapraszać na zjazdy mennonitów. Ale za swój najważniejszy dzień życia uznaje spotkanie w prezydium rady narodowej w Elblągu. Na zjeździe rodziny Wiehlerów spotkała swych krewnych. Przypominała sobie 400 lat historii rodu. Utrzymywała kontakty z kuzynami, dzieciom mogła już mówić o przodkach, pokazywać wydawane za granicą książki. Sama nigdy nie żałowała, że nie wyjechała z Żuław, ostatnia na ziemi przodków, strażniczka tradycji. Ale też nikomu z krewnych nie robiła wyrzutów, że opuścili tę krainę. Mówiła: „Nikt z moich krewnych tu nie został, z kim byśmy tu byli? Zresztą wszyscy tutejsi mennonici powyjeżdżali: do Danii, Ameryki, Kanady, Australii, nawet do Urugwaju - dzwonili do mnie stamtąd w zeszłym roku, na 85. urodziny. Jeden kuzyn w Ugandzie działa, pomaga biednym. A rok temu dostałam nagle list z Kanady. To kuzyn Udo napisał; a widzieliśmy się ostatnio, kiedy miał siedem lat!” Andrzej Kasperek 47 Do końca życia pozostała pogodną, życzliwą ludziom osobą, pełną ciepła, optymizmu a nawet wylewności. I chętnie obdarowywała gości serwetkami, które robiła na szydełku. Zmarła w dniu 12 lipca 2014 roku. Wraz z nią w sposób symboliczny zakończyła się epoka obecności na ziemi żuławskiej mennonitów. Tych, co jak pisał Paweł Huelle: „uprawiali tłustą ziemię w pocie czoła i z miłością, którzy przekopywali pracowicie kanały, budowali śluzy, stawiali wiatraki, śpiewali psalmy i hymny [... ] po których nie pozostał prawie żaden ślad”. Na szczęście ślad pozostał. W ciągu ostatnich lat zrobiono bardzo wiele dla przywrócenia pamięci o dziedzictwie żuławskich mennonitów - porządkuje się stare cmentarze, w Nowym Dworze Gdańskim jest stała ekspozycja im poświęcona pt. „Na polskim polde-rze”, wytyczono rowerowy szlak turystyczny wiodący ich śladem, powstaje europejska trasa edukacyjno-turystyczna Menno Tour... To wszystko daje nadzieję, że uda się ocalić od zapomnienia fenomen kulturowy dawnych Żuław. Korzystałem z: Kazimierz Mężyński „O mennonitach w Polsce" (1960-1961), Peter J. Klassen „Ojczyzna dla przybyszów" (2002), „Mennonici na Żuławach. Ocalone dziedzictwo" (2007), wypowiedzi Krystyny Weilandt pochodzą z wywiadów: „Ostatnia mennonitka na Pomorzu". Z Krystyną Weilandt rozmawiała Aleksandra Kozłowska („Gazeta Wyborcza", 2005) oraz „Wywiadu z panią Krystyną Weilandt", który przeprowadzili Bolesław Klein i Marek Opitz dostępnego na: http://www.zph.org.pl 48 Zapomniane, pominięte czy niepamiętane? Małgorzata Łukianow ZAPOMNIANE, POMINIĘTE CZY NIEPAMIĘTANE? Każdy człowiek posiada pamięć, która niezależnie od tego, jak dobra - zawsze jest niedoskonała. Mamy tendencję do tego, by szczególnie pamiętać o miłych wydarzeniach z naszego życia, a o nieprzyjemnych - zapominać. Upamiętniamy rocznice ważnych dla nas wydarzeń, takich jak urodziny, rocznice ślubów, czyli tych, które budzą w nas głównie pozytywne skojarzenia. Z drugiej strony, nasze wewnętrzne psychologiczne mechanizmy ukrywają przed nami traumy i dramatyczne wydarzenia, by chronić naszą psychikę. Lubimy wybielać swoją przeszłość, a najczęściej robimy to podświadomie i bezwolnie. Ważne jest jednak, by jasno stwierdzić - żadna, nawet najlepsza pamięć nie oddaje obiektywnie przebiegu naszego życia. Niezależnie od tego ile pamiętamy - ile,wydarzeń, słów oraz osób, zawsze pamiętamy je w różny sposób. Nadajemy wydarzeniom hierarchię ważności i w ten sposób tworzymy nasze osobiste biografie. Analogicznie jest z małymi i dużymi społecznościami. One także posiadają swoją pamięć o ważnych wydarzeniach, które są upamiętnianie. Obchodzimy święta — lokalne i narodowe — w oparciu o wydarzenia historyczne, które uznawane są za istotne w historii zarówno regionu, jak i Polski. Także elementy naszej przestrzeni i miejskiego krajobrazu są manifestacją pamięci. Pomniki, budynki, obrazy oraz teksty przynależą do sfery kultury zobiektywizowanej, czyli tego, co wykrystalizowało się w toku społecznej komunikacji [Assman 2003:13]. Stawiamy pomniki bohaterom, choć często bywają oni kontrowersyjni lub odnajdujemy bohaterów niesłusznie zapomnianych i umieszczamy ich w panteonie. Ale oprócz pamięci każda społeczność posiada także swoją niepamięć. Tutaj znów posłużę się analogią do osobistej pamięci każdego człowieka. Czy nie zapominamy o czymś czasem... „celowo”? Najczęściej są to sprawy nieprzyjemne, niewygodne i takie, o których naprawdę chcielibyśmy zapomnieć i więcej nie wspominać. Także takie, które, jak można to potocznie określić, zamiatamy pod dywan. Społeczności i grupy społeczne - rozumiane tutaj jako odrębne całości tworzone przez poszczególne jednostki, które nie są prostą sumą jednostek ich tworzących, ale odrębną jakością - także wykazują tendencję do niepamiętania i zapominania. Niepamięć jest bardzo ważnym wymiarem pamięci, a wręcz jej kluczowym aspektem choć z początku brzmieć to może dość abstrakcyjnie. Niepamięć nie jest pustką, ale odwrotną stroną pamięci [Ricoeur, 2006:564]. Oznacza to, że w niepamięci zgromadzone są te elementy, które wyłączane są z narracji pamięci w danej zbiorowości. Wciąż jednak jest to pewien zbiór treści, wydarzeń oraz osób. Wiele przykładów takiej niepamięci spotkać można na gruncie pamięci na Powiślu. Niniejszy tekst chciałabym poświęcić na podanie kilku przykładów tego, o czym z różnych powodów lokalna społeczność może nie pamiętać. Moje zainteresowania oscylują wokół tworzenia się społeczności lokalnych na Powiślu po wojnie. Proces ten był zupełnie wy- Małgorzata Łukianow 49 jątkowy - społeczności powstały zupełnie od nowa, w przeciwieństwie do miejsc, w których mieszkańcy często od wieków zakorzenieni są w danym miejscu. Ważne pytania, które możemy postawić w tymi miejscu to nie tylko czy o tym pamiętamy (ponieważ żyje wciąż wiele osób, które pamięta to osobiście) ale także jak o tych wydarzeniach pamiętamy. Zacznijmy od zapominania celowego i „odgórnego”. System komunistyczny w Polsce w mocny sposób oddziaływał na treść społecznej pamięci, a w szczególny sposób na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Po pierwsze, forsowano wizję „powrotu do Macierzy”, próbując wymazać z pamięci obywateli niemiecką przeszłość przyłączonych terenów. W literaturze socjologicznej znaleźć można teorie, które mówią, że usilne forsowanie jedności narodowej i ukrywanie lub wręcz zwalczanie społecznej różnorodności jest charakterystycznym działaniem podejmowanym przez systemy niedemokratyczne na pamięć zbiorową [Lipiński, 2012:52]. Narracja o łączeniu się ziem, powrocie do Macierzy oraz polskości terenów (w tym przypadku Powiśla) była bardzo popularna. Dziś w Kwidzynie spotkać można jeszcze przykłady takiego propagandowego działania. Poniższa fotografia to tablica znajdująca się nad wejściem do kwidzyńskiej konkatedry. Druga połowa lat czterdziestych to okres szczególnego wzmożenia działań propagandowych. Z tego tytułu, Kwidzyn (wówczas jeszcze Kwidzyń) na moment stał się nawet stolicą Warmii! Być może jest to przykład, jak niewielkie pojęcie poprzednie władze miały o różnorodności regionów Pomorza. Innym oddziaływaniem systemu komunistycznego systemu są działania wpływające na pamięć społeczną, których odbicie można znaleźć w dokumentach związanych ówczesną administracją. Niezwykle ciekawa jest treść pisma ZM z 1947 roku do kwidzyńskiego Starostwa, które stwierdza, że w 1947 roku w Kwidzynie nie było już ludności niemieckiej i były dwie grupy osadników: repatrianci zza Buga oraz osadnicy z dawnych ziem II RP. [por. Golon, 2004:99]. Czy była to informacja prawdziwa czy raczej wizja tego, jak wygląda społeczność Kwidzyna? Wydaje się, że raczej to drugie, choć nie bez znaczenia pozostaje fakt, że w czasie trwającej powojennej społecznej zawieruchy, trudności w dokładnym rejestrowaniu struktury napływających osadników było to po prostu uproszczenie. Tak czy inaczej, informację taką potraktować należy z odpowiednim dystansem. Warto odnotować, źe w 1947 roku w Kwidzynie wciąż znajdowała się ludność niemiecka (choć stanowiła kilka procent ogółu) [zob. Golon, 2004:64-65], której masowy odpływ zaczął się ponownie w latach pięćdziesiątych. Następnie - ludność „zza Buga” również była niezwykle kulturowo zróżnicowania. Wszak trudno umieścić w jednym worku osoby z powiatów wileńskiego i kostopolskiego. Osoby te dzieliło nie tylko różne doświadczenie historyczne, ale także tradycje i język. Przyjmując jednak za ówczesną władzą, że byli to po prostu „repatrianci” w naszej lokalnej pamięci pozbywamy się różnorodności wzorów kulturowych. Jest to oczywiście pewna wstępna hipoteza, ponieważ nie są mi znane badania w tym zakresie na Powiślu, ale skromne doświadczenie terenowe podpowiada, że nawet w wymiarze autoidentyfikacji osoby z tych grup podkreśliłyby swoją odrębność - domniemaną lub faktyczną. Uogólnianie i tworzenie stereotypów działało także oddolnie, jako wynik kontaktów lub ich braku pomiędzy poszczególnymi osobami. Oddolne tworzenie pamięci i niepamięci 50 Zapomniane, pominięte czy niepamiętane? Pamiątkowa tablica umieszczona na kwidzyńskiej konkatedrze, fot. B. Łukianow Małgorzata Łukianow 51 Po wiekach niewoli w jarzmie germańskim, po wiekach walk o polskość. wraca znów pod opiekuńcze skrzydła M. 4 J U J - P P ISKJ Dziś - pierwsza rocznica Propagandowy nagłówek w „Głosie Pomorza" z dn. 26.03.1946 związane jest z osobistymi doświadczeniami nowych osadników. Takie zróżnicowanie wynika z szeregu czynników. Po pierwsze i najbardziej oczywiste - różnorodność napływających osób (w tym przypadku do Kwidzyna) powodowała, że tworzyły się dystanse społeczne i stereotypy. Prowadzone przeze mnie badania pokazują, że są dwie grupy ludności, które do pewnego stopnia giną w opowieściach najstarszych mieszkańców miasta, a więc także nie są włączona do narracji pamięci. Po pierwsze, są to osoby, które zostały osiedlone w Kwidzynie w związku z prowadzoną akcją „Wisła”. Rodziło to dalsze reperkusje. Skąd bowiem wiadomo, czy byli to „źli” czy „dobrzy” Ukraińcy? UPA, Banderowcy, czy „nasi”? Jak powiedziała mi w trakcie wywiadu jedna respondentka - skoro niewiele było wiadomo, lepiej było w ogóle utrzymywać dystans wobec tych osób. A przecież w ramach akcji wysiedlano także ludność Łemkowską, także na Powiśle. Co dziś o niej wiemy? Wydaje się, że bardzo niewiele. Drugą grupą, która jest zapominana, to polska ludność autochtoniczna na Powiślu. Jej sytuację znamy najlepiej z opracowań dotyczących Plebiscytu w 1920 roku. Wydaje się, że po wojnie grupa ta rozpływa się w narracji o „autochtonach”, z którymi jednak utożsamia-my... ludność niemiecką. A to wydaje się zbytnim uproszczeniem. Kwestia polskiej ludności autochtonicznej pojawia się głównie w okresie prowadzenia procesu weryfikacji narodowościowej w 1945 roku, gdy statystyki ludnościowe uwzględniają liczbę ludności zweryfikowanej [Belzyt, 1998:199]. Później - mowa jest raczej o opuszczającej miasto ludności niemieckiej oraz sytuacji tych osób, które zdecydowały się pozostać w mieście. Tworzenie takich uogólnień polegających na włączaniu do danej kategorii osób, które niekoniecznie do niej przynależą lub przynależą w bardzo luźny sposób powoduje, że sami opisując tworzenie się nowych społeczności na Powiślu bardzo upraszczamy obraz i w konsekwencji tracimy wielokulturowość i barwny krajobraz kulturowy tamtych czasów. Nie tylko jednak wyłącznie powojenna historia jest tym, co wpłynęło na kształtowanie się dzisiejszej pamięci społecznej. W Kwidzynie w latach 1815-1935 funkcjonował cmentarz żydowski. Jego losy są bardzo smutne i stanowią także przykład „sterowanego” zapo-rninania. Cmentarz zlikwidowany został przez władze niemieckie w 1935 roku w związku z antyżydowską hitlerowską polityką, a następnie założono tam kolejno ogródek warzywny 82 Zapomniane, pominięte czy niepamiętane? oraz plac zabaw. Cmentarze są ważną formą upamiętniania, manifestacją pamięci społecznej w przestrzeni miasta. Usuwanie cmentarza jest działaniem, które ma przesunąć w niepamięć społeczną wiedzę o danej grupie. Jak dziś pamiętamy o żydowskiej społeczności w Kwidzynie? Bożnica żydowska w Kwidzynie, wpisana do rejestru zabytków, źródło: http://kwidzynopedia.pl/index.php?title~Stara_synagoga_w_Kwidzynie W Kwidzynie wciąż znajduje się synagoga, choć jest w opłakanym stanie. Wielu mieszkańców nie wie o jej istnieniu i często, gdy o tym wspominam, wyraża zdziwienie. Powstała w latach trzydziestych XIX wieku, dziś stoi opuszczona. Nie ma dziś w Kwidzynie społeczności żydowskiej. Żydzi na Ziemiach Zachodnich i Północnych, którzy najczęściej przybywali ze Wschodu, traktowali przyłączone tereny jako przystanek na drodze do dalszej emigracji [Hejger, 2008:240-241 ] .Jeśli więc przyjechali kiedyś do Kwidzyna, prawdopodobnie szybko go opuszczali, wyjeżdżając np. do Izraela. Zachowały się jednak drobne ślady, jak na przykład ta fotografia, które w bardzo niewielkiej skali upamiętniają Żydów w Kwidzynie. Kobieta na zdjęciu, Fela Tobier, była Żydówką, która przyjechała do Kwidzyna z Syberii w transporcie z wojennymi sierotami. Chwilę przebywając w Kwidzynie, wyjechała do Izraela. Stamtąd też, w 1951 roku, zostało wysłane to zdjęcie. Kończąc, chciałabym także zwrócić uwagę na inny problem. Nigdy nie jesteśmy wolni od społecznego kontekstu w którym funkcjonujemy, od tradycji, w których zostaliśmy wychowani. Możemy je oczywiście zmieniać, ale zawsze próbując zmieniać postrzeganie przeszłości - zmieniamy kontekst na inny, ale nigdy na taki, który byłby obiektywny. Małgorzata Łukianow 53 Fela Tobier, Izrael 1951 r.,fot. ze zbiorów prywatnych p. Wandy Wiśniewskiej Przywracanie pamięci nie jest prostym procesem. Kaja Kaźmierska, analizując procesy tworzenia pamięci społecznej, pisze, że zapominanie pomaga w integrowaniu się ludności. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy każda z grup nowych osadników stara się przeforsować swoją narrację (zakładając także, że istnieje wolność słowa...). Z jednej strony byłaby to bardzo pożądana sytuacja - w ten sposób byłoby możliwe zgromadzenie większej ilości informacji, jakże przydatnych dla dzisiejszych badaczy. Z drugiej jednak strony, byłby to podatny grunt dla konfliktów społecznych, głównie tych o podłożu narodowym. W sytuacji, gdyby pojawiły się dwie konkurencyjne narracje, byłoby to źródło niepokojów. Jakie mechanizmy poruszymy, przypominając o zapomnianych sprawach, zarówno tych zapomnianych celowo, jak i bezwiednie? Na pewno wówczas zobaczylibyśmy wyraźnie, że historia pewnie wciąż jest bardzo żywa. 54 Rajdy śladami żołnierzy podziemia niepodległościowego na Pomorzu i Podlasiu Marta Chmielińska-Jamroz RAJDY ŚLADAMI ŻOŁNIERZY PODZIEMIA NIEPODLEGŁOŚCIOWEGO NA POMORZU I PODLASIU Tradycyjnie już w czasie wakacji organizowane są dwa rajdy upamiętniające Żołnierzy Wyklętych - jeden w Borach Tucholskich na początku wakacyjnej przerwy a drugi na Podlasiu tuż przed pierwszym dzwonkiem w szkole. Tradycyjnie też grupa młodych zapaleńców z Mikołajek Pomorskich i Malborka bierze udział w obu tych imprezach. Tym razem dodatkowo Szwadron Powiśle z Mikołajek Pomorskich przywiózł z Podlasia pierwszą nagrodę VI Podlaskiego Rajdu Śladami Żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady AK. Rajdy piesze stały się bardzo łubianą przez młodych ludzi formą edukacji patriotycznej, wnioskować można to nie tylko z bezpośrednich relacji uczestników, ale także z liczby kart zgłoszeniowych spływających do organizatorów. W XII Rajdzie Pieszym Szlakiem Żołnierzy Majora „Łupaszki” organizowanym przez Stowarzyszenie Historyczne im. 5 Wileńskiej Brygady AK, wzięło udział ponad 200 osób i wielu zgłoszeń nie przyjęto właśnie z uwagi na brak możliwości organizacyjnych. Siostrzany Rajd odbywający się na Podlasiu również gromadzi coraz więcej chętnych i w tym roku ponad 60 osób maszerowało lasami Puszczy Białowieskiej poznając miejsca związane z 5 Brygadą. Cel edukacyjny obu przedsięwzięć jest taki sam- poprzez zabawę integrować młodych ludzi, uczyć ich zasad „Bóg, Honor, Ojczyzna” oraz przekazywać wiadomości o historii danego regionu i żołnierzach podziemia niepodległościowego. W BORACH TUCHOLSKICH ZWYCIĘŻYŁY DZIECIAKI Z MALBORKA Grupa dzieci z Malborka drugi raz brała udział w „Rajdzie Łupaszkowym”, ósemką kilkunastolatków dowodził Wojciech Ciok, na co dzień zawodowy żołnierz z 22 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku. Choć grupka była liczna i zdecydowanie najmłodsza, to doskonale radziła sobie z wszelkimi zadaniami przygotowanymi przez organizatorów. A łatwo nie było. Rajd w Borach Tucholskich charakteryzuje się przede wszystkim długimi dystansami do przejścia oraz samodzielnym organizowaniem noclegów przez maszerujące grupy. Ponadto rajdowicze mają za zadanie zbierać relacje od mieszkańców, odnajdywać konkretne miejsca w terenie i fotografować je oraz poznać i zaprezentować piosenki partyzanckie. W czasie marszu każda grupa bierze udział w koncentracji organizowanej przez Muzeum II Wojny Światowej, tu uczestnicy poznają wiele ciekawostek historycznych oraz pod okiem ratowników medycznych uczą się udzielania pierwszej pomocy. Rajd ściśle związany z historią Wyklętych nie może więc zabraknąć sprawdzianu wiedzy o najważniejszych posta- 56 Rajdy śladami żołnierzy podziemia niepodległościowego na Pomorzu i Podlasiu ciach podziemia i wydarzeniach związanych z 5 Brygadą. W tym roku wśród wielu uczestników wyróżniły się dzieciaki z Malborka, które w swojej kategorii wiekowej zajęły I miejsce. - Nie spodziewaliśmy się takiego wyniku i bardzo się cieszymy - mówi Wojciech Ciok, dowódca zwycięskiego patrolu. - Nasz patrol składa się z moich dzieci oraz pociech moich przyjaciół. Mimo wielu trudów i zmęczenia dzieciaki były bardzo dzielne a Rajd bardzo im się podobał. W tegorocznej edycji Rajdu wzięły również inne grupy z Malborka - harcerze z 3 Mal-borskiej Drużyny Starszoharcerskiej im. Tl Wołyńskiej Dywizji AK dowodzeni przez Łukasza Kawickiego oraz harcerze z Piotrem Jacyno. SZWADRON POWIŚLE NAJLEPSZY NA PODLASIU Grupę z Mikołajek Pomorskich, która działa przy Gminnym Ośrodku Kultury pod nazwą Szwadron Powiśle śmiało można nazwać weteranami rajdów, brali oni udział niemal we wszystkich marszach na Pomorzu i we wszystkich edycjach rajdów podlaskich. W tym roku ekipa z Powiśla wspierana przez kilka osób z Pruszcza Gdańskiego zajęła pierwsze miejsce w zakończonym 28 sierpnia VI Podlaskim Rajdzie Śladami Żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady AK. Rajd ten organizowany jest przez Stowarzyszenie Historyczne im. Danuty Siedzików-ny „Inki” i wiedzie przez podlaskie ścieżki partyzanckie, zawsze też kończy się 28 sierpnia-w rocznicę śmierci „Inki”. Zakończenie i podsumowanie rajdu zawsze odbywa się w Narewce, miejscowości, w której mieszkała Danka Siedzikówna. Podobnie jak na Pomorzu Marta Chmielińska-Jamroz 57 w organizacji rajdu pomagają Instytut Pamięci Narodowej oraz Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych. W odróżnieniu od Borów Tucholskich, Puszcza Białowieska stanowi obszar objęty szczególną ochroną stąd też marsz przez rezerwaty przyrody i pas nadgraniczny wią-że się z pewnymi zasadami. Granica z Białorusią przebiega w niektórych miejscach nawet w odległości 3 km od trasy przemarszu, zatem uczestnicy przygotowani są na spotkanie ze Strażą Graniczną patrolującą lasy. Uczestnicy mają również duże szanse na spotkanie dzikich zwierząt w tym oczywiście króla Puszczy- żubra. Podobnie jak na Pomorzu uczestnicy wykonują zadania przekazywane im w rozkazach odbieranych na trasie, wykazują się wiedzą historyczną oraz umiejętnością opatrywania rannego i ewakuowania go z pola walki. W tym roku każdy z czterech szwadronów biorących udział w Rajdzie musiał wymyślić i przygotować grę planszową o tematyce związanej z podziemiem niepodległościowym. Prezentacja pomysłów odbyła się w Narewce w kościele, także tu uczestnicy przeszli egzamin wiedzy o patronie oraz znajomości poszczególnych postaci, które należało rozpoznać na zdjęciach. We wszystkich konkurencjach grupa z Mikołajek Pomorskich mająca za patrona Feliksa Sel-manowicza „Zagończyka” wiodła prym i ostatecznie zwyciężyła w rywalizacji. - Grupa z Mikołajek oprócz wszystkich zaliczonych zadań rajdowych wyróżniła się dodatkowo nienaganną prezencją oraz czymś, co jest dziś już rzadko spotykane, a mianowicie poszanowaniem wartości i munduru - mówi Bogusław Łabędzki, prezes stowarzyszenia organizującego Rajd.- Obserwowaliśmy tę grupę w różnych sytuacjach, szczególnie wówczas, gdy oni nie byli tego świadomi i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, to młodzi ludzie ale zdyscyplinowani i bardzo zaangażowani w zadania, które wykonują. W czasie tegorocznego Rajdu uczestnicy odwiedzili Białowieżę, Hajnówkę, Czerlonkę, Podborowisko, Kituryki, Guszczewinę ( miejsce urodzenia i zamieszkania do 1940 r. Danki Siedzikówny wraz z rodzicami). Ogromną atrakcją była również podróż kolejką wąskotorową z Hajnówki do Topiła, gdzie IPN z Białegostoku wraz z Muzeum Wojska przygotował pokaz uzbrojenia jakim dysponowali polscy partyzanci. Zakończenie Rajdu nastąpiło na miejscu ogniskowym Lasów Państwowych w Świnorojach pod Narewką. Tradycyjnie już mieszkający w Malborku członkowie Stowarzyszenia Historycznego im. 5 Wileńskiej Brygady AK wspierają organizację Podlaskiego Rajdu pomagając w czasie jego trwania. Doświadczenia rajdowe oraz stale rosnące zainteresowanie taką formą aktywności i edukacji spowodowało powstanie kolejnego pomysłu o podobnym kształcie- ma to być rajd odbywający się na Powiślu. - Organizowaliśmy już marsze w rejonie Malborka i Sztumu i cieszyły się one sporym zainteresowaniem- mówi Robert Jamroz, wiceprezes Stowarzyszenia Historycznego irn.SWBAK.- Mamy w naszych okolicach wiele miejsc związanych z działalnością partyzantki niepodległościowej, w tym Jodłówkę skąd wyruszyły w pole szwadrony mjra „Łu-paszki” czy Czernin, który jest miejscem śmierci Zdzisława Badochy „Żelaznego”. O tę przeszłość chcemy oprzeć cykliczny rajd, który chcielibyśmy organizować w pierwszej połowie Września. 58 Muzeum Żuławskie Barbara Chudzyńska MUZEUM ŻUŁAWSKIE W połowie 1992 roku w wyniku rozwoju spontanicznej aktywności społecznej charakterystycznej dla początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce powstały w Nowym Dworze Gdańskim różnego rodzaju środowiska niezależne: czasopismo „Gazeta Żuławska”, Klub Nowodworski, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Holenderskiej i wiele innych organizacji. Toczyły się w nich dyskusje nad szansami i kierunkami rozwoju miasta. Głośno mówiono o utworzeniu muzeum, lapidarium, organizowaniu corocznego święta regionalnego. Spisywano pomysły, określano sposoby realizacji i osoby gotowe wziąć na siebie obowiązek pilotowania owych zadań. Tak właściwie powstawał modyfikowany pod potrzeby konkursu Fundacji Kultury program Moje imię - 'Żuławiak. Ostatecznie został przedstawiony jako program autorski Ewy i Jerzego Wcisłów. 4 grudnia 1993 roku rozstrzygnięto konkńrs pod patronatem Fundacji Kultury pod nazwą „Małe Ojczyzny - tradycja dla przyszłości”. Wizja przyszłego muzeum przedstawiona w programie Moje imię - Żuławiak została wysoko oceniona i uzyskała jedną z głównych nagród. W realizację tego programu zaangażowały się władze miasta (ówczesny zarząd miasta i gminy przy wsparciu Rady Miejskiej), „Gazeta Żuławska”, Klub Nowodworski, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Holenderskiej, Muzeum Wisły w Tczewie. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że niezależnie od wspomnianego programu, 29 kwietnia 1992 Stanisław Bobrowicz, burmistrz miasta i gminy, wystąpił z pismem do Muzeum Państwowego Barbara Chudzyńska 59 w Elblągu o zwrot eksponatów ze Muzeum Ziemi Żuławskiej w Kmiecinie (tę placówkę zlikwidowano w 1980 r. a ekspozycję przekazano do Elbląga), informując jednocześnie o zamiarze utworzenia muzeum w naszym mieście. O tempie działań i zaangażowaniu stron w tworzenie muzeum świadczy upoważnienie burmistrza z dnia 12 marca 1993 r. Jerzego Wcisły redaktora naczelnego „Gazety Żuławskiej” do podejmowania działań związanych z organizacją Muzeum Żuławskiego w Nowym Dworze Gdańskim. Zabezpieczenie w budżecie gminnym w 1993 r. kwoty 200 ówczesnych milionów zł (obecnie 20 tys. zł) oraz zatrudnienie pracowników w ramach prac interwencyjnych pozwoliło na prowadzenie prac adaptacyjnych w obiekcie przeznaczonym na muzeum. Władze samorządowe przekazały na potrzeby muzeum pomieszczenie w budynku zabytkowej mleczarni z 1902 r. przy ulicy Kopernika 17. Ze starego magazynu stworzono ciekawą salę ekspozycyjną (o powierzchni 140 m kw), pomieszczenie biurowe i zaplecze sanitarne. W odpowiedzi na apel „Gazety Żuławskiej” i członków Klubu Nowodworskiego trwała akcja gromadzenia eksponatów i pamiątek z przeszłości. Zebrano ponad 100 eksponatów, samorząd zakupił do zbioru 40 ciekawych obiektów muzealnych (m.in. kilka maselnic, kufry, kołowrotki, cierlice i wiele innych). Do tego doszła kolekcja archiwalnych zdjęć miasta. Pozwoliło to na przygotowanie ekspozycji na pierwszym piętrze powstającego muzeum. 11 czerwca 1994 r. w ramach pierwszych Dni Żuław odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Żuławskiego. W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele władz ówczesnego województwa elbląskiego, burmistrz, członkowie zarządu miasta i gminy, radni, przedstawiciele służb ochrony zabytków, stowarzyszeń i instytucji oraz mieszkańcy. Obecny był również dyrektor Muzeum Wisły w Tczewie Roman Klim, nasz opiekun i doradca. Należy również wspomnieć o lapidarium menonickim - elemencie programu, który nie został zrealizowany zgodnie z planem a miał wpływ na funkcjonowanie Muzeum Żuławskiego. W sąsiedztwie Muzeum, w zakolu rzeki Tugi, miało zostać utworzone lapidarium - zbiór pomników, steli i kamieni nagrobnych, elementów budowli dawnych, żuławskich cmentarzy menonickich. 11 maja 1993 r. odbyło się spotkanie u burmistrza w sprawie utworzenia regionalnej izby pamięci a w nim lapidarium, do którego miały być przewiezione nagrobki z cmentarzy menonickich z Żelichowa, Orłowskiego Pola, Stawca, Orłowa, Rakowa. Burmistrz poinformował o przeznaczonym na ten cel pomieszczeniu i wyznaczonym budżecie w wysokości 100 min zł. Upoważnił Jerzego Wcisłę i Bolesława Kleina do organizacji regionalnej izby pamięci, a w niej mini - lapidarium. Wystąpił z pismem do regionalnego konserwatora zabytków o wyrażenie zgody na przewiezienie steli, wskazanie wytycznych dotyczących transportu i konserwacji zabytków. Z uznaniem do pomysłu utworzenia lapidarium odniósł się wojewódzki konserwator zabytków. Opracowano i zatwierdzono przez służby konserwatorskie projekt planu. Samorząd przekazał teren pod lapidarium, zrobiono inwentaryzację cmentarza w Żelichowie, przewieziono i zakonserwowano trzy obiekty wykonane z piaskowca (20 grudnia 1993 r.). W kolejnych latach przygotowano teren zgodnie z planem i zaczęto ustawiać obiekty. Niestety, prace te były bardzo kosztowne i realizacja programu była trudniejsza, wolniejsza niż planowano (niektóre stele nagrobne ważyły ponad pół tony i trudno było chociażby wyrwać je z ziemi). Okazało się też, że 60 Muzeum Żuławskie ówczesna społeczność nie była w stanie uszanować tak cennych zabytków. Niektóre, już ustawione na przygotowanym terenie stele zostały poobijane, pomalowane farbą, przewrócone służyły „pewnym osobom” za ławki i stoły. W tej sytuacji nie było szans na szeroką edukację, bezsensowne wydawało się także „polowanie” na sprawców i egzekwowanie kar. Na naszych oczach ginęło to, co chcieliśmy uratować, dziedzictwo dawnych Żuławiaków, wyrwane z ziemi, miejsca ich spoczynku stele i macewy. Przy końcu 1997 roku zarząd Klubu Nowodworskiego, realizatorzy programu spotkali się z władzami samorządowymi. Zdecydowano wspólnie o odstąpieniu od realizacji programu „lapidarium” i podjęto decyzję o przeniesieniu zabytków do galerii Muzeum Żuławskiego. W 1998 r. stele menonickie z placu budowanego lapidarium zabrano i umieszczono w sali ekspozycyjnej. Od tego czasu stanowiły stałą część ekspozycji Muzeum Żuławskie-go.Była wielką atrakcją dla turystów z kraju i zagranicy. Zaczęli nas odwiedzać menonici z całego świata: Holendrzy, Kanadyjczycy, Niemcy, Amerykanie i Rosjanie. Podziwiali niezwykłe dzieła sztuki kamieniarskiej, motywy symboliki menonickiej zdobiące płyty, napisy inskrypcyjne, sentencje (były przedmiotem analiz wielu osób). Uważam zdecydowanie, że źle się stało, że tak cenne pamiątki z przeszłości regionu stoją obecnie w magazynie bez właściwej opieki. Zapewniam, że jest to nie tylko moje zdanie. MUZEUM W LATACH 1994 - 1997 Muzealną powierzchnię stanowiła sala ekspozycyjna na I piętrze oraz galeria w budynku obok. W sali głównej wystawiono zgromadzone przedmioty użytku codziennego - dawne narzędzia, źródła archiwalne i fotografie. Z archiwalnych zdjęć udało się wykonać wystawę Barbara Chudzyńska 61 fotograficzną pt. Tiegenhof- Nowy Dwór Gdańskize zbiorów Marka Opitza. Muzeum zaczęło zwiedzać coraz więcej ludzi. Były to szkolne grupy dzieci, młodzieży a nawet przedszkolaki. Odbywały się lekcje muzealne, spotkania stowarzyszeń, a także systematyczne spotkania różnych środowisk w ramach programu „Droga do tożsamości” autorstwa Jerzego Wcisły. Pierwszym wydarzeniem muzycznym w Muzeum był koncert polsko-szwajcarskiego tria muzycznego (grupę zaprosił Tadeusz Studziński, ówczesny radny). Następny był koncert Marty Kozakiewicz, potem kapeli szantowej „Boja 52”. W galerii zorganizowano wystawy: fotograficzną Zenona Brożka, malarską Andrzeja Grabowskiego i Agnieszki Czystaw oraz jednego z znanych współczesnych rysowników w Niemczech - Friedricha Karla Waechtera, mieszkającego przed wojną w Tiegenhof. W czasie spotkania z niemieckim artystą doszło do symbolicznego przełamywania lodów (goście i organizatorzy, Polacy i Niemcy naprawdę łamali przyniesioną taflę lodu jako symbol kruszenia barier między narodami). W latach 1994 - 1997 r. muzeum prowadziła i opiekowała się nim Ewa Wcisła przy wsparciu Jerzego Wcisły, Bolesława Kleina i Marka Opitza. Prace prowadzone były społecznie, z wyjątkiem okresu marzec - wrzesień 1995 r., kiedy pani Ewa była zatrudniona jako referent ds. obsługi muzeum w ramach robót interwencyjnych. W czerwcu 1997 r. otrzymałam klucze do muzeum i wraz z Ryszardem Rostankowskim, przy wsparciu Bolesława Kleina, objęłam opiekę nad obiektem. Zaprosiliśmy do współpracy wolontariuszy. Nie było ich wielu, dość systematycznie przychodziła grupa uczniów 13-14 letnich ze szkół podstawowych nr 2 i 5. Chętni nastolatkowie porządkowali salę, zajmowali się czyszczeniem eksponatów, etc. Do dzisiaj pamiętam te osoby, a szczególnie Tomasza Sienkiewicza, obecnego radnego Rady Miejskiej. Wszystko go interesowało, był bardzo wesoły, ciekawy, pracowity i grzeczny. 1998 r. - Zgodnie z decyzją władz samorządowych i Zarządu Klubu Nowodworskiego przeniesiono stele z lapidarium do galerii Muzeum Żuławskiego. Opieką i urządzeniem zajął się Ryszard Rostankowski (ówczesny prezes Klubu Nowodworskiego). 1999 r.- Złożono projekt mojego autorstwa do Pomorskiego Konserwatora Zabytków o środki na restauracje i konserwacje steli. Pozytywna decyzja pozwoliła na odrestaurowanie czterech steli. Wartość przedsięwzięcia wyniosła 9800 zł. 2000 r. - Kolejny mój autorski wniosek został również pozytywnie oceniony, a fundusze przeznaczono na odrestaurowanie i konserwacje czterech steli i jednej macewy. Zadanie realizował Wojewódzki Konserwator Zabytków. Przetarg wygrał zespół konserwatorów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przy okazji tych prac wykonawcy poznali i docenili nasze zbiory i starania. Wówczas członkini zespołu pani Alina Tomaszewska-- Szewczyk, jednocześnie asystent Instytutu Konserwatorstwa i Zabytkoznawstwa przy UMK w Toruniu zaproponowała współpracę, która polegałaby na odnawianiu przedmiotów żeliwnych przez studentów Zakładu Konserwacji Elementów i Detali Architektonicznych. Nawiązana współpraca pozwoliła na odrestaurowanie około 40 eksponatów. W tymże roku w odpowiedzi za nasz wniosek opracowano orzeczenie techniczne konstrukcji zabytkowego kościoła w Kmiecinie - dotacja Wojewódzkiego Oddziału Służby 62 Muzeum Żuławskie Ochrony Zabytków w Gdańsku (2000 zł). Dokument został przekazany proboszczowi kościoła w Kmiecinie. Zarząd Klubu Nowodworskiego ustanowił społeczną funkcję kustosza Muzeum Żuławskiego i powierzył ją mnie. Ułatwiło to koordynowanie zadań i obowiązków, a także rozwijanie promocji. Jednocześnie Zarząd wyznaczył Bolesławowi Klein zadanie pełnomocnika do spraw kontaktów zagranicznych. 2001 r.— z inicjatywy naszego kolegi Zbigniewa Jabłońskiego otrzymaliśmy z Zespołu Szkół Rolniczych w Nowym Stawie osiemdziesięcioletni magiel. Zorganizowaliśmy transport z LKS Żuławy i dzięki sportowcom i członkom nowodworskiej OSP eksponat został wniesiony na I piętro i tam zmontowany. Zakonserwowany, sprawny technicznie wzbogacił nasze zbiory. Dla zwiedzających starszych stał się wspomnieniem z dzieciństwa, a dla dzieci i młodzieży pracującą ciekawostką techniczną z początków XX wieku. To jeden z ciekawszych nadal działających eksponatów. Uzupełniony w tary, wyżymaczki i mniejsze magle, obrusy, ściereczki z lnu stworzył klimat do urządzenia kącika pod nazwą „Jak kiedyś prano”. Zapowiedzi i rozmowy z darczyńcami o chęci przekazywania nowych eksponatów zmobilizowały nas do działań o powiększenie sal wystawowych. Uzbrojeni w argumenty prowadziliśmy rozmowy z władzami miasta. Udało się - w październiku samorząd przekazał nam w nieodpłatne użytkowanie pomieszczenie po stolarni o powierzchni 130 m kw. Lokal był zdewastowany i musieliśmy dokonać remontu. Miasto oddelegowało do remontu czterech pracowników interwencyjnych. Dzięki własnym środkom i sponsorom udało się oszklić okna, zabezpieczyć drzwi, a także pobielić ściany. Mogliśmy ustawiać ekspozycje. Barbara Chudzyńska 63 Prawdziwym rarytasem nowej części muzeum został prawie stuletni sprzęt do przerobu mięsa z zakładu masarskiego w Drewnicy który działał do początku lat sześćdziesiątych. Został przekazany nieodpłatnie przez rodzinę Lau. W salce obok wystawy sprzętów masarskich urządzono warsztat pszczelarski podarowany przez pana Henryka Wrońskiego. Dzięki otrzymanej dotacji z samorządu (11 tys. zł) i sponsoringowi byłych nowodwo-rzan wyremontowaliśmy poddasze (naprawa dachu, wymiana instalacji elektrycznej, ocieplenie i wykonanie podsufitki z desek). Wielokrotne szorowanie podłogi, bielonych wapnem belek odkryło ciekawą powierzchnię (ok. 130 mkw.) wcześniej nie używaną, gotową na organizowanie klimatycznych spotkań. Na poddaszu odbywały się wieczory poetycko--muzyczne z cyklu „Po schodach wierszy”, pokonkursowe wystawy malarskie organizowane przez Towarzystwo Kulturalne IWA (organizatorami byli Jerzy Fila, Andrzej Grabowski i Maciej Grochowski). Wyjątkowość tego miejsca przyczyniła się do wyciągnięcia dotychczas chowanych w szufladach wierszy lokalnych twórców. 2002 - 2003. W tym okresie nadal pojawiały się nowe pomysły. Tym razem zaplanowaliśmy utworzenie Sali Rycerskiej.Staraliśmy się o nowe pomieszczeniez tego zabytkowego obiektu, w którym wcześniej mieściła się hurtownia farb. W tym czasie znana i ceniona przez mieszkańców miasta była działalność sekcji rycerskiej prowadzonej przez Arkadiusza Dzikowskiego. Nowe pomieszczenie zostało przekazane Klubowi Nowodworskiego przez samorząd nieodpłatnie umową użyczenia. I znowu rozpoczęliśmy remont - z pomocą pracowników robót publicznych uzupełniono i pobielono tynki, oszklono okna. Sekcja rycerzy, później Prokuratoria Żuławska, prowadziła zajęcia ze sztuki walk średniowiecznych, wykonywała i naprawiała repliki broni, a także brała udział w turniejach, bitwach i pokazach. Uczestniczyła dwukrotnie w historycznych rekonstrukcjach bitwy pod Grunwaldem i oblężeniu Malborka. Środki zarobione na turniejach w części były przeznaczane na remont sali (naprawa dachu), wykonanie żaluzji zabezpieczających okna. 2004 - JUBILEUSZ MUZEUM W 2004 roku Muzeum Żuławskie obchodziło dziesięciolecie istnienia. Dzięki inicjatywie Towarzystwa Kulturalnego IWA (Andrzej Grabowski i Maciej Grochowski) zorganizowany został „I Spływ Tuga - Wielka Święta” na trasie Nowy Staw - Nowy Dwór Gdański. Spływ zorganizowany dla uczczenia jubileuszu miał również zwrócić uwagę na problemy związane z rewitalizacją rzeki. Przypomniano historię powstania muzeum i osiągnięć placówki. Był to bardzo uroczysty dzień, gościliśmy około 100 osób. Na strychu zorganizowano wystawę kolekcji żab powiązanej tematycznie ze spływem, a będącej własnością pani Eweliny Kujawskiej. Kuratorem i organizatorem wystawy była pani Zofia Głowacka (sympatyk muzeum). W tym czasie w skład muzeum wchodziło pięć sal udostępnionych zwiedzającym. Na pierwszym piętrze czynna była ekspozycja narzędzi i przedmiotów życia codziennego. W galerii-lapidarium mieściły się stele menonickie (najstarsza z 1684 roku). Trzecia sala z warsztatem pszczelarskim i przetwórstwa mięsnego ukazywała dziedzictwo pracy na Żuławach jako najwyższą wartość tego regionu. Czwartą salą był klimatyczny strych, gdzie pre- Poddasze budynku muzeum w 2004 roku zaadaptowano na kolejną salę muzealną z tematycznymi kącikami - krawieckim, tkackim, stolarskim, kuchennym, fot, archiwum ................ zentowano różne eksponaty oraz organizowano spotkania i wystawy. Piąta sala — rycerska służyła warsztatom sztuki walki. Na zwiedzenie muzeum trzeba było przeznaczyć około 2 godzin. W roku jubileuszowym zorganizowano następujące wystawy: Stuletnia fotografia - autorstwa Ryszarda Rostankowskiego, numizmatyczna - Barbary Chudzyńskiej, bursztynu - Anny i Grzegorza Matysiaków, malarstwa i haftu - Zofii Głowackiej i Ewy Żyłowskiej, malarstwo, rzeźba i haft - członkowie Sztutowskiego Towarzystwa Kulturalnego, wystawy pokonkursowe - młodzież powiatu (konkurs zorganizowany przez TK IWA), zwierzęta w ich naturalnych siedliskach — Towarzystwo Gdańsk-Niderlandy.Ponadto nagrywane były filmy edukacyjne i reportaże na temat muzeum, menonitów i Żuław. 2005. Nowy unikalny eksponat będący własnością miasta Gdańska - wiatrak odwadniający pozyskany i przetransportowany do nas z Wyspy Sobieszewskiej z inicjatywy Marka Opitza. Jest to ostatni taki obiekt na Żuławach i podobno w Polsce. Cenna weranda z XIX w. z domu podcieniowego w Suchym Dębie wzbogaciła nasze zbiory dzięki odkryciu i przeniesieniu przez Marka Opitza. Najstarszym eksponatem od września 2005 roku jest moneta z 337 roku podarowana przez Sylwestra Zandeckiego z Częstochowy. Trafiła do naszych zbiorów dzięki inicjatywie starosty nowodworskiego Mirosława Molskiego. 2006. Po długich staraniach Klubu Nowodworskiego, a szczególnie Bolesława Kleina uzyskaliśmy zgodę Muzeum z Wulfrath na przekazanie nam makiety Tiegenhof, przedstawiającej stan miasta w 1939 roku. Po makietę pojechał Bolesław Klein, Harry Lau, Grzegorz Barbara Chudzyńska 65 Gola i Marek Opitz. Burmistrz Tadeusz Studziński sfinansował transport, a nowodworza-nin i miejscowy przedsiębiorca Marcin Mejer użyczył sprzętu do przewozu. Makieta bez uszkodzeń dotarła do naszego muzeum 21 kwietnia. W ramach projektu „Miasto w mieście - 125 rocznica uzyskania praw miejskich przez Nowy Dwór Gdański” zaprezentowano wystawę starych fotografii, wspomnienia dawnych mieszkańców i osadników oraz wernisaż połączony z obchodami jubileuszu miasta. W takiej scenerii 10 czerwca odsłonięto makietę ustawioną w towarzystwie elementów zabytkowego wiatraka i werandy w centralnym miejscu sali rycerskiej. Po konsultacjach (od 2004 roku), wizji lokalnej i spełnieniu określonych warunków wieloletnia współpraca z Menoniten Gemeinde w Haarlem (Holandia) zaowocowała przekazaniem nam na stałe Wystawy polskie poldery - holenderscy mennonici w delcie Wisły 1540 -1788 - 1945. Wystawę odsłonięto 11 czerwca przy licznym udziale menonitów z Holandii, przedstawicieli muzeów, sąsiednich samorządów oraz naszych władz i mieszkańców. Została urządzona na I piętrze muzeum. Miejsca ustąpiła jej pierwsza historyczna wystawa, która wywędrowała na „tajemniczy strychTWystawa to z pewnością zasługa Bolesława Kleina. Kolejnym wydarzeniem było otwarcie Lapidarium w Cyganku, które zostało filią Muzeum Żuławskiego. Grunt pod lapidarium wydzierżawił nam samorząd na okres 10 lat. Zgromadziliśmy ponad 80 nagrobnych kamieni polnych. Autorem projektu i opiekunem tego miejsca jest Marek Opitz. 2007. W celu zabezpieczenia przed kradzieżą coraz cenniejszych zbiorów zamontowano z własnych środków i sponsoringu system alarmowy w salach ekspozycyjnej na I piętrze i rycerskiej. Wykonano także profesjonalne oświetlenie wystawy menonickiej i na strychu. Wspólnie z samorządem zaczęliśmy pracę nad opracowywaniem koncepcji i projektem Żuławskiego Parku Historycznego. Celem projektu była adaptacja zabytkowej mleczarni w Nowym Dworze Gdańskim. 2008. W dniu 10 kwietnia podpisano umowę partnerską między Gminą Nowy Dwór Gdański a naszym stowarzyszeniem na realizację projektu: „Żuławski Park Historyczny -adaptacja zabytkowej mleczarni w Nowym Dworze Gdańskim”. W związku ze sprzedażą przez samorząd obiektu magazynowego wypowiedziano nam umowę na użytkowanie pomieszczeń, w których przechowywane i prezentowane były eksponaty o ważnymznaczeniu historycznym będące pod opieką konserwatorską. Największą stratą była likwidacja galerii - lapidarium. Zbiór pomników został przeniesiony do sali wystawowej masarni. Konieczne było złożenie całej linii technologicznej masarni na zaplecze obiektu. W tym momencie stuletnie maszyny i ciekawą historię rodziny Lau zesłano do magazynu. 2009. W listopadzie przywieźliśmy około 600 książek o Żuławach z archiwum Hermana Spode z Bielefeld, które przekazała nam wdowa w jego imieniu. Książki zostały zinwentaryzowane i złożone na okres remontu w siedzibie Lokalnej Grupy Działania Żuławy i Mierzeja. Nie mieliśmy innego miejsca, a w naszym muzeum trwało przenoszenie eksponatów do odkupionego przez samorząd obiektu -starego magazynu. W tym momenciebyło to 66 Muzeum Żuławskie szczęśliwe zakończenie, bo nie mielibyśmy gdzie umieścić składanych wystaw i eksponatów. Cały czas mimo przeprowadzki przekazywano nam obiekty do zbiorów. Ostatnim przywiezionym 4 grudnia do magazynu eksponatem była fisharmonia z XIX wieku. 2010. Mimo przekazania kluczy od Muzeum Żuławskiego wykonawcy inwestycji Żuławskiego Parku Historycznego w dniu 8 lutego, nadal trwały ostatnie prace przy demontażu i wynoszenie ciężkich eksponatów (magiel, wiatrak odwadniający). 12 lutego przenieśliśmy ostatnie meble i dokumenty archiwalne do magazynu. Tak zakończyliśmy pracę w historycznej już, dla nas, siedzibie biura muzeum. Datę 12 lutego 2010 należy uznać za zakończenie działalności „w starym” obiekcie muzeum. W magazynie zorganizowaliśmy biuro i zainstalowaliśmy telefon. Mimo prowizorki (bez prądu i ogrzewania) pracowaliśmy intensywnie, chociaż był to okres ostrej zimy. W magazynie udało nam się urządzić kilka ekspozycji tematycznych dla turystów chcących koniecznie obejrzeć nasze zbiory. Mimo, że oficjalnie muzeum było nieczynne, a wokół był plac budowy, dzięki przychylności wykonawcy (musiał każdorazowo wyrazić zgodę), wystawy w okresie wakacyjnym obejrzało około 150 osób. • Od 15 lutego rozpoczęliśmy budowę ekspozycji - magazynku strażnika wałowego - sfinansowanego w ramach projektu Związki Wałowe Wracają. Należy zaznaczyć, że w tym czasie dość licznie odwiedzana była filia Muzeum Żuławskiego w Cyganku. Szacujemy, że zwiedziło ją około 1000 osób.Zaznaczyć należy, że przeprowadzkę eksponatów, prace porządkowe, zabezpieczające, inwentaryzację prowadziło od września 2009 roku dwoje, a od stycznie do lipca 2010 roku czworo stażystów w ramach umowy z Powiatowym Urzędem Pracy. To oni głównie wpisali się w ostatnią fazę istnienia i demontażu „starego” muzeum. Pracami przenoszenia eksponatów kierowała i uczestniczyła cały czas niżej podpisana. Przeniesieniem stel i macew z lapidarium zajmował się Marek Opitz z zespołem wolontariuszy. Warto wiedzieć, trochę dat i statystyki na zakończenie 11 czerwca 1994 - Otwarcie muzeum (jedna sala ekspozycyjna i galeria - 200 eksponatów); 11 czerwca 2006 - Otwarcie lapidarium w Cyganku; 2009 - 6 sal ekspozycyjnych (o pow. 622 m kw. - ok. 2500 eksponatów); Zorganizowaliśmy ok. 60 wystaw; Odbyło się ok. 1500 lekcji w muzeum dla dzieci i młodzieży; W sumie nasze muzeum odwiedziło ok. 58 tysięcy zwiedzających. Wyjątkowymi gośćmi muzeum byli: premier Niderlandów - Jan Peter Balkenende, ambasador Niderlandów - Martin von Dijk, konsul generalna Niemiec - Ute Minke-Koenig, honorowy konsul Niderlandów - Magdalena Pramfeld, biskup elbląski - Jan Styrna. Byliśmy współorganizatorami pięciu Światowych Zjazdów Menonitów, a także uczestniczyliśmy w wielu inicjatywach dotyczących ochrony dziedzictwa kulturowego, np. akcjach porządkowania cmentarzy na Żuławach. Barbara Chudzyńska 67 Jak ciekawe eksponaty pozyskaliśmy niech świadczy fakt, że w 2005 roku 36 naszych eksponatów prezentowanych było w Holandii, a w latach 2006-08 w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu, a następnie Gdańsku i Elblągu. Prowadzący i opiekujący się Muzeum (społecznie): 1994 - 1997 - Ewa Wcisła, Jerzy Wcisła, Bolesław Klein; 1997 - 2010 - Barbara Chudzyńska (kustosz społeczny); 1998 -2003 - Ryszard Rostankowski (opiekun lapidarium); od 2006 - Marek Opitz (lapidarium w Cyganku). Niezbędni i bardzo pomocni byli stażyści, praktykanci, pracownicy interwencyjni i wolontariusze (ok. 150 osób). Oprowadzający: Bolesław Klein (wycieczki zagraniczne), Grzegorz Gola, Barbara Chudzyńska oraz Mariusz Raca - prowadzący wykłady historyczne i lekcje muzealne. Myślę, że pasja pozwoliła nam na zrealizowanie tak wielu pomysłów, które wpłynęły na rozwój Muzeum Żuławskiego. Kilkunastoletni dorobek muzeum stał się podstawą do opracowania i realizacji nowego projektu - Żuławskiego Parku Historycznego. Należy podkreślić, że muzeum istnieje dzięki odważnym decyzjom burmistrzów: Stanisława Bobrowicza, wspierającego program utworzenia muzeum w 1993 roku i Tadeusza Studzińskiego, który zdecydował o utworzeniu Żuławskiego Parku Historycznego w 2008 roku. Na tropach historii Jan Chłosta „ABY Z POLSKIM LUDEM BYŁ POLSKI KSIĄDZ...” Takie pragnienie w końcu XIX wieku wciąż wypowiadali chłopscy działacze narodowi na południowej Warmii w okresie budzącego się ruchu polskiego. Brakowało im wykształconych przywódców, w tym zwłaszcza duchownych ze względu na znaczący autorytet w społeczności wiejskiej pod Olsztynem, Barczewem i Biskupcem. Tymczasem z powodu niemieckiego charakteru fromborskiej Kurii Biskupiej, począwszy od rządów biskupa warmińskiego Andrzeja Thiela, tutaj księża tej roli nie spełniali jak ich konfraci na Pomorzu i w Wielkopolsce. Po prostu obawiali się restrykcji ze strony ordynariusza w postaci przeniesień w niemieckie rejony diecezji, gdzie w zachowaniu języka polskiego w Kościele nic nie mogli zrobić. Tak postąpił ten biskup w 1903 roku z ks. dr Robertem Bilitewskim z Gryźlin i kolejny rządca bp Augustyn Bludau w 1927 roku z ks. Karolem Langwaldem z Klebarka. Ostatecznie kierowniczą rolę w ruchu polskim na Warmii przyjął po 1907 roku ks. Walenty Barczewski (1856-1928) z Brąswałdu, a w latach międzywojnia już w całych Prusach Wschodnich, urodzony pod Sztumem, ks. Wacław Ksawery Osiński (1862-1945). Z Powiśla wywodziła się cała gromadka kapłanów, którzy posługę religijną łączyli z działalnością społeczno-oświatową i kulturalną w parafiach. Bardziej lub mniej angażowali się w pracę narodową istniejących organizacji jak: towarzystwa szkolne, ludowe, młodzieżowe i gospodarcze. Wygłaszali w czasie spotkań odczyty i pogadanki. Ci, którzy duszpasterzo-wali na południowej Warmii i Powiślu, głosili polskie kazania, bo uważali, że z polskim słowem można bardziej dotrzeć do swoich parafian. Nie ukrywali też swojej polskiej postawy w ważnych na tych ziemiach okresach zmagań polsko-niemieckich, jak plebiscyty w 1920 roku bądź też kolejne wybory do parlamentu niemieckiego, a więc zabiegali o głosy dla kandydatów Polaków. Za taką postawę musieli znieść w czasach hitlerowskich prześladowania. Kilku z nich oddało życie w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Mam na myśli księży: Władysława Demskiego, Wojciecha Rogaczewskiego, Bronisława Sochaczewskiego, Stanisława Zuske. Ksiądz Zuske (1903-1942) wywodził się spod Śremu. Jako prefekt Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie podzielił los kilku profesorów tej szkoły. Aresztowany przez hitlerowców już 25 sierpnia 1939 roku został osadzony w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, następnie w Sachsenhausen, Dachau i w końcu od 14 XII 1940 roku w Harthein k. Linzu. Tam zginął w komorze gazowej. Jeszcze w końcu XIX wieku dali osobie znać swoimi formami duszpasterzowania dwaj duchowni: urodzony w Cegielni pod Sztumem ks. Jan Nepomucen Szadowski (1834-1914) i ks. dr Feliks Schreiber (1857-1889) z Mikołajek Pomorskich. Obaj byli miłośnikami języka polskiego i przez swoje oddziaływanie wiązali społeczność wiejską i rzemieślni- Jan Chłosta ków z Kościołem, z jego nauką społeczną. Ksiądz Szadowski wydawał zbiory pieśni nabożnych i modlitewniki, w latach 1867-1871 czynił starania o przywrócenie lektoratu języka polskiego w seminarium duchownym w Braniewie, budował kościoły na Mazurach: w Opaleńcu i Wielbarku oraz w Królewcu. Podczas jego posługi w Wielbarku doprowadził do założenia katolickiej szkoły. Zabiegał o rozwój Towarzystwa świętych Bonifacego i Wojciecha w diecezjach chełmińskiej i warmińskiej.1 Mówił o tym we wrześniu 1891 roku po polsku na zjeździe katolickim w Gdańsku. Ksiądz Schreiber był synem właściciela większego gospodarstwa rolnego i cegielni w Mikołajkach. Po ukończeniu gimnazjum w Chełmnie, odbywał studia w Kolegium Polskim 69 Jan Szadowski w Rzymie. Uzyskał tam dwa doktoraty: z teologii i prawa kanonicznego. Po powrocie z Rzymu krótko duszpasterzował w Postolinie, od 13 I 1887 roku w dzisiejszej współkatedrze św. Jakuba w Olsztynie, gdzie jako wikary rozwinął szeroką działalność społeczno-religijną i oświatową wśród miejscowych robotników i rzemieślników. Założył Towarzystwo Czeladzi Katolickiej, był prezesem Towarzystwa świętego Wincentego i skarbnikiem Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii2. Rozprowadzał książki i elementarze polskie. To on miał być autorem korespondencji z Brąswałdu, zamieszczonej w „Gazecie Olsztyńskiej” demaskującej antypolskie duszpasterzowanie ks. Hermanna Macierzyńskiego w Brąswałdzie. Mimo większości Polaków nie wygłaszał prawie polskich kazań i nauczał dzieci religii wyłącznie po niemiecku.3 Nadto ks. Schreiber zainicjował budowę domu katolickiego „Kopernik” (w tym miejscu teraz znajduje się budynek Kurii Metropolitarnej w Olsztynie). Wraz z rzemieślnikami pracował fizycznie przy wznoszeniu budynku, co miało przyspieszyć jego śmierci. W tym miejscu nie można pominąć działalność ks. dr Antoniego Wolszlegiera (1853-1922), urodzonego na Pomorzu w Szenfeldzie pod Chojnicami, który jako proboszcz parafii w Dąbrównie na Mazurach został w 1893 roku w okręgu re-szelsko-olsztyńskim wybranym posłem do Reichstagu. Popierał inicjatywy narodowe Polaków na Mazurach, przyczynił się do założenia w 1896 roku „Gazety Ludowej” w Ełku. Nadto w tym czasie z powiślańskich duchownych wyróżniali się jeszcze ks. Eryk Gross (1861-1935) z Tychnowów, wywodzący się z Mikołajek Pomorskich ks. Franciszek Połomski (1875-1923) i urodzony w Ryjewie ks. Feliks Goryń-ski. Ksiądz Gross zaczął swoją posługę jako wikary w 1890 Feliks Goryński 1 A. Kopiczko, Duchowieństwo katolickie w diecezji warmińskiej w latach 1821-1945, cześć2: Słownik, Olsztyn 2003, s. 283. Śp. ksiądz dr Feliks Schreiber, Gazeta Olsztyńska, [dalej GO], 1889, nr 30 z 26 VII. 3 Korespondencja z Brąswałdu, tamże, 1887, nr 41 21 X. 70 „Aby z polskim ludem był polski ksiądz...” roku w Tychnowach, potem krótko duszpasterzował Sętalu pod Olsztynem, a w 1903 roku powrócił do parafii w Tychnowach. Założył w 1912 roku w tej wsi Bank Ludowy i został prezesem Rady Nadzorczej tego banku. W 1918 roku włączył się w działalność Polskiej Rady Ludowej w Kwidzynie, a potem brał udział w pracy agitacyjnej przed plebiscytem w 1920 roku. Zostało to potwierdzone podczas osobliwego procesu sądowego, jaki odbył się 13 i 14 II 1934 roku przed Sądem Krajowym w Elblągu. Proboszcz z Tychnowów wystąpił w rozprawie jako świadek, a w końcu procesu - stał się prawie oskarżonym. Meritum sprawy sprowadzało się rzekomo do sporu, w którym mistrz piekarski Kramer zaskarżył swego konkurenta z tej samej branży piekarskiej Wiecherta o to, że ten publicznie nazwał go Polakiem i sympatykiem ruchu polskiego w okresie plebiscytu, a ks. Gross miał potwierdził ten fakt. Tymczasem duchowny oświadczył: „Nigdy nie widziałem w tamtym czasie Kramera, poznałem go dopiero w 1925 roku, ale nie widziałem go na zebraniach Polaków”. W pewnym monecie przewodniczący zespołu sędziowskiego stwierdził, że „nie Kramer jest tu główną i najgorszą figurą w tym procesie, lecz właśnie kapłan z Tychnowach”.4 Rozprawa zakończyła się ugodą, ale posłużyła Niemcom do podjęcia batalii przeciwko proboszczowi, włącznie z usunięciem go z parafii. Takie działania podjęli we fromborskiej Kurii Biskupiej sam prezydent rejencji Pudding i miejscowi’nauczyciele, a biskup Maksymilian Kaller od razu podjął decyzję o wysłaniu ks. Grossa na emeryturę i mianował ks. Wiktora Goplana na probostwo w Tychnowach. Ponieważ w obronie ks. Grossa wystąpił dziekan kwidzyński ks. Franciszek Preuss, to rządca diecezji wycofał pochopnie wydaną nominację. Niemieccy nauczyciele z Tychnowach Radtke i Feyerbend jednak wciąż naciskali na usunięcie ks. Grossa. Zbierali nawet podpisy pod petycją o jego usunięcia z parafii. Trwający spór rozstrzygnęła śmierć proboszcza 17 XI 1935 roku. Ksiądz Feliks Goryński byl od 1911 roku proboszczem parafii w Kobułtach na pograniczu warmińsko-mazurskim. Należał do aktywniejszych członków Mazurskiego Banku Ludowego w Szczytnie, prowadzonego przez redaktora Kazimierza Jaroszyka. Brał też udział w zebraniach miejscowego kółka rolniczego, na którym posługiwano się językiem polskim. Ruch polski na Powiślu wspierał w sposób szczególny ks. Franciszek Połomski. Od 1904 roku duszpasterzował w Piszu na Mazurach, w 1913 roku przeniesiono go do Straszewa. Był na Powiślu jednym z nielicznych członków Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Ze Straszewa pochodził błogosławiony ks. Władysław Demski (1884-1940). Po przyjęciu święceń kapłańskich niósł posługę religijną jako wikary w podolsztyńskich parafiach: Wrzesinie, Orzechowie, Barczewie i Biskupcu. Przed plebiscytu otrzymał skierowanie do pracy w Starym Targu. Angażował się w polskie działania narodowe, był członkiem Centralnego Komitetu powołanego 30 listopada 1920 roku Związku Polaków w Prusach Wschodnich, jako wiceprezes Polsko-Katolic- Władysław Demski 4 Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej AAN], Konsulat RP w Kwidzynie [dalej KK], sygn. 3680, k. 104. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 19 II 1934 r. Jan Chłosta 71 kiego Towarzystwa Szkolnego na Powiśle, dążył do utworzenia szkół polskich, opiekował się kołami Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi. W drugiej połowie 1922 roku opuścił Powiśle i osiadł w Inowrocławiu. Podjął następnie studia filologiczne na Uniwersytecie Poznańskim i został prefektem Gimnazjum im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu. Hitlerowcy aresztowali go 2 XI 1939 roku i więzili w Inowrocławiu, Swieciu, Górnej Grupie i Gdańsku, potem został przetransportowany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, od 10 IV 1940 roku - w Sachsenhausen, gdzie został bestialsko zamordowany. Jan Paweł II podczas kolejnej pielgrzymki do Ojczyzny beatyfikował go 13 VI1999 roku w Warszawie. Podobny los spotkał również dwóch innych duchownych: urodzonego w Brusach k. Chojnic ks. Bronisława Sochaczewskiego (1886-1940), który został zamordowany w Sachsenhausen i wywodzącego się z Dąbrówki Malborskiej ks. Wojciecha Rogaczewskiego (1888-1944), który zmarł na tyfus w Buchenwałdzie. Obu kapłanów można nazwać Sługami Bożymi, bo Metropolita Warmiński ks. abp dr Wojciech Ziemba dołączył tych dwóch kapłanów do innych męczenników za wiarę i wystąpił do odpowiedniej dykasterii watykańskiej o ich beatyfikację. Ksiądz Sochaczewski niósł posługę najpierw na Powiślu w Sztumie, Postolinie i Kwidzynie, potem w Świętej Lipce, Ełku i Lamkowie, wreszcie od 1931 roku w Krasnej Łące. Wcześniej współpracował z „Gazetą Olsztyńską”, był członkiem Związku Polaków w Niemczech, utrzymywał kontakty z konsulem Józefem Gieburowskim, właśnie z nim rozważał powołanie towarzystwa im. kardynała Stanisława Hozjusza, które miałoby się zająć koordynowaniem polskich działań duszpasterskich w Niemczech i badaniem życia tego biskupa warmińskiego. Ze względu na brak środków do powołania towarzystwa nie doszło. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej 10 V 1939 roku ks. Sochaczewski został wysiedlony z terenu Prus Wschodnich jako osoba niebezpieczna dla III Rzeszy. Zamieszkał w Gdyni, gdzie go aresztowano w października 1939 roku. Przebywał w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, potem w kwietniu 1940 roku został przetransportowany do Sachsenhausen, gdzie go zamordowano. Napisał o nim więzień tego obozu Włodzimierz Wnuka: „Ujął mnie subtelnością, którą promieniał nawet w Stutthofie. Okazywał mi na każdym kroku wiele życzliwości, na którą nie wiem czy zasłużyłem. Mówił zawsze cichym, jakby przygaszonym głosem. Czyż mogłem wtedy przewidzieć, że ten właśnie cichy głos stanie się bezpośrednią przyczyną strasznej jego śmierci”.5 W Sachsenhausen cicha odpowiedź księdza na zapytanie wachmana, kim jest z zawodu? Zdenerwowała hitlerowca, który skatował duchownego do utraty przytomności. Następnego dnia po pobiciu 13 maja 1940 roku ksiądz zmarł. Ksiądz Rogaczewski natomiast dał się poznać jako aktywny działacz plebiscytowy w nadgranicznych Prawdziskach pod Ełkiem, gdzie od 1919 roku przejął obowiązki duszpasterskie po proboszczu Konradzie Majewskim. Przed głosowaniem 11 lipca 1920 roku często przebywał w Grajewie i Augustowie. Przewoził materiały propagandowe, przemawiał na wiecach. W tamtym rejonie Niemcy w obawie przed przyłączenie wsi nadgranicznych do Polski podjęli zdwojoną agitację. Panowały tam terror i szkalowanie wszystkiego co polskie. Następnie „od 14 maja 1923 roku, jak pisał, urządziłem w Kalinowie pod Ełkiem dla dzieci 5 W. Wnuk, Byłem z Wami, wyd. III, Warszawa 1985, s. 35-36. 72 „Aby z polskim ludem był polski ksiądz...” mniejszości polskiej wyznania katolickiego osobny oddział za wiedzą i zezwoleniem rektora szkoły o nazwisku Kaja. Udzielałem nauki religii dla dzieci w godzinach popołudniowych w ich języku ojczystym. To było prawdopodobnie powodem, że mi zabroniono wstępu do szkoły bo 23 I 1924 roku odebrałem od rektora pismo, w którym o tym donosi”.6 Po pewnym czasie otrzymał kolejne pismo, nakazujące opuszczenie Prus Wschodnich. W grudniu 1926 roku jakiś czas zatrzymał się w Lubawie. Prymas Polski August Hlond skierował go do pracy jako opiekuna duchownego nad emigracją polską we Francji. Zamieszkał w Briey, od 1930 roku w Metz. Zakładał tam towarzystwa katolickie, wspierał prowadzoną przez zakonnice szkołę gospodarstwa domowego w St. Ludan., angażował się w pracę francuskiego Towarzystwa Przyjaciół Polski. Po inwazji Niemców na Francję prowadził centralę Duszpasterstwa Polskiego na południową Francję. Angażował się również w działania francuskiego Ruchu Oporu. Nie uszło to uwadze Niemców. W czerwcu 1943 roku został aresztowany, był więziony w Mont Luc, Lyonie, Complegne. W styczniu 1944 roku przetransportowano go do obozu koncentracyjnego w Buchenwałdzie. Francuzi uczcili pamięć ks. Rogaczewskiego. W kościele katolickim w Metzu umieszczono pamiątkową tablicę.7 Szkoda, że nie pamięta się o jego działalności w kraju, z którego się wywodził. Aż ćwierć wieku duszpasterzował na południowej Warmii urodzony w Śnicach k. Sztumu ks. Albin Wenskowski (1892-1964). Był proboszczem w Orzechowie i Wrzesini, gdzie za opiekę religijną nad Polakami był wielokrotnie przesłuchiwany przez gestapo. Przyczynił się też do rozbudowy kościoła we Wrzesini. Na przemian, raz na Powiślu, to znów na Warmii, pracował urodzony w Mątowach Wielkich ks. Józef Przeperski (1895-1951). Po święceniach kapłańskich w 1922 roku był wikarym w Krasnej Łące, potem we Wrzesini, Gietrzwałdzie, Klebarku i Sząbruku pod Olsztynem. W 1933 roku został redaktorem dodatku religijnego do „Gazety Olsztyńskiej” pod nazwą „Gość Niedzielny”. Podczas pracy w Postolinie w 1935 roku hitlerowcy aresztowali go za to, że podczas lekcji religii posługiwał się w szkole niemieckiej językiem polskim, bo jak mówił, dzieci po prostu nie rozumiały tego co mówił im po niemiecku o Bogu i miłości bliźniego. Poza tym niejaka Korzeniewska z Miran doniosła gestapo, iż w trakcie kolędy zwrócił uwagę starszym jej synom o obowiązku posługiwania się językiem ojczystym, Józef Przeperski a nie zapierania się mowy przodków.8 Hitlerowski sąd wymierzył ks. Przeperskiemu karę półtora roku więzienia. Zarówno biskup Maksymilian Kaller jak i polski konsul z Kwidzyna Mieczysław Rogalski podjęli starania o zwolnienie duchownego. Nie wiadomo jakich argumentów używał rządca diecezji, ale konsul zwrócił uwagę na chorobę rodziców, będących w podeszłym wieku, wymagających opieki syna. W każdym razie w końcu kwietnia 1935 6 List do redakcji, GO, 1924, nr 251 z 25 X; Por. AAN 1983. s., Poselstwo RP w Berlinie [dalej Pos.], sygn. 2093, k. 148, Pismo Wicekonsulatu RP w Ełku z 13 III 1926 roku. 7 T. Oracki, Ksiądz Wojciech Rogaczewski, Słowo na Warmii i Mzurach, 1965, nr 43 z 20 X. 8 AAN, KK, sygn. 1869, k. 154. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 25 III 1935 roku. Jan Chłosta roku kapłan został zwolniony.9 Nie na tym skończyły się prześladowania ks. Przeperskiego. Jeszcze w 1935 roku ordynariusz powierzył mu probostwo w Dywitach pod Olsztynem, ale z powodu protestu miejscowej nacjonalistycznej komórki Bund Deutscher Osten, biskup Kaller cofnął nominacje i wysłał tego duchownego do pracy w Tapiawie (obecnie Gwardiejsk w Obwodzie Kaliningradzkim), a w połowie września 1938 roku powierzył mu parafię w nadgranicznym Klonie. Stamtąd 10 lipca 1939 roku otrzymał nakaz gestapo opuszczenia Prus Wschodnich. Odtąd zamieszkał w Berlinie w mieszkaniu księdza Józefa Styp-Rękowskiego, a po 1945 roku powrócił do Klonu. Biskup Kaller, którego także można nazywać Sługa Bożym, bo jego proces beatyfikacyjny został otwarty z inicjatywy Wizytatora 73 Wacław Osiński Apostolskiego Warmiaków w Niemczech, pod naciskiem niemieckich władz administracyjnych i organizacji nacjonalistycznych przed 1939 rokiem zmniejszał liczbę polskich nabożeństwach w diecezji, ale sam wygłaszał polskie kazania, jak w 1934 roku w Olsztynie i Gietrzwałdzie, o co gauleiter Erich Koch miał do niego pretensje.10 Nadzwyczaj ważną rolę w ruchu polskim na całych Prusach Wschodnich odegrał urodzony w Sztumie ks. Wacław Osiński (1868-1945). Swoje duszpasterzowanie na Warmii zaraz po święceniach w 1894 roku zaczął od sanktuarium w Gietrzwałdzie, potem od 3 II 1899 roku był administratorem parafii w Opaleńcu na Mazurach. Od 28 V 1904 roku przez 31 lat był proboszczem w podolsztyńsakich Butrynach. Od plebiscytu w 1920 roku patronował prawie wszystkim polskim inicjatywom narodowym. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w polskich organizacjach, począwszy od prezesa Związku Polaków w Prusach Wschodnich, po kierownictwo IV dzielnicy Związku Polaków w Niemczech, obejmującej Prusy Wschodnie, przewodniczył Radom Nadzorczym Banku Ludowego i Spółdzielni Rolniczo-Handlowej „Rolnik” w Olsztynie, Polsko-Katolickiemu Towarzystwu Szkolnemu i Hufcowi Wschodniopruskiemu ZHP w Niemczech. Z jego inicjatywy w parafii butryń-skiej otwarto w kwietniu 1929 roku dwie polskie szkoły: w Nowej Kaletce i Chabrowie. Po incydencie 18 marca 1933 roku w Butrynach, kiedy odmówił wstępu na cmentarz katolicki w czasie pogrzebu jednego z członków NSDAP, pocztu sztandarowego organizacji milita-rystycznej Stahlhelm, to członkowie tej organizacji urządzili napad na plebanię. W nocy z 20 na 21 marca 1933 roku piętnastu Stahlhelmowców dokonało bandyckiego zajazdu na dom proboszcza. Najpierw ks. Osińskiego próbowano wywabić wezwaniem do chorego z ostatnią posługą, ale kapłan uprzedzony o zamiarach napastników, nie opuścił plebani, tylko skutecznie zabarykadował drzwi wejściowe. Napastnicy wybili szyby i ostrzelali dom z kilku stron. W obronie proboszcza Osińskiego stanęła „Gazeta Olsztyńska”. Redaktor Wacław Jankowski napisał: „To, że proboszcz Osiński patronuje polskim organizacjom nie jest i nie może być powodem wrogiego odnoszenia się doń pewnych kół niemieckich. Zważyć bowiem trzeba i pamiętać o tym, że na czele niemieckiego ruchu w Polsce stoją również duchowni, którzy cieszą się troskliwa opieką Episkopatu Polski pod przewodnictwem Jego ’ Tamże, k.161, Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 4 V 1935 roku. 10 J. Chłosta, Biskup M. Kaller, w: Poczet biskupów warmińskich, pod red. S. Achremczyka, Olsztyn, 2008, s. 441. 74 „Aby z polskim ludem był polski ksiądz...” Eminencji księdza kardynała Augusta Hlonda”.11 Hitlerowcy nie ustawali w atakach na Księdza. Już nie tylko enuncjacje prasowe, ale oficjalnie pojawiały się groźby pod adresem tego kapłana. Żądano od niego rezygnacji z mandatu członka sejmiku powiatowego oraz probostwa w Butrynach. O jego przejście w stan spoczynku zabiegał sam biskup Kaller. Miał prosić go oto sam kanclerz Franz von Papen. Przed tym na pierwszym posiedzeniu nowo wybranego sejmiku powiatowego 7 IV 1933 roku doszło do skandalicznego zachowania hitlerowców. Jak ks. Osiński, będąc najstarszym z członków sejmiku, miał przemawiać, to Niemcy odśpiewali trzy zwrotki „Deutschland, Deutschland uber alles”, a potem opuścili salę obrad.12 Pod wpływem tych zajść biskup Kaller wydał zarządzenie zakazujące duchownym piastowania mandatów w organach publicznych. Dotyczyło ono jednak wyłącznie Polaków. Z tego powodu ks. Osiński zrzekł się mandatu i zrezygnował z probostwa. W parafii zbierano podpisy wiernych pod petycją, domagająca się pozostawienia księdza w parafii. Podpisało ją 524 parafian i 63 katolików z pobliskich wsi mazurskich. Za namową kanonika Franciszka Sandera z Fromborka objął ks. Osiński funkcje przełożonego majątku księży emerytów w Krośnie koło Ornety. Zarządzał tym domem zaledwie rok, potem zamieszkał w Olsztynie. Podejmował jeszcze różnego rodzaju inicjatywy jak między innymi próbę połączenia polskich grup modlitewnych w parafiach na południowej Warmii, zwanymi „Różami różańcowymi”. Pragnął im nadać polski charakter.13 W początkach września 1939 roku ksiądz Osiński został aresztowany przez hitlerowców i wraz z innymi działaczami polskimi z Prus Wschodnich wywieziony do hitlerowskiego obozu pracy w Hohenbruch niedaleko Królewca. Ze względu na podeszły (71 lat) i chorobę serca został w października tamtego roku zwolniony. Powrócił do Olsztyna, lecz niedługo był na wolności. Za podjęcie z Wandą Pieniężną żoną ostatniego redaktora „Gazety Olsztyńskiej” oraz Ludwiką, Pelagią, Ireną i Marią Stramkowskimi zbiórki odzieży polskich jeńców wojennych, przebywających w Olsztynie, został skazany na 9 miesięcy więzienia. Karę, dzięki staraniom proboszcza ks. Jana Hanowskiego, odbył w miejscowym szpitalu. Olsztyn opuścił przed wkroczeniem Rosjan do miasta w styczniu 1945 roku. Zatrzymał się w Wejherowie i tam 17 marca 1945 roku zmarł. X Obok kapłanów, których duszpasterzowanie w skrócie omówiłem, wielu innych głosiło przed 1939 rokiem polskie kazania w parafiach na Powiślu, południowej Warmii i w kilku parafiach na Mazurach. Tym samym utrwalali język polski i polskie obyczaje. Im bliżej wybuchu drugiej wojny światowej było to coraz trudniej. Posługa wszystkich, o czym nie zawsze zdajemy sobie sprawę, miała jednak duże znaczenie. Zamieszczone ilustracje pochodzą z książki: A. Kopiczko, Duchowieństwo katolickie w diecezji warmińskiej w latach 1821-1945, część 2: Słownik, Olsztyn 2003. 11 W. Jankowski, Ostatni proboszcz polski na Warmii padł ofiarą planowanej akcji antypolskiej, GO, 1933, nr 133 z 25 VI. 12 AAN, Pos. sygn. 2103, k. 46 Pismo Konsulatu RP w Olsztynie z 10 IV 1933 r. 13 AAN, Pos. sygn. 1879, k. 185. Ks. W. Osiński, Do wszystkich „Róż różańcowych”, odmawiających różaniec po polsku z 23 XI1937 roku. Andrzej Lubiński OBCHODY ROCZNIC NARODOWYCH NA ZIEMI SZTUMSKIEJ W DRUGIEJ POŁOWIE XIX WIEKU Przysięga jednego z powstańców złożona na ręce ks. Ludwiga Liczbarskiego,fot. archiwum autora Lii t. ces? x 76 Obchody rocznic narodowych na ziemi sztumskiej w drugiej połowie XIX wieku „Gazeta Toruńska” wydawana od roku 1867 przyczyniła się do uaktywnienia polskiego ruchu narodowego w Prusach Zachodnich. Na jej łamach były publikowane teksty opracowywane przez redakcję, ale również korespondencje jakie przychodziły na adres redakcji. Informowały one o wydarzeniach jakie miały miejsce w różnych częściach dzisiejszego Pomorza a dotyczyły polskich spraw związanych z życiem politycznym, gospodarczym, kulturalnym. „Gazeta Toruńska” była też inicjatorem obchodów I rozbioru Polski z roku 1772. To wydarzenie upamiętniono w roku 1872 zbiórką pieniężną na tzw. „Fundusz pamiątkowy”. Odzew na ten apel był bardzo duży różne kwoty pieniężne wpłacali ziemianie, włościanie, kupcy, rzemieślnicy, nawet wyrobnicy. Na ten fundusz dokonali wpłaty również moi pradziadkowie Leokadia i Jan Ubyszowie z Tylic koło Nowego Miasta Lubawskiego. Ostro zareagowała „Gazeta Toruńska” na obchody tego wydarzenia jakie urządziły niemieckie władze we wrześniu 1872 roku w Malborku. Redakcja postanowiła, że będzie organizowała uroczyste obchody innych ważnych polskich rocznic. W tym samym roku „Torunianka” rozpoczęła przygotowania do obchodów 400 setnej rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika przypadająca w roku przyszłym ogłaszając subskrypcję dzieła opracowanego przez toruńskiego astronoma. Osiem lat później obchodzona była 50 roeznica powstania listopadowego, w roku 1883 dwusetna rocznica odsieczy wiedeńskiej, a jedenaście lat później setną rocznicę powstania kościuszkowskiego. Po upadku powstania listopadowego nie wszyscy żołnierze udali się na emigrację lub wrócili do ojczystego kraju. Pewna grupa już na zawsze pozostała w państwie pruskim. Tu, w nowym miejscu zamieszkania, wiązali swoją przyszłość, zakładali rodziny, uczciwie pracowali. Niektórzy dożyli późnej starości i doczekali się obchodów 50 rocznicy wybuchu powstania listopadowego. Zanim przystąpię do opisania obchodów rocznic chciałbym w skrócie przybliżyć losy powstańców po przekroczeniu terytorium zaboru pruskiego w roku 1831 i ich pobycie na ziemi sztumskiej. Niedaleko Brodnicy pod wsią Górne 5 października 1831 roku wojska powstańcze Królestwa Polskiego zakończyły walkę z armią rosyjską, przekraczając granicę państwa pruskiego. Powstańcy musieli złożyć broń i odbyć pięciodniową kwarantannę zarządzoną przez władze pruskie z powodu zawleczenia cholery do Królestwa Polskiego. Pod Brodnicą miało znaleźć się ponad 20 tysięcy żołnierzy z korpusu gen. Macieja Rybińskiego. Prusacy obawiając się, że powstańcy mogą się zbratać z ludnością polską zamieszkującą te tereny, postanowili jak najszybciej przenieść ich na tereny zamieszkałe w większości przez ludność niemiecką do powiatów: kwidzyńskiego, sztumskiego, malborskiego, nowodworskiego, gdańskiego. Od 12 października czterema ustalonymi wcześniej trasami udawali się do wyznaczonych rejonów, a 19 października powstańcy otrzymali już stałe kwatery. W powiecie sztumskim przez pierwsze dwa tygodnie miało znajdować się 7252 szeregowców i 810 oficerów. Rozlokowani byli w Sztumie, Bystrzcu (obecnie Biały Dwór), Koślince, Dzierzgoniu, Waplewie, Stążkach. Dowódcami w tych miejscowościach byli: podpułkownicy F. Bobiński i J. Zalewski, major M. Zieliński, major Meizner, podpułkownik A. Rośla-kowski, podpułkownik}. Smoliński, major Fiszer. Na dwutygodniowy pobyt internowanych oficerów w Sztumie przeznaczono 540 talarów i 21 srebrnych groszy. Początkowo przewidywano, że w Sztumie będą przebywali cywilni uchodźcy członkowie Rządu Narodowego i redaktorzy prasy powstańczej. Szybko pozbyto się cywilów z terytorium państwa pruskiego. Andrzej Lubiński 77 Na terenie Sztumu został założony szpital powstańczy funkcjonujący do wiosny 1832 roku. Pracowali w nim polscy lekarze wojskowi. 7 listopada nastąpiło pewne rozrzedzenie internowanych, pozostało 3190 szeregowych i 182 oficerów. Miejscem gdzie spotykali się powstańcy był kościół. Proboszczem kościoła katolickiego w Sztumie był wtedy ks. Józef Benedykt Namszanowski. Drugim miejscem kontaktów były karczmy i szynki. Warto podać, że w mieście w tym czasie były 4 karczmy i 13 lokali z wyszynkiem. Tu pokazywali miejscowym, jak spożywa się wysoko procentowe alkohole. Franciszek Kozakowski przestrzegał w liście burmistrza Sztumu Carla Ludwiga Puffaldta, aby oficerom nie udzielać żadnych kredytów, za wszelkie usługi mieli płacić gotówką. 21 listopada oficerowie 1 Dywizji Piechoty mieli zadeklarować przed pruskim pułkownikiem Karlem von Canitz und Dallwitz, czy wracają do Królestwa, czy udadzą się na emigrację. Już 9 grudnia władze pruskie groziły wydaniem Rosjanom opierających się żołnierzy listopadowych, jeżeli nie powrócą dobrowolnie, zostaną potraktowani jako dezerterzy. W samym Sztumie zorganizowano jeden z trzech punktów zbiorczych dla szeregowców wracających do Królestwa Polskiego. Zaczął działać od 9 listopada do końca grudnia. W dniach od 30 stycznia do 1 lutego 1832 roku przez miasto przechodziły trzy kolumny wojska wracającego do Królestwa. Ci co wybrali emigrację, a byli to głównie młodzi oficerowie, musieli przekroczyć Nogat i Wisłę między Malborkiem a Tczewem, i przez Starogard, Czersk, Chojnice, Gorzów udać się do Lipska. Oficerowie wyjeżdżający na własny koszt mogli podróżować w grupach do 10 ludzi. Tych co nie mieli własnych funduszy wyprawiano pieszo w grupach liczących do 100 osób. Żołd wypłacany był w Tczewie i Starogardzie, a naliczano i płacono do granic państwa pruskiego. Norbert Kasparek powołując się na badania niemieckiego historyka P. Bóhninga podaje, że w Prusach Zachodnich miało pozostać 1500 powstańców. Mnie udało się w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku ustalić z imienia i nazwiska powstańców jacy osiedlili się w okolicach Sztumu. W parafii Postolin było ich 11, w Starym Targu 1, Kątkach 1, Krasnej Łące 1, Trzcianie 1, w pow. malborskim 6. Po kilku latach pobytu byli żołnierze zaczęli zawierać związki małżeńskie. Musieli złożyć przysięgę, że w dawnym miejscu zamieszkania nie pozostawili żony ani dzieci. Pierwszym pragnącym założyć rodzinę z 23 letnią Rozalią Sierakowską z Dużych Ramz był Dominik Wierzbicki mający 33 lata. W postolińskiej plebanii 25 listopada 1837 roku złożył uroczystą przysięgę na świętą Ewangelię. On sam wcześniej mieszkał w Starym Targu i Pietrzwałdzie, od 1836 pracował w majątku Duże Ramzy u Franciszka Donimirskiego. Jako świadków, że mówi prawdę i uroczyście przysięga podał podoficera Jędrzeja Szelą-gowskiego liczącego 36 lat ze Starego Targu z którym służył w jednym pułku. Drugim był Szymon Zignarowski mający 30 lat i pracujący w Kątkach u Kalksteina, trzecim świadkiem został 29 letni Kazimierz Zajączkowski, dawny żołnierz wojska polskiego z Małych Ramz. Przysięgę odbierał ksiądz komendariusz Ludwig Liczbarski. Drugim chcącym założyć rodzinę był Sylwester Leszczyński liczący 37 lat mieszkaniec Ryjewa, który 8 stycznia 1839 roku na probostwie u proboszcza Augustyna Wundera, późniejszego wykładowcy w Seminarium Duchownym „Hosjanum” w Braniewie, złożył 78 Obchody rocznic narodowych na ziemi sztumskiej w drugiej połowie XIX wieku podobną przysięgę. W tym samym miesiącu to samo robi Józef Szarpiewski mający 29 lat dawny żołnierz z Nowej Wsi. Świadkiem był 33 letni kawaler Tomasz Kowalski dawny powstaniec, przez siedem lat mieszkający w Krasnej Łące a obecnie w Michorowie u Polidora Wałdowskiego oraz Władysław Wiszniewski powstaniec mieszkający w Michorowie. Trzecim żołnierzem listopadowym chcącym się ożenić był Tomasz Sochaczewski mający 26 lat i zatrudniony w majątku Górki u Ignacego Donimirskiego. Świadkami potwierdzającymi, że mówi prawdę byli: Kazimierz Radowicz powstaniec listopadowy, szewc w Po-stolinie, nauczyciel i organista z Postolina Juliusz Jakubowski oraz Jakub Meller z Górek. Przysięgę odbierał proboszcz Augustyn Wunder 7 października 1839 roku. 12 stycznia 1840 roku przysięgę składał Szczepan Głażewski z Pułkowic mający 29 lat dawny powstaniec. Jako świadek potwierdzający słowa Głażewskiego występował Jan Czerwiński z Michorowa weteran listopadowy. Wszyscy powstańcy jako niepiśmienni składający przysięgę i potwierdzający prawdę, przy swoich nazwiskach stawiali trzy krzyżyki. Wszystkie dokumenty wystawione w Postolinie były napisane w języku polskim. Autorowi udało się ustalić imiona właścicieli majątku Duże Ramzy, Górki i Cygusy, Michorowo dzięki Jackowi Szyrmerowi, któremu serdecznie (dziękuje. W podobnych oświadczeniach składanych przez powstańców listopadowych na plebanii w Kończewicach, Mątowach Wielkich, Malborku tamtejsi proboszczowie podawali nawet jednostki wojskowe w jakich służyli oraz miejscowości skąd pochodzili w Królestwie Polskim. PIĘĆDZIESIĄTA ROCZNICA POWSTANIA LISTOPADOWEGO Pięćdziesiąt lat później we Francji w Paryżu, Szwajcarii w miejscowości Raperswil, Stanach Zjednoczonych oraz zaborze austriackim i pruskim obchodzono rocznicę tego wydarzenia. „Gazeta Toruńska” nr 266 podała 6 listopada 1880 r., że w Stanach Zjednoczonych żyje jeszcze pięciu powstańców. Ich nazwiska zostały wysłane do Lwowa gdzie miały być odczytane w dniu jubileuszu. Główne uroczystości zorganizowano we Lwowie, weterani powstania po mszy w kościele Dominikańskim zostali zaproszeni do kasyna miejskiego, gdzie odbyła się uroczystość rozdania medali pamiątkowych byłym powstańcom. Na jednej stronie medalu była niewiasta z chorągwią na której było wypisane hasło „Za naszą i Waszą wolność”, po drugiej napis „Polska bohaterom powstania listopadowego w pięćdziesiątą rocznicę”. Nie tak uroczyste obchody jak we Lwowie odbywały się w Prusach Zachodnich w Toruniu oraz w Wielkopolsce w Poznaniu. Obszerne sprawozdania zamieściła „Gazeta Toruńska” podając takie miejscowości jak Lembarg, Golub, Kórnik, Gniezno, Trzemeszno, Inowrocław, Kwilicz, Stęszewo, Bydgoszcz, Opalenica, Stary Bukowiec. Warto się nią posłużyć aby przybliżyć atmosferę jaka udzielała się uczestnikom obchodów. W poniedziałek 29 listopada 1880 roku w toruńskim kościele św. Jana o godz. 9 rano trzech księży odprawiało nabożeństwo żałobne za dusze poległych w latach 1830-1831. Wieczorem o godz. 8 w lokalu Hildenbrandta odbyła się uroczysta kolacja do której zasiadło 70 osób. Wśród zebranych znajdował się osiemdziesięcioletni weteran poznańskiego pułku ułanów Antoni Raczkowski. Pierwszy toast wzniósł Ignacy Danielewski, następny, wierszem wzniósł Andrzej Lubiński 79 Edward Donimirski z Łysomic rodem z ziemi sztumskiej były powstaniec styczniowy roku 1863. Toruńska młodzież obchodziła rocznicę powstania poza miastem w sali Tivoli. Po zakończonej kolacji w późnych godzinach wieczornych uczestnicy uroczystości w Tivoli wrócili do miasta, jedni pieszo, drudzy powozami pojawili się pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, następnie wspólnie przeszli wokół rynku starego miasta. „Gazeta Toruńska” nr 281 z 5 grudnia 1880 r. zamieściła korespondencję ze Starego Targu. Jej autor podkreśla na wstępnie, że to jest wieś z bardzo piękną przeszłością. Leży na trakcie handlowym do Malborka, Dzierzgonia, Sztumu. Obecnie do tego ostatniego miasta utwardzana jest droga. Korespondent podaje też, że może się tu osiedlić lekarz Polak i będzie miał pole do pracy zarówno pod względem zarobkowym i narodowym. To samo może dotyczyć aptekarza. Obchody rocznicy powstania świętowano dzięki rodzinom Sierakowskim z Waplewa (Adam i Maria) i Donimirskim z Telkwic (Teodor i Zofia) jacy wspierali podobne inicjatywy. Na uroczystej mszy odprawionej w poniedziałek 29 listopada przez proboszcza Jakuba Lorkowskiego oprócz weteranów powstania byli, goście z Waplewa i Telkwic, kilkunastu mieszkańców wsi oraz członkowie miejscowego Towarzystwa Śpiewu im. św. Cecylii. Podczas mszy świętej Towarzystwo Śpiewu wykonało kilka pieśni na cztery głosy. Zaśpiewano „U podnóżka Twych ołtarzy”, „Requiem”, „Przez czyścowe upalenia”. Chórem kierował nauczyciel i organista ze Starego Targu Henryk Pawłowski. Dzięki staraniom Władysława Szremowicza zarządcy majątku Waplewo i wzmiankowanego organisty został zorganizowany skromny wieczorek na który zostali zaproszeni weterani. Najciekawiej opowiadał o wydarzeniach związanych z powstaniem listopadowym Michał Kaczmarowski. W Starym Targu jak podaje „Gazeta Toruńska” żyje jeszcze 4 weteranów są to: Wojciech Karpiński podoficer służący w 2 pułku strzelców pieszych. Przez pięć lat ćwiczył rekrutów na Litwie pod generałem Henrykiem Dembińskim. Pochodził ze wsi Byczki pod Skierniewicami, był gospodarzem. Obecnie żyje w biednym stanie. Michał Kaczmarowski podoficer tambormajor przy 5 kompanii pułku 4 piechoty liniowej w Warszawie. Służył sześć lat pod generałem Janem Skrzyneckim. Rodem z Popielowa, był owczarzem, dziś liczy 77 lat, jest kaleką, latem pasie bydło, zimą chodzi po jałmużnie. Fryderyk Labie służył przy gwardii jako szeregowiec przy 7 kompanii pod generałem Żymirskim. Walczył pod Mińskiem, Rogowem, Kałuszynem. Rodem z Sykowa pod Kaliszem, gdzie był owczarzem. Obecnie pracować już nie może. Dominik Markiewicz stał przy 4 pułku piechoty w Warszawie pod pułkownikiem Jankowskim. Rodem z Nowogrodu w Królestwie. Jest szewcem, ale żyje biednie. Ciekawostką może być fakt, że Adam Lew Sołtan w korespondencji do „Dziennika Poznańskiego” podał jeszcze jednego żyjącego w parafii Stary Targ weterana o nazwisku Zarzycki. „Gazeta Toruńska” nr 284 z piątku 10 grudnia 1880 r. zamieszcza korespondencję ze Sztumu. Piszący podaje, że nieliczne obywatelstwo naszej parafii Piotr Alkantary i Bogumiła Donimirscy z Hohendorfu (Czernina) oraz Henryk i Bogumiła Donimirscy z Hintersee (Zajezierza), kilkunastu mieszkańców Sztumu, uczestniczyło w nabożeństwie żałobnym za poległych rodaków w 50 rocznicę powstania listopadowego. Mszę odprawił wikary Ferdynand Spiring późniejszy proboszcz w Krasnej Łące, autor pośmiertnego wspomnienia o księdzu Feliksie Schreiberze z Mikołajek, który zmarł w wieku 33 lat w 1889 roku w Olsz- 80 Obchody rocznic narodowych na ziemi sztumskiej w drugiej połowie XIX wieku tynie. Niemiecka „Gazeta Zachodniopruska” przedwcześnie cieszyła się, że zdołano stłumić „burzliwe plemię” dopisek korespondenta (ma być Polaków), że rocznica powstania w prowincji przeszła w zupełnym zapomnieniu. Dodała „muszą Polacy czuć się szczęśliwymi pod obecnym rządem jeżeli nie obchodzili rewolucyjnego jubileuszu” Twierdzenie niemieckiej gazety było kłamliwe, bo w wielu miejscowościach Prus Zachodnich ludność polska nie zapomniała i umiała czcić narodowe rocznice. „Pelpliński Pielgrzym” nr 26 z 3 marcal881 r. informował, że korespondent sztumski piszący do niemieckich gazet 20 lutego musiał odwołać oszczerstwo jakie zamieścił na Towarzystwo Śpiewu w Starym Targu. Towarzystwo w żadne agitacje się nie wdaje i nie dopuściło się „demonstracji” w 50 rocznicę powstania listopadowego. Komentarz redakcji był następujący. Takie omyłki są wielkim przestępstwem, bo nadwyrężają zawsze renomę bliźniego. Rząd pruski znając dokładnie Stary Targ nie przeszkadza spokojnemu rozwojowi śpiewu. Nie ma wprawdzie korespondencji z Postolina, ale można przypuszczać, że w kościele postolińskim odbyła się msza w intencji poległych powstańców, bo mogli jeszcze żyć jego uczestnicy w tej parafii. Może w archiwum parafialnym takowy ślad się znajduje. DWUSETNA ROCZNICA ODSIECZY WIEDEŃSKIEJ Udane obchody rocznicy powstania listopadowego spowodowały, że postanowiono zorganizować zbliżającą się dwusetną rocznicę odsieczy wiedeńskiej, gdzie Jan III Sobieski pokonał Turków w roku 1683. Już w czerwcu 1882 zawiązał się komitet w Krakowie mający przygotować wystawę poświęconą czasom panowania Jana Sobieskiego. Do głównego komitetu wszedł Adam Sierakowski z Waplewa. „Gazeta Toruńska” nr 142 z 24 czerwca 1882 roku opublikowała apel Adama Sierakowskiegp napisany dwa dni wcześniej, aby udostępnić różne pamiątki na wystawę do Krakowa. Zapewniał on, że po zakończeniu wystawy osobiście dopilnuje, aby przedmioty trafiły do prawowitych właścicieli. Rocznica odsieczy wiedeńskiej była obchodzona nie tylko na ziemiach polskich ale również we Francji, Austrii oraz Bawarii, o czym też informowała prasa wychodząca w zaborze pruskim i austriackim. Administracja carska zabroniła urządzania obchodów jak również umieszczania w prasie jakichkolwiek wzmianek na ten temat. 12 sierpnia 1883 r. w Toruniu powołany został Komitet Obchodów i Komitet Zakupu obrazu Jana Matejki „Sobieski pod Wiedniem”. Główne uroczystości zaplanowano na niedzielę 9 i środę 12 września. Na ulicy Wysokiej w siedzibie Toruńskiego Towarzystwa Naukowego dr Adam Sierakowski wygłosił dwa referaty „Pamiątki po królu Janie Sobieskim” i „Pobyt Jana Sobieskiego w Prusach Królewskich w latach 1677 i 1678”. „Gazeta Toruńska” nr 215 z 20 września 1883 r. podała, że w niedzielę 9 września odbyło się huczne „okrężne” w Hohendorfie (Czernin) po którym właściciele Piotr Alkantary i Bogumiła Donimirscy poinformowali lud o mających się odbyć w Sztumie w środę 12 września uroczystościach odsieczy wiedeńskiej oraz wręczano broszurki o Janie Sobieskim. W mieście odprawione zostało solenne nabożeństwo o godz. 9 rano z odśpiewaniem uroczystego „Te Deum”. Obywateli z parafii i Polaków z miasta nie brakowało. Kobiety miejskie Andrzej Lubiński 81 zapełniły kościół. Mszę odprawił proboszcz ks. Peter Gaebler. Serwil Łyskowski najmłodszy brat Ignacego i mojego prapradziadka Józefa od niedawna mieszkający w Sztumie przyczynił się do tego, że nabożeństwo doszło do skutku. Wieczorem palono beczki na polach w Hohendorfie. Po ich zakończeniu lud zgromadził się w oficynie dworskiej i wysłuchał odczytu właściciela majątku o królu Sobieskim przy wystawionym portrecie władcy. To samo pismo w numerze 222 z 28 września informowało czytelników o uroczystościach odsieczy wiedeńskiej w innych miejscowościach. Był to Stary Targ, Sztum, Posto-lin, Tychnowy i Straszewo. W Tychnowach sędziwy już proboszcz Piotr Paweł Baranowski z wiernymi zgromadzonymi w kościele odmówił modlitwę za spokój dusz tych co położyli życie w obronie wiary i ojczyzny. Odprawiając w filialnym kościele w Straszewie, gdzie tylko w co trzecią niedzielę odprawiane było nabożeństwo, 16 września podczas kazania przedstawił znaczenie wyprawy wiedeńskiej dla całego chrześcijaństwa i pomoc króla w rozgromieniu znacznie liczniejszego najeźdźcy. Podczas obchodzenia „okrężnego” w kilku majątkach dominialnych rozdawano broszury napisane przez publicystów i literatów takich jak: Ignacy Danielewski, Józef Chociszewski, Juliusz Ligoń, Hieronim Derdowski, Franciszek Kluczycki, portrety, medaliony wystawiane na transparencie króla Sobieskiego. Nie wszystka ludność polska mogła brać udział w środowych uroczystościach z powodu braku czasu, bo pracowali u niemieckich właścicieli, dlatego w następną niedzielę szła ona po broszury i medaliony. Jedna z wyrobnic z Montek prosiła o jeden medalion dla syna co służył w wojsku. W Postolinie nabożeństwo odprawił proboszcz Jan Witkowski. SETNA ROCZNICA POWSTANIA KOŚCIUSZKOWSKIEGO Jedenaście lat później obchodzono setną rocznicę wybuchu powstania kościuszkowskiego. Główne uroczystości odbywały się w Krakowie. Na Wawelu odprawiona została główna rnsza święta, drugie nabożeństwo miało miejsce w kościele Kapucynów. Wieczorem odbywały się wieczorki uroczyste na sali Sokoła i Strzelca. Uroczystości przebiegały spokojnie i poważnie. W Muzeum Czartoryskich urządzona została wystawa poświęcona powstaniu kościuszkowskiemu. Toruń, wiec dla uczczenia Tadeusza Kościuszki, urządził w niedzielę 8 kwietnia o godz. 5 po południu na sali Wiktorii. Do zebranych przemówił Ignacy Danielewski. Natomiast 15 kwietnia 1894 roku jak podaje „Gazeta Toruńska” nr 87 z 17 kwietnia i 89 z 19 kwietnia w Sztumie w sali Strzelnicy miejscowe koło śpiewu jakim kierował dr Feliks Morawski zorganizowało uroczystość kościuszkowską razem z goszczącymi artystami dramatycznymi ze Lwowa Heleną Ryglewską i Józefem Dobiesławem. Po odśpiewaniu pieśni „Bracia rocznica” Feliks Morawski przedstawił zebranej publiczności żywot Tadeusza Kościuszki, sławiąc jego czyny i zasługi, jakie położył wobec narodu polskiego. Pan Dobiesław recytował „Bitwę Racławicką” Teofila Lenartowicza, monolog humorystyczny „Pies” Zbigniewa Przybylskiego, scenę komiczną z życia ludu pt. „Duda wdowiec”, oraz „Tenor Kwiczoł czyli Drugi Mierzwiński”. Pani Ryglewską zaśpiewała arię z opery „Halka” Stanisława Moniuszki „Gdyby rannem słonkiem”, arię z opery Rossiniego „Cyrulik Sewilski”, „Laleczka” - kuplety humorystyczne z operety A. Mullera pt. „Błazen dworu”, „Tyle, Tycio, Tycko” - kuplety z opery „Dziecko szczęścia”. Po każdym występie otrzymywali artyści 82 Obchody rocznic narodowych na ziemi sztumskiej w drugiej połowie XIX wieku wielkie brawa. Członek miejscowego Koła Śpiewaczego pan Rutkiewicz recytował „Śmierć zdrajcy Ojczyzny” Na koniec koło śpiewu odśpiewało dwie pieśni. Magdalena Donimirska z Zajezierza akompaniowała na fortepianie Helenie Ryglewskiej. Wśród gości był hrabia Adam Lew Sołtan z Waplewa, cała rodzina Donimirskich i obywatelstwo z powiatu. Na koncert nie przyszedł żaden duchowny. Wiąże się ta nieobecność z procesem sądowym, jaki wytoczył w roku 1893 sztumski proboszcz ks. Karol Staliński za fałszowanie list wyborczych do dozoru kościelnego. Przed sadem miało stanąć 34 świadków. Ten sam duchowny wcześniej wytoczył sprawę Konradowi Osińskiemu ze Sztumskiego Pola za to, że nie chciał złożyć przysięgi w języku niemieckim na polskiej mszy wchodząc do dozoru kościelnego, za co skazany został na trzy miesiące więzienia przez sąd w Suszu w roku 1891.0 czym było głośno rok później, bo o tym zdarzeniu pisała prasa wydawana na Pomorzu. Jak widać, pod względem organizowania obchodów ważnych rocznic na terenie Prus Zachodnich ziemia sztumska ustępowała jedynie ziemi chełmińskiej z Toruniem na czele. Zawdzięcza się to rodzinom Donimirskich z Czernina, Zajezierza, Bukowa, Telkwic oraz hrabiom Sierakowskim z Waplewa i Adamowi Lew Sołtanowi, który mieszkał w Waplewie i wysyłał korespondencje do gazet poznańskich a także do „Gazety Toruńskiej . WYKORZYSTANE ŹRÓDŁA I LITERATURA „Gazeta Toruńska”, rocznik 1880 nr 275, 277, 278, 279, 281, 284; 1882 z czerwca; 1883 nr 142, 215, 222; 1894 nr 74, 75, 76, 79, 81, 87, 89, „Pielgrzym” rocznik 1881, nr 26, B. Cy-gler, Powstańcy listopadowi w Elblągu, i na Żuławach, Wydawnictwo Morskie 1986, N. Kaspa-rek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w łatach 1831-1832, Olsztyn 1992, N. Kasparek, Żołnierze powstania listopadowego w Prusach. Powroty i emigracja, „Komunikaty Mazursko Warmińskie” nr 1 (199), Olsztyn 1993, Norbert Kasparek, Powstańcy listopadowi w Sztumie. W: Z dziejów Sztumu i okolic, Sztum 1997, Sz. Wierzchosławski, Dwusetna rocznica odsieczy wiedeńskiej na Pomorzu Gdańskim i ziemi chełmińskiej w 1883 roku, „Zapiski Historyczne” t.48, z. 3, 1983, J. Ryszkowski, Przyrzekli kółko śpiewu lepiej popierać. O doktorze Feliksie Morawskim. „Prowincja” nr 4, 2011. Teksty składanych ślubowań w postolińskiej parafii przed księżmi L. Liczbarskim i A. Wunderem - w moim posiadaniu. Janusz Namenanik 83 Janusz Namenanik DZIERZGOŃSCY WOLNOMULARZE Wolnomularstwo inaczej zwane masonerią lub też występujące pod nazwą sztuka królewska, to międzynarodowy ruch mający na celu duchowe doskonalenie jednostki i braterstwo ludzi niezależnie od ich religii, narodowości i poglądów. Ruch ten (przez masonów zwany Zakonem) charakteryzuje się istnieniem lóż wolnomularskich, z rozbudowaną symboliką i rytuałami, stanowi on zespół bractw o charakterze elitarnym i dyskretnym, Wolnomularstwo nie stanowi jednej organizacji, lecz jest to swoisty nurt wyznający pewne przekonania, oraz dążący do zmiany człowieka poprzez pracę nad jego własnym rozwojem. Wolnomularstwo nie posiada jednego kierowniczego centrum. Istnieją jedynie federacje lóż o podobnym programie. Jedną z form życia towarzyskiego w XIX wiecznym mieście były spotkania, działalność mieszczan jak i wpływowych urzędników w różnych instytucjach społecznych i rozrywkowych, klubach, stowarzyszeniach czy kasynach. Jednym ze stowarzyszeń były loże wolno-mularskie. Dzierzgoń jako zbyt małe miasteczko, a więc i niewielkie skupisko odpowiednich mieszczan takowej loży nie posiadał. Najbliżej położone loże wolnomularskie działały w Kwidzynie, Malborku i Elblągu. Tam też znajdujemy ludzi powiązanych z Dzierzgoniem i jego bliskimi okolicami. W Kwidzynie najstarszym stowarzyszeniem była istniejąca w latach 1777-1788 loża «Pod Złotą Lirą”. W dniu 25 maja 1803 roku powstała loża wolnomularska, która otrzymała nową nazwę, ale nawiązująca do poprzedniej - ”Pod Złotą Harfą”. Kwidzyńscy wolnomularze dyskutowali o problemach filozoficznych i artystycznych, ze szczególnym uwielbieniem Kanta, poezji Lessinga, Goethego czy Schillera, zajmowali się również problemami matematycznymi i przyrodniczymi. Kwidzyńskie stowarzyszenie zdelegalizowane zostało w 1933 roku. Gmach loży kwidzyńskiej zachował się do dzisiaj przy ulicy Warszawskiej 39. Na liście kwidzyńskich braci masonów z 1785 roku figurował między innymi burmistrz Dzierzgonia1 oraz inna postać związana z tym miastem: Friedrich Wilhelm von Heide-breck, porucznik 9 Regimentu Dragonów Zitzwitza z Dzierzgonia, który w latach 1784/85 do 1792 roku był członkiem loży „Fryderyk Pod Złotym Berłem” we Wrocławiu. W najbliższym sąsiedztwie miasta działalność prowadziła loża wolnomularska w Malborku. Powstała ona w czasie Wojny Siedmioletniej (1756-1763). Oficerowie Armii Rosyjskiej założyli w 1760 roku w Malborku Lożę Polową. 1 Gerlach K., Die Freimaurer im Alten Preu^en 1738-1806, Innsbruck 2009, s. 457. 84 Dzierzgońscy wolnomularze Wraz z zakończeniem wojny loża ta zniknęła, gdy odeszły wojska. Nowa loża została założona 9 września 1772 roku przez Augusta Fryderyka Moszyńskiego i nadano jej nazwę: „Victoria Pod Trzema Ukoronowanymi Wieżami” a jej rozwiązanie nastąpiło w 1934 roku. Do dzisiaj istnieje budynek loży przy ulicy 17 Marca. Członkowie malborskiej loży z lat 1785-1790 mający związek z Dzierzgoniem to między • -2 innymi : - Caspari, Friedrich Wilhelm (przed 1747 - 1785), luteranin, sekretarz z Dzierzgonia, - Dreher Christian Friedrich (urodzony 1755?), luteranin, komendant policji w Dzierzgoniu, - Sauerhering, Christian Salomon (urodzony 1750?) luteranin, urzędnik sądowy w Dzierzgoniu, - Thiel Gottfried (urodzony 1744?) luteranin, radca z Dzierzgonia, a w 1790 burmistrz. W 1772 roku w Malborku istniał garnizon, z którego 36 oficerów było członkami miejscowej loży wolnomularskiej, wśród nich 3 oficerów stacjonowało w Dzierzgoniu.3 W Elblągu w XVIII i XIX wieku funkcjonowały jednocześnie trzy loże wolnomularskie. W jednej z nich nazywającej się „Constantia — Pod Ukoronowaną Zgodą” występowali również dzierzgońscy wolnomularze4: - Hermes, Johann Georg Christoph Friedrich, urodzony w 1771 roku w Herrndorf, luteranin, kaznodzieja w Starym Mieście koło Dzierzgonia, przyjęty 13.04.1796 jako zamiejscowy członek. 18.09.1799 wydalony i przyj ęty w 1799/00 do loży „Feniks” w Królewcu, - Sieffert, Theodor Michael, urodzony w 1753 roku w Elblągu, luteranin, stażysta a następnie urzędnik sądowy w Nowym Targu koło Dzierzgonia, radca w Dzierzgoniu, burmistrz, przyjęty 26.07.1778 roku, jako zamiejscowy członek. Istnieje opublikowana przez Instytut Deutsche Adelsforschung lista Niemieckich Braci Masonów od roku 18005, ale jest to spis bez podziału na loże. Występują tam również dzierzgońscy masoni: - Henning, August, Heinrich, sędzia powiatowy z Dzierzgonia, - Schimmelfennig, Daniel, Gregory, komornik z Dzierzgonia, - Grunwaldt, Friedrich Theodor, handlowiec, urodzony w Dzierzgoniu 20 czerwca 1779, przyjęty 3 listopada 1812 r., - Strauss Andreas, porucznik, urodzony w Dzierzgoniu w 1771 roku, przyjęty 11 czerwca 1814 roku, - Kelch, Benjamin, Gottfried, inspektor policji, urodzony w Dzierzgoniu 8 czerwca 1791 roku, przyjęty 10 listopada 1814, - Schelling, Johann, David, starszy nauczyciel w szkole podstawowej, urodzony w Dzierz- 2 Ibidem, s.418, 424,425. 3 Ibidem, s. 415. 4 Ibidem, s. 443 i s. 450. 5 http://home.foni.net/~adelsforschung2/maurerey03.htm (dostępna 16-04-2013) Janusz Namenanik 85 goniu 14 lutego 1813 roku, przyjęty 1 listopada 1843 roku, - - Hoburg, Otto, Friedrich, mistrz masoński, urodzony 3 maja 1834 roku w Dzierzgoniu, przyjęty 2 listopada 1859 roku, - - Lange, Hermann, porucznik policji, urodzony w Dzierzgoniu 1 września 1836 roku, przyjęty 4 kwietnia 1866 roku. W gazecie masońskiej z 1880 roku6 napotykamy na wspomnienie pośmiertne poświęcone zmarłemu 16 września 1880 roku bratu (masońskiemu) o nazwisku Hoburg, Karl, Wilhelm, który urodzony był 26 listopada 1797 roku w Dzierzgoniu. Podaje się tam również, że zmarły był emerytowanym majorem, oraz Krajowym Wielkim Bibliotekarzem. Jak powyżej przytoczono, w dostępnych źródłach natrafiono na około 20 wolnomularzy, w których życiorysach występuje Dzierzgoń. Należy przypuszczać, że było ich znacznie więcej. Na naszym terenie działalność wolnomularzy obejmuje okres od schyłku XVIII wieku do roku 1933, kiedy to władze hitlerowskie zakazały tej działalności. W tym miejscu nasuwa się znane powiedzenie, że „Wszystkiemu są winni żydzi, masoni i cykliści”, natomiast dość rzadko używa się stwierdzenia, że największe szkody przynosi ludzka niewiedza. Główna działalność wolnomularzy prowadzona jest w lożach, miejscach zamkniętych dla profanów, z zatem bardzo tajemniczych, których stopień tajemniczości potęguje obowiązująca dyskrecja ich członków. Trudno zgadywać czy masoni prowadzą zewnętrzna działalność, jej nie widać. Wiemy jedno, że posiadają oni bogatą symbolikę, która jest upubliczniona i elementy tej symboliki są widoczne i obecne w architekturze i sztuce. Sztuka królewska zawiera ukryty przekaz i niekiedy należy wykazać się dużą wnikliwością aby ów przekaz odczytać. Niemniej zdać sobie należy z tego sprawę, że dzięki naszej nadmiernej woli, możemy posunąć się za daleko w interpretowaniu danych faktów i stwierdzić o wiele więcej, niż autor dzieła chciał przekazać. W przypadku Dzierzgonia, w którym w styczniu 1945 roku dokonano wręcz totalnej zagłady miasta, wiele ewentualnych śladów uległo zniszczeniu wraz z budynkami. Jedna rzecz jest pewna i budzi moje głębokie zdziwienie, to fakt który zapewne nie jest dziełem przypadku. Przeglądając skrupulatnie plan miasta z 1929 roku, zauważamy pewną osobliwość zawartą w zabudowie ówczesnego Rynku. Dzierzgoński Rynek zbudowany był na planie prostokąta, mającego te zadziwiające właściwości, że krótsze boki prostokąta składały się z siedmiu kamienic każdy, natomiast boki dłuższe składały się z 14 kamienic każdy (wielokrotność 7). A więc „siódemka zaklęta w Rynku”. Najbardziej reprezentacyjna ściana wschodnia, a zarazem stanowiąca jeden z dłuższych boków prostokąta jest wyraźnie podzielona przejściem na dwie części. Lewą część stanowi 7 kamienic z podcieniami, a prawą 7 kamienic bez podcieni. Liczba siedem jest liczba uważaną za mistyczną, wyróżniająca się bogatą symboliką. W wielu mitologiach i religiach jest symbolem całości, dopełnienia, symbolizuje związek czasu i przestrzeni. Jej wartość była przedstawiana w architekturze. 6 Preimaurer - Zeitung, Nr 41 z 9 października 1880 roku, Leipzig 1880, s. 325. 86 Dzierzgońscy wolnomularze Moim głównym zadaniem było poszukiwanie śladów wolnomularzy w Dzierzgoniu. Dlatego też stawiam dość śmiałą hipotezę, że siódemka z dzierzgońskiego Rynku może takowy ślad stanowić. Przyglądając się budynkowi loży masońskiej w Malborku (ulica 17 Marca), stwierdzamy, że każdy poziom tego budynku posiada po 7 okien. Podobnie jest w przypadku budynków innych lóż masońskich, np. w Inowrocławiu, Pile, Poznaniu. Oczywiście, to spostrzeżenie nie stanowi reguły dla wszystkich budynków lóż masońskich, ale zapewne siódemka dla niektórych masonów miała jakieś istotne znaczenie. Oczywistym do zauważenia faktem jest to, że istnieje ścisły związek pomiędzy wolnomularzami, a architektami. Jedni używają pewnych narzędzi, a dla drugich te narzędzia są ważnymi symbolami. Patrząc na historię, to profan może dojść do wniosku, że wolnomularz i architekt to prawie jedno i to samo. Bogumił Wiśniewski 87 Bogumił Wiśniewski WALKA WYWIADÓW W KORZENIEWIE Kto by przypuszczał, że w bardzo ciepłą majową noc w 1930 roku, w małej przygranicznej wiosce, rozegrają się wydarzenia, które wstrząsnęły międzywojennym polskim społeczeństwem. O zaistniałej krwawej sytuacji nadgranicznej pisały prawie wszystkie ówczesne gazety. Informacje o strzelaninie, umieszczane były na pierwszych stronach gazet. Dnia 24 maja 1930 roku około godziny 23 w niemieckiej budce paszportowej, doszło do spotkania dwóch zwalczających się służb specjalnych. Pod osłoną nocy wywiad polski chciał zdobyć ważne informacje od pozyskanego informatora niemieckiego. Jednak akcja się nie udała. W przygotowanej przez Niemcy zasadzce, padają strzały, ginie człowiek. Podkomisarz Stanisław Liśkiewicz w wymianie ognia, pada postrzelony, w stanie ciężkim odwieziony został do kwidzyńskiego szpitala, gdzie umiera. W ręce wywiadu niemieckiego trafia komisarz Adam Biedrzyński, tajny agent polskiego wywiadu pracujący dla II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego1. Granica w Korzeniewie. Widoczny szlaban i tablica informacyjna, fot. archiwum autora 1 W 1939 r. w ręce niemieckie przez polskie zaniedbanie wpadło tajne archiwum z Bydgoszczy. Specjalna grupa Abwehry odnalazła porzucone i nie zniszczone w Forcie Legionów w Warszawie, archiwum III Ekspozytury Oddz. II. Tajne teczki zawierały dane osobowe agentów działających m.in. na Pomorzu. Wkrótce Niemcy zaczęli wyłapywać agentów polskiego wywiadu, śledztwa i procesy kończyły się z reguły wyrokami śmierci przez ścięcie toporem, http://pl.wikipedia.org/wiki/ Oddzia%CS%82_II_Sztabu_Generalnego_Wojska_Polskiego 88 Walka wywiadów w Korzeniewie Melchior Wańkowicz po latach opisał całe te niecodzienne zajście. W książce pt. „Na tropach Smętka” wydanej 1936 roku, rzetelnie przedstawił historię, która wstrząsnęła przedwojenną Polską. Spójrzmy jak polskie gazety codzienne, na gorąco opisywały przebieg wypadków w Korzeniewie. Charakterystyczne jest dla ówczesnej prasy rozmazywanie odpowiedzialności z wydarzeń na granicy polsko-niemieckiej. Jednym słowem, dla dobra sprawy działała dobrze pojęta dezinformacja. „Gazeta Bydgoska” z dnia 27 maja 1930 r. Nr 122, na pierwszej stronie donosiła, że w nocy z dnia 24 na 2S około godz. 23 na odcinku granicznym Opalenie po prawej stronie Wisły, porwani zostali w czasie patrolowania dwaj oficerowie straży granicznej... Porwanie nastąpiło z polskiego terytorium i to w chwili, gdy oficerowie ci oddalili się od towarzyszącej im patroli. Porwaniu towarzyszyły strzały, na skutek których, jak słychać rannym został podkomisarz Liśkiewicz2 [...]. „Słowo Pomorskie” z dnia 28 maja 1930 roku, podało: [... ] Dotychczas dochodzenie, a m.in. znalezione po stronie polskiej ślady krwi stwierdzają bezspornie, że Liśkiewicz został ranny po stronie polskiej, że chodzi zatem o wypadek naruszenia terytorium polskiego. Specjalna komisja wysłana przez polską komendę prowadzi dochodzenie [...]. [... ] Dalsze śledztwo wykazało, że Grenz-polizei przygotowała planową zasadzkę na patrol polskiej Straży Granicznej na tym odcinku. [... ] W polskim oświadczeniu rządowym z dnia 28 maja 1930 r. czytamy: [...] Ministerstwo spraw zagranicznych wydało polecenie pos. Knollowi, by w urzędzie spraw zagranicznych w Berlinie założył stanowczy protest, żądał satysfakcji, ukarania winnych, pochodzących niewątpliwie z niemieckiej starzy granicznej, a wreszcie domagał się uwolnienia porwanych oraz udzielenia im odszkodowania [...]. Berlin w tym samym dniu poinformował, że [... ] urząd spraw zagranicznych Rzeszy stojący w stałym kontrakcje z rządem pruski, przedsięweźmie w raz z rządem pruskim wszelkie kroki, aby wyjaśnić wypadek w pobliżu Neuhoefen pod względem faktycznym i z punktu wiedzenia prawa międzynarodowego, oraz ustalić linię dalszego postępowania3 [...]. Oględziny sądowe po polskiej stronie odbyły się 26 maja o godzinie 14. W skład komisji weszli naczelnik Sądu Grodzkiego z Gniewa Libala, major Rotkiewicz, major Wąsowicz, kapitan Zagłoba ze straży granicznej oraz komendant powiatowej policji państwowej. Jak podawała „Gazeta Bydgoska” z dnia 31 maja, przesłuchano wielu świadków. Przewodnik promu na Wiśle Lewandowski oraz robotnik z Opalenia Pączek zeznali, ze kule padły obok budki na lewym brzegu Wisły w odległości 200 m od granicy. Restaurator z Opalenia Ścieśniewski zeznał, że słyszał około 60 strzałów. Lewandowskiemu opowiadał rybak, obywatel niemiecki, że straż niemiecka w krytycznym dniu 24 bm. już o godz. 16 popołudniu wzmocniła silnie swoje posterunki. Dnia 27 maja, z „Gazety Bydgoskiej” przybył dziennikarz do Opalenia, w której to, wydanej 29 maja 1930 roku, opisał w artykule konfliktową sytuacje na granicy polsko - niemieckiej. Donosił, że napadu dokonano [...] na drodze kwidzyńskiej, przecinającej należący jeszcze do Polski pas ziemi szerokości 700 m. [...]. Uchylił w korespondencji również wstępne ustalenia 2 s. 1. 3 „Gazeta Bydgoska” z dnia 28.05.1930, nr 123, s. 2. dochodzenia majora Dunin-Wąsowicza, w które bezpośrednio obciążały stronę niemiecką, [... ] napad był z góry zaplanowany i odbył się na terenie, bezsprzecznie polskim [...]. Dziennikarz nie zaprzestał na tym, udał się znad granicy do pobliskiej wsi Opalenie. Jak się wydaje, prowadził swoje dziennikarskie dochodzenie. Nawiązał rozmowy z mieszkańcami, którzy byli światkami tamtych sensacyjnych wydarzeń. Według zeznań mieszkańców Opalenia i strażników biorących udział w patrolu, [...] wszystkie strzały niemieckie w liczbie około 30 skierowane były w stronę polską i przechodziły przez rzekę i nad dachami wioski Opalenie [...]. Nie omieszkał dodać w swoim materiale, że: w odległości 150 kroków od kamieni granicznych, znaleziono dwie łuski z niemieckiej broni typu browning. Zauważył również w Korzeniewie ciekawskich gapiów z pobliskiego Kwidzyna, którzy przybili pieszo i na rowerach, aby zobaczyć co się stało. W ramach bezpieczeństwa granicy, Niemcy postanowili we wsi - podwoić posterunek z sześciu do dwunastu policjantów. W tym samym czasie w Kwidzynie, tj. 27 maja 1930 roku, odbyła się sekcja zwłok podkomisarza Stanisława Liśkiewicza przy obecności polskiego lekarza. Według Agencji informacyjnej Conti zamieszczonej w „Słowie Pomorskim” 31 maja 1930 roku, podkomisarz zmarł wskutek ciężkiej rany postrzałowej w brzuch, [...] zdjęcie rentgenowskie kuli, która utkwiła w stosie pacierzowym wykazać miało ponad wszelka wątpliwość, że 90 Walka wywiadów w Korzeniewie chodzi tu o kulę z rewolweru, nie zaś o kulę karabinową [...]. Po dokonaniu sekcji [... ] wyjęto z kręgosłupa zabitego podkomisarza tę część, w której utkwiła rewolwerowa kula niemiecka [...]. W tym samym czasie strona polska poprosiła stronę niemiecką o uwolnienie zwłok denata, na co przystały. Landrat kwidzyński Ullmer, wydał zwłoki konsulowi polskiemu w Kwidzynie Mierzyńskiemu, który zajął się dostarczeniem zwłok władzom polskim. [... ] Wydano zwłoki w tym samym miejscu, gdzie ś. p. Liśkiewicz zginął od kuli zbójeckiej [... ] - „Goniec Wielkopolski” z dnia 1 czerwca. Uroczystość pogrzebowa odbył się 30 maja w Tczewie, ostatnia droga Stanisława Liśkiewi-cza, prowadziła [... ] z kaplicy szpitala św. Wincentego [... ] - „Głos Robotnika - Organ Narodowej Partji Robotniczej” - z 5 czerwca, na stary cmentarz przy ul. 30 Stycznia. Niesiono, jak podaje „Goniec Wielkopolski” z dnia 1 czerwca, dwadzieścia wspaniałych wieńców, a w uroczystościach pogrzebowych uczestniczyło, co najmniej 8 000 tysięcy osób. Natomiast „Słowo Pomorskie” z dnia 1 czerwca informowało, że było około 30 wieńców i na czele pochówku kroczyła orkiestra 2 pułku szwoleżerów ze Starogardu, [... ] kondukt żałobny prowadził ks. proboszcz Rydzewski [...], [... ] obrzęd złożenia trumny ze zwłokami do grobu odbył się wśród głuchej ciszy [... ]. Mów nie wygłoszono podobnież nie było salwy honorowej- za „Gazetą Bydgoską” z dnia 1 czerwca - jedynie nad mogiłą odbyły się modły, które odprawił miejscowy proboszcz ks. Kupczyński. Drugi uczestnik zdarzenia komisarz Adam Biedrzyński z Kwidzyna, został przewieziony do więzienia w Elblągu. „Gazeta Bydgoska” z dnia 1 czerwca zamieściła między innymi informację, że władze administracyjne i sądowe Prus Wschodnich skierowały sprawę Biedrzyńskiego Bogumił Wiśniewski 91 do prokuratora Rzeszy, aby tenże zaopiniował, czy sprawa nadaje się do postępowania sadowego i czy ewentualnie - [... ] przekazać ją do sadu Rzeszy w Lipsku jako instancji dla spraw o zdradę stanu [...]. Melchior Wańkowicz przeanalizował całą zaistniałą sytuację, która wydarzyła się w Korze-niewie. Dysponował większą bazą danych, nie wykluczone, że rozmawiał na ten temat z Adamem Biedrzyńskim. Opis wydarzeń w książce pt. „Na tropach Smętka”, został napisany w sposób prosty i wierny. Uprzedzę, że cała historia korzeniewska zakończyła się w 1932 roku na granicy polsko-niemieckiej w Zbąszyniu. Wańkowicz jednak nie napisał w książce, że oprócz śmieci podkomisarza Liśkiewicza w Ko-rzeniewie, są jeszcze - być może - dwa powiązane z wypadkami korzeniowskimi - zabójstwa oficerów wywiadu pod Drobinem, którzy zginęli w wypadku samochodowym, o czym dalej. Według Wańkowicza żona Komisarz Biedrzyńskiego, tuż przed akcją na granicy, miała widzenie: Widzenie odbyć się miało 24 maja 1930 r. Uprzedniej nocy młoda, niedawno poślubiona żona komisarza Biedrzyńskiego śniła jakiś sen przerażający, w którym dominowały szare kazamaty. Prosiła męża, by nie wychodził z domu. Ucałował ją serdecznie i obiecał wrócić na dwunastą. Obaj oficerowie byli podnieceni. W karczmie w Rakowcu wypili po parę kieliszków, ale piło się im niesporo4. Z knajpy polscy agencji udali się na umówione spotkanie przez Bruno Fudego. Mieli się spotkać z niemieckim urzędnikiem pracującym w starostwie kwidzyńskim. Bruno Fude, był byłym wachmistrzem niemieckiej policji w Prusach Wschodnich, w Kwidzynie, który osiadł przed wojną w Polsce na własnej gospodarce koło Swiecia. Po przepłynięciu Wisły, dwaj oficerowie udali się na umówione spotkanie. Po pewnym czasie pojawił się oczekiwany Niemiec, za którym dwaj wywiadowcy poszli do niemieckiego baraku paszportowego. [... ] Niemiec istotnie otwiera kluczem drzwi budki paszportowej i kiedy Polacy wchodzą za nim na ciemny korytarzyk, zakręca taster. Mocny, krótki blask lampy, umieszczonej na zewnątrz, rozświetla noc. Niemiec natychmiast gasi, tłumacząc, że przez pomyłkę pokręcił niewłaściwy taster. Ale Polacy rozumieją, że to znak; kciuki bezszelestnie przesuwają w kieszeniach bezpiecznik. Niemiec też zrozumiał, że został zdemaskowany [...]. [... ] Teraz widać jego twarz. Jest to typowa twarz mazurska, chłopska. Trzęsie się ze strachu. Kładzie na stół drukowany rocznik ze spisem posterunków żandarmerii itd. — To jest bez wartości — mówi Biedrzyński. — Nie masz pan nic więcej? Niemiec wykłada maskę gazową, dodając, że jest to model, który dopiero zostanie wprowadzony. Cała ta maska — to kpiny. Jest już jasne, że trzeba wynosić skórę, póki cała [... ]. Zrozumieli, że wpakowali się w dobrze przygotowaną prowokację niemiecką. Wiedzieli, że dali się podejść wrogowi, nie byli przygotowani na taki obrót rzeczy. Dwaj doświadczeni polscy oficerowie mieli świadomość, że są już szponach niemieckiej machiny. Jeden z oficerów pracował dla polskiego wywiadu, zbierał materiały - dla II Sztabu Generalnego Wojska Pol- 4 Wańkowicz M.,, „Na tropach Smętka” Warszawal9S8, Czytelnik, s. 320. 92 Walka wywiadów w Korzeniewie skiego - słynnej „Dwójki”5. Melchior Wańkowicz napisał: [... ] Obaj chowają rewolwery, wychodzą z powrotem do pokoju i głośno krzyczą, że się poddają. Do pokoju ponownie wpada ten sam olbrzym. Obaj nasi oficerowie stoją z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Olbrzym składa się przez chwilę, która trwa wieczność. Pada strzał. Z jękiem osuwa się Liśkiewicz na ziemię. Teraz dopiero bohaterowie, obsypujący pokój z ciemnego korytarza bezce-lowymi strzałami, wpadają do pokoju i jeden z nich przystawia rewolwer do czoła Biedrzyńskiemu. Spada iglica, alepiston nie spala. Potwierdziła to późniejsza analiza na procesie. Ponieważ strzelanina na zewnątrz nie ustaje, olbrzym wybija okiennice okna, wychodzącego na przeciwną stronę budki. Robiąc to, osuwa się i mdleje. Okazuje się, że poza postrzałem od Biedrzyńskiego w palec, od swoich dostał postrzał w rękę i w bok. Teraz Biedrzyńskiego windują przez okno. Stojący z zewnątrz Niemcy chwytają go i zakładają na ręce kajdanki6 [...]. Powołana dwustronna komisja do zbadania zajść pod Korzeniewem, nie miała łatwego zadania. Członkowie z obu stron byli naciskani przez swoich zwierzchników oraz prasę. Od samego początku było wiadomo, że całej prawdy nikt nie ujawni opinii publicznej. Była to typowa gra wywiadowcza. Każda ze stron w takim wypadku, nie chciała zdradzić opinii publicznej swoich zakulisowych działań. Na łamach „Gazety Bydgoskiej” z dnia 31 maja, zamieszczono skrót artykułu z „Berliner Boersen - Kurier”, w którym dowiadujemy się, że, zpołskiego przedstawienia wypadków w Opaleniu wnosić należy, że odnośne czynniki rządowe w Warszawie nie mają zamiaru robić z tego zajścia wielkiej afery politycznej, lecz dążą do przedstawienia przyczyn krwawego starcia, jako przypadkowych i drobnych7. W tej korespondencji podano również, że owa komisja spotyka się [... ] w celu uprzyjemnienia sobie długich godzin urzędowania grą w karty itd. [...]. Dziennikarz z „GB” chciał, aby wyjaśniono powyższą sprawę, czy rzeczywiście takowa sytuacja miała miejsce. Streszczenie artykułu z „Berliner Tageblatt” z dnia 30 maja, zamieściła w dniu 1 czerwca „Gazeta Bydgoska”, w którym: [... ] wyraża zadowołenie, że opinia w Polsce już nieco się uspokoiła, co się przyczyni do spokojnego zbadania sprawy [...]. [... ] Wychodząca w Kwidzynie - Weichsel-zaitung - zamieściła komunikat redakcji, z którego wynika, że rząd Rzeszy wywarł nacisk na pisma wschodniopruskie, aby powstrzymały się od ataków na Połskę z powodu zajścia pod Opaleniem [... ] - „Słowo Pomorskie” z dnia 1 czerwca. Również „Gazeta Bydgoska” z dnia 1 czerwca, zacytowała francuską „Temps” która [...] pochwala umiarkowane stanowisko Polski w sprawie zajść pod Opaleniem [...]. „Słowo Pomorskie” 3 czerwca, zamieściło na swoich łamach pierwszy oficjalny komunikat dwustronnej komisji, który pochodził z dnia 2 czerwca 1930 roku, podano że delegat niemiecki Lukaschek, złożył swój mandat. Na pierwszy „rzut” oka trudno nie łączyć tego z grą na czas. Powodem tego kroku jest rozbieżność zapatrywań między nim, a pruskim ministrem spraw 5 A. Biedrzyński od 1929 r. był oficerem informacyjnym Pomorskiego Inspektoratu Okręgowego Straży Granicznej w Czersku, powiązanym z Biurem Informacji Gdańsku. Kierował biurem oficerskim tej ekspozytury pod kryptonimem „Zabore”. Skóra W., 2011, Działalność polskiego wywiadu wojskowego w międzywojennym Szczecinie (1919-1939) (w:) Przegląd Zachodniopomorski r. XXVI (LV), z. 1 red., Białecki T, Drozd R., Gaziński R., Kopycińska D. Kozłowski K., Skrycki R. StanilewiczJ. Zdrojewski E. str. 18. 6 Wańkowicz M., 1958, s. 324. 7 s.2 Bogumił Wiśniewski 93 wewnętrznych. Na jego miejsce wszedł Herbst, wiceprezydent Prus Wschodnich. Także [] zdecydowała wezwać ekspertów rusznikarzy, którzy maja być sprowadzeni z Warszawy i Berlina [...]. Z tego też powodu, wstrzymano pracę na kilka dni komisji. „Goniec Wielkopolski” z dnia 8 czerwca już w tytule artykułu informował, że: „O zajściach pod Opaleniem wspólnego komunikatu nie będzie". W artykule przedstawił dwa odrębne ustalenia co do sprawy. Strony niemiecka i polska różniły się mocno w temacie zaistniałych wypadków w Korzeniewie, nie znaleziono consensusu. W podanych komunikatach, przerzucały się odpowiedzialnością za skutki krwawej jatki na granicy. Strona niemiecka ustaliła, że: w dniu 24 maja dwóch urzędników polskiej straży granicznej przeszło na terytorium niemieckie dla odebrania tajnych dokumentów z rąk straży niemieckiej. Obaj udali się uzbrojeni w rewolwery i granaty ręczne (!) do niemieckiego domku celnego, pozostawiając na granicy żołnierzy straży granicznej, również uzbrojonych. Kiedy po przybyciu polaków do strażnicy niemieckiej celnicy niemieccy przystąpić chcieli do aresztowania Polaków, ci stawili opór z bronią w ręku. W trakcie strzelaniny ranny został jeden Niemiec, ten zaś ze swojej strony zranił jednego z polaków, który niestety potem zmarł. Równocześnie rozpoczęli znajdujący się na granicy żołnierze polskiej straży granicznej strzelaninę w kierunku niemieckiego domku paszportowego. Orzeczenie polskich członków komisji mieszanej zamknięte zostało następującą konkluzją: 1) agent niemieckiego wywiadu zaczepnego, który od roku 1912 był urzędnikiem Bruno Fude, otrzymał polecenie od swojej władzy, aby wciągnął w zasadzkę polskich funkcjonariuszy straży granicznej i zwabił ich na terytorium niemieckie. 2) wciągnięty w zasadzkę komisarz straży granicznej Liśkiewicz był zastrzelony przez niemiecką policję, zaś komisarz Biedrzyński został aresztowany i trzymany w wiezieniu. 3) postępowanie niemieckiej policji granicznej, która stworzyła całkowicie stan faktyczny z dnia 24 maja 1930, nie było wywołane ani potrzebą obrony granic państwa niemieckiego, ani koniecznością ochrony tajemnic państwowych. 4) Polska straż graniczna nie wkroczyła na niemieckie terytorium . 5) Polska straż graniczna była ostrzeliwana na własnym terytorium przez Niemców. W „Nowym Kurierze” z dnia 8 czerwca znalazło się pokrętne wyjaśnienie, dlaczego dwaj polscy urzędnicy przekroczyli niemiecką granicę w Korzeniewie. [...] został wykonany na propozycję i w towarzystwie urzędnika niemieckiej policji granicznej Stulicha, który z racji swego Korzeniewo. Obecny widok teatru działań wywiadów a.wl 930 r.,fot. B. Wiśniewski 94 Walka wywiadów w Korzeniewie urzędowego stanowiska upoważnił polskich funkcjonariuszy straży granicznej do przejścia na teren niemiecki Wydaje się, że stronie polskiej zabrakło jakichkolwiek sensownych argumentów obrony. Polskie tłumaczenie było bardzo infantylne. Wiadomo musieli jakoś się bronić, ale dlaczego przyjęto taką słabą linię obrony? Spartaczyli robotę. Podejrzewam że, gdyby sytuacja ta zaistniała w 1939 roku na granicy polsko-niemieckiej, zostałaby perfekcyjnie wykorzystana, do wywołania przez kanclerza Adolfa Hitlera II wojny świtowej. W 1939 roku, Niemcy musieli dopuścić się prowokacji w Gliwicach, natomiast incydent korzeniewski - podany w ten sposób - dawałby im mocny argument do wywołania wojny. Strona polska w komunikacje pośrednio przyznaje się do winy. Widać, że nie miała przygotowanej linii obrony. Oficjalne stanowisko Rządu, było nie spójne. [... ] Sędzia Luxemburg, przewodniczący delegacji polskiej do Komisji Mieszanej złożył rządowi szczegółowe sprawozdanie z przebiegu i wyników prac [... ] - „Orędownik Wrzesiński” z dnia 14 czerwca. „Na mocy powyższego rząd niemiecki polecił posłowi niemieckiemu w 'Warszawie wręczyć rządowi polskiemu notę, w której wyraża protest przeciw przekroczeniu granicy przez urzędników polskiej straży granicznej." - „Gazeta Bydgoska” z dnia 8 czerwca. Członkowie komisji z góry wiedzieli jaki będzie finalny wynik ich prac. Ustalenia komisji były potrzebne stronie niemieckiej do rozpoczęcia przeciwko Biedrzyńskiemu uzasadnionego Bogumił Wiśniewski 95 Wręczono notę wyjaśniającej rządu polskiego w Berlinie. Charge d' daffaires poselstwa polskiego, złożył ją w urzędzie spraw zagranicznych. W której to - strona polska próbuje udowodnić, że ustalenie komisji [...] wykazało niezbicie, że przyczyna zajścia była intryga niemieckiej policji granicznej [... ] i [... ] podtrzymuje protest, wniesiony w dniu 26 bm. co do zajścia granicznego pod Opaleniem [... ] - „Gazeta Bydgoska” z dnia 12 czerwca 1930 roku. Służby specjalne po wydaniu wyroku skazującego na więzienie za szpiegostwo m. in. Bruno Fudego ogłoszonym w Grudziądzu, z dnia 24 października 1930 roku, zaczęły intensywnie pracować i wyłapywać agentów wywiadu. Dochodzi do zatrzymań po obu stronach barykady. Pierwsze zatrzymania odbyły się po stronie polskiej Bruno Fudego, po stronie niemieckiej jak donosi w krótkiej depeszy, z dnia 12 czerwca, Polska Agencja Telegraficzna z Berlina: z prasy wieczornej: Ziskau (Marchia przygraniczna) aresztowany został były nauczyciel Lucht. Aresztowanie to nastąpiło w związku z zajściem pod Opaleniem - „Gazeta Bydgoska”, 14 czerwca 1930 roku. Na proces w Grudziądzu, o który wspomniałem wyżej, nie dojechało z Warszawy dwóch oficerów z Oddziału II. Mieli się stawić do sądu jako świadkowie w sprawie szpiegostwa. Jak podaje„Gazeta Bydgoska”, z dnia 24 października 1930 roku. [...] Dzisiaj około godz. 7.30 z rana na 4 kilometrze od miejscowości Drobin na szosie gdańskiej z Warszawy do Gdańska nastąpiła fatalna katastrofa automobilowa, której ofiarą padł pułkownik sztabu generałnego Tataro, zastępca szefa Oddziału II, który został zabity. Jadący z nim porucznik Stanisław Zaćwilichowski jest ciężko ranny i ma obie nogi złamane, szofer ciężko ranny. Jechali oni do Grudziądza na rozprawę w sądzie wojskowym [...] Maszyna została doszczętnie strzaskana [...], [... ] przypuszczałną przyczyną katastrofy była zbyt szybka jazda, mgła i zarzucenie maszyny Poprzedniego dnia proponowali oni również wyjazd samochodem ekspertowi II oddziału Meyerowi, który jednak wskutek nalegań żony pojechał koleją [...]. W efekcie wypadku pod Drobinem, śmierć poniosło dwóch oficerów. Ponieważ po przewiezieniu do Warszawy, zmarł także porucznik Stanisław Zaćwilichowski. Jak mogło do tego dojść? Oficerowie złamali procedurę, [... ] samochód prowadził por. Zaćwilichowski [...], a nie szofer. Bardzo ciekawy zbieg okoliczności. Z jednej strony mamy jasnowidzącą żonę Mayera, a z drugiej strony szofera, siedzącego na tylnym siedzeniu. Zamiast prowadzić samochód z oficerami, kierowca chowa się na tylne siedzenie. Oficerowie jechali na bardzo ważny proces, w konsekwencji wypadku tam nie dojechali. Ad hoc, bez żadnej powołanej komisji - od razu orzeczono, że przyczyną wypadu była zła pogoda. W tym roku, byłem (autor artykułu) niedaleko miejsca wypadku. Sprawdziłem również mapę z 1944 roku. Droga o numerze 123, obecna nazwa krajowa 10, jak na owe czasy była drogą bezpieczną. Dopiero po wojnie obsadzono pobocze drzewami. Sądzę, że dwaj polscy oficerowie wywiadu, zginęli w dobrze przygotowanej pułapce zmontowanej przez niemiecki wywiad. Wiele przesłanek na to wskazuje. Nie znam wojennych i powojennych losów eksperta Meyera, ale warto byłoby się jemu przyjrzeć oraz szoferowi Zawistowskiemu, który [... ] był tylko dotkliwie potłuczony [... ]. Jest to historia na inny artykuł. 96 Walka wywiadów w Korzeniewie Wracając do Grudziądza. Na ławie oskarżonych zasiadł m.in. Bruno Fude, [... ] aresztowany kilka dni po wypadku optant niemiecki Bruno Fude, lat 35, z zawodu rolnik, zamieszkały w Trylu, pow. Swiecie, stojący na usługach wywiadu niemieckiego [... ] - „Goniec Wielkopolski” - 28 października 1930 roku. Jak donosiła „Gazeta Bydgoska” z 28 października: [...] po całodziennej rozprawie, która odbywała się przy drzwiach zamkniętych zapadł o godz. 23.30 wyrok, mocą którego Fude skazany został na 11 lat ciężkiego więzienia. 10 lat utraty praw obywatelskich oraz grzywna 50 000 zł i ponoszenie kosztów sadowych w sumie 5600 zł. Przewód sądowy ujawnił, iż oskarżony Fude dostarczał temuż państwu dane o sile zbrojnej państwa polskiego. Fude był jednym z organizatorów zajścia granicznego pod Opaleniem dn. 24 maja br., w czasie którego to zajścia zginął podkomisarz straży granicznej Leśkiewicz, zaś komisarz Biedrzyński został przez władzę niemieckie aresztowany. Na proces Rudego z Warszawy jechałi jako świadkowie ppłk. Tatara i por. Zaćwilichowski, którzy w drodze ulegli tragicznemu wypadkowi [...]. Parę miesięcy po procesie w Grudziądzu, Berlin 7.1.31. (tel. wł.) przed Sądem Rzeszy w Lipsku rozpoczął się wczoraj proces karny przeciwko komisarzowi polskiej straży granicznej Biedrzyńskiemu. [...] Rozprawa toczyła się najpierw przy drzwiach zamkniętych a następnie w jawnej części rozprawy [...], [... ] Biedrzyński na modelu terenu wskazywał, gdzie się znajdowali polscy strażnicy w czasie rozpoczęcia strzelaniny. [... ] - „Gazeta Bydgoska” 8 stycznia 1931 roku. W drugim dniu procesu przeciwko kom. Biedrzyńskiemu poinformowano, że dwóm urzędnikom polskim, przyobiecano dostarczenie informacji o [... ] fabrykacji niemieckich masek gazowych, który miał podać komisarz niemieckiej policji kryminalnej w Kwidzynie. Kiedy Biedrzyński i Leśkiewicz przekroczyli granicę w celu spotkania się z tym urzędnikiem kryminalnej, drugi komisarz policji kryminalnej, nazwiskiem Hartmann w towarzystwie 10 agentów kryminalnych, wyskoczył z ukrycia celem aresztowania Biedrzyńskiego i Leśkiewicza [...], [... ] Biedrzyński przy przesłuchaniu przeczył kategorycznie, jakoby robił użytek z broni a również nie zauważył, aby strzełał Leśkiewicz [... ] „Gazeta Bydgoska” dnia 9 stycznia 1931 roku. W dalszym części rozprawy przeciwko komisarzowi Biedrzyńskiemu przed trybunałem lipskim, zeznawał inspektor więzienny z Kwidzyna. Według jego zeznania [... ] Biedrzyński miał mu oświadczyć, że udało mu się przy pomocy swego współpracownika wydobyć plany modelu nowego systemu masek gazowych, za co Niemcy zażądali 2 500 marek. Biedrzyński miał przy sobie tylko 250 zł, gdyż kasy polskich posterunków granicznych są słabo zaopatrzone. Biedrzyński zaprzecza tego rodzaju przedstawieniu rzeczy przez inspektora więzienia [... ] „Gazeta Bydgoska8” - 10 stycznia 1931 roku. W dniu 10 stycznia 1931 roku, zapadł wyrok na Adama Biedrzyńskiego z Czerska w związku z incydentem granicznym Korzeniewo - Opalenie 24 maja 1930 roku. W uzasadnieniu czytamy: [...] Oskarżony skazany zostaje powodu ponawianych ustawicznie prób wyśledzenia tajemnic wojskowych na podstawie par. 3 ustawy o szpiegostwie i par. 43 ustawy karnej z powodu usiłowania zabójstwa i z powodu przestępstw przeciwko ustawie paszportowej i ustawie o noszenia 8 s. 2 - Biedrzyński przyjął naiwną linię obrony. Twierdził, - że urzędnicy graniczni zwabili ich do mrocznej komórki na węgieł, gdzie urzędnik niemiecki Wender zażądał od nich poddania się. Potem Niemcy przeprowadzili Polaków do pokoju, w którym odbywała się kontrola paszportów. Bogumił Wiśniewski 97 broni na łączną karę 10 lat ciężkiego więzienia. 7 miesięcy więzienia śledczego zostały oskarżonemu zaliczono na poczet kary [... ] - „Gazeta Bydgoska” -14 stycznia 1931 roku. Sprawa o szpiegostwo na jakiś czas w polskiej i niemieckiej prasie ucichła. Bruno Fude odsiadywał więzienie w Polsce, Adam Biedrzyński w Niemczech. Ale w tle tej sprawy, pracował intensywnie Polski wywiad, w celu wyłapania działających na terenie kraju niemieckich agentów. „Gazeta Bydgoska” - z dnia 20 maja 1931 roku, poinformowała, że aresztowała szpiega niemieckiego nad granicą. Był to sekretarz niemieckiej policji kryminalnej znad granicznego Namysłowa, 44-letni Anton Preiss. [... ] Jak się okazuje, Preiss tylko dla pozoru udawał sekretarza policji kryminalnej, a w istocie prowadził wywiad dla garnizonu w Namysłowie9 [... ] - „Gazeta Bydgoska” - 20 maj 1931 roku. Musiał minąć rok, po ogłoszeniu wyroku skazującego, aby w sprawie Adama Biedrzyńskiego i Bruna Fudego, aby w strukturach wywiadowczych obu państw coś się ruszyło. W dniu 18 maja 1932 roku na dworcu kolejowym w Zbąszyniu, na mocy układów dwustronnych, została dokonana wymiana [... ] władze niemieckie wydały władzom połskim komisarza Straży granicznej, Biedrzyńskiego [... ], [... ] a władze połskie wydały za komisarza Biedrzyńskiego dwóch groźnych szpiegów niemieckich, niejakich Preissa i Fudego.10 [...]- „Gazeta Bydgoska” - 21 maj 1932 roku. Po blisko dwóch latach od fatalnej akcji polskiego wywiadu, Adam Biedrzyński był na wolności. W międzyczasie, w nieudanej akcji przejęcia tajemnic niemieckich, zginął jego kolega -podkomisarz Stanisław Liśkiewicz oraz później dwóch oficerów z II Oddziału pod Drobinem, którzy najprawdopodobniej zostali zlikwidowani przez niemiecki wywiad, aby nie składali obciążających zeznań przed wojskowym sądem w Grudziądzu. Wysoką cenę zapłacono za nieskoordynowaną polską akcję szpiegowską w Korzeniewie. Co się jedynie udało polskiemu wywiadowi? Tylko to, że całe te krwawe zajście udało się nazwać pod Opaleniem, a nie Korzeniewem. Przeniesiono na prawą stronę Wisły prowokację niemiecką. W rzeczywistości, to polscy urzędnicy przekraczając granicę niemiecką łamali prawo. Zastanawiam się, czy warto było w 1930 roku, rozpoczynać akcję korzeniewską? Myślę, że nie. Tak naprawdę - nic nie osiągnięto. Materiałów od wroga nie przejęto. Na dodatek - cala akcja szpiegowska, zainicjowana przez II Oddział, nie była dobrze przygotowana. Wykazano się bardzo dużą lekkomyślnością. Niebezpieczna gra wywiadowcza, spaliła na panewce. OD REDAKCJI: Zainteresowanych tematem polecamy artykuł prof. dr. hab. Wojciecha Skóry pt. Pomorski epizod konfrontacji polskich i niemieckich służb granicznych. Przebieg i skutki prowokacji pod Opaleniem 24 maja 1930 roku, [w:] 80 rocznica powstania Straży Granicznej II Rzeczypospolitej, t. II, red. A. Gosławska-Hrychorczuk, Warszawa-Kętrzyn 2008, s. 167-196, dostępny także na http://apsl.academia.edu/WojciechSkóra 9 s. 2 - Odstawiony został chwilowo do Sadu w Kępnie, później przekazany został do dyspozycji Prokuratury pod zarzutem szpiegostwa na terenie Polski. 0 s. 8 - Przejęcia Biedrzyńskiego dokonał z ramienia władz polskich okręgowy inspektor Straży Granicznej p. Zięba w towarzystwie oficerów Straży Granicznej oraz dwóch oficerów policji. Z ramienia władz niemieckich występowali dwaj agenci policji tajnej oraz Konsul niemiecki z Poznania. Biedrzyński odjechał do Poznania, stąd wyjechał do Warszawy celem zameldowania się u władz centralnych. 98 Kroniki kryminalne sprzed lat Justyna Liguz KRONIKI KRYMINALNE SPRZED LAT Strzelaniny i pościgi, zabójstwa i inne głośne przestępstwa, działania gangów i zwykłych bandytów, najważniejsze procesy i wyroki sądowe - we współczesnych kronikach to jedne z najbardziej przyciągających elementów w prasie czy telewizji. Każdy przedstawiciel dzisiejszych mediów, chcąc odnieść sukces, tworzy swoje treści w taki sposób, aby odpowiedzieć na różnego rodzaju pasje swoich czytelników. Jednak „kroniki kryminalne” zawsze były tematem ponadczasowym, do których chętnie zaglądają wszyscy, bez względu na zainteresowania. . Sfrlaporl Allensteln GflZETH OLSZTYŃSKA „Gazeta Olsztyńska" z dodatkami „Goi£ Nle-dzielny” i „G o s p o d a r x~ wychodzi codziennie z wyjątkiem Świat. Abonament miesięczny na pocztach marek, z .idooszeniem 1.66 marek. Do Polaki 4J)0 złote. Wołacie należy na konto nasze P. K. O. Poznań numer 210.20). Ojców mowy, ojców wiary Brońmy zgodnie: młody stary! podiwaloay Jezus Chrystus! ........fc?11""............. Ogłoszenia przyjmuje tle za opłata 5 fcnWńw za l-tnilimetrowv wiersz aześciołamowy. Wiersz reklamowy 15 fenizńw. — Redakcja i administracja: Alians tein. O»tpr„ MUhlwslr. 2. Telefon tir 2531. Pocztowe komo czekowe: Komcsbcrz 3364. Rękopisów redakcja nie zwraca. Nie inaczej było w czasach dawniejszych. Jedną z gazet, która wykorzystywała plotkarskie i kryminalne wątki była „Gazeta Olsztyńska”. Przeważnie na stronie 3 kolejnych wydań zamieszczane były krótkie notatki z różnych zdarzeń, wypadków, zdarzeń nietypowych. Można wśród nich odnaleźć informacje ekonomiczne i polityczne, towarzyskie oraz informacyjne np. o spotkaniach. Przeważały jednak wątki kryminalne lub takie, które w społeczeństwie zawsze budzą zwykłą ciekawość ludzi. Z punktu widzenia historii takie informacje także mogą być dobrym źródłem informacji historycznej. dolara ^ykr^danif> Zresztą sami zobaczcie. Miłej lektury... ¥»* , u „ .. ' u- ^7^: *4^' | W1912 roku czytelnicy „Gazety f Olsztyńskiej" dowiedzieli się o procederze wykradania pieniędzy z listów. Sposób na przekazywanie funduszy stary jak świat, ale jak bardzo zuchwali musieli być złodzieje, skoro za każdym razem zamiast pieniędzy „wysyłali" wiadomość do adresata... Justyna Liguz 99 Morderstwa, rozboje, katastrofy... listopad 1920 roku _ ________na Unii I • Kwidzyn. 0”'a "kata»troia ko'e'°4WoŚ81jy utrą- H i Kwidzyn, zda\^wy z towarowy™ zególów- 11 P°C^g Brak i^e ^h szcz^ przy U | city iyćte. »raK 1 zabudowaniu Ke dotąd nie- V , • wybuchł P^a' uk Poststr. 18 wyu* sUaxy ogmo^» l wyjaśnioną0'1’ - : zagasi. ,« niemiecka- I gieft zlokalizuwać ' ? chana brutalność mjj j kwi‘ • Kwidzyn- Nlęsłyęna* dyrektor Baz°Xdzialek Dowiadujemy się w’ z niedziel’ nai Pprane. i dzyńskićl DeMleszynis"ę i inwalidę wo^e mylal mu od ! pobił tojem maszyn s lwerem irobił noc-i Olszewskiego, groził re^d Olszewski, który . wm .. »Verfluchter p0'ac^,,e zemdlał nad ran Donłeślt 11 ną sW^^^nałeiłi 8° ie/° JkUempo małe! chw'1' U 1 pól godziny »»“ ? któryzk iun p । kw i oni o tem ^'“^poW ‘ak fcska Pan Detzler H 1 wyskoczył z do ( w opiekę }e^nm%olskim, Pra' li •I Olsz, udać się musi®^ robotmkoto^zuci, b° U oddawna iu* ° łe wszyslkicn ■ 1 oU?%msa^potrzebni. ek t6 listopada 1 1 oni tu są v«,U7vna. D-cnic na I 1 • Rospic k0‘® Morderstwo w RosPełniono l o północy P°p.eku okoliczności, wyś^^^J • Kwidzyn. Ko* pozostawTtonę l 12 któw przedłoży Się P- landratowi. październiku 1922 roku.. z Powiśla. ^eli « ^*od“ Śml“C' WytyW'C duje się w wlelkiei nędzy- d t0 się w jeden • Ramu y. 15 sztuk oyu koniczynie. Udało s^ dzień p. Klatowi ik niektóre za 2 razowcrn ocalić wszystko bydi° licznych wypadkach, "^nekkJe* n%" PoŁM się skartyć na po-Uobne nieszczęścia. odbyło się w lokalu ♦ Staryt®rg> Zesz«l meuz starego^rgu i ok°-p. Kikuta zebranie rob°Im . wywożeniu zboża. Powzięto rezolucję przeć»w y żywność tądano ?dPo*ńedniego£no^ 1 ^r;Wte wóit sam prowadził protokół, 100 Kroniki kryminalne sprzed lat 1 powiela- iony. O ru- ____ sttum. Ostatni ' l i kapusta bia*a n marchew Ł mk. Censj^S: Redzie 3 Ceny na jarmarkach zawsze budzą zainteresowanie. Można -90 I porównać gdzie jest taniej, każdy znajdzie coś dla siebie... powyższe ceny pochodzą z grudnia 1926 roku W1935 roku już nikogo nie dziwiły wypadki drogowe... we -—r-sas?ss z traw ”*■ u 1“'” <»»>»* Ł'S«“'%"k tygodnie Mszany Justyna Liguz 101 kronika ziemi malborskiej _ Prabuty zaszedł nieszczęśliwy wypa u ta) pochwycony. Wróbel, stojąc na per'J1' • ' na dworzec poprzez lokomotywę. okakczeń. mianowicie , ci^Ui budzi powabne o- i rozbił, sobie tzw. Kronika Ziemi Malborskiej z marca 1938 roku... bawy. ,,, . „.„„rderl W roku ubiegłym _ Kwidzyn Warienwc•nie byt bardzo ożywio- no 141 obcokrajowców. W warsztacie pew- — Dzierzgoń ^^"'.„.lował żelazny piec i nej tutejszej ślusarni c^^dow Na szczęście mkt rozprysł się na drobne kawata^ eksplozji było to. nie został P°kaleczony. do pieca butelkę z kawą. „ pewien “S””Eł B>« »» „Gazeta Olsztyńska" na bieżąco śledziła wszystko, co działo się ( w Gimnazjum Polskim w Kwidzynie. W grudniu 1938 roku tragicznie zakończyła się operacja jednego z uczniów... nARLBORSKlti) Kronik* Z1EW ? - » KR'Jl (tAarienwcrdcr).^.^ pQ opc - Po^FByt dobrym w Kwid«^flt zaledwie 'at '32koły poj^zium * 102 Kroniki kryminalne sprzed lat noge- I W marcu 1939 roku większość wydarzeń dotyczyła Malborka... kronika ziemi malborswej JWa-SŁ! si*IŁ. “• szedł bez szwanku, ale szkodzony. . , „.„i Właściciel majątku — Malbork (Marienbusamocho-Preuss-Corneltu wracał ze swoją p , „ dem do domu. po™ z powrocie do domu prowatoenie śmlerci nle jest właściciel juz znana. K„r