FOT. ŁUKASZ CAPAR Dziś u nas „WOJENNE DZIECIN • SPECJALNY DODATEK POŚWIĘCONY MARTYROLOGII DZIECI POLSKICH POD OKUP. 2£S=3 I I gK§|g | Poniedziałek Nr 18 (4870) www.gp24.pi 23.01.2023 Nakład: 8.260 egz. Cena 4,20 zł (w tym 8% VAT) Słupsk. Zmarła druga osoba, która odniosła obrażenia w wypadku w Głobinie str. 3 Region. W Miastku szykuje się podwyżka opłat za wywóz śmieci str. 4 Region. Tragedia w Dąbrównie. Matka podejrzana o zabójstwo córki str.3 Nr ISSN 0137-9526 Nr indeksu 348-570 GOSPODARKA TERMINALE PALIWOWE SZCZECINA I ŚWINOUJŚCIA TEMATEM PRASOWYM Zyskowna spółka z tajemnicą SŁUPSK Bloki komunalne do końca tego roku str. 4 SŁUPSK Drogi już nie ma, ale lampy dalej świecą W tej sprawie absurd goni absurd. Najpierw gmina Słupsk zabrała płyty z drogi łączącej dwie ulice na granicy ze Słupskiem, a teraz płaci za jej oświetlenie. Chodzi o łącznik między ulicami Gdyńską w Słupsku oraz Inwestycyjną, która była ulicą w gminie Słupsk, a po powiększeniu miasta leży w granicach Słupska. Przypomnijmy: gmina Słupsk zabrała betonowe płyty z kilkuset metrów jezdni w grudniu, bo miasto nie chciało zapłacić za drogę zbudowaną przez gminny samorząd. Władze Słupska, powołując się na zdanie mieszkańców, nie chciały tam samochodów, a tylko trakt pieszo-rowerowy. W czym problem? Oświetlenie jest tak zrobione, że fizycznie nie da się wyłączyć sześciu lamp, które gmina postawiła na łączniku ulicy Inwestycyjnej z ulicą Gdyńską w Słupsku. Czytaj str. 4 Pomorze. Dziwna podwodna eskapada hiszpańskich nurków w pobliżu portu w Gdańsku str. 5 opr. Michał Elmerych Region Puls Biznesu w dągu miesiąca przyniósł dwie publikacje, których głównymi bohaterami są szczecińscy biznesmeni i zachodniopomorskie terminale paliwowe. Ton artykułów jest jeśli nie sensacyjny, to przynajmniej niepokojący. W połowie grudnia redaktor Magdalena Graniszewska w tekście zatytułowanym „Ukraińcy kupili terminale paliwowe nad Bałtykiem” opisała proces przejęcia firmy Baltchem posiadającej infrastrukturę w Szczecinie i Świnoujściu. Ręka w rękę Dokonali tego szczeciński biznesmen Jan Bobrek i Ukrainiec Volody-myr Petrenko. Stało się to na trzy miesiące przed wejściem w życie embarga na rosyjskie surowce. Jak podaje Puls Biznesu, transakcja wywołała poruszenie wśród polskich firm zajmujących się obrotem paliwami. Nowi właściciele wypowiedzieli bowiem dotychczasowe umowy i przekierowali działalność terminali w kierunku Ukrainy. Rodzina Bobrek jest znana w Szczecinie od wielu lat. Jan Edward Bobrek w branży działa od dawna (na początku XXI wieku jego nazwisko przewijało się w aktach afery paliwowej), jego nieco ponad trzydziestoletni syn kieruje dwoma spółkami Arcturus i Oktan Energy. Drugi udziałowiec, ukraiński biznesmen, nie jest tak powszechnie Dr Tomasz Madras: Ze strony Rosji była zawsze tępa, prymitywna chęć dominacji str. 6 znany. Petrenko to właściciel ukraińskiej firmy Ukrpaletsystem, założonej w 2003 r. i zarządzającej siecią stacji pod marką UPG. Tu pojawia się wątek... białoruski. „Do 24 lutego 2022 r., czyli do peł-noskalowego ataku Rosji na Ukrainę, Ukrpaletsystem importował paliwa z Białorusi, ale po ataku, w komunikacie z marca 2022 r., zapewnił klientów, że potępia Białoruś i już tam paliw nie kupuje. Firma deklaruje też, że od 2014 r. nie kupiła ani tony paliwa z Rosji. Na stronie internetowej marka UPG podkreśla zaś,że sprzedawane przez nią paliwa pochodzą wyłącznie z Europy. Nie wskazuje, gdzie je kupuje i jak sprowadza. W branży można natomiast usłyszeć, że Ukraińcy z UPG są bardzo aktywni na polskim rynku paliw i są dużym graczem na rynku dostaw na Ukrainę” - napisała w swoim tekście Graniszewska. W tle Łukaszenko? Autorka tekstu w Pulsie Biznesu wysłała pytania zarówno do Szczecina jak i na Ukrainę, ale wówczas (czyli na początku grudnia) nie otrzymała jeszcze odpowiedzi. Te nadeszły nieco później. Ich publikację w Pulsie Biznesu poprzedził jednak artykuł, który 6 stycznia pojawił się na ukraińskim portalu Obozrevatel. „Firma UPG za którą stoi białoruski oligarcha i syn Łukaszenki przedarła się na polski rynek” - brzmiał jego tytuł. Tekst pojawił się, a potem zniknął i znowu się pojawił. Redakcja tłumaczyła to tym, że pierwsza publikacja wywołała mnóstwo prawniczych re- akcji, ale po sprawdzeniu faktów ukraińska autorka nie wycofuje się z napisanych w znikającym artykule zdań. A padają tam interesujące stwierdzenia jak chociażby takie, że... „Na polski rynek weszła sieć stacji benzynowych UPG, będąca de facto własnością białoruskiego oligarchy Nikołaja Worobieja i syna Aleksandra Łukaszenki, Wiktora. Firma oficjalnie pozycjonuje się jako ukraińska, ale według naszych danych „rebranding” został przeprowadzony wyłącznie w celu obejścia wszystkich sankcji unijnych”. Feler i to dość istotny jest taki, że autorka artykułu w ukraińskim portalu nie podaje żadnych źródeł. „Plotki o powiązaniach mojej firmy z kapitałem białoruskim są dla mnie szokujące. Nie mamy dziś relacji z tym krajem - odpowiada przedsiębiorca”. To cytat z wypowiedzi Volodymyra Petrenki. Pochodzi on z drugiego tekstu, jaki na ten temat zamieścił Puls Biznesu kilka dni temu. „Ukraiński inwestor odkrywa karty” tej samej autorki, co grudniowy tekst Magdaleny Graniszew-skiej, przynosi rozmowy zarówno z Petrenką, jak i z Janem Edwardem Bobrykiem. Dowiadujemy się z nich o biznesowej drodze, jaką Ukrainiec przeszedł w drodze do Polski, ale poznajemy również sumę, za którą Bobrek i Petrenko kupili Baltchem od Warsaw Equity Group, który był jego właścicielem przez 23 lata. To około 50 milionów euro. Po zapłaceniu takiej kwoty udziałowcy mają równe wkłady, po 48 procent. Po jednym udziale mają prawnicy każdej ze stron. Tekst Graniszewskiej przynosi jednak również informacje o konflikcie między udziałowcami. „Nasza współpraca z drugim akcjonariuszem układa się źle. Mimo że mamy tyle samo akcji, druga strona uzurpuje sobie prawo do całkowitej kontroli nad firmą. Ponadto przedstawiciele Volodymyra Petrenki złożyli rezygnację z zasiadania w radzie nadzorczej, przez co rada nie może podejmować decyzji. Sytuacja jest patowa - twierdzi Jan Bobrek ojciec”. „Jestem poważną osobą i uważam po prostu, że każdy powinien dotrzymywać słowa. Skoro zawarłem z Janem Bobrkiem wstępną umowę przejęcia jego firmy Oktan Energy, to oczekuję dalszych kroków w tej sprawie. To prawda, że moi przedstawiciele w radzie nadzorczej Baltchemu złożyli rezygnację. Jesteśmy jednak z Janem w kontakcie i nie nazywałbym tego konfliktem - mówi ukraiński biznesmen”. Skoro w jednym tekście znajdują się obok siebie dwa takie cytaty można przypuszczać, że rzeczywiście sytuacja stoi na ostrzu noża. Porty muszą być polskie Bobrek mówi Graniszewskiej, że nie sprzeda Oktan Energy, ale być może odstąpi swoje udziały w Bal-tchemie. Komu? Petrence albo Skarbowi Państwa. W tym drugim przypadku pomóc może prawo, bo proce-dowana jest ustawa dająca państwu prawo pierwokupu spółek działających na terenach polskich portów. Czytaj dalej str. 2 Informator. Zapowiedzi koncertów i imprez kulturalnych w regionie str. 18 Giną Lollobrigida. Wspomnienie o włoskiej aktorce, największej seksbombie światowego powojennego kina str. 10 2 • DRUGA STRONA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Jutro w naszej gazecie: Strona Zdrowia • Zioła na przerost prostaty • Jak może nam pomóc kawowy detoks? I czy to prawda, że organizm go potrzebuje? ' HHHHI AUTOPROMOCJA_____________________________________________________0010711288 Zamów prenumeratę (¿losu ® 94 3401114 prenumerata.gdp@polskapress.pl prenumerata.gp24.pl Zabezpieczamy infrastrukturę krytyczną Zbiorniki w szczecińskim terminalu Baltchemu. W sumie jest ich 23. Mają różną pojemność i służą do przechowywania różnych rodzajów paliw Zyskowna spółka z tajemnicą ciąg dalszy ze str I 5 lutego wejdzie w życie całkowite embargo na rosyjskie paliwa. To oznacza, że skurczy się rynek. Baltchem, który nie współpracuje z polskimi podmiotami stanowi problem. I to poważny. Wyłączenie z pracy dla Polski dwóch terminali mocno komplikuje sytuację. Prący do przejęcia pełnej kontroli nad firmą Petrenko zapewnia wprawdzie autorkę artykułu w Pulsie Biznesu: „W momencie zawierania transakcji rzeczywiście polscy kontrahenci odeszli, ale to dlatego, że akurat wtedy umowy wygasały. Zapraszamy serdecznie polskich przedsiębiorców do współpracy. Jesteśmy gotowi do rozmów. W Baltchemie prowadzone są właśnie inwestycje, które zwiększą moce przeładunkowe, ponadto budowane są tory kolejowe. Baltchem będzie w stanie pracować zarówno dla klientów ukraińskich, jak i polskich.” Ile wiemy, tyle wiemy Wciąż gdzieś pozostają jednak nie do końca wyjaśnione powiązania jego spółek z Białorusią. Graniszewska zapytała o nie w ministerstwach: Spraw Wewnętrznych i Administracji, a także Rozwoju i Technologi. Jak sama napisała „bardziej konkretna, choć nieszczególnie pokrzepiająca jest odpowiedź resortu rozwoju”. Potwierdza ona że „(...) Nikolai Vorobey oraz Viktar Luka-shenka (...) znajdują się na unijnej liście sankcyjnej, toteż działania umożliwiające tym osobom nabywanie zasobów gospodarczych na terytorium UE stanowią naruszenie obowiązującego reżimu sank-cyjnego”. Sprawa opisana przez Puls Biznesu z całą pewnością jest rozwojowa, nie do końca jasna, ale przede wszystkim niezwykle istotna dla bezpieczeństwa energetycznego kraju, obejmuje bowiem zarządzanie infrastrukturą krytyczną. Jak ustalił Głos sprawą zainteresowała się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Funkcjonariusze ABW byli już w siedzibie spółki. Przemysław Szymańczyk Rozmowa Rozmowa z Markiem Grabarczykiem wiceministrem infrastruktury. Czy możliwy jest scenariusz, który rysuje Puls Biznesu, by prywatny terminal paliwowy na terenie portu w Szczecinie i Świnoujściu przejął syn dyktatora Białorusi, Łukaszenki? Wydawałoby się to zupełnie horrendalnym nieporozumieniem, ale w związku z tym, że nie jest to rzecz wymyślona przez jednego autora, a wspomniana informacja pojawiła się w kilku miejscach, między innymi na jednym z portali bodajże ukraińskich... Zprawnego punktu widzenia, jeśli udziałowiec ukraiński dopuścił w jakiejkolwiek formie do swojego biznesu właśnie syna Łukaszenki, to faktycznie może się tak stać. Mógł wejść w ten biznes. Myśmy wielokrotnie wskazywali, że „Gazprom”, stosując różnego rodzaju metody np. poprzez wykup spółek, zainwestował w wiele biznesów na Zachodzie. Zrobił to tak, że nikt nie wie, że to Gazprom jest prawdziwym ich właścicielem. Że na początku tego źródełka są pieniądze rosyjskie, anie pieniądze firmy, która oficjalnie prowadzi działalność. Dokładnie tak. Wróćmy do tegobiznesu na terenie portów w Szczecinie iŚwinoujśchi. Stan prawny jest przynajmniej oficjalnie tald: 48% ma biznes ukraiński, 48% ma biznes szczeciński, a po jednym procencie prawnicy, którzy reprezentują obydwu panów. Terminal jest prywatny, wybudowany częściowo za prywatne pieniądze i został kupiony od fńnduszu inwestycyjnego. Czy zatem na terenie Unii Europejskiej syn dyktatora może robić biznes? W świetle obowiązującego prawa europejskiego, jak najbardziej tak. Jeśli firmie nie zostanie udowodnione, że łamie sankcje poprzez wprowadzanie chociażby pieniędzy dyktatora. Ale jeżeli to zróbi przez oligarchę, który ma legalny biznes? Może nie wszyscy sobie z tego zdają sprawę, że terminale pa- liwowe to jest infrastruktura strategiczna, mimo że należąca do prywatnych podmiotów. Ikrytyczna... Czy państwo polskie ma zatem jakieś instrumenty, by tę krytyczną infrastrukturę chronić? No właśnie w tym celu została stworzona ustawa czy też poprawki, które trafiły do ustawy o „bezpieczeństwie morskim” mówiące o tym, że w momencie kiedy jeden z udziałowców bądź właściciel chce zbyć udziały swojej spółki, musi poinformować o tym pod rygorem nieważności umowy, zarząd danego portu. Na tej podstawie zarząd portu ma prawo pierwokupu tych udziałów po wycenie i na warunkach rynkowych. Wiadomo, że do umowy nikogo przymusić nie można. Załóżmy, że ten Ukrainiec czy polski współwłaściciel Baltchemu zwraca się do zarządu portu w Szczecinie o zgodę na sprzedaż swoich udziałów innemu podmiotowi. Noipaństwo polskie reprezentowane przez Zarządu Portu Szczecin i Świnoujście mówi: nie zgadzamy się, ale to my możemy je kupić Proponujemy Wam 100 milionów. A firma mówi: nie, my chcemy 120 milionów złotych. Co się wtedy dzieje? Podobne rozwiązania obowiązują w portach w zakresie nabywania gruntów. To działa w praktyce. Zarząd Portu ma prawo pierwokupu. Ale również parę innych ministerstw zastosowało to samo rozwiązanie, jak chociażby Ministerstwo Rolnictwa. I to się sprawdza ponieważ zarząd portu poprzez ustawę ma prawo pierwokupu, a więc najpierw musi nastąpić czynność prawna wpostaci zawiązania umowy sprzedaży pomiędzy dwoma podmiotami na zbycie tych udziałów i wtedy port podejmuje decyzję, bo to on właśnie - ma prawo pierwokupu. Na podstawie umowy przedwstępnej może wejść do gry i przedstawić swoją ofertę. A potem, po cenie która została wynegocjowana, kupuje dane udziały. A jeżeli strony zrobią to potajemnie, to jaki sąd rozstrzyga o ważności umowy. Właściwy dla danej sprawy, a więc administracyjny. I tutaj jest to oczywiste, bo sąd nie może łamać prawa ustawowego, czyli konkretnych zapisów ustawowych. Więc w związku z tym każda zmiana musi trafić do KRS-u i wtedy, bez spełnienia odpowiednich warunków zawartych w ustawie, sąd nie może zaakceptować, czyli wpisać do KRS-u. Może omyłkowo oczywiście... Ale każdy zdaje sobie sprawę, że to nie gwarantuje przejęcia danych udziałów. Czy rozwiązaniaprawne, o których Pan wspomina, są w Polsce prawem już obowiązującym? Ta ustawa czeka w tym momencie na podpis Prezydenta RP. Została przyjęta na ostatnim posiedzeniu Sejmu. Muszę jednak dodać, że przy furii Platformy Obywatelskiej. Z jakiego powodu opozycja aż tak się irytowała? Larum podniesiono niebywałe... Posłużono się argumentem o... ingerencji wpry-wamy biznes. A przecież naszym celem było wyłącznie to, aby strategiczne interesy Polski w bardzo niebezpiecznych czasach były chronione. By taki biznes nazwijmy go „biz- | nesem Łukaszenki” nie miał 1 możliwości działania. Widocz- | nie im zależy, by mógł działać ¡2 ...Toniezrozumiałe.Awraca- 8 jącdo„Ustawyobezpieczeń- “ stwie morskim”, tam są te po- 2 prawłd, które zostały zgłoszone do Senatu i Senat przyjął te poprawki, a odnoszą się właśnie do prawa pierwokupu udziałów w spółkach działających na terenach portowych. Teraz czeka tylko na podpis Prezydenta. Pan może jeszcze o tym nie wie (rozmowa odbyła się wpiątek), ale w poniedziałek Platforma Obywatelska z udziałem bardzo prominentnych przedstawicieli w Szczecinie organizuje konferencję i będzie mówiła o ochronie instalacji strategicznych na terenach portowych. Zapewne w kontekście incydentu, do którego doszło w Porcie Gdańskim, czyli „hiszpańskich nurków” którzy czegoś szukali, np.-przepraszam bo pęknę ze śmiechu -bursztynu. Komenda Główna Policji jest dosyć wstrzemięźliwa, ale przedstawiciele służb specjalnych mówią, że to raczej gangsterzy np. przemytnicy, a nie agenci obcych państw realizujący jakąś operację. Ale czy zagrożenia dla tej infrastruktury rzeczywiście w Polsce istnieją z powodu toczącej się wojny? Bezwzględnie tak. To, co się stało z Nord Stream wskazuje że żadna Polska instalacja nie jest bezpiecznaimusi być szczególnie chroniona. W związku z tym, właśnie ustawa o bezpieczeństwie morskim przyjęła poprawki MSWiA, które mogą wyznaczyć specjalną strefę wokół obiektów o szczególnym znaczeniu. Dotyczy to np. gazoportu. Można będzie zatem wyłączyć całkowicie z możliwości poruszania się w odległości200metrów od takiego obiektu na okoliczność zagrożenia. Tę decyzję podejmuje wojewoda. To rozwiązanie również spotkało się z ogromnym ata- kiem Platformy Obywatelskiej 0 niekonstytucyjność i tak dalej,itak dalej... Wracając do przypadku Baltchemu. Czy po podpisie Prezydenta, transakcjewktórych nie do końca wiadomo ktojest prawdziwym właścicielem, nie będą możliwe? Tak. Oczywiście tutaj musi być wola zarządu portu, bo on przystępuje na zasadzie autonomicznej decyzji. A jak nie skorzysta z możliwości pierwokupu? Przecież polskie porty nie mają walizek z pieniędzmi Tutaj zastosowaliśmy rozwiązanie, że jeżeli jest rażąco wysoka cena lub rażąco niska cena, to zarząd portu ma prawo wnieść sprawę do sądu i to sąd ustala cenę. No tak panie ministrze, ale terminal Baltchemu nie kosztuje tysiąc złotych tylko raczej 200 milionów złotych. Dlatego mówię, że jak kosztuje 200 milionów, to zarząd portu ma na to wydać200 milionów. 1 będą na to zawsze pieniądze? Oczywiście że tak. To jest infrastruktura krytyczna, więc takie jest przede wszystkim założenie, a z drugiej strony istnieje bezwzględna ochrona własności prywatnej. Jeszcze raz powtórzę, że mówimy o prywatnej własności, więc nikt tego nie przejmuje, nikt nie chce tego po zaniżonej cenie kupić, wywłaszczyć. Zarząd portu musi mieć na to pieniądze. GRÓBARCZYK Celem było wyłącznie to, aby strategiczne interesy były bezpieczne Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 3 nasz REGION SŁUPSK Na al. 3 Maja, na wysokości skrzyżowania z ui. Zachodnią, jadący w kierunku Bierkowa 65-letni kierowca volkswagena nie zachował bezpiecznej odległości od poprzedzającego go jaguara i uderzył w jego tył. - W wyniku tego zderzenia części, które oderwały się od samochodów, uszkodziły jeszcze jadącego w stronę Słupska kolejnego volkswagena - informuje Jakub Bagiński, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Słupsku. BER DYŻURNY GŁOSU Magdalena Olechnowicz tel. 510 026 923 Na Czytelników „Głosu Pomorza" czekamy w redakcji | w Słupsku przy ul. H. Poboż-| nego 19 oraz pod adresem ^ poczty elektronicznej 2 alarm@gp24.pl Jest druga śmiertelna ofiara wypadku w Głobinie Wypadek, w wyniku którego nie żyją dwie osoby, wydarzył się 7 stycznia w Głobinie Alek Radomski Słupsk Nie udało się uratować 18-letniej Julii, pasażerki peugeota rannej w wypadku, który wydarzył się 7 stycznia w Głobinie. To druga ofiara tej tragedii Kierowca, który pod wpływem alkoholu uciekał przed policją, pozostaje w areszcie. Julia w ciężkim stanie została zabrana karetką na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Słupsku prosto z wypadku. Stamtąd trafiła na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Słupsku i została wprowadzona śpiączkę farmakologiczną. Jeszcze kilka dni temu jej stan określano jako ciężki, ale stabilny. Szpital o rokowaniach nie informował. Niestety, 18-letniej pasażerki peugeota nie udało się uratować. W piątek Marcin Prusak, rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Słupsku poinformował „Głos” o śmierci dziewczyny. Julia zmarła na skutek ciężkich obrażeń mózgu. To kolejna ofiara tragedii, do której doszło w sobotę 7 stycznia. Drugą jest Damian, chłopak Julii. Dziewczyna miała wracać do Słupska z Krzywania autobusem. Damian poszedł ją odprowadzić. Do przystanku na trasie Słupsk-Głobino jest około kilometra. Jednak para po drodze wsiadała do samochodu, którym kierował ich znajomy, 24-letni Sebastian K. Miał podrzucić ich tylko do przystanku. Kiedy auto włączało się do ruchu, peugeota zauważył policyjny patrol z Dębnicy Kaszubskiej. Kierowca zaczął uciekać. W Głobinie, czyli po kilku kilometrach Sebastian K. stracił panowanie nad pojazdem i uderzył w drzewo. Damian zginął na miejscu. Sebastian K. z wypadku wyszedł w zasadzie bez szwanku. Był nietrzeźwy. Badanie przeprowadzone na miejscu zdarzenia wykazało 1,6 promila alkoholu. Okazało się również, że nie ma uprawnień do kierowania samochodem. Mężczyzna został zatrzymany i przewieziony na komendę. Pobrano od niego też krew do badań, które mają ustalić, czy nie zażywał innych środków. Usłyszał też zarzuty. Mowa o niezatrzymaniu się do kontroli, kierowaniu autem pod wpływem alkoholu oraz tym najważniejszym, czyli spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Podczas przesłuchania w prokuraturze mężczyzna przyznał się do niezatrzymania się do kontroli i kierowania autem pod wpływem alkoholu. Śmierć Julu oznacza zmianę opisu zarzutu i ewentualnie jego treści. - Kwalifikacja pozostaje bez zmian - informuje Magdalena Gadoś, Prokurator Rejonowy w Słupsku. Przypomnijmy, że mężczyźnie grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Słupski sąd rejonowy zadecydował, że kolejne dwa miesiące Sebastian K. spędzi wareszcie. Sebastian K. będzie też odpowiadać za wykroczenie - kierowanie autem bez uprawnień. ©® Tragedia w Dąbrównie. Matka podejrzana o zabójstwo córki Bogumiła Rzeczkowska, pap Region 33-letnia Aleksandra B. z Dąbrówna podejrzana o zabójstwo 5-letniej córki została aresztowana na 3 miesiące. Kobieta przeby-waćma w areszcie śledczym z oddziałem psychiatrycznym. Do tragedii w domu w Dąbrównie doszło we wtorek, 17 stycznia. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że służby ratownicze wezwał ojciec, który nie mógł wejść do domu. W tym czasie przebywała w nim matka z pięcioletnią córką. Niestety, po wejściu do domu ratownicy stwierdzili zgon dziewczynki. Na jej ciele nie znaleziono obrażeń, które mogłyby świadczyć o działaniu osób trzecich. Śledztwo prokuratury zostało więc początkowo wszczęte w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. Zarządzono przeprowadzenie sekcji zwłok. Matka natomiast została przewieziona do szpitala w Słupsku. W środę jednak nie można było jej przesłuchać. Kobieta była pilnowana przez funkcjonariuszy policji. - Pacjentka trafiła do naszego szpitala z objawami zamroczenia. Została poddana diagnostyce, ale był z nią bardzo utrudniony kontakt. W czwartek została przekazana do dalszej hospitalizacji psychiatrycznej - mówi Marcin Prusak, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Słupsku. Prokurator Patryk Wegner poinformował Głos”, że w czwartek rano została przeprowadzona sekcja zwłok dziecka. Zaznaczył, że „z wstępnej opinii wynika, że było to działanie człowieka, nie le- Kobiecie przedstawiono zarzut zabójstwa dziecka. Sąd Rejonowy w Lęborku zastosował wobec niej trzymiesięczny areszt ków”. Dodałprzy tym, że badania toksykologiczne także zostaną wykonane. Ze względu na dobro pokrzywdzonej, charakter sprawy, okoliczności, które „są drastyczne”, prok. Wegner nie ujawnił przyczyny śmierci dziewczynki. Skutkiem wstępnej opinii biegłego opinii biegłego było przedstawienie 33-letniej Aleksandrze B. zarzutu zabójstwa. Wniosek o tymczasowe aresztowanie podejrzanej został skierowany do Sądu Rejonowego w Lęborku. Sąd przychylił się do wniosku prokuratury i zezwolił na trzymiesięczny areszt dla podejrzanej. - Aleksandra B. odmówiła składania wyjaśnień. Nie udzieliła też odpowiedzi na pytanie, czy przyznaje się do zarzutu. Podejrzana ma obrońcę z urzędu. Trafiła do aresztu śledczego z oddziałem psychiatrycznym - mówi prokurator Patryk Wegner, który ze względu na charakter śledztwa i dobro pokrzywdzonej dziewczynki nie podaje szczegółów sprawy. - Gromadzimy dokumentację medyczną - odpowiada krótko prokurator. Prok. Wegner przekazał PAP, że lęborska prokuratura najpóźniej w poniedziałek wystąpi do biegłych o opinię psychiatryczną podejrzanej, by ustalić jej poczytalność. Zaznaczył, że jeśli biegli nie będą w stanie jej wydać bez przeprowadzenia kilkutygodniowej obserwacji, to o zgodę na nią z wnioskiem do sądu zwrócą się śledczy. Prokurator dodaje jeszcze, że w tej sytuacji ojciec nie może występować w sprawie małoletniej pokrzywdzonej i sąd rodzinny wyznaczy kuratora. 33-latka jest matką jeszcze dwojga dzieci. Patryk Wegner nie potwierdza informacji, że w przeszłości kobieta chciała zrobić krzywdę starszemu synowi. Część świadków została już przesłuchana. Teraz lęborska prokuratura czeka na pisemną opinię z sekcji zwłok oraz na dokumentację medyczną, dotyczącą leczenia Aleksandry B. o©® AUTOPROMOCJA Głos Pomorza Wtorek się liczy gp24.pl REKLAMA^ 0010719806 ZŁOM kupię, potnę, przyjadę i odbiorę, tel. 607 703 135. USŁUGI HYDRAULICZNE, tel. 607 703 135. SPRZĄTANIE strychów, garaży, piwnic, wywóz starych mebli oraz gruzu w big bagach, 607 703 135. REKLAMA__________________________0010723863 BURMISTRZ MIASTA ŁEBY informuje o wywieszeniu na tablicy ogłoszeń Urzędu Miejskiego w Łebie: - wykazu numer 8/2023, z dnia 17.01.2023 roku, w sprawie wydzierżawienia na okres 3 lat, w drodze bezprzetargowej, nieruchomości składającej się z działki nr 87/17, części działki nr 87/10 oraz części działki nr 87/15, o łącznej powierzchni 1407 m2, położonej w Łebie, przy ul. Nadmorskiej, z przeznaczeniem na miejsca postojowe dla samochodów. REKLAMA___________________________________________________________0010723862 BURMISTRZ MIASTA ŁEBY informuje o wywieszeniu na tablicy ogłoszeń Urzędu Miejskiego w Łebie: - wykazu numer 5/2023, z dnia 17.01.2023 roku, w sprawie oddania w dzierżawę na okres 9 lat, w drodze bezprzetargowej, 7 pomieszczeń użytkowych, o powierzchni 11,43 m2 każde, zlokalizowanych na fragmencie działki nr 202/4, położonej w Łebie, obręb 1, na zapleczu ul. Kościuszki 67, z przeznaczeniem na pomieszczenia gospodarcze; - wykazu numer 6/2023, z dnia 17.01.2023 roku, w sprawie oddania w dzierżawę na okres 9 lat, w drodze bezprzetargowej, terenu stanowiącego fragment działki nr 202/4 i fragment działki nr 1453/23, o łącznej powierzchni 454,50 m2, położonej w Łebie, obręb 1, na zapleczu ul. Kościuszki 67, z przeznaczeniem na teren zielony. REKLAMA 0010723696 PREZYDENT MIASTA SŁUPSKA OBWIESZCZA Działając na podstawie art. 11d ust. 5 ustawy z dnia 10 kwietnia 2003 r. o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych (Dz. U. z 2022 poz. 176) oraz art. 10§1,61 §4 i art. 49 ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r Kodeks postępowania administracyjnego (Dz. U. z 2021 r. poz. 735) zawiadamia się że na wniosek Prezydenta Miasta Słupska zostało wszczęte postępowanie administracyjne w sprawie wydania decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej pod nazwą „Rozbudowa ulicy Banacha i Grechuty w Słupsku wraz z odwodnieniem, oświetleniem i kanałem technologicznym”. Inwestycja zlokalizowana będzie na działkach o nr ewidencyjnych: Działki w pasie drogowym o uregulowanym stanie prawnym: • 16,165,254,122 obr. 8; 635,1222 obr. 9 - pas drogowy ul. Banacha, • 129/1, 130/1, 245, 261 obr. 8 - pas drogowy ul. Grechuty, • 111/1,250 obr. 8 - pas drogowy ul. Riedla, • 121/1,229 obr, 8 - pas drogowy ul, Zauchy, • 244 obr. 8 - pas drogowy ul. Ordonówny, • 1219/5 obr. 9 - pas drogowy ul. Braille’a, • 87/1,149 obr. 8 - pas drogowy al. 3 Maja. Działki niebędące pasem drooowym przeznaczone do włączenia do oasa drogowego ulicy Grechuty: • 124/1 obr. 8. Działka niebędąca własnością Miasta Słupsk przeznaczona do wywłaszczenia i włączenia do pasa drogowego ulicy Grechuty: • 133/1 obr. 8. Działki przewidziane do podziału zgodnie z projektem podziału nieruchomości1: •123 obr. 8 (123/1,123/2), • 126/3 obr. 8 (126/4,126/5), •131 obr. 8 (131/1,131/2), • 134/5 obr. 8 (134/7,134/8), •136 obr. 8 (136/1,136/2), •137 obr. 8 (137/1,1372), •138 obr. 8 (138/1,138/2), •141 obr. 8 (141/1,141/2), • 166/6 obr. 8 (166/7,166/8), • 160/19 obr. 8 (160/22,160/23) ') Przed nawiasem podano nr działki ulegającej podziałowi, w nawiasie podano nr działek powstałych po podziale, tłustym drukiem zaznaczono działki przeznaczone do włączenia do pasa drogowego Działki przeznaczone do tymczasowego zajęcia w celu budowy urządzeń infrastruktury technicznej: •148, 237 obr. 8. W związku z powyższym informuje się, że w terminie 7 dni od daty otrzymania niniejszego zawiadomienia, strony mogą zapoznać się ze złożonymi w sprawie dokumentami, uzyskać wyjaśnienia oraz zgłosić ewentualne uwagi i wnioski w przedmiotowej sprawie w Wydziale Budownictwa Urzędu Miejskiego w Słupsku (Plac Zwycięstwa 1, pokój 02, tel. 59 84 88 409), w poniedziałki od 7.30 do 16.30, od wtorku do czwartku w godz. 7.30 - 15.30 i w piątki w godz. 7.30 - 14.30. Termin ewentualnie planowanej wizyty w tutejszym wydziale należy uzgodnić telefonicznie pod ww. numerem. Po tym terminie sprawa zostanie rozpoznana w oparciu o dowody i materiały pozostające w dyspozycji Urzędu. Doręczenie niniejszego obwieszczenia uważa się za dokonane po upływie 14 dni od dnia jego ogłoszenia. Data publikacji obwieszczenia stanowi datę ogłoszenia. 4 • WYDARZENIA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Rozebrali nawierzchnię drogi, i teraz lampy oświetlają las Grzegorz Hilarecki Region W tej sprawie absurd goni absurd. Najpierw gmina Słupsk zabrała płyty z drogi łączącej dwie ulice na granicy ze Słupskiem, a teraz płaci za jej oświetlenie. Chociaż łącznik prowadzi przez las, a miasto postawiło słupki, żeby uniemożliwić tam ruch aut. Chodzi o łącznik między ulicami Gdyńską w Słupsku oraz Inwestycyjną, która była ulicą w gminie Słupsk, a po powiększeniu miasta od l stycznia leży w granicach Słupska. Przypomnijmy, gmina Słupsk zabrała betonowe płyty z kilkuset metrów jezdni w grudniu, bo miasto nie chciało zapłacić za drogę zbudowaną przez gminny samorząd. Z kolei władze Słupska, powołując się na zdanie mieszkańców, nie chciały tam samochodów, a tylko trakt pie-szo-rowerowy. - Płyty były nam potrzebne w innym miejscu. Po zastawieniu przez miasto słupkami wjazdu na naszą drogę, bo na naszej działce, ten łącznik nie miał sensu - tłumaczy Barbara Dykier, wójt Gminy Słupsk. A lampy? - Pozostały, tak jak i podbudowa drogi. Wiem, że nadal oświetlenie działa, ale mam nadzieję, że miasto podejmie decyzję o jego odłączeniu - dodaje wójt. W czym problem? Oświetlenie jest tak zrobione, że fizycznie nie da się wyłączyć sześciu lamp, które gmina postawiła na łączniku ulicy Inwestycyjnej z ulicą Gdyńską w Słupsku. Gdy od l stycznia 2023 roku ta pierwsza znalazła się w całości w granicach miasta, jest nadal oświetlana. Z łącznikiem jest ten kłopot, że, będąc w obrębie powiększonego miasta, leży jednak na działce, której właścicielem jest gmina Słupsk. I to ona, jak każdy inny właściciel terenu, musi zapłacić rachunek za prąd zasilający lampy. Sekretarz Słupska Łukasz Kobus zaznacza, że to właściciel działki musi ponieść wszystkie koszty związane z ewentualnymi zmianami, tak by dało się owe lampy odłączyć od zasilania. Obecnie więc oświetlają one las. Może to i dobrze? Okazało się bowiem - to już Oświetlenie jest tak zrobione, że nie da się wyłączyć sześciu lamp, które gmina postawiła na łączniku ul. Inwestycyjnej z ul. Gdyńską trzeci absurd w tej sprawie -że połączeniem od ulicy Gdyńskiej do ul. Inwestycyjnej nadal jeżdżą samochody. Kierowcy omijają lasem słupki postawione przez miasto. Świadczą o tym ślady opon widoczne po zwinięciu płyt betonowych przez gminę. Dodajmy, że gminni urzędnicy nie wystąpili o pozwolenie na rozbiórkę płyt. Słupski samorząd zgłosił więc sprawę na policję. Ta prowadzi sprawę pod kątem samowoli budowlanej. Gminie grozi kara finansowa. ©® Choć droga nie ma już utwardzonej nawierzchni, to nadal jeżdżą po niej samochody. Natomiast sześciu lamp nie da się wyłączyć Bloki komunalne przy ulicy Płowieckiej. Będą windy i instalacje fotowoltaiczne Andrzej Gurba Region Trwa budowa trzech nowych budynków komunalnych. Przy ul. Długiej i Płowieckiej powstanie w sumie 57 mieszkań. Inwestycja kosztuje blisko 20 min zł. Pierwsi lokatorzy wprowadzą się za kilka miesięcy. Nowe mieszkania powstają w ramach programu rewitalizacji tej części Słupska. Dla miasta realizuje ją ATP Budownictwo. Przy ulicy Długiej i Płowieckiej, naprzeciwko bloku STBS, powstanie w sumie 57 mieszkań. Koszt inwestycji to ponad 19,5 miliona złotych, ale tylko część z tej kwoty pokrywa budżet samorządu. Zdecydowana większość to bezzwrotne wsparcie pochodzące z rządowego funduszu dopłat. Budżet Budowa nowych bloków komunalnych przy ul. Płowieckiej i Długiej ma się zakończyć się w tym roku państwa wsparł tę inwestycję się windy. Zgodnie z założe-kwotą 15,4 min zł. niami wszystkie kondygnacje W bloku, na rogu ulic Dłu- będą też dostępne dla osób po- giej i Płowieckiej, znaj dzie się ruszających się na wózkach. Jak 14 mieszkań, a w sąsiednim bu- zapewnia słupski ratusz, bloki dynku B już 22 lokale komu- wyposażone zostaną w instala- nalne. Z kolei budynek C to 21 cję solarną wspomagającą in-mieszkań. W każdym znajdą stalację ciepłej wody z pane- lami solarnymi zamontowanymi na dachach. Na wewnętrznym parkingu zaprojektowano miejsca postojowe również dla użytkowników o ograniczonej sprawności ruchowej. Chodniki i jezdnie zostaną oświetlone lampami LED-owymi. Będzie też wiata dla rowerów, plac zabaw i nasa- 1 dzenia. 3 Urząd miasta podkreśla, że < lokale mieszkalne zostaną 3 w części przeznaczone do reali- 2 zacji programów w zakresie polityk społecznych i przydzielone m.in. dla takich grup, jak rodziny prowadzące rodzinny dom dziecka, osoby opuszczające pieczę zastępczą, rodziny, w skład których wchodzą osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności, niemo-gące samodzielnie funkcjonować, seniorzy. ©® Po projekcie podwyżki za wodę, teraz jest projekt podwyżki za odbiór śmieci Andrzej Gurba Region Wszystko wskazuje na to, że w Gminie Miastko wzrośnie miesięczna opłata od osoby za odbiór śmieci Projekt uchwały przygotowany przez burmistrza wpłynął właśnie do radnych. Nowe stawki mają obowiązywać od marca. Teraz projektem zajmą się komisje rady. Glosowanie na sesji 27 stycznia. | Dotychczasowa śmieciowa | opłata obowiązuje w gminie ° Miastko od stycznia 2021 r. To g 28 zł od osoby przy segregacji > odpadów. 2 zł można odliczyć, * jeśli ktoś sam kompostuje bio-2 odpady. Tak samo jest przy nowej proponowanej stawce -wtedy wyniesie ona 35 zł. Odbiorem i transportem odpadów zajmuje się gminna spółka Zakład Wodociągów i Kanalizacji w Miastku. Nowe proponowane stawki uwzględ-niają koszty, jakie wyliczyła spółka na 2023 r. Umowa (gmina płaci ZWiK) była negocjowana z miasteckim ratuszem. Jakie jest uzasadnienie dla wzrostu opłat? Zakład Wodociągów i Kanalizacji, a za nim burmistrz Miastka podają m.in. wzrost cen energii, paliw, kosztów pracy (płace), inflację. Nowe stawki mają pokryć rzeczywiste koszty. Spółka wyliczyła swoje roczne koszty w gospodarce za wywóz śmieci to 41,24 zł śmieciowej na 5 min 650 tys. zł. W gminie Miastko za odpady płaci około 13 800 osób, w systemie nie ma kilku tysięcy osób. Tylko część z nich rzeczywiście nie przebywa czasowo w gminie Miastko. Gminie, mimo wiele prób, nie udaje się uszczelnić systemu opłat zaśmieci. Maksymalna dopuszczalna przepisami stawka miesięcznych opłat za osobę wynosi obecnie 41,24 zł. Jak wyglądają opłaty śmieciowe w pozostałych gminach w powiecie bytowsłdm? Stawki za osobę są w przedziale od 23 zł (Studzienice) do 38 zł (Borzy-tuchom). W Bytowie opłaty śmieciowe zależą od zużycia metra sześciennego wody. Stawka wynosi 10,5 zł za metr zużytej wody w gospodarstwie domowym. ©® Wyrazy głębokiego współczucia Pani Roksanie Rzechtalskiej z powodu śmierci Mamy składają Prezes, Wiceprezes, Dyrektor, Sędziowie i pracownicy Sądu Okręgowego w Słupsku __________________________ r „ Człowiek odchodzi, pamięć pozostaje... ’’ Wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie z powodu śmierci Marka Blumczyńskiego składają Zarząd i Pracownicy Grupy kapitałowej JANTAR Sp. z 0.0. w Słupsku FOT. ANDRZEJ GURBA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 MOZĘ NASZE MORZE • 5 Dziwna podwodna eskapada Krzysztof Wójcik/PAP Gdańsk Trzej mężczyźni, których ratownicy Służby SAR podjęli w poniedziałek w nocy na Martwej Wiśle, opuścili Polskę. Policja wyklucza motyw szpiegowski i dywersyjny. Polska policja i odpowiednie służby wykonały wszystkie możliwe czynności, które całkowicie wykluczyły motyw szpiegowski czy dywersyjny - przekazał PAP podkom. Michał Gaweł z policji. Również według byłego płetwonurka Formozy hiszpańsłdch nurków nie należy wiązać z akcją dywersyjną, a raczej z nieudaną próbą przemytu. Premier Mateusz Mora-wiecki zlecił służbom specjalnym sporządzenie gruntownego raportu w sprawie trzech nurków z Hiszpanii, których uratowali gdańscy ratownicy. - Zleciłem bardzo gruntowny raport tej sprawy - powiedział szef rządu. - Oczywiście może to być tak, że są to osoby niebezpieczne. Może się okazać, że nie są to osoby niebezpieczne, że jest to prawda to, co zadeklarowali. Ale oczywiście taki raport przedstawi wiedzę po stronie naszych służb specjalnych -podkreślił. Morawiecki zapewnił też, że ochrona infrastruktury strategicznej jest dla rządu bardzo ważna. - Wzmocniliśmy ochronę naszej infrastruktury strategicznej, na przykład gazo-portu w Świnoujściu, gazociągu Baltic Pipę - wyjaśnił. - Jest rzeczą oczywistą w dobie wojny na Ukrainie, kiedy ryzyka sabotażu ze strony Rosji wzrosły niepomiernie, trzeba było wzmocnić nadzór nad infrastrukturą krytyczną. Dokonujemy też przeglądu tego nadzom i mam nadzieję, że będzie on skuteczny - dodał premier. W nocy z soboty na niedzielę (14/15.01) w rejonie Górek Zachodnich ratownicy Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa SAR uratowali trzech nurków z Hiszpanii. Ich motorówka miała awarię i nurkowie nie mogli wrócić na brzeg. Część mediów w tej sprawie informowała, że nurkowie z Hiszpanii byli niedaleko Naf-toportu, w którym przeładowuje się m.in. ropę naftową w Porcie Gdańsk. Obcokrajowy mieli tłumaczyć, że w tym rejonie szukali pod wodą bursztynów. Portal trojmiasto.pl napisał, że Hiszpanie kupili niezare-jestrowaną łódkę przez Internet od mężczyzny z Iławy, który od kilku miesięcy próbował ją sprzedać za pośrednictwem różnych portali ogłoszeniowych. Wystawiał ją w różnych Tak wygląda szybka łódź motorowa, którą poruszali się trzej Hiszpanie Premier: Zleciłem służbom bardzo gruntowny raport ws. trzech nurków z Hiszpanii cenach: od 7,5 do 8 tys. złotych. niki Nurkowej w Gdyni. Media motyw szpiegowski czy dywer- Kupca znalazł w ubiegłą so- Nie należy wykluczyć, podały też, że nurków już nie syjny”. - Motyw ten niesłusznie botę. Okazał się nim obywatel że „cisza" wokół tej ma w Polsce. jest wskazywany przez niektó- Hiszpanii, który przyjechał soraWY oznaczać może Komenda Główna Policji rych ekspertów w mediach, do Iławy w sobotę ok. godz. 14. t • przekazała, że „policja i odpo- a którzy to eksperci nie mają Nurkowie korzystali także ze RiZSjęcie №| sprawy wiednie służby wykonały przecież dostępu do dokumen- sprzętu do nurkowania, który przez polskie Służby wszystkie możliwe czynności, tacji źródłowej, jak i nie posia- wypożyczyli z Centrum Tech- specjalne. które całkowicie wykluczyły dają informacji, jakie czynności były wykonywane - podkreślił podkom. Michał Gaweł z KGP i dodał: - Ze względu na ograniczenia wynikające z ustawy 0 dostępie do informacji publicznej więcej informacji przekazywać nie możemy. Były żołnierz-płetwonurek Formozy również raczej wykluczył akcję ze strony dywersan-tów w Naftoporcie. - Według mnie za dużo zostawiali za sobą śladów. Strefo Schengen stwarza możliwość przewiezienia profesjonalnego sprzętu przez granicę. Wystarczy zachowywać się zgodnie z przepisami, by nie zostać zatrzymanym do przypadkowej kontroli przez poliq'ę. Byliśmy szkoleni do zadań dywersyjnych i wiem, że obecnie profesjonalny sprzęt jest doskonałej jakości i nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Przewiezienie tego typu aparatury przez granicę nie powinno stanowić większego problemu. Profesjonaliści nie pozostawiliby po sobie tylu śladów, jak zakup motorówki, czy wypożyczenie sprzętu do nurkowania - opowiada były żołnierz Formozy. Wykluczaną przez policję dywersję za mało prawdopodobną uznaje również płetwonurek, który współpracuje z Formozą 1 służbami specjalnymi innych państw NATO. Wskazuje, że gdyby profesjonaliści chcieli nurkować w rejonie portu, na pewno zrobiliby to niepostrzeżenie. - Ale dziwię się, że służby po uratowaniu tych nurków ich nie zatrzymały, a jedynie skupiły się na wylegitymowaniu. Nurkowie dopiero po jakimś czasie od awarii motorówki próbowali skontaktować się z ratownikami. Nawet nie wiemy, gdzie dokładnie doszło do awarii jednostki, która przez kilka mil była niesiona przez prąd morski. Teoretycznie służby powinny zabezpieczyć akwen na powierzchni kilku mil, bo mogło dojść do wyrzucenia podjętych pakunków np. z narkotykami do morza. Wszystko wskazuje na nieudany przemyt narkotyków-dodał. Płetwonurek (proszący o zachowanie anonimowości) powiedział też, że kilkukrotnie spotkał się propozycjami odprowadzenia jednostki z narkotykami z portów w Europie Zachodniej do Polski, bądź podjęcia „podejrzanego” ładunku już na morzu. Rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk powiedziała, że prokuratura nie otrzymała żadnego zawiadomienia w sprawie akcji ratowniczej na morzu w okolicach Górek Zachodnich oraz nie prowadzi w tej sprawie żadnego postępowania. 6 • ROZMOWA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Rosjanie patrzą na Polskę z góry Dr Madras: Gdyby nie twarda antyhitlerowska i honorowa postawa Polski w 1939 r., to pan Miedwiediew dziś mógłby najwyżej paść krowy u niemieckiego bauera Adam Jakuć - Zawsze ze strony Rosji była tępa, prymitywna chęć dominacji, sprowadzenia nas, Polaków, do roli jakiejś małej grupy etnicznej w ramach wielkiego imperium - mówi dr Tomasz Madras, politolog, wicewojewoda podlaski Rosja ciągle zarzuca, że jesteśmy niewdzięczni za to, że nas wyzwoliła spod okupacji niemieckiej. Powinniśmy być wdzięczni? Im dalej od Europy, im dalej od Polski, tym chyba łatwiej znaleźć naiwnych, którzy będą w to wierzyć. Mieliśmy przykład niedawnych wypowiedzi byłego wieloletniego premiera Malezji Mahathira Mohamada w tym temacie, który był zdziwiony, że Polacy nie są wdzięczni Rosji za niepodległość... Tymczasem przecież prawda o n wojnie światowej jest zupełnie inna. Stalin z Hitlerem wspólnie rozpętali n wojnę światową. Stalin był najwierniejszym sojusznikiem Hitlera, wszyscy sojusznicy m Rzeszy w końcu zdradzali. Stalin nigdy nie zdradził Hitlera, nawet gdy już ostrzegano go przed nadchodzącą agresją niemiecką w 1941 roku. Potem Związek Sowiecki realizował tylko swoje wcześniej założone cele terytorialne i polityczne. Tymczasem to Rosjanie powinni być wdzięczni Polsce. Za co? Przecież Hitler w 1939 roku i wcześniej liczył na to, że Polska przyłączy się do niego w jego planie podboju co najmniej Europy. Gdyby Polska uległa, tak jak kilka innych krajów z Europy Środkowej, to Hitler atakowałby Rosję wcześniej, silniejszy i z pozycji o kilkaset kilometrów dalej na wschód. Doszedłbypewnie nie pod Moskwę, ale do Uralu i z Rosji nie byłoby co zbierać. Oczywiście, nie wiemy dokładnie, jakby to wyglądało, ale bardzo możliwe, że gdyby nie twarda antyhitlerowska i honorowa postawa Polski, to pan Miedwiediew, były prezydent Rosji, który zarzuca Polsce różne rzeczy, dziś mógłby najwyżej paść krowy u niemieckiego bauera, a nie być bardzo bogatym człowiekiemibyłym prezydentem dużego kraju. Wypadałoby, żeby Rosjanie potrafili wyrazić wdzięczność Polsce za naszą postawę u progu II wojny światowej, ale, jak widać, jeszcze do tego daleko. Czy my, Polacy, jesteśmy ruso-fobami, jak twierdzą rosyjscy politycy? Rosjanie przyzwyczaili się patrzeć na Polskę z góry, jako na kraj, który często jest uzależniony od sąsiadów i ulega im. Dlatego sami sobie wmawiają, że polscy politycy są niedojrzali i zarzucają nam nawet nie tyle, jak na przykład Amerykanom czy Brytyjczykom, jakieś diaboliczne, złe intencje, tylko właśnie msofobię, jakąś manię prześladowczą, jakieś instynkty antyrosyjslde. To jest taka próba wytłumaczenia czegoś samemu sobie, czy okłamywania samego siebie. Swoją drogą, historia XIX wieku pokazuje, że nawet w czasach najtrudniejszych do dobrych relacji, w czasie zaborów, Rosjanie zawsze mogliby znaleźć ugo-dowców, chcących podjąć współpracę z Moskwą. Dzisiaj na taką postawę ugodową patrzymy bardzo krytycznie. Ale jak wspomnimy takie postaci, jak Czartoryski czy Wielopolski, to przecież nawet oni też ostatecznie nie zobaczyli wyciągniętej ręki ze strony Rosji. Zawsze ze strony Rosji była tępa, prymitywna chęć dominacji, sprowadzenia nas, Polaków, do roli jakiejś małej grupy etnicznej w ramach wielkiego imperium. Król Staś naiwnie wierzył, że uchroni Polskę dzięki mecenatowi carycy Katarzyny... Od końca wojny północnej w XVIII wieku Polska była od Rosji uzależniona. Patrząc z perspektywy XXI wieku dobrze by było, żeby rosyjska klasa polityczna wyrosła już z tego spojrzenia na Polskę jako kraj, który może być w jakimkolwiek sensie częścią ich imperium. To nie tylko niemoralne - co dla nich akurat nie, jest argumentem - ale, przede wszystkim, anachroniczne. Skąd się bierze to, że Rosja nie chce nas traktować po partner-sku? Po części wynika to być może z tego, że Rosja kiedyś wykorzystała osłabienie Rzeczpospolitej polsko-litewskiej. Właśnie cały czas gdzieś tam u rosyjskich polityków pojawia się takie anachroniczne myślenie. Natomiast, z drugiej strony, wynika to z ich wyobrażenia, czym jest ich własny kraj -przyzwyczajenie do tego, że Rosja nie jest normalnym krajem, tylko imperium, państwem, któremu wolno więcej, które ma prawo narzucać swoją wolę wszystkim swoim sąsiadom dookoła. Czy to jest jakiś objawgenu mongolskiego czy jakaś obawa przed demokracją? Księstwo moskiewskie, potem Rosja, to faktycznie kontynuacja pewnej części imperium mongolskiego. Jeżeli sięgniemy do odległej średniowiecznej historii, to władza Moskwy nad większością daw- Wypadałoby, żeby Rosjanie potrafili wyrazić wdzięczność Polsce za naszą postawę u progu II Wojny Światowej nych ziem ruskich wzięła się po prostu stąd, że książęta włodzimierscy, potem moskiewscy, uzyskali od chanów mongolskich prawo do zwierzchnictwa nad ziemiami ruskimi w ich imieniu. Styl rządów zaczerpnięty od następców Czyngis-Chana, polegający na brutalnej sile, poniżeniu pokonanych i eksploatacji podbitej ludności, pozostał na Rusi na długo, pomimo zrzucenia jarzma tatarskiego w XV wieku. Kolejne etapy rozwoju państwa ze stolicą w Moskwie zawsze wiązały się z jakąś formą despotycznej władzy ukierunkowanej na eksploata-q'ę posiadanej ludności, a nie na służeniu dobru wspólnemu. Motyw mongolskości lub azja-tyckości Rosji powraca zresztą w literaturze rosyjskiej. Np. z fascynacją o „panmongo-lizmie” pisał w XIX wieku Władimir Sołowiow, a już w XX wieku Sergiusz Jesienin nazy-. wał Rosję „azjatycką moją ojczyzną”. Za każdym razem zaborcy, w tym Rosja gwarantowała nam, że po każdym zaborze granice są ustalone i za każdym razem te ustalenia były przez Rosję gwałcone. Podobnie dziś Pu on postępuje z Ukrainą. Czy Rosja jest zdolna do poszanowania granic państwowych? Władimir Putin zażartował kiedyś, że granice Rosji nigdzie się nie kończą. W praktyce Rosja nie uznaje ani granic geograficznych, ani granic historycznych, ani granic etnicznych. Jakbyśmy spojrzeli na to, jakie granice miał Związek Sowiecki, a wcześniej carskie imperium, to przecież ono nie miało żadnych problemów z sięganiem po ziemie całkowicie obce etnicznie, od Kaukazu czy Syberii po państwa bałtyckie. Słynny rosyjski poeta-roman-tyk z XIX wieku, Fiodor Tiut-czew, marzył o carstwie „od Wołgi po Eufratu brzeg, Gangesu i Dunaju”. Ten sam Tiut-czew pisał w innym utworze z zachwytem, że „umysłem Rosji nie zrozumiesz, i zwykłą miarą jej nie zmierzysz”. Zupełnie, jakby przejściowa epoka militarnych sukcesów odjęła rozum całemu narodowi, albo przynajmniej jego elitom. W takiej prostej poli-| tycznej praktyce przekładało S się to na dążenie do dominacji ^ nie na konkretnym obszarze, s ale wszędzie tam, gdzie noga ¡3 rosyjskiego czy sowieckiego § żołnierza jest w stanie stanąć. ® To jest jedyne ograniczenie ro-2 syjskich apetytów. Nie geografia, nie zasięg występowania kultury, języka, narodowości rosyjskiej, tylko zasięg możliwości militarnych jest jedynym ograniczeniem rosyjskich apetytów. Wszędzie tam, gdzie Rosja będzie mogła być obecna militarnie, tam będzie dowodziła, że ma prawo wprowadzać swoją dominację. Władze Moskwy cały czas podkreślają, że Ukraińcy są jednym narodem z Rosjanami, a Ukraina to część Rosji... To jest największe kłamstwo tej wojny. Zresztą jej przebieg pokazuje, że już nigdy Ukrainiec nie będzie Rosjaninem. Rosyjska klasa polityczna stosuje podwójne standardy, ponieważ chętnie narzuca innym państwom często zmyślone granice etniczne, zmusza je do rezygnacji ze swoich praw, albo swoich terytoriów, pod różnymi pretekstami. Na przykład używanie języka rosyjskiego przez część mieszkańców Ukrainy miało być argumentem za tym, że Ukraina powinna być podporządkowana Rosji lub przynajmniej oddać znaczną część swojego terytorium. Tymczasem bardzo liczne narody, niesłowiańskie czy nierosyjsłde, żyjące w Federacji Rosyjskiej, według tej logiki powinny podporządkować się Moskwie, podporządkować się Rosjanom i być częścią państwa rosyjskiego. To są podwójne standardy, właśnie wynikające z imperialnego stosunku do reszty świata i założenia, że Rosja ma szczególne prawo do narzucania swojej woli wszystkim sąsiadom. Ukraina przecież historycznie, podobnie zresztą jak inne państwa w Europie Środkowej, wywodzi się z tej wielkiej strefy, którą stworzyła Rzeczpospolita polsko-litewska, gdzie mamy narody Polaków, Ukraińców, Białorusinów, także Litwinów i Łotyszy, którzy nigdy nie będą rosyjskie. Zawsze pozostaje w naszych narodach taki gen szacunku dla ludzkiej godności oraz wolności. Jest to, jak do tej pory, obce temu myśleniu rosyjskiemu. Rosjanie odebrali Ukrainie Krym jak swoją własność. Jak to jest z tym Krymem? Rosjanie rzeczywiście podnoszą, że Krym w czasach Związku Sowieckiego został podarowany Ukrainie przez Rosję. Tymczasem Krym jest tylko przykładem terytorium historycznie absolutnie niero-syjskiego, zwyczajnie podbitego w wyniku presji militarnej, ponieważ wcześniej tam było państwo tatarskie, będące częścią imperium osmańskiego. To była przestrzeń całkowicie nierosyjska, nawet niesłowiańska, zajęta w czasach Katarzyny O, czyli dokładnie w tym samym czasie, kiedy Rosjanie podbijali znaczną część Rzeczpospolitej. Do czego by to doprowadziło, gdybyśmy mieli uznawać podboje z XVIII w. za podstawę współczesnych granic? To oczywiście absurd. Czyjest szansa, żeby Rosja została normalnym państwem, które szanuje prawo innych narodów do samostanowienia? Dla samej Rosji pewnie dobrze by było, a tym bardziej dla pokoju w Europie i na świecie, żeby kiedyś w przyszłości stała się takim krajem, który szanuje granice swoich sąsiadów, szanuje prawo sąsiednich państw do prowadzenia własnej polityki rozwoju i chciała - jak najbardziej - handlować, ale na uczciwych warunkach. Żeby to osiągnąć, potrzebna jest w Rosji klasa polityczna, która chciałaby zobaczyć w Rosji normalny kraj, a nie imperium, które narzuca swoją wolę wszystkim dookoła. Jak na razie do tego niestety bardzo daleko. Z punktu widzenia Polski, chcemy żyć w zgodzie i współpracy ze wszystkimi sąsiadami. Niestety, na razie ze strony Rosji mamy agresję i próbę militarnego podboju, a wcześniej gospodarczego uzależnienia swoich sąsiadów. Żeby móc nazwać Rosję normalnym krajem, trzeba, żeby dojrzała ona do traktowania Polski, Ukrainy czy Białorusi jako suwerennych krajów, które nie są częścią jej strefy wpływów. REKLAMA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 ARTYKUŁ REKLAMOWY • 0610697868 TARCZA PROZDROWOTNA URUCHOMIONO AKCJĘ, WSPIERAJĄCĄ OSOBY POWYŻEJ 35 R.Ż. Regulamin - rglmnprmcjpk.com ZGŁOŚ SIĘ, ZANIM UBIEGNĄ CIĘ INNI. SKORZYSTASZ Z JEDNORAZOWEJ OFERTY, JEŚLI: I I Urodziłeś/aś się przed rokiem 1987 I | Mieszkasz na terenie Polski co najmniej od 3 miesięcy I I Cierpisz z powodu reumatyzmu, artretyzmu, bólu stawów lub mięśni -dolegliwości ostre lub przewlekle minimum od 6 tygodni I I Zauważasz u siebie pogorszenie sprawności ruchowej I I Częściej niż raz w miesiącu skarżysz się na ból i sztywność pleców / karku / kończyn WSZYSTKIE SZCZEGÓŁY PONIŻEJ sU Inflacja nieustannie drenuje portfele Polaków i choć wiele osób zmuszonych jest zmniejszać codzienne wydatki to jest coś, na czym oszczędzać nie można. To zdrowie. Nie ma nic cenniejszego, niż zdrowie Twoje i Twoich bliskich, a przecież koszty lekarstw, zabiegów i całej opieki medycznej również wzrosły. Właśnie dlatego producent preparatu uruchomił „Tarczę Prozdrowotną 1000+”, w której rozdanych zostanie - całkowicie za darmo - 1000 opakowań formuły anty-zwyrodnieniowej wzmacniającej stawy, kości i mięśnie, łagodzącej zwyrodnienia, artrozę i reumatyzm By odebrać innowacyjny preparat przeciw zwyrodnieniom stawów za 0 zł, zadzwoń pod numer 12 34515 73 i powołaj się na ten komunikat. oraz zwiększającej produkcję naturalnej mazi stawowej. To preparat, który pomaga stanąć na nogi osobom cierpiącym z powodu zwyrodnień stawów, hamować degradację chrząstki stawowej, usunąć nieprzyjemną sztywność i trzeszczenie kolan oraz zmniejszyć ból pleców i karku już od 1. dnia. Innowacyjny środek od dziś jest dostępny do użytku prywatnego. Co oznacza, że Ty również możesz zdobyć go bez żadnych problemów. Nie zwlekaj! Taka szansa może się nie powtórzyć. Zgłoś się po swój bezpłatny preparat niezwłocznie, jeśli chcesz zyskać szansę na zmniejszenie: rwania w korzonkach, nawracającego bólu kręgosłupa, bioder, barków, kolan, ataków rwy kulszowej, sztywności i przykurczów mięśni, obrzęków kończyn, strzykania w kolanach czy nadgarstkach oraz wszystkich dolegliwości na tle reumatycznym. Stosując pionierską formułę anty-zwyrodnieniową zwiększysz ruchomość w stawach, odzyskasz możliwość płynnego zginania kolan, zmniejszysz procesy zwyrodnieniowe, a także przyspieszysz regenerację po urazach, kontuzjach, zwichnięciach, czy złamaniach. STOP zwyrodnieniom stawów i ograniczeniom ruchowym MOŻESZ POPRAWIĆ PRACĘ KOLAN I KRĘGOSŁUPA i wrócić do aktywnego życia - dzięki tarczy prozdrowotnej 1000+ nie wydasz ani złotówki Warto mieć świadomość, że do chrząstek stawowych budujących cały Twój szkielet nie docierają ani naczy-. nia krwionośne, ani limfatyczne. Substancje odżywcze są do niej transportowane wyłącznie z mazią stawową, a jej produkcja już po 34. roku życia zmniejsza się o ponad 30%. Właśnie dlatego z wiekiem kolana zaczynają trzeszczeć i „przeskakiwać”, w kręgosłupie pojawia się nieprzyjemne strzykanie, nadgarstki i palce częściej puchną i ulegają deformacjom, pojawia się poranny ból startowy, czy sztywność stawów. Nie lekceważ więc żadnych, nawet wczesnych objawów zwyrodnień, ani pozornie niegroźnego bólu korzonków na „zmianę pogody”. To wszystko świadczy o coraz mocniejszym ścieraniu się chrząstek stawowych, które bez odpowiedniej ilości płynu stawowego zaczynają dosłownie o siebie trzeć. Regularnie stosując nowatorską formułę anty-zwyrodnieniową, którą masz teraz szansę odebrać całkowicie za darmo, zwiększysz produkcję naturalnej mazi stawowej, co przełoży się na większy poślizg pomiędzy stawami, płynne i bezbolesne ruchy, bezproblemowe zginanie kolan i łokci oraz regenerację uszkodzonych stawów, chrząstek i więzadeł. Zacznij już dziś, bo zwyrodnienia stawów nigdy nie cofną się samoistnie. A ich skutkiem może być nawet całkowite unieruchomienie! Dzwoń po bezpłatny preparat: 12 34515 73 0 zakwalifikowaniu się decyduje kolejność zgłoszeń, dlatego nie warto zwlekać. Potwierdzenie udziału odbywa się w trakcie jednej rozmowy telefonicznej, która nie potrwa dłużej niż 6 minut. Swoją datę urodzenia 1 miejsce zamieszkania potwierdzisz ustnie, a darmowy preparat zostanie wysłany na Twój adres bez żadnych dodatkowych opłat. Zadbaj o doskonałą sprawność fizyczną w każdym wieku - wesprzyj swoje stawy bezpłatnie dzięki niepowtarzalnej akcji refundacyjnej producenta. Tarcza prozdrowotna 1000+ jest jednorazowa. Z oferty można skorzystać do 03.02.2023 r. Dzwoń już teraz pod numer: 12 345 15 73 UWAGA! Obowiązuje limit: 1 opakowanie produktu na jedno gospodarstwo domowe. 8 Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 POLSKA i Świat LOS ANGELES Dziewięć osób zostało zabitych w strzelaninie w mieście Monte-rey Park na wschód od Los Angeles w USA - podały w niedzielę lokalne władze. Miejscowe media informują, że do strzelaniny doszło po godzinie 22 czasu lokalnego w sobotę (7.00 czasu polskiego w niedzielę) w pobliżu miejsca obchodów chińskiego Nowego Roku, które odbyły się w Monterey Park. 99 Wybór nie był łatwy, ale wierzę, że z nowym trenerem przeżyjemy wiele pięknych chwil Cezary Kulesza, prezes PZPN, o wyborze nowego selekcjonera reprezentacji Polski KRÓTKO Polska liderem koalicji na rzecz czołgów dla Ukrainy WARSZAWA Nie wypychać seniorów na margines PiS, idąc do wyborów w 2015 r., podjęło zobowiązanie budowy Polski solidarnej i konsekwentnie realizujemy politykę solidarności społecznej - podkre-śliłpremier Mateusz Mora-wiedd. 1/5 z nas ma 65 lat lub więcej. Czy można ignorować interesy 7,5 min Polaków? Państwo nie jest własnością jednego pokolenia - dodał. - Mój dziadek zwykł mawiać, że aby się dobrze działo, potrzebne są młode ręce i starsze głowy. Dlatego nie wolno WARSZAWA nam dopuszczać do wykluczenia i wypychania starszych ludzi na margines. Polityka se-nioralna to nie kwestia populizmu, co sugeruje wielu tzw. postępowców. Nie ma też nic wspólnego z kultem siwej głowy. Chodzi o to, że państwo nie jest własnością jednego pokolenia. Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli - tych, którzy nam ją podarowali, oraz tych, którym prze-każemyją dalej - podsumował szef rządu. Opr. Mateusz Zbroja Hołownia o listach wyborczych Szymon Hołownia został w sobotę wybrany przewodniczącym partii Polska 2050 podczas pierwszego zjazdu tego ugrupowania. Powiedział, że opozycja winna rozważać wszystkie opcje - od jednej listy do samodzielnych startów - a decyzja powinna zapaść po dokładnym policzeniu wszystkich wariantów. PAP NAUKA Oprać. Anna Piotrowska Warszawa/Ramstein Po fiasku spotkania wRam-stein w sprawie przekazania czołgów Ukrainie premier Mateusz Morawiedd zapowiada budowę mniejszej koalicji państw na rzecz tych dostaw. Piątkowe spotkanie w Ram-stein w sprawie wsparcia dla Ukrainy nie przyniosło przełamania impasu w sprawie dostaw czołgów dla broniącego się kraju. Władze Niemiec nie zgodziły się na przekazanie czołgów Leopard, o co od tygodni zabiega Polska i wiele innych krajów europejskich. Polska liderem koalicji państw Wobec tego Polska zyskuje w oczach wielu obserwatorów status lidera koalicji na rzecz dostaw zachodnich czołgów Ukrainie. Taką rolę zresztą potwierdził szef polskiego rządu w rozmowie z Polską Agencją Prasową. - Staram się ważyć słowa, ale powiem to dosadnie. Ukraina i Europa wygrają tę wojnę -z Niemcami czy bez Niemiec. Jednak to od Niemiec zależy, czy chcą dołączyć do misji zatrzymania barbarzyństwa Rosji, czy będą patrzeć na nie biernie, skazując się na zapisanie po niewłaściwej stronie historii - oświadczył premier Mateusz Mora-wiedd. Cały czas trwają próby przekonania kanclerza Niemiec, by wydał zgodę na przekazanie czołgów Leopard W wywiadzie padło również pytanie o plan Polski na wypadek odmowy Berlina ws. czołgów Leopard. Wcześniej polskie władze zadeklarowały przekazanie 14 czołgów Leopard, które znajdują się w posiadaniu polskich sił zbrojnych. W przyszłości czołgi te miałyby zostać zastąpione przez amerykańskie maszyny Abrams. Będziemy budować „mniejszą koalicję” państw gotowych przekazać część swojego nowoczesnego sprzętu, nowoczesnych czołgów dla walczącej Ukrainy - poinformował Mora-wiecki. Jak podkreślił, Polska nie będziebiemie patrzeć, jak Ukraina się wykrwawia. - Naród ukraiński bije się o naszą wolność. Wysłanie Le-opardów na Ukrainę to kwestia polskiej i europejskiej racji stanu. Nie pozwolimy, żeby Rosja zdobyła Kijów, a potem podpaliła całą Europę. Decyzja 0 wsparciu wojska ukraińskiego ma uzasadnienie i polityczne, 1 moralne - kontynuował. Szef rządu wyraził nadzieję, że Niemcy zrozumieją to prędzej niż później. - Natomiast każde państwo, które już to rozumie, z pewnością pójdzie w ślady Polski. Dziękuję z tego miejsca wszystkim przyjaciołom w Europie za wsparcie Ukrainie, razem jesteśmy silniejsi! - podsumował. Jak wynika z doniesień z konferencji w Ramstein, tylko Niemcy sprzeciwiły się dostawie Leopardów na Ukrainę. Wywołało to falę krytyki europejskich komentatorów. Nawet Guy Verhofstadt, znany z krytyki polskich władz, napisał na Twitte-rze, że teraz Polska musi przejąć rolę lidera. - Jeśli kanclerz Niemiec nie jest w stanie podjąć właściwych decyzji, Polskamusi teraz stanąć na czele koalicji chętnych do wysłania czołgów ciężkich, których potrzebuje Ukraina! - napisał Verhofstadt. Szkolenia ukraińskich żołnierzy Nowo mianowany szefbiura polityki międzynarodowej prezydenta RP Marcin Przydacz przypomniał, że wkrótce w Polsce mają się rozpocząć szkolenia ukraińskich wojskowych w obsłudze czołgów Leopard. Zapowiedź takich szkoleń ogłosił kilka dni temu minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak. Szef MON zapowiedział również przeszkolenie ukraińskich wojskowych w sile jednej brygady i wyposażenie ich w czołgi T72. Prezydent Ukrainy Wołody-myr Żeleński powiedział, że nie ma alternatywy dla dostawy nowoczesnych czołgów dla jego kraju. Bosacki dla PAP: nie chcemy odrzucenia ustawy o Sądzie Najwyższym. Poprawimy ją, by uzyskać pieniądze z KPO Będą leczyć obniżoną odporność Defekt genetyczny powodujący zwiększoną podatność na choroby zakaźne, w tym śmiercionośne grzybicze zapalenie płuc, odkryli naukowcy z Centrum Medycznego Uniwersytetu Vanderbilta w Nashville w stanie Tennessee (USA). Odkrycie to pomoże w identyfikacji osób o genetycznie obniżonej odporności. Do tej pory pojawiały się problemy z diagnozowaniem osób z tym schorzeniem. Jak podkreślają naukowcy, odkrycie mechanizmu, który odpowiada za obniżenie odporności, pomoże w przeciwdziałaniu jego skutkom. Andrzej Grochal Oprać. Wojciech Rogacin Warszawa - W Senacie poprawimy nowelizację ustawy o SN tak, by była zgodna z konstytucją i dawała realną szansę na odblokowanie pieniędzy z KPO - mówi szef senackiego klubu KO Marcin BosackL Senator w wypowiedzi dla PAP dodał, że jeśli PiS i SP odrzucą te poprawki w Sejmie, wezmą na siebie ryzyko, że Polska nie otrzyma szybko 160 mld zł z KPO. Bosacki zaznaczył, że senackie komisje - praw człowieka, praworządności i petycji oraz ustawodawcza - zajmą się nowelizacją pod koniec przyszłego tygodnia albo w poniedziałek, 30 stycznia: dzień przed posiedzeniem Senatu. - Wiem, że zamówili oni liczne opinie i ekspertyzy, między innymi Komisji Weneckiej, więc z całą pewnością i te komisje, i cały Senat będą miały nad czym pracować - stwierdził Bosacki. Szef klubu KO odniósł się też do wypowiedzi senatora Jacka Burego (Polska 2050), który oświadczył wpiątek, że jest zwolennikiem tego, by Senat odrzucił nowelizację ustawy o SN, bo - jak ocenił - ta ustawa nie da nam pieniędzy z KPO. - Po naszej stronie, czyli KO, z całą pewnością nie ma chęci odrzucenia całości tej ustawy. Uznajemy, że trzeba jągruntow-nie, znacząco poprawić, tak by była ona zgodna z polską konsty-tucją, co będzie w mojej opinii wymagało przede wszystkim przywrócenia uprawnień do oceniania dyscyplinarnego sędziów Izbie Karnej Sądy Najwyższego. My wKOuważamy, żeten manewr z Sądem Administracyjnym jest niezgodny z prawem i trzeba to zmienić, ale przygotowaniem szczegółowych zapisów zajmą się dwie komisje: ustawodawcza i praworządności i praw człowiek - powiedział Bosacki. PAP Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 KRAJ / ŚWIAT • 9 Brytyjskie MON uważa, że Rosja planuje wiele lat wojny w Ukrainie Oprać. Wojciech Rogacin Londyn Zdaniem brytyjskiego resortu obrony zmiany na szczycie rosyjskiej armii to zapowiedź długotrwałej wojny. Ogłoszone przez Rosję plany poważnych zmian w strukturze sił zbrojnych sygnalizują, że jej przywódcy oceniają, iż zwiększone zagrożenie konwencjonalne potrwa jeszcze wiele lat - przekazało w niedzielę brytyjskie ministerstwo obrony. W codziennej aktualizacji wywiadowczej wskazano, że 17 stycznia minister obrony Rosji Siergiej Szojgu ogłosił plany poważnych zmian w strukturze sił zbrojnych, które mają być wprowadzone w życie w latach 2023-2026, a obejmować mają zwiększenie liczebności wojska do 1,5 min, co stanowiłoby wzrost o 11 proc. w stosunku do zapowiadanego wcześniej zwiększenia do 1,35 min. Szojgu zapowiedział również przywrócenie okręgów Ukraińskie wojska przygotowują się na odparcie kolejnej ofensywy rosyjskiej, której wszyscy spodziewają się w najbliższych tygodniach wojskowych moskiewskiego „Plany Szojgu sygnalizują, jednak najprawdopodobniej i leningradzkiego, co stanowi że rosyjskie kierownictwo z du- problemy z obsadzeniem i wy-częściowy powrót do organiza- żym prawdopodobieństwem posażeniem planowanej rozbu-cji sił w zachodniej Rosji z cza- ocenia, iż zwiększone konwen- dowy” - napisano, sów sowieckich, a nowy korpus cjonalne zagrożenie militarne wojskowy ma powstać w Karę- będzie trwało jeszcze przez Wstrzymują ofensywę lii, w pobliżu granicy z Finlan- wiele lat poza obecną wojną Z doniesień medialnych dią. na Ukrainie. Rosja będzie miała wynika natomiast, że władze w Waszyngtonie doradziły przywódcom Ukrainy, by Kijów wstrzymał plany szerokiej ofensywy przeciwko rosyj skim woj -skom do czasu przekazania najnowszych dostaw amerykańskiej broni i przeprowadzenia niezbędnego szkolenia żołnierzy. Powiadomiła o tym w piątek agencja Reutera za anonimowym źródłem w administracji prezydenta USA. Celem ostatnich rozmów USA z Ukrainą było uzyskanie gwarancji, że strona ukraińska poświęci wystarczająco dużo czasu na przeszkolenie swoich wojskowych z obsługi najnowszej broni dostarczonej przez Stany Zjednoczone - oznajmiło źródło agencji. USA nie zamierzają na razie wspierać Kijowa dostawami czołgów Abrams - dodał Reuters. Identyczne informacje przekazywali w ostatnich dniach wysocy rangą przedstawiciele Pentagonu, w tym sekretarz obrony Lloyd Austin, podczas piątkowego spotkania grupy kontaktowej ds. wspar- cia obronnego Ukrainy w bazie w Ramstein w Niemczech. Nowy pakiet pomocy W czwartek Pentagon ogłosił nowy pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy. Znalazło się w nim uzbrojenie o wartości 2,5 mld dolarów, w tym 90 transporterów kołowych Stryker, 59 bojowych pojazdów piechoty Bradley oraz systemy obrony powietrznej Avenger. Według opublikowanej przez resort obrony listy USA zamierzają przekazać Ukrainie ponad 550 pojazdów, w tym 90 Stryke-rów, 59 Bradleyów, 53 MRAP i 350 Hunweów. Dodatkowo w pakiecie znalazły się m.in. amunicja do systemów obrony powietrznej NASAMS, ponad 100 tys. amunicji artyleryjskiej różnego kalibru, a także rakiety przedwradarowe HARM. Był to już 30. pakiet pomocy wojskowej dla Kijowa ogłoszony przez USA podczas wojny Ukrainy z Rosją. Łączna wartość obiecanego dotychczas sprzętu to 26,7 mld dolarów. AKCJA SPECJALNA ŚWIĘTA Z DOBRĄ ENERGIĄ Samorządowe pomysły na czas kryzysu Pomagać seniorom chcą fundacje, stowarzyszenia i kluby, pomysły mają uczniowie Dziś ostatni dzień, by przedstawić swój projekt i w ramach naszej akcji zyskać szansę na dofinansowanie Czekając na zgłoszenia, chcemy pokazać, jak wideę promowania zwiększania efek-tywnośd energetycznej włączają się samorządy. - Zawsze możemy zrobić coś dla potrzebujących - podkreślała Justyna Kruszewska, dyrektor marketingu z Energi z Gmpy ORLEN, będącej patronem akcji „Święta z dobrą eneigią”. - Wystartowaliśmy ze wspólnym projektem na początku grudnia, zapraszając do udziału w dobroczynnej akcji i zgłaszania pomysłów, dzięki którym w trudnym czasie seniorzy mogą lepiej funkcjonować, poczują się bezpieczniej, są otoczeni opieką. Niezwykle aktywne na tym polu okazały się także samorządy - mają swoim mieszkańcom, w tym seniorom, wiele do zaoferowania. Plany są rozpisane w szczegółach, wiele rozwiązań już udało się wprowadzić. MiastoOpole, chcąc daćpizy-kład, jak oszczędzać energię, w pierwszej kolejności przepro- W wielu bibliotekach już wymieniono oświetlenie wadziło wśród pracowników Urzędu Miejskiego szkolenia w zakresie racjonalnego korzystania z urządzeń elektrycznych. Ponadto w budynkach publicznych zmniejszono natężenie światła, wyłączono klimatyzację. Miejskie oświetlenie zostało wymienione na energooszczędne. NaulicachKędzieizyna-Koźla można wypatrywać nowiutkich elektrycznych autobusów. Dwa MAN-y Lion’s City 12 to pierwsze termoemisyjne pojazdy w miejskiej flocie i - co ciekawe - pierwsze egzemplarze tego nowoczesnego modelu w Polsce. Budowę instalacji oczyszczania spalin przez spółkę OPEC Grudziądz zaproponował tamtejszy UrządMiejski. Wydano także „Poradnik oszczędzania”, z któ- rego mogą korzystać mieszkańcy. Jedną z inicjatyw podjętych przez Urząd Miasta i Gminy Goleniów jest ogłoszenie przetargu na budowę 27 instalacji fotowol-taicznych, które zostaną zamontowane na budynkach użyteczności publicznej. Mieszkańcy Zakopanego, którzy wyrażą chęć wymiany pieca starego typu, mogą liczyć na dofinansowanie. Ponadto miasto kupiło nowe ekologiczne autobusy Solaris Urbino 12. Serię spotkań z mieszkańcami poświęconych tematyce oszczędzania energii zorganizował Urząd Miasta Legionowo na Mazowszu. Do harmonogramu wywozu odpadówddączono ulotki z informacjami dotyczącymi oszczędzania prądu i ogrzewa- nia. Po wykonaniuaudytów wymienione zostanie oświetlenie w szkolnych salach gimnastycznych. Oświetlenie uliczne, a także wewnętrzne w dwóch szkołach i bibliotece modernizuje Pelplin. Zaproponuje też stację ładowania pojazdów elektrycznych. Jednym ze sposobów na zwiększenie bezpieczeństwa mieszkańców, którzy korzystają z miejskiej infrastruktury jest także poprawa widoczności pieszych na przejściach. Takie rozwiązanie proponuje w wielu miastach Energa Oświetlenie, do-świetlając przejścia za pomocą specjalnych opraw LED, które emitująświatło,jednocześnienie oślepiając kierowców. To przykładowe propozycje -chcemy pokazać różnorodność działań na rzecz lokalnych społeczności. W ramach akcji „Święta z dobra energią” kapituła wyróżni samorządy, które zaproponowały najciekawsze rozwiązania wpływające na oszczędzanie energii, 16 wybranym przekaże symboliczne wyróżnienia. Jeden projekt Energa Oświetlenie obejmie audytem oświetleniowym, zapewniając modernizację systemu na bardziej energooszczędny. ©® OSTATNIE GODZINY NA ZGŁASZANIE PROJEKTÓW!! Instytucje, fundacje, szkoły, przedszkola i wszelkie organizacje, które działają na rzecz seniorów, chroniąc przed wysokimi kosztami życia, mogą pokazać swoje zaangażowanie. Wystarczy wejść na główną stronę serwisu lokalnego, znajdziecie tam specjalny baner „Święta z dobrą energią". Ten przekieruje do artykułu, w którym znajdziecie formularz zgłoszeniowy. W kilku zdaniach opiszcie swój pomysł, podając nazwę projektu i dane osoby do kontaktu. Nie wymagamy kosztorysów i uzasadnień - liczy się dobry pomysł, który będzie służył seniorom. Zgłoszone w inicjatywy zweryfikuje kapituła. W kolejnym etapie do głosowania zaprosimy Czytelników. Najwyżej oceniane pomysły wesprzemy finansowo. W każdym województwie przyznamy trzy wyróżnienia: •1 miejsce: 6000 zł #2 miejsce: 4000 zł #3 miejsce: 2500 zł. Na zgłoszenia czekamy do poniedziałku, 23 stycznia, do godz. 12. Głosowanie rozpocznie się 24 stycznia o godz. 14, potrwa do 31 stycznia do godz. 12. Święta z dobrą energią PARTNER AKCJI © Energa | grupa СПЕЛ 10 • ZBLIŻENIA Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Giną Lollobrigida. Największa seksbomba powojennego kina Ostatnie lata najpiękniejsza kobieta kina spędziła z dala od wielkiego świata. Zmarła w Rzymie i rodzina nie podała przyczyny jej śmierci. Miała 95 lat Mariusz Grabowski O zmarłej w poniedziałek Ginie LoUobrigidzie Vittorio De Sica, twórca włoskiego neorealizmu, mówił tak: Gdy patrzę na nią - płonę! Z kolei Humphrey Bogart miał ponoć powiedzieć, że przy Ginie, kwiecie rozbuchanej kobiecości, nawet Marilyn Monroe wygląda na ubogą krewną z prowincji, która nigdy nie nauczy się być prawdziwie piękną. Ona sama miała dystans do swojej urody, pokrewieństwo czuła raczej z inną sławną włoską niewiastą, także pochodzącą z małego Subiaco koło Rzymu, z... Lukrecją Borgią. Z rzeźbiarki aktorka Kto mógł przypuszczać, że urodzona w 1927 r. Luigina -córka Giovanniego Lollobrigidy, bogatego fabrykanta mebli, zostanie Królową Kina? Owszem, była ładna, ale raczej chciała zostać artystką. Zaczęła nawet studiować rzeźbę i malarstwo w Academy of Fine Arts w Rzymie. W wywiadach po latach twierdziła, że utrzymywała się z tworzenia i sprzedaży karykatur. „Nie chciałam być aktorką, nie znałam kina, kochałam rzeźbę i miałam piękny głos”. Wszystko zmieniło się, gdy w wieku 18 lat wystąpiła na scenie Teatro délia Concordia w Monte Castello di Vibio w komedii „Santarellina”. Ponoć grała mamie, ale uwagę przykuła jej uroda i żywiołowość. Wkrótce rozpoczęła pracę jako modelka i trafiła do kilku konkursów piękności. W1947 r. zajęła trzecie miejsce wkonkursie Miss Włoch. To był klucz do jej kariery. Zaraz bowiem potem przyszły propozycje z branży filmowej. Przed kamerą zadebiutowała rólką w filmie „Czarny orzeł” Riccardo Fredy. Kolejne lata przyniosły jej dziesiątki coraz większych ról filmowych. Zagrała m.in. w „Pieskim żydu” Mario Monicellego, dramacie wojennym „Achtung Bandit-ten” Carlo Lizzaniego, „Piękności nocy” René Claira, „Rzy-miance” Luigiego Zampy i „Fan-fanie Tulipanie” Christiana-Jaque. To tylko mały wycinek jej dokonań. Ameryka wita Ginę! Być może zostałaby jedynie gwiazdą Włoch, ale dość szybko upomniało się o nią Hollywood. Już w latach 50. amerykańska prasa pisała, że „Nowy Jork oszalał na purikde Giny, najpięk- niejszej kobiety świata”. Skąd tytuł najpiękniejszej? Bo w 1955 r., jako włoska śpiewaczka Lina Cavalieri, zagrała w dramacie Roberta Z. Leonarda „Najpiękniejsza kobieta świata”. Na ekranie pojawiła się z Vittorio Gassma-nem i otrzymała nagrodę David di Donatello dla najlepszej aktorki. Jej sława eksplodowała. Pojawiła się na okładce pisma „Time”, została z honorami przyjęta w Białym Domu przez zauroczonego nią prezydenta Dwighta Eisenho- wera. Co ciekawe, o miano numeru jeden rywalizowała z inną Włoszką - Sophią Lo-ren. Ale Sophia, choć także magnetycznie piękna, nie miała z nią szans. Zwłaszcza po tym, jak w 1958 r. Orson Welles nakręcił telewizyjny film dokumentalny „Portret Giny”, który obejrzał każdy Amerykanin płci męskiej. Sławę Lollobrigidy ugruntowała w 1959 r. rola Królowej Saby w biblijnym filmie Kinga Vidora „Salomon i Królowa Saby”. Miała partnerować Yulowi Brynnerowi, ale okazało się, że to on był tym mniej ważnym. Wypadł przy niej dość blado i nie pomogła mu nawet legendarna łysina. „Jestem nieszczęśliwa" „Gdzie się nie pojawi, faceci padają na kolana na sam jej widok. Przedpokoje w jej najdroższych hotelach okupuje tłum mężczyzn, którym złamała serca” - ironizował w 1961 r. krytyk „Newsweeka”, ale nie skłamał ani o jotę. Giną Lollobrigida faktycznie roztaczała wokół sie- bie niezwykły czar. Aż trudno uwierzyć, że w jednym z wywiadów, udzielonych w swoje 80 urodziny, mówiła: „Przez całe życie pragnęłam prawdziwej, autentycznej miłości, ale nigdy jej nie otrzymałam. Nikt nigdy naprawdę mnie nie kochał. Jestem nieszczęśliwą kobietą”. Faktycznie, jej życie osobiste nie wyglądała imponująco. W 1949 r. poślubiła słoweńskiego lekarza Milko Skofica. Rozwiedli się w 1971 r., po dwóch dekadach szarpaniny. Potem była związana z kilkoma wpływowymi postaciami z branży filmowej, m.in. z reżyserem George’em Kaufmanem. Towarzyską sensację wywołała w październiku 2006r., gdy oznajmiła, że jest związana z młodszym o 34 lata hiszpańskim biznesmenem (i zarządcą jej meruchomości) Javierem Ri-gau y Rafolsem, którego poznała ponad 20 lat wcześniej na przyjęciu w Monte Carlo. W listopadzie 2010 r. oficjalnie wzięli ślub. Pytana, dlaczego tak późno zdecydowali się zalegalizować swój związek, odpowiedziała: „Chcieliśmy, żeby się to stało wcześniej, ale nie było to możliwe”. „Zawsze miałam słabość do młodszych mężczyzn, ponieważ są wielkoduszni i nie mają kompleksów” - dodała w wywiadzie dla hiszpańskiego czasopisma „Hola!”. Kilka lat później, w 2013 r., związek ten został jednak unieważniony przez sąd w Watykanie. Fascynacja Fidelem Ale wróćmy jeszcze na chwilę do lat 60. W1968 r. na- Szybko upomniało się o nią Hollywood, amerykańska prasa pisała, że „Nowy Jork oszalał na punkcie Giny, najpiękniejszej kobiety świata" kręciła „Buona Sera, pani Campbell”, farsę, w której grana przez nią Włoszka odpiera zaloty trzech rozkochanych amerykańskich żołnierzy. Komedia stała się później inspiracją dla słynnego broadwayowskiego musicalu „Mamma Mia!”, a Lol-lobrigidzie przyniosła pierwszą nominację do Złotego Globu. Drugą otrzymała za rolę Franceski Gioberti, przyrodniej siostry w „Falcon Crest”, kasowym serialu CBS. Tu ciekawostka: pierwotnie rola napisana była dla Sophii Loren, ale Lollobrigida użyła dość wyrafinowanego szantażu, by jej ową rolę odebrać. Producenci zgodzili się natychmiast, co świadczy, że Sophia w tej rywalizacji była zawsze „tą drugą”. Podobna sytuacja miała miejsce także wcześniej, w 1953 r., gdy Giną ubiegała się o rolę księżniczki Anny w filmie „Rzymskie wakacje”. Ale wtedy przegrała zAudreyHepbum. Pod koniec lat 60. aktorka zaczęła ograniczać występy w kinie i wróciła do młodzieńczej pasji, zajmując się fotografią. Sportretowała wtedy m.in. Paula Newmana, Salvadora Da-lego, Audrey Hepbum, Ellę Fitzgerald, a nawet Henry’ego Kissingera, szarą eminencję w administracji prezydenta Richarda Nixona. W1973 r. ukazał się zbiór jej prac „Italia Mia”. Próbowała też sił jako reporterka. Udało jej się np. przeprowadzić ekskluzywny wywiad z Fidelem Castro oraz wyprodukować, wyreżyserować i napisać scenariusz do krótkometra-żowego filmu dokumentalnego „Ritratto di Fidel”. Prasa rozpisywała się o „ocieplaniu” wizerunku komunistycznego dyktatora, a niektórzy sugerowali wręcz, że mieli romans. Lollobrigida nigdy temu nie zaprzeczyła. Kandydatka do Senatu Choć deklarowała zerwanie z kinem, powróciła jednak na mały ekran w roli Franceski Gioberti w operze mydlanej „Falcon Crest” w 1984 r. Zdobyła wtedy nominację do Złotego Globu dla najlepszej aktorki drugoplanowej w serialu, miniserialu lub filmie telewizyjnym. Wystąpiła także jako księżniczka Alessandra w melodramacie telewizyjnym NBC „Oszustwa” w 1985 r. i jako Carla Lucci w sitcomie „Statek miłości” w 1986 r. Ale jej kariera aktorska była zamknięta. Była więc była aktorką, artystką i reporterką, ale kto wie, że w latach 90. zaangażowała się także w politykę. W1999 r. bez powodzenia ubiegała się 0 mandat w Parlamencie Europejskim. Zaś latem 2022 r. kandydowała do włoskiego Senatu, również bezskutecznie, z lewicowej listy Włochy Suwerenne iLudowe. Mimo okazjonalnego flirtu z polityką ostatnie lata najpięk-niejsza kobieta kina spędziła z dala od wielkiego świata 1 jego złudnych powabów. Zmarła w Rzymie i rodzina nie podała przyczyny jej śmierci. Miała 95 lat. Udany finisz Biało-Czerwonych w fazie zasadnicznej mistrzostw świata piłkarzy ręcznych. Po przeprowadzce do Krakowa odzyskali wigor STR.14 Jest satysfakcja,ale cel nieosiągnięty AUTRALIAN OPEN. ŚWIĄTEK I HURKACZ ZAKOŃCZYLI STARTY W NIEDZIELĘ STR. 15 Wspaniała seria naszego lidera w Pucharze Świata przerwana STR. 13 Andrzej Iwan. Ogrywał obrońców, przegrywał z własnymi demonami STR. 16 SPORTOWY24.PL FOT. ANDRZEJ BANAŚ 12 • SPORTOWY24 Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Sporty walki Walka wieczoru gali XTB KSW 78 w hali Netto Arena zakończyła się przed czasem Nieudany rewanż. Materia znowu górą Trzech z czterech lokalnych zawodników wygrało walki podczas gali KSW w Netto Arenie. W pojedynku wieczoru triumfował Michał Materia Maurycy Brzykcy sport@gs24.pl Gala mieszanych sztuk walki (MMA) - XTB KSW 78 w szczecińskiej Netto Arenie nie zawiodła widzów. Aż trzech z czterech naszych zawodników odniosło zwycięstwa. Jako pierwszy z lokalnych wojowników do klatki KSW wyszedł Oskar Szczepaniak. Bardzo zdolny i ambitny szczecinianin ma argumenty ku temu, by w przyszłości być może stanąć do walki o pas kategorii lekkiej. W Netto Arenie walczył z Raimondasem Krilavićiusem. Pplak po raz drugi walczył dla KSW i zanotował pierwsze zwycięstwo w tej federacji. Szczepaniak był aktywny od początku starcia, dużo kopał, zadawał ciosy. Rywal złapał jego kopnięcie w pewnym momencie i obalił. Nie zdołał jednak poważniej zagrozić Szczepaniakowi. W drugiej rundzie szczecinianin domino- wał w parterze, wpiął się rywalowi za plecy i próbował poddać Krilavićiusa. Szczepaniak w trzeciej rundzie stracił kontrolę nad pojedynkiem, ale ostatecznie to jemu sędziowie przyznali jednogłośne zwycięstwo. Po raz pierwszy dla KSW walczył w sobotę Łukasz Sudol-ski. Debiutu do udanych nie zaliczy. Pierwsza runda starcia szczecinianina z Raimundo Silvą była ciekawa. Sudolski przez chwilę miał dobrą pozycję w parterze, ale ostatecznie rywal' z tego uciekł. Z kolei na początku drugiej rundy Brązy lijczyk ruszył do mocnej ofensywy, trochę zaskoczył Su-dolskiego i znokautował go. Przed walką wieczoru doszło do starcia zawodnika Berserkers Team, Tomasz Romanowskiego, z Radosławem Paczu-skim. Obaj postawili w pierwszych rundach na świetną wymianę ciosów. Gdy przewagę zyskiwał jeden, drugi chłodził go celnymi uderzeniami. W trzeciej rundzie tempo nieco spadło, a ostatecznie o wyniku zdecydowali sędziowie. Przyznali je Romanowskiemu, choć niejedno-głośnie. Szczecinianin wygrał piąty raz z rzędu i jest blisko walki o pas kat. średniej. Po raz pierwszy, podczas gali KSW w Szczecinie, Michał Materia dostał walkę wieczoru. Spotkał się w niej z Kendallem Grovern, z którym walczył niemal 10 lat temu i do dziś ten po- jedynek fani pamiętają jako jeden z bardziej krwawych, ale i zaciętych. Wówczas na punkty wygrał Materia, teraz walkę zakończył w inny sposób. Zawodnik Berserker’s Team Szczecin sprawiał wrażenie trochę wolnego w pierwszej rundzie, dość usztywnionego. Zadawał jednak ciosy, był aktywny. Grove nie ustępował Polakowi i oglądaliśmy ciekawy pojedynek. W drugiej rundzie Materia zaatakował nagle jak wściekły byk. Trafił rywala i ruszył do jego dobicia. Grove przetrwał trudny moment, ale po chwili Materia znowu skutecznie ustrzelił rywala i w par-§ terze dobił go łokciami. Sędzia 5 przerwał starcie. Po walce Ma-* terla przyznał, że był bliski wy-2 cofania się z pojedynku ze względu na kontuzję. Po raz kolejny pokazał jednak duży charakter. Dla niego to były trudne tygodnie, także z powodów osobistych, i widać było, jak dużo to zwycięstwo dla niego znaczy. „NOCNY POCIĄG" ROZBIŁ „GŁOWĘ" W MANCHESTERZE ENERGA BASKET LIGA 17. kolejka: Enea Zastał BC Zielona Góra - King Szczecin 78:79 (22:23,17:27,25:10,14:19), MKS Dąbrowa Górnicza - Trefl Sopot 82:91 (10:23, 22:21,22:23,28:24), Anwil Włocławek - Rawl-plugSokółtańcut 78:89(18:20,15:28,19:26, 26:15), Polski Cukier Start Lublin - Tauron GTK Gliwice 79:68 (21:14,13:15,24:18,21:21), Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz - PGE Spójnia Stargard 89:98 (20:29,21:22,33:25,15:22), Śląsk Wrocław - Legia Warszawa 83:77 (22:24,16:20, 23:18,22:15), BM Stal Ostrów Wielkopolski - Grupa Sierleccy Czarni Słupsk i Suzuki Arka Gdynia - Arriva Twarde Pierniki Toruń zakończyły się po zamknięciu wydania. I.Śląsk Wrocław 17 32 1495-1329 2.Tref! Sopot 17 29 1429-1378 3.BM Stal Ostrów Wlkp. 16 28 1397-1266 4.l|SJOłeMou isaf azsMBZ aiu osomon :iubj6oxjAzs ^¡umoubiui :z*V e>jmozAzj>| ¡„uaizp a|UB}s/v\ iuin“ :jAj6o6o| !„nipBp bu Bła|qo>j“ :jjAzs ¡zjatssd :e>j|of iaupoMBZ -a|u fes Biuazpntz :uiałseq z b^mozAzj^ :fe>j|BM jsaf apA^ :eu -zoiuiBJOued e^MOJiM ¡¡B^pBiza :euzoiuiejoued e>jMOzAzj>ł 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ■ 20 • PO GODZINACH Głos Dziennik Pomorza Poniedziałek, 23.01.2023 Z ŻYCIA GWIAZD W TELEWIZJI KRZYŻÓWKA NR 12 Manipulują Natalią Siwiec Internauci śledzą tatuaże, które pojawiają się na ciele cele-brytki. Większość z nich kojarzy się z symboliką sekty ilumi-natów. Jeden z fanów Siwiec zapytał więc ją, czy wierzy „ w jej istnienie. „Coś może być na rzeczy, ale co to dla mnie zmienia? Większość rzeczy na świecie to wielka manipulacja. Jesteśmy karmieni syfem" - odpowiedziała celebrytka. Jessica Mercedes wjechała skuterem do rowu Celebrytka wybrała się z bratem na Bali. Tam uczestniczyła w lekcjach jogi. Pewnego dnia brat nie mógł jej na nie zawieźć, więc sama pojechała skuterem. Wyprawa skończyła się fatalnie: Mercedes wjechała skuterem do rowu. „Z kanału pomogło mi go wyciągnąć sześciu panów, zatrzymałam cały ruch" - napisała na Instagramie. Piotr Gąsowski zgubił zakupy Aktor miał przygodę w Miami. Zrobił zakupy w supermarkecie i kiedy wrócił do hotelu, okazało się, że zapomniał siatki. Pojechał więc do sklepu z nadzieją, że zakupy się znajdą. Niestety, nie było siatki. Kierowniczka sklepu okazała się życzliwa i pozwoliła aktorowi za darmo wziąć z półek wszystko, co miał w siatce. Kiedy Gąsowski wrócił do hotelu, okazało się, że zaginiona torba jest pod hotelem. Aktor pojechał więc z powrotem do sklepu i oddał drugie zakupy. Wszystko to nagrał i pokazał fanom. (GZL) Fot. Szymon Starnawski Skazana TVN 7, 20:00 Sędzia Alicja Mazur (Agata Kulesza), znana ze swojej surowości wobec przestępców, zostaje oskarżona 0 zabójstwo, którego nie popełniła i trafia do więzienia. Czy poradzi sobie z czyhającym zagrożeniem? Teatr TV: Dom otwarty TVP1,21:05 Zorganizowany u państwa Żelskich bal staje się pretekstem do zaprezentowania różnych typów ludzkich, wyśmiania przywar, właściwych nie tylko mieszczańskiemu środowisku XIX-wiecznego Krakowa. W obsadzie m.in.: Marta Lipińska, Jerzy Kamas, Ewa Telega i Jan Peszek. Peacemaker HBO, 21:10 Serialowy ciąg dalszy przygód bohatera, granego przez Johna Cenę w filmie „Legion samobójców - The Suicide Squad", który gorąco wierzy w pokój i nie ma dla niego znaczenia, ile osób musi zginąć, by go utrzymać. Młody Piłsudski TVP Polonia, 21:10 13-odcinkowy serial, którego bohaterem jest młody Józef Piłsudski (Grzegorz Otręb-ski) i jego najbliżsi przyjaciele - późniejsi premierzy 1 prezydenci. Akcja rozpoczyna się w 1887 roku, w momencie gdy dziewiętnastoletni Piłsudski zostaje aresztowany, a kończy się kiedy OB przeprowadza akcję pod Bezdanami w 1908 r. Piłsudski ma wtedy 40 lat. 1 2 3 4 ■ Ï 5 6 7 8 ■ ■ ■ ■ 9 ■ ■ ■ ■ ■ ■ 10 11 ■ ■ 12 13 ■ ■ 14 ■ 15 16 ■ 17 ■ ■ ■ ■ ■ ■ ■ ■ ■ 18 19 20 ■ 21 22 ■ 23 24 25 ■ ■ ■ 26 ■ ■ ■ ■ 27 ■ ■ ■ 28 ■ ■ ■ Civ AC ■ ■ ■ 29 30 31 32 33 34 35 ■ ■ ■ w prtM lumeiuue z Tele Magazynem ■ ■ ■ 36 94 340 1114 37 ■ ■ ■ ■ ■ ■ ml 38 ■ ■ 39 ■ ■ 40 □ □ ■ ■ Poziomo: 1) zespół znany z przeboju „Tacy sami”, 5) kamienny grobowiec w kształcie trumny, 9) harcerski lub sportowy, 10) ssak futerkowy, dydelf, 12) starogreckie zawody sportowe, 14) pantera śnieżna z gór Azji, 15) podstawowa lub średnia, 17) pierwiastek jak gigant, mocarz, 18) ochrania dłoń florecisty, 21) zestawienie z rubrykami, 23) John, komandos z filmów akcji, 28) „Pan Tadeusz” i „Lalka” w szkole, 29) wzorzysta, wielobarwna tkanina, 32) największy stan USA, 36) ryba słodkowodna spokrewniona z karpiem, 37) niebieskie u ukochanej, 38) na rzece lub na skrzyżowaniu, 39) roni łzy z byle powodu, mazgaj, 40) chwilowa, szybko zmieniająca się ochota. Pionowo: 1) niewielki, roślinożerny gryzoń ze Skandynawii, 2) Katarzyna, prezenterka telewizji Polsat, 3) nie krzywa i nie łamana, 4) wiklinowy - ustawiany na plaży, 5) atak wściekłości, furia, 6) punkt wymiany walut, 7) manekin medyczny, 8) cudzoziemiec w Meksyku, 11) pospolity chwast z rzepami, 13) uposażenie kapitana lub majora, 16) popularna turecka potrawa, 19) przestępstwo na dużą skalę, 20) w oponie nabiera powietrza, 22) król z filmu animowanego, 24) kotew - element budowlany konstrukcji, 25) obóz pod gołym niebem, 26) bystry nurt górskiego potoku, 27) zagon obsiany trawą, 29) metal, składnik stopów, 30) zecerska szuflada z przegródkami na czcionki, 31) Zawisza Czarny z Garbowa, 33) pojedyncza lub mnoga, 34) wiązanie wzdłuż kadłuba statku, 35) dowódca wojsk kozackich. ROZWIĄZANIE NR 11 HOROSKOP Wodnik (20.01-18.02) Horoskop dzienny zapowiada, że od Twojego zaangażowania będzie zależało powodzenie działań podejmowanych przez inne osoby. Ryby (19.02-20.03) Twoje propozycje będą padać na podatny grunt. Horoskop na dziś wróży, że niektóre osoby pozazdroszczą Ci kreatywności i pomysłowości. Baran (21.03-19.04) Horoskop dzienny na poniedziałek mówi, że cechować Cię będzie daleko posunięta nieufność wobec innych osób. Nawet bliskich... Byk (20.04-20.05) Nie unikniesz dzisiaj konieczności podjęcia się dodatkowych obowiązków. Horoskop dzienny wróży, że okupisz to sporym zmęczeniem. Bliźnięta (21.05-21.06) Ktoś opowie Ci o swoim problemie i poprosi o wsparcie. Horoskop na dziś wyraźnie zapowiada, że Twoja interwencja jest nieodzowna. Rak (22.06-22.07) Twoje życie wejdzie dzisiaj na wysokie obroty. Horoskop dzienny na poniedziałek mówi, że dużo osiągniesz. Postanowisz to jakoś uczcić. Lew (23.07-22.08) Nie marnuj czasu, jeśli zauważysz, że Twoje pomysły rozbijają się o mur obojętności. Horoskop dzienny radzi wrócić z nimi kiedy indziej. Panna (23.08-22.09) Będziesz świadkiem małej awantury. Horoskop ną dziś to wyraźna wskazówka, by nie opowiadać się po żadnej ze stron toczącego się sporu. Waga (23.09-22.10) Nie wyciągaj wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Horoskop dzienny na poniedziałek ostrzega, że może to kogoś skrzywdzić. Skorpion (23.10-21.11) Łatwo będzie można wyprowadzić Cię z równowagi. Horoskop dzienny zapowiada, ze Twoje relacje z otoczeniem ulegną pogorszeniu. Strzelec (22.11-21.12) Trudno będzie zmotywować Cię do podjęcia się dodatkowych obowiązków. Horoskop na dziś zapowiada, że odmówisz nawet najbliższym. Koziorożec (22.12 -19.01) Ludzie będą uważnie słuchać tego, co masz do powiedzenia. Horoskop dzienny na poniedziałek wróży, że dla niektórych będziesz wyrocznią. Głos www.gp24.pl wwwgk24.pl www.gs24.pl Redaktor naczelny Przemysław Szymańczyk. Z-cy red. nacz.: Marcin Stefanowski, Wojciech Frelkhowski. YnonaHusaim-Sobecka. Prezes Makroregionu PiotrGrabowski. Dyrektor biura reklamy oddziału Ewa Żelazko. Dyrektor marketingu RobertGromowski. Redakqa.SŁUPSK, ul. Henryka Pobożnego 19, teł.598488100, redakqa.gp24@polskapress.pl. KOSZALIN, ul. Mickiewicza 24. teL 94 34735 52. redakqagk24@poiskapress.pl. SZCZECIN, Al. Niepodległości 26/U1, teL914813300.redakqags24@polskapress.pl. Diuk Polska Press Oddział Poligrafia, 85-438 Bydgoszcz, ul. Grunwaldzka 229. POLSKA PRESS GRUPA Wydawca Polska Press Sp. z o.o. ul. Domaniewska 45,02-672 Warszawa, tel. 2220144 00, fax: 222014410 Redaktor naczelny Dorota Kania DyrektorartystycznyTomaszBodienski, Dyrektor marketingu, Rzecznik prasowy WojdechPaayński wojciech.paczynski@polskapress.pl .Dyrektor kolportażu Karol Wlazło Agencja AIP kontakt@aip24.pl »jiji »»wihmi ©©-umieszczenie takich dwóch znaków przy Artykule, wszczególności przy Aktualnym Artykule, oznacza możliwośćjego dalszego rozpowszechniania tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty zgodniezcennikiemzamieszczonymnastroniewww.gp24.pl/tresciiwzgodziezpostanowieniamininiejszego regulaminu. 23/01/2023 BEZPŁATNY DODATEK INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ I POLSKA PRESS WSTRZĄSAJĄCA OPOWIEŚĆ O GEHENNIE MŁODYCH POLAKÓW DR KAROL NAWROCKI PREZES INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ Oddajemy w Państwa ręce dodatek historyczny opisujący losy polskich dzieci pod okupacją niemiecką w latach drugiej wojny światowej. Punktem wyjścia i tematem wiodącym jest dla nas 80. rocznica powstania w okupowanej Łodzi niemieckiego obozu dla polskich dzieci. Przeszedł on do historii pod nazwą „Obóz przy ulicy Przemysłowej”. Jego ponaddwuletnia historia to wstrząsająca opowieść o gehennie najmłodszych Polaków. Szalony i okrutny pomysł, by za kolczastymi drutami umieścić bezbronne dzieci. U podstaw organizacji obozu leżało rasistowskie założenie o wyższości niemieckiej rasy i rzekoma konieczność odizolowania polskich dzieci przebywających w różnego typu placówkach opiekuńczych od niemieckich rówieśników. W obozie znaleźli się więc w pierwszej kolejności podopieczni zakładów poprawczych i sierocińców. Szybko jednak okazało się, że wojenna rzeczywistość wymusza nowe rozwiązania. Do obozu zaczęły trafiać dzieci, których wojna pozbawiła rodziców - np. aresztowanych bądź wywiezionych na roboty do Niemiec. Z czasem skierowanie do obozu stało się jednym ze sposobów represji - np. zaczęto umieszczać w nim potomstwo osób, które odmówiły podpisania volksli-sty. Na Przemysłową można było także trafić za drobne wykroczenia -przy czym za takie uznawano jazdę bez biletu bądź „nielegalne” w pojęciu Niemców, próby zdobycia jedzenia. Wszystko to odbywało się na zasadzie administracyjnej decyzji, po- OFIARAMI BYŁY NIE TYLKO DZIECI PODDANE EKSTERMINACJI! WYCIEŃCZAJĄCEJ PRACY. WYSIEDLANE. ALE TAKŻE Cl MAŁOLETNI POLACY. KTÓRYCH UMIESZCZONO W NIEMIECKICH RODZINACH Z ZAMIAREM GERMANIZACJI. dejmowanej najczęściej przez niemiecką policję - bez jakiejkolwiek możliwości odwołania, bez wyroku, na nieokreślony czas. W obozie dzieci znalazły się pod stałym nadzorem sadystycznych strażników i „wychowawców”. Upodabniało to bardzo ośrodek przy ul. Przemysłowej do niemieckich obozów koncentracyjnych. Obóz istniał od początku grudnia 1942 r. do chwili wkroczenia do Łodzi Sowietów - 19 stycznia 1945 r. Z głodu, wycieńczenia i na skutek znęcania się przez nadzorców zmarło w nim blisko 200 polskich dzieci. Ich tragiczne losy wywołują coraz większe zainteresowanie nie tylko historyków, ale także publicystów i dziennikarzy. Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej porządkują wiedzę na temat obozu. Niestety, ustalenia te często były przemilczane, a do świadomości społecznej docierał najbardziej przejaskrawiony i nie zawsze prawdziwy przekaz zawarty w popularnych, emocjonalnych publikacjach. Dużą satysfakcją jest dla nas fakt, że przed miesiącem ukazała się naukowa monografia obozu wydana przez łódzki oddział IPN, a dzisiaj oddajemy do rąk czytelników dodatek prasowy poświęcony w znacznej mierze temu miejscu. Z kolei dzięki staraniom prof. Piotra Glińskiego, wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, w 2021 roku powstało w Łodzi Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu, którego zasadniczym celem jest kultywowanie pamięci o naj- młodszych ofiarach niemieckich zbrodni. Wojenne cierpienia dotyczyły w oczywisty sposób dzieci na wszystkich okupowanych terenach Rzeczypospolitej. Dlatego chcemy przybliżyć także inne tragiczne i okrutne karty historii, której głównymi ofiarami były dzieci i młodzież. Opisujemy losy małoletnich więźniów innych obozów i więzień. Są wśród nich także takie, których udziałem nie była eksterminacja. Część z polskich dzieci trafiała do niemieckich rodzin, by zostać poddana germanizacji. Losu wielu z tych dzieci nie udało się wyjaśnić, nigdy nie wróciły do swoich rodziców. W Łodzi utworzono nawet obóz, w którym dokonywano selekcji najmłodszych Polaków w tym celu. Dziś opisujemy jego historię, w jednym z opublikowanych artykułów. Osobnym, a zarazem najbardziej tragicznym z poruszanych tematów, są losy Dzieci Zamojszczyzny - ofiar masowych wysiedleń rozpoczętych przez Niemców w końcu listopada 1942 r. Ze HO tys. wygnanych wówczas z Zamojszczyzny Polaków około 30 tys. stanowiły dzieci. Jedna trzecia z nich nie przeżyła koszmarnych warunków transportu i okrucieństwa strażników. Warto zwrócić uwagę na pewien epizod. Gdy 3 lutego 1943 r. transport wycieńczonych dzieci dotarł do miejsca przeznaczenia w Siedlcach, mieszkańcy miasta, pomimo oczywistego strachu przed niemieckim terrorem, urządzili na znak protestu demonstracyjny pogrzeb ofiarom transportu. Pokazuje to ogromną wrażliwość na cierpienie tych najmłodszych i bezbronnych ofiar wojny, których losy dziś przypominamy. GRZETR LUBUSKA POLSKA Dziennik pomorska Dziennik Bałtycki«. DZIENNIK ZACHODNI WRoTtAWSKA nowiny iregggjgą Kurier Poranny 5H3 Gazeta Krakowska Głos (EEi:CU £5 WIELKOPOLSKI kumrlubddu 2 | WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 HISTORIA DZIECI Z OBOZU PRZY UL. PRZEMYSŁOWEJ W ŁODZI NIE ZOSTAŁA ZAPOMNIANA Wśród instytucji od wielu lat poszerzających naszą wiedzę na ten temat, jest również Instytut Pamięci Narodowej - mówi dr hah. Dariusz Rogut, prof. Akademii Sztuki Wojennej i dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej - KomisjL ______________________Ścigania Zhrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Oddział w Łodzi______________________ Zanim powstało Muzeum Dzieci Polskich -ofiar totalitaryzmu. IPN zdążył już - w 2017 r. - opracować cyfrową mapę obozu i zrekonstruował jego obiekty oraz przeanalizował materiały archiwalne z procesu obozowej nadzorczym-Eugenii Pol W 2002 T., Czyli W 60. rocznicę przybycia do obozu pierwszego transportu polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi, IPN otworzył wystawę „Wojenne dzieciństwo. Losy dzieci polskich pod okupacją hitlerowską”. Miejscem ekspozycji było Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Odnieśliśmy się również do losów więźniów z Przemysłowej, poruszyliśmy temat germanizacji oraz zbrodni niemieckich na Zamojszczyźnie i ludobójstwa w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym i zagłady Auschwitz-Birkenau. Istotna jest również dydaktyczna rola IPN w zajęciach dla uczniów i szkoleniach dla nauczycieli, gdybyśmy nie podjęli tych działań, to wciąż opieralibyśmy swą wiedzę na monografii funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Józefa Witkowskiego „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi” z 1975 r. i powtarzali komunistyczne „ustalenia”, że było to miejsce kaźni dla 12-15 tys. dzieci, z których przeżyło jedynie ok. 900. Przypomnę, że więcej szczegółów na temat niechlubnej działalności Witkowskiego podał już pracownik IPN - Artur Ossowski - w 2015 r. podczas konferencji „Łódź w Kraju Warty. Nowe perspektywy badawcze”. Dokonał również oceny politycznych aspektów procesu byłej nadzorczym obozowej Eugenii Pol vel Genowefy Pohl i ukazał propagandowy aspekt działań komunistycznego państwa w zakresie upamiętnienia obozu i popularyzacji wiedzy w tym zakresie. Nie był to „obóz zapomniany”, albowiem w PRL powstał o nim film dokumentalny i fabularny. Również inni pracownicy IPN na łaniach czasopism naukowy i w publikacjach zbiorowych opisywali funkcjono-wanie obozu i gehennę polskich dzieci. Bez materiałów IPN nie można dokonać w ogóle oceny działalności obozu i opisać tragedii polskich dzieci. Pamiętajmy, że rolą IPN jest m.in. krzewienie wiedzy na temat najnowszej historii Polski oraz wspieranie wszelkich podmiotów, w zakresie owych działań. Dlatego popieraliśmy powstanie Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu. W tej sprawie 21 maja 2021 r. w Warszawie został podpisany List intencyjny o współpracy na rzecz powstania Muzeum przez Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra kultury, dziedzictwa narodowego i sportu prof. Piotra Glińskiego, Rzecznika Praw Dziecka Mikołaja Pawlaka oraz Instytut Pamięci Narodowej - Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, który miałem zaszczyt reprezentować. Z kolei 31 maja 2021 r. w siedzibie łódzkiego Oddziału IPN odbyła się konferencja dotycząca utworzenia nowej instytucji kultury. Wzięli w niej udział m.in.: prof. Piotr Gliński - wiceprezes Rady Ministrów, minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu, dr Jarosław Szarek - ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej i Karol Młynarczyk -1 wicewojewoda łódzki. W 2022 r. podjęliśmy współpracę również z Narodowym Bankiem Polskim i efektem naszych działań była srebrna dziesięciozło-towa moneta „Niemiecki obóz dla polskich dzieci w Łodzi”. Monetę kolekcjonerską wydano w nakładzie 9 tys. sztuk i uroczyście zaprezentowano 8 grudnia 2022 r. w siedzibie łódzkiego NBP. Byliśmy także inicjatorem wydania przez Pocztę Polską znaczka poświęconego pamięci więźniów obozu przy ul. Przemysłowej. W obu przypadkach konsultantem merytorycznym był Artur Ossowski - naczelnik OBEN IPN. Wszystkie przedstawione przez Pana dyrektora działania wpisują się w 80. rocznicę pierwszego transportu do tegoż obozuisą zauważalne, tak jak plenerowa wystawa IPN „Dzieci z Przesyłowej -niemiecki obóz wŁodzi (1942-1945)" oraz prezentowany na internetowych stronach IPNinaFacebookufilm „Obóz na Przemysłowej -Poznaj nasz strach!". Czy IPN przedsięwziął jeszcze inne działania, aby upamiętnić ofiary obozu ipizedstawić jego funkcjonowanie? Tak, ale dodam, że film przygotowany został w sześciu językach obcych. Dzięki temu dotarł do szerokiego kręgu ludzi na całym świecie i miał ponad 300 tysięcy odsłon. Wywołał olbrzymie poruszenie i odzew nie tylko wśród Polonii. Współpracowaliśmy też z raperem Basti przy produkcji teledysku „Było takie miejsce”, który dotarł do ponad 600 tys. osób w kraju i za granicą. Wracając do pytania, 6 grudnia 2022 r. w Dzierżąznej zaprezentowaliśmy książkę „Dzieci z zielonego autobusu. Z zeznań o niemieckim obozie dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi (1942-1945)”, a jej autor - Artur Ossowski szczegółowo omówił jej zawartość. Powiedział 0 wykorzystanych materiałach archiwalnych i scharakteryzował kadrę nadzorczą obozu. Pragnę podkreślić, że niniejsza publikacja opiera się nie tylko na naszych dokumentach, ale również z zasobów Centralnego Archiwum Federalnego w Koblencji. Wykorzystano nawet niepublikowane wcześniej nagrania z procesu przeciwko Eugenii Pol oraz fragmenty oryginalnych listów dzieci z obozu. Zgadzam się również - z obecnym na prezentacji książki -zastępcą Prezesa IPN, dr. hab. Karolem Polejowskim, który jako doświadczony naukowiec i muzealnik podkreślił, że niemiecki obóz przy ul. Przemysłowej wŁodzi staje się jednym z symboli martyrologii polskich dzieci pod okupacją niemiecką podczas II wojny światowej. Ile właściwie dzied zginęło w obozie i z jakich przyczyn? Zaraz po wojnie wymieniano liczbę kilkunastu tysięcy, dziś mówi się o około stu dzieciach. Skąd tak wielka rozbieżność? Tak jak już zaznaczyłem, owe dane zostały upublicznione przez byłego więźnia obozu oraz funkcjonariusza aparatu bezpieczeństwa - Józefa Witkowskiego, to on podał w swojej monografii bardzo zawyżone dane o liczbie 12-15 tys. dzieci, które przeszły przez obóz. W1974 r., sąd podał szacunkową liczbę tych dzieci - nie więcej niż 4 tys., co było zgodne z wnioskami Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Dziś analizując zeznania 1 relacje obozowe oraz stany więźniów ową liczbę zmniejszamy do 2-3 tys. dzieci i to samo dotyczy osób zmarłych w obozie. Dlatego nie możemy mówić o tysiącach zamordowanych w nim dzieci. Bazując na listach cmentarnych jesteśmy w stanie wskazać z imienia i nazwiska jedynie ok. 80 z nich. Wynika to także z niepełnej dokumenta- cji. Prawdopodobnie zmarło ogółem około 200- 300 dzieci. Ich zwłoki Niemcy pochowali na rzymskokatolickim cmentarzu przy ul. Kurczaki 81 w Łodzi. Dziś ich miejsca pochówku zostały zatarte, ponieważ pojawiły się nowe kwatery i kolejne groby. Bez udziału archeologów oraz badań laboratoryjnych DNA nie zidentyfikujemy ich szczątków. Nad ich rozpoznaniem pracuje m.in. zespół dr. Krzysztofa Latochy, który z sukcesem wytypował, chociażby szczątki ofiar zbrodni stalinowskich na jednym z cmentarzy łódzkich na Dołach. Badania nad obozem dla dzieci w Łodzi od kilku lat prowadzi łódzki IPN. Na ile te badania pozwoliły na zweryfiko-wanie wcześniejszych ustaleń. czego nowego udało się dowiedzieć? Naszym zadaniem było spopularyzowanie tematu, przedstawienie faktów i obecnego stanu badań na temat obozu. Opisaliśmy sposób funkcj ono wania obozu, scharakteryzowaliśmy jego podległość oraz przeanalizowaliśmy materiały odnośnie obozowej kadry, współpracy z innymi obozami, chociażby z obozem w Potulicach oraz w Konstantynowie Łódzkim, jak też rzuciliśmy więcej światła na wątek powojennych procesów, a zwłaszcza na sposób osądzenia jednej z obozowych zbrodniarek -Eugenii Pol. Pokazaliśmy, że aby zrozumieć historię obozu przy ul. Przemysłowej musimy się odnieść do matena-łów nie tylko wytworzonych przez okupanta niemieckiego, ale również do dokumentów powstałych w czasach komunistycznych i nie są to łatwe, ani jednoznaczne odpowiedzi. Badania odnośnie obozu przy ul. Przemysłowej w jakimś zakresie będą kontynuowane, ale będziemy też poszerzać wiedzę na temat innych obozów niemieckich w Łodzi oraz losów polskich dzieci w okresie II wojny światowej. DODATEK SPECJALNY Dyrektor artystyczny: Tomasz Bocheński Przygotowany we współpracy z Instytutem Wydawca: Polska Press Sp. z 0.0. Pamięci Narodowej Oddział w Łodzi ul. Domaniewska 45,02-672 Warszawa, Redaktor odpowiedzialny: Sławomir Sowa Druk: Drukarnie PPG, ZPR PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO 13 W grudniu 1942 roku Niemcy utworzyli w Łodzi obóz dla polskich dzieci. Jak to ujęli okupanci, miał pełnić ..rolę ochronną" oraz ..zabezpieczyć" niemieckie dzieci i młodzież przed demoralizującym je postępowaniem nieletnich Polaków. W rzeczywistości było to kolejne ogniwo w niemieckim łańcuchu terroru na ziemiach polskich.______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Wizytacja obozu przez szefa niemieckiej policji kryminalnej w Łodzi - Camilla Ehrlicha ARTUR OSSOWSKI ODDZIAŁ IPNWŁODZI Wszystkie zimy n wojny światowej były bardzo mroźne i śnieżne, tak jak w styczniu 1945 r., kiedy to po drogach centralnej Polski sunęły masy sowieckich czołgów, spychając siły niemieckie na Zachód. W rękach Armii Czerwonej były już zgliszcza popowstańczej Warszawy. 18 stycznia, gdy sowieckie czołówki pancerne podchodziły pod Łódź, Niemcy praktycznie nie stawiali oporu, jedynie na przedmieściach dochodziło do starć. We wschodniej części Łodzi już rozwiewały się dymy spalonego w nocy więzienia o zaostrzonym rygorze na Ra-dogoszczu. Od kul, granatów i płomieni, które wzniecili niemieccy policjanci i żołnierze, zginęło ok. 1,5 tys. osadzonych, ocalało jedynie 30 z nich. W wyludnionym getcie ukrywało się jeszcze ok. 800 Żydów z tzw. komanda roboczego, którzy nie stawili się na apel i uniknęli śmierci, albowiem Niemcy przygotowali już dla nich doły na cmentarzu żydowskim. Czy podobnie chcieli wymordować dzieci zamknięte w obozie przy ul. Przemysłowej w Łodzi? Według relacji byłych więźniów strażnicy pozamykali ich w budynkach i barakach, nie dostarczając im przez ostatnią dobę pokarmu, ani picia. Pod niektóre obozowe obiekty przetoczyli nawet beczki z benzyną lub naftą, jednak zabrakło im czasu na zamordowanie ok. 900 uwięzionych wówczas w obozie dzieci. Ocalały i uniknęły tragicznego losu dorosłych, albowiem 19 stycznia 1945 r. były już wolne. Niektóre z nich wyszły na opustoszałe ulice Łodzi, inne nie otrzymawszy pomocy dorosłych, mszyły do swych domów. Niedożywione, ubrane w łachmany i nieznające właściwego kierunku marszu, niekiedy przepadły bez wieści. Więcej szczęścia miały dzieci, które pozostały w obozie i czekały kilka dni na pomoc. Wygłodniałe splądrowały magazyn żywnościowy, a więzienne izby ogrzewały, paląc w piecach deskami wyrwanymi z prycz i obozową dokumentacją. Dlaczego jednak Niemcy stworzyli obóz dla polskich dzieci i kiedy podjęli stosowne działania, aby z więzień oraz obozów koncentracyjnych wyłączyć najmłodszych obywateli państwa polskiego? Decyzje w tej sprawie Niemcy podjęli już w 1941 r. i wzorowali się na -działającym od 1940 r. obozie dla chłopców i młodych mężczyzn w dolnosaksońskim Moringen. Tak samo miało być w Łodzi, a właściwie w Litzmannstadt, gdyż tak okupant niemiecki nazwał największy ośrodek miejski Kraju Warty. Uznano, że odpowiednim miejscem pod obóz będzie pięciohektarowy teren wyłączony z getta, które zarazem z trzech stron otaczało wydzieloną przestrzeń. Obóz wytyczono w kwartale obecnych ulic: Bracka, Emilii Plater, Górnicza i Sporna. Główną bramę umieszczono na osi ul. Przemysłowej w pobliżu budynku komendantury. Pierwsi więźniowie Obóz podlegał niemieckiej policji kryminalnej i został przygotowany dla ok. 2 tys. chłopców w wieku od 8 do 16 lat. Do dostosowania jego infrastruktury przymuszono Żydów z pobliskiego getta. Przeprowadzili oni prace remontowe w niektórych budynkach, a pozostałe wyburzyli, aby wolną przestrzeń zabudować barakami. Obóz z trzech stron otoczono drewnianym płotem, zaś od obecnej ul. Spornej i ul. Zagajnikowej przeszkodą był ceglany mur cmentarza żydowskiego. Pierwszych więźniów do Łodzi dostarczono już w listopadzie 1942 r. i byli to prawdopodobnie chłopcy z wielkopolskiego obozu pracy w Kietrzu. Oficjalnie obóz przy ul. Przemysłowej rozpoczął działalność l grudnia 1942 r., zaś pierwsze transporty nowo przywiezionych więźniów zaczęto rejestrować dopiero dziesięć dni po jego otwarciu. Okazało się jednak, że wśród przyjętych więźniów są również dziewczęta. Dlatego w kwietniu 1943 r. przeorganizowano obóz i wytyczono w nim strefę dla dziewcząt oraz małych dzieci do ósmego roku życia. Nie była ona duża, ponieważ więźniarek nigdy nie było więcej aniżeli więźniów, aich liczba wahała się pomiędzy 150 a 350 osadzonych. Chłopców w obozie było natomiast trzy, a nawet cztery razy więcej niż dziewcząt. W lipcu 1944 r. zarejestro- wano największą liczbę osadzonych i było ich wówczas ok. 1600. W kolejnych miesiącach liczba więźniów znacząco się zmniejszyła, albowiem ok. 200 z nich zwolniono z obozu i skierowano do łódzkich przedsiębiorstw. Kilkudziesięcioro dzieci uzyskało również wolność za sprawą rodziców, gdyż ci podpisali volkslistę. Z obozu wywieziono także szesnastolatków i szesnastolatki, wysyłając transporty do obozów koncentracyjnych lub obozów pracy. Ogniwo w łańcuchu terroru Kim były jednak ofiary niemieckiego obozu przy ul. Przemysłowej w Łodzi? Na pewno nie byli to żadni kryminaliści, choć niektóre z dzieci dopuściły się kradzieży żywności, węgla lub pobiły się z niemieckimi rówieśnikami. Nie były to także dzieci „polskich bandytów”, choć tak opisywano to w obozowych dokumentach, zaprzeczając okolicznościom i faktom. W ogóle nie dociekano przyczyn pauperyzacji polskiego społeczeństwa, na którą wpłynęła niemiecka okupacja poprzez rozporządzenia wymierzone w życie i mie- nie Polaków oraz Żydów. Usprawiedliwiano nawet wszelkie działania zmierzające do utworzenia tego typu obozu. W okólnikach na temat jego powstania informowano okupacyjną administrację Kraju Warty, że będzie on pełnił wyłącznie „rolę ochronną” oraz „zabezpieczy” niemieckie dzieci i młodzież przed demoralizującym je postępowaniem nieletnich Polaków. Czyli miało to byćjcolejne ogniwo w łańcuchu terroru, którym skutecznie opasano tereny podbite przez III Rzeszę. Żadnego słowa 0 przepełnionych więzieniach 1 obozach koncentracyjnych, do których zesłano już rodziców i krewnych zatrzymanych dzieci. Najlepszym tego przykładem jest pacyfikacja podpoznańskiej miejscowości Mosina. Dla niemieckich funkcjonariuszy była to rozprawa z „bandytami”, a nie konspiratorami walczącymi w szeregach Armii Krajowej. Dlatego zastosowano tak brutalne metody wobec ludności cywilnej i mszczono się na dorosłych oraz dzieciach, za straty zadane przez polski ruch oporu. We wrześniu 1943 r. kilkadziesiąt mosińskich dzieci przewie- ziono do łódzkiego obozu, zaś ich bliskich zamordowano w Forcie VII w Poznaniu lub zesłano do Auschwitz-Birkenau i Ravensbrück. Większość uwięzionych w obozie dzieci przywieziono z Wielkopolski, Kujaw, Pomorza Gdańskiego, Górnego Śląska i ziemi łódzkiej. Dodatkowo kilka transportów przybyło z Mazowsza, Małopolski i Lubelszczyzny, co potwierdza, że nie tylko miały w nim znaleźć się dzieci polskie z terenów włączonych w granice państwa niemieckiego, ale również nieletni Polacy z Generalnego Gubernatorstwa. Akcja okupantów objęła nawet młodocianych chłopców z Opolszczyzny, którzy wcześniej zostali umieszczeni w poprawczakach oraz obozach pracy i mając polskie pochodzenie zostali przekazani do Łodzi. Nowo powstałemu obozowi nadano nazwę Polenjugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, zaznaczając jego narodowościowy charakter i podkreślając wiek więźniów. Dokończenie na str. 4-5 MALI WIĘŹNIOWIE NIEMIECKIEGO _______OBOZl) W ŁODZI_______ 41 WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 Elżbieta Konarska z Poznania trafiła do obozu przy ul. Przemysłowej w Łodzi w wieku 10 lat TW**#*■* * « * IT* * * « ” %*»** * * * # *■#** * * *** #: * #*■*> * *ZmSZZ* « •*♦§* t # 4 Gertruda Weinhold trafiła do obozu w wieku 14 lat. Zmarła 1 sierpnia 1944 r. Dokończenie ze str. 3 Strona polska natomiast, opisując po wojnie to miejsce kaźni, akcentowała przede wszystkim jego cel, wiek osadzonych i charakter podległości, stosując nazwę: Prewencyjny Obóz Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi. Pamiętajmy jednak, że obóz nie pełnił żadnej funkcji wychowawczej, nie był także ośrodkiem prewencyjnym, ani miejscem ochronnym. Nie można go również nazwać obozem pracy, ponieważ nie wszystkie dzieci w nim pracowały, a te z nich, które przeszły pomyślnie badania rasowe i nie ukończyły ósmego roku życia germanizowano. Obóz miał być samowystarczalny, zwłaszcza jeżeli chodzi o żywność i ubrania dla osadzonych. Korzyści z pracy więźniów odnosił także lokalny przemysł oraz armia niemiecka. Brakowało jednak odpowiedniego wyposażenia technicznego, a dzieci nie miały umiejętności, ani siły, by sprostać narzuconym normom. Głód bardzo szybko je otępiał i osłabiał, choć dla obozowej kadry hodowano króliki i świnie, a nawet zadbano o warzywniak, aby Niemcom nie zabrakło witamin. Do opieki nad zwierzętami kierowano oczywiście więźniów, których przymuszano także do pracy w szklarni i ogrodzie. Najwięcej jednak płodów rolnych dostarczała - działająca od wiosny 1943 r. - filia obozu w Dzierżąz-nej nieopodal Zgierza. Do tego majątku zsyłano wyłącznie więźniarki, dla których była to szansa na lepsze wyżywienie i lżejszą pracę. Mniejsza liczba nadzorców w Dzierżąznej pozwalała na krótko zapomnieć dziewczynom o biciu i karcerze, choć i poza macierzystym obozem wymierzano chłostę, zwłaszcza więźniarkom próbującym uciec z majątku i przekroczyć granicę z Generalnym Gubernatorstwem. Najbardziej jednak na przemoc narażeni byli chłopcy, ponieważ stanowili oni nawet 75 proc. ogółu osadzonych w obozie przy ul. Przemysłowej i nie mieli tej szansy, co dziewczęta pracujące w Dzierżąznej. Kiedy już opuszczali strzeżoną strefę obozu, to wyłącznie po to, by rozładowywać wagony z węglem, ułożyć materiały budowlane na składach lub rozebrać budynki w rejonie sąsiadującym z gettem. Większość jednak osadzonych nigdy nie opuściło obozu, prostując igły dziewiarskie, cerując rozdarcia i przestrzelmy w mundurach, reperując plecaki, chlebaki, ładownice i pasy główne oraz żołnierskie buty. Dla niemieckich wartowników wyrabiano nawet łapcie ze słomy, wiążąc je w długie warkocze, by chroniły stopy przed mrozem. Zbijano rów- nież skrzynki amunicyjne oraz wyplatano wiklinowe maty, by te można było podłożyć pod koła wojskowych pojazdów grzęznących w błocie. Wszystkie czynności dzieci miały wykonywać szybko i dokładnie, pracując pod czujnym okiem majstrów żydowskich lub polskich. Do tego stale należało uważać, by nie sprowokować do bicia nadzorców i nadzorczyń, będących volks-deutschami z terenów przedwojennej Polski, Związku Sowieckiego, Łotwy lub Jugosławii. Najniżej w hierarchii byli żydowscy pracownicy, którzy jako pierwsi rozbudowywali obozową infrastrukturę. Po nich przyszli do obozu majstrowie z getta, wcześniej zatrudnieni w tamtejszych warsztatach. Przyuczali oni dzieci w szwalni, rymami, stolami oraz w zakładach szewskich do pracy w systemie nakładczym i do oszczędności materiału. W relacjach byłych więźniów niekiedy pojawiają się zniekształcone ich nazwiska. Za pracę otrzymywali wyżywienie, które było lepsze aniżeli to w getcie. Dlatego chcieli utrzymać swoje stanowiska pracy i nie trafić do transportu z tymi, których Niemcy zsyłali do ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem (niem. Kulmhof am Nehr). Znaczenie pracowników z getta wzrosło wraz z wybuchem w obozie epidemii tyfusu. Zaraza bardzo szybko się rozprzestrzeniła, zakażając nie tylko więźniów, ale również i obozowy personel. Późną je-sienią 1943 r. obóz odizolowano, poddając uwięzionych i nadzorców kwarantannie. Sytuacja zagrożenia epidemiologicznego utrzymywała się do wczesnej wiosny 1944 r. Do tego czasu wstrzymano transporty więźniów i skupiono się na organizacji pracy oraz dostosowywano kolejne pustostany na potrzeby obozu. Niezbędna okazała się pralnia i łaźnia dla więźniów, ponieważ nie mogli oni już korzystać, co miesiąc, z sanitarnej infrastruktury miasta. Największe jednak zasługi w przezwyciężeniu zarazy miał żydowski personel medyczny, który opiekował się ok. 300 chorymi dziećmi w prowizorycznym szpitalu na terenie getta. Według danych powojennych, zmarło nie więcej aniżeli 10 proc. zarażonych. Opiekujący się nimi lekarze podkreślali, że pacjenci byli brudni, za- wszeni, ale przede wszystkim było widać na ich wymizerowa-nych ciałach skutki długotrwałego głodu i maltretowania. Od wiosny 1944 r. próbowano zwiększyć produkcję na rzecz niemieckich sił zbrojnych, zaprzestając szycia obozowych uniformów na rzecz reparacji mundurów, wojskowego oporządzenia oraz obuwia. Otwarto nawet warsztat samochodowy i zakład naprawczy urządzeń elektrycznych, ale już w sierpniu 1944 r. owe plany zostały zarzucone, ponieważ Niemcy zlikwidowali łódzkie getto. Odtąd ciężar produkcji spoczął wyłącznie na polskich pracownikach, wśród których był już obozowy fotograf, fryzjer, buchalter, kilkoro kierowców i majstrów. Niebawem dołączyły do nich szwaczki oraz kucharki, które przyjęły obozową posadę, nie chcąc być wywiezionymi do pracy przymusowej w głąb Niemiec. We wspomnieniach więźniów nierzadko były to osoby apodyktyczne i brutalne, skore do donosów, ale wśród nich były też jednostki szlachetne, pomagające ofiarom. Dotyczy to zwłaszcza kucharek, szwaczek oraz personelu rolnego w Dzierżąznej. Żaden z Polaków po wojnie nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, gdy kilkoro z nich złożyło zeznania i były one wykorzystywane na procesie przeciwko Volksdeutsche i obozowej nadzorczym - Eugenii Pol vel Pohl. Wprawdzie niektórzy z byłych więźniów informowali sąd, że osoby te biły nie mniej dotkliwie co oskarżona i pozostali Niemcy, a jednak wypowiedzi byłych pracowników obozowych zostały uznane za wiarygodne. W korzystniejszym świetle można natomiast opisać zachowania obydwóch polskich lekarzy, którzy nie będąc zatrudnieni w obozie, kilka razy w miesiącu badali więźniów i wymusili na Niemcach dostarczenie podstawowych leków. W ten sposób doposażono obozowe ambulatorium i próbowano chronić przebywające w nim dzieci przed szykanami i karami ze strony nadzorców. Bardziej krytycznie należy jednak ocenić volksdeutschow, ponieważ oni pełnili kluczowe funkqe w systemie obozowego nadzoru. Najwięcej możemy powiedzieć o wspomnianej Pol, czy też jej przełożonej Sydonii (Izoldzie) Bajer vel Bayer oraz Edwardzie Auguście. Ostatnie z wymienionych dwóch osób, zostały w 1945 r. skazane przez Specjalny Sąd Kamy w Łodzi na karę śmierci. Wyroki przez powieszenie wykonano w więzieniu przy ul. Sterlinga 16, lecz sprawa zabójstwa przez nich dzieci w obozie była jedynie jednym z zarzutów długiej listy przestępstw, których to dopu- PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO |5 ściła się dwójka oskarżonych, współpracując z okupantem niemieckim. Z pewnością łódzcy Volksdeutsche znając język polski komunikowali się z więźniami i to im przypisano najbrutalniejsze zbrodnie w obozie. Mniej natomiast wiemy o kilkudziesięciu Ukraińcach, Rosjanach, Łotyszach i Bośniakach, którzy mając korzenie niemieckie zostali obozowymi strażnikami. Dla tych mężczyzn w wieku od 17 do 65 lat służba w obozie była niezmiernie ważna, albowiem chroniła ich przed wysłaniem na front. Ostatecznie ich rachuby w ogóle się nie sprawdziły. Po wpisaniu ich na volks-listę oraz zarejestrowaniu jako obozowych strażników i tak trafili w szeregi Wehrmachtu, SS lub Volkssturmu. W obozie pełnili dwunastogodzinną służbę, patrolując w nocy teren z psami i strzelając bez ostrzeżenia. Na pewno z ich ręki zginął jeden nastoletni więzień, którego karabinowa kula dosięgła, gdy próbował sforsować drewniane ogrodzenie. Ciało zamordowanego przyniesiono na plac apelowy, aby zwłoki mogli zobaczyć inni więźniowie. Strzelca i pozostałych strażników z patrolu uhonorowano skrzynką piwa i jednodniowym urlopem, ponieważ tyle było warte życie polskiego dziecka. Dla tych ludzi służba w obozie nie była żadną traumą, gdyż tu obchodzili swoje imieniny i urodziny, a nawet odbyła się jedna z uroczystości weselnych. Dmga miała miejsce w Dzierżąznej, gdy tamtejszy komendant Hans Fuge po raz drugi zawarł związek małżeński. Gdzie jednak w tym obozowym świecie byli rodowici Niemcy? Przecież to oni stworzyli to miejsce. Nie było ich wielu, a jednak to niemieccy policjanci o wszystkim decydowali i podlegali komendantowi obozu. Był nim Camillo Ehrlich, który do Łodzi oddelegowany został w 1941 r. z saksońskiego Colditz. Obóz opuścił w grudniu 1944 r. i po wojnie wpadł w ręce Sowietów. Ostatecznie wschodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości uznał, że niemal ll lat więzienia to wystarczająca kara i w 1956 r. pozwolił na jego wyjazd do Republiki Federalnej Niemiec. W Bawarii doceniono jego dydaktyczne umiejętności. Będąc autorem podręczników dla zachodnio-niemieckiej policji, wiódł dostatnie życie, zaś jako agent Stasi rozpracowywał struktury bezpieczeństwa miejscowego landu. Nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie w obozie przy ul. Przemysłowej w Łodzi, choć w 1973 r. nadano mu status oskarżonego. Czy obawiał się wyników śledztwa w Polsce i procesu przeciwko obozowej nadzorczym Pol w Łodzi? Zapewne śledził informacje na ten temat w zachodnionie-mieckiej prasie, ale wszelką wiedzę zachował dla siebie. Zmarł w czerwcu 1974 r. w domu starców w Monachium w wieku 81 lat. Czy przypomniał sobie twarze zmarłych w obozie dzieci i ciała więźniów wywożonych na cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Kurczaki 81 w Łodzi? Wiedział przecież o chłostach, gdy czter- NAJWIĘKSZE ZASŁUGI W PRZEZWYCIĘŻENIU ZARAZY MIAŁ ŻYDOWSKI PERSONEL MEDYCZNY. KTÓRY OPIEKOWAŁ SIĘ OK.300CHORYMI DZIEĆMI W PROWIZO-RYCZNYM SZPITALU NA TERENIE GETTA. dzieści batów rozkładano skazańcowi na dwie lub trzy raty i następnie wleczono nieprzytomne dziecko do karceru. To on podpisywał miesięczne raporty o stanach obozowych, gdzie przeszło 60 proc. więźniów w ogóle nie mogło pracować z powodu niewydolności układu oddechowego, nerek, zapalenia pęcherza, nieżytu żołądka, odmrożeń, czyraków oraz ran ciętych i tłuczonych. Nie interweniował, gdy Volksdeutsche pastwili się nad osadzonymi lub czynili to starsi więźniowie przywiezieni z Opolszczyzny i pełniący w obozie funkcje trębacza, sztubowych lub kapo. flu więźniów zginęło? Dziś wiemy, że przez obóz nie przeszło od 12 do 15 tys. dzieci i nie przeżyło wojny jedynie 900 z nich. Śmiertelność uwięzionych była znacznie niższa i obecnie udokumentować możemy ok. 80 zgonów, na 2-3 tys. więźniów, którzy w latach1942-1945 znaleźli się w tym obozie. Jednak nie w liczbach zasadza się tragedia polskich dzieci, ale w skutkach, które dla zdrowia fizycznego i psychicznego niósł pobyt w tymże obozie. Po wojnie przeżycia byłych więźniów położyły się cieniem na ich życiu zawodowym i rodzinnym. Nigdy też oprawcy niemieccy nie zrekompensowali im finansowano cierpień, bo czy można przywrócić ofiarom życie, a żywym oddać stracone lata? Dziś ponownie przypominamy historię obozu, gdyż ma być on przestrogą dla przyszłych pokoleń. Wojna zawsze zabija człowieczeństwo, pozostawiając po sobie emocjonalne kaleki - ofiary i sprawców. Nigdy się też nie kończy, ponieważ ci co ją przeżyli zawsze ją noszą we swych wspomnieniach i cierpią, gdy ci co jej nie doświadczyli, nie mogą zrozumieć jak głęboko w więźniach tkwi trauma obozu. KONSPIRATORKI NSZ ____l Kiedy Weronikę Lipińską więziono, jej syna i córkę Niemcy umieścili w obozie dla dzieci. Córka przeżyta wojnę.___ _______losów syna nie udało się do końca wyjaśnić._________ PATRYCJA RESEL ODDZIAŁIPN W ŁODZI Weronika Lipińska urodziła się l stycznia 1907 r. Mieszkała z matką przy ul. Sebastiana Felsztyń-skiego 31 w Łodzi. Przed wybuchem wojny pracowała jako prządka w Manufakturze Karolewskiej tzw. „Pieprzorce”. Wówczas należała także do Stronnictwa Narodowego w Łodzi. Tuż po rozpoczęciu okupacji niemieckiej związała się ze stolarzem Kazimierzem Czarneckim z Szadku (pow. zduńskowolski). Ztego związku przyszła na świat dwójka dzieci. Ich córka Kazimiera urodziła się 11 marca 1942 r., a rok później 20 listopada syn Lechosław Kazimierz. Imiona dzieci zostały Lipińskiej i Czarneckiemu narzucone przez urzędników niemieckich, którzy zgodnie z rozporządzeniem namiestnika Rzeszy w tzw. Kraju Warty Arthura Greisera z l listopada 1941 r., mogli rejestrować tylko tepolskiedzied, którymro-dzice nadali imiona znajdujące się na przygotowanym wykazie. Wykaz ten obejmował ponad 450słowiańskich imion męskich i żeńskich, w większości historycznych, nie będących w powszechnym użyciu. Ponadto w celu naznaczenia Polaków w Kraju Warty wprowadzono nakaz nadawania dziecku jako drugie imię Kazimierz lub Kazimiera, jeślinie nadano go jako pierwsze. Dla Lipińskiej i Czarneckiego rejestracja dzieci w urzędzie niemieckim była jedynie formalnością, gdyż na chrzcie świętym ich córka otrzymała imię Dominika, a syn imię Sylwian. Pomimo ryzyka, które niosła ze sobą działalność w organizacji konspiracyjnej, lipińska łączyła wypełnianie obowiązków rodzicielskich z przynależnością do Okręgu Łódzkiego IX Narodowych Sił Zbrojnych. Konspira-torka przyjęła pseudonim „Brzóska”. W jej mieszkaniu przy ul. S. Felsztyńskiego (wówczas Artur-Meister-StraRe) 49 odbywały się przysięgi żołnierzy NSZ. Do jej zadań należało ukrywanie zagrożonych aresztowaniem członków podziemia, a od 1943 r. pełniła także funkcję Weronika Lipińska z pielęgniarkami (1945) łączniczki ówczesnego komendanta łódzkiego okręgu NSZ Antoniego Czernika „Dziadka”. W1942 r. Lipińska poznała Henryka Laszkiewicza. Nieświadoma tego, żemadoczynieniaze współpracownikiem niemieckiej policji, zwierzyła się Laszkiewi-czowi, że należy do NSZ. Wkrótce go rozszyfrowałaizerwała wszelkie kontakty. Po złożeniu meldunku przez Laszkiewicza została jednak aresztowana w kwietniu 1944 r. i osadzona w obozie pracy przymusowej naSikawie.WyszłanawolnośćlŚ maja1944 r., ale nie na długo. Nocą, 5 września1944r. Gestapo wtargnęło do mieszkania Lipińskiej i ponownie aresztowało. Razem z nią został ujęty także Czarnecki. Konspiratorkę osadzono w więzieniu policyjnym dlakobietprzy ul. Gdańskiej 13. Od2lutego I945r. przebywała w podobozie obozu Ravensbruck w Neubrandenburg, gdzie była poddawana eksperymentom pseudomedycznym. Poszukiwania dzieci Po powrocie do Polski Lipińska rozpoczęła intensywne poszukiwania członków swojej najbliższej rodziny. Dowiedziała się, że jej partner Czarnecki został przetransportowany 10 listopada 1944 r. do niemieckiego obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zginął 3 stycznia 1945 r. Równie tragiczne okazały się losy dzieci Lipińskiej - Kazimiery i Lechosława, które po aresztowaniu rodziców czasowo przebywały w mieszkaniu swoich sąsiadów. Z akt niemieckich wynika, iż ze względu na wiek i stan zdrowia dzieci zostały odebrane przez pielęgniarkę i przekazane do Städtischen Kinderheim, czyli miejskiego domu dziecka. Przez lata Lipińska twierdziła, że jej córkaisyn zostali osadzeni w niemieckim obozie dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi. Lechosław miał zostać w obozie otruty, co według Lipińskiej zostało stwierdzone przez Komisariat VIMOwLodzi. Na dwuletniej Kazimierze miały być przeprowadzane eksperymenty pseudomedyczne, w wyniku których dziewczynka zachorowała na gruźlicę. Podczas kwerendy nie odnaleziono jednak dokumentów potwierdzających tę relację. Zadośću sssspasssa Po zakończeniu wojny Kazimiera przebywała w sierocińcu prowadzonym przez Ojców Bonifratrów, który mieścił się przy ul. KosymerówGdyńskichwŁodzi. W1946 r. została odnaleziona przez Lipińską i odebrana z siero- cińca. Po wyjściu z niemieckiego obozu koncentracyjnego Lipińska była niezdolna do pracy zarobkowej i znajdowała się naren-cie inwalidzkiej. Razem z córką żyła w trudnych warunkach materialnych. W1947 r. wyjechała z Łodzi na Ziemie Odzyskane i zamieszkała w Jezioranach (pow. olsztyński). Dwalatapóźniej wyprowadziła^wrazzcórkąsiędo Lidzbarka Warmińskiego. Po pięciu latachbezskutecz-nych starań Kazimiery Czupiej ootrzymanieuprawraeńkomba-tanddch w tytułu przebywania w niemieckim obozie dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi, decyzją szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych z dnia 23 stycznia 2015 r. w końcu została uznana za ofiarę niemieckich represji z okresu II wojny światowej. Weronika Lipińska zmarła 22 lipca 1979 r., a jej córka Kazimiera 10 marca 2015 r., zaledwie miesiąc od otrzymania uprawnień kombatanckich. Spoczywają we wspólnym grobie na cmentarzu komunalnym w Lidzbarku Warmińskim. 6 | WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 ZBRODNIE, KTÓRE NIE PODLEGAŁY DYSKUSJI. OPRAWCY POLSKICH DZIECI PRZED SĄDEM Ważnym tematem dotyczącym historii dzieci z obozu przy ul. Przemysłowej w Łodzi jest sprawa powojennego osądzenia _______________________obozowych oprawców. Ramię sprawiedliwości dosięgło tylko troje z nich.______________________ DRTOMASZTOBOREK ODDZIAŁIPN WŁODZI Procesy sądowe wytoczono bezpośrednio po wojnie - Edwardowi Augustowi i Sydonii Bajer -dwóm najbardziej okrutnym przedstawicielom obozowej załogi oraz Eugenii Pol, która sądzona była w latach 1972-1976. Procesy miały odmienny charakter i prowadzono je w bardzo różnych realiach politycznych. Dwa pierwsze odbyły się przed tzw. Specjalnymi Sądami Karnymi powołanymi we wrześniu 1944 r. aby rozpatrywać sprawy niemieckich zbrodniarzy wojennych oraz osób współpracujących z okupantem, szczególnie volksdeut-chów. Władza chciała szybko i skutecznie wymierzyć sprawiedliwość oczywistym jej zdaniem zbrodniarzom. Konsekwencją były uproszczone procedury, które pozwalały na sprawne i szybkie skazanie podsądnych. Oskarżenie nie wymagało uzasadnienia, a wyroki, które ogłaszano po naradzie były ostateczne i prawomocne. Jerzy Sawicki, sędzia i teoretyk prawa, pisał: „Ustrój i procedura Sądów Specjalnych stanowią wypadkową emocjonalnych potrzeb chwili i nowych tendencji demokratycznego sądownictwa”. Potrzeby te zaspokajano z pomocą ławników, którzy w liczbie dwóch mogli w razie potrzeby przegłosować sędziego. Tym ostatnim nie zawsze bowiem ufano. Jak pisał ówczesny prezes Sądu Najwyższego: „Sędziowie polscy, choć w większości lojalni w stosunku do obecnej rzeczywistości, są przeważnie jeszcze dalecy od szczerze demokratycznego, względnie socjalistycznego poczucia prawnego. Dlatego należy dać w sądach karnych przewagę ilościową ławników nad sędziami państwowymi. Dopóki nie będziemy mieli dostatecznej ilości sędziów o socjalistycznym poczuciu prawnym (...), musimy ich zastępować uspołecz- nionym elementem ławniczym”. Przed taki właśnie sądem stanęli członkowie załogi obozu Sydonia Bajer i Edward August. W obu przypadkach -podkreślmy - sąd miał do czynienia z obozowymi oprawcami, a ich zbrodnie nie podlegały dyskusji. Wiemy to jednak raczej z późniejszych relacji czy choćby procesu Eugenii Pol z lat siedemdziesiątych. Podczas śledztw z 1945 r. nie zadbano natomiast o rzetelny materiał dowodowy, starając się po prostu dokonać na oprawcach skutecznej zemsty. W przypadku dochodzenia i rozprawy przeciwko Augustowi przesłuchano łącznie sześć osób. Trzy z nich były świadkami obrony i podkreślały pozytywny stosunek oskarżonego do Polaków. Trzech pozostałych zeznających było sąsiadami oskarżonego i zeznawało na temat jego nienawiści do Polaków, strasze- niu bronią oraz gróźb pod adresem mieszkańców kamienicy, w której mieszkał. Żaden ze świadków nie był jednak więźniem obozu przy ul. Przemysłowej! Oskarżenie o zbrodnie w Polen-Jugendverwahrlager opierało się wyłącznie na relacji niejakiego Jana Grzanki, który zeznał, że podczas transportu pociągiem do innego obozu spotkał 14-letniego chłopca, nieznanego mu z imienia i nazwiska, który miał być więziony na Przemysłowej i opowiadał mu o zbrodniach Augusta. Pomimo oczywistych braków w materiale dowodowym, po trwającej nieco ponad 3 godziny rozprawie (razem z przygotowaniem i odczytaniem wyroku) August otrzymał karę śmierci. Charakterystyczne jest uzasadnienie wyroku, w którym sąd lekceważąc zeznania świadków broniących Augusta, uznał je za mało wiarygodne gdyż nie byli więźniami obozu. To, że świadkowie oskarżający go o zbrodnie również nigdy nie byli na Przemysłowej nie miało dla sądu większego znaczenia. Również Sydonia Bajer została skazana na karę śmierci. Zarzucono jej, że: „idąc na rękę okupacyjnej władzy niemieckiej jako kierowniczka obozu karnego dla dzieci polskich brała udział w znęcaniu się nad nimi, a w szczególności przyczyniła się do śmierci dwóch dziewczynek - Urszuli Kaczmarek i Danuty Jakubowskiej”. Warto dodać, że przytoczony cytat to całość aktu oskarżenia. Dla jego potwierdzenia na rozprawę wezwano pięcioro świadków, z których trójka potwierdzała, choć z wieloma nieścisłościami, fakt bicia i znęcania się nad dziećmi. Sąd potrzebował pięciu godzin by skazać Bajerową na najwyższy wymiar kary. Jedna z wymienionych ofiar - Danuta Jakubowska, przeżyła obóz, a sąd pomylił ją z siostrą - Teresą. Pokazuje to jakość przeprowadzonego wówczas śledztwa i wiarygodność materiału dowodowego. Przebieg dwóch omówionych procesów oczywiście nie podważa winy skazanych w nich zbrodniarzy. Historycy sięgający do procesowych dokumentów mają jednak poważny problem. Zachowany po rozprawach materiał dowodowy nie tylko nie ułatwia badania historii obozu, ale wręcz je utrudnia. Niektóre wydarzenia zostały bowiem zafałszowane bądź przypisane innym osobom. Inne całkowicie pominięte. Nie wiemy, tak naprawdę, których przestępstw rzeczywiście się dopuścili. Miało to duże znaczenia dla kolejnego procesu jaki w latach siedemdziesiątych wytoczono obozowej „wychowawczyni” Eugenii Pol. Proces Eugenii Pol miał nie tylko rozstrzygnąć o winie Eugenii Pol, ale być w pewnym sensie rozliczeniem z historią obozu. Wpisywał się także w politykę historyczną realizowaną wówczas przez komunistyczne władze. Cechowało ją ponowne eksponowanie niemieckich zbrodni, a także pod^ kreślanie martyrologii narodu polskiego. Ten ostatni zabieg czyniony był często w odniesieniu do Holocaustu i miał pokazać równorzędność polskiego cierpienia podczas wojny. Los bezbronnych polskich dzieci zamkniętych w obozie był tutaj bardzo mocnym argumentem. Dlatego proces Eugenii Pol i jego ostateczna wymowa miały dla władzy duże znaczenie. Warto dodać, że jednym ze świadków w procesie był Józef Witkowski - późniejszy autor monografii obozu, postać tyleż ważna dla propagowania historii obozu, ileż kontrowersyjna. Witkowski wykonał solidną pracę badawczą docierając do więźniów, dokumentów i odtwarzając historię łagru. Robił to jednak w skrajnie tendencyjny sposób starając się zaspokoić potrzeby władzy - np. zawyżając liczbę ofiar do zupełnie nierealnych rozmiarów. Elementem tej polityki było też doprowadzenia do głośnego propagandowego procesu, którego „bohaterką” była obozowa nadzorczym. Kobieta, której nikt do tego momentu nie wypominał przeszłości obozowej „wychowawczyni”, mieszkająca po wojnie w Łodzi, została oskarżona o najcięższe zbrodnie. Do dzisiaj nie wiemy, które z nich rzeczywiście popełniła. Proces Eugenii Pol vel Genowefy Pohl ciągnął się z przerwami od lipca 1970 do stycznia PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO |7 unter Nr. \ , ' Name: lo 9 ff i itsche Volksliste lufgenommen worden. bei Frauen Gebirtjüume: Vorname:....... OaAA)\ÄAAAA/ * in: Beruf:. Wohnort: Straße ; HA^ fc IX K den HUÍ &mJhwM Die Zweigstelle Deutschen Volksliste mr'~' • ' v„ (Eigenbftndtg« Unter«öirlfij ggcsf/ . Dokument potwierdzający wpisanie Eugenii Poi na volksiistę 1976 r. Przesłuchano 77 byłych więźniów obozu i we wrześniu 1971 r. do Sądu Wojewódzkiego skierowano akt oskarżenia, w którym podsądnej zarzucano zabójstwo sześciu więźniarek. Podawano jednak nazwiska tylko trzech nich, w tym - co znamienne - Urszuli Kaczmarek, za której zabicie skazano już ćwierć wieku wcześniej Sydonię Bajer. Proces nie wyglądał już jednak tak jak rozprawy z 1945 roku. Prokurator, który zbyt nonszalancko potraktował materiał dowodowy miał ogromne problemy z przekonaniem składu sędziowskiego o winie oskarżonej. Nie pomagali w tym świadkowie, którzy zmuszeni do opisywania traumatycznych przeżyć z obozu popełniali wiele błędów, bądź po prostu nie potrafili odtworzyć w pamięci wydarzeń z wczesnego dzieciństwa. Jak pisał prokurator Zbigniew Piechota, w sprawozdaniu dla swoich przełożonych: „relacjonowali inaczej przedstawione przez siebie fakty niż w toku śledztwa. Zmieniali niektóre okoliczności, wprowadzali i przedstawiali nowe poprzednio nieznane przypadki”, „podawali inne osoby jako sprawców określonych zdarzeń”. Były nawet przypadki gdy nie potwierdzali zeznań ze śledztwa odczytanych im na procesie. Osoby dotknięte obozową traumą trudno odnajdowały się w normalnym życiu. Rzadko osiągały zawodowe sukcesy i uzyskiwały wykształcenie. Nie potrafiły także opisywać swoich przeżyć i emocji. Sam prokurator stwierdzał, że byli to ludzie „prości, niewykształ-ceni i podatni na sugestie” a „pobyt w obozie w okresie ich dzieciństwa pozostawił na nich trwałe ślady”. Nic dziwnego, że w atmosferze publicznego procesu przy licznie wypełnionej sali byli zdeprymowaniu i gubili się w podstawowych faktach. Paradoksalny a zarazem okrutny okazał się fakt, że ci którzy doświadczyli często najbardziej traumatycznych przeżyć byli - właśnie z tego powodu - mniej wiarygodnymi świadkami obozowych wydarzeń. Niektórzy z nich, jak komentował prokurator, „czując się w obowiązku udzielenia odpowiedzi na każde zadane im pytanie, czynili to bez względu na to, czy określona okoliczność była im bardziej lub mniej znana, względnie czy słyszeli o niej tylko z opowiadań”. Część z zeznających, którzy mieli być np. naocznymi świadkami zabójstwa Urszuli Kaczmarek, trafiła do obozu już po śmierci tej dziewczynki, inni po okazaniu im zdjęć obozowych „wychowawczyń” mylili Eugenię Pol z Sydonią Bajer. Obrona podkreślała też, że w zeznaniach składanych wcześniej przed Okręgowymi Komi-sj ami Badania Zbrodni Hitlerowskich świadkowie w ogóle nie wspominali Eugenii Pol. Dopiero w prokuraturze - niejako ulegając sugestii przesłuchujących - przedstawiali ją jako „sprawcę określonych zdarzeń”. Osobny rozdział tej historii to powojenne losy nadzorczym. Eugenia Pol żyła spokojnie w Łodzi, a nawet spotykała się z niektórymi z więźniarek na gruncie towarzyskim. Mało tego - niektóre z nich pożyczały od niej duże sumy pieniędzy, których nie zwróciły do początku procesu. Nic dziwnego, że także nie mogły być wiarygodnymi świadkami. Obrońca z urzędu Stanisław Maurer - nb. znany później obrońca w procesach politycznych opozycji demokratycznej w Łodzi - okazał się dla prokuratury trudnym przeciwnikiem. Z łatwością podważał zeznania świadków oskarżenia i eksponował wszystkie nieścisłości. Sąd nie mając innego wyjścia 27 marcai972r. zwrócił akta prokuraturze nakazując uzupełnienie postępowania. Prokuratura złożyła wprawdzie zażalenie, ale Sąd Najwyższy uznał je tylko za częściowo zasadne i zlecił uzupełnienie śledztwa. »roces Wkrótce rozpoczęto przygotowania do nowego procesu, który nie mógł już przynieść tak spektakularnej porażki. 4 maja 1973 r. w Prokuraturze Generalnej PRL w Warszawie odbyła się burzliwa narada, podczas której jawnie mówiono o politycznym charakterze sprawy. Ludomir Anders (dyrektor Departamentu n Prokuratury Generalnej) oświadczył, że „sprawa Eugenii Pol, uwzględniając jej charakter, w żadnym wypadku nie może się zakończyć wynikiem niepomyślnym dla prokuratury” oraz, że „należy uczynić wszystko, aby w toku ponownej rozprawy sądowej nie wystąpiły żadne nie przewidziane dla oskarżenia okoliczności, jak to miało miejsce poprzednio”. Proces wznowiono 12 marca 1974 r. Zeznania świadków zdaniem sądu były tym razem nieco bardziej przekonywujące i jednoznaczne, a Eugenię Pol uznano winną zarzucanych jej czynów. 2 kwietnia 1974 r. skazano ją na 25 lat pozbawienia wolności. Pol nie udowodniono bezpośredniego zabójstwa żadnej z dziewczynek, jednak uznano, że „przyczyniła się do spowodowania śmierci” trzech z nich: Kaczmarek, Jakubowskiej i Bammes. Nieco niejasna formuła, że E. Pol „przyczyniła się do spowodowania śmierci” nie była przypadkowa, ponieważ w chwili śmierci dwóch z nich (w kwietniu 1944 r.) oskarżona od ponad miesiąca nie pracowała już na Przemysłowej, ale w filii łódzkiego obozu w Dzierżąz-nej. Trzeba więc było bronić tezy, że do śmierci dziewczynek doprowadziło długotrwałe znęcanie się, w którym oskarżona miała swój udział. Wymienione okoliczności sprawiły jednak, że adwokat oskarżonej w skardze rewizyjnej zakwestionował ustalenia sądu. Sąd Najwyższy wyrokiem z 25 stycznia 1975 r. uchylił decyzję sądu wojewódzkiego i skierował sprawę do ponownego rozpoznania. Wydaje się, że w tym momencie zadziałały już wyższe czynniki polityczne. Sąd wojewódzki, choć materiał dowodowy praktycznie się nie zmienił, wydał 27 czerwca 1975 ponownie wyrok skazujący zatwierdzony 30 stycznia 1976 r. przez Sąd Najwyższy. Eugenię Pol uznano winną „brania udziału w zabójstwie” dwóch dziewczynek i skazano na 25 lat więzienia. Na wolność wyszła w 1989 r. Artur Ossowski, „Dzieci z zielo- nego autobusu". Z zeznań o niemieckim obozie dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi (1942-1945), Łódź-Warszawa2022.272s. + 32 s. wkł.zdj., ISBN978-83-8229-622-8 W przeddzień wkroczenia do Łodzi Armii Czerwonej, 18 stycznia 1945 r., niemiecka załoga opuściła obóz, pozostawiając więźniów własnemu losowi. Dla dzieci skończyła się wojna, ale jej trauma trwała i powróciła po 25 latach, gdy niektóre z nich ponownie musiały spotkać się na sali sądowej ze swoją oprawczynią. W grudniu 1970 r. zatrzymano w Łodzi obozową funkcjonariuszkę Eugenię Pol. Sądzono ją w latach 1972-1976 i skazano na 25 lat więzienia. Nie potwierdzono jednak informacji, że w obozie Niemcy osadzili ok. 15 tys. nieletnich, z których przeżyć miało jedynie 900 więźniów. Ostateczne dane sugerują, że przez obóz przeszło od 2 tys. do 3 tys. polskich dzieci, a liczba zmarłych i zamordowanych nie przekroczyła ok. 200 osób, choć z imienia i nazwiska ustalono jedynie jedną trzecią ofiar.Historia obozu jest jednak wielowątkowa i nie zakończyła się wraz z II wojną światową. Byli więźniowie wciąż na nią wpływali i dokonywali jej przemodelowania, podążając za politycznymi przemianami oraz chcąc upamiętnić zamordowane i zmarłe w nim dzieci. Dlatego głównym celem niniejszej publikacji jest uzupełnienie informacji o funkcjonowaniu niemieckiego obozu dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi, uporządkowanie danych i zaprezentowanie Czytelnikowi kolejnych materiałów na ten temat.Książka opiera się na archiwaliach z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej i dokumentach z Bundesarchiv, przede wszystkim na aktach procesowych Eugenii Pol i Sydonii (Izoldy) Bayer, najlepiej ilustrujących złożoność problemu oraz polityczne tło karania winnych obozowych zbrodni. Analiza mikrohistorii i losów bohaterów opisywanych wydarzeń pozwoliła scharakteryzować kadrę obozu - nie tylko niemiecką załogę, łącznie z volksdeutschami, lecz także polski personel pomocniczy i majstrów żydowskich, ze szczególnym uwzględnieniem roli tych ostatnich w procesie organizacji obozowej produkcji. Nie w liczbach tkwi jednak tragizm minionych wydarzeń, ani w bestialstwie obozowej kadry, lecz zawarty on jest w powojennych życiorysach więźniów. Dla nich skutki wojny to sieroctwo, choroby, brak wykształcenia i ciężka praca fizyczna w warunkach powojennych oraz problemy w życiu rodzinnym, ponieważ obóz odcisnął piętno na ich psychice i duszy. Dlatego dziś możemy zadbać o ich godność i przypomnieć, że wśród ofiar II wojny światowej były setki tysięcy polskich dzieci - to im w Łodzi poświęcono pomnik Martyrologii Dzieci, który mieszkańcy miasta nazywają pomnikiem „Pękniętego Serca”. Stąd najnowsza publikacja IPN Oddział w Łodzi i próba podsumowania -w sposób naukowy - znaczenia obozu na mapie niemieckich zbrodni w Polsce, aby pamięć o tym miejscu trwała i stanowiła element historycznego przekazu dla kolejnych pokoleń. ARTUR OSSOWSKI FOT. GRZEGORZ GAŁASIŃSKI 8 | WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 GDZIE SĄ ( Q BY DZII EG ZMARŁYCH WN 1EI S/W EG KIM Ol BOZIE PRZY UL. P 'R2 :e MY SŁC )W EJ W ŁODZI? A7 75 7 77 pochowanych na łódzkim cmentarzu przy ul. Kurczaki nieletnich ofiar niemieckiego ohozi 1 nie posiada swojego grobu i upamiętnienia. Niepoinformowane i zamieszkałe 7 dala od lodzi rodziny nie miały możliwości zadbać 0 miejsca pochówku swoich dzieci. DR KRZYSZTOF LATOCHA ODDZIAŁ IPNWŁODZI Ogrom cierpienia młodych Polaków, którzy trafili do niemieckiego obozu w Łodzi, skłania do refleksji. Powstaje wiele pytań, lecz na niektóre z nich nie uda znaleźć się odpowiedzi ze względu na brak odpowiednich dokumentów źródłowych. Jedno z takich pytań dotyczy kwestii liczby zmarłych dzieci oraz tego, co stało się z ich ciałami. Najnowsze szacunki historyków wskazują, że przez obóz przeszło od 2 tys. do 3 tys. polskich dzieci, a liczba jego ofiar nie przekroczyła ok. 200 osób. Nieletni więźniowie obozu przy ul. Przemysłowej umierali z głodu, chorób i wycieńczenia. Świadkowie, którzy przeżyli pobyt w obozie wspominali też liczne zbrodnie popełnione przez jego załogę. Część dzieci została brutalnie zakatowana przez strażników, a część zastrzelono przy próbie ucieczki. Bardzo ważne ustalenia w tej sprawie poczynili pracownicy Oddziałowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi, kontynuujący swoją pracę w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Łodzi. W ramach prowadzonego śledztwa przeciwko Eugenii Pol oraz w sprawie obozu hitlerowskiego dla dzieci i młodzieży polskiej przy ul. Przemysłowej w Łodzi przeprowadzili kwerendę w aktach Urzędu Stanu Cywilnego - Łódź Śródmieście. Sprawdzono również niemieckie akta Urzędu Statystycznego m. Łodzi w zbiorach ówczesnego Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Łodzi. Udało się odnaleźć akty zgonu kilkudziesięciu zmarłych w obozie dzieci. Obecnie lista potwierdzonych ofiar liczy 77 nazwisk. Do niedawna funkcjonowało przekonanie, że zmarłych nieletnich więźniów grzebano Jurek Rutkowski jako jedna z nielicznych ofiar ma swój grób na cmentarzu żydowskim w Łodzi, a więc tuż za murem oddzielającym obóz od cmentarza. Twierdzenie to było oparte wyłącznie na niejasnych przekazach ustnych. Gettowe i cmentarne dokumenty żydowskie nie potwierdzają tej informacji. Brak odpowiednich źródeł uniemożliwia zweryfikowanie tej hipotezy. Jedynym udokumentowanym miejscem pochówku ofiar niemieckiego obozu dla dzieci i młodzieży polskiej przy ul. Przemysłowej jest cmentarz rzymskokatolicki św. Wojciecha przy ul. Kurczaki 8i w Łodzi. Podczas okupacji niemieckiej był to jeden z dwóch cmentarzy w mieście, na którym mogli być chowani Polacy. W związku z tym przeprowadzono kwerendę w znajdującej się w Oddziałowym Archiwum IPN w Łodzi Księdze zmarłych i pochowanych na cmentarzu na Kurczakach w latach 1942-1945 -sygn. IPN Ld 178/3. Informacje te zweryfikowano następnie poprzez wgląd do oryginalnej księgi zmarłych, która znajduje się w kancelarii cmentarza na Kurczakach. W efekcie tych kwerend ustalono zapisy potwierdzające pochówki 77 dzieci. Zapisy z numeracją grobów dzieci, nie odpowiadają jednak współczesnemu podziałowi cmentarza na kwatery. Niestety do obecnych czasów zachowały się tylko dwa groby dzieci zmarłych w obozie przy ul. Przemysłowej - Jerzego Rutkowskiego i Zygmunta Olejniczaka. Dziewięcioletni Jurek Rutkowski z Płońska zmarł w obozie 16 grudnia 1943 r. na skutek wyniszczenia organizmu oraz licznych kar zadawanych przez obozowych funkcjonariuszy. Pochowany został na cmentarzu dwa dni później w dawnej kwaterze nr 2, na polu 12, w linii lA, w grobie nr 55. Dwunastoletni Zygmunt Olejniczak z Otmianowa zmarł 29 sierpnia 1944 r. i pochowany został trzy dni później w dawnej kwaterze nr 38, na polu 7, w linii 10, w grobie nr 3. Obecna lokalizacja tych grobów jest przesunięta o kilka numerów. W księdze cmentarnej w uwagach przy nazwisku Olejniczaka dopisano „Jugendamt”. Może to wskazywać, że pochówek tego dziecka opłacił niemiecki urząd do spraw dzieci i młodzieży. W oficjalnych dokumentach zapisano, że obaj chłopcy zmarli z powodu gruźlicy płuc. O tym, że zachowały się tylko te dwa groby dziecięce zadecydowały najprawdopodobniej działania rodzin, które dowiedziały się ó ich śmierci. Halina Rutkowska przyjechała do Łodzi 13 grudnia 1943 r. by zobaczyć synka. Gdy wróciła po trzech dniach, by zabiegać 0 jego uwolnienie, Jurek już nie żył. Pozostałe groby zostały na przestrzeni lat przekopane 1 przeznaczone pod nowe pochówki, a ich obecne położenie nie odpowiada zapisom ze starej księgi cmentarnej. Przed II wojną światową teren cmentarza przy ul. Kurczaki był o wiele mniejszy i obejmował tylko jego zachodnią część, ciągnącą się do ul. Bałtyckiej. Obecnie znajdują się tam kwatery o numeracji 1-13. Obszar ten jest dobrze widoczny na niemieckim zdjęciu lotniczym z maja 1942 r. Teren cmentarza został znacznie poszerzony w czasie okupacji niemiedkiej. Informację tę potwierdzają najstarsi mieszkańcy, których działki sąsiadują z cmentarzem. Niemcy anektowali pobliskie pola ome i utworzyli kwatery cmentarne, które odpowiadają obecnej numeracji od 14 do 33. Musiało to nastąpić pod koniec 1942 r., gdyż na zdjęciach lotniczych z 1942 r. cmentarz nie jest jeszcze poszerzony, a w 1943 r. już zaczęto chować zmarłych na nowej części. Północno-wschodnia część cmentarza została zajęta przez kurię dopiero po wojnie i obejmuje ona kwatery od 34 do 52. Widać to dobrze na polskim zdjęciu lotniczym z 1949 r., gdzie włączone pola rolne są dopiero przygotowywane pod pochówki cmentarne. W planach było anektowanie dalszych sąsiednich działek, a po środku nowej części miał się znajdować okrągły plac centralny i aleja. Sąsiadujący z terenem cmentarza łodzianie pamiętają szeroką aleję obsadzoną drzewami, która kończyła się okrągłym klombem. Za klombem była otwarta przestrzeń z polami ornymi. Nie było ogrodzenia, a kwatery cmentarne obsadzono żywopłotem oddzielającym je od pól. Taki obraz potwierdza również zdjęcie lotnicze z 1949 r. W latach 60. zlikwidowano klomb, a na granicy postawiono płot, który przebiegał po skosie narożnika kwatery 33, co jest widoczne na zdjęciu lotniczym z 1969 r. Dzieci zmarłe w niemieckim obozie przy ul. Przemysłowej nie były chowane w jednej kwaterze, lecz ich groby były rozrzucone po terenie całego cmentarza. Mimo że już wtedy istniała kwatera przeznaczona do pochówków dziecięcych (obecnie kwatera nr 12), to tylko troje nieletnich ofiar obozu zostało w niej pochowanych. Księga cmentarna na Kurczakach zaczyna się od pochówku z 16 czerwca 1942 r. Pierwszy zapis dotyczący pochówku dziecka z obozu pochodzi z 11 maja 1943 r. Tego dnia na cmentarzu pogrzebano zwłoki czternastoletniej Urszuli Kaczmarek, która została zakatowana przez obozową wachmankę. Do listopada 1943 r. zmarłe dzieci były chowane na starej części cmentarza, a od grudnia 1943 r. pogrzeby odbywały się już na nowej części. Prawidłowości tej wymyka się tylko grób Jurka Rutkowskiego, który spoczął w kwaterze dziecięcej. Najwięcej pochówków miało miejsce na przełomie 1943 i 1944 r. oraz w marcu i kwietniu 1944 r. Dokumentacja obozowa oraz wspomnienia byłych więźniów potwierdzają, ze w tych dwóch okresach wybuchła epidemia tyfusu. Dzieci bez grobów W księdze cmentarnej przy nazwiskach chowanych dzieci nie zaznaczano, że zmarły one w obozie przy ul. Przemysłowej. Tylko w jednym przypadku, pochowanego 6 kwietnia 1944 r. Mariana Janasika dopisano w uwagach „Kinder Lager”. Przy zmarłym 22 października 1944 r. Teodorze Borowiaku zapisano natomiast „Jugendamt”, tak samo jak przy nazwisku wspomnianego już Zygmunta Olejniczaka. Brak takich adnotacji uniemożliwia odnalezienie pozostałych pochówków dziecięcych, gdyż konieczna jest w takiej sytuacji znajomość nazwisk wszystkich ofiar obozu. Powojenna zmiana numeracji kwater, utrudnia dokładną lokalizację grobów dziecięcych. Dodatkowy problem stworzyło poszerzanie niektórych kwater kosztem alejek i wynikające z tego przesunięcia w liniach grobów. Niestety aż 75 z 77 pochowanych na tym cmentarzu nieletnich ofiar niemieckiego obozu nie posiada obecnie swojego grobu i upamiętnienia. Niepoinfor-mowane i zamieszkałe z dala od Łodzi rodziny tych dzieci nie miały możliwości zadbać o miejsca ich pochówku. Po upływie 20 lat ich groby zostały przeznaczone pod kolejne pochówki. Bez zgody współczesnych dysponentów tych miejsc nie można przeprowadzić ekshumacji, ani stworzyć tablic upamiętniających zmarłe dzieci z niemieckiego obozu przy ul. Przemysłowej. PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO |9 łł ROZPACZ BYŁA POWSZECHNA..." w w OFIARY ..AKTION ZAMOŚĆ u Okrutny los najmłodszych i dorosłych na Zamojszczyźnie związany był z zamiarem przekształcenia Europy Środkowo- _________-Wschodniej w „niemiecką przestrzeń życiową". Znalazło to swoje teoretyczne i praktyczne przełożenie w tzw. Generalnym Planie Wschodnim (Generalplan Ost), czyli długofalowym planie wysiedleń, kolonizacji i germanizacji. _______________________Jako pierwszy do realizacji tych założeń wybrano obszar Zamojszczyzny.____________________ KINGA ŻELAZKO ODDZIAŁ IPN W LUBLINIE Rany wojna zadała całej naszej Ojczyźnie -cierpiały też dzieci tu na Zamojszczyźnie. Przyniosła im wojna śmierć i cierpienie, zabrała wielu bliskich, godność i mienie”. Fragment współczesnego wiersza ll-let-niej Katarzyny Kolaszyńskiej upamiętnia najmłodsze ofiary niemieckiej akcji wysiedleń-czo-kolonizacyjnej na Zamojszczyźnie. Rozpoczęta nocą 27 listopada 1942 r. wysiedleniem Skierbieszowa i sąsiednich Sadów realizowana była z niezwykłą brutalnością do połowy sierpnia 1943 roku. Wśród ok. lio tys. wysiedlonych Polaków, znalazło się przynajmniej 30 tys. dzieci. Okrutny los najmłodszych i dorosłych na Zamojszczyźnie związany był z zamiarem przekształcenia Europy Środkowo-Wschodniej w „niemiecką przestrzeń życiową”. Znalazło to swoje teoretyczne i praktyczne przełożenie w tzw. Generalnym Planie Wschodnim (Generalplan Ost), czyli długofalowym planie wysiedleń, kolonizacji i germanizacji. Jako pierwszy do realizacji tych założeń wybrano obszar Zamojszczyzny. Od samego początku Niemcy prowadzili akcję wysiedleńczą niezwykle brutalnie. Nad ranem lub w nocy, po wcześniejszym otoczeniu wsi, wpadali do domów i wśród wrzasków, bicia wyrzucali mieszkańców: „Słychać było szwargot niemiecki. Zaczęłyśmy z siostrą płakać. Była ciemna noc. Niemcy wpadli, kazali się z domu wynosić. Wziąć można było z sobą tylko to, co człowiek mógł w kilka minut zabrać (...) Niemcy chodzili po mieszkaniach i bez przerwy krzyczeli: „Schnell! Schnell!”, pisała po latach Stanisława Syska (z domu Kropomicka). W wieku dziewięciu lat została wysiedlona ze Skierbieszowa z ro- dzicami, siostrą Wacławą i babcią. Niemcy nie zważali na wiek i stan zdrowia ofiar. Wszyscy, nawet obłożnie chorzy, starcy, inwalidzi, małe dzieci i kobiety w ciąży zmuszani byli do opuszczenia domów. Tych, którzy nie byli w stanie tego zrobić, mordowano na miejscu. Niezwykle szybkie tempo towarzyszące wysiedleniom powodowało, że ludzie bardzo często nie mogli zabrać nawet dozwolonego bagażu, minimum żywności i wystarczająco dobrze ubrać dzieci. Wysiedloną ludność gromadzono w określonym miejscu (np. plac w pobliżu szkoły, kościoła, figury itp.), gdzie trzymano ją czasami po kilka, kilkanaście godzin na mrozie. Po „wstępnej” selekcji, nielicznych pozostawiano we wsi. Pozostałych zaś pod eskortą kierowano do Zamościa, do obozu przejściowego. Później powstał także podobny obóz w Zwierzyńcu. W obozie przejściowym w Zamościu Polaków poddawano rejestracji, a następnie całe rodziny stawały przed specjalnymi „komisjami antropologicznymi”. Decydowały one 0 ich dalszym losie. Kierując się wzorcem rasy aryjskiej, dokonywały rasowej segregacji wysiedleńców, dzieląc ich na cztery grupy. Do I i n kwalifikowano osoby, które zdaniem Niemców przedstawiały najlepszą wartość rasową 1 nadawały się do ewentualnej germanizacji. Miały one zostać wysłane do Łodzi, na dalsze badania. Grupę III miały tworzyć osoby zdolne do pracy, w wieku 14-60 lat. Przeznaczono ich na roboty przymusowe w Rzeszy. W grupie IV znaleźć się mieli Polacy, których planowano wysłać do KL Auschwitz, gdzie czekała na nich zagłada przez pracę. Osoby z III i IV grupy, doświadczały niewyobrażalnego dramatu rozdzielenia rodzin. Wyłączano z nich dzieci do 14 roku życia, osoby powyżej 60 lat, a także chorych i lokowano ich w najgorszych pod względem warunków sanitamo-hi-gienicznych barakach. Wcześniej pełniły one funkcję stajni dla koni. Do jednego z takich baraków (nr 16) skierowano wraz z babcią Stanisławę Syskę: „Był to duży barak bez podłogi, bez okien, drzwi to były ogromne wrota (...) Było strasznie ciemno i strasznie zimno. Wiatr zawodził, baliśmy się Niemców i tych ciemności, które nas otaczały. Płakaliśmy. Modliliśmy się. Co jakiś czas ktoś wołał: „Mamo”, „Tato” -wspominała Stanisława Syska. „Transí W niedługim czasie znalazły się one wraz z innymi (tj. nie-zakwalifikowanymi do zniemczenia dziećmi wraz z starcami) w pierwszym z „sześciu transportów śmierci”, które na przełomie 1942/1943 r. skierowano z obozu w Zamościu do dystryktu warszawskiego. Niemcy na jego terenie (oraz w radomskim) mieli rzekomo utworzyć dla tych osób tzw. wsie rentowe (Rentendór-fer). Jednakże do ich powstania nigdy nie doszło. Osoby te przewożono w katastrofalnych warunkach (nieogrzewane wagony towarowe), w trakcie ostrej zimy. Wiele osób, w tym dzieci, zamarzło. Los pozostałych był Niemcom obojętny. Z pomocą przyszła miejscowa społeczność. Zaangażowały się w nią organizacje pomocowe (m.in. agendy terenowe Rady Głównej Opiekuńczej), zgromadzenia zakonne (np. siostry szarytki), harcerki, przedstawiciele świata kultury i sztuki (m.in. szwedzka aktorka Elna Gistedt), a także wiele osób prywatnych. Stanisława Syska w Pilawie znalazła schronienie w domu rolnika Józefa Książka, który mimo że sam miał dwójkę własnych dzieci, oprócz dziewczynki zabrał kilkoro innych. KL Auschwitz „Pamiętam głód, który skręcał kiszki i zimno takie przejmujące, że nawet serce z zimna się trzęsło” - relacjonowała o swoim pobycie w KL Auschwitz siostra Stanisławy Syski, czternastoletnia wówczas Wacława Kropor-nicka, skierowana tam wraz z rodzicami. Znalazła się ona wśród co najmnieji62 dzieci, które od grudnia 1942 r. do lutego 1943 r. skierowano do tego obozu. Zgodnie z tajnymi wytycznymi Hermanna Krumeya (szefa Centrali Przesiedleńczej w Łodzi), opracowanymi dla obozu zamojskiego, do KL Auschwitz jako „siła robocza” miały trafiać osoby najmniej wartościowe rasowo, pomiędzy 14 a 60 rokiem życia. W praktyce kierowano tam wysiedleńców przekraczających górną granicę wieku oraz dziewczynki i chłopców, którzy nie ukończyli czternastego roku żyda. Do KL Auschwitz wprost z obozu przejśdowego w Zamościu przewożono całe rodziny. Wynikała z tego prosta zależność: nawet jak dziecku udało się przeżyć, co było bardzo trudne, to w oboziebardzo często ginęli jego najbliżsi: matka, ojdec,brat, czy siostra. Dwuna-stoletniaJózefaGłazowska wysiedlona wraz z rodzicami ze wsi Sitaniec k. Zamościa, w obozie straciła matkę i ojca. Sama doczekała wolności w obozie w Potulicach, dokąd w styczniu 1945 r. trafiła wraz z innymi dziećmi. Wyjątkowo okrutnie w KL Auschwitz potraktowano przywiezionych z Zamojszczyzny chłopców. Dokończenie na str. 10 10 I WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 Rodzina Wilczaków wysiedlona z Dereźni Solskiej. Na zdjęciu brakuje dwojga dzieci, które wraz z całą rodziną po pobycie w obozie przejściowym w Zwierzyńcu umieszczono w KL Lublin Zdjęcie obozowe Krystyny Trześniewskiej, wysiedlonej z Przedmieścia Majdan, numer obo zwy 27129. W dniu wysiedlenia miała 13 lat. Dokończenie ze str. 9 Dziewięcioletni Tadeusz Rycyk, wysiedlony z Sitańca z dwójką rodzeństwa i rodzicami, został zamordowany zastrzykiem fenolu. Taki sam los spotkał jego dwunastoletniego brata Stanisława i ponad połowę zamojskich chłopców. Z całej pięcioosobowej rodziny obóz przeżyła tylko matka Feliksa. W ten sam sposób mordowano ciężarne kobiety z Za-mojszczyznyimatkiz noworodkami. Do liczby zabitych 39 dziewcząt (spośród 79) oraz 74 chłopców (spośród 83) należy dodać nieustaloną liczbę noworodków, które przyszły na świat w obozie. Na dzieciach z transportów zamojskich przeprowadzono także w KL Auschwitz zbrodnicze eksperymenty medyczne. Wacława Kropomicka została zainfekowana malarią: „dano nam zastrzyki, po których ciało zamieniało się w jeden wielki wrzód, składający się z wielu guzów. Widząc swój stan, sądziłyśmy, że zostaniemy zgładzone w komorze gazowej (...)” - wspominała po latach. Ogromna większość Polaków z Zamojszczyzny zmarła w stosunkowo krótkim czasie od momentu przybycia do obozu. Przyczyną wysokiej śmiertelnośdbyły częste selekcje, przeprowadzane wśród wszystkich więźniów, trudne warunki atmosferyczne związane z panującą zimą. Dodatkowo, wysiedleńcy trafili do KL Auschwitz II Birkenau w momencie, kiedy był on ciągle jeszcze w stanie budowy, toteż panowały w nim szczególnie katastrofalne warunki higieniczno-sanitarne. KL Lublin Innym niemieckim obozem koncentracyjnym, do którego skierowano dzieci z Zamojszczyzny i ich rodziny, był KL Lublin (potocznie nazywany Majdankiem). Miało to miejsce podczas ostatniej, trzeciej fazy wysiedleń, prowadzonej pod pretekstem walki z partyzantami (operacja pod kryptonimem „Werwolf ”). W czerwcu i lipcu 1943 r. na Majdanek deportowano blisko 8600 osób, przeważnie wprost z obozów przejściowych w Zamościu i w Zwierzyńcu. Po przybyciu do obozu, wysiedleńców poddawano tzw. procedurze przyjęcia. Zasadniczo dzieci, które nie ukończyły 14 lat, nie uwzględniono w systemie ewidencji obozowej. O ich pobycie w KL Lublin świadczą jedynie adnotacje umieszczone w kartotekach matek. Starsze traktowano jak osoby dorosłe, co wiązało się m.in. ze skierowaniem ich do pracy w komandach roboczych. Dzieci wraz z matkami umieszczono na HI lub V polu więźniarskim. Warunki bytowe na Majdanku były tragiczne. Stanisława Wilczak, która została wysiedlona z Dereźni Solskiej jako ośmioletnia dziewczynka razem z rodzeństwem i rodzicami, tak opisała swój pobyt w KL Lublin: „W dzień siedzieliśmy na piachu przed barakiem i tam nam dawano śniadanie. Czarną kawę gorzką jak piołun, kromeczkę chleba. Zawsze mówiłam, że ,mnie ten chlebek zmieści się na dłoni, to musiało starczyć do obiadu(...). Insekty tak nas gryzły, że siedząc na piachu widzieliśmy łażące wszy”. Wszechobecny głód, insekty, przepełnione baraki oraz katastrofalne warunki higieniczno-sanitarne były przyczyną wysokiej śmiertelności wśród najmłodszych więźniów. Dodatkowo, w lipcu 1943 roku, władze obozu odcięły więźniom z III pola dostęp do wody, co jeszcze bardziej pogorszyło i tak już dramatyczną ich sytuację. Dzieci z Zamojszczyny przebywały w KL Lublin kilka tygodni. Po tym czasie większość z nich wraz z rodzicami skierowano do obozu przy ulicy Krochmalnej w Lublinie, skąd wywożenibyli do niewolniczej pracy na terenie III Rzeszy. Część małoletnich więźniów Majdanka zwolniono z obozu dzięki ogromnemu zaangażowaniu organizacji pomocowych, m.in. Rady Głównej Opiekuńczej. Wiele z nich, chorych i wycieńczonych, trafiło do lubelskich szpitali, w których otrzymały natychmiastową pomoc. O stanie zdrowia zwolnionych z Majdanka dzieci dowiadujemy się m.in. z relacji Ireny Wysłobodzłdej, pielęgniarki zatrudnionej w szpitalu Jana Bożego w Lublinie, który przyjął grupę najmłodszych więźniów obozu: „Dziedbyły kompletnie wycieńczone, chorowały nabiegunkę (...) Jedna z dziewczynek, dziewięcioletnia Marysia, wyglądała jak niewielld kłębuszek. Przyniesiono ją zwiniętą w koc. Nie mogła o własnych siłach stać ani siedzieć, nie była w stanie samodzielnie jeść (...) Dziewczynkę udało się uratować. Około 30 zmarło jednak wskutek wycieńczenia. Dzieci były potwornie zawszone” . Wysyłanie na roboty przymusowe do III Rzeszy była to kolejna kwestia, która dopełniała tragiczny los najmłodszych za-mojskich ofiar. Teoretycznie kierowane miały być tam osoby zdolne do pracy, a więc zakwalifikowane do grupy III, w wieku 14-60 lat. Praktycznie niewolniczą siłą roboczą stawały się także dzieci poniżej dolnej granicy. Taki los spotkał np. dwunastoletniego Jana Fi-lista wysiedlonego ze wsi Lu-chów Dolny. Wraz z rodzicami i rodzeństwem trafił do pracy u niemieckiego gospodarza w Rzeszy. Pisał on: „(...) Matka z siostrą zostały przydzielone do pracy w polu, ojciec z bratem też dostali swoje zadanie, a mnie, najmłodszemu, najpierw przy- dzielono woły pociągowe, a potem konie. Miałem zaledwie 12 lat i z trudem sobie z tym radziłem (...)”. Na roboty w Niemczech trafiały także rodziny z licznym potomstwem oraz samotne matki z dziećmi. Przykładem może być rodzina Obirków z Rudy Różanieckiej: matkę Bronisławę i czwórkę jej dzieci: jedenastoletnią Heleną, czteroletnią Anielą, sześcioletniego Mieczysława i pięcioletnią Łucją z KL Lublin skierowano do pracy w Rzeszy. W ścisłym związku z akcją wy-siedleńczo-kolonizacyjną na Zamojszczyźnie pozostawały także pacyfikacje. Niezależnie od zastosowanej formy, rodzaju użytych sił wojskowych łub policyjnych, elementem wspólnym była niezwykła brutalność, z jaką Niemcy obchodzili się z mieszkańcami danej wsi. Mordowano ludzi bez względu na płeć i wiek. W gronie ofiar znajdowali się nie tylko dorośli, lecz także bezbronne dzieci. Wśród 165 zamordowanych (11 grudnia 1942 roku) mieszkańców Kitowa znalazło się np., co najmniej 28 dzieci poniżej 15 roku życia. 29 grudnia 1942 roku w Białowoli, Niemcy zabili 52 osoby, w większości kobiety i dzieci. Dziewięcioletnia Teresa Ferenc oraz jej rodzeństwo - pięcioletni brat i dwuletnia siostra - byli nielicznymi osobami, które przeżyły pacyfikację wsi Sochy. 1 czerwca 1943 roku Niemcy zamordowali na ich oczach rodziców: „Tamtej nocy nad ranem, miałam dziwny sen (...) Z tego snu wybudziła mnie właśnie matka: Tereska, ubieraj dzieci, bo dookoła się pali, musimy uciekać (...) Wyszłyśmy zdomuna polną drogę. Niemcy stali w górze dość daleko (...) nagle mama zauważyła, że ojciec pada. Powiedziała: chyba tata nie żyje, a ja jej odpowiedziałam, że on się specjalnie położył, bo tak myślałam. Niemcy szli mię-dzy płotem a żytem, ciągle strzelając. Doszli do nas. Jeden z nich strzelił do mamy. Wypuściła z rąk Krysię, moją młodszą siostrę, która miała wtedy dwa lata (...) Na podwórzu u dziadków wpełzłam ze strachu pod drabiniasty wóz (...) Ledwo wpełzłam i (...) po wozie poszła seria (...) Od tego wszystkiego zaniemówiłam. Po trzech dniach dopiero zaczęłam płakać. Inie mogłam przestać przez cały rok U)”. Rabunek dzieci w celu germanizacji B Dzieci z Zamojszczyzny znalazły się też w gronie co najmniej 200 tys. polskich dzieci zrabo-wanychwcelachgermanizacyj- nych. Wyszukiwane m.in. podczas „badań rasowych” w obozach przejściowych, odpowiadające wzorcowi rasy nordyckiej były w sposób bezwzględny odrywane od matek i kierowane np. do niemieckich rodzin lub placówek Lebensbomu, gdzie robiono wszystko, aby nigdy nie dowiedziały się o swoich polskich korzeniach. Dlatego niewiele z nich udało się odnaleźć. Powrol „Z różnymi przygodami dotarłam z siostrą Józefą do Lublina. Później do rodzinnej wioski do Mokrego. Ale tak naprawdę nie było do czego wracać. Nasz dom został na polecenie Niemców rozebrany. Mama, ojciec i brat nie żyli” - pisała o swoim powrocie w rodzinne strony Zofia Łyś (z domu Bondyra), wysiedlona w wieku piętnastu lat z rodzicami i rodzeństwem ze wsi Mokre. Po pobycie w KL Auschwitz, gdzie straciła matkę, ojcaibrata, została deportowana do obozów: Natzweiler,Ravens-bruck, Berlin-Kópenick oraz Sachsenhausen. Dramatyczny, nieludzki i niewyobrażalny los jaki stał się udziałem Zofii Łyś oraz pozostałych polskich dzieci z Zamojszczyzny odcisnął trwałe piętno na ich psychice oraz w ich dorosłym żydu. Podsumowanie Niemcy wcielając w życie bezprecedensową (poza eksterminacją europejskich Żydów), akcję wysiedleńczo-osadniczą na Zamojszczyźnie odebrali najmłodszym ich godność, prawo do normalnego dzieciństwa, w wielu przypadkach ukochanych rodziców i rodzeństwo, czyniąc je sierotami. Zabrali im także rodzinny dom, zdrowie fizyczne i psychiczne, świadomość polskiego pochodzenia (w przypadku tych, których poddali germanizacji), a co najważniejsze - życie. Przyjmuje się, że spośród przynajmniej 30 tys. wysiedlonych dzieci, 10 tys. straciło życie. PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO 111 _______________OBOZ RASOWY PRZY ULICY SPORNEJ 73 W ŁODZI W okresie niemieckiej okupacji w budynku klasztornym OO. Bernardynów położonym w Łodzi przy ulicy Spornej 73, mieścił się obóz określany powszechnie obozem rasowym (Rassenlager). Według Heinricha Himmlera, szefa SS, należało ..czyste rasowo małe dzieci" odebrać polskim rodzinom, aby mogły być wychowywane w duchu niemieckim B e s eiieini g u n g 1 ćur wird hiermit Bes* der HuS»-Air 0 ens t krzfrwski und 3 Kinder guborun. i'iigt, daß ^ - sie am huwbigen 'J • e entlassen wurde und damit aus c ¡biurton ist. ' im von ijebonamittclkart .o.usr.uhäniigeii. b\ i t CT ’ d o I* ¿ri [ność odpisu z orygffi^iem StwiQrdzaw Wf^tnia. dnia sźjLJU * rtö Q Dokument zwolnienia z obozu Zofii Zakrzewskiej i jej trojga dzieci w dniu 17 stycznia 1945 r. DR MICHAŁ KOBIERECKI ODDZIAŁ IPNWŁODZI Nie wiadomo dokładnie kiedy obóz powstał, ale od początku lutego 1940 r. Niemcy rozpoczęli wysiedlanie zakonników z klasztoru, by prawdopodobnie od jesieni tego roku zaczął tam funkcjonować obóz łódzkiej filii Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa (Rasse-und Sie-dlunghauptamt SS, Ausen-stelle Litzmannstadt Lager) przy Landsknechtstrasse lub Wotanstrasse 73. Jego działalność zakończyła się w styczniu 1945 r. Od strony formalnej brakuje dokumentów potwierdzających założenie owego obozu, ale jego celem było prowadzenie germanizacji wobec Polek i Polaków, którzy według niemieckich władz mogli powiększyć naród „Panów”. Według Heinricha Himmlera szefa SS należało „czyste rasowo małe dzieci” odebrać polskim rodzinom, aby w przedszkolach czy domach dziecka mogły być wychowywane w duchu niemieckim. Umieszczano wnim osoby z Łodzi i okolic, ale również z Kujaw, Pomorza i Wielkopolski, które władze niemieckie wyłuskiwały spośród lokalnych społeczności podczas kontaktów z aparatem biurokratycznym HI Rzeszy. Pochodziły one z obozów przesiedleńczych, istniejących na terenie Kraju Warty, czy młodzieży zgłaszającej się do Arbeitsamtów w celu podjęcia obowiązkowej pracy, albo prosto z zaldadów pracy. Umieszczano tam także matld z dziećmi, których mężowie przebywaliwwięzieniachbądź obozach. Ponadto kierowano tam chłopców o cechach nordyckich z obozu dla młodzieży istniejącego przy ulicy Przemysłowej w Łodzi, po uprzedniej wstępnej kwalifikaq'i. Szczegółowe badania Warunki pobytu w obozie rasowym były lepsze od obozów pracy, czy przesiedleńczychjed-nak daleko im było do standardów uznawanych za znośne. Więźniowie przebywali w salach dwudziesto-, czterdziesto-, jak i dwustuosobowej (sala gimnastyczna), w tym dzieci poniżej 7 roku życia były razem z mat- kami, a starsze, młodzież i dorośli zostali podzieleni według wieku i płci, a następnie umieszczano ich w odrębnych salach. Czasem zdarzało się jednak, iż całe rodziny przebywały razem, co wynikało najprawdopodobniej z przeludnienia obozu. Wedługzłożonychrela-ęji osób przebywających w obozie, mogło tam być jednocześnie około 1000 kobiet, dzieci oraz mężczyzn. Po przybyciu do obozu więźniom wykonywano zdjęcia i nadawano numer, którym posługiwano się w trakcie badań. Wyjątkowo skrupulatne badaniaprzeprowadzała kilkuosobowa komisja, której członkowie dokonywali wielu pomiarów różnych części ludzkiego ciała w tym: objętość głowy, wysokość głowy, objętość przedramienia, nóg nad kostką, łydki i uda, klatki piersiowej, bioder oraz talii. Mierzono także długość kończyn, badano proporcje budowy twarzy, kolor włosów i oczu, stan wzroku oraz uzębienie. Wykonywano również specjalistyczne badanie krwi, czy badanie rentgenowskie. W niektórych przypadkach podawano zastrzyki, ale nie miały one charakteru eksperymentów medycznych. Przeprowadzano szczegółowe wywiady pytając m.in. o zainteresowania, przebyte choroby - nie tylko przez samego badanego, lecz również jego bliższą i dalszą rodzinę. W obozie panowała duża rotacja osób zatrzymanych i okres ich pobytu wynosił od kilkunastu dni do kilku miesięcy, co za-leżało od wyników pierwszej fazy badań. Gdy odnajdywano jakieś skazy, dyskredytujące badanego, wywożono go do innego obozu - przeważnie podległego Urzędowi Pracy (Arbeitsamt) w Łodzi, lub zwalniano do domu. Jeśli pierwsze badania wypadły pozytywnie - z punktu widzenia niemieckich interesów - przeprowadzano kolejne, bardziej szczegółowe. Zdarzało się, iż dla udowodnienia, że więzień reprezentuje typ nordycki, sprowadzono do obozu jego rodzinę, którą również poddawano badaniom. Każdy dzień w obozie zaczynał się i kończył apelem. Osadzeni w obozie, w szczególności dotyczyło to młodzieży i dorosłych, byli zatrudnieni przy pracach pomocniczych w kuchni, przy sprzątaniu terenu oraz w pracach w przyobo-zowymgospodarstwieroinym. Prace te wykonywano pod nad-zorem funkcyjnych. Za popełnione przez więźniów przewinienia funkcjonariusze załogi karali biciem. Wiadomo, że przebywający w obozie więźniowie otrzymywali codziennie trzy posiłki. Na śniadanie i kolację wydawano dwie kromki chleba z marmoladą i czarną kawę zbożową, a czasem wieczorem zamiast tego była kasza lub ziemniaki. Natomiast na obiad podawano zupę z kapusty, buraków lub brukwi oraz kromkę chleba. Nie były to wystarczające racje żywnościowe, szczególnie w odniesieniu do dzieci, czy młodzieży, a dodatkowo nie przekazywano nikomu paczek żywnościowych. Według relacji byłych więźniów w salach panował brud i były one zarobaczone, a osadzeni spali na piętrowych łóżkach wyłożonych niewielką ilością słomy i do przykrycia służyły im cienkie koce. Ponadto była jedna umywalka na kilkadziesiąt osób. Złe wa- GDY ODNAJDYWANO JAKIEŚ SKAZY, DYSKREDYTUJĄCE BADANEGO, WYWOŻONO GO DO INNEGO OBOZU LUB ZWALNIANO DO DOMU ranki żywieniowe wraz z trudnymi warunkami bytowymi doprowadziły, że wśród więźniów, przede wszystkim dzieci i młodzieży, szerzyły się różne choroby. Brak odpowiedniej opieki lekarskiej i leków przyczyniły się do rozwoju dyfterytu i szkarlatyny, co potwierdzają informacje pochodzące z zachowanych skąpych źródeł, gdyż od marca 1941 r. do czerwca 1942 r. w obozie zmarło na te choroby co najmniej 41 więźniów w wieku od 8 miesięcy do 31 lat. Poza tym sporadycznie pojawiała się biegunka i chorowano na zapalenie opon mózgowych. Z powodu braku informacji nie można ustalić, czy dochodziło do zabójstw spowodowanych przez strażników bądź obsługę obozu. Wiadomo natomiast tylko o jednym takim przypadku. Teraz jesteście Niemcami Przez obóz przechodzili różni więźniowie ze względu na wiek i płeć, ale dla każdego z nich, który został uznany za odpowiedniego do zniemczenia były przewidziane konkretne role. Młodzież obu płci w wieku odi4 do 18 latbyła przewożona z obozu w głąb III Rzeszy i umieszczana w niemieckich rodzinach. Wymagano by uczyli się języka niemieckiego oraz zakazywano kontaktów z innymi Polakami. Ich obowiązkiem były prace porządkowe u niemieckich opiekunów. Dziewczęta prowadziły dom, opiekowały się dziećmi, chłopcy pracowali w fabrykach, wykonywali różne prace w gospodarstwach rolnych. Cały czas wpajano im, że są ludźmi wyższej kategorii, z drugiej jednak strony z reguły nakazywano im pracę ponad siły, często z minimalnym wynagrodzeniem. Cały czas towarzyszyła im również troska o losy bliskich, z którymi ich rozdzielono. Dragą grapę stanowiły dzieci osadzone w obozie razem z matkami i poddawane badaniom lekarskim; to one były najbardziej skrupulatnie badane. Jeśli wynik był pozytywny, oczywiśdezpiinlctu widzenia interesów niemieckich, to dalszy tok postępowania uza- leżniony był od wieku dziecka. W wypadku starszych - wywożone je w głąb DI Rzeszy wraz z matką. Wszyscy byli zmuszeni do pracy, musieli porozumiewać się jedynie w języku niemieckim, zaś dzieci obowiązkowo uczyły się tego języka. Czasem, już po wywiezieniu, oddzielano jednak dzieci od matek i niemczono je w ośrodkach germanizacyj-nych. Podobny los czekał najmłodsze dzieci. Gdy uznawano, iż reprezentują typ nordycki, również zabierano je od matek i wywożono w głąb Rzeszy, bądź do jednego z ośrodków germanizacyjnych w Kraju Warty. Jeden z nich istniał w Kaliszu, gdzie małe dzieci uznane za czyste rasowo przewożono do domów dziecka, czy ośrodków Stowarzyszenia „Lebens-bom”, położonych w Austrii lub Rzeszy. Poza tym były bardziej niż inne podatne na panujące w obozie choroby. Natomiast pozostałe uznane za nieodpowiednie w części oddawano rodzinom lub przekazywano do domów dziecka. W odróżnieniu od innych obozów funkcjonujących w Łodzi w okresie niemieckiej okupacji, obóz rasowy przy ulicy Spornej 73 był objęty ścisłą tajemnicą. Nie odnaleziono dokumentu na podstawie, którego ów obóz powstał. W momencie, gdy zbliżał się koniec HI Rzeszy, dokumentacja dotycząca germanizacji tysięcy Polaków i osób innych narodowości była w pierwszej kolejności niszczona. Stąd niewiele informacji o funkcjonowaniu tego jak i innych podobnych obozów. Ponadto niemieccy funkcjonariusze zmieniali dane osobowe osób, dzieci, które zostały poddane germanizacji, czasami wielokrotnie. W konsekwencji nie udało się ustalić historii życia wielu dzieci, które przeżyły wojnę i wróciły bądź nie do Polski. Wiele z nich w latach 1946 -1948, a czasem i jeszcze później, często przez Szwajcarię, Włochy i znajdujące się tam ośrodki Czerwonego Krzyża, wróciło do Polski. Jednak niektóre z dzieci, czy z młodzieży nie miały ochoty wracać do zniszczonego kraju bądź rodziców, których nie pamiętały. Udowodnić nordycki PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 12 | WOJENNE DZIECIŃSTWO ■■■■■■ DR JOANNA ŻELAZKO ODDZIAŁ IPN W ŁODZI Siostra Magdalena, czyli Irena Śmiałowska, wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek w Pniewach w 1935 r. Dwa lata później przyjechała do domu zakonnego w Łęczycy. Pracowała tam w - prowadzonym przez zgromadzenie - przedszkolu. Po napaści III Rzeszy na Polskę, w dniu 12 września 1939 r. wojska niemieckie wkroczyły do Łęczycy. Urszulanki mieszkały, tak jak przed wojną, przy ul. Poznańskiej 6. Wznowiły także - bez wiedzy władz okupacyjnych -działalność przedszkola. Prowadziły je do 3 października 1940 r., kiedy to Niemcy zajęli większość pomieszczeń należących do zgromadzenia. Początkowo siostrom udawało się uniknąć wywiezienia do Generalnego Gubernatorstwa, j ednak w zamian musiały szyć, cerować i prać ubrania Niemcom. Nie na długo zabezpieczyło je to przed wywózką. 6 lipca 1942 r. ruszyły pociągiem z Łęczycy: „zajechałyśmy do stacji Schmuckert” [Bojanowo], Razem z duchownymi oraz zakonnicami z innych zgromadzeń trafiły do tamtejszego obozu. Cztery miesiące później, s. Magdalenę wytypowano do dalszego wyjazdu. Była zrozpaczona: „płakałam jak z tego obozu wychodziłam”. rerł-miita Sra Wybrane zakonnice zostały przewiezione do Poznania. Tam je rozdzielono. Siostra Magdalena trafiła, jako opiekunka, do domu dziecka usytuowanego przy ul. Głównej. Trafiały do niego zarówno dzieci polskie, jak i niemieckie z Poznania i okolic. Te pochodzenia polskiego znalazły się tam, ponieważ - zdaniem okupantów - wykazywały cechy nordyckie, a więc nadawały się do zniemczenia. Ich rodzice byli w więzieniach albo nie żyli. Natomiast dzieci niemieckojęzyczne, które stanowiły mniejszość, najczęściej pochodziły z mieszanych związków polsko-niemieckich. Zabierano je wbrew woli rodziców i starano się wychowywać w posłuszeństwie Fuhrerowi. Dzieci nie zawsze respektowały nakaz mówienia po niemiecku. Tym bardziej, że s. Magdalena mówiła do nich wyłącznie po polsku. Twierdziła, że nie zna niemieckiego. Kierowniczka domu dziecka próbowała wymusić posługiwanie się przez wszystkich językiem niemieckim, ale z różnym skutkiem. Kiedy s. Magdalena zostawała z podopiecznymi sama, znów rozmawiała z nimi Siostra Magdalena została odznaczona w 2005 roku Siostra Magdalena z dziećmi w 1943 roku CICHA BOHATERKA W HABICIE Niemka kierująca domem dziecka zapytała siostrę Magdalenę, czy mówi po niemiecku. Siostra skłamała zaprzeczając. Niemka znała trochę polski. - Czy siostra chce u nas zostać? Ja mówię: jak mnie tu przysłali, no to zostanę. - Czy siostra kocha dzieci?, a ja mówię: bardzo kocham dzieci. - Dzisiaj dwoje przyjedzie, to niech się siostra tymi dziećmi zajmie". po polsku. Nie chciała, aby dzieci zapominały mowę ojczystą i straciły poczucie przynależności narodowej. W1943 r. s. Magdalena została przeniesiona do domu dziecka przy ul. Warszawskiej w Poznaniu. Kiedy tam przyjechała, została wezwana na rozmowę przez niemiecką kierowniczkę placówki, która zapytała ją, czy mówi po niemiecku. Siostra skłamała zaprzeczając. Wtedy: „popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się, (...) ona umiała trochę po polsku i mówi: czy siostra to chce u nas zostać? Ja mówię: jak mnie tu przysłali, no to zostanę. - Czy siostra kocha dzieci?, a ja mówię: bardzo kocham dzieci. - Dzisiaj dwoje przyjedzie, to niech się siostra tymi dziećmi zajmie”. I siostra Magdalena została. W tym domu dziecka były dzieci z małżeństw mieszanych. Najczęściej matka była Polką, a ojciec Niemcem. Gestapowcy „wchodzili do mieszkań i kazali pokazać dzieci, później brali [je] pod pachę i do auta (...) uważali, że to są już ich dzieci i zabierali, a rodzice nawet nie wiedzieli gdzie one są”. Oderwane od najbliższych bardzo tęskniły i często płakały. Poruszona tym s. Magdalena postanowiła im pomóc. Dodatkowo do działania zmotywowała ją informacja, że dzieci miały zostać wywiezione do Niemiec i wynarodowione. Od zakonnicy pracującej w kancelarii domu dziecka otrzymała nazwiska i adresy rodziców dzieci. Wykorzystu-jąc przysługujące jej w tygodniu pół dnia wolnego od pracy s. Magdalena, chodziła pod te adresy i informowała rodziców, gdzie dzieci przebywają. „Im nie wolno było przychodzić do dzieci, żeby się nie wydało. To była misja bardzo nieostrożna, ale tym ludziom bardzo potrzebna, oni tak bardzo się cieszyli [z tych informacji]”. W styczniu 1945 r., z powodu nadciągającego frontu, Niemcy prowadzali ewakuację. Postanowili, że wychowankowie (około trzydzie-ściorga dzieci) i opiekunki, pojadą do Niemiec. Siostra Magdalena nie zgodziła się wyjechać, chciała też zapobiec wywózce dzieci: „Trzeba było to tak zorganizować, żeby po prostu porwać chociaż niektóre dzieci, bo wszystkich się nie dało”. Dzieci podzielone zostały na dwie grupy. Jedna miała jechać pociągiem, druga autobusem. Na Dworzec Wschodni w Poznaniu zwożono je samochodami i tam przesiadały się do pociągu. Odbywało się to nocą. W podobnych okolicznościach - w nocy - miała wyjechać grupa podróżująca autobusem. Późna pora i pośpiech dawały szansę na realizację planu. Kiedy s. Magdalena dostała polecenie pakowania bagaży dzieci i poznała termin ewakuacji, postanowiła działać. Kierująca domem dziecka Niemka miała do niej zaufanie, dlatego zgodziła się, aby mimo gorącego okresu przygotowań do wyjazdu, wykorzystała przysługujące jej wolne od pracy popołudnie. Siostra spożytkowała ten czas na wędrówkę po Poznaniu i zawiadamianie rodziców lub dziadków wywożonych dzieci o terminie wyjazdu i pomyśle na „porwanie”. Powiedziała o której i gdzie będzie czekał autokar, żeby przyszli w to miejsce. „Kto może to niech porywa. Przecież sama nie mo- głam tego zrobić, bo Niemcy mnie znali i dzieci było za dużo”. Siostra poprosiła kierowcę, aby - w zamian za podarowane mu papierosy -otworzył tylne drzwi pojazdu i udawał, że nie widzi, co się dzieje. Mężczyzna dał się przekonać. Kobieta wprowadzająca dzieci do autokaru wypuszczała tylnym wejściem te, które wcześniej przytuliła s. Magdalena. W pobliżu czekali ich rodzice i zabierali je do domów. Te, które odjechały, nie dotarły daleko. „Dowiedziałam się, że gdzieś jeszcze przed Niemcami zatrzymano autokar z dziećmi, akurat naszymi i wyrzucono je z niego. Niektóre dzieci po jakimś czasie wróciły do swoich domów. Nie wiadomo co się stało z pozostałymi”. Natomiast dzieci, które pojechały na dworzec samochodami, musiały przesiąść się do pociągu. W czasie wsadzania ich do wagonów kole-j owych, część udało się wykraść czekającym w pobliżu rodzicom. „Po kryjomu zabierali i Niemcy nawet nie spostrzegli się”. „Mnie by wtedy pociąg przejechał, bo biegłam do tej stacji Poznań Wschód, żeby porwać jeszcze jedno dziecko, które nie było porwane. To był koszmar... była noc... te dzieci płakały”. Siostra Magdalena szczególnie zapamiętała małego chłopca - Marysia, który nie poznał swojej matki. Kobieta próbowała zabrać go w czasie przesiadki, ale wystraszone dziecko zaczęło krzyczeć. Nadzorujący wyjazd Niemcy zorientowali się, co się dzieje i odebrali go od matce. Pomoc nadeszła z nieoczekiwanej strony. Jedna z pracujących w domu dziecka Niemek - poznanianka, która nie chciała wyjeżdżać do Rzeszy, wytłumaczyła Marysiowi, żeby się nie bał, bo ta kobieta to jego mama i powinien do niej iść. Uspokojony chłopiec posłuchał jej i w ten sposób zdołano uratować również jego. Powrót do Po zakończeniu wojny siostra Magdalena miała kontakt z nielicznymi spośród uratowanych dzieci. Spowodowane to było tym, że większość z nich znała tylko jej imię, anie nazwisko, czy nazwę zgromadzenia. Poza tym siostra wróciła do Łęczycy, o czym nie wiedzieli ludzie, którym pomogła. Jednak nie można mieć wątpliwości, że pozostała w ich wspomnieniach, jako symbol miłości i dobroci. Za zasługi w ratowaniu polskich dzieci w okresie II wojny światowej s. Magdalena została 20 maja2005 r. odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO 113 DZIECI W OBOZIE W POTULICACH POD NAKŁEM (1941-1945) Dzieci uczestniczyły w wielogodzinnych apelach, stojąc na zewnątrz w bieliźnie i bez butów. Spały na podłodze, na słomie i głodowały. Były poddawane eksperymentom pseudomedycznym. Najmłodsze wykorzystywano też do prac porządkowych w obozie. Stworzono dla nich osobne komando pracy, które nadzorował esesman. DR IZABELA MAZANOWSKA DELEGATURA IPN W BYDGOSZCZY Najbardziej zapamiętałam dzień, gdy z grupą dzieci zauważyliśmy, jak wartownik jadł chleb, stanęłam pod wieżą razem z nimi i wołaliśmy: «Gib mir Brot», bo byliśmy bardzo głodni”. Relacja IidnKubaddejzcL Żyła „...jako 13-letni chłopak z narażeniem własnego żyda przekradałem się do lochów zamku potulicłdego, aby przez zamknięte podwójne drzwi, umożliwiające przez otwory zamka podanie za pomocą słomki i butelki wody, ratować matkę i utrzymać przy życiu.” Relacja Kazimierza Wojczyń-skiego „Miałam dopiero lat trzynaśde, ale zabrano mnie wraz ze starszymi kobietami, do pielenia młodego sadu. Gołymi rękami kazano nam usunąć perz. Skubaliśmy więc zdartymi do krwi palcami ów perz abyła to praca bezużyteczna,gdyżbyłopewne, że jeżeli korzenie zostają w ziemi, to po pierwszym deszczu perz będzie rósł jeszcze bujniej”. Relacja Cecylii Samsełskiej „My, dzied najwięcej baliśmy się rozdzielenia od rodziców. Na szczęście pozostaliśmy razem. Najgorszebyłynooe,bopa-nowała straszna dasnota i zaduch. Barłóg, na którym spaliśmy, trząsł się od pcheł i wszy. Ciało mieliśmy pokłute i podrapane niemożliwie. Matka ukradkiem, w krzakach wyskubywała nam gnidy z włosów, by Niemcy nie zgolili nam głów. Roślejsze dzied także chodziły doroboty. Chociaż miałam dziewięć lat, ale byłam wysoka, więc musiałam zbierać kamienie na terenie przeznaczonym pod nowy obóz i wykonywać różne inne prace porządkowe. Ale ta praca o głodnym żołądku nie była tak straszna jak noc w zaduchu, gdzie ciało zżerało insekty”. Relacja Wandy Gałąskowej z d. Robak Przytoczone powyżej rela-cje byłych więźniów obozu w Potulicach, będących w czasie wojny dziećmi obrazują dra- mat obozowego życia. Dla najsłabszych, czyli dzied i osób starszych było ono szczególnie trudne do zniesienia. Jak obóz koncentrat Polityka władz niemieckich w odniesieniu do Pomorza Gdańskiego miała doprowadzić docałkowitego „odpolszczenia” tych ziem. Uważano, że są one rdzennie niemieckie i po okresie n Rzeczypospolitej zamierzano uczynić wszystko, aby przywródć stan z czasów zaborów. W pierwszej kolejności na masową skalę ekstermino-wano Polaków uznanych za wrogów Rzeszy. W wyniku zbrodni popełnionych w okresie od września do grudnia1939 r. na terenadi wchodzących w skład przedwojennego województwa pomorskiego życie straciło ok. 30 tys. osób. Kolejnym działaniembyły wysiedlenia ludności nienadającej się do germanizacji, przeważnie do Generalnego Gubernatorstwa lub w mniejszym zakresie na roboty przymusowe do Niemiec czy też na badania rasowe w obozie Urzędu Rasy i Osadnictwa SSwŁodzi i sprowadzenie na ich miejsce Niemców z krajów zamieszkałych przez mniejszość niemiecką, jak np. Litwa czy Rumunia. Usprawnieniu procesu wysiedleń służyły obozy przesiedleńcze, w tym największy na Pomorzu obóz w Potulicach koło Nakła, który zaczął przyjmować więźniów w lutym 1941 r. W połowie marca 1941 r. wstrzymane zostały wysiedlenia do GG. Jednak w związku z ciągłym przyrostem Niemcówbałtyckich i be- sarabskich, w dalszym ciągu usuwano polskich mieszkańców z domów i gospodarstw. W ramach tzw. wysiedleń wewnętrznych ludzi kierowano do innych polskich rodzin. Z czasem władze niemieckie zauważyły, że zgromadzenie się licznej grupy Polaków wjed-nym miejscu może być dla nich niebezpieczne i grozić np. kon-spirowaniem. Od początku wrześniai94ir. zmienił się charakter obozów przesiedleńczych. Odtąd przybrały one charakter stałych obozów pracy, podporządkowanych wychowawczemu obozowi pracy w Stutthofie, przyjmujących także więźniów karnych. Ten stan rzeczy trwał do stycznia 1942 r., kiedy zmienił się status obozu w Potulicach, który stał się obozem macierzystym w stosunku do toruńskiej „Szmalcówki” i Smukały.Nie zmienił się jego charakter i nadal funkcjonował jako obóz kamy dla Polaków, którzy dopuścili się różnego typu przestępstw. W 1943 r. ustały wysiedlenia oraz zlikwidowano obozy wTo-mniuiSmukale.W tej postaci obóz w Potulicach funkcjono-wałdo wyzwolenia przez Armię Czerwoną 21 stycznia 1945 r. Przez obóz w całym okresie istnienia przewiniło się ok. 25 tys. osób. Ze względu na strukturęor-ganizacyjną, warunki życia i stosowane kary obóz w Potulicach nie różnił się od obozów koncentracyjnych. Komando dla najmłodszych Pisząc o obozie w Potulicach nie sposób nie zwrócić szczególnej uwagi na cierpienie dzieci, jako licznej gmpy więźniów. W całym okresie istnienia obozu nieletni stanowili od 1/3 do 1/2 ogólnego stanu uwięzionych. Według dotychczasowych ustaleń w obozie zmarło 1297 osób, w tym aż 767 dzieci. Pierwszym zmarłym w obozie więźniem był półtoraroczny Edward Smutek. Najmłodsi trafiali do obozu wraz ze swoimi rodzicami, nad-mienićnależy, że często wyłącznie z matkami. Mimo to większość dzieci miała ograniczony kontakt z rodzicami, zazwyczaj wysyłanymi na wiele tygodni do pracy poza obozem. Poza tym dzieci przychodziły w obozie na świat. Ze względu na panujący głód, matki często nie były w stanie ich wykarmić, a mleka w obozowej kuchni przeważnie brakowało. W związku z tym śmiertelność wtej grupie wiekowej była tak wysoka. Historycy ustalili też, że pewna grupa dziecięcych więźniów została zamordowana. Nie była to śmierć przypadkowa, np. w wyniku pobicia, ale celowo zadana, chociażby poprzez utopienie czy rozstrzelanie. Stosunek załogi obozu w stosunku do dzieci nie różnił się zupełnie od zachowań w odniesieniu do dorosłych więźniów. Na początku 1942 r. zdecydowano o kierowaniu dzieci i młodzieży w wieku od 13 roku życia do pracy w obozie, jak i poza jego terenem. Nieletnich zatrudniano w przedsiębiorstwach obozowych, przede wszystkim w warsztatach futrzarskich. Zajmowali się szyciem, naprawianiem odzieży wojskowej, ale także czyszczeniem cegieł dobudowy nowego obozu, noszeniem desek i kamieni, rozładowywaniem ziemniaków, drewna i węgla na dworcu kolejowym w Bydgoszczy. Także młodsze dzieci od 6 do 12 roku życia zmuszano do zbierania wlesie jagód, grzybów, pokrzyw lub chrustu. Najmłodsze dzieci wykorzysty-wanoteżdopracporządkowych w obozie. Stworzono dla nich osobne komando pracy, które nadzorował esesman. W grupie panowała surowa dyscyplina. Za jej naruszenia groziło bicie, klęczenie na sosnowych szyszkach, zamykanie w karcerze. Z Łodzi Slą ska i Smoleńska Niezależnie od warunków pogodowych dzieci uczestniczyły w wielogodzinnych apelach, stojąc na zewnątrz w bieliźnie i bez butów. Spały na podłodze, na słomie i głodowały. Byłypod-dawane eksperymentom pseudomedycznym lub często pobierano od nich krew. Dzieciom aplikowano zastrzyki w klatkę piersiową, po których puchły ręce, oczy, piersi, czy też bolała głowa, występowała gorączka. Jedną igłę wykorzystywano dla pięciu osób. Również tedziałaniapowodowały śmierć małych więźniów. W okresie od 5 listopada 1943 r. do 8 września 1944 r. w Potulicach funkcjonował podobóz (Ostjugendbewahrlager Lebrechtsdorf) dla młodocianych więźniów, którymi były dzieci z rejonu Smoleńska i Witebska w Związku Radzieckim skierowane z obozu koncentra- cyjnego Auschwitz na kwarantannę po przebytym tyfusie. Dzieci te przybyły do Potulic wliczbie542wewrześniuipaź-dziemikui943r.Ichrodzice walczyli w radzieckiej partyzantce. Tzw. Bandenkinder (dzieci band) były niedożywione i nie miały odpowiedniego ubrania. Chorowały i umierały na żółtaczkę, szkarlatynę i dyfteryt. W czerwcu1944r. większość z nich skierowano do pracy w pobliskich gospodarstwach rolnych. Za brak posłuszeństwa spotykały je surowe kary fizyczne i psychiczne. Gmpa przebywała w Potulicach do sierpnia 1944 r. W tym czasie trzydzieścioro dziewięcioro z nich zmarło. W sierpniu 433 dzieci wywieziono do obozu zniemczenia w Łodzi. Nie wiadomo, co się stało z pozostałymi. Od połowy lipcadopoczątku września 1944 r. oprócz dzieci radzieckich zaczęto zwalniać także dzieci polskie. Łącznie zwolniono ich w tym okresie 2385, głównie z obawy przed wybuchem epidemii. Po ich wyjeździe do obozu trafiły dzieci przysłane z Łodzi, Katowic i aresztów gestapo w Gdańsku i Bydgoszczy. Dzieci nadzorował kapo Wojciech Jopek, który z powodu swoich sadystycznych zachowań został w listopadzie 1946 r. skazany przez Specjalny Sąd Kamy w Toruniu na karę śmierci. W Potulicach przebywała również grupa dzieci z Czeladzi, Trzebini i Sosnowca. Łącznie liczyła ona prawdopodobnie 139 osób. O losach przybyszów miał decydować Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Przeprowadzano na nich szczegółowe badania i pomiary zmierzające do ustalenia ich nordyckiego pochodzenia. Niektóre uczono języka niemieckiego. W chwili wyzwolenia, woboziemaderzystymprzeby-wało 660 dzied. Przebywały w Potulicach razem z obłożnie chorymi i kobietami. Koniec wojny oznaczał koniec kilkuletniej gehenny życia w strachu przed ciągłym niebezpieczeństwem ze strony obozowych strażników i kapo, w obawie przed utratą najbliższych, ale także doświadczeniem śmierri członków rodziny. PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 14 | WOJENNE DZIECIŃSTWO WYWÓZKA DZIECI Z ZAGŁĘBIA DĄBROWSKIEGO DO OBOZU W POTULICACH Tragiczne losy „Dzieci Potulic" stanowią w Zagłębiu Dąbrowskim ważny element pamięci o dziejach tego regionu i jego mieszkańców podczas II wojny światowej. Szczególnie kultywowana jest ona w Czeladzi - siedziba tamtejszego Muzeum ..Saturn" mieści się w budynku sierocińca, w którym dzieci przebywały po przywiezieniu z obozu. W mieście tym co roku -19 lutego - odbywają się uroczystości upamiętniające powrót najmłodszych ofiar akcji ..Oderberg" z Potulic. MIROSŁAW WĘCKI ODDZIAŁ IPN W KATOWICACH Wśród terenów II Rzeczypospolitej, które jesienią1939 r. zostały zaanektowane przez DI Rzeszę znalazł się obszar województwa śląskiego, który stał się rdzeniem utworzonej wówczas rejencji katowickiej (w 1941 r. weszła ona w skład prowincji górnośląskiej). Do tej jednostki administracyjnej włączono także część innych przedwojennych województw: kieleckiego (Zagłębie Dąbrowskie -miasto Sosnowiec i powiat będziński) i krakowskiego (powiaty chrzanowski oraz żywiecki) - w żargonie nazistowskim obszar ten był nazywany „pasem wschodnim” (Ost-streifen). W optyce niemieckich władz okupacyjnych większość mieszkańców byłego wo-jewództwa śląskiego miała nadawać się „do ponownego zniemczenia” - tylko uznane za Polaków (około 10% populacji) miały zostać deportowane do Generalnego Gubernatorstwa. Inną przyszłość przewidywano dla „pasa wschodniego” - cała ludność polska (około l min.) miała zostać wysiedlona do GG, z kolei Żydzi (około 100 tys.) zostali wymor-dowaniwlatachl942-l943. Deportacje Polaków odłożono na czas powojenny - zwłaszcza mieszkańcy Zagłębia Dąbrowskiego byU okupantom potrzebni do pracy w tamtejszym przemyśle. Do większej akcji deportacyjnej doszło jedynie w 1940 r. na Żywiecczyźnie, skąd wysiedlono do GG około 20 tys. Polaków. Później w rejencji katowickiej prowadzono tylko wysiedlenia „wewnętrzne”, które objęły razem około 81 tys. ludzi. Wyrzucone ze swoich domów polskie rodziny kierowano m.in. do tworzonych od wiosny 1941 tzw. obozów dla Polaków (Polenla-ger). Na terenie prowincji górnośląskiej powstały co najmniej 22 ośrodki tego typu ulokowane w halach fabrycznych, klasztorach, czy szkołach itp. Według niepełnych, zapewne zaniżonych, danych trafiło do nich około 10 tys. ludzi. Warunki bytowania osadzonych były bardzo trudne, wpisywały się w nie głód, brutalne traktowanie i niewolnicza praca. Szczególny charakter miał obóz ulokowany w Pogrzebieniu koło Raciborza - kierowano do niego dzieci osób aresztowanych za działalność w ruchu opom. W prowincji górnośląskiej polski mdi opom najsilniej rozwinął się właśnie w „pasie wschodnim”. Przemysłowy charakter oraz tradycje historyczne „czerwonego” Zagłębia Dąbrowskiego sprawiły, że szczególnie duże wpływy na tym terenie miały organizacje lewicowe, związane zwłaszcza z PPS WRN. Władze nazistowskie bezwzględnie zwalczały wszelkie objawy polskiego opom niezależnie odjegobarwpolitycznych - niestety z licznymi sukcesami. W latach 1939-1945 na tym obszarze aresztowano tysiące Polaków - duża część tych ludzi została zamordowana. Jedna z największych fal aresztowań w Zagłębiu Dąbrowskim i powiecie chrzanowskim miała miejsce w nocy 11/12 sierpnia 1943 r. W ramach tzw. akcji „Oderberg”, precyzyjnie wymierzonej w polskie podziemie lewicowe (zarówno socjalistyczne, jak i stosunkowo nieliczne, komunistyczne), zatrzymano około 750 ludzi. Od poprzednich operacji tego typu różniła się ona tym, że aresztowano całe rodziny, które skierowano do więzienia policyjnego w Mysłowicach. Mężczyzn oddzielono od najbliższych już w momencie aresztowania, z kolei w Mysłowicach odebrano matkom dzieci - również te najmłodsze. Wkrótce dorosłych (około 400 osób) wywieziono do KL Auschwitz, gdzie w najbliższych miesiącach większość z nich została zamordowana. Obozowa tułaczka Inny był los co najmniej 213 aresztowanych dzieci. Po oddzieleniu od matek w Mysłowicach, skierowano je do obozu w Pogrzebieniu. Pod koniec września 1943 r. większość z nich podzielono na grupy i rozwieziono do innych Polen-lagrów położonych w południowej części prowincji górnośląskiej: do Beneśova (Markt Bene-schau), Bohumina (Oderberg), Kietrza (Katscher), Gorzyc (Gross Gorschutz), Gorzyczek (Klein Gorschutz), Łysków (Lis-sek) oraz Żor (Sohrau). Podobnie jak dorośli więźniowie, dzieci zaznały w nich głodu, chorób i brutalnego traktowania ze strony strażników nazywających je „dziećmi bandytów”. Znane są przypadki żartowania małych więźniów za próby ucieczki. Nic dziwnego, że część dzieci osadzonych w Polenlagrach zmarło. W ośrodkach tych prowadzono też na nich badania - dzieci uznane za „rasowo czyste” wywożono do Niemiec. Późniejszych losów większości z nich nie udało się ustalić. Pewną ulgą w ogólnej mizerii bytowania była pomoc ze strony dorosłych współwięźniów oraz kontakty korespondencyjne z rodzinami. Okazjonalnie zdarzały się też osobiste odwiedziny umożliwiane przez stosunkowo niewielką odległość obozów od Zagłębia Dąbrowskiego. Z okazji tej skorzystał m.in. wywodzący się z Czeladzi Jan Polak, który w sierpniu 1943 r. zdołał ukryć się w miejscowej kopalni i w ten sposób uchronić przed aresztowaniem. Dzięki temu mógł potem, w przebraniu, kilkukrotnie odwiedzić swoje córki Janinę i Czesławę w obozach w Pogrzebieniu, Gorzycach i Bohuminie. Wkrótce miało się to jednak zmienić. W połowie 1944 r. część dzieci przetransportowano do obozu w Żorach, a później do Bohumina. Stamtąd na początku sierpnial944r. 139 z nich wywieziono do obozu przesiedleńczego w Potulicach koło Bydgoszczy. Transporty z górnośląskich Polenlagrów trafiły do Potulic 8 i ll sierpnia 1944 r. Nie wszystkie dzieci należały do grupy aresztowanej podczas akcji „Oderberg” -część pochodziła z innych części prowincji górnośląskiej. Egzystencję dzieci w Potulicach tak wspominała pochodząca z Czeladzi Janina Zachariasz (córka wspomnianego wcześniej Jana Polaka): „Ubrano nas w drewniaki i ubrania obozowe. Warunki bytowaniawtym obozie nie różniły się od warunków w istniejących obozach koncentracyjnych. Mieszkaliśmy w bardzo prymitywnych, zimnych barakach, brakowało urządzeń sanitarnych, niskokalo-ryczne, wręcz głodowe wyżywienie, a do tego codzienny reżim hitlerowski, w tym zastraszające apele. Starsze dzieci pracowały w ogrodzie i przy kopaniu rowów przeciwlotniczych, a nawet wysyłani byliśmy do gospodarzy niemieckich do roboty na polu. Praca w ogrodzie dawała nam możliwość dożywiania się jarzynami, które głęboko ukryte przenosiliśmy do obozu rodzeństwu i młodszym dzieciom. Było to bardzo ryzykowne, bowiem za najmniejszą kradzież i przemyt bito pejczem, karano głodówką lub zamykano wbunkrze”. Szczególnie traumatyzu-jące było niemal całkowite już zerwanie kontaktów z rodzinami (pozostała tylko korespondencja). Również w Potulicach część dzieci zmarła, inne zostały, po badaniach rasowych, wywiezione do Niemiec. Pozostałe doczekały ewakuacji obozu styczniu 1945 r. W przeciwieństwie do dorosłych więźniów, dzieci nie zostały objęte ewakuacją. Przez dwa dni przebywały w nim bez opieki -w obozowych magazynach znalazły jednak trochę żywności oraz niemiecką odzież wojskową. Tak doczekały zajęcia obozu przez wojska sowieckie. Gorzki 27 stycznia 1945 r. Armia Czerwona wyparła Niemców także z Zagłębia Dąbrowskiego. Już 10 lutego kilku mieszkańców Czeladzi (Władysław Badzior, Wiktor Parka, Jan Polak i Teofil Kowalik), miasta w sposób szczególnie bolesny dotkniętego ak-cją „Oderberg”, wyruszyło do Potulic z zamiarem sprowadzenia dzieci. Koniecznego pełnomocnictwa władz polskich udzielił im Jerzy Ziętek pełniący już w Katowicach obowiązki wojewody śląskiego. Do Potulic dotarli po kilku dniach. Wśród małych mieszkańców obozu znaleźli 54 dzieci pochodzące z Czeladzi. Transport, zorganizowany przy pomocy władz polskich i sowieckich, dotarł do miasta 19 lutego 1945 r. Na miejscu powracających powitał entuzjastycznie kilkutysięczny tłum. Wkrótce zaczęli się zgłaszać bliżsi lub dalsi krewni. Te dzieci, po które nikt się nie zgłosił, zostały umieszczone w miejscowym sierocińcu. W Potulicach wdąż przebywały jednak setki dzieci, w tym wiele z Zagłębia Dąbrowskiego i Górnego Śląska - ich nazwiska zostały opublikowane na łamach lokalnej prasy. W tej sytuacji kilku czeladzian (m.in. uczestnik pierwszego wyjazdu Jan Polak) ponownie udało się, na plecenie Ziętka, do potulic-kiego obozu, skąd przywieźli pociągiem kolejne 103 dzieci. Część z nich, nie podiodzących z Zagłębia, wysadzono w Koluszkach, Częstochowie i Za-wierdu. Pozostałe zostały przekazane zarządowi PCK w Będzinie. PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 WOJENNE DZIECIŃSTWO 115 MATEUSZ KUBICKI ODDZIAŁ IPN W GDAŃSKU UNIWERSYTET GDAŃSKI Po objęciu w 1933 r. w Niemczech władzy przez narodowych socjalistów rozpoczęto przygotowania do wdrożenia prawa, które umożliwiało zaostrzenie kursu względem osób chorych. Jedną z najbardziej drakońskich była ustawa wprowadzona w 1934 r. o przymusowej sterylizacji osób z zaburzeniami. Przyjęte tam rozwiązania pozwalały, aby chorzy byli poddawani zabiegowi wbrew ich woli. Często był on celowo wykonywany z błędem lekarskim, co przyczyniało się do śmierci pacjenta. Do dalszego zaostrzenia prawa doszło w 1935 r., kiedy dopuszczono całkowitą izolację osób z zaburzeniami. Ustawy te miały doprowadzić do eliminacji z niemieckiego społeczeństwa „życia niewartego życia”. Ostatnim elementem było rozpoczęcie już po wybuchu wojny akcji T-4, która objęła wszystkie znajdujące się wówczas na terenie Niemiec placówki związane z leczeniem osób z zaburzeniami. W przededniu niemieckiej agresji na Polskę na Pomorzu Gdańskim działało kilka miejsc odpowiedzialnych zaleczenie osób z zaburzeniami psychicznymi. Wówczas cieszyły się one renomą, a wdrażane tam metody terapii wpa-sowywały się w najnowsze standardy. Wśród dużych placówek należy wskazać Krajowe Zakłady Psychiatryczne w Świeciu nad Wisłą i Kocbo-rowie nieopodal Starogardu Gdańskiego. Pierwszy z nich uruchomiono w 1829 r. Został on rozbudowany w połowie XIX w. W momencie ataku Niemiec na Polskę znajdowało się w nim około 1,7 tys. pacjentów, z czego część przebywała na leczeniu pozaszpitalnym, co dotyczyło zwłaszcza lżej chorych. Drugi z dużych szpitali w Kocborowie miał bardzo podobne warunki. Umieszczono w nim maksymalnie 1350 pacjentów. Dodatkowo podlegały mu dwa ośrodki zamiejscowe w Chojnicach (200 chorych) oraz szpital dla chorych dzieci w Gniewie (maksymalnie 60 dzieci). W połowie września 1939 r. w „Grand Hotelu” w Sopocie miała miejsce tajna narada, w której obok kanclerza III Rzeszy Adolfa Hitlera wzięli udział dr Karl Brandt - osobisty lekarz Hitlera, Philipp Bo-uhler - szef Kancelarii Rzeszy oraz dr Leonardo Conti - naczelny lekarz III Rzeszy. Wówczas ustalono jak będzie przebiegać akcja zabijania osób chorych. Efektem narady był tajny dekret o eutanazji (Eu- NIEMIECKA AKCJA T-4 NA POMORZU GDAŃSKIM A ZABÓJSTWA DZIECI W LATACH 1939-1945 II wojna światowa przyniosła diametralne zmiany w traktowaniu przez Niemców osób z zaburzeniami psychicznymi. Niemcy chcąc stworzyć ____„idealne społeczeństwo", postanowili je z niego usunąć._ thanasie Erlass), podpisany przez Adolfa Hitlera pod koniec października 1939 r. W celu zachowania pozorów został on antydatowany na 1 września 1939 r., co było zgodne z datą rozpoczęcia ataku na Polskę. Dopuszczał on „wyświadczenie łaski śmierci” wobec osób nieuleczalnie chorych i upośledzonych. Aby nie zadrażniać niemieckiej opinii publicznej działania te objęto całkowitą tajemnicą, a sama akcja otrzymała kryptonim T-4. Wywodził się on od adresu głównej siedziby centrali Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych w Berlinie przy ulicy Tiergar-tenstrasse 4 odpowiedzialnej za jej przeprowadzenie. Działania wojenne na Pomorzu Gdańskim zakończyły się bardzo szybko. Wówczas do placówek w Kocborowie i Świeciu przybyli SS-mani rekrutujący się spośród oddziału szturmowo-wartowniczego Kurta Eimanna (SS-Wach-sturmbann Eimann). Każdy z oddziałów liczył od 20 do 40 osób. Ich zadaniem było zabezpieczenie szpitali oraz przygotowanie ich do rozpoczęcia akcji T-4. Następnie do każdej z placówek przybyła specjalna komisja, na czele której stał odpowiedzialny w okresie przedwojennym za medycynę w Wolnym Mieście Gdańsku prof. dr Erich Grossmann. Składała się ona z lekarzy psychiatrów oraz tych zajmujących się szeroko rozumianą eugeniką. Głównym zadaniem komisji było podzielenie pacjentów na grupy, gdzie decydującym czynnikiem była ich zdolność do wykonywania pracy. Spośród chorych przy życiu planowano pozostawić maksymalnie 20 proc. osób. Zbrodnie wlesie Po dokonaniu podziału, do akcji weszli znajdujący się w szpitalach SS-mani. W Świeciu Zdjęcie małej pacjentki pawilonu Xb wykonane przez Niemców na potrzeby akcji T-4 A'- Rewers zdjęcia wykonanego przez niemiecki personel szpitala z oznaczeniem pawilonu, gdzie zabijano małych pacjentów nad Wisłą wywózki paqentów do lasów nieopodal miejscowości Mniszek-Grupa rozpoczęto około połowy września 1939 r. W zbrodni obok SS-manów brali również udział przedstawiciele Selbstschutzu („niemieckiej samoobrony”) najbardziej zbrodniczej formacji działającej na okupowanym Pomo- rzu Gdańskim. W lasach nieopodal Mniszka-Grupy pacjentów zabijano strzałem w tył głowy lub poprzez roztrzaskanie czaszki tępym narzędziem. W ten sposób zamordowano maksymalnie 800 osób. Szpital psychiatryczny w Kocborowie rozpoczęto „opróżniać” w ten sam sposób od 22 września 1939 r. Pacjentów wywożono do znajdującego 7 kilometrów od Starogardu Gdańskiego - Lasu Szpęgawskiego. W zbrodni brali udział wyłącznie SS-mani z oddziału Eimanna. Dowódcą komanda mianowano SS-Obersturm-fiihrera Karla Braunschweiga. W masowych egzekucjach trwających do drugiej połowy stycznia 1940 r. zamordowano 1689 chorych, w tym również sporą liczbę dzieci. Jeszcze podczas trwania zbrodni rozpoczęto relokowa-nie pacjentów. Działanie to miało przyspieszyć realizację założeń akcji T-4. W ten sposób potraktowano maksymalnie 60 chorych dzieci znajdujących się w ośrodku w Gniewie. Inicjatorem ich wywiezienia był komisaryczny burmistrz miejscowości volks-deutsch Horst Walpuski vel Walldorf. Do Kocborowa przewieziono je samochodem ciężarowym na przełomie października i listopada 1939 r. Po umieszczeniu w szpitalu zostały one następnie wymordowane w kilku masowych egzekucjach. Do Kocborowa 16 czerwca 1940 r. przywieziono też chorych z placówki w Prabutach, a sam szpital został przekształcony w lazaret i koszary dla Wehrmachtu. Również w tym transporcie znajdowały się chore dzieci. Podobnie potraktowano pacjentów, którzy pozostali przy życiu w szpitalu w Świeciu nad Wisłą. Niemcy wykorzystując specjalny pociąg przewieźli chorych do Kocborowa 3 listopada 1939 r. Większość z nich została zabita w masowych egzekucjach wLesie Szpęgawsłam. Dla zabudowań szpitalnych w Świeciu Niemcy znaleźli inne zastosowanie. Zostały one przekształcone w dom starców dla Niemców bałtyckich sprowadzonych na te tereny w ramach akcji „Heim ins Reich”. Id śmierci Masowe zabójstwa pacjentów w lasach zakończyły się w styczniu 1940 r. Nie oznaczało to jednak końca akcji T-4, która trwała nadal. Niemcy do tego celu wykorzystywali zabudowania szpitala w Kocborowie. W szczególnie okrutny sposób potraktowali przebywające tam dzieci. Umieszczono je w dwóch pawilonach oznaczonych jako Xb (dla dziewcząt) i XIb (dla chłopców). Szefową pierwszego była Klara Ruckert, a drugim natomiast kierował Erich Konrad Hannemann. Przebywające w pawilonach Xb i XIb dzieci prawdopodobnie poddawano eksperymentom medycznym tworząc obszerną historię choroby. Równolegle rozpoczęto względem nich stosować założenia akcji T-4. Najpierw niemiecki personel rozpoczął zmniejszanie racji żywnościowych oraz zaniechał podawania codziennych dawek leków. Dodatkowo ograniczano ogrzewanie pomieszczeń, co tłumaczono „oszczędnością”. Wówczas w pawilonach Xb i XIb zaczęły szerzyć się choroby, gdzie do najpowszechniejszych należy zaliczyć zapalenie płuc, gruźlicę czy tyftis. Inną metodą zabijania dzieci przez Niemców było podawanie im zastrzyków z wysokostężo-nego luminalu, morfiny, skopolaminy, barbituranów, vero-nalu lub panhormonu. Słabsze dzieci, które otrzymywały iniekcje dożylne tych substancji umierały bardzo szybko. Silniejszym, niemiecki personel potrafił podawać środki miesiącami. W obu przypadkach ich śmierci towarzyszyły męczarnie. W przypadku stwierdzenia zgonu historię choroby fałszowano poprzez wskazanie, że dany mały pacjent został relokowany do innego szpitala na terenie „starej Rzeszy”. Często podawano też fikcyjną przyczynę zgonu, gdzie najczęściej wpisywano zapalenie mięśnia sercowego. Jedyną adnotacją świadczącą o zabiciu w wyniku akcji T-4 było narysowanie przez kierownika oddziału czerwonego krzyżyka na rewersie zdjęcia danego pacjenta. Pomimo formalnego przerwania akcji T-4, które miało miejsce w 1941 r., zabójstwa dzieci trwały nadal. Szacuje się, że w kocborowskim szpitalu psychiatrycznym w latach 1940-1944 Niemcy pozbawili wten sposób żyda, co najmniej 200 dzied. Sami sprawcy obwiniając się wzajemnie w powojennych procesach wskazywali, że ci, którzy byli odpowiedzialni za zabójstwa dzieci otrzymywali zwiększone pobory lub awanse na wyższe stanowiska, co również wiązało się z przywilejami i ze zwiększonym uposażeniem. 16 | WOJENNE DZIECIŃSTWO PONIEDZIAŁEK 23 STYCZNIA 2023 MŁODOCIANI POWSTAŃCY WARSZAWSCY W NIEWOLI NIEMIECKIEJ Po upadku powstania warszawskiego do niewoli dostało się ok. 17 tys. powstańców, a wśród nirh ok. 1100 chłopców ______i dziewcząt w wieku od 10 do 18 lat. Najmłodszym jeńcem wojennym z powstania warszawskiego_ był 10-letni Jerzy Szulc ps. „Tygrys".__________________________________ Młodociani powstańcy warszawscy podczas nauki strzelania DR BARTOSZ JANCZAK ODDZIAŁ IPNWŁODZI Przez 63 dni w walkach o Warszawę w 1944 r. wzięło udział ok. 50 tys. powstańców. Wśród nich byli mężczyźni, kobiety, a także młodzież oraz dzieci. Wychowani w duchu patriotycznym nieletni żołnierze dzielnie bili się o wyzwolenie okupowanej stolicy. Wielu zginęło na warszawskich ulicach, a ponad tysiąc dostało się do niewoli niemieckiej. Byli najmłodszymi jeńcami wojennymi w historii. Od wybuchu l sierpnia 1944 r. powstania warszawskiego młodociani żołnierze wykonywali szereg zadań. Pełnili służbę m.in. jako łącznicy nosząc rozkazy i meldunki, przewodnicy po kanałach prowadząc również ludność cywilną, czy po prostu z bronią w ręku zabijali niemieckich żołnierzy. Za swoją odwagę, oddanie kilku z nich zostało awansowanych na wyższe stopnie wojskowe, czy odznaczonych np. krzyżami Virtuti Militari. Koniec powstania warszawskiego 2 października 1944 r. dla nieletnich powstańców był, podobnie jak dla pozostałych walczących czasem bardzo trudnym. Ich ogromne dziecięce marzenie o wyzwoleniu Warszawy nie zostało spełnione. Jednak większość młodocianych jako pełnoprawni żołnierze, którzy podczas walk zasłynęli z nieprawdopodobnej odwagi, postanowiła, choć nie musiała, znosić trudy żołnierskiej niedoli, a mianowicie pójść wraz ze swoimi towarzyszami broni do niewoli niemieckiej. Na mocy polsko-niemieckich ustaleń powstańców warszawskich traktowano jako żołnierzy, którym przysługiwały prawa jenieckie zawarte w międzynarodowych umowach. Do niewoli dostało się ok. 17 tys. powstańców, a wśród nich ok. 1100 chłopców i dziewcząt w wieku od 10 do 18 lat. Najmłodszym jeńcem wojennym z powstania warszawskiego był 10-letni Jerzy Szulc ps. „Tygrys”. Po zaprzestaniu walk na początku października 1944 r. większość powstańców warszawskich skierowano do obozu przejściowego w Ożarowie, a stamtąd transportami kolejowymi trafiali do oflagów (obozów dla oficerów) oraz stalagów (dla podoficerów i szeregowych) zlokalizowanych na terenie HI Rzeszy. Najwięcej powstańców warszawskich, bo prawie 6 tys. żołnierzy trafiło do Stalagu 344 Lamsdorf (obecnie Łambinowice na Śląsku Opolskim), w tym prawie 600 młodocianych. Podoficerów i szeregowych mężczyzn, kobiet, a także młodocianych umieszczono ponadto w stalagach: IV B Mühlberg (i podległego mu lazaretu Zeithain), X B Sandbostel, XIA Altengrabow, XIB Fallingbostel. Oficerów przetrzymywano m.in. w oflagach IIC Woldenberg czy VH A Mumau. Młodociani powstańcy w obozach jenieckich byli traktowani przez Niemców na równi z dorosłymi. Już sama wielodniowa podróż w przepełnionych wagonach kolejowych do miejsc odosobnienia była dla nich bardzo wymagająca. Pozbawieni wody, żywności, bez snu docierali do obozów wyczerpani, a za drutami nie otrzymali należytej opieki. Należy pamiętać, że powstańcy trafiali do obozów jenieckich jesienną porą, kiedy występowały zimne, deszczowe dni, a żołnierze nie posiadali ciepłej odzieży; Nie byli zaopatrzeni także w najpotrzebniejsze przedmioty codziennego użytku, a mianowicie w łyżki oraz menażki, aby móc spożywać niewielkie i słabej jakości posiłki. Brak odpowiedniej żywności powodował występowanie u nich szeregu chorób, jak np. biegunki, duru brzusznego i plamistego, anemii czy zapalenia płuc. Jak już wspomniano najwięcej nieletnich jeńców wojennych osadzono w Stalagu 344 Lamsdorf. Powstańcy warszawscy zostali umieszczeni w tzw. Russenlagrze (sektorze dla jeńców sowieckich). Warunki w obozie były bardzo trudne. W stalagu brakowało żywności, lekarstw, środków czystości, występowały problemy z dostępem do bieżącej wody. Młodociani powstańcy głodowali, chorowali, a przez cały okres przetrzymywania towarzyszyły impluskwy. Osadzały się na sufitach baraków i podczas snu spadały na śpiących jeńców. Jak wspominali powstańcy rano byli tak pogryzieni, że wyglądali jak Indianie. W pozostałych obozach jenieckich warunki były podobne. Młodociani jeńcy z powodu fatalnej sytuacji podejmowali ucieczki. Ze stalagu Lamsdorf próbowali uciec 17-letni starsi strzelcy Janusz Sznytko „Bogdaniec”, Jan Lewandowski „Aleksander” i Ireneusz Wiśniewski „Irek”, ale im się nie udało. Pierwszy z nich zginął zastrzelony przez niemieckiego żołnierza, a dwaj pozostali zostali ranni. Młodocianych powstańców warszawskich władze niemieckie wykorzystywały do pracy w obozach, w których ich przetrzymywano, bądź np. w niemieckich gospodarstwach rolnych. Nieletni wbrew międzynarodowemu prawu jenieckiemu pracowali także w zakładach zbrojeniowych. Niżsi wzrostem zajmowali się składaniem niemieckich samolotów wojskowych Messerschmitt. Podczas montażu kadłubów specjalnie źle nitowali, wskutek czego samoloty miały wady fabryczne, co mogło doprowadzić do ich rozpadu w powietrzu. Poprzez sabotowanie wykonywanej pracy młodociani jeńcy stawiali opór, walczyli z Niemcami. Nieletni powstańcy brali ponadto udział w odgruzowywaniu niemieckich miast zniszczonych w wyniku nalotów alianckich. Pomagali ludności cywilnej państwa, które jeszcze jakiś czas temu atakowało z powietrza ich domy. Oglądali cierpienie ludności cywilnej, które sami doskonale znali. Losy powojenne Niewola niemiecka młodocianych powstańców warszawskich kończyła się wraz z zajmowaniem niemieckich obozów jenieckich przez wojska alianckie. Po wyzwoleniu nieletni jeńcy wojenni, podobnie jak pozostali przetrzymywani, musieli zadecydować o swoich dalszych losach. Większość młodocianych powstańców warszawskich wróciła do powojennej Polski. Po powrocie do kraju i odnalezieniu swoich rodzin bardzo ważną dla nich kwestią było podjęcie przerwanej z powodu wybuchu wojny edukacji. Po zdaniu matury dostawali się często niebez przeszkód na studia. Niestety przez władze komunistyczne w Polsce nieletni powstańcy warszawscy już wdorosłymżydubylinięjedno-krotnie szykanowani, prześladowani, a nawet osadzani w więzieniach. Częśćnieletnich powstańców warszawskich nie zdecydowała się na powrót do ojczyzny i wybrała życie emigracyjne. Różne były powody tych decyzji. Niektórzy nie chcieli wracać do Polski z powodu złych wspomnień, inni stracili rodziny w kraju i otrzymali opiekęuswoichbliskich na emigracji. W najgorszej sytuacji były sieroty, które po zakończeniu U wojny światowej uzyskiwały pełnoletność. W samotności, dalekooddomumusielinie bez przeszkód budować swoją dalszą przyszłość. Niektórzy młodociani powstańcy np. po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie rozpoczęli służbę w organizowanych w Niemczech przez władze USA kompaniach wartowniczych. Inni wstępowali w szeregi Polskich Sił Zbrojnych, m.in. do 2. Korpusu Polskiego we Włoszech i odsyłani byli do szkół junaków i młodszych ochotniczek, w ramach których mogli zdobywać wykształcenie. Po zdemobilizowaniu osiedlali się w różnych częściach świata. Dla pozostających na emi-graq'i ogromna tęsknota za krajem, za ukochaną Warszawą towarzyszyła im przez całe żyde. Mimo tysięcy kilometrów od rodzinnych stron nie zapominali o jesiennych wydarzeniach z 1944 r. Starali się poza granicami kraju kultywować pamięć o powstaniu warszawskim, wspominać swoich bliskich, przyjaciół, znajomych, którzy w wyniku 63 dni walk stracili żyde, wolność, domy, ojczyznę. Młodociani powstańcy warszawscy stanowili najmłodszą grupą jeniecką w historii wojen. Byli jedyni, niepowtarzalni, wykazywali się ogromną odwagą, oddaniem, obowiązkowością, odpowiedzialnością, patriotyzmem, a przecież w momencie największej próby nie osiągnęli pełnoletności. Dla nich dzieciństwo przypadło na okrutne lata wojenne. Musieli oglądać cierpienie, głód, śmierć, tracili rodziny, przyjaciół i domy. Wraz z końcem II wojny światowej nie odzyskali swoich lat młodzieńczych, a przyszło im się zmierzyć z niełatwą powojenną rzeczywistością.