MAGAZYN Prof. Nowak: Manifest PKWN oznaczał podporządkowanie Polski Mos „Ich Lubuska". Kulisy politycznego ataku na niezależność dziennikarzy Polska Press PLUS TELEMAGAZYN z programem TV Głos Pomorza iikohą razem ź dodatk Piątek 22.07.2022 Nr 169 (4717) Nakład: 18.120 egz. Samorząd Negocjacje między Słupskiem a gminą w sprawie zmiany granic zerwane str. 4 Zdrowie Szósta fala koronawirusa. Rośnie liczba zakażeń www.gp24.pl Cena 4,60 zł (w tym 8% VAT) na COYID-19 Str. 8 Pomorze Ponad 40 tysięcy złotych otrzymały OSP z powiatu słupskiego str. 6 NrlSSN 0137-9526 Nr indeksu348-570 9 770137 952053 SŁUPSK 317 UCZNIÓW NIE DOSTAŁO SIĘ DO WYBRANEJ KLASY Listy wywieszon Edukacja Wczoraj szkoły ponadpodstawowe ogłosiły listy przyjętych uczniów. Emocji nie brakowało. Niestety, 317 osób nie dostało się do żadnej z wybranych przez siebie klas w szkołach w Słupsku strona 3 Dziś w „Głosie HISTORIA PRL Uciec jak najdalej stąd. Kajakiem, łodzią, nawet samolotem str. 12-13 KOŁOBRZEG I ZDROWIE Tu mieszka właściciel I Koronawirus? Małpia ; Rok temu weszła do jasu jednego z najbardziej i grypa? Gruźlica wciąż też i wciąż nie wiadomo,'co znanych głosów str. 18 I jest groźna str. 15 i się z nią stało str. 16 Nikola - NAS(z)A chluba. Wie, jak wieje słoneczny wiatr Szczecinianka, miłośniczka zwierząt, utalentowany fizyk, chciała zostać weterynarzem, więc teraz liczy atomy wokół Słońca i została jedną z Polek XXI wieku «r. 14 GRYWAMY • DRUGA STRONA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 TYDZIEŃ Z NASZĄ GAZETĄ SOBOTA • Różnica wieku w związkach - kiedy nas dziwi PONIEDZIAŁEK i' Za nami druga kolejka ekstraklasy WTOREK • Dofinansowanie na ocieplenie domu ŚRODA • Jak co tydzień dodatek tematyczny Strona Zdrowia CZWARTEK • Szwadrony śmierci ekipy generała Jaruzelskiego ZAMÓW PRENUMERATĘ: tel 94 3401114, mail: prenumerata.gdp@polskapress.pl, prenumerata.gp24.pl PIĄTEK Czesław Lang mówi o swoim życiu i kolarstwie Głos Pomorza Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 21 lipca 2022 r. odszedł w wieku 77 lat ś+p Henryk Matuszewski Ceremonia pogrzebowa odbędzie się 23 lipca 2022 r. na Starym Cmentarzu. Wystawienie o godz. 14.50, wyprowadzenie o godz. 15.20. Pogrążona w smutku Rodzina AUTOPROMOCJA Gotuj się na sobotę gp24.pl Szczególnie najmłodsi skorzystali z licznych atrakcji i mogli dowiedzieć się, jak wygląda praca policji Baltic Pipę już łączy Polsklę i Danię Bogna Skarul Energetyka Wykonane zostały „złote spoiny" łączące gazociąg zduńską siecią przesyłową w Faxe i z polskim systemem przesyłowym w Pogorzelicy. Spoiny gwarantowane, tzw. złote, zostały wykonane na obu końcach gazociągu podmorskiego na przeciwległych stronach Morza Bałtyckiego. Spowodowały fizyczne połączenie gazociągu z krajową siecią przesyłową Polski i infrastrukturą przesyłową Królestwa Danii, zapewniając możliwość transportowania gazu między tymi krajami. - Baltic Pipę jest teraz pod względem technicznym elementem krajowego systemu przesyłowego - mówi Tomasz Stępień, prezes Gaz-Systemu. Zintegrowaliśmy sieci gazowe Polski i Danii, tworząc nowy korytarz dostaw gazu ziemnego do regionu środkowo-wschod-niej Europy. Przed nami prace rozruchowe i nagazowanie, a potem uruchomienie przesyłu w zakładanym terminie -1 października bieżącego roku. Połączenie gazociągu podmorskiego z lądowymi w obu krajach wymagało przygotowań, m.in. czyszczenia gazociągu podmorskiego, wodnej próby ciśnieniowej, osuszenia Po stronie duńskiej operację połączenia wykonał Ener-ginet. Tamtejsi inżynierowie musieli wspawać ok. 120-me-trowy odcinek łączący gazociąg lądowy z gazociągiem podmorskim. Po polskiej stronie Gaz-System też wspawał rurę, ale krótszą, 90-metrową. - Rozpoczną się działania związane z przywróceniem OMINĄ MIASTKO do stanu pierwotnego terenów budowy i z pracami rozruchowymi całego systemu gazociągu Baltic Pipę - zapowiada Gaz-System i dodaje, że wszystkie prace idą zgodnie z planem. Baltic Pipę to jedna z największych inwestycji infrastrukturalnych w Polsce, Komisja Europejska przyznała jej status projektu wspólnego zainteresowania, a budowa ma finansowe wsparcie Unii Europejskiej. To jeden z filarów, na których Polska chce oprzeć swoje bezpieczeństwo energetyczne, by całkowicie uniezależnić się od gazy rosyjskiego. System gazociągów połączy Norwegię z Polską i pozwoli to wykorzystać złoża gazu w Norwegii, do których niektóre koncesje ma Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. ©O LOTTO 2O07.2O2Z GODZ. 21.50 Multi Multi: 1,5,6,11,12,13,20, 33,39,43,50,56,57,60,66,71, 72,74,78,80, Plus 80 Extra Pensja: l, 4,7,21,33+2 ExtraPremia: 7,10,17,18,19+1 Mini Lotto: 1,7,15,19,39 Kaskada: l, 2,3,4,5,7,9,10,12, 13,22,24 Super Szansa: 4,2,3,6,4,7,4 2107.2022, GODZ. 14 Multi Multi: 3,6,9,10,14,17,20, 34,37,45,46,47,53,55,56,62, 63,66,72,75, Plus 34 Kaskada: 1,2,5,6,9,10,11,16, 19,21,23,24 Super Szansa: o, 1,1,6, o, 6,3 Miasto rozbrzmiało syrenami. Policyjny festyn przyciągnął słupszczan Wojciech Lesner Słupsk Wczoraj przed słupską Komendą Miejską Policji zorganizowano festyn z okazji zbliżającego się Święta Policji. Plac przed słupską komendą już od godzin porannych pełen był rozbieganych dzieci i ich opiekunów. Nic w tym dziwnego - przygotowane stoiska przyciągały ciekawskie spojrzenia najmłodszych nie bez powodu. - Chcemy przede wszystkim zaprosić do nas mieszkańców miasta, osoby wypoczywające w regionie, aby mogli zobaczyć, jak wygląda praca policjanta, mogli zapoznać się z naszym wyposażeniem, mogli z nami spędzić fajnie czas z okazji naszego święta - opisywał ideę imprezy mł. asp. Michał Sobiesiak podczas naszej wizyty na festynie. Jak zawsze największym zainteresowaniem cieszył się pokaz policyjnych pojazdów - syreny towarzyszyły odwiedzającym niemal przez cały czas trwania imprezy. Kolejki ustawiały się również do symulatora zderzeń. Na stoisku szkoły policji dostępne były popularne narko- i alkogogle. Wczoraj (w godz. 9-12) przed słupską Komendą Miejską Policji zorganizowano festyn Po ich założeniu, na otoczenie można było spojrzeć z perspektywy osoby pod wpływem alkoholu (nawet 2,5 promila) i narkotyków. Oprócz tego? - Przygotowaliśmy dla dzieciaków konkursy, w których mogą wygrywać fajne nagrody, mamy rozstawione stanowisko, gdzie mogą zobaczyć, jak policjanci pobierają odciski palców, mogą pozwiedzać nasze radiowozy, zobaczyć wyposażenie, wsiąść na motocykl policyjny. Do ich dyspozycji oddaliśmy także symulator zderzeń, gdzie można popróbować, jak takie sytuacje wyglądają w warun- kach kontrolowanych i bezpiecznych. Można spróbować przejść się w alkogoglach, nar-kogoglach. Można zobaczyć, jak wygląda policyjny fantom. Przygotowaliśmy też dla naszych gości pokazy posłuszeństwa psów służbowych. Atrakcji jest w bród - wymieniał Michał Sobiesiak. Czego życzą mieszkańcom funkcjonariusze z okazji ich święta? - Jako policjant chciałbym życzyć wszystkim, żebyśmy te wakacje spędzili jak najbezpieczniej i spokojnie wrócili po nich do naszych codziennych zajęć - podsumował Sobiesiak. ©® WALUTY 21.07.22 USD 4,6682 (+) EUR 4,7578 (-) CHF 4,8008 (+) GBP 5,5738 (-) (+) wzrost ceny w stosunku do notowania poprzedniego, (-) spadek ceny w stosunku do notowania poprzedniego, (o) bez zmian Koło Gospodyń Wiejskich Świerzowianki, Rada Sołecka w Świerzenku oraz MGOK Miastko zorganizowały w Świerzenku IV edycję Biesiady Pomorskiej. Zabawę połączono z konkursem artystycznym. Impreza odbyła się pod patronatem starosty bytowskiego. „Głos" był patronem medialnym imprezy. (LES) Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 3 REGION SAMORZĄD Negocjacje zerwane Słupsk chciał gminie dać finansową rekompensatę za Bierkowo i Siemianice. Gmina nie chciała oddać mieszkańców, a same tereny niezurbanizowane. Str.4 POMORZE Pieniądze dla OSP § Do strażaków ochotników | z województwa trafi ponad x pół miliona złotych. M.in. S jednostki OSP z gmin | powiatu słupskiego otrzymają 41100 zł. 2 Str.6 317 uczniów nie dostało się do wybrane; klasy Magdalena Olechnowicz Edukacja Wczoraj szkoły ponadpodstawowe ogłosiły listy przyjętych uczniów. Emocji nie brakowało. Niestety, 317 osób nie dostało się do żadnej z wybranych przez siebie klas w szkołach wSłujpsku. Dla nich powstaną dodatkowe klasy - w dwóch liceach, w technikum oraz w szkołach branżowych Na ten dzień absolwenci szkół ponadpodstawowych czekali z niecierpliwością. O godzinie 12 w szkołach ponadpodstawowych dyrektorzy wywiesili listy uczniów przyjętych do poszczególnych klas. Tłumów przy listach nie było, gdyż uczniowie mogli sprawdzić w Internecie, czy dostali się do wymarzonej klasy. Licea Absolutnym hitem w tym roku okazała się klasa o profilu psychologiczno-społecznym wILiceum Ogólnokształcącym w Słupsku, którą utworzono po raz pierwszy. - O miejsce w klasie ubiegało się stu młodych ludzi, a mogliśmy przyjąć Lista przyjętych ucznióww I LO w Słupsku tylko 32 osoby. Dostali się ci z najwyższą liczbą punktów -mówi Maciej Maraszkiewicz, psycholog, przyszły wychowawca tej klasy. - Bardzo się cieszę, że pomysł z otwarciem klasy o takim profilu spotkał się z takim zainteresowaniem. Już się nie mogę doczekać spotkania z uczniami! WILOobleganebyłyrównież klasy o profilach matematyczno-fizycznych, gdzie o 32 miejsca ubiegały się 64 osoby orazbiolo-giczno-chemiczna, do której aplikowało 59 uczniów. Z naboru zadowolony jest Mariusz Domański, dyrektor n Liceum Ogólnokształcącego w Słupsku. - Bardzo się cieszymy z wysokich progów, które mieliśmy przy rekrutacji. Najwyższy próg punktowy mieliśmy w klasie medycznej. To oznacza, że aby się do niej dostać należało mieć minimum 167 punktów, przy maksymalnie 200 do zdobycia- mówi dyrektor. To najwyższy próg nie tylko w klasie, ale w całym Słupsku. - Dmgi wysoki prógmieliśmy do klasy politechnicznej - tu trzeba było mieć minimum 164 punkty, następna z wysokim progiem to klasa biomedyczna -tu minimum to 154 punkty, czwartą klasą pod względem minimum jest klasa biznesowa -142 punkty, ostatnia to klasa ję-zykowo-społeczna, gdzie minimum to 138 punktów. Najwięcej chętnych było do klasy biomedycznej - dyrektor Domański podkreśla też, że bardzo dużo uczniów miało maksymalną dozdobycia liczbę 200 punktów. W V LO największe zainteresowanie miała klasa europejska, ale także medyczno-przyrodni-cza, a w IV LO - klasa humanistyczno-prawna. Technika Szkoły ponadpodstawowe to nie tylko licea. Tegoroczna oferta szkół ponadpodstawowych była bardzo bogata. Nowe profile powstały także w technikach i szkołach branżowych. Które kierunki w jakich szkołach cieszyły się największym zainteresowaniem? Tegoroczną rekrutację podsumowuje Bogna Winiarczyk, zastępca dyrektora Wydziału Edukacji w UM w Słupsku. - W Technikum nr l najwięcej chętnych było do klas technik programista, technik elektryk oraz technik organizacji turystyki, w Technikum nr 2 -technik budownictwa oraz technik usług fryzjerskich w Technikum nr 3 - technik fotografii i multimediów oraz technik stylista. Ewenementem jest to, że w Technikum nr 4 - czyli w mechaniku zawsze wszystkie kierunki cieszą się ogromnym zainteresowaniem. W tym roku wprowadziliśmy tam dwie nowości - technik spawalnictwaitechnikrobotyk . Największe zainteresowanie było jednak w klasach technik pojazdów samochodowych, technik logistyk i technik spedytor. W Technikum nr 5 - technik ekonomista oraz technik grafiki i poligrafii cyfrowej -mówi Bogna Winiarczyk. Jeżeli chodzi o szkoły branżowe, to np. w Zespole Szkół Elektryk wszystkie kierunki cieszyły się dużym zainteresowa-niem uczniów - zarówno cukiernik, elektryk, jakikucharz. Wbu-dowlance - fryzjerki, w mechaniku"- mechanik pojazdów samochodowych. 317 uczniów nigdzie się nie dostało Niestety, aż 317 uczniów nie dostała się do żadnej z wybranych przez siebie szkół. Co z nimi? - Prezydent miasta zdecydowała, że będziemy otwierać nowe oddziały. W V LO powstanie druga klasabiotogiczno-che-miczna, ponieważ było bardzo duże zainteresowanie takim profilem, a w IV LO - klasa humani-styczno-społeczna, która powstaje głównie z myślą ouczniach, którzy nie dostali się do klasy psychologicznej wILO -mówi Bogna Winiaczyk. Dodatkowe miejsca powstaną też w technikach. - Dodatkowy nabór będzie do klasy technikreklamyifotogiajBiimul-timediów. Poza tym są jeszcze wolne miejsca w ekonomiku wklasietechnikrachunkowości i technik ekonomista, wbudow- lance - możemy zwiększyć miej -sca o fryzjerów, techników urządzeń systemów i energii odnawianej, geodetów i techników budownictwa. Tu powstaną dodatkowe oddziały - mówi Bogna Winiarczyk. Zwiększone też zostaną oddziały wszkołach branżowych -w zawodzie elektryk, kucharz, monter robót wykończeniowych w budownictwie, stolarz, tapicer, pracownik obsługihote-lowej, sprzedawca magazynier. - Pamiętajmy też, że mamy w mieście wiele szkół niepublicznych, które także oferują miejsca w swoich placówkach -przypomina Winiarczyk. W tym roku o miejsca w szkołach ubiegało się dużo więcej uczniów niż przed rokiem. - Większy nabór wynika z tego, że do klasy I szkoły podstawowej poszły dzieci urodzone w 2007 roku i urodzone od 1 stycznia do 30 czerwca 2008 roku. Podobny nabór czeka nas za rok, bo będą to dzieci, które poszły urodzone w drugiej połowie roku 2008 i cały 2009 rok -wyjaśnia Winiarczyk. W sumie do szkół, dla których organem prowadzącym jest miasto Słupsk przyjęto 1188 uczniów. ©® Zostań prenumeratorem! Oszczędzasz 50 zł 1 Gazetę dostarczymy Prenumerata na 3 miesiqce za 44 zł miesięcznie codziennie zamów: O 94 3401114 0 od poniedziałku do piqtku w godz. 9:00-15:00 email: prenumerata.gdp@polskapress.pl Oferta tylko dla nowych prenumeratorów * średnia oszczędność miesięczna w porównaniu do cen w kiosku w 2022r. AKCJA CHARYTATYWNA STAKO» 4 • WYDARZENIA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.202 Zmiana granic - negocjacje zostały zerwane Grzegorz Hilarecki Słupsk/Gmina Słupsk Słupsk chciał gminie dać finansową rekompensatę za Bierkowo i Siemianice. Gmina Słupsk nie chciała oddać mieszkańców, a same tereny niezuibanizowane. Negocjacje zerwano. Spotkanie negocjacyjne w Urzędzie Wojewódzkim zostało zerwane. Wójt Barbara Dykier ob-winiła za to władze Słupska, pisząc, że to one wycofały się z „ustalonego" porozumienia. Wiceprezydent miasta Marta Makuch odpowiedziała na to, że niebyło żadnego porozumienia i to gmina nie zaakceptowała propozycji rekompensaty finansowej, jaką zaoferowały jej władze Słupska za przejęcie Bierkowa i Siemianic, jak również możliwej rezygnacji miasta z obrębu Płaszewko. W tym tygodniu w Sopocie, Słupsku i Warszawie odbyły się spotkania w sprawie zmiany granic administracyjnych Słupska. To były kolejne etapy pro-cedowania zmian granic administracyjnych. Wczoraj opisała je w oficjalnej informacji do mieszkańców gminy wójt Barbara Dykier. Ujawniając, że zaproponowała władzom Słupska prawie 600 hektarów terenów za rezygnację z powiększenia miasta i zobowiązanie, że przez lata nie wystąpią z ponownym wnioskiem o zmianę granic. Wspomniała, że władze Słupska zaproponowały rekompensatę finansową za Bierkowo i Siemianice, pomijając jej wysokość. 13 lipca w siedzibie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie odbyło się posiedzenie Zespołu do Spraw Ustroju Samorządu, Obszarów Miejskich i Metropolitalnych Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Ten zespół nie wydał opinii w sprawie zmiany granic miasta i gminy, ale zaproponował mediację. Mediatorem był prezydent Sopotu Jacek Karnowski. Mediacja w Sopocie odbyła się w poniedziałek (18 lipca). „Podczas negocjacji w Sopocie wydawało się, że kompromis został wypracowany, tj. sołectwa Bierkowo i Siemianice zostają w Gminie Słupsk, a miasto przejmie tereny niezurbani-zowane. Jedynym spornym terenem został teren inwesty- cyjny w Płaszewku..." - pisze pani wójt. - Chyba byliśmy na różnych spotkaniach. Nie było naszej zgody na rezygnację z Bierkowa i Siemianic - zaznacza Marta Makuch, wiceprezydent Słupska, która przewodziła słupskiej delegacji. - Pani wójt zaproponowała nam dwa warianty terenów niezurbanizowanych obok Bierkowa i Płaszewka, w tym lasy czy prywatne działki rolne w sąsiedztwie mączkami. Nie mogliśmy się na to zgodzić w świetle argumentów podnoszonych przez nas we wniosku o zmianę granic, analiz i ekspertyz, które przekazaliśmy na ręce wojewody i ministra spraw wewnętrznych i administracji, nie sposób się zgodzić z argumentami gminy. Jej propozycje w żaden sposób nie stanowią odpowiedzi na wyzwania i problemy, z powodu których miasto zwróciło się do Rady Ministrów z wnioskiem o poszerzenie swoich granic. Władze Słupska zaproponowały gminie rekompensatę finansową za Bierkowo (l mln zł rocznie) i Siemianice (3 min zł rocznie) przez 5 lat, razem 20 milionów złotych i dodatkowo możliwość rezygnacji z części Płaszewka, która jest wymieniona w projekcie rządowego rozporządzenia. To akurat pani wójt „przemilczała" w informacji do mieszkańców. Co więcej, sugeruje tam, że negocjacje, których druga część następnego dnia (wtorek 19 lipca) odbyła się w słupskiej delegaturze Urzędu Wojewódzkiego, zostały zerwane z winy Słupska, którego samorząd wycofał się z „dotychczasowych ustaleń". - Nie było ustaleń, nie zrezygnowaliśmy i nie zrezygnujemy z Bierkowa i Siemianic, co więcej podkreślamy, że ponownie wystąpilibyśmy z wnioskiem o zmianę granic, gdyby miasto nie zostało o nie powiększone. Wystąpiliśmy z wnioskiem o 6 sołectw, w opinii wojewody mowa o 2-3, których przyłączenie do miasta jest zgodne z naszym wnioskiem. W projekcie rozporządzenia rząd pisze o 2,2 z 6, o które występowaliśmy -zaznacza Łukasz Kobus, sekretarz Słupska, który reprezentował miasto podczas mediacji. -Naszym zdaniem te 2,2 to jest kompromisowe rozwiązanie. Co ciekawe, władze gminy chciały od władz Słupska zobowiązania, że przez 10 kolejnych lat nie wystąpią z wnioskiem o zmianę granic. Na spotkaniach padło też, że nikt nie zagwarantuje, że za kilka lat władze gminy nie wystąpią o... nadanie praw miejskich Siemiani-com (w których gęstość zaludnienia spełnia kryteria niejednego miasta w kraju, a w opinii wojewody akurat ta miejscowość spełnia wszystkie kryteria terenu miejskiego i to związanego ze Słupskiem). 19 lipca w Warszawie odbyło się posiedzenie Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu, ale nie wydała ona opinii o zmianie granic Słupska. Tym samym czekamy na ostateczną d Rady Ministrów, któramusi paść do 30 lipca, by zmiany ol wiązywały od l stycznia 2023. Słupski samorząd w grudniu ub. roku wszczął procedurę zmiany granic administracyjnych miasta. Pod koniec marca przekazał komplet z tym związanych dokumentów i analiz do Ministerstwa Spraw We-wnętrznych i Administracji. Wojewoda pomorski wydał opinię na ten temat, pokazując, że w całości przyjęcie wniosku miastabyłoby dla gminy problemem, co innego przyłączenie do miasta 2-3 sołectw (miasto we wniosku postulowało o przyłączenie sześciu sołectw i obrębu). 7 lipca pojawił się projekt rządowego rozporządzenia o zmianie granic. Zapisano w nim, że do Słupska ma być włączony obszar ewidencyjny Siemianice (o powierzchni 621,75 ha) i obszar ewidencyjny Bierkowo (1449 ha), to dwa sołectwa, które w całości mają stać się częścią Słupska. Obok tych dwóch miejscowości zawiera on też listę kilkudziesięciu działek zlokalizowanych w Płaszewku (do obwodnicy). One też mają znaleźć się w granicach Słupska. dększeniu mia 1 dali wfKźwreferendum (prawie wszyscy byli przeciw), a referendum w mieście pokazało, że mieszkańcy miasta są za jego powiększeniem. Wejście w życie rządowej propozycji, czyli włączenie Siemianic i Bierkowa do Słupska, podniosłoby liczbę mieszkańców miasta, które jest jednym z najbardziej zagrożonych wyludnieniem w kraju, i rozwiązało wiele problemów słupskiego samorządu. Zarazem zmieniając nasz region dla wszystkich i dając szansę na dalszy rozwój. ©® MATERIAŁ PROMOCYJNY EMKA SA WAKACYJNA 5EMKA PROMOCJA! Podpisz umowę na odbiór, transport i utylizację odpadów medycznych lub weterynaryjnych w lipcu lub sierpniu, a 2 miesiące abonamentu otrzymasz gratis! Dołącz do grona naszych klientów już dziś: oferta.ekoemka.com.pl Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 REKLAMA • 5 REKLAMA 0010563920 Wspólnie dla EKOLOGU Myślimy o przyszłości. Chcemy zapewnić klientom dostęp do czystej energii Jesteśmy jednym z liderów zielonej energetyki w Polsce. Jako część Grupy ORLEN realizujemy ambitny plan zmniejszenia emisyjnośa w sektorze energetyki o 33% na jedną A/IWh wytwarzanej energii Dążymy do tego min. poprzez modernizacje małych elektrowni wodnych na kaskadach rzek Slupu i Raduni Dbamy o równowagę między zapewnieniem bezpieczeństwa energetycznego, a troską o nasze otoczenie. Hydroelektrownie stanowią nie tylko ważne ogniwo sektora 02E, ich okolice to też świetny kierunek wycieczek kajakowych. Zrównoważony rozwój 2 szacunkiem dla środowiska. Energa grupa Emm 6 WYDARZENIA Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 Pieniądze dla ochotników Wojciech Lesner Pomorze Do strażaków ochotników z województwa pomorskiego trafi ponad pół miliona złotych. Gminy z powiatu słupskiego otrzymają 41100 złotych. W środę w Kielnie (pow. wejhe-rowski) zostały uroczyście wręczone czeki na rzecz jednostek OSP działających na terenie powiatu puckiego, wejherowskiego, lęborskiego i słupskiego. To ostatnia z serii trzech uroczystości, na których wicemarszałek województwa pomorskiego Józef Sarnowski przekazuje symboliczne czeki władzom samorządowym. Wsparcie otrzymało 214 jednostek OSP z 67 gmin. Ile pieniędzy trafiło do powiatu słupskiego? Najwięcej otrzymała gmina Słupsk -18 300 zł, z tego: 2400 zł dla OSP Bukówka, 2100 zł dla OSP Krępa Słupska, 1500 zł dla OSP Kusowo, 300 zł dla OSP Strzelinko, 2100 zł dla OSP Strzelino, 3000 zł dla OSP Swołowo, 2100 zł dla OSP Wiklino, 1800 zł dla OSP Gałęzinowo, PAŹ Dofinansowanie, które otrzymają jednostki Ochotniczych Straży Pożarnych z regionu, pochodzi z budżetu województwa pomorskiego 2100 zł dla OSP Jezierzyce, 900 zł dla OSP Włynkowo. Dofinansowanie przeznaczone dla Swołowa umożliwi zakup aparatu oddechowego z butlą kompozytową, natomiast pozostałe jednostki zakupią różnego rodzaju mundury potrzebne do akcji gaśniczych - strażackie, koszarowe, specjalne. Nieco mniej dostała gmina Kępice, bo11900 zł, w tym: 300 zł dla OSP Barcino, 1800 zł dla OSP Biesowice, 5000 zł dla OSP Kępice, 600 zł dla OSP Mzdowo, 900 zł dla OSP War- cino, 900 zł dla OSP Korzybie, 600 zł dla OSP Przytocko i 1600 zł dla OSP Podgóry. OSP w Kępicach zakupi za to kamerę termowizyjną, a reszta jednostek przeznaczy otrzymane kwoty na mundury. Gmina Kobylnica uzyskała dofinansowanie w wysokości 4200 zł, z tego: 600 zł dla OSP Sycewice, 300 zł dla OSP Kruszyna, 1800 zł dla OSP Wrząca, 300 zł dla OSP Sierakowo, 600 zł dla OSP Lubuń i 600 zł dla OSP Lulemino. Cała suma zostanie przeznaczona na zakup mundurów. Tyle samo otrzymała gmina Ustka, tu kwota rozkłada się na 3 jednostki: 600 zł dostała OSP Zaleskie, również 600 zł przypadło OSP Pęplino - za te pieniądze zostaną zakupione mundury, natomiast OSP Rowy za 3000 zł sfinansuje aparat oddechowy z butlą kompozytową. 2500 zł otrzymała także" gmina Główczyce i cała ta kwota zostanie przeznaczona na zakup piły ratowniczej dla OSPGorzyno. Warto zaznaczyć, dlaczego wspieranie funkcjonowania jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych jest istotne - to najczęściej strażacy ochotnicy jako pierwsi pojawiają się na miejscu zdarzenia, szczególnie na obszarach wiejskich, a dzięki specjalistycznemu wyposażeniu są w stanie przeprowadzić skuteczną akcję. ©® KRÓTKO POWIAT BYTOWSKI Dary dla szpitali w Bytowie iMiastku Kolejny sprzęt przekazany przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy będzie służył mieszkańcom. - Dwie w pełni wypo-sażone torby pediatryczne trafiły do naszych karetek „S" w Byto-wie i w Miastku - informują pracownicy szpitala. - Znajduje się w nich specjalistyczny sprzęt. WOŚP od lat wspiera bytowski szpital. - Wśród otrzymanego sprzętu były między innymi wagi elektroniczne dla noworodków, pompy infuzyjne, stanowisko do resuscytacji, łóżeczka noworodkowe i dziecięce, aparat do badania słuchu, lokalizator naczyń krwionośnych, poiwś | ? r co morskie ssaki feudał z Francji gród Priama i Parysa - samica wilka 1 17 *1 21 1 Tomek", serial okazja 1 góry w Ameryce Południowej - 18 spec od strategii walki - hinduska księżniczka masońska lub teatralna 6 obowiązkowa w szkole pierwsza lub druga w pociągu rama okienna lub drzwiowa dzielnica artystów w Moskwie „duch" panujący w wojsku - l i i ł l 1 r album ze znaczkami - 8 fundator kościelny np. hamulcowy sportowa arużyna gaz w jarzeniówce mały wodospad Romeo, włoskie auto dawny iluzjon 1 osobowe w aktach r i 1 ł U \ ł ł Kloss lub Sowa hawań-skie przyprawa w laskach wirująca zabawka Jean, aktor francuski damka lub tandem ogół świeckich w kościele zysk, dochod - 1 - 1 9 1 ł matka greckich Dogów kamasz lub mokasyn ubiega się o stanowisko U U l ł 2 \ Ta _ różne dodatki do potraw jednostka informacji 7 mężczyzna bez ubrania 25 czasopismo dla pań auto z Korei Południowej rutyniarz Szalom, pisarz żydowski r~ gmina protestancka brat Abla -v np. Krzysztof Ibisz z telewizji Polsat miejsce pracy kosmetyczki 1 i 1 ł kraina w Hiszpanii akademicki gruby papier 1 l 13 ciasto z foremki - l \ jednostka dziedziczenia duże jezioro w Finlandii - 26 łańcuch górski z Tatrami szara w sadzie dawny gród na Rugii dom szlachcica - sos sałatkowy - 27 1 rola Ładysza w „Znachorze" radiowy prezenter l 1 ł har-mider, krzyk - odmiana buddyzmu krzta - Werner lub Lipnicka rzeka na Pojezierzu Mazurskim l 14 1 interpunkcyjny w zdaniu gruntowna naprawa Mars lub L ion zawijany kotlet patron zakochanych przepływa przez Florencję panna z filmu Andrzeja Wajdy aktorka z filmu „Miasto Aniołów" kraj w Afryce z Nairobi \ 15 1 barwna papuga umiar w zachowaniu - i 1 —► ł -*• młodsza epoka kamienia - i ł rodzaj fryzury 24 kobiece imię z Giny - 23 słowiki i kosy -*• 12 groźny narkotyk - 28 U chiński śliwo-daktyl -*• konkurent firmy Adidas zrobiony świderkiem - pomór, epidemia - 10 miasto Świętego Pawła - palma kate-szowa - 11 grube płótno konopne 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 Litery z pól ponumerowanych od 1 do 28 utworzą rozwiązanie - przysłowie greckie. vnim ooaaaoa vv\i 3in i»zoaa mz 3Z :aiNVzViMzoy Litery z pól ponumerowanych od 1 do 28 utworzą rozwiązanie - przysłowie greckie. vnim ooaaaoa vv\i 3in i»zoaa mz 3Z :aiNVzViMzoy Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 SPORT 23 PIUCA NOŻNA POLSKI NAPASTNIK ROBERT LEWANDOWSKI OFICJALNIE POWITANY W FC BARCELONA Lewandowski już w „Blaugranie" Jacek Kmiecik redakcja@polskapress.pl Gwiazdą ceremonii powitalnej FC Barcelona był Robert Lewandowski Polski napastnik jest bardzo zadowolony ze swojego przybycia do klubu, o co walczył od paru miesięcy. Joan Laporta w towarzystwie Mateu Alemany'ego, Jordiego Cruyffa, Rafaela Yuste i Enrica Masipa powitali polskiego napastnika w hotelu w Miami, gdzie zgrupowana jest drużyna Barcelony. Lewandowski pojawił się u progu Conrad Fort Lau-derdale Beach o godzinie 18:12. Na wstępie odegrano klubowy hymnBarcy. Piłkarz wyszedł przed klubową ściankę reklamową ubrany w koszulkę w stylu polo z godłem Barcelony na piersi. Razem z prezesem wymienili się nieformalnym „spojrzeniem". Laporta powitał „Lewego" po polsku, aby za chwilępizejść na hiszpański i powiedzieć: Ten człowiek wykonał niezwykły wysiłek, aby podpisać kontrakt z Baręą, i dziękujemy mu. Jesteśmy z ciebie bardzo dumni. Chcemy tworzyć coraz bardziej konkurencyjny zespół. Następnie prezes poprosił 0 brawa dla Alemany'ego, Jordiego Cruyffa i Yuste za umożliwienie dokonania transferu. - Naszym celem jest stworzenie bardziej konkurencyjnego zespołu. Po raz kolejny, Robercie, dziękujemy - powtórzył Laporta. Lewandowski podziękował po hiszpańsku i przeszedł na angielski, mówiąc: Naprawdę nie mogę się doczekać zdobywania tytułów 1 osiągania sukcesów z tym wspaniałym klubem. Będę ciężko pracował na boisku. Nie mogę się doczekać kolejnego meczu. To niesamowite, że tu jestem. Jestem strzelcem i wiem, że oczekuje się ode mnie strzelania goli, pomagania zespołowi i jestem głodny, aby osiągnąć wiele rzeczy. Prezes raz jeszcze pochwalił swoich kolegów - członków zarządu Barcelony - „jako odważ- Robert Lewandowski ma zadebiutować w „amerykańskim El Clasico". Barcelona zagra z Realem Madryt w niedzielę c godzinie 5:00 czasu polskiego nych", za udzielenie pomocy przy transferze. Nazywał zawodnika „Lewangolskim", żartując i uśmiechając się. Wręczył mu koszulkę z nazwiskiem „Lewandowski", wciąż jednak bez numeru. Zawodnik zapozował w trykocie meczowym Baręy. Następnie razem z prezesem, Yuste, Alemanym i Jordim CruyfFem stanęli do pamiątkowego zdjęcia. Po wymianie uściskowi wykonaniu selfiezmene- dżerami klubu oraz niektórymi członkami Akademii Baręy Lewandowski pożegnał się, wsiadł do samochodu i odjechał. Ceremonia była skromna, bowiem wielka prezentacja Lewandowskiego odbędzie się w obecności fanów Baręy na Camp Nou na początku sierpnia-po powrocie drużyny z tournee po USA. Kataloński „Sport" poinformował, że z drużyną jest już trener Barcelony. Xavi Hernandez spędził kilka minut na rozmowie z nowym nabytkiem „Blau-grany" Robertem Lewandowskim. Xavi przywitał się z całą drużyną i zwrócił szczególną uwagę na polskiego napastnika - donosi „Sport". Xavi wraz z Barceloną wyruszy do stolicy światowego hazardu, Las Vegas - drugiego przystanku „Blau-grany" podczas tegorocznego amerykańskiego tournee. Tam Barcelona zagra w sobotę (w niedzielę o godzinie 5 czasu polskiego) El Clasico przeciwko Re-alowi Madryt. W meczu tym zadebiutować ma Lewandowski, ale nie dojdzie do konfrontacji Polaka z francuskim napastnikiem „Los Blancos", Karimem Benzemą, bowiem murowany kandydat do tegorocznej Złotej Piłki jest lekko kontuzjowany i będzie w tym spotkaniu pauzował.©® Pia Skrzyszowska w Eugene czuje się świetnie Sportowy24.pl redakcja@polskapress.pl - Cieszę się, że wszyscy sportowcy mieszkają w Eugene razem, jakby w wiosce olimpijskiej - zauważyła plotkarka Pia Skrzyszowska. Maizy jej się finał mistrzostwa świata. Na życiową formę wskazują treningi, ale dobrą dyspozycję trzeba „sprzedać w najważniejszym momencie". 2l-letnia Skrzyszowska zadebiutuje w mistrzostwach świata w sobotę. Wtedy zaplanowano eliminacje 100 m przez płotki. Młoda Polka nigdy nie była jeszcze tak szybka, jak w tym roku. Rekord życiowy na 100 m przez płotki wywindowała do poziomu 12,62 s i ma realne szanse na walkę o finał mistrzostw świata w Eugene. Wszystko tworzy świetną atmosferę Przed startem podzieliła się swoimi dotychczasowymi spostrzeżeniami z pobytu w USA. - Cieszę się, że wszyscy sportowcy mieszkają razem, jakby w takiej wiosce olimpijskiej. Bardzo lubię taki kli- TOKYO2010 : . Pia Skrzyszowska wie, że aby osiągnąć dobre miejsce, musi pobić własny rekord mat - przyznała Skrzyszowska. To w jej ocenie tworzy świetną atmosferę. - Jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Gdy dochodzi do głównych imprez, to bardziej mi się chce, jestem bardzo podekscytowana - dodała plotkarka. Start w mistrzostwach świata będzie tym, na co Skrzyszowska czekała przez cały sezon. - Sama okolica, klimat USA nie jest taki, abym go specjalnie polubiła. Na pewno jednak atmosfera sportowa, sam stadion i to, na czym mam się tutaj skupić podczas zawodów, jest jak najbardziej na plus. Podoba mi się to - wskazała. Trzeba pobić własne rekordy Pia Skrzyszowska bardzo chciałaby awansować do finału zawodów, ale ma świadomość, że do tego potrzebne będzie najprawdopodobniej poprawienie rekordu życiowego. - Jestem w stanie pobiec najszybciej w życiu. Treningi są bardzo optymistyczne. Po kolei - najpierw przejdźmy bezpiecznie eliminacje. Wyniki na treningach nie są wynikami na zawodach. Trzeba sprzedać swoją formę w najważniejszym momencie. Liczę, że tak właśnie będzie - oznajmiła. Zielono wokoło Stadion w Eugene w amerykańskim stanie Oregon, podobnie zresztą jak i cała okolica wokół, jest przeniknięty zielenią. To świetnie nastraja sportsmenkę do zaplanowanego startu. - Nawet paznokcie pomalowałam na zielono, aby się nakręcić jeszcze bardziej - żartowała. - Bardzo mi się tu podoba, na stadionie. Lepiej gdy wokół stadionu jest spokojnie i można się wyciszyć. Wszystkie emocje będą się kumulować już na samym obiekcie. Nie byłam na wielu wielkich stadionach, bo moja seniorska kariera tak naprawdę startuje. Rok temu na igrzyskach w Tokio był znacznie większy stadion, ale on był pusty. Tutaj będą kibice, a także część mojej rodziny. To dla mnie bardzo ważne. Wszyscy damy z siebie wszystko i będą superwyni-ki - podkreśliła kilka dni przed startem Pia Skrzyszowska. Ojciec nie chce wywierać presji Pię trenuje jej tata Jarosław Skrzyszowski. To szkoleniowiec cały czas poszukujący, dokształcający się, czerpiący z najnowszych wzorców. Skrzyszowski pomaga też w przygotowaniach Annie Kiełbasińskiej, trenującej ze znanym na całym świecie szwajcarskim specjalistą lekkoatletycznym Laurentem Mauwlym. Ojciec Pii jest spokojny o dyspozycję córki, ale stara się nie wywierać na niej presji, lecz bardzo spokojnie prowadzić krok po kroku do przodu. Młoda płotkarka z roku na rok robi postępy. O tym, ile z wyników treningowych uda się „sprzedać" w Eugene, kibice dowiedzą się w sobotę o godzinie 20.20 czasu polskiego. Półfinał odbędzie się w nocy z niedzieli na poniedziałek o g. 2.05, a finał o 4-00. ©® PAP 24 Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 SPORT www.sportowy24.pl Zmarł Henryk Matuszewski, były piłkarz i szkoleniowiec Krzysztof Niekrasz krzysztof.niekrasz@polskapress.pl PIŁKA NOŻNA. Ta wiadomość poraziła i zasmuciła środowisko piłkarskie w naszym regionie. 21 lipca (czwartek) po bardzo ciężkiej chorobie zmarł Henryk Matuszewski (rocznik1945), Były piłkarz trzecioligowych Czarnych Słupsk, który po skończeniu kariery zawodniczej pracował jako trener. Zajmował się też szkoleniem młodych piłkarzy Gryfa i Salosu Słupsk. Henryk Matuszewski niezmiernie kochał piłkę nożną, która była dla Niego bezgraniczną miłością. To był bardzo dobry środkowy pomocnik, czyli tak zwany mózg drużyny. Henryka doskonale pamiętają sympatycy futbolu w grodzie nad Słupią, którzy kibicowali popularnym „Smoluchom". Pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku z Henrykiem w jednej drużynie grali między innymi: bramkarze Jan Boba i śp. Tadeusz Małecki, śp. Ryszard Błażejów, Zygmunt Rutkiewicz, Wiesław Borończyk, śp. Bolesław Sobczak. - Z niedowierzaniem przyjąłem taką smutną wiadomość. Z Henrykiem grałem w jednej drużynie od 1976 roku do mojego przejścia do słupskiego Gryfa. Tobył znakomity kolega. Szczery i otwarty. Doskonale mi się znim współpracowało na boisku. Henryk miał silny charak- Henryk Matuszewski przeżył 77 lat i na pewno pozostanie w pamięci jako znakomity piłkarz, dobry trener i wspaniały kolega ter. Posiadał niezwykły dar niekonwencjonalnych zagrań. Mam w pamięci wiele miłych wspomnień i zwycięskich meczów z udziałem mojego, już niestety świętej pamięci, kolegi z pomocy - wyznał zasmucony Artur Suniło, były piłkarz. Ja również z wielkim sentymentem wspominam tego piłkarza, apóżniej trenera, od którego otrzymywałem informacje o przebiegach meczów i składach zespołów. Żegnaj Henryku, Wielki Przyjacielu Futbolu! Zachowamy Ciebie tak, jak byś nadal był wśród nas na boisku piłkarskim, czy na trybunach. Pogrzeb Henryka Matuszewskiego odbędzie się w sobotę (23 lipca) na Starym Cmentarzu w Słupsku. Wystawienie ogodz. 14:50, odprowadzenie na miejsce wiecznego spoczynku o godz. 15:20. ©® PIŁKA NOŻNA Sparingowe zwycięstwo Sparty Sycewice. Kolejny już sparing rozegrali IV-ligowcy z Sycewic. Tym razem pokonali KS Włynkówko 6:1 (5:1). Bramki dla Sparty: Maciej Miecznikowski 2, Donat Adkonis i trzy bramki strzelili dwaj testowani. Sparta: Żaluk - Bobrowski, Michalak, K.KIawikowski, Kopciński, Miecznikowski, Kosiński, Marciszewicz i trzech testowanych oraz Pietrykowski, Adkonis, Solczak, Kiełczykowski. Dzisiaj (piątek) o godz. 17 Sparta zagra z Aniołami Garczegorze. (sten) BOKS IV Gala Bokserska Białych Kołnierzyków w październiku. 15 października o godz. 17 w hali Gryfia rozpocznie się kolejna, już czwarta Gala Bokserska Białych Kołnierzyków. To inicjatywa dla pasjonatów boksu. Każdy kto trenuje sporty walki rekreacyjnie, bez względu na swoje doświadczenie, umiejętności czy staż treningowy może stoczyć pojedynek. Przyjmowane są zgłoszenia: tel. 889 965 567, mazurboxing-gym@gmail.com (sten) Tadeusz Żakieta: Apeluję o cierpliwość i czas dla zespołu Jarosław Stencel jaroslaw.stencel@polskapress.pl PIŁKA NOŻNA. Zespół Gryfa Słupsk od blisko dwóch tygodni trenuje już pod oldem szkoleniowca Tadeusza Żakiety, który pracował z seniorami Gryfa do2006roku. Wcześniej był wieloletnim zawodnikiem. który grę wjunior-skich zespołach Gryfa rozpoczął w 1978 roku. Na treningach jest bardzo wielu zawodników, głównie młodych z zespołu KS Gryf Słupsk, który został wycofany z klasy okręgowej oraz z zespołu rezerw Gryfa, które grają i nadal grać będą w klasie okręgowej. Zespół Gryfa w sobotę o godz. 11 rozegra grę wewnętrzną. W środę Gryf zagra z Jantarem Ustka, a w kolejną niedzielę o godz. 18.00 z Pomo-rzem Potęgowo. - Na treningach mam nawet 40 zawodników. Nie wiem jeszcze jaka to jest jakość tych graczy szczerze powiedziawszy, bo nie było okazji, żeby ich zobaczyć. W różnego rodzaju grach sparingowych. Skupiamy się w tych pierwszych dwóch tygodniach na typowej motoryce. W związku z tym przyjdzie czas na ich ocenę. Pierwszym taką weryfikacją będzie sobotnia gra wewnętrzna. Wtedy już dokonamy takiego podziału na pierwszy zespół i zespół rezerw i od poniedziałku część chłopaków przejdzie do trenera 1 i® ■ Trener Tadeusz Zakieta z młodym zespołem Gryfa będzie musiał wykonać wiele pracy Krzysztofa Mullera. Pierwszy zespół zostanie ze mną, natomiast będzie to płynne. Jeśli któryś z chłopaków będzie dawał sygnały, że nadaje się do gry w pierwszym zespole to go przesuniemy, ale żeby była marchewka i kij to ci z którymi nie będziemy się dogadywać i nie będąrokowali to dla nich będzie drugi zespół. Ci z zawodników którzy są raczej zostaną. Sprawy związane z namową do gry Tomasza Piekarskiego i Daniela Piechowskiego są już za nami i zostaną. Z tej starej ekipy są jeszcze Szymon Mytych, Mar-cjan Majcher, Patryk Dąbrowski, Kacper Grygiel, Tomasz Parzych i bramkarze. Pozostali zawodnicy niebyli za bardzo cierpliwi i podjęli decyzję o zmianie barw klubowych. Szkoda, bo zespół, który funkcjonował do tej pory był na dobrym poziomie. Wystarczyło zrobić tylko kosmetyczne zmiany. Kilku zawodników pozyskać i dodać młodzież, którą mamy bardzo utalentowaną i myślę, że ta mieszanka byłaby jeszcze lepsza, niż w tamtym sezonie. Niestety, przychodzi nam budować zespół nie chcę powiedzieć od zera, ale na pewno z innego pułapu jakby ta stara kadra została. Mówiłem już w różnego rodzaju wywiadach, że może boleć na początku. Albo ten ból zniesiemy i będziemy dalej pracowali. Pracując z tak młodym zespołem, bo dużo jest chłopców, którzy nie mają20lat. Trzy czwarte zespołu to chłopcy, którzy powinni jeszcze grać w juniorach. Jeżeli nie dostanę czasu, a bez czasu tego nie zrobimy, to nie wiem, zobaczymy. Apeluję o czas. Nie wiem czy kibice będą na tyle cierpliwi. Mam nadzieję, że zarząd tak, bo jestem z nimi po rozmowach i wiedzą, że tak będzie, ale zobaczymy jak zachowają się kibice, czy dadzą szansę tym młodym chłopakom, czy będą wymagali drastycznych działań ze strony zarządu. Sytuacja w klubie jaka jest taka jest. Jesteśmy po ciężkich przejściach. Z tego co mi wiadomo to, pierwszy rok pracy będzie skupiał się głównie jeśli chodzi o zadania zarządu na uregulowaniu długu który jest. Na pewno w jakimś stopniu będzie się to odbywało kosztem pierwszego zespołu. Nie ukrywajmy, nie będzie nas stać na lepszych zawodników. Będzie też koncentracja na odzyskaniu wiarygodności, na uzyskaniu zaufania kibiców. Zobaczymy, jest takich kilka rzeczy, które musimy wykonać. Ja jako trener będzie patrzył na wynik sportowy. Jestem optymistą, tylko mówię, czas, czas, czas i jeszcze raz czas. Na pewno cel główny, przepraszam, ale muszę to powiedzieć to utrzymanie w IV lidze. Nie da się inaczej na to patrzeć. Nie będę tutaj mówił, że będziemy walczyć o cokolwiek. Jeżeli wszyscy wytrzymamy i damy sobie więcej zaufania, to mam nadzieję, że kolejne lata przyniosą efekty naszej pracy - powiedział Tadeusz Żakieta, trener IV-ligowego Gryfa Słupsk. ©® Słupszezanka Olga Plaga dwa razy była w finale A mistrzostw Polski Krzysztof Niekrasz krzysztof.niekrasz@polskapress.pl PŁYWANIE. Za nami letnie mistrzostwa Polski piętnastolatków w pływaniu. W tym roku gospodarzem imprezy był Lublin, który posiada przepiękną pływalnię Olimpy skąAcpia. Słupszezanka Olga Plaga nie zdobyła żadnego medalu. Na starcie w Lublinie zameldowało się456młodych osób (dotyczy: dziewcząt i chłopców), którzy wywodzili się ze stu czterdziestu dziewięciu klubów krajowych. Słupsk reprezentowała Olga Plaga, pływaczka Skalara. Słupszezanka wypadła na miarę aktualnych możliwości i zaprezentowała dobrą dyspozycję. Dwa razy awansowała do głównych finałów A w dwóch konkurencjach w stylu zmiennym Najwyżej uplasowała się na dystansie 400 metrów, bo uzyskała czas 5.19,14 min, który zapewnił jej piąte miejsce W Polsce. Na 200 m była dziewiąta z wynikiem 2.32,80 min. Ostatni start Olgi był na 200 m stylem klasycznym. W tej konkurencji nie udało się jej awansowaćdofinałuAidlatego też później rywalizowała w wyścigu B, a w nim zajęła V, czyli ostatecznie XV miejsce czasem 2.51,42 min. - Olga zaprezentowała dobrą formę podczas mistrzostw w Lublinie. Jej każdy start to nowy rekord życiowy. Do medalu brakuje niewiele. Wspólnie jesteśmy cierpliwi i spokojnie będziemy pracować, aby w niedługiej przyszłości marzenie medalowe udało się zrealizować- mówiłDariuszGron-dziewski, szkoleniowiec Skalara Słupsk. ©® "S* Olga Plaga czyni systematyczne postępy JAk ZSRR PRÓBOWAŁ WPROWADZIĆ W POLSCE „RUSKI MIR" SIR. 4-5 . - V ' .V.' 2 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 Y Dorota Kania, redaktor naczelna Polska Press PRAWDA, NIE PROPAGANDA lVojciecb Pokora, redaktor naczelny „Kuriera Lubelskiego" ZA CZYM TĘSKNICIE, TOWARZYSZE? kandal związany z próbą nacisku polityków Platformy Obywatelskiej na dziennikarzy „Gazety Lubuskiej" i prezesa kierującego tym regionem jak w soczewce pokazuje problem podejścia lokalnych władz do mediów ukazujących się na „ich" terenie. Uważają - co zresztą mówią wprost - że nie można krytykować, a jedynie dopuszczalne publikacje są te, które pokazują ich działalność w pozytywnym świetle. Trudno się im jednak dziwić, skoro przez całe lata byli do tego przyzwyczajeni - lokalne gazety (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) rzadko pisały krytyczne teksty, o czym bez trudu można się przekonać, przeglądając archiwalne wydania. Przykłady? Proszę bardzo: napędzanie histerii wokół „czarnych marszów", rzekomego łamania Konstytucji czy relacjonowanie protestów „niepokornych" sędziów, które odbywały się w regionach. Warto sięgnąć do tekstów dotyczących minionych kampanii wyborczych, chociażby ostatniej kampanii prezydenckiej. „Dziennik Zachodni" był swoistym słupem ogłoszeniowym jednego z pretendentów do najwyższego stanowiska w państwie, gdzie w różnych - oczywiście pozytywnych konfiguracjach - przedstawiano „dumną Ślązaczkę", czyli Małgorzatę Trzaskowską, żonę Rafała Trzaskowskiego, kandydata PO na prezydenta Polski. Gdy PKN ORLEN kupił Polska Press od „porządnej rodziny z Bawarii" (to określenie słyszałam wielokrotnie po przyjściu do PPG), wiele mediów i polityków opozycji zareagowało oburzeniem; mało tego, doszło do działań, które miały doprowadzić do unieważnienia transakcji, co się ostatecznie nie udało. Zmiany, które nastąpiły, spowodowały, że przestały obowiązywać tematy tabu i zaczęto rzetelnie patrzeć na ręce lokalnej władzy. A to już się nie spodobało miejscowym włodarzom, którzy zaczęli otwierać własne gazety i portale. Co ciekawe, zatrudnienie w nich znaleźli dziennikarze, którzy sami, bez żadnego przymusu, odeszli z Polska Press i działają teraz ręka w rękę z samorządowcami. Niektórzy z nich trafili do ogólnopolskich mediów, gdzie nadal piszą w taki sposób, jak relacjonowali rzeczywistość przed kwietniem 2021, gdy nastąpiły zmiany w PPG. Jak na przykład jeden z „niepokornych" dziennikarzy (obecnie pracujący w Onecie) opublikował w „Głosie Wielkopolskim" wywiad, w którym czytamy, że „PiS realizuje wobec mediów scenariusz węgierski. Przejęcie gazet regionalnych ma służyć celom propagandowym". Nie spodziewajcie się więc Państwo, że teraz od tych dziennikarzy dowiecie się prawdy na temat patologii lokalnej władzy, czy też o tym, że na przykład Niemcy realizują swój scenariusz medialny w Polsce. Wracając do sprawy „Gazety Lubuskiej" - milczenie części mediów o tym nieprawdopodobnym skandalu jest bardzo znamienne: pokazuje, jak bardzo niewygodne dla publikatorów sprzyjających opozycji jest pisanie prawdy o nadużyciach lokalnej władzy. Widać, że w pewnych środowiskach obowiązuje przeświadczenie, że zamiecenie sprawy pod dywan załatwi sprawę, której po prostu nie będzie. Samorządowi politycy byli przez lata przekonani, że krzywda im się nie stanie, bo mają opanowane media. W ostatnich miesiącach to przekonanie zostało zburzone, a dowodem na to są nasze publikacje. A każda próba blokady, ingerencji w teksty i groźby pod adresem dziennikarzy będą przez nas opisywane, ponieważ - cytując klasyka - jedynie prawda jest ciekawa. imieniu Rady Miejskiej Nowej Lewicy w Lublinie serdecznie zapraszam 22 lipca na symboliczną uroczystość złożenia kwiatów na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza na Cmentarzu przy ul. Białej w Lublinie, z okazji rocznicy ogłoszenia Manifestu PKWN 22 lipca w Lublinie. Podpisano Sekretarz Rady Miejskiej Nowej Lewicy w Lublinie. Takiej lub podobnej treści zaproszenia co roku wpływają na skrzynki mailowe lubelskich redakcji i co roku 22 lipca postkomuniści karnie kładą kwiaty na symbolicznej płycie, która kilka lat temu została zdekomuni-zowana i wywieziona na cmentarz w pobliże grobów budowniczych PRL. Wszystko jest symboliczne w tym działaniu. I ominięcie szerokim łukiem Grobu Nieznanego Żołnierza, który nawiązuje do oryginału z 1925 roku, usuniętego po II wojnie światowej przez narzuconą nam nową władzę i przywróconego na należyte mu miejsce dopiero w 2018 roku, i złożenie kwiatów na zainstalowanym w jego miejsce przez komunistów pomniku, na któiym znajduje się godło PRL i napis: „NIEZNANY ŻOŁNIERZ POLEGŁY W WALCE O WYZWOLENIE NARODOWE I SPOŁECZNE". Ileż tęsknoty za jarzmem i knutem w tych działaniach dzisiejszej lewicy, która przecież lubi nazywać się postępową. Przypomnijmy zatem towarzyszom, co będą świętować. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) był polski tylko z nazwy. Zgodnie z opowiadaną przez narzucone Polakom władze legendą Komitet ten powstał w Chełmie z inicjatywy Krajowej Rady Narodowej. Skąd to wiemy? Ogłosiło to 22 lipca 1944 roku o godz. 20.15 Radio Moskwa. Jednak fakty temumitowiprzeczą. Gdy Radio Moskwa ogłaszało powstanie PKWN, w Chełmie nie było przedstawicieli tego ciała. Dotarli tam dopiero 27 lub 28 lipca, po pierwszym posiedzeniu Komitetu, które odbyło się... w Moskwie. Tam to 26 lipca podpisano porozumienie „O stosunkach między dowództwem radzieckim apolskąadministracjąna wyzwolonych terenach Polski", a dzień później Edward Osóbka-Moraw-ski podpisał „Porozumienie między PKWN a rzą- dem ZSRR o polsko-radzieckiej granicy", zrzekając się Kresów Wschodnich (które już dawno sobie Sowieci zajęli). Tekst porozumienia między PKWN a ZSRS podano do publicznej wiadomości dopiero w... 1967 roku. Nawiasem mówiąc, z Radiem Moskwa wiąże się pewna ciekawostka. Dzisiaj, w obliczu agresji Rosji na Ukrainę, każdy już wie, że takie portale jak Sputnik Polska to rozsadniki rosyjskiej propagandy. Jednak trudno było się z tą informacją przebić przez wiele lat, bo Sputnik czy telewizja RT traktowane były przez wielu Polaków jak alternatywne źródło informacji, równie wiarygodne jak np. media niemieckie czy szwajcarskie działające na naszym rynku. I nie przekonywał wielbicieli tego medium nawet fakt, że ze Sputnikiem do ostatnich chwil życia (a zmarł w ubiegłym roku) czynnie związany był Leonid Sigan, który jako 20-letni student Moskiewskiego Instytutu Stali w1943 roku został pierwszym spikerem rozgłośni Związku Patriotów Polskich w Związku Sowieckim, a następnie podjął pracę w polskiej redakcji Radia Moskwa. Sigan szczycił się, że przypadł mu w udziale zaszczyt jako pierwszemu odczytać komunikat, że 17 stycznia 1945 roku została wyzwolona Warszawa. Niestety, nie wiem, komu przypadł w udziale „zaszczyt" ogłoszenia kłamstwa o PKWN, ale zapewne była to postać o podobnym do Sigana rozumieniu patriotyzmu. Co ciekawe, nie tylko władza, ale nawet nazwa została nam narzucona przez okupanta. Wiemy, że nazwę PKWN wymyślił sam Wiaczesław Moło-tow, chociaż nie wymyślił, a skopiował z Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego de Gaulle'a, zaś zatwierdził ją osobiście Józef Stalin. Zatem Mołotow nazwę ukradł i przeszczepił na polski grunt, Stalin zatwierdził, a kto wpadł na pomysł utworzenia? Okazuje się, że również Iosif Dżugaszwili, zwany Stalinem. On zdecydował o jego powstaniu, statusie i kształcie personalnym. PKWN to eksportowy produkt Kremla od początku do końca. Smutnym epilogiem niech będzie to, że równo dwa lata temu, z okazji 76. rocznicy powołania PKWN także w Warszawie złożone zostały kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza. Dokonali tego ramię w ramię członkowie Stowarzyszenia Tradycji Ludowego Wojska Polskiego im. generała Zygmunta Berlinga oraz ambasador Federacji Rosyjskiej w Rzeczpospolitej Polskiej Siergiej An-driejew i attache wojskowy przy Ambasadzie Rosji w Polsce pułkownik Aleksandr Sitnikov. Takie to polskie święto i takie to było polskie wojsko. 99 OŁENA ŻELEŃSKA, PIERWSZA DAMA UKRAINY, W PRZEMOWIE DO POŁĄCZONYCH IZB KONGRESU USA Dla Rosji to są igrzyska śmierci, polowanie na pokojowo nastawionych ludzi w pokojowo nastawionych miastach Ukrainy Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PULS • 3 Tajna misja 17-letniej Władzi, kurierki AK, opowiedziana filmem animowanym. To się wydarzyło naprawdę! Marek Luzar zrobił film o Władysławie Rzepeckiej, która przewoziła dowody zbrodni w Auschwitz Jacek Drost Tej historii nie można było nie opowiedzieć. Wojna, śmierć, strach, odwaga, poświęcenie, młoda dziewczyna, gestapowiec i ważna przesyłka. Tę historię napisało życie, a Marek Luzar na jej podstawie stworzył film „Kurierka". Premiera już we wrześniu. Jest luty 1943 roku. Na dworcu kolejowym w Katowicach do pociągu z napisem „Nur fur Deutsche" relacji Wiedeń -Warszawa wsiadai7-letnia Władysława Rzepecka z Libiąża. Młoda kobieta ma ze sobą nie tylko świetnie podrobione niemieckie dokumenty, ale także walizkę wypełnioną materiałami na temat zbrodni popełnianych przez Niemców w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birke-nau. Mają onetrafićdo Komendy Głównej Armii Krajowej w Warszawie i posłużyć do przygotowania raportu, jaki Jan Karski przed-stawinaZachodzienatematnie-mieckiego ludobójstwa. Chwile mrożące krew w żyłach W pewnym momencie do przedziału, którym podróżuje Władysława Rzepecka, wsiada niemiecki oficer pracujący w kancelarii m Rzeszy. Spogląda na młodą, atrakcyjną dziewczynę, wpadamuona woko, zaczynają zagadywać. Nie wie, że elegancka kobieta, która świetnie mówi po niemiecku (i francusku), jest łączniczką śląskiego oddziału AK o pseudonimie „Wanda". Nie wie, że w walizce w półce nad jej głową są dokumenty o ludobójstwie, nie wie także, że pod językiem dziewczyna ma cyjanek, bo gdyby się wydało, jaką wiezie przesyłkę, niechybnie czekałaby ją śmierć. Podróżtychdwojgahidzi upływa w niesamowitym, wręcz niewyobrażalnym napięciu, ale ostatecznie przesyłka dociera do celu... - Dowiedziałem się o tej historii przez przypadek - mówi Ma- •• • - Reżyser zdecydował się na stworzenie filmu animowanego Marek Luzar z Władysławą Rzepecką, która w czasie wojny nosiła pseudonim „Wanda" Obraz niebawem będzie pokazany m.in. w Bielsku-Białej rekLuzar, reżyser filmów animowanych, malarz i scenograf. - Siedem lat temu znajomy zaprosił mnie do swojej cioci, która - jak stwierdził - posiada bardzo ciekawą rodzinnąhistorię ocierającą sięo JanaKarskiego. Zafrapowało mnie to, bo wprawdzie nie jestem zawodowym dokumentalistą, ale szukałem ciekawych historii. Tymczasem ten temat wydawał się ciekawy. Odwiedziłem więc panią Władysławę. Przy okazji okazało się, że to mama mojej koleżanki ze szkoły - wspomina Marek Luzar. Dotarcie do przeszłości nie było łatwe. PaniWładysławabyła nieufna, ciężko było sprawić, żeby się otworzyła i powspominała swoją młodość, bo tak naprawdę - mimo upływu lat - nadal żyła w konspiracji. - Cały czas pytała: skąd jestem, dlaczego się tym zajmuję, IV TYM FILMIE ZNALAZŁA SIĘ TYLKO CZĄSTKA TEJ OPOWIEŚCI, NAJWAŻNIEJSZY MOMENT, CZYLI PRZEWIEZIENIE DOKUMENTÓW Z AUSCHWITZ DO HARSZAWY po co ten materiał? Nie była chętna do rozmowy, ale krok po kroku łamałem lody i odsłaniała mi swoją historię. Już przy pierwszym spotkaniu stała się ona bardzo ciekawa i im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej ta opowieść była dla mnie ważna i wyrazista. Właściwie była to historia jej życia, booprócz tego, cojestwfilmie,toona-jako kurierka - przeżyła arcyciekawe, dramatyczne sytuage. W filmie znalazła się tylko cząstka tej opowieści, najważniejszy moment, czyli przewiezienie dokumentów wykradzionych z Auschwitz przez czterech więźniów - opowiada Luzar. Autor „Kurierki" dodaje, że już samo wykradzenie dokumentów z obozu koncentracyjnego przez czterech więźniów iichpóźniejszaucieczkabyłonie-samowitą, dramatyczną historią. Ten wątek także znalazł się w jego filmie. Animacją opowiedzieć historię - Mam łatwość wyobrażania sobiei opracowywania pewnych sytuacji obrazami. Dlatego właśnie wybrałem film animowany, bo, po pierwsze, narysować mogę wszystko, co sobie wy- obrażę. A z drugiej strony jest to film dokumentalny, więc trzeba bazować na materiałach, źródłach, czyli wyobraźniamusi być podporządkowana określonym realiom. Dlategoprzezprawierok byłem historykiem. Musiałem szperać po źródłach - wspomina MarekLuzar,który przez jakiś rok musiał mocno zagłębić się w przeszłości, dotrzeć do materiałów źródłowych. - Pomagalimi historycy z Muzeum Auschwitz-Birkenau i Muzeum Pamięci Mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej. Na przykład,jeśUchodzioucieczkę więźniów, to miałem relacje z trzech źródeł: bezpośredniego uczest-nika ucieczki, opowieść Andrzeja Harata (ojciec Władysławy Rzepeckiej, działał w ZWZ-AK - przyp. red.), którybyłorganiza-toremucieczkiibrał wniej udział. Trzeciarelacjapochodziła od jednego z żołnierzy AK. Oni złożyli swoje relacje w oświęcimskim muzeum i stąd miałem dostęp do materiałów źródłowych, mogłem krok po kroku prześledzić tamte wydarzenia, ale z trzech punktów widzenia, bo każdy z nich inaczej zapamiętał tą ucieczkę. W filmieprzenikająsię dwie historie - opowiada Marek Luzar. Twórca dodaje, że kiedy już udało mu się z różnych kawałków posklejać te opowieści, to je narysował - powstał taki obrazkowy scenopis, animowany trailer,który opublikowałwinter-necie. Niedługopóźniej skontaktowali się z nim przedstawiciele Muzeum Pamięci Mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej i zaproponowali, żeby zrobiłfilmo Władysławie Rzepeckiej na otwarcie oświęcimskiej placówki. - To był dla mnie taki impuls, że ten film wyszedł z podziemia i że można już było znaleźć konkretne miejsce, gdzie on będzie pokazywany, a nie musi krążyć gdzieś tam na dysku. Udało się także pozyskać do tego projektu Telewizję PolskąiŚląskiFundusz Filmowy, miałem zagwarantowane finansowanie, więc mogłem przystąpić dopracy - wspomina pan Marek. Nie ukrywa, że cały projekt spoczywał na jego barkach. Był reżyserem, scenarzystą, zrobił opracowanie plastyczneianima-cje (ponad 300 ujęć), a muzykę napisała jego córka -Katarzyna Luzar-Błaż. Prace nad samym filmem trwały około półtora roku, ale dopiero po siedmiu latach, od poznania pani Władysławy, Marek Luzar mógł powiedzieć, że projekt został doprowadzony do końca. Powstał film animowany trwający 57 minut. Można go zobaczyć na zamówionym seansie w Muzeum Pamięci Mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej. Swoją oficjalną premierę obraz będziemiałlwrześniawBiel-sku-Białej. Później będzie można go zobaczyć także w Katowicach i Warszawie. Piękny przykład dla młodych ludzi Marek Luzar liczy, że film zostanie dobrze przyjęty, a dzięki temu, że jest animowany, dotrze także do młodych ludzi, dla których Władysława Rzepecka może być wzorem. - Ten film opowiada niezwykłą historię o niezwykłej osobie. Trzeba pamiętać, że Władysława, kiedy przewoziła doku-men-ty, miała zaledwie 17 lat. Zjednej strony była to niesamowita odpowiedzialność, z drugiej opanowanie i wielka inteligencja, elokwencja. To, że ona brała udział w takiej akcji, to nie był przymus. Ona wyraźnie o tym mówiła, że to była jej samodzielna decyzja, a nie rozkaz. Taka postawa jest godna podziwu i warto ją pokazywać - mówi Marek Luzar. 4 • PULS Gtos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PROF. ANDRZEJ NOWAK: MANIFEST PKWN OZNACZAŁ PODPORZĄDKOWANIE POLSKI MOSKWIE - System komunistyczny okazał się ślepym zaułkiem historii, z którego wychodzimy powoli i z oporami już od ponad 30 lat. Nie wolno zapomnieć o dziesiątkach tysięcy ofiar zamordowanych przez ten system - mówi profesor Andrzej Nowak, historyk, sowietolog Jakie uczucia, myślii wspomnienia budziwPanu dzień 22 lipca? Urodziłem się w 1960 roku, zatem pamiętam z lat dziecinnych i lat młodzieńczych oficjalne obchody święta PRL 22 lipca. Rzecz jasna, niebyły one przeżywane specjalnie głęboko ani w moim domu, ani w środowisku, w którym się wychowywałem. Pamiętam to jako coś sztucznego, obcego, powierzchownego. Z przekazów historycznych pamiętam groteskowe próby wprowadzenia nowego kalendarza w historii Polski, na wzór kalendarza liczonego od narodzenia Chrystusa. Andrzej Szczypiorski, pisarz głęboko uwikłany w PRL-owskie służby specjalne, proponował w oficjalnej radiostacji w roku 1952 wprowadzenie takiego właśnie sposobu liczenia czasu - a więc rok pierwszy zaczynałby się 22 lipca 1952 roku, bo wtedy ogłoszono konstytucję i od konstytucji stalinow-sko-bierutowskiej miałoby się to święto zaczynać. Dla komunistów 22 Kpca było najważniejszym świętem w PRL. Ustanowione zostało rokpoogłoszeniu Manifestu PKWiNiodpoczątku było kłamstwem. Już pierwsze kłamstwo dotyczyło tego, że tymczasowy komitet PKWN miał być utworzony przez Polaków. Jak do tego doszło ina czym polegały kolejne kłamstwa? Czy było to najważniejsze święto? Paradoks polega na tym, że większym świętem byłarocznica bolszewickiego przewrotu w roku 1917, tzw. Wielkiej Socjalistycznej Rewo-lucjiPaździernikowej. Polska zwana PRL-em była częścią systemuimperiałnego, którego centrum mieściło się w Mo- skwie. To święta moskiewskie były ważniejsze od świąt polskich. Byliśmy tylko lokalną odmianą jednego systemu komunistycznego. Wisława Szymborska swoimi wczesnymi wierszami podkreślała, że nowego człowieczeństwa Adam to Lenin, od niego wszystko się zaczyna i to jednak Październik 1917 roku jest najważniejszy. Myślę, że to jest bardziej prawdziwe spojrzenie, jeśli pyta pani o charakter święta 22 lipca. Prawdziwe, to znaczy takie, które odzwierciedla to, skąd si^ to święto wzięło. W istocie nie było ono uchwalone w Polsce. Manifest PKWN nie został napisany przez Polaków, tylko został podyktowany w Moskwie przez grupę wybraną przez Stalina, jako pełniących obowiązki Polaków, zwanążwiązkiem Patriotów Polskich. Nie został napisany ani w Lublinie, ani w Chełmie Lubelskim, tylko w siedzibie nowej jaczęjki stalinowskiej władzy dlaPolski. To zresztą przypomina jeszcze głębsze tradycje czasów zależności upadającej Polski od Imperium Petersburskiego. To znaczy? Przypomnę manifest konfederacji targowickiej z maja 1792 roku, który w istocie został napisany wcześniej w Petersburgu. Taka tragiczna koincydencja historycznych rocznic zdarzyła, że zanimbył22 lipca, mieliśmy równie smutny 23 lipca - dzień, w którym w roku 1792 król Stanisław August podpisał deklarację przystąpienia do konfederacji targowickiej, co oznaczało de facto początek końca państwowości polskiej. A ponad 150 lat później podpisany zostaje manifest, który de facto oznaczał podporządkowanie Polski Moskwie raz jesz- Anita Czupryn To podporządkowanie ukryte byłowsłowie „wyzwolenie", bo Rosja często podbijając inne kraje, mówiła o „wyzwalaniu". Nawiasem mówiąc, dziś „wyzwala" Ukrainę od faszyzmu. Może nawet dobrze się stało, że wspomniałem otym wcześniejszym aspekcie związanym z końcem I Rzeczpospolitej i z Targowicą, bo przecież Targowica była odpowiedzią na Konstytucję 3 Maja 1791 roku. Konstytucja 3 Maja w okresie zaborów była traktowana jako autentyczne, czyste wspomnienie tego właśnie, że Polska się odrodziła z upadku, sama; że własnymi siłami potrafiła uchwalić pierwszą w Eu-ropie konstytucję, jasno deklarującą wolę niepodległości państwa polskiego i jego obywateli. Dlatego właśnie to 3 Majabyło świętem prawdziwej, niepodległej Polskiitakbyłoobcho-dzone w okresie zaborów na emigracji i na manifestacjach patriotycznych przeciwko zaborcom wkraju. Rzecz jasna, ta ranga święta 3 Maja utrwaliła się w okresie n Rzeczpospolitej i tak też było ono obchodzone w sercach bardzo wielu Polaków poił wojnie światowej. Abezpośrednim momentem konfrontacji tych dwóch dat - 3 maja i 22 lipca stał się rok 1946, kiedyjuż, jak pani przypomniała, miano w PRL obchodzić święto PKWN, czyli manifestu z 22 lipca... ...nazwanego Świętem Odrodzenia Polski. Tcik jest. A jednocześnie największe święto patriotyczne odbyło się w 1946 roku w wielu miastach Polski, w tym największa manifestacja licząca kilkadziesiąt tysięcy zwłaszcza młodych ludzi, którzy chcieli uczcić 3 Maja na Rynku Głównym wKrakowie. Została ona brutalnie rozpędzona przez służby specjalne komunistycznego państwa. 1400 manifestantów zostało aresztowanych. To pokazywało, na czym polega owo „odrodzenie" niepodległości po 1944 roku. Prawdziwe święto odrodzenia Polski - 3 Maja - zostało nie tylko zdelegalizowane, ale potraktowane jako akt wrogi wobec nowej władzy. Świętowanie 22 Kpca polegało na tym, że tego dnia starano się wyznaczać ważne wydarzenia. W Warszawie-co propagandowo wspierał popularny serial „Czterdziestolatek", 22 lipca nastąpiło otwarcie trasy W-Z, mostu Poniatowskiego, mostu Łazienkowskiego, Pałacu Kul-turyiNauki,czyStadionuX-le-cia. Oczywiście spieszono się zoddaniem, więc nierzadko inwestycje pełne byty niedoróbek, fuszerek, co niejako też stało się symptomem PRI^u. Warto przypomnieć jeszcze i to, że nie tylko dokonywano odsłonięć różnych budów sztandarowych dla władz PRL, opartych często na fuszerce i przyspieszeniu, które nie zawsze prowadziło do dobrych rezultatów ekonomicznych. Ale również dokonywano zmian ważnych symboli i znaków firmowych Polski. 22 lipca miał przy-kryćto, co było wcześniej. Przykładem niech będą Zakłady Cukiernicze Wedla, które zostały przemianowane na „22 Lipca". Ogólnie rzecz biorąc, cały ten proces podstawiania rzekomego odrodzenia i wiązania wszystkiego, co ma symbolizować sukces „ludowej" Polski, nawet ten przyjemny aspekt, który łączy sięzjedzeniem czekolady - wszystko to miało być firmowane 22 lipca. Owo „dobrodziejstwo" zaczynało się jednak wistocie nie od czeko- lady, ale od czołgów, które przywiozły nam ekipy Związków Patriotów Polskich z Moskwy. Świętowanie 22 lipca miało przykryć tę smutną genezę i przekonać nas, że teraz to jest nasz dom: PRL. Krótko mówiąc, 22 lipca miał symbolizować wszystko, co dobre. Tego dnia możnabylo kupić artykuły spożywcze,które na co dzień były wsklepachniedostępne. Organizowano festyny, kwitło współzawodnictwo między firmami, bito rekordy ku chwale socjalizmu. Mówiło się o osiągnięciach gospodarczych, o budowaniu socjalizmu. Czy to wszystko miało być formą grożenia Zachodowi? Z grożeniem Zachodowi bardziej kojarzyło się święto Rewolucji Październikowej, zawsze transmitowane przez PRL-owską telewizję, bo wtedy sunęły rakiety balistyczne, interkontynentalne i te mniejsze, średniego zasięgu, przez plac Czerwonyw Moskwie, pokazując potęgę militarną Związku Sowieckiego, który oczywiście nas ochroni przed „rewizjonistami" z Niemiec, z NRF, jak wtedy mówiono, przed grożącymi całemu światu „imperialistami amerykańskimi". Takto było komentowane w PRL-owskiej telewizji. WPanaksiążce„PolskaiRosja. Sąsiedztwo wolności i despotyzmu X - XXI wiek" która wyszła niedawno,znalazłam fiag-ment, który opowiadao takim czasie, kiedy to Rosja Polskę naśladowała, żeby nie powiedzieć potocznie - małpowała. Wtedy wRosji czytało się Polskie książki, ubierało się jak w Polsce, inspirowano się sar-mackąmodą. Ale nie trwało to długo. Prof. Andrzej Nowak: Świętowanie 22 lipca miał symbolizować wszystko Były dwa takie momenty w naszych dziejach - ten dalszy, do którego pani nawiązała, to wiek XVII, kiedy Polska przegrała z Rosją strategiczną wojnę o przyszłość Europy wschodniej, godząc się traktatem Grzymułtowskiego na podział Ukrainy, uprzywilejowujący Rosję. Rosja szukała wtedy drogi na Zachód poprzez Polskę. Drugi przypadek może być nawet ciekawszy z punktu widzenia naszej dzisiejszej rozmowy, a mianowicie, sytuacja, kiedy w Związku Sowieckim, wśród sowieckiej inteligencji zapanowała swego rodzaju moda na Polskę. Miała ona miejsce w końcu lat 50. i w latach 60. XX wieku. Wiązało się to z odwilżą po śmierci Stalina, po XX Zjeździe KPZR w 1956 roku, kiedy Chruszczow zadeklarował zerwanie z kultem jednostki, czyli z kultem Stalina. To lekkie poluzowanie w Związku Sowieckim po 1956 skończy się wraz z Chruszczo-wem w 1964. Tymczasem w Polsce po 1956 roku wciąż trwał i poszerzał się nawet dostęp do pewnych treści z Zachodu. Stąd właśnie czasopisma z Polski, zwłaszcza kobiece, takie jak „Kobieta i Życie", „Przyjaciółka", dostępne również w większych mia- Gtos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PULS • 5 czas polskiej szkoły filmowej, która zaczyna od propagandowych zamówień, co realizują pierwsze filmy Wajdy, ale szybko zdobywa swoisty, oryginalny ton, aluzyjnie nawiązujący właśnie do heroicznej, bardzo świeżej polskiej przeszłości, wyrażający tęsknotę za wolnością w sposób nie wprost, ale przecież bardzo poruszający ichybaniemożliwy wtedy wżadnej innej kinematografii tego czasu. Wystarczy obejrzeć „Człowieka na torze" Andrzeja Munka, genialne moim zdaniem dzieło filmowe. Czy w ogóle trzy filmy Munka, które zdążył nakręcić, jako hasło wywoławcze tego, co wyróżniało polską szkołę filmową. To dotyczyło również sztuk plastycznych, które po 1956 roku rozwijają się właściwie swobodnie; dotyczyło to w jakimś stopniu literatury, chociaż tu szybciej następuje interwencja władz - mam na myśli przykład Marka Hłaski. Jednak na tle całego obozu komunistycznego po 1956 roku Polska niewątpliwie wyróżnia się największą różnorodnością, otwartością na Zachód, poczuciem wolności. Przypomnijmy jeszcze jeden symbol - Kabaret Starszych Panów. Doskonali Jeremi Przyborai Je g rzyWasowski! 1 Kabaret nadawany wtelewizji < odkońcalatso.byłarcydzie- I łem dowcipu, wyrafinowanego ; smaku, który w żaden sposób £ nie może kojarzyć się z sier- 22 lipca miało przykryć tę smutną genezę i przekonać nas, że teraz to jest nasz dom: PRL. miężną socrealistyczną, a tym co dobre bardziej stalinowską propagandą, jaka wciąż jeszcze funk- stach Rosji, stały się tam bar- ale w Związku Radzieckim trak- w pierwszej fazie nie j est tak ęjonowaławtakichkrajachjak dzo popularne. Powód był towanojązupełniejakbóstwo- przerażający, jakto, co już zdą- Czechosłowacja, NRD,anawet prosty: pokazywały, jak wy- Edyta Piecha. żył „osiągnąć" w Związku Ra- reformowane odgórnie gląda moda, nie ohydne so- dzieciom po dwudziestu paru po straszliwej rzezi w 1956 roku wieckie worki, ale eleganckie Kiedy zaczyna się historiaPRL- latach wdrażania tego nieludz- Węgry. Tam, mimo że niebyło sukienki, stroje na różne oka- u jako najweselszego baraku kiego systemu komunistycz- aż tak źle pod pewnymi wzglę- zje. Oprócz tego pokazywały, woboziekomunistycznym? nego. Niemniej stalinizm roz- darni jak w Czechosłowacji, jakie filmy się produkuje GdymówiłosięoPolakach,że wijałsięwPolscebardzoener- wNRD,czywZwiązkuSowiec- na Zachodzie, a przynajmniej wśród innych „demoludów" to gicznie. Doprowadził kim, to jednak kultura węgier- niektóre; jakie prezentuje się myjesteśmynajodważniejsi, do śmierci dziesiątki tysięcy lu- skanie miała takich możliwości nowe trendy w sztuce, w filo- potrafimykpićzRosjaninie dzi; uwięzionych i torturowa- funkcjonowania, jak Polska zofii. Książki tłumaczone z za- dafiśmysięwziąćpodsowiecki nychbyłojeszczewięcej. wtamtymczasiekońcalatso. chodnichjęzyków na polski but,jakinnekiaje? Wtedy trudno było mówić iwlatach60. były wręcz rozrywane w Rosji Mamy tu dwa różne aspekty. otym, aby Polska była jakimś przez chętnych czytelników, Jeden to odwaga, o której pani szczególnie wesołym, czy wy- Czy można powiedzieć, żedzi- którzy gotowi byli uczyć się wspomniała; odwaga protestu, różniającym się barakiem siaj ta ogromna pomoc,jaką polskiego, bo w ten sposób Jego symbolem jest przecież, w systemie komunistycznym. Polska niesie Ukrainie, jestpo- otrzymywali dostęp do za- przede wszystkim, Powstanie Sytuacja zmienia się w1955 niekąd pokłosiem niechęci, po- chodnich trendów, od kultury Warszawskieijegotragedia i 1956 roku. Rok 1955 to Świa- czucia krzywd, których dozna- masowej poczynając, a na in- związana z tym zimnym wy- towy Festiwal Młodzieży w Pol- liśmy od Rosjan? telektualnych ideach kończąc, trzymaniem jego przebiegu sce. Rzecz jasna, była to im- Nie do końca zgodziłbym się To właśnie ten okres, dla nas przez Stalina. Stalin chciał, aby preza w pełni kontrolowana z opinią, że Polska sympatia latagomułkowskie,awięcme Niemcywykonalizaniego przez partię, ale jednak bardzo i wsparcie dla Ukrainy walczą- najlepiej się kojarzące prze- brudną robotę i wymordowali poszerzałakontakt polskiej cej o swoją niepodległość ciętnemu odbiorcy historii, polską elitę w Warszawie. młodzieży z przybyszami z eg- w starciu z rosyjską agresją wy- dla inteligencji sowieckiej W ten sposób Powstanie War- zotycznych czasem krajów czy nikazjaWejśfobiiantyrosyj- były latami największej popu- szawskie tym bardziej stawało z Europy Zachodniej. To po- skiej, którą dziedziczymy z hi- lamości Polski jako medium się symbolem protestu nie większałonapewnowe- storii. Raczej myślę, że ta agre- Zachodu. To osobny, trochę tylko przeciwko zniewoleniu wnętrzną swobodę i poszuki- sywna wojna, prowadzona zapomniany moment, ale bar- niemieckiemu, hitlerow- waniamłodychludziwPolsce przez Rosję przeciwUkrainie dzo ciekawy; popularyzował skiemu, ale i aktem protestu do czegoś więcej niż tylko na- nabudowuje się w naszej świa- polskość również dzięki takim przeciwko nowej władzy, która śladowanie wzorów dyktowa- domości na poczucie realnego gwiazdom jak Anna German, szła od wschodu, od Związku nych przez „Trybunę Ludu" czy zagrożenia, które żyjący wciąż która była u Rosjan mega Sowieckiego. Była to odwaga aktualnąlinię partyjną. To jest wśród nas przedstawiciele star- gwiazdą. heroiczna, dla niektórych de- także czas rozwoju polskiego ja- szych pokoleń pamiętają z wła- speracka w obronie polskiego zzu, czas Komedy, jeśli można snych losów. Przecież są wciąż Była nią też Barbara Brylska. honoru. Stalinizm, który potem to sprowadzić do jednego na- w Polsce ludzie, którzy byli wy- Oczywiście! Była też trzecia- nasuwa się na Polskę w swojej zwiska, ale oczywiście tych na- wiezieni na Sybir z ziem piosenkarka u nas mniej znana, najbardziej brutalnej postaci, zwiskjest cały legion. To jest wschodnich w latach 1939-1941 czy też byli wywiezieni do obozów w latach1944-1949, w czasie, kiedy operowały tutaj, przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu i środowiskom patriotycznym całe dywizje NKWD. A więc ta pamięć bezpośrednia, żywa, nie tylko własnych ofiar czy traum, ale pamięć tego, że Rosja czy ten system, który w Rosji wciąż się odnawia, jest zdolny do agresji i do wyjątkowej brutalności, nieporównywalnej z żadnym innym doświadczeniem poza hitlerowskim (które, na szczęście, po stronie niemieckiej wydaje się już w dającej się wyobrazić przyszłości wygasłe). Natomiast w Rosji, jak widać, ta gotowość do brutalnego, militarnego i fizycznego gwałtu jest czymś, co wciąż daje znać o sobie. I w Polsce istnieje tego rozumienie, nieoparte na żadnych fobiach, tylko na realnym, historycznym, wciąż świeżym, wciąż bolesnym doświadczeniu. W swojej książce próbuje Pan odpowiedzieć na pytanie, dlaczego 85 procent obywateli Federacji Rosyjskiej popiera Pu-tina. Zatem - dlaczego? Myślę, że powody są, najogólniej rzecz biorąc, dwa. Po pierwsze, bardzo głęboko zakorzenione jest w kulturze politycznej rosyjskiej coś, co przypominam w książce, a zostało określone przez rosyjskiego antropologa, Władymira Boczarowa, mianem kultury przemocy. To prawo władzy do przemocy, zarówno wobec sąsiadów, czyli do podbijania sąsiednich krajów, jak i do własnych obywateli. Przemoc wobec własnych obywateli, a raczej poddanych niejako utwierdza autorytet władzy - ojcowskiej władzy, która ma prawo bić, a nawet zabijać swoich poddanych, żeby tylko zapewnić potęgę i strach przed potęgą emanującą wokół państwa rosyjskiego. Tym specyficznym elementem kultury politycznej jest przesycona bardzo duża część historii Rosji; bardzo dużo dzieł kulturalnych rosyjskich wciąż karmi wyobraźnię kolej-nych pokoleń Rosjan. Są wiersze Puszkina, przerażające w swoim szowinizmie. Mam na myśli antypolską trylogię zczasówpowstania listopadowego napisaną przez Puszkina. To niektóre dzieła Dostojew-skiego, oszałamiające w otwartym wezwaniu do podboju całego świata przez Rosję (do spółki z Niemcami) - mam na myśli np. jego „Dziennik pisarza". To opery rosyjskie Mu-sorgskiego - „Borys Godunow" czy „Chowańszczyzna", pokazujące Polskę jako głównego wroga, którego trzeba zniszczyć, który dybie na Rosję. Można tak wymieniać wiele sztandarowych dzieł kultury rosyjskiej i sowieckiej, które niejako karmią tę postawę wspierającą absolutną władzę, samodzierżawną władzę cara i gotowość do przemocy zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Drugi natomiast powód, dla którego Rosjanie popierają Putina, jest związany już z jego władzą. To znaczy z tym, że przez 22 lata, odkąd sprawuje władzę, praktycznie rzecz biorąc zlikwidował wszelkie niezależne źródła informacji i kultury w Rosji. Wszystkie te-lewizjebez wyjątku od 2003 roku nadają jeden komunikat ideologiczny i to właśnie sprawia, że już przez dwie dekady Rosjanie poddawani są bardzo intensywnemu praniu mózgu, który nabudowuje się na głębokie tradycje kultury rosyjskiej, jej ważnej części i przez to tym skuteczniejszy jest ten przekaz. A przekaz ten mówi: „Liczy się wielkie imperium, nie boimy się nikogo, każdego możemy zniszczyć; naródmusibyćgo-towy do ofiar w imię walki z całym światem, a zwłaszcza z sąsiadami, których trzeba pozabijać, zgwałcić, pokazać, gdzie jest ich miejsce w przyrodzie -miejsce podporządkowane wielkiemu imperium rosyjskiemu". Ten przekaz niestety dominuje w sposób absolutny. Wracając do 22 lipca-WI994 roku miało się odbyć wielkie świętowanie 50-leaaPRlrU. Powstał nawet scenariusz tego wielkiego wydarzenia - przewidywał wizyty przywódców innych krajów, artystów światowej sławy. Plany te wzięły włeb po 1989 roku. ' Scenariusza nie widziałem, ale oczywiście cały system nastawiony był na długie trwanie; były rozmaite komitety planowania, nie tylko gospodarczego, w rytmie 5-letnim, ale długofalowego, które przedstawiały raporty na temat wizji PRL-u w roku2000. Socjologowie, ekonomiści pracowali nad tym, co miało służyć transformującej się wizji jednego systemu - komunistycznego, PRL-owskiego, w którym, jak mówił towarzysz Gierek, ludziom będzie się żyło dostatnio. Ta wizja rozpadła się w zderzeniu z rzeczywistością; tego dostatku ani zadowolenia społeczeństwa PRL na pewno nie był w stanie produkować. Wyprodukował stan wojenny, wyprodukował emigrację 2 milionów najbardziej aktywnych młodych ludzi w latach 80. Wyprodukował marazm, zmęczenie, znużenie, co było chyba głównym składnikiem doświadczenia Polaków w drugiej połowie lat 80. Krótko mówiąc, ten system okazał się ślepym zaułkiem historii, z którego wychodzimy powoli i z oporami już od ponad 30 lat. Można obracać się wstecz i oglądać tamten system raczej w poszukiwaniu przestrogi przed błędami, które zostały popełnione. Nie wolno zapomnieć o dziesiątkach tysięcy ofiar zamordowanych przez ten system i z tym przede wszystkim powinno się kojarzyć święto 22 lipca. 6 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 Bezprawne naciski, napędzany przez władze hejt, dyskredytowanie dziennikarskiej pracy. To rzeczywistość tych mediów lokalnych, które postanowią sprzeciwić się układom, opisywać afery czy jedynie rzetelnie informować swoich czytelników. Bezprecedensowy atak, jaki na „Gazetę Lubuską" przypuściły władze województwa pokazuje, że jeśli układający rankingi wolności prasy chcą obniżyć pozycję Polski w swoich zestawieniach, to powinni po argumenty do tego wybrać się w podróż jak najdalej od Warszawy Wojciech Mucha „ICH LUBUSKA" Kulisy politycznego ataku na niezależność dziennikarzy Polska Press Lkazująca się w województwie lubuskim „Gazeta Lubuska" jest, podobnie jak tytuł, który trzymacie Państwo w rękach, częścią Polska Press Grupy. Wraz z zakupem PPG przez PKN Orlen w „Lubuskiej" i w większości tytułów doszło do zmian w kierownictwie redakcji. Redaktorem naczelnym „GL" został doświadczony zielonogórski dziennikarz, Janusz Życzkow-ski. „Niech Pan zweryfikuje zespół" Na początek przypomnijmy oczywistość: Życzkowski ma prawo do kreowania własnej polityki redakcyjnej, dobierania sobie zespołu, atakże musi mieć wpływ na linię redakcyjną prowadzonego przez siebie tytułu. To standard obecny w prasie na całym świecie. „Gazeta Lubuska", jak każdy tytuł lokalny, poświęca uwagę spra-womregionu, wtym także jego władzom, niezależnie od ich partyjnego nadania. Tak się składa, że władze województwa lubuskiego od kilkunastu lat są zdominowane przez Platformę Obywatelską, a na czele władz województwa stoi polityk tej partii, marszałek Elżbieta Polak. W ostatnich dniach doszło do skandalicznej sytuacji. Wspomniana marszałek Polak w bezprecedensowy sposób usiłowała wpłynąć na „Gazetę Lubuską", by ta zaprzestała opisywać afery, które mają miejsce wpodległych jej instytucjach. Chodzi o aferę mob-bingu i molestowania w gorzowskim WORD. Polak w przesłanym do redakcji piśmie domagała się od redakcji „weryfikacji zespołu", a mówiąc wprost - zerwania współpracy z dziennikarzem, który opisał kulisy skandalu . „Zwracam się do Pana jako Redaktora Naczelnego Gazety Lubuskiej o dokonanie rzetelnej weryfikacji osób, z którymi Pan współpracuje, i których jako Redaktor Naczelny Gazety Pannadzoruje" - czytamy w piśmie przesłanym do redakcji. Polak poza tym żądaniem skierowała jednocześnie sprostowanie, które w żaden sposób nie spełniało wymogów formalnych przewidzianych przez prawo prasowe. Bezprecedensowe pismo, w którym marszałek Polak usi-łuje wpłynąć na redakcję, to jednak tylko element wojny, jaką wpływowa polityk wytoczyła niepokornej gazecie. Polak od wielu miesięcy deprecjonuje pracę dziennikarzy, m.in. ostentacyjnie ogłaszając wymówienie urzędowej prenumeraty tej jedynej regionalnej gazety w Lubuskiem: „Nie kupujemy Gazety Lubuskiej. Obajtkowo-Życzkow-ska propaganda nas nie interesuje. Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego przestaje prenumerować Gazetę Lubuską. Nie godzimy się na prymitywną propagandę serwowaną w gazecie nadzorowanej przez Janusza Życzkow-skiego" - napisała w grudniu ub. roku w serwisie społeczno-ściowym. Wpis obfituje w emocjonalne porównania do PRL i inne dość plugawe sugestie, jednak do tej decyzji Polak miała prawo. I tylko ktoś złośliwy mógłby pomyśleć, że zrobiła to tylko dlatego, by jej pracownicy nie mieli dostępu do innego punktu widzenia niż „urzędowy". Jednak i to okazało się za mało. Po cyklu publikacji dot. afery w WORD Polak wysłała wspomniane na początku pismo, ale postanowiła również zareagować w sposób charakterystyczny rzeczywiście chyba tylko dla poprzedniego systemu. Marszałek Polak usiłowała bowiem osobiście wpłynąć na prezesa zielonogórskiego oddziału Polska Press Grupy, by to ten nakłonił naczelnego „Gazety Lubuskiej" do „weryfikacji zespołu". Miało to miejsce podczas spotkania, do którego doszło z inicjatywy marszałek. Dziennikarze i wydawca nie dali się jednak zastraszyć iujawnili zarówno list, jaki „dywanik", na który zostali wezwani. Sprawą zajmuje się już Centrum Monitoringu Wolności Prasy, a redakq'a „Gazety Lubuskiej" zapowiada złożenie doniesienia do prokuratury. Internauci pękają ze śmiechu Finał tej smutnej sprawy przed nami. Ważne jednak, by Czytelnicy i opinia publiczna poznali kulisy i przyczyny tej bulwersującej sprawy. Co takiego się stało, że wobec jednego człowieka i prowadzonej przez niego gazety rozpętano taki festiwal nienawiści? Cóż, analiza tego spektaklu pokazuje jak w soczewce, z czym muszą mierzyć się lokalni dziennikarze (nie tylko ci z tytułów Polska Press), jeśli zechcą krytycznie patrzeć na lokalne władze i demaskować nie tylko afery i skandale, ale wskazywać na patologiczne, utrwalone przez lata sieci powiązań. Cof- MARSZAŁEK POLAK USIŁOWAŁA IVPŁYNĄĆ NA PREZESA ZIELONOGÓRSKIEGO ODDZIAŁU, BY TO TEN NAKŁONIŁ NACZELNEGO DO „WERYFIKACJI ZESPOŁU" nijmy się więc krok po kroku do momentu, gdy Janusz Życzkowski objął fotel naczelnego „Gazety Lubuskiej". Już po opisaniu przez „Gazetę Lubuską" sprawy nacisków na redakcję marszałek Elżbieta Polak zamiast odnieść się do niej merytorycznie, zamieściła w mediach społeczno-ściowych tekst z serwisu wlu-buskie.pl, w którym publikację „Gazety Lubuskiej" wyśmiewają „internauci". Na oficjalnych i prywatnych kontach dziennikarzy „GL" pojawiły się nienawistne wpisy obrażające ich i podważające ich wiarygodność, ale również urągające godności. W stosunkowo niewielkiej Zielonej Górze wybuchła brudna bomba, której cel był jeden - zakrzyczeć ustalenia „Gazety Lubuskiej". Lubuska infosfera została wręcz zdominowana przez nienawistny wobec tytułu przekaz. W tym miejscu warto się zatrzymać i poddać analizie tę operację. Dyskredytujący dziennikarzy „Gazety Lubuskiej" tekst, który udostępniła dysponująca sporymi jak na Zieloną Górę zasięgami marszałek Polak, ukazał się w serwisie wlubuskie.pl. Autorem tekstu i jednocześnie wydawcą tego portalu jest Radosław Su-jak. Mężczyzna, dziś kreujący się na niezależnego dziennikarza, to były radny w gminie Krosno Odrzańskie, b. wiceprezydent Gorzowa Wielkopolskiego i, a jakże, członek Plat- formy Obywatelskiej. Sam portal wlubuskie.pl powstał z kolei niemal dokładnie w momencie zmian w redakcji „Gazety Lubuskiej", dziś tak zaciekle atakowanej przez władze województwa i powiązane z nimi środowiska. W Zielonej Górze nie jest zresztą tajemnicą, że wlubuskie.pl powstał, by „zrównoważyć medialnie" utratę przez lokalne środowiska „ich Gazety Lubuskiej". Co jednak znajdujemy w tekście pt. „Niezależność Gazety Lubuskiej? Internauci pękają ze śmiechu", który do swojej publiczności kieruje marszałek województwa? Cóż, m.in. taki wpis: „Niezależność Lubuskiej to oksymoron. Żreć szybciej towarzysze, bo coraz ciemniej wokół was. Ciekawe, kto ostatni zgasi światło w tej pseudo redakcji pseudo dziennikarzy". „Pękającym ze śmiechu" rzekomym internautą jest Maciej Stawiarski, były rzecznik Urzędu Marszałkowskiego Województwa Lubuskiego. Tak, tego samego, którym rządzi Elżbieta Polak. Inny przykład na zorganizowany hejt, to wypowiedź Artura Stojanowskiego, lokalnego radnego i asystenta posłanki SLD Anity Kucharskiej-Dziedzic, który napisał: „Orlenowsko Pisowska Gazeta lubuska i niezależnie to nawet nie bajka, a pier...enie głupot Kupili media lokalne, żeby Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PULS • 7 prać mózgi niczym piitin". (pisownia oryginalna) Na moje pytanie, czy porównywanie lokalnych mediów do zbrodniczej machiny państwa agresora nie jest jednak przesadą i czy potrafi przytoczyć argumenty na potwierdzenie swojej tezy, radny Stoja-nowski odparł zaskakująco: „Nie trzymałem tej gazety w rękach od ponad 3 lat, a więc trudno mi dzisiaj to przytoczyć, ale wystarczy popatrzeć, jak traktuje lokalne sprawy". Tak, takie wypowiedzi marszałek województwa uznała za adekwatną odpowiedź na zarzuty o deptanie wolności prasy. Gorszy niż komuna Ten hejt to jedynie skutek. Skutek utraty przez władze regionu monopolu na przekaz informacyjny wtraktowanym jak udzielne księstwo województwie. O tym, jak dotkliwa to strata, niech świadczą reakcje władz województwa na uniezależnienie się od nich „Gazety Lubuskiej". Gdy w wyniku zmian właścicielskich stanowisko redaktora naczelnego „Gazety Lubuskiej" objął Janusz Życzkowski, samorząd województwa niemal natychmiast rozpoczął wydawanie własnego periodyku pod nazwą... „Nasza Lubuska". Co jest jednak najbardziej zaskakujące, to decyzje zawodowe dziennikarzy, którzy wraz z repolonizacją grupy Polska Press postanowili odejść z „GL". Najbardziej znanymi dziennikarzami, którzy „rzucili papierami" w „Gazecie Lubuskiej", są Zdzisław Haczek, Andrzej Fliigel i Dariusz Chajew-ski oraz Szymon Kozica. Wszyscy związani z tytułem przez długie lata. Dariusz Chajewski w redakcji spędził trzydzieści lat. I choć przez trzy dekady pracy w redakcji zapewne widział wiele, to dopiero przyjście Życzkow-skiego okazało się dla niego kroplą, która przelata czarę goryczy. Odszedł po miesiącu od nominacji nowego naczelnego, by trafić do... „Naszej Lubuskiej", wspomnianego periodyku wydawanego przez władze województwa. Dziś publikacje tego doświadczonego reportera można znaleźć także na oficjalnej stronie Urzędu Marszałkowskiego. Zdzisław Haczek spędził w „Gazecie Lubuskiej" ponad dwadzieścia lat. I on Życzkow-skiego nie mógł znieść, choć z płynnym przejściem od dziennikarstwa do polityki już nie miał problemu. Niemal natychmiast znalazł zatrudnienie w... Urzędzie Marszałkowskim, skąd jako zastępca rzecznika prasowego wysyła na adres swojej byłej redakcji strofujące ją pisma. Z redakcją postanowił rozstać się także Andrzej Fliigel, wieloletni felietonista „GL". Redakcję porzucił na początku lipca 2021 r. „w proteście przeciwko cenzurze". Oficjalnym powodem odejścia miało być niedopuszczenie do druku felietonu. Na propozycję mediacji nie przystał i odszedł. Naczelny Życzkowski okazał się zbyt wielkim cenzorem. Rzecz odbiła się głośnym echem, ponieważ Fliigel to znana w regionie, barwna postać - autor setek felietonów, książek, uczestnik m.in. „Przystanku Woodstock", gdzie prowadził spotkanie z rajdowcem Rafałem Sonikiem. Jego sprzeciw wobec „cenzury", a de facto autonomicznej decyzji redaktora naczelnego, był w Zielonej Górze szeroko komentowany i przedstawiany jako „osta- teczny dowód" na upolitycznienie redakcji. Na brak zajęcia Fliigel długo nie narzekał. Jak czytamy w rejestrze umów Urzędu Miasta Zielona Góra, już 20 lipca, a więc niecałe trzy tygodnie po odejściu, podpisał z miastem opiewającą na 15 tys. zł umowę na „przygotowanie materiałów dziennikarskich". Kolejną, tym razem na 36 tys. zł, w grudniu tego samego roku. Swój cykl felietonów z „Gazety Lubuskiej" przeniósł zaś do... marszałkowskiej „Naszej Lubuskiej". Co ciekawe, najdłużej z Życzkowskim i zaprowadzanym przez niego w redakcji „zamordyzmem" zmagał się poprzedni redaktor naczelny, Szymon Kozica. Dziennikarz pozostał w zespole jako szef działu Sport. I on jednak ostatecznie odszedł. Dziś spełnia się zawodowo w podległym władzom regionu Lubuskim Centrum Informacyjnym. Stan gry się zmienił Nie mnie oceniać te wybory. Jedynie „ktoś złośliwy" mógłby zapytać, jak to jest w sumie możliwe, że dziennikarze, którzy przez dekady (przynajmniej teoretycznie) przyglądali się krytycznie pracy władz Zielonej Góry i województwa lubuskiego, niemal z dnia na dzień znajdują pracę w podległych władzom jednostkach lub zyskują od nich opiewające na dziesiątki ty- sięcy złotych zlecenia „dziennikarskie"? Przecież teoretycznie są oni wciąż doskonałym źródłem informacji o potencjalnych nieprawidłowościach, aferach czy ciemnych sprawkach władz, o których pisze „Gazeta Lubuska". Cóż, choć przykro to stwierdzić, to najwyraźniej praktyka i doświadczenie w wieloletnich wspólnych relacjach pokazują, że władzom miasta i województwa to ryzyko się opłaca, także wizerunkowo. Co ciekawe, nie trafiłem na krytyczne głosy mówiące o tym, by któryś z „rzucających papierami" sprzedał się politykom, co Janusz Życzkowski od bliskich władzom regionu hejte-rów słyszy niemal codziennie. • * • Jobyi> ,L?:\h »u- «f» wGo rz»Uie hm '• °r;i i ■ ir;'A'u/e Analiza tego spektaklu pokazuje jak w soczewce, z czym muszą mierzyć się lokalni dziennikarze (nie tylko ci z tytułów Polska Press), jeśli zechcą krytycznie patrzeć na lokalne władze Sprawa ataków na „Gazetę Lubuską" nie jest odosobniona. Wylewane na Życz-kowskiego pomyje i hejt dotknęły praktycznie każdego z nowo mianowanych redaktorów naczelnych Polska Press Grupy. Co ważne, w niemal każdym województwie jest podobnie - w pozamerytoryczny sposób tytuły Polska Press atakują środowiska związane z władzami samorządowymi (niezależnie od ich politycznej proweniencji), wydmuszki udające media i zależne od nich finansowo serwisy żyjące z samorządowej kroplówki. Dodajmy do tego lokalne redakcje „Gazety Wyborczej" i opłacanych lub ideowych hejterów. To oni od wielu miesięcy odsądzają media Polska Press Grupy od czci i wiary, co ważne, w przeważającej większości pozamerytorycznie. No ale nie chodzi przecież o prawdę, a o to, by w regionie było tak, jak było. By nikt nie podejmował niewygodnych tematów, nie opisywał afer, nie sprawdzał rejestrów umów zawieranych przez lokalne władze lub - o zgrozo - nie pisał felietonów inaczej, niż pisano je przez ostatnich trzydzieści lat. Mity o rzekomym upolitycznieniu Polska Press Grupy, o naciskach politycznych, o szerzącej się cenzurze i łamaniu dziennikarskich kręgosłupów to sprytna narracja tych, którzy mają świadomość, że wieloletni monopol na informowanie o lokalnych sprawach skończył się bezpowrotnie. Miejmy nadzieję, że wraz z nim zakończy się też koszmar tych lokalnych dziennikarzy, którzy pomimo gęstnienia lokalnych pajęczyn, przez lata usiłowali opierać się uwikłaniom w nie. Życzyłbym sobie, by tytuły Polska Press Grupy jako silne i niezależne były ich adwokatami w regionach. W kwietniu ubiegłego roku w Międzynarodowym Dniu Wolności Prasy marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak opublikowała wymowną (partyjną) grafikę ze spętaną drutem kolczastym dłonią trzymającą długopis. -Pozdrawiam Wolne Media -napisała. Z grafiki wynikało, że Polska zajmuje 64. miejsce w rankingu World Press Free-dom. Cóż, w tym roku jest jeszcze niżej - na 66. Nie czas tu na obszerną dyskusję, co się na to składa, ale jeśli w przyszłym roku ten wynik będzie jeszcze gorszy, to zaciekle walcząca o „Wolne Media" Pani marszałek Polak będzie za to jedną z głównych odpowiedzialnych. Autor jest redaktorem naczelnym wydawanych przez Polska Press Grupę „Dziennika Polskiego" i „Gazety Krakowskiej" 8 PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 RZEŹBY RODINA W ŁAZIENKACH KRÓLEWSKICH Rzeźba „Ewa" została wykonana z marmuru. Artysta, tworząc ją, inspirował się dziełami antycznymi oraz twórczością Michała Anioła Aż do listopada w Pałacu na Wodzie można oglądać trzy rzeźby Augusta Rodina. Każda z nich prezentuje najważniejsze cechy niezwykle oryginalnego stylu tego artysty Rzeźby z wystawy „Istota impresjonizmu" pochodzą z lat 80. XIX w. i przyjechały do Warszawy ze Staatliche Kunstsam-mlungen w Dreźnie, gdzie znajduje się spory zbiór prac tego Mariusz Grabowski niezwykłego artysty, buntownika i prekursora nowoczesnego rzeźbiarstwa. Uchwycić istotę W Łazienkach wystawione zostały zostały trzy dzieła Rodina: „Jean d'Aire", „Ewa" oraz tzw. „Mały tors męski". Rzeźby te pozwolą zapoznać się z takimi aspektami jego twórczości, jak materiał, ruch czy stany emocjonalne człowieka, które były niezwykle istotne dla artysty. Redukował on elementy swoich prac do tych, które sta- nowią o istocie konkretnego dzieła sztuki. „Rodin celowo pozostawiał niedopracowane części kamiennego bloku, aby nadać swoim rzeźbom napięcie, a odbiorcy - pozostawić pole do wyobraźni" - czytamy w opisie wystawy. Prace przedstawiające fragmenty ludzkiego ciała, które na wielką skalę tworzył Rodin, po raz pierwszy zaprezentowane zostały w 1889 r. na wspólnej wystawie z Claude'em Monetem prezentowanej w Galerie Geo-rges Petit w Paryżu. Trzy prezentowane rzeźby powstały w okresie, gdy artysta realizował swoje największe i dziś najbardziej znaczące dzieła. Rzeźba „Ewa" została wykonana z marmuru, pozostałe dwie to odlewy z brązu należące do tej do grupy dzieł, w których artysta inspirował się dziełami antycznymi oraz twórczością Michała Anioła. Dobrze pokazują, że tworząc je, Rodin postanowił skupić się na ulotności chwili i świetle. Nie chciał idealizować postaci jak ówcześni twórcy akademiccy. Aby jak najlepiej oddać ruch i przestrzenność postaci, celowo nie dopracowywał niektórych części rzeźby. Rodina bowiem wyróżniał ruch fizyczny oraz symboliczny, związany z przeżyciem. Nic dziwnego, że wywarł największy wpływ na europejskich twórców. Wśród polskich artystów, zaliczających się to tego grona, można wymienić m.in. Wacława Szymanowskiego (twórcę pomnika Chopina w Łazienkach Królewskich), Xawerego Dunikowskiego oraz Konstantego Laszczkę i Henryka Kunę. Ich dzieła można zobaczyć m.in. w Galerii Rzeźby Polskiej w Starej Oranżerii (Łazienki Królewskie). Wielbiciel Michała Anioła Rodin już za życia był uważany za jednego z najwybitniejszych rzeźbiarzy epoki, choć jego pierwsza marmurowa rzeźba - „Człowiek ze Złamanym Nosem" została w atmosferze skandalu odrzucona na Salonie Paryskim w 1865 r. Z czasem jednak jego twórczość stała się znana dzięki pomnikom, rzeźbom i dekoracjom budynków w Paryżu i innych miastach Francji. Wykształcenie zdobył w drugorzędnych szkołach i pracując jako pomocnik uznanych artystów. Określał się jako „wróg sztuki akademickiej" - po powrocie z podróży do Włoch miał powiedzieć, że to Michał Anioł „oduczył go akademizmu". Co ciekawe, nie został przy-jęty do prestiżowej paryskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jedna z jego pierwszych prac („Wiek brązu") wydała się oceniającym tak realistyczna, że artysta został posądzony o wy- konanie odlewu innego dzieła. Ostatecznie skończył Ecole Speciale de Dessin et d'Archi-tecture placówkę skupioną na przygotowywaniu rzemieślników pod kątem tworzenia dekoracyjnych rzeźbień. Inspiracją Rodina były - 0 czym już wspomnieliśmy -dzieła Michała Anioła. „Michał Anioł sam mówił, że tylko te prace, które można sturlać ze szczytu góry bez zniszczenia, są dobre. W jego opinii, cokolwiek złamanego przy takim upadku jest zbyteczne" - wyjaśniał Rodin w 1911 r., w rozmowie ze swoim przyjacielem krytykiem sztuki Paulem Gsel-lem. Artysta prywatnie Trzy rzeźby z Łazienek powstały, jak wiemy, w latach 80. XIX w. w najbardziej burzliwym okresie życia Rodina. Wtedy bowiem, w związku z nawałem pracy, rzeźbiarz zatrudnił kilku pomocników do swojego warsztatu. Wśród nich znalazła się również Ca-mille Claudel - jego późniejsza asystentka, muza i kochanka. Artysta nie uchodził za specjalnie przystojnego: był niewysoki, krępy, krótkowzroczny, z wiekiem zapuścił imponująca brodę. Ale przez całe życie podobał się kobietom, czego dowodem jego liczne miłostki i romanse. Związek z Camille - piszą biografowie artysty - „poważnie zagroził" jego dotychczasowej partnerce Rose Beuret, z którą Rodin miał syna i przez całe życie utrzymywał bliskie relacje. Camille wyraźnie wpłynęła również na artystyczny rozwój Rodina. Niewykluczone, że dzięki niej Rodin stworzył wówczas kilka rzeźb charakteryzujących się subtelniejszym modelowaniem bryły i cielesną zmysłowością, m.in. „Da-naidę" i „Pocałunek". Po zerwaniu z Rodinem Camille popadła w alkoholizm, zniszczyła swoje prace. Rozwijała się u niej także obsesja, bała się, że Rodin ukradnie jej pomysły, co powodowało, że nie chciała wystawiać. Zarabiała, tworząc lampy i popielniczki, a jej sytuacji nie pomógł nawet romans ze znanym kompozytorem Claude'em Debussym. Okres izolacji W1885 r. Rodinowi zlecono wykonanie pomnika upamiętniającego bohaterski epizod z czasów wojny stuletniej. W1347 r. kilku mieszczan obleganego Calais opuściło mury miejskie i oddało się w niewolę do króla angielskiego w zamian za odstąpienie od wyniszczającego miasto oblężenia. Rodin stworzył więc sześcioosobową grupę postaci, zrozpaczonych 1 skutych kajdanami; ustawił ich na niskiej płycie, na wysokości wzroku widza. Jego projekt wzbudził sporo wątpliwości i krytyki. Mó- wiono o dosłownym „zdjęciu pomnika z cokołu" oraz o nietypowej dla publicznego zlecenia estetyce. Rada miasta poczuła się wręcz „obrażona". Rodin także, do tego stopnia, że odsunął się życia publicznego. Podupadł wtedy na zdrowiu i przez kilka następnych lat miewał objawy depresji. Gdy w 1898 r. pokazał rzeźbę Balzaka, posypały się kolejne głosy sprzeciwu. Mówiono, że ta rzeźba to parodia. List w obronie Rodina podpisali wówczas m.in. Monet, Debu-ssy i - co ciekawe - przyszły premier Francji Georges Clemenceau. Paryż dojrzał do tej rzeźby dopiero w latach 30. XX w., kiedy została ustawiona w przestrzeni miasta. Do artystycznych kręgów powrócił dopiero w 1900 roku wraz z wystawą Paris Univer-sal Exposition. Znalazło się tam 150 jego rzeźb oraz liczne rysunki. Rodin zmarł w listopadzie 1917 r. Ostatnie lata życia upłynęły mu pod znakiem międzynarodowej sławy. Rzeźbił do końca swoich dni, a artystyczny dorobek przekazał w testamencie rządowi Francji. W1919 r. w Paryżu otwarto Muzeum Rodina. Rodin w cenie Dziś rzeźby artysty są nie tylko podziwiane, ale też wymiernie wyceniane. W lutym 2016 r. odlew wspomnianego „Pocałunku" sprzedano za 2,2 min euro na aukcji w Hotelu Drouot w Paryżu. Za rekordową kwotę kupił go amerykański kolekcjoner. Odlew wysokości 85 cm pochodzący z 1927 r., czyli z czasu już po śmierci artysty, wyceniano na 1,5-2 min euro. „Pocałunek" przedstawia emanująca erotyzmem parę kochanków - Fran-cesca i Paolo z „Boskiej komedii" Dantego. „Wieczną wiosnę", odlew z patynowanego brązu, kupił ten sam kolekcjoner za niespełna 700 tys. euro. Z kolei wiosną 2022 r. na aukcję Christie's w Paryżu trafił odlew jednej z najbardziej rozpoznawalnych rzeźb Auguste'a Rodina - „Myśliciela". To rzeźba, która stała się symbolem filozofii i wysiłku intelektualnego w kulturze. Co ciekawe, jest to odlew wykonany po śmierci, a niejeden spośród egzemplarzy powstałych za życia artysty. Dodajmy na koniec, że Rodin ma szczęście do fałszerzy. Zasłynął na tym polu Francuz GuyHain, który w latach 80. XX w. wypuścił na rynek tysiące fałszywych „Rodinów" sporządzanych przy użyciu oryginalnych form gipsowych ze stemplem Alexisa Rudiera, który był ulubionym odlewnikiem francuskiego rzeźbiarza. Wystawa „Istota impresjonizmu. Rzeźby Rodina w Łazienkach Królewskich", potrwa do 15 listopada. Informacje: lazienki-krolewskie.pl. Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PULS O bserwacja życia zza szyb taryfy i przedstawienie w humorystyczny sposób realiów PRL-u widzianych oczami kierowców i pasażerów, również przypadły do gustu Polakom. W porach premierowej emisji „Zmienników" w 1987 roku pustoszały ulice. Kolejny po „Alternatywach 4" serial Barei początkowo miał nosić tytuł „Taksówkarze", jednak reżyser stwierdził, że będzie za bardzo kojarzył się z filmem Martina Scorsese o podobnym tytule, toteż stanęło na „Zmiennikach". Piętnastoodcinkowy serial opowiada o przygodach pary warszawskich taksówkarzy Jacka i Kasi - ta druga, by otrzymać posadę taksówkarki, przebiera się za mężczyznę, wyprowadzając w pole nie tylko swoich pracodawców i rodziców, ale także zmiennika, z którym łączy ją przyjaźń, przeradzająca się wkrótce w uczucie. Jednak losy taksówkarzy, dumnych kierowców fiata I25p koloru „bahama yellow", o numerze bocznym 1313, są tylko tłem do ukazania absurdów PRL-u. I mimo że był to znak rozpoznawczy twórczości Barei, tym razem widz miał wrażenie, że „to wszystko już było". Oto bowiem latający nad Warszawą posąg Zwycięskiej Myszy Postępu i Tradycji (który, spadając, niszczy pierwsze auto Jacka i jego dotychczasowego zmiennika - również fiata 125, tym razem jednak błękitnego) przywodzi na myśl słomianą postać z „Misia", która szybowała nad stolicą doczepiona do śmigłowca. Zaś pomysł zudawaniem kobiety kojarzy się widzowi jednoznacznie z niezapomnianą Marysią z „Poszukiwanego, poszukiwanej", czylihi-storykasztuki, który, niesłusznie oskarżony o kradzież obrazu ukrywa się w damskim przebraniu. Podobnie jak w „Alternatywach 4" ukazane są powszechne kolejki czy problemy ze zdobyciem mieszkania (zresztą pamiętny blok również pojawia się w „Zmiennikach", a konkretnie pechowe mieszkanie nr 13). Wąsy na każdą okazję W produkcji wystąpiła cała ówczesna plejada polskich gwiazd. Wystarczy wspomnieć o: Wojciechu Pokorze, Bronisławie Pawliku, Irenie Kwiatkowskiej, Krystynie Tkacz, Krzysztofie Kowalewskim, Mieczysławie Czechowiczu, Janie Kobu-szewskim, Marianie Opani czy Kazimierzu Kaczorze. To aktorzy, którzy wcielali się w postacie otaczające parę głównych bohaterów. W Kasię Piórkowską oraz jej „męską" wersję, czyli Mariana Koniuszkę, początkowo miała się wcielić Jadwiga Jankowska-Cieślak, jednak odmówiła ze względu na udział w, produkcji zagranicznej. Z powodzeniem zastąpiła ją Ewa Błaszczyk. - Co, będziesz wiecznie grała matki Gorkiego?-miał zapytać ją mąż. - Zostałam Marianem Koniuszko. Z potrzeby chwili. Przykleiliśmy na chwilę wąsy. „Może być", ocenił Bareja. Bawiła mnie ta przebieranka. I okazała się miłą przygodą - opowiadała Ewa Błaszczyk V ZMIENNICY" PRL Z OKNA ZOŁTEJ TAKSÓWKI Ten serial można śmiało uznać za rodzaj testamentu Stanisława Barei, coś w stylu podsumowania twórczości reżysera, który jak nikt ukazywał absurdy minionych czasów lVojciecb Obremski - I zostałam Marianem Koniuszko. Zpotrzeby chwili. Przy-kleiliśmyna chwilę wąsy. „Może być", ocenił Bareja. Bawiła mnie ta przebieranka. I okazała się miłą przygodą - wspominała aktorka w jednym z wywiadów. Dodajmy, że w serialu możemy dostrzec dwa zestawy doklejanych przez Kasię wąsów: jednoczęściowe (w scenie, gdy bohaterka wiezie Helenę Koniuszkową i zrywa „zarost" szybkim ruchem) oraz dwuczęściowe, używane znacznie częściej (m.in. po szamotaninie, w wyniku której Jacek odkrywa prawdziwą tożsamość swojego zmiennika, kiedy to odkleja po kolei z twarzy Kasi części wąsów). Jej partnera, Jacka, zagrał Mieczysław Hryniewicz, rywalizujący o rolę podczas zdjęć próbnych z czterema innymi aktorami, dlaktórychrównież znalazło się miejsce w obsadzie serialu. - W trakcie kręcenia filmu bardzo szybko zrozumiałem, że postacią pierwszoplanową jest Ewa Błaszczyk. To jej mąż, Jacek Janczarski napisał scenariusz [zagrał też epizodyczną rolę mężczyzny w windzie, który przeszkadza Kasi wprzebieraniu się - przyp. red.]. Dlatego starałem się dopasować, mówiłem trochę wyżej, bardziej miękko. Zresztą Ewa doskonale pasowała do granej przez siebie postaci, wydaje się, że nie było potrzeby nawet wąsów doklejać- opowiadał Hryniewicz portalowi leszno.naszemiasto.pl. Żadne prącie, tylko „prociem pan"! Na ekranie widzimy także (znanego m.in. z „Rancza") Piotra Pręgowskiego, jakotajskiego studenta Krashana. Żeby nadać sobie egzotyczny wygląd, aktor wyskubał sobie znacznie brwi, a skórę przyciemnił specjalnym podkładem. Jego pamiętna, ła-mana polszczyzna to efekt naśladowania koreańskiego mistrza karate, z którym trenował. Nierzadko wypowiadane wten sposób kwestie trzeba było korygować. - W pierwszych scenach, w których grałem z panem Wojciechem Pokorą, zwracałem się do niego „pronciem pan". Za którymś razem reżyser zwrócił mi uwagę, że żadne tam „prącie" nie może mieć miejsca. Wtedy zamieniłem to na „prociem pan" - opowiadał aktor na łamach portalu nowiny24.pl. Pręgowski szybko stał się rozpoznawalny, także w dość specyficzny sposób. - Pamiętam, że jak ludzie spotykalimnienaulicy, to odruchowo wołali jeden do drugiego: „Zobacz, zobacz, to ten Murzyni". Oczywiście nie byłem wserialu Murzynem... Ale przekonałem się, jak to czasem widownia dziwnie coś odbiera, że dla widowni nie ma żadnego znaczenia, z jakiego ktoś jest kontynentu - czy z Czarnego Lądu czy z Azji - mówił aktor portalowi Głos24. Dodajmy, że kiełbasę, w której Krashan przemycał narkotyki, kupili nielegalnie członkowie ekipy, za co zatrzymała ich milicja. Zostali żwol-nieni dopiero po interwencji kierownika produkcji. Podobno po zakończeniu zdjęć kiełbasa została pokrojona i rozdzielona między członków ekipy. Pecha miał Bareja, któremu przypadł kawałek z wydrążoną dziurą. Reżyser pojawia się także na ekranie - wciela się w narkotykowego bossa, podczas scen powstających w Bangkoku. Trzeba wspomnieć, że ze względów oszczędnościowychdostolicyTcg-landii, prócz Barei, polecieli tylko, wdodatkuzgrupą wycieczki: kierownik produkcji, operator, aktor Piotr Pręgowski, a także... praoow-nikUrzędu Bezpieczeństwa. - Kapuś towarzyszył nam wszędzie, musieliśmy się pilnować - wspominał w „Tinie5' Pręgowski. Pośmiertne oskarżenia Emisję serialu rozpoczęto w październiku 1987 roku, a więc cztery miesiące po śmierci Barei. Nie miał on już zatem okazji do wysłuchania oskarżeń pod swoim adresem o żerowanie na pamiętnej katastrofie samolotu „Tadeusz Kościuszko" w Lesie Kabackini, w maju 1987 roku. O co chodziło? Otóż w odcinku „Safari" jest scena, w której od startującego samolotu odpada koło, zaś w kilku następnych fragmentach nie brak momentów, które ukazywały chaos, jaki panował w ówczesnym lotnictwie cywilnym, nie wspominając o stanie technicznym samolotów. - Na podstawie tego fragmentu oskarżono reżysera na wizji, że żeruje na tragedii. Wcześniej te sceny zostały usunięte z filmu, by nie urazić bliskich ofiar katastrofy, ale kontrowersyjne fragmenty odtworzono specjalnie na potrzeby telewizyjnej dyskusji, która była rodzajem medialnego linczu na nieżyjącym reżyserze" - pisał magazyn „Nostalgia". Podróbki na planie Mimo komediowej formy serialu na planie nie było zbyt wiele okazji do śmiechu. - Ciężko pracowaliśmy. Pan Stanisław był człowiekiem bardzo ekonomicznym, więc zamiast zaplanowanych dwóch scen dziennie kręciliśmy cztery. Wiedział doskonale, 9 o co mu chodzi. Nie powtarzał scen w nieskończoność, wiedząc, że aktor i tak jest najlepszy wpierwszym dublu - wspominał filmowy Jacek Żytkiewicz, zdradzając również pochodzenie słynnej, noszonej przez siebie koszuli z napisem „Levi's" - na pla-niebyło ich więcej niżjedna, a zakupiono je w ilości hurtowej na bazarze pod Warszawą. - To były podróbki. Sam miałem ich kilka do pracy w serialu, bo przecież zdjęcia trwały stosunkowo długo i jedna by mi nie wystarczyła. Po latach, przy jakiejś okazji poznałem przedstawicielkę firmy, JLevi's" i zażartowałem, że powinni mi zapłacić za reklamę ich produktu. Na co usłyszałem, że to raczej japowinienem zapłacić grzywnę za kupowanie i używanie podrabianej odzieży - opo-wiadał Hryniewicz, który z Ewą Błaszczyk poruszał się na planie czterema taksówkami. Bezkolizyjnie. „Coś być musi, do cholery, za zakrętem!" Być może wynikiem wspomnianej ekonomii reżysera był fakt, iż w serialu aż trzy różne osoby mają ten sam dowód osobisty, który po drobnych zmianach należał do: Mariana Koniuszki, Jana Obomiaka oraz jego brata Macieja. Toteż nic dziwnego, że wszyscy odznaczali się identycznym rysopisem: wysoki, oczy niebieskie, blizna na brodzie. Ponadto mieli urodzić się w tym samym miejscu, czyli w Warszawie, a dokument otrzymać od naczelnika dzielnicy Warszawa Praga Południe. Brak jest za to numeru ewidencyjnego. Nie można zapomnieć o wpadającej w ucho, pełnej aluzji do ówczesnej sytuacji w kraju (np. „.. .cośbyćmusi, do cholery, za zakrętem!"), piosence tytułowej. Miała ona trzy wersje, a autorami słów był mąż Ewy Błaszczyk, współscenarzysta serialu, wspomniany wyżej Jacek Janczarski. Zaśpiewał ją (do skomponowanej przez siebie muzyki) Przemysław Gintrowski. Dziś po stolicy organizowane są przejażdżki repliką słynnej, żółtej taksówki. W 2012 roku za kierownicą innego egzemplarza usiadł sam Mieczysław Hryniewicz, by zawieźć młodą parę do ślubu. Dwa lata później wydano grę planszową bazującą na serialu. I nic dziwnego: mimo rychłego upływu 35 lat od premiery pierwszego odcinka, „Zmiennicy" są nadal chętnie oglądani - zarówno przez starsze pokolenie, dla których widziany zza okna taksówki nie taki znowu czarno-biały świat może być nostalgicznym powrotem do przeszłości, jak i tych młodszych, dla których uniwersalny humor Stanisława Barei, atakże - mimo że prześmiewcze, to jednak w jakiś sposób kronikarskie ukazanie absurdów tamtych dni, może nadal stanowić doskonałą rozrywkę zmieszaną z lekcją historii. 10 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PAWEŁ DOMAGAŁA: SZCZĘŚCIE JEST SKUTKIEM DOBREGO ŻYCIA, A NIE ODWROTNIE Grywa w komediach romantycznych, a jego płyty pokrywają się kilkoma warstwami platyny. Jest ulubieńcem kinowej i muzycznej widowni. Teraz możemy Pawła Domagałę oglądać w melodramacie. Rozmawiamy z nim przy okazji premiery „Na chwilę, na zawsze" t rfobto Paweł Gzyl „Na chwilę, na zawsze" to dla pana wyjątkowy film, bo to pan zainicjował jego powstanie. Jak narodził się pomyślna historię? Zgłosili się do mnie chłopaki z Orphan Studio, którzy chcieli coś ze mną zrobić. Zaczęliśmy się więc nad tym wspólnie zastanawiać. A mnie od dawna chodził po głowie taki zapomniany gatunek, jakim jest melodramat. I uznaliśmy, że nie będziemy znowu szli w komedię romantyczną, tylko zrealizujemy coś odmiennego. Melodramat to rzadki gatunek wpolskim kinie. Co się panu podoba wtej konwencji? Po prostu lubię takie filmy. Postanowiliśmy więc odświeżyć tę formułę. Idosyć długo nad tym pracowaliśmy: od pierwszej rozmowy do powstania filmu zeszły aż trzy lata. Wszystko rodziło się powoli. Brakowało mi w polskim kinie produkqi, które nie dostosowywałyby się do prędkości świata, tylko tworzyły wolniejszą rzeczywistość. Żeby to widz przystosowywał się do tempa filmu i oddychał razem z nim, a nie odwrotnie. Od tego wszystko się zaczęło. Nie tylko wystąpił pan w „Na chwilę, na zawsze" inagrał piosenki, ale również współtworzył scenariusz. Jak się pan od-nalazł wtej nowej roli? Nie pisałem go sam, tylko z dwoma koleżankami - Mirellą Zaradkiewicz i Magdą Wiśnie-wolską. To są zawodowe scenarzystki. Dlatego dobrze się czułem w tej roli. Okazało się to bardzo przyjemne. Od kiedy zacząłem tworzyć muzykę, trudno mi się zredukować w pracy artystycznej tylko do roli odtwórcy, który nie ma na nic wpływu. Potem doszedł reżyser Piotr Trza-skalsła i przenicował nasz tekst przez swoją osobowość, nadając mu poetycki walor. Dlatego „Na chwilę, na zawsze" to wypadkowa wielu wrażliwości. Aczkolwiekpierwotny pomysł byłmój. Film zagląda za kulisy polskiego show-biznesu. Pan funkcjonuje już w nim dwie dekady. Dużo własnych spostrzeżeń na temat tego świata zawarł pan wfilmie? Z móich obserwacji wynika, że prawda o show-biznesie nie jest zbyt interesująca. Żyjemy jakimś hollywoodzkim mitem, a w polskim wydaniu nie jest to jednak aż tak spektakularne, jak się wszystkim wydaje. To nie jest film dokumentalny i nie pokazujemy tu show-biznesu jeden do jednego. Nie wiem, jak jest gdzie indziej, ale w Polsce wszystko jest bardzo przyziemne. Szczerze mówiąc show-biznes niewiele się różni od innych zawodów - i pewnie są w nim takie same problemy, jak u pana w redakcji. Ja lubię filmy, których akcja toczy się w hermetycznym środowisku. O strażakach czy o lekarzach. Bo każda taka społeczność jest odmienna. Fajnie się to ogląda. Zrobiliśmy coś podobnego. Obraz muzycznego świata w filmie jest dosyć mroczny. Rzeczywiście jest aż tak źle? Jest tak jak wszędzie. Wszystko zależy od człowieka i jego indywidualnych decyzji. W kolorowej prasie można poczytać sporo ciekawych rzeczy zarówno o muzykach, jak i o dziennikarzach. Dlatego daleki jestem od jakichkolwiek ge-neralizacji. Że dane środowisko jest takie, że dany naród jest taki, że dane pokolenie jest takie. Nie zgadzam się z takim uogólnianiem. Media dopatrują się w fabule „Na chwilę, na zawsze" odniesień do „Narodzin gwiazdy". Rzeczywiście tobyła dla pana inspiracja? To wymysł promotorów filmu. Zadziałały tu pewne mechanizmy, które mają zapewnić naszej produkq'i klikalność. I ja muszę się na to zgodzić. Osobiście mnie to jednak bawi. „Polska odpowiedź na »Narodziny gwiazdy«". (śmiech) Nie przypominam sobie, żeby Lady Gaga i Bradley Cooper mówili: „Hej, Domagała, to co nam teraz odpowiesz na nasz film?". Nie było pytania, nie ma więc odpowiedzi. Głównym bohaterem „Na teraz, na zawsze" jest piosenkarz. De w Borysie jest Pawła Domagały? Starałem się, aby było jak najmniej. Oczywiście jest moja fi-zyczność, moja wrażliwość. No ŻYCIEJEST TRUDNE 1 PEŁNE CIERPIENIA, NR KTÓRE NIE MAM Y HPPŁYMP. ALE MOŻEMY PRZYNAJMNIEJ NIE POGARSZAĆ SYTUACJI i moja muzyka. Od początku chcieliśmy bowiem, żeby w filmie zabrzmiały moje piosenki. Premiera „Na chwilę, na zawsze" miała się pokrywać z premierąmojej ostatniej płyty „Wracaj", ale pandemia sprawiła, że to się jednak rozjechało. Borys uciekł z show-biznesu. Pan ostatnio też mówił, że śpiewanie nie sprawia panu już takiej radości jak kiedyś. Myślał pan kiedyś, żeby już zejść ze sceny? Raczej nie. Chodziło mi tu o to, by pamiętać otym, dlaczego kiedyś zaczęło się to robić. Nie dać się zwieść pozorom, tylko pamiętać, jakie było to pierwotne marzenie. Dlatego trochę wyhamowałem - ale nadal dawałem koncerty. Nie reklamowałem ich jednak specjalnie. Ja się wywodzę z kameralnego grania w małych klubach. Nie jestem przyzwyczajony do roli jakiegoś mesjasza, której pełnienia niektórzy ode mnie oczekują. Dlatego trochę się wycofuję, by nie ulec pokusie mędrkowania. Postać Poli skojarzyła mi się z Ewą Famą przez wątek wypadku samochodowego. To dobry trop? Nawet nie wiedziałem, że Ewa Fama miała wypadek. Ani przez sekundę nie pomyślałem oniej. Połę zagrała Martyna Bycz-kowska, która reprezentuje trochę młodsze pokolenie od pana. Jakie mieliście porozumienie? Mieliśmy na planie dużo młodych aktorów. Castingi były bardzo długie i wybraliśmy wspólnie z reżyserem i producentami sporo zdolnych i młodych ludzi. Bardzo dużo się od nich nauczyłem i wziąłem. Przede wszystkim zapału i in- nego podejścia do zawodu. Oni nawet nie zdają sobie sprawy, jak dużo im zawdzięczam. Nie jestem jakoś bardzo dużo starszy od nich, ale oni są zdecydowanie bardziej świadomi i pewni swojej wartości. Nie miał pan ochoty wyreżyserować „Na chwilę, na zawsze'? Nie ukrywam, że myślę o reżyserii, ale na pewno w moim debiucie nie chciałbym sam grać, bo to za dużo rzeczy na głowie, którymi musiałbym się zająć. Poza tym, kiedy będę kręcił swój pierwszy film, to wolałbym, żeby to było za moje pieniądze, aby nikt obcy nie ryzykował swoimi funduszami. No i żebym miał pełną autonomię. Dlaczego wybraliście na reży-sera Piotra Trzaskalskiego? On ma w sobie niezwykłą poezję. Tak mocno przefiltrował tę opowieść przez siebie, że można powiedzieć, iż jest to kino autorskie. Bardzo cenię Piotrka i lubię go prywatnie. Podoba mi się jego wrażliwość, spokojne postrzeganie świata, czułość w patrzeniu na człowieka i mądrość w traktowaniu relacji. Brak natarczywości w narzucaniu swoich opinii. Film ma pozytywne przesłanie: że zawsze jest czas na odkupienie swoich win. Podobnie jest z pana piosenkami. Lubi pan dawać odbiorcom nadzieję? Lubię dostawać nadzieję i od-dawaćto, co dostałem. Oczywiście nie wszystko musi być cukierkowe. Cóż: życie jest trudne i pełne cierpienia, na które nie mamy wpływu. Ale możemy przynajmniej nie pogarszać sytuacji. Szczęście jest skutkiem dobrego życia, a nie odwrotnie. Dlatego w swojej sztuce chcę pokazywać ludziom, by nie skupiali się na poszukiwaniu szczęścia, tylko na dobrym ży- ciu, bo wtedy szczęście samo przyjdzie. Wierzę też, że nawet najgorszy człowiek ma w sobie jakieś dobro. Kiedyś powiedział pan w jednym z wywiadów, że od początku wiedział, że chce być ak-torem i muzykiem. Jak to możliwe? Tak sobie od zawsze wyobrażałem swoje życie. I dzisiaj nie byłbym w stanie zrezygnować ani z jednej, ani z drugiej aktywności. To tak jak z dziećmi -kiedy ma się dwójkę lub trójkę, to każde kocha się inaczej, ale tak samo mocno. I dla każdego trzeba się poświęcić. Wychował się pan w Radomiu, który mocno dotknęły przemiany wPolsce po 1989 roku. Jaki wpływ miało na pana dorastanie w tym mieście? Dzięki temu, że wychowywałem się w Radomiu w latach 90., miałem w swej klasie bardzo bogatych i bardzo biednych kolegów. I niebyło między nami żadnych różnic. Ocierałem się o bogactwo ibiedę, dlatego dosyć wcześnie poznałem życie z każdej strony. Dzięki temu potrafię dziś zrozumieć różnych ludzi. Obecnie każdy żyje w swojej „bańce". Tymczasem w Radomiu w latach 90. na trzepaku był syn bezrobotnego i syn dyrektora Zakładów Tytoniowych. Nikt nie patrzył na jego status, tylko jakim jest człowiekiem. To najważniejsza lekcja, którą wyciągnąłem z dorastania w Radomiu. Uczył się pan w liceum w klasie matematyczno-fizycznej. Skąd więc u pana artystyczne zainteresowania? Już kiedy byłem w podstawówce, grałem na gitarze i brałem udział w olimpiadach matematycznych i fizycznych. Dla mnie to są pokrewne dziedziny. W jednej i drugiej zadajemy te Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 PULS 11 Paweł Domagała: Ja się wywodzę z kameralnego grania w małych klubach. Nie jestem przyzwyczajony do roli jakiegoś mesjasza, której pełnienia niektórzy ode mnie oczekują. Dlatego trochę się wycofuję, by nie ulec pokusie mędrkowania. same pytania, odpowiadamy tylko z różnych perspektyw. Gekawość świata i człowieka jest podobna. I od tego się wszystko zaczyna. Z perspektywy czasu wydaje mi się jeszcze bardziej wyraźnie, że nauki ścisłe uczą większej pokory wobec tego, co wiemy i co nam się wydaje. Dlatego jestem daleki od tego, by wydawać jakieś kategoryczne osądy. Bo wiem, jak mało wiem. Pierwszy duży sukces odniósł panniewlanie, ale w teatrze w spektaklu „Exterminator". Rola Marcysia była chybaideal-nie skrojona pod pana talent i umiejętności? Przez pierwsze dziesięć lat kariery grałem w teatrze i to epizodyczne role. Bardzo dużo mnie to nauczyło. Zresztą podobnie jakKabaretNaKońcu Świata, który był dla mnie wspaniałą lekqą improwizacji i scenicznej odwagi. Teatr był dla mnie bardzo ważny, bo to właśnie tam aktor najpełniej szkoli warsztat. Oczywiście są dobre i złe sztuki -jak wszystko. Kino otwarło się na pana po sukcesie ,JExterminatora'? Faktycznie to był ogromny przełom. Do tej pory ludzie pytają się, kiedy będziemy grali ten spektakl. Woli pan teatralną czy kinową wersję? To są dwa różne światy. Oczywiście większy sentyment mam do wersji teatralnej. Bo była pierwsza. To też inna specyfika pracy. No i chłopaki, z którymi grałem. Kiedyś powiedział pan w wywiadzie, że bliżej panu do komercyjnego niż do artystycznego kina. Z czego to wynika? Z tego, co mi się podoba. Filmy, które miały na mnie największy wpływ, były mocno komercyjne. I dzisiaj, jak mam pójść do kina, to też takie wybieram. Nie uważam, że komercja musi mieć złe konotaq'e. Pochodzę z małego miasta i nie miałem za młodu styczności z wielkim teatrem. Myśmy oglądali takie filmy jak „Top Gun", „Bravehe-art" czy „ForrestGump". Ito po kilkanaście razy. Jestem więc widzem popcomowym i mówię to z dumą. Sam pan też grywa wtakich filmach. Do tej pory były to głównie komedie. Dużo trudniej jest „oszukać" widza, grając w komedii niż w dramacie. Albo coś jest śmieszne, albo nie. To nie to samo co pokazywanie „bebechów". Nie ukrywam, że po prostu uwielbiam komedie. Dlatego lubię grać w takich filmach. Teraz trochę skręciło to w złym kierunku. Dlatego chciałbym, żebyśmy wrócili do filmów z większym poszanowaniem inteligencji widza. Popularność, którą zdobył pan jako aktor, pomogła panu zaistnieć na muzycznej scenie? To już było badane na wszelkie możliwe sposoby. I okazuje się, że nie do końca. To mogło pomóc o tyle, że mnie zaproszono do jednej czy drugiej „śniada-niówki", żebym powiedział o płycie. Z drugiej strony bardziej popularni aktorzy ode mnie próbują swych sił wmu-zyce - i im nie wychodzi. Dlatego lubię myśleć z pewnego rodzaju zadufaniem w siebie, że to nie pomogło. A czasem wręcz przeszkadzało, bo ta łatka „śpiewającego aktora" niektórych wręcz odstrasza. Katalizatorem pana muzycznego sukcesu było spotkanie z kolegą z Radomia - Łukaszem Borowieckim? Zdecydowanie. Początkowo grałem sam na gitarze, potem próbowałem tworzyć różne projekty. Kiedy poznałem Łukasza, puściłem mu swoje nagrania i wtedy stwierdziliśmy, że zrobimy to razem. On nie znał mnie wtedy jeszcze dobrze, ale zaryzykował - złożyliśmy się pół na pół na pierwszą płytę i od tamtej pory działamy razem. I nic nie wskazuje na to, że przestaniemy. Postawiliście od początku na pełną niezależność. O wszystkim decydujecie sami, sami wydajecie swoje płyty i organizujecie koncerty. Dlaczego nie chcecie współpracować z polskimi „rekinami show-biznesu'? Jestem po mat-fizie i dobrze liczę. (śmiech) Poza tym bardzo sobie cenię wolność artystyczną. A muzyka jest dla mnie czymś tak osobistym, że nie wyobrażam sobie, iż ktoś mógłby mi narzucać, jak, gdzie i z kim mam grać. W jednym z wywiadów powiedział pan: „Zawsze staram się, żeby przekaz byłprosty,bo nie znoszę kombinacji". To właśnie wtej prostocie tkwi sekret pana sukcesu? Nie mam pojęcia. Nigdy tego nie kalkulowałem. Piszę i śpiewam to, co umiem. Osobiście lubię jasne przekazy i sam. po sobie zauważyłem, że jak nie wiem do końca, o co mi chodzi, to potrafię to ukryć za milionem metafor i pięknych słów. Ale nic się za tym nie kryje. Dlatego lubię, jak coś jest proste. Oczywiście takąmam wrażliwość i sposób porozumiewania się ze światem, że używam wielu analogii. Ale zawsze staram się, by były one proste i osobiste. Ten osobisty charakter moich tekstów jest dla mnie bardzo istotny. Lubi pan opowiadać fanom o sobie w swych piosenkach? O ile nie lubię tego robić w wywiadach, to w piosenkach odkrywam się zupełnie. To nie jest nawet jakoś wykalkulo-wane, po prostu inaczej nie potrafię. Dlatego to robię. Wszystko filtruję przez siebie. Jeśli jest jakaś sytuacja na świecie, to też nie podchodzę do niej z publicystycznej perspektywy, tylko raczej opisuję, jak ja się wniej odnajduję. Wydaje mi się to uczciwsze i prawdziwsze. W pana piosenkach słychać elementy klasycznego bluesa, folku czy nawet country. Jest pan muzycznym konserwatystą? Po prostu takiej muzyki słucham, taka mnie inspiruje. Wobec tego nie widzę powodu, by robić coś, czego nie lubię, tylko dlatego, że coś jest modne. Bogu dzięki, mam grono słuchaczy, którym też się to podoba. Może do Europy to jeszcze nie doszło, ale w Stanach taka muzyka jest coraz bardziej popularna. Ta fala dotrze do nas pewnie za kilka lat. A wtedyja zacznę robić elektronikę. Zaskoczyła pana popularność, jaką zdobyły panapiosenki? Kiedy przygotowywaliśmy wydanie pierwszej płyty „Opowiem ci o mnie", zrobiliśmy 3 tys. egzemplarzy, a ona ostatecznie sprzedała się w ilości 60 tys. egz. To było wielkie zaskoczenie, bo nikt się tego nie spodziewał. Planując wydanie drugiej płyty „1984", myśleliśmy więc, że będzie podobnie. Ale sukces „Weź nie pytaj" przerósł nasze wszelkie oczekiwania. Badania pokazywały, że to aż tak nie zaskoczy. Wyjechałem więc z rodziną na wakacje do Jastarni. Byłem z dziećmi na plaży, a tu się okazało, że mamy ogromny hit. To było bardzo przyjemne. Popularność pana zmieniła? Ciężko mi powiedzieć. Kiedy pojawił się ten wielki hajp na „Weź nie pytaj", nie wiedziałem, jak się zachować. Bo nie lubię się chować. Teraz jest już luz - wszyscy wiedzą, jakie mam zdanie na ten temat. Kiedy nie pracuję, to nie pracuję. I jest już lepiej. Ale taki nagły sukces, kiedy człowiek nie jest na niego przygotowany, bywa szokujący. Na pana koncertach większość stanowią dziewczyny. Jak sobie pan radzi z fankami, które szturmują potem garderobę? Nie ma takich rzeczy. Ja się zawsze tym chwalę. Zbadań wynika, że większość naszych słuchaczy to wykształcone kobiety. Dlatego zawsze zachowują się kulturalnie. Żona nie jest zazdrosna o te wielbicielki? Nie. Mamy do siebie pełne zaufanie. Żona jest pierwszą recen-zentką pana piosenek? Tak. I to właśnie ona wybrała „Weź nie pytaj" na singiel. My chcieliśmy zupełnie inny utwór. „To jest lepsze" - powiedziała. Teraz planujemy wydanie kolejnego albumu i wspólnie ustaliliśmy, że promujący go singiel wybierze Zuza. Dlatego jest nie tylko recenzentem, ale i wyrocznią. Jej ulubioną piosenką jest „Zuza"? Mówi, że tak. Córki też słuchają pana piosenek? Im moje granie kojarzy się z tym, że taty nie ma w domu, bo jest na próbie lub na koncercie. Starsza poza tym słucha już swojej muzyki. Wszystko jest więc w należytym porządku. Poza tym ja nie jestem typem, który żąda, aby w domu wszyscy chodzili na paluszkach, bo ojciec ma wenę i pisze. Dlatego pracuję właściwie mimochodem, tak, by rodzina tego nie odczuwała. Rodzinajest dla pana ważniejsza od muzyki i filmu? Oczywiście. Tu nie ma co porównywać. Rodzina to jest coś, co jest prawdziwe w moim życiu. Jest moją prawdą. Praca jest ważna i przyjemna, ale to nie ten sam rodzaj emocji. Każdy, kto ma rodzinę i wszystko poukładane, rozumie, o czym mówię. Ostatnio słuchałem wywiadu z Edem Sheeranem i on mówił to samo. Nie znamy się i nie mogliśmy tego uzgodnić, ale mamy podobne przemyślenia. Chociaż onjest dużo wyżej niż ja. 12 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 22.07.2022 TO NIE JEST BŁĄD DRUKARSKI Jeśli urodziłeś się przed rokiem 1973 oraz męczy Cię długotrwały ból, którego masz już serdecznie doić, cierpisz na artretyzm, reumatyzm, rwę kulszową, narzekasz na ból palców, kolan, bioder, dłoni, pleców, dokuczają Ci migreny, pęcherz, bezsenność, lub nękają Cię inne dolegliwości... ...mozesz znaleźć się wśród 100 osób, które odbiorą należące się im biomagnetyczne wkładki do butów MAGNISOLE ACTIVE+ polecane na każdy rodzaj bólu ze względu na działanie prozdrowotne na 41 różnych dolegliwości. ^Trgr^r!r6J;Zeka spakowane do wysyłki 100 par najnowszego modelu wkładek MAGNISOLE ACTTVE+[ Rozdamy je CAŁKOWICIE ZA DARMO - na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy - każdemu, kto zadzwoni do 25 lipca 2022. Datę urodzenia wystarczy potwierdzić ustnie przez telefon. Wygodna metoda oddziaływania wkładkami biomagnetycznymi może likwidować bóle każdego rodzaju, o czym zapewniają osoby, które już z niej korzystały. Aby uśmierzyć boi, wystarczy je włożyć do butów lub kapci i zwyczajnie w nich chodzić. 290 wypustek akupresurowych i 5 biomagnesów głębokiego oddziaływania komórkowego o mocy 970 gausow stymuluje receptory w stopach. Naturalne impulsy magnetyczne i akupresurowe wytwarzane przez wkładki oddziałują na obolałe miejsca w organizmie, dzięki czemu mogą likwidować boi - bez względu na jego źródło i przyczynę. To najpopularniejszy i najdroższy model, jaki kiedykolwiek był wyprodukowany i z każdym dniem cieszy się coraz większym uznaniem. Uniwersalny rozmiar dopasujesz do każdego rodzaju i rozmiaru obuwia. Posłużą Ci na lata. Dlaczego ROZDAJEMY biomagnetyczne przeciwbólowe wkładki do butów MAGNISOLE ACIWE+? Nie jestesmy instytucją charytatywną. Oczekujemy, że o wkładkach MAGNISOLE ACTI-Vh+ zrobi się głośno w całym kraju, dzięki czemu pozyskamy wielu nowych klientów. Ta okazja jest gwarantowana wyłqcznie do: 25 lipca 2022 Biomagnetyczne przeciwbólowe wkładki do butów MAGNISOLE ACTIVE+ nie beda dostępne w sklepach. DECYDUJE KOLEJNOŚĆ ZGŁOSZEŃ. Radzimy pospieszyć sie numer: 42 300 33 60> aby zdążyć p™d UWAGA: limit to 1 para na gospodarstwo domowe. Szczegóły oraz informacje dotyczące procedury zwrotów i reklamacji -dostępne $ą pod adresem: www.grouptcm.com 19 LIPCA 2022, FORT LAUDERDALE, FLORYDA, STANY ZJEDNOCZONE, FC Barcelona zapłaciła Bayernowi za Roberta Lewandowskiego 45 milionów euro i jeszcze pięć w formie - cokolwiek by to miało znaczyć - bonusów ROZDAJEMY ZA DARM0100 PAR biomagnetycznych przeciwbólowych wkładek do butów i kapci MAGNISOLE ACTIVE+ działających aż na 41 dolegliwości! ARTYKUŁ REKLAMOWY 0010569524 16 LIPCA 2022, CARBALLEDA DE VALDEORRAS, HISZPANIA W całej Europie płoną lasy. W Hiszpanii płonęło już ponad 20 tys. hektarów. Płonę lasy włoskie, greckie, portugalskie, francuskie, brytyjskie. Mówi się już o tysiącu ofiar. Można, oczywiście, winić za to upały, ale pojawiają się informacje o podpaleniach w niespotykanej dotychczas liczbie. Nic dziwnego. Czas mamy wojenny