Objazda Reportaże z Objazdy i okolic Wszystkim, którzy tu przyszli, tym, którzy stąd odeszli. Czesława Długoszek Jeśli będziemy jak kamienie (Reportaże z Objazdy i okolic) Słupsk 2018 Wydawca Starostwo Powiatowe w Słupsku Sfinansowano ze środków Gminy Ustka i społeczności miejscowości Objazda Redaktor Zbigniew Babiarz-Zych Tekst Czesława Długoszek Opracowanie graficzne i skład Artur Wróblewski Autorzy zdjęć Roman Zub, Jan Maziejuk, MaciejJastrzębski, zdjęcia autorskie, domowe archiwum Nakład: 350 egz. Wydanie I (Nie do sprzedaży) Copyright by Czesława Długoszek ISBN 978-83-60228-80-7 Słupsk 2018 -1613^9 NA ZACHÓD OD EDENU Brzegu morza w Dębinie strzeże umocowana do starego dębu maleńka kapliczka Matki Bożej Ostrobramskiej. Ta, co „w Ostrej świeci Bramie", trwa niezłomnie nad stromym urwiskiem -równie samotna w lecie, kiedy mijają ją tłumy plażowiczów, jak w straszne zimowe noce, gdy wyje sztormowy wiatr, a u stóp klifu rozbijają się z hukiem białe od pian fale. Patronka polskiego Wilna i opiekunka litewskiego chrześcijaństwa przywędrowała na Pomorze, podobnie jak wierni jej wyznawcy jako „repatriantka". Ale Polacy ze wschodnich Kresów nigdy swej ojczyzny nie porzucili -nie mogli się więc repatriować. To Polska, w następstwie katastrofy II wojny światowej i układów zawartych przez zwycięskie mocarstwa, cofnęła się jak morze, pozostawiając ich na obcym już brzegu. Sześćdziesięcioletni Adolf Matulis opuszcza swój dom, wioząc rodzinę w nieznane. Wiara Julii w moc Opatrzności była ich siłą: „Adolfik, nie my sami, patrz wszyscy jedziemy, zostać nie można, toż my Polacy, a Polska tu się skończyła" -opisuje wyjazd swych dziadków z Zaberezia pod Pińskiem na Ziemie Zachodnie pani Czesława Długoszek, autorka niezwykle cennej książki o dziejach gminnej niegdyś wsi Objazda w pow. słupskim i formowaniu się żyjącej w niej dziś społeczności. -„Przepadł gdzieś tamten czas. Tylko miarowy stukot kół kołysze repatriantów do snu o dawnym Polesiu..." Ten obraz nie kojarzy się z powrotem -lecz z wypędzeniem. Wśród rzesz owych wypędzonych -a może uchodźców? -była też Madonna Ostrobramska. W ówczesnej Wobesde nad jeziorem Gardno przesiedleńcy zza Buga zamieszkali wraz z niedawnymi robotnikami przymusowymi zatrudnionymi u miejscowych bauerów, osadnikami z łomżyńskiego, z których wielu miało za sobą lata spędzone na zesłaniu na Syberię, rozbitkami z pacyfikowanej przez Niemców Zamojszczyzny i wiejską biedotą z Kieleckiego i Małopolski -tych z kolei można by uznać za emigrantów ekonomicznych. Pomorskie krajobrazy, domy, dobra nieznanej cywilizacjitchnęły obcością, a sprzęty domowe-cudzym zapachem. ,Wrastaliśmy w tę ziemię powoli i niepewnie. Ciągle słyszało się pogłoski o powrocie Niemców, o tym, że trzeba będzie uciekać. Może dlatego poczucie tymczasowości na długo zawładnęło naszym życiem" -wspomina Maria Cieślik, jedna z ostatnich osób, które pamiętają pionierskie lata w Objeździe. W niedługim jednak czasie w poniemieckiej kuźni zaczął pracę młody kowal z Kielecczyzny, ruszył młyn -wiatrak uruchomiony przez młynarza spod Łomży, otwarto kilka sklepów spożywczych. Wielkim świętem był początek nauki w szkole a także przybycie pierwszego proboszcza -został nim jeden z najwybitniejszych polskich kapłanów XX w,ks. Jan Zieją, działacz społeczny, pisarz i publicysta, kapelan Szarych Szeregów, AK i BCh, powstaniec warszawski, współzałożyciel KOR-u. W swej pomorskiej parafii założył Uniwersytet Ludowy. W dziedzinie kulturyożywioną działalność podjął niestrudzony organizator chórów i zespołów muzycznych, bibliotekarz i kronikarz Objazdy, Roman Zub. 5~ Nie była to ziemia obiecana. Entuzjazm pierwszych lat powojennych szybko przeminął. Nadeszły czasy, gdy zbytnia przedsiębiorczość stała się podejrzana, a wspominanie przeszłości mogło okazać się niebezpieczne. Mieszkańcy Objazdy niewiele wiedzą o trudnych dziejach swych przodków -wojennych i okupacyjnych dramatach, utracie najbliższych, tułaczce po bezkresach Syberii czy niewolniczej pracy w III Rzeszy. A wiedza ta, do niedawna nieopisana i nieopowiedziana, to jeden z warunków powstania lokalnej społeczności z prawdziwego zdarzenia, złączonej nie tylko życiowymi interesami, ale także świadomością wspólnych lub odmiennych korzeni -uważa Czesława Długoszek. Poetka, polonistka, miłośniczka historii, długoletnia nauczycielka i dyrektorka miejscowej szkoły podjęła się trudu przywrócenia Objeździe zbiorowej pamięci i osadzenia jej we współczesności. „Jeśli będziemy jak kamienie. Reportaże z Objazdy i okolic" jest owocem wielkiej pracy i pasji, ogromnej, encyklopedycznej wiedzy o lokalnych faktach i sprawach, erudycji i talentu literackiego. To zbiór poruszających dokumentów -spisanych przez pierwszych osadników wspomnień, opracowanych przez autorkę lub relacje z rozmów z nimi przeprowadzonych -oraz kilkadziesiąt niewielkich reportaży, łączących poetyckie impresje z publicystyką i faktograficzną sumiennością. Mama autorki opuszczając wieś pod Pińskiem, zabrała z sobą symbol Polesia, łapcie wyplecione z lipowego łyka. Dla najstarszych osadników to relikwia, przypominająca o utraconym na wschodzie raju -ziemi brzóz, bezkresnych bagien, lasów pełnych grzybów i dobrych na każdą chorobę czarnych jagód. Dla młodych, rekwizyt z krainy fantasy. Ale także -problem. Zdaniem Czesławy Długoszek trauma wypędzenia była i jest nie tylko dla repatriantów pierwszego pokolenia, ale także ich dzieci i wnuków kluczową kwestią w poszukiwaniu własnej tożsamości. Grzegorz Łyś, Warszawa ~ 6~ OD AUTORKI Książka „Jeśli będziemy jak kamienie. Reportaże z Objazdy i okolic" powstała z tekstów pisanych bądź opracowanych redakcyjnie na przestrzeni kilku lat i publikowanych w dwumiesięczniku „Powiat Słupski" oraz w Internecie na blogu „objazdowy.bloog.pl". Wydawnictwo zwarte rządzi się własnymi prawami, dlatego niektóre teksty trzeba było przeredagować i, w związku z upływem czasu, uzupełnić. Aby uatrakcyjnić i podnieść wartość dokumentarną publikacji, włączono do niej dokumenty i fotografie z domowego archiwum, które powstawało przy współudziale mieszkańców Objazdy oraz skany z publikacji zewnętrznych, opisanych w podanych w zakończeniu „Źródłach i inspiracjach". Nieocenioną pozycją, z którą wiąże się niniejsze wydawnictwo, jest niepublikowana dotąd „Kronika Objazdy" Romana Zuba, dostępna w rękopisie znajdującym się w GminnejBibliotece Publicznej w Objeździe bądź zdigitalizowanym przez mieszkańca Objazdy, Emila Raczyńskiego, formacie. Zapiski i fotografie z „Kroniki Objazdy", a także „Pamiętników" i pozostających w rękopisie -w domowym archiwum -zeszytach Romana Zuba -były inspiracją lub koniecznym uzupełnieniem reportaży. Z zeszytów, w niemal niezmienionej formie, została zredagowana historia braci Uchaczów z Krasnobrodu, przyjaciół Romana Zuba, która otrzymała tytuł „Miała matka trzech synów". Odrębne miejsce zajmują niezwykłe historie zapisane przez mieszkańców Objazdy przybyłych z Podgórza wŁomżyńskiem -Marii Henryki Cieślik i Aleksandra Kalisty. Otrzymane od nich teksty zostały zapisane w niemal niezmienionej formie, z zachowaniem pierwszoosobowej narracji i charakterystycznych cech indywidualnego stylu. „Bardzo cenne wydają mi się wspomnienia pana Aleksandra Kalisty. Każdy skrawek takich pisemnych świadectw polskiego losu powinien być przez nas przechowywany niemal jak relikwia. Nigdy nie wiadomo, kiedy i z jakich powodów ktoś zechce po nie sięgnąć: może historyk, może wnuk... Może kiedyś weźmie je do ręki ktoś, kogo też z Ojczyzny wygnano, i znajdzie wówczas jakieś pokrzepienie, że nie on pierwszy i nie ostatni, i że można nawet w najgorszym przetrzymać... Mam ogromny szacunek do takich świadectw" -napisał Kazimierz Nowosielski, profesor Uniwersytetu Gdańskiego. Nie sposób opowiedzieć losy wszystkich i chyba nie ma takiej potrzeby, bo przecież we wszystkich historiach jest jedno zdarzenie wspólne, od którego zaczynało się nowe życie. Nasi dziadkowie lub rodzice skądś tu przybyli, dotyczy to mieszkańców Objazdy, Dębiny, Rowów, Poddąbia, Wytowna i okolicznych miejscowości. Przybyli na Ziemie Odzyskane, pozostawiając gdzieś domy, mogiły, wspomnienia. I jeszcze jeden fakt nas łączy -wspólnie tworzymy historię własną i historię naszych miejscowości. Wszystko od nas zależy. O tym opowiadają reportaże. ~ 7 ~ Książka „Jeśli będziemy jak kamienie. Reportaże z Objazdy i okolicy" powstała zatem wspólnym wysiłkiem, również finansowym, mieszkańców Objazdy i z wspólnej potrzeby zapisania i udokumentowania przeszłości. Dziękuję wszystkim za zaufanie, którym zostałam obdarzona. Dziękuję za przekazane dokumenty, fotografie, rękopisy, opowiedziane wspomnienia. Pieczołowicie je zachowam, być może będą zaczynem nadmorskiej izby pamięci, o której powstanie zabiegam od lat. ¥:¥:¥: Serdecznie dziękuję Pani Iwonie Danucie Startelc z Biłgoraja za wnikliwy, profesjonalny esej krytyczno-literacki pod tytułem „Objazda jako forma życia duchowego", który został zamieszczony w niniejszej publikacji jako „Posłowie". Dziękuję PanuGrzegorzowi Łysiowi z Warszawy za życzliwy tekstkrytyczny zatytułowany „Na zachód od Edenu", który zamieszczamy jako profesjonalny wstęp do książki. Składam podziękowania Panu Maciejowi Jastrzębskiemu, reporterowi Polskiego Radia zMoskwy, który odpowiedział namoją prośbę i przesłał mi do wykorzystania zdjęcia ze swojej wyprawy śladami polskich zesłańców na Syberię. Bardzo dziękujęPanu ZbigniewowiBabiarzowi-Zychowi zacenne rady,cierpliwość i wszelką pomoc przy tworzeniu książki „Jeśli będziemy jak kamienie". Dziękuję wszystkim,którzy w jakikolwiek sposób wspierali mnie w składaniu z okruchów ichopowieści, zdjęć, wspomnień obrazu naszego czasu i miejsca -Objazdy i jej okolic z lat 1945-2017. Czesława Długoszek, Objazda, grudzień 2017 r. ~ 8~ Kamień milowy i inne związki N ie pamiętam autora ani dokładnej frazy. Kiedyś w „Poezji", w numerze poświęconym twórczości dla dzieci, był taki wierszyk, którym Iza Purtak z Objazdy w latach dziewięćdziesiątych wygrała konkurs recytatorski w Domu Kultury wUstce: „kamyku, grzeczny jak Piotruś gdy zaśnie, czemu jesteś taki właśnie?" Kamienie. Zimne, twarde i obojętne -zawsze fascynowały geologów i gemmologów,może właśnie dlatego, żemimo wymienionych cech są kruche i delikatne, o czym najlepiej wiedzą kamieniarze i jubilerzy. Na Pomorzu, ze względu na powszechność występowania, kamień był popularnym materiałem budowlanym. Służył do stawiania fundamentów, parkanów, a nawet całych budowli, takich jak kościół w Rowach. Każdy ma własną historię zapisaną w ułożeniu słoi, żył, skamielin. Może właśnie tajemnica zaklętego czasu, niedostępna dla laika, spowodowała, że kamień stał się metaforą, symbolem, chętnie wykorzystywanym w języku potocznym i literackim. Posługujemy się frazeologizmami: trafiła kosa na kamień, jak kamień w wodę, zimny jak głaz, spadł mi kamień z serca, jak kamień u szyi, kamień węgielny,kamień obrazy, toczący się kamień nie porasta mchem, kamień na kamieniu nie ^ zostanie, kamień filozoficzny, serce jak kamień, głaz, pięść, czy przysłowie: „ciężki kamień młyński, jeszcze cięższy stan małżeński". Nad morzem w Dębinie. Z metaforycznych znaczeń związków wyrazowych z kamieniem chętnie korzystają pisarze, stąd: „Kamień na kamieniu" (Wiesław Myśliwski), „Kamienie na szaniec" (Aleksander Kamiński), „Rozmowa z kamieniem" (Wisława Szymborska) i inne. Każdy region, ba -miejscowość, ma własny kamień, owiany legendami, symboliką, nieprzeniknioną tajemnicą. Na jeziorze Gardno turystów wabi Wyspa Kamienna, skąd diabły brały budulec na swój kościół i gdzie piraci z Rowolcołu zakopywali skarby Niestety, Kamienna Wyspa jest niedostępna, obejmuje ją ochrona rezerwatowa ze względu na gniazdujące tu m.in. łabędzie nieme, rybitwy pospolite, trzcinniczki, brzęczki, bąki i mewy srebrzyste. W Gardnie Wielkiej atrakcją jest olbrzymi głaz narzutowy, zwany Diabelskim Kamieniem. Miejscowa legenda wiąże go z budową w ciągu jednej nocy kościoła na Kamiennej Wyspie. Niestety, kogut zapiał i diabeł upuścił głaz w trzcinach na południowym brzegu jeziora. Gardnianie zbudowali tu kładkę, by każdy, kto ciekaw, mógł dotknąć olbrzyma. Geolog z pewnością inaczej tłumaczyłby jego obecność na brzegu jeziora. Jednak legenda ma własną moc, rozpala wyobraźnię, dlatego Diabelski Kamień i w nazwie, i popularności nie ma sobie równych. W Rowach powstał kościół z kamieni. Też budował go diabeł, ale rowianie w porę się zorientowali i... „poczekali, aż majster, ogromny głaz, który sam podniósł, na murze położy. Wtedy sołtys wystąpił i oznajmił wolę wiejskiej gromady. Majster ma ze wsi odejść, bo kościół zbudują sami. Wtedy ten tak się zdenerwował, że ze złości rogi mu z czarnych kędziorów wyszły i ogon z portek wysunął. Machnął nim, aż kamienie pofrunęły aż na jezioro. Zaszumiało, zahuczało i rybacy z Rowów zostali sami. Na ścianie budowanego kościoła od południowej strony ujrzeli głaz osmalony niby ogniem piekielnym". W Dębinie na wysoki klif kamienie znoszą plażowicze i usypują z nich kopiec pod drzewem z ołtarzykiem Matki Bożej Ostrobramskiej. Wierzą, że kamień zaniesiony Matce będzie symbolicznym uwolnieniem się od trosk. Nikt nie przyniósł tu olbrzymich głazów, które w czasie odpływu odsłania morze. Może troski nie są aż tak wielkie, a może decydują względy techniczne.Kiedy wzmaga się wiatr, a morze huczy i fale rozbijają się o wysoki klif, plaża w Dębinie pokrywa się kamieniami. Tylko głazy pozostają niewzruszone, nawet sztorm im nie podoła. Później, kiedy fale ucichną, pod wysokim klifem porosłym starymi bukami, kamienie tworzą szaniec, a morze cofa się, odsłaniając biały piasek plaży. Procesy brzegowe trwają nieustannie. Strome klify podciosywane przez fale ~ io~ osypują się, wymyte ze zniszczonego zbocza kamienie tworzą naturalną ochronę zbocza, na jakiś czas. Unoszony przez wiatr piasek z plaży tworzy kolejne warstwy wydm. Co roku kształt plaży jest inny, jakby wciąż trwało dzieło tworzenia. Droga plażą z Dębiny doPoddąbia zajmuje zwykleokoło czterdzieści minut i daje możliwość oddechu morskim powietrzem i nasycenia oczu widokami wysokiego klifu. Kiedy wzmaga się wiatr, fale, choć niewysokie, podmywają klif. Huczą stare buki u góry i morze w dole. Jest romantycznie pięknie, jak na obrazach Wiliama Turnera, angielskiego malarza słynącego z romantycznych morskich pejzaży. Przy dobrej pogodzie pojawiają się tu współcześni bracia Ikara, paralotniarze, dosiadający swych glajtów, zwanych też parapentami. Nowy, niewiele ponad pięćdziesięcioletni sport, który narodził się w 1978, kiedy to trzej śmiałkowie z Francji: J-C. Betemps, A. Bohn i G. Bosson spłynęli na odległość 100 metrów z góry Pointę du Pertuiset na jednym szybującym skrzydle, zyskuje coraz więcej zwolenników. W Polsce „Świadectwo kwalifikacji pilota paralotni" posiada ponad półtora tysiąca osób, a sport staje się coraz modniejszy. Co o tym decyduje? Odwieczne marzenie o skrzydłach? Potrzeba spojrzenia z góry? Pragnienie zmierzenia się ze sobą i własnymi emocjami? Z pewnością lot nad urwistym morskim brzegiem mieści się w romantycznej formule i jest wygodniejszy niż przedzieranie się przez zwały kamieni, o które rozbija się morze. Czasem zaglądają tu szperacze z saperkami i nadzieją na okazy bursztynu. Zbieranie bursztynu na plaży jest całkowicie legalne. Nielegalne jest natomiast wydobywanie go za pomocą metod hydraulicznych, czyli z wykorzystaniem pomp wodnych. Większe okazy kruszcu to prawdziwa rzadkość, co innego kamienie, tych tu dostatek. Na wysokości Poddąbia wędrowca czeka krótkie spotkanie z historią. Fale obmywają resztki torpedowca, który ugrzązł na mieliźnie w latach czterdziestych. W 1946 roku przechylony, tkwiący na brzegu wrak, sfotografował Roman Zub, pierwszy powojenny kronikarz tej okolicy. Jarosław Malinowski, wydawca periodyku „Okręty Wojenne" jest przekonany, „że pod koniec wojny utkwił tu jeden z duńskich torpedowców klasy „Dragen" lub „Glenten". Są też inne wersje historii wraku, łączące go z ściąganiem łupów wojennych przez Rosjan. Jeszcze inni podają, że to trałowiec, który rozbił się w kolizji. Jednym słowem, jesteśmy świadkami narodzin legendy. Pewne jest tylko miejsce, inne fakty, to z biegiem czasu kwestia wyobraźni. ~ ll~ Poddąbskie głazy. Niedaleko stąd do miejsca, gdzie leżą słynne poddąbskie głazy. Znajdują się w lesie, przy drodze do Dębiny. Legenda mówi, że to zatopione dzwony kościoła w Rowach, które jakiś bogacz chciał przenieść do Wytowna. Transportowano je furmankami nocą leśną drogą. Gdy przekraczały granicę parafii, stoczyły się z wozów i zamieniły w kamienie. Odtąd w czasie sztormu słychać je z wysokiego klifu w Poddąbiu. Później dzwonnicę w Rowach postawiono obok kościoła i wyposażono w nowe dzwony. Inne podania mówią, że dwa głazy kryją szczątki Gotów, którzy przybijali tu na początku naszej ery. Nawet gdyby, to z pewnością głazy nie przypłynęły na ich łodziach, ponieważ kamień na Pomorzu był naturalną spuścizną po kształtowaniu się linii brzegowej lądu. Od dawna kamień wyznaczał granicę przestrzeni. Od czasów Imperium Rzymskiego znane jest pojęcie kamienia milowego jako oznaczenia drogi, a wszyscy jesteśmy wędrowcami w wyznaczonych granicach czasu i przestrzeni. Niech zatem będą kamienie, niech kuszą tajemnicą i zachęcają do poznawania historii, a słowa niech będą dobre jak Piotruś, gdy zaśnie..., niech nie ranią, a inspirują, ponieważ słuszne jest zdanie poetki z Biłgoraja -Iwony Danuty Startek: „jeśli będziemy jak kamienie/ nieporuszone w nurcie rzeki/ nie znajdziemy się nigdy/ nie spotkamy na wąskiej ścieżce czasu". ~ 12 ~ To i owo z miejscowej historii W STARYCH DOKUMENTACH W starych dokumentach Objazda nazywana była villa Obesda, Wobasdo (1281), Wobesde (1678). Etymologia nazwy miejscowości jest przejrzysta. „Wiele w Polsce nazw o postaci Ujazd. Noszą je miejscowości powstałe na obszarze, któremu zakreślono granice przez objazd, w chwili kiedy obdarowany obejmował darowiznę (mutacje słowotwórcze Ujazdu to Objazd, Objazda, Ujazdelc, Ujazdowo, Ujazdów, Ujazdówek, Ujeździec)" -tak pochodzenie kulturowej nazwy miejscowości wyjaśnia prof. Jan Miodek. Jest w Polsce jeszcze jedna Objazda, miejscowość -w powiecie namysłowskim. Po raz pierwszy osada „villa Obesda" została wymieniona w dokumencie wystawionym w roku 1281 przez księcia gdańskiego Mściwoja II dla klasztoru norbertanów w Białobokach, dzisiejszej dzielnicy Trzebiatowa. Książę Mściwoj II nie szczędził zakonowi darowizn w dobrach ziemskich i dziesięcinach, ponieważ upodobał sobie mniszkę Sulkę (Sulisławę), którą uwiódł i zabrał do Gdańska, gdzie prawdopodobnie zawarł z nią swoje trzecie małżeństwo. Sprowadzenie mniszek doSłupska miało znaczenie polityczne, służyło umacnianiu Kościoła w kasztelanii słupskiej. Historię księcia, który sprowadził mniszki norbertanki do Słupska, opisał prof. Andrzej Czarnik w książce „Gardna Wielka". Zmiany, jakie zaszły w Kościele wyniku reformacji, odbiły się na prawach własności. W roku 1523 wieś należała do rycerza Bartłomieja Czarnowa, pisanego także jako Żarnów (Bartholomeus Czarnów tho Wobesd). W 1717 roku jako właściciel wymieniany jest von Natzmer, o czym wzmiankuje Pagel, ale informacje o związkach Natzmerów z Objazdą pochodzą z początku XVII wieku. Prof. Zygmunt Szultka rodowi Natzmerów poświęcił ciekawe studium: „Natzmerowie -z badań nad zróżnicowaniem politycznym, ekonomicznym i kulturowym przygranicznej szlachty pomorskiej pierwszej połowy XVI wieku" drukowane w 2013 roku w „Słupskich Studiach Historycznych" 19, 33-46. Ród Natzmerów do wysokich godności wprowadził Heinrich von Natzmer, powołany do służby urzędniczej przez księcia Bogusława X. Uzyskał wówczas prawo zapewniające ~ 13 ~ w przyszłości przejęcie Objazdy koło Rowów po wygaśnięciu męskiej linii rodu Żarnów, co stało się faktem w roku 1618. Ponadto w Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków w Gdańsku -Delegatura w Słupsku znajduje się karta ewidencyjna zabytku z Lęborka, świadczącego o obecności Antoniego Natzmera w Objeździe w roku 1625. Na południowej ścianie prezbiterium kościoła pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła w Lęborku znajdują się dwie wapienne płyty nagrobne z 1629 roku spięte klamrami, z napisem: „Tu spoczywają czterej młodzieńcy, zmarli godnie synowie zacnego i szlachetnego ojca Antoniego Natzmera, starosty słupskiego i sławieńslciego, obecnie starosty lęborskiego, dziedzica Gutzmin i Wobesd, zrodzeni z Nikolainy z Wejherów". Czterej młodzieńcy, synowie Antoniusa i Nikolainy Natzmerów to: Nilcolaus (1614), Ernestus (1618) -obaj urodzeni w Gutzmin (Choci-mino), Antoninus -urodzony w 1623 roku i Martinus urodzony w 1625 roku w Objeździe. Z kolei biblioteka Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku przechowuje dzieło „Pommerches Wappenbuch" wydane w Szczecinie w 1843 roku, w którym pomieszczone zostały wizerunki 519 herbów rodów pomorskich, wśródnich herby znamienitych rodów: Żarnów, Natzmerów, Bandemerów -kolejnych właścicieli majątku Objazda. W roku 1780 wieś, w której tylko starsi mieszkańcy mówili jeszcze po kaszubsku, przejął major Jakob Georg von Bandemer, pruski junkier, należący do szlacheckiej klasy społecznej, korzeniami sięgającej końca okresu panowania Krzyżaków w Prusach. W II połowie XV wieku Prusy krzyżackie były wyludnione i zubożone wojną trzynastoletnią. Wobec pustej kasy zakonu niemieckim dowódcom zamiast pieniędzy początkowo dawano pod zastaw ziemię, która z czasem przechodziła na własność. Tak narodziły się największe wschodniopruskie rody junkierskie. Inaczej ród Bandemerów przedstawia legenda. Stało się tak, że dwóch małych chłopców morze wyrzuciło na brzeg w Rowach. Rybacy przygarnęli małych rozbitków, ale nie potrafili okiełznać ich pirackiej natury. Gdy chłopcy dorośli, na Rowolcole założyli pirackie gniazdo i stamtąd łupili przepływające statki. Nazywano ich „bandę meer", stąd -według legendy -nazwisko rodu. Około roku 1820 roku Objazda stała się własnością Karla von Schlieffena, rezydującego w Berlinie i gospodarującego majątkiem przez pełnomocnika. Następnie majątek Wobesde kupił za 42 tysiące talarów hrabiavon Krockow, a w 1838 wieś została własnością wysokiego urzędnika państwowego Eugena Kutschera. Majątek ~ 14 ~ pozostał w rękach rodu Kutcherów do 1945 roku i stał się prawdziwym centrum gospodarczym okolicy Do wsi Objazda należał folwarkMarłowo (Masłowo) oraz tzw. Glinnik i młyn wodny w Bałamątku (Alte Miihle). Niestety młyn przestał pracować ze względu na niski poziom wody w rzeczce, a 75 hektarową działkę młynarza w 1847 roku rozparcelowano między chłopów We wsi (Alte Miihle) było wówczas łącznie 25 gospodarstw W tym czasie mówiono już wyłącznie po niemiecku -odnotowuje Ludwig Wilhelm Briiggemann, niemiecki pastor, autor opisu Prowincji Pomorskiej. Do majątku należał duży obszar Objejskich Łąk, które w latach trzydziestych zmeliorowano, a od około 1925 roku planowo eksploatowano jako torfowiska. W Objeździe powstał powiatowy zakład wydobycia torfu (Kreistorfwerk). Był to cenny materiał opałowy, który transportowano lokalną kolejką po specjalnie wybudowanej od dworca w Objeździe bocznicy Linia kolejowa (Stolper Kreisbahn) funkcjonowała od 6 grudnia 1913 roku do marca 1945 roku. Wkroczenie wojsk radzieckich było początkiem dewastacji linii. Pozostały jedynie nasypy, którymi obecnie przebiega trasa rowerowa zwana potocznie „szlakiem zwiniętych torów". Ślady dawnej stacji kolejowej Rozeta na kominie gorzelni w Objeździe. można odnaleźć na wysokości przecięcia drogi Objazda -Rowyi dawnegonasypu kolejowego wBałamątku. Torf i jego kopanie znane było na terenie wokół jeziora Gardno od XVII wieku. Na pamiątkę do dziś Skansen w Klukach organizuje corocznie „Czarne wesele". Od 1869 roku w majątku funkcjonowała gorzelnia. Nad krajobrazem wsi górował jej wysoki murowany komin. Przerabiano tu nadwyżki zbóż, ziemniaków, buraków Gorzelnia funkcjonowała przez wiele powojennych lat, nad halą produkcyjną znajdowało się mieszkanie kierownika. Gorzelnia została zamknięta ok. roku 1989 -w czasie likwidacji PGR, W roku 2005 nowy prywatny właściciel rozpoczął częściową rozbiórkę i przebudowę obiektu, zaniechaną po krótkim czasie. Okazały obiekt niszczeje, potężny komin pozostał, ale jaki będzie jego los? ~15 ~ Ostatnią panią Wobesde była Kate Kutscher z domu von Ehlert. Jej symboliczny nagrobek znajduje się na przykościelnym lapidarium rodu Kutscherów na wprost pałacu. Obecni właściciele wykorzystują budynki gospodarcze w zmienionej funkcji, a pałac ciągle czeka na restaurację. STARY DWÓR I PAŁAC Wobesde Zbudowany w końcu XIX wieku przez Ernesta Kutschera neoklasycystyczny pałacyk był siedzibą rodu do 1945 roku. Przedwojenna pocztówka i współczesna fotografia. Stary drewniany dwór spłonął ostatecznie 3 listopada 1882 roku. W majątku Kutscherów pierwszy pożar wybuchł 11 czerwca 1874 r. i był pośrednią przyczyną śmierci trzy miesiące później, we wrześniu tego samego roku, Eugena Kutschera, właściciela majątku przez 36 lat i urzędnika powiatowego w Słupsku. W latach 1895-1897 jego syn Ernst wybudował nowy budynek mieszkalny. Pałac czy dwór był w każdej niemal wsi Hinterpommern lub inaczej Tylnego Pomorza, a współcześnie rzecz ujmując -Pomorza Zachodniego. Po zgonie Bogusława XIY wuja Ernesta Bogusława księcia de Croy, którego sarkofag znajduje się w Zamku Książąt Pomorskich w Słupsku, także Słupsk wyniszczony wojną, kontrybucjami, zarazami, pobytem wojsk szwedzkich i pruskich szukał swej szansy. Dopiero w końcu XVII wieku, po ustabilizowaniu sytuacji polityczno-gospodarczej w okolicy zaczęły powstawać pierwsze bogate siedziby szlacheckie. W architekturze pomorskiej tego czasu dominowały wpływy szwedzkie i holenderskiez charakterystycznymi zwartymi bryłami budynków o kopertowej konstrukcji dachów. Jako przykład posłużyć może pałacw Warcinie koło Słupska z 1664 roku, rozbudowany po ponadstu latach, i później na przełomieXIX i XX wieku. Zadbany, dobrze utrzymany, został wizytówką ziemi słupskiej, dlatego widnieje jako logo strony internetowej powiatu słupskiego. Dziś wzorowo utrzymany pałac i park jest siedzibą zespołu szkół leśnych. ~ 16~ W wieku XVIII i do ostatniej ćwierci XIX w, po zwycięstwie Prus nad Francją, na Pomorzu powstają okazałe rezydencje z rozległymi parkami na wzór francuski, pomiędzy dziedzińcem a ogrodem. Wokół dziedzińca sadowiono budynki gospodarcze o wyszukanej formie architektonicznej. Natomiast ogrody rozwinęły się w parki krajobrazowe. W II połowie XIX wieku dzięki dobrej sytuacji gospodarczej w Niemczech, a także dzięki polityce subsydiowania wielkiej niemieckiej własności ziemskiej w ramach Kulturkampfu, powstały liczne, choć niewielkie dwory na Pomorzu Środkowym i Zachodnim. Świadectwem tamtego czasu są między innymi pałace w Gąbinie, Lubuczewie i okolicznych wsiach. Ostatnim przedwojennym właścicielem majątku w Lubuczewie był Eberhard von Braunschweig. Znano go jako antyfaszystę, za co był szykanowany i wielokrotnie aresztowany. Ostatni raz po zamachu 20 lipca 1944 roku. Dlatego nie bał się wkroczenia Rosjan. Czekał na nich w domu. Pijani sołdaci rozstrzelali go wraz z żoną i najbliższymi. Stanisław Szpilewski w opracowaniu tekstowym do albumu Jana Maziejulca „Pałace i dwory ziemi słupskiej" napisał: „przeprowadzony z konieczności w skrócie, przegląd wybranych rezydencji znajdujących się w powiecie słupskim potwierdza nie tylko skomplikowaną historię tych ziem i ich powiązania kulturowe z Europą, ale również indywidualne tragedie wielu ludzi mieszkających tu przed laty". Wobesde Kr. Sholp i. F>om Czterodzielna -przedwojenna pocztówka z Objazdy ze zdjęciami dworu, kościoła, parku i głównej ulicy. Ernest Kutscher w roku 1897 zakończył budowę istniejącego do dziś w Objeździe pałacu z cegły, otynkowanego, na kamiennym fundamencie, pokrytego naczółkowym dachem. Od północy bryłę pałacu zamyka trzykondygnacyjna wieża nakryta ściętym ~ 17 ~ czterospadowym dachem. Północne wejście wyposażono w drewniane schody z pięknymi tralkami, a widok z wieży obejmuje cały majątek. Neoklasycystyczny pałac znajduje się na terenie ponad-hektarowego parku z rzadkimi okazami drzew, a obok posadowiono okazałe zabudowania gospodarcze. Po wojnie były w nim biura i mieszkania pracownikówmiejscowego PGR. Odlat 60. do 1993 roku pałac zajmowała szkoła podstawowa, w parku odbywały się zabawy i wiejskie uroczystości (dożynki), dzieci grały w piłkę, dorośli spacerowali. Obecnie pałac i park są własnością prywatną, niedostępną dla mieszkańców wsi. Nowi właściciele wykorzystują budynki gospodarcze w zmienionej funkcji, a pałac ciągle czeka na restaurację. WIEŚ I GOSPODA Objazda, gospoda dawniej i dziś. Wieś ma charakter ulicówki. Przy głównej ulicy funkcjonowała gospoda, której ostatnim właścicielem -jak podaje Karl-Heinz Pagel w opracowaniu „Der Landkreis Stolp in Pommern" -był Carl Pawelke. Budynek pozostał w niezmienionym kształcie. Z pewnością zatrzymywał się tu jadący do Rowów Max Pechstein (18811955), malarz z Berlina, który w latach 1927-1933 urządzał w Rowach plenery malarskie. Jego prace są artystycznym dokumentem swego czasu nadmorskiej miejscowości. ~ 18 Przez wiele lat, już w okresie powojennym, w narożnym budynku w centrum wsi mieściły się sklepy -spożywczy na parterze i tekstylny na piętrze. W latach 50. -70. ubiegłego stulecia w sali widowiskowej przy czynnej gospodzie odbywały się seanse filmowe kina objazdowego, zabawy wiejskie i uroczystości państwowe. Dziś pensjonat jest własnością prywatną i funkcjonował tylko w sezonie letnim, w ostatnim czasie zaprzestano i tej działalności. Duża sala widowiskowa od dawna nie jest wykorzystywana. KOŚCIÓŁ Najcenniejszym zabytkiem Objazdy,a takżeregionu, jest umiejscowiony w środku wsi na wzgórzu malowniczy kościółek z pruskiego muru, czyli szkieletowej konstrukcji wypełnionej murem z cegły -charakterystycznej dla pomorskiego budownictwa. (Szczegółowa historia kościoła znajduje się w kolejnych rozdziałach.) Od 1590 roku -podajePagel -kościół w Objeździe był filią Rowów. Na początku XX wieku planowano przeniesienieparafii doObjazdy z uwagi na centralne położenie wsi,uruchomienie urzędu pocztowegoi dworca kolejowego. Jednak do realizacji decyzji władz kościelnych z 1921 roku nie doszło z powodu kosztów związanych z budową plebanii. W 1925 roku tylko ośmioro mieszkańców deklarowało katolicyzm, należeli do parafii katolickiej w Słupsku. Przed wojną w kościele w Objeździe nabożeństwa odbywały się w porządku ewangelickim. WIATRAKI Pierwsza znana pisemna wzmianka o istniejącym wiatraku na dzisiejszych ziemiach polskich pochodzi z 1289 roku. Jest to zapis książąt pomorskich na rzecz szczecińskich cysterek, w którym wymieniony jest istniejący już wiatrak. Z 1271 roku pochodzi zaś zezwolenie na budowę młynów poruszanych powietrzem wydane klasztorowi w Białobokach przez księcia Wacława z Rugii. We wsi Objazda tuż po wojnie działały dwa młyny, podobnie jak w okresie przedwojennym, kiedy młynarzami byli Heinrich Damaschke i Witwe Lietzlce.Do lat 60. ubiegłego wieku przetrwał i służył mieszkańcom Objazdy młyn drewniany typu holenderskiego. Ostatnim młynarzem i jego właścicielem był Wilhelm Wieliczko. „Holender" był młynem, którego skrzydła napędzane były siłą wiatru. Ruchoma kopuła umożliwiała ustawienie śmigieł odpowiednio do kierunku wiatru. Młyny wiatraczne powstawały masowo w XIX wieku, kiedy zastępowano nimi młyny wodne. Pod koniec wieku było ich ~ 19 około sześć tysięcy,najwięcej w Wielkopolscei na Pomorzu. Niemal każda wieś pomorska miała co najmniej jeden wiatrak. Najwięcej było ich między Ustką a Darłowem. Były oznaką postępu i dumą wsi. Drugi wiatrak w Objeździe typu paltrak (obracał się cały młyn osadzony na fundamencie) funkcjonował przy linii kolejowej na Bałamątlcu. Ostatnim młynarzem był Tomasz Żaczek, który zajmował się także wypiekiem chleba. Obecnie wśród żarnowców na wzniesieniu za wsią można znaleźć kamień z dawnych fundamentów młynów i piekarni. KUŹNIA Stara kuźnia w Objeździe pod numerem 65. Stara przedwojenna kuźnia działała do 1963 roku. Carl Pagel wymienia dwóch kowali okresu przedwojennego, niejakiego Krause i Carla Marża. We wrześniu 1945 roku przybył do Objazdy wraz z dwa tygodnie wcześniej poślubioną w Kieleckiem żoną Józef Kubała -kowal. Zawodu nauczył się w kuźni ojca. Wokół małego, z czerwonej cegły budyneczku kuźni w Objeździe ruch był duży. Kowal naprawiał maszyny rolnicze, podkuwał konie, wykonywał drobne ozdoby kowalskie. Pierworodny syn urodził się wObjeździe w maju 1946 roku. Niestety, nikt nie przejął spuścizny zawodowej pana Józefa. Budynek istnieje do dziś, jest własnością prywatną spadkobierców ostatniego kowala. ~ 20 ~ WIEJSKI CMENTARZ Na cmentarzu komunalnym w Objeździe pozostały kamienie nagrobne i resztki ogrodzenia mogił. Na wzniesieniu na wprost kościoła, po przeciwnej stronie drogi przecinającej wieś -„ulicówkę", założony został prawdopodobnie w XIX wieku, dziś ma status cmentarza komunalnego pod opieką Urzędu Gminy w Ustce. Z okresu przedwojennego do dzisiaj zachowała się jedna mogiła, której granice wytycza ozdobna barierka z lanego żeliwa oraz jedyny żeliwny krzyż, którego pierwotne miejsce posadowienia jest nieznane. Krzyż upamiętnia Carla Welke zmarłego w sierpniu 1876 r. i jego żonę Karolinę z domu Duslce, która zmarła w lipcu 1918 roku. Na obrzeżu znaleźć można kamienie z dawnymi żałobnymi sentencjami. Jeszcze na przełomie lat 80/90 XX w. znajdowały się tu żeliwne krzyże nagrobne. Dziś spotkać można pojedyncze kamienie z tabliczkami nagrobnymi. Czas założenia cmentarza najlepiej określają wysokie świerki, wyznaczające jego kształt. Zacierają się ślady przeszłości. Czas i wymogi Na cmentarzu w Objeździe po dawnych nagrobkach nie ma siadu po krzyżach żeliwnych blizny zielenią zarosły jedynie w kącie wśród bzowych chaszczy kamienie się modlą Was Gott tut das ist wohlgetan zamknięta w bryle dusza anioła skrzydła zwinęła szare jak miniony czas tylko ta łza na policzku dlaczego nie spadła w niepamięć poza granice Twojej woli Panie gdzie kamień się modli hier ruhet in Gott płomyki rudych liści sypią się szelestem w klepsydrze zdarzeń łzy anielskie bądź wola Twoja Panie jak kamień ~ 21~ nowego życia nie są sentymentalne. Warto ocalić pamiątki dawnych lat -znaki historii i memento, że nic nie jest wieczne. Kamienie cmentarne, stare nagrobki, fotografie przeniosły ponad czasem zapisane kiedyś zdarzenia. Od nas zależy czy potrafimy je odczytać i włączyć w tworzoną wspólnotową świadomość. Pogrzeb rocznej Halinki Zamościkówny w marcu 1952 roku. WSZYSTKO OD POCZĄTKU W czasie wojennej zawieruchy wszystko się zmieniło, a powojenny porządek wyznaczały przede wszystkim nowe granice państw ustanowione układem jałtańskim. Objazda, wieś w powiecie słupskim, województwie gdańskim (M.P. z 1945 r. Nr 29, poz. 77), następnie od czerwca 1946 roku w szczecińskim i następnie koszalińskim, administracyjną przynależność zmieniała wiele razy. Pierwszymi mieszkańcami wsi byli ci, którzy zdecydowali się zostać, jak na przykład Gustaw Schulz z rodziną oraz Polacy, którzy w czasie wojny przebywali tu na robotach przymusowych, następnie młodzi Niemcy, których gorące uczucia były silniejsze niż obawa przed nową rzeczywistością. Przez jakiś czas mieszkali często razem -ci którzy sposobili się do wyjazdu i ci, którzy gdzieś na Kresach lub Podlasiu musieli opuścić swe domy. Wkrótce wieś zaludniła się na nowo. Przybywali osadnicy wojskowi, uchodźcy zza ~ 22 ~ LATA ms-MR J joo&iajtkiim, jjj MkWr&Zu/ 19iSroka z&tufn^a *^UclLa6 ^ (O^jcidzLb j&Lo ju£rh}H> -(njoucLni&j tfojźcowi, któr^ U-raLi AJudzioZ of yaUcćuh % otcupajrtfaru• n*x, tyc/o ^y^oeUrib^JL. JfaskpruA, Uć Uczni waudnuCM ztfoUtl cexcfj ' jłl&tCtfkAci, tuhrunis~3t:z.. j frO-MopoeUrugćh A*fo iere^JJc UrĄd, poułowjj fbsUru^e^ tyQ, ę^Tninm. cm/z (yitfiyh*** -Snko^** .Jłnjl tli J&rł&b-fL&JtrotJy•£Ząy. ki.L*m '»cu+. 9ytnr>zaf kćtr. (pec/iły ^ fpl€raizy.^ kcm,tndcvnk*7i/ KO. // Objeździł lyf &£. tJlZ&^-Ccz fafMZfyri Hójhłrt (jmlwy Myłwno /jyf &{. O&drioł śśtjhn, -fpr?Un^ MVtfC/lW n^CuŁiU yU u rfybv^U/ (j>ri&nUlOHA » fiocz. iMr. do jr±c-^ Z (Łcp'<*rv // tny** 19S1 r, frriznhit&nJl do Ob^GzeCy) lW» ł>ito<ły ^oski.U &(jeźdzl& ^•^>o6/oh/s^< ^JUsićz^f t ruuM.OoTnAyi*Ji£,\ &Ctrhmy7n ioibjicnb tłfi Objazd*, lyl oi. ^refdco, ńnfornocAs*! i rfto^joS vt ^ i *£& iiwuj-(Póma^eS iti &Md-*ioćcr *r u^OefitruM. jzJc&£j A^orz^dio*^^*. /-jL,Lu. ćiJcoJnŁ^*; HijtilwU. i i^or. 5?zsUy $Z. Tbobfoisykcttu uUnu.**^o oLo-aUj*k Ł&ć* yrfłoT^ j-r-a-Ł 2r6j>i,rVtJ~*^ię *-^rt>cL-cęsvL<>^ ig ncuJc^ U r < s?.yl+ j?ety>ą pa*Z4Z. & Myri* *m-z. rztfW&Uey, »jtui, u m Jcw+rfoU <946 « ^ 0^'eźc/c^c ^U. c / rvuxsi(X,r*JU. j 3 ikUpy JJJOZ^^C,ZQ./ bc*/*Z, kratsltc '\S**~re '•r, •+**%+ 5-h tt/i *n%c£*,io 1c»nU oraz Utoktucwui ^uuUi UCUjcA */m pr*j+**ut tikdtj<:**. u^tKyHX*> ^a<*z nr Ąnm*. Hi tt»v*ć*, z $:A.*U£ bóó^oA' Ąyck ^'rjftLctź£a ( ' V / • Ai&Wn. bzUizmbun •wiCc -ó>\j ^cw-rhiMZ. •^ćcbci -yW Jctk' baLUitsftfif.i!! i /ruzct-Piii r ' U'W . ó-ka^ctlc ot i,../ -rttt. iA yŁi^Ci-ę /7*x£CU>łt Csyz-Jfez, CL-lt V ^ tyu cif &£ <£6C£ Jź ^odz.jyyu/ td&sń-O-czcizy. jSakióó OCUL^&JCC stnają Jhf.£ A "W S 'f ' / 1uff-tca suazActl -ur mcicctoi y^cul^ ^jc<^ -rue . -yródde icnt r: clo SjfWtdo+t '' Q0*yół&>G> ^ cieJćĆrtl&ttlzl*' clicL Ar C/i dla J^ iloJv z/l só^clLo -% efcjj-ct jvCb-n-u\t KcUtctf ^ JÓazćti odf-uwiC-JA CL/ćt£ loOZźA l^Ct-LUI Ci-ti®. &(>)• "9C\ {W2. 'Za/tc^CZ.ywC.Ar-Ł-yb ^hn-ó Ci/ b^^^/ie-u-aL ni •wioóc/z JsjpLc. sjch 3 JźJtii' v^-kk&ZC4ClC ^tcbw-rliJs . Rękopis wspomnień Aleksandra Kolisty. Działo się we wsi Podgórze w gminie Kupiski, w powiecie łom żyńskim, województwie białostockim. Pierwszego września 1939 roku rankiem, jak się obudziłem, usłyszałem bardzo głośny warkot. ~ 76 Nie domyśliłem się,co się dzieje.Jak wyszedłem na podwórze, zobaczyłem lecące samoloty. W pierwszej chwili nie zorientowałem się, że to samoloty niemieckie. Zapytałem ojca, co się dzieje. Odpowiedział mi, że to są samoloty niemieckie, bombardują nasze miasta. Niemcy wydali nam, znaczy Polsce, wojnę. Tego dnia i przez następne dni było duże zamieszanie w całej wsi. Ludzie byli zastraszeni, bo było widać w okolicy pożary. Matki i żony, których synowie i mężowie byli powołani do wojska, bardzo rozpaczały, tym bardziej, jak się dowiedziały, że z naszej wioski został zabity w Zambrowie ojciec trojga dzieci, który stał na warcie przy bramie głównej koszarów. W tych dniach zamieszania doszło dla matek dodatkowe zmartwienie. Sołtysotrzymał z gminy zarządzenie, żeby każdemuchłopcu w wieku od dziesięciu do siedemnastulat wypisano zaświadczenie, w którym ma być imię i nazwisko, data urodzenia, imię ojca, imię matki, miejsce zamieszkania, pieczątka i podpis sołtysa. Zaniepokoiło to rodziców, którzy mieli w takim wieku dzieci. Po bardzo krótkim czasie wszystko się wyjaśniło. Gdy wkroczyli już niemieccy żołnierze, zaraz „na powitanie" zarządzili zbiórkę wszystkich mężczyzn od osiemnastego roku życia, a jednocześnie ci, którzy nie byli powołani do naszej armii, mieli się stawić na plac szkolny. Nie wiem jak brzmiało to zarządzenie, mówili tylko, że jeżeli się ktoś nie stawi na tę zbiórkę, będzie podlegał karze jako dezerter. Nie wiem, ilu się stawiło tych mężczyzn, wiadomo mi tylko, że prawie wszystkich młodych chłopców zabranodo niewoli. Wszystkich,którzy się stawili na tę zbiórkę, ustawiono w czwórki, otoczonokordonem i popędzono w stronę Łomży. Nie pomagał płacz żon i matek. Po paru dniach widać było, jak wojska niemieckie się wycofują. Zaświadczenia, które były wydawane przez sołtysa, okazały się często niezbędne. Przy każdej kontroli przez Niemców były traktowane jako dowód osobisty Z każdym dniem pojawiały się nowe, nieprzyjemne, wprost zastraszające i uciążliwe wiadomości. Nie pamiętam, który to był dzień września, szybko rozeszła się nowa bardzo zła wiadomość, a mianowicie, że tego dnia Niemcy pędzili bardzo dużo naszych żołnierzy do niewoli. Było słychać straszliwy płacz kobiet,które poszły do tej trasy, którą byli pędzeni nasi żołnierze. Tego dnia Niemcy już pokazali, jak traktują Polaków. Nie pozwolili podać żołnierzom kromki chleba ani wody do picia. Nie wolno było pod żadnym Względem zbliżyć siędo zmęczonych i wygłodzonych żołnierzy. Tak zaczął się wrzesień 1939 roku. Po pewnym czasie niemieckie wojska z naszych terenów się wycofały. O ile pamiętam, to około dwa tygodnie nie było żadnych wojsk ani żadnej obcej władzy. Jedynie ^y -małolaty -jak paśliśmy krowy, blisko lasu spotykaliśmy małe ~ 77~ grupki naszych żołnierzy, którzy często prosili, żeby dostarczyć im żywności, oni zapłacą każdą cenę i by nie rozgłaszać, że się spotykamy To było nam surowo zakazane, a jednocześnie były umówione miejsca w lesie na spotkania z dostarczaną żywnością. Nie trwało to długo. Nie pamiętam, ile razy ja uczestniczyłem w tych spotkaniach -cztery czy więcej. Pamiętam, że zakażdą dostarczoną żywność mieliśmy zapłacone. Po niespełna dwóch tygodniach to bezkrólewie się skończyło. Pewnego popołudnia usłyszeliśmy silny warkot. Od Zambrowa w kierunku Łomży nadjeżdżały sowieckie czołgi. Po wkroczeniu Sowietów na nasze tereny, my małolaty spotkań z naszymi żołnierzami już nie mieliśmy. Nie wiem, jaki los ich spotkał. Gdy przyszli Sowieci często organizowano zebrana, na które z każdej rodziny musiała się stawić przynajmniej jedna osoba dorosła. Siano na nich propagandę, że wojska sowieckie przyszły nam z pomocą, wyzwolili nas spod niemieckiej niewoli. Dadzą nam dobrobyt taki, jaki panuje w Związku Radzieckim. Na stanowisko sołtysa mianował sam siebie sąsiad, który prawdopodobnie należał do komunistów. Znalazło się jeszcze wielu innych, którzy byli na usługach okupanta, a przecież mieszkali w jednej wiosce. Nasza wiejska władza zaczęła „umilać" życie rodzinom, których ojcowie, bracia w czasie I wojny światowej i wojny 1920 roku walczyli przeciw bolszewikom. Zaraz po wkroczeniu Niemców, a potem Sowietów, pojawiły się braki podstawowych produktów żywnościowych. Na produkty te wprowadzono reglamentację. Moja mama była traktowana jako żona wroga, dlatego że ojciec walczył przy boku marszałka Piłsudskiego w pierwszej wojnie światowej. Jak mi wiadomo, nie ona jedna się znalazła w takiej sytuacji. Żeby otrzymać cokolwiek z przydziałów, woziłem drewno opałowe z lasu na stację kolejową do Łomży Za każdy taki kurs otrzymywałem jedną czwartą litra nafty, 10 rubli oraz bon na kupno soli lub cukru. Pomimo to mama często słyszała słowa: „Idź, niech sprzeda albo da ci Piłsudski". Nie tylko nasza rodzina była tak traktowana. W naszej wiosce większość tak traktowano, ale niektóre rodziny spotkał gorszy los. Pod koniec roku 1939 i na początku 1940 zaczęto bardzo często organizować wiejskie zebrania, na których siano kłamliwą propagandę. Nikt się temu nie sprzeciwiał z dorosłych i osób w wieku średnim, ponieważ wszyscy byli zastraszani, że zostaną wpisani na listę jako przeciwni władzy sowieckiej. Na każdym zebraniu był przedstawiciel w mundurze sowieckim. Jak się okazało, było to jedno kłamstwo. Nie chodziło o to, by zyskać zaufanie pośród mieszkańców wioski, lecz żeby wykryć tych, którzy otrzymali ziemię od ~ 78 ~ państwa polskiego. I za co? Czy za to, że walczyli przeciw bolszewikom, czy na innych uprzywilejowaniach i w jakich wielkościach? Zaczęto robić dokładne spisy Niektórzy faktycznie w tamtych latach walczyli przeciw bolszewikom. W większości były to rodziny małorolne lub pracownicze,które w pierwszejkolejności mogły ziemię kupić od państwa. Nie wiem, na jaki długi czas dla tych rodzin był to jednak środek utrzymania. Spisy robiono bardzo szczegółowo. Dokładnie musiała być podana data urodzenia każdego członka rodziny, imię i nazwisko. Te rodziny, których mężowie walczyli przeciw bolszewikom, były podkreślane czerwonymołówkiem. Tozawsze powtarzała mama. Kiedy zakończone zostały te zebrania, pełnomocnik naszej wioski nakazał furmanką odwieźć przedstawiciela, który je przeprowadzał. W czasie podróży do Łomży, człowiek, który odwoził urzędnika i znał ruski język, nawiązał z nim rozmowę. Zapytał, doczego mają służyć te szczegółowe spisy. Prawdopodobnie miał się dowiedzieć, że ujęto w nich bardzo niebezpiecznych ludzi dla władzy sowieckiej, którzy otrzymali ziemię za to, że walczyli przeciw Sowietom w armii Piłsudskiego. A ci, którzy walczyli, byli zwolennikami tamtej władzy. Ów człowiek zapytał, czy pełnomocnik jest na tej liście? Bo on też Walczył przeciwko bolszewikom. Do tego był jeszcze odznaczony. W naszej wiosce były trzydzieści trzy rodziny -w większości wielodzietne i biedne. Pośród nich była również rodzina tow. pełnomocnika, która choć się tego nie spodziewała, została też wywieziona w głąb Rosji. Ludzie stracili cały dorobek swojej pracy, zmuszeni byli zostawić swoją ziemię rodzinną i ojczystą. Przyszedł rok 1940, 10 lutego. Rano niesamowity hałas, dużo żołnierzy sowieckich. Po nas również przyjechało czterech. Dwóch Weszło domieszkania. Zapędzilinas do jednegopomieszczenia, zrewidowali wszystkich i mieszkanie. Zapowiedzieli, żeby nikt się nie Ważył uciekać. Kazano nam się ubierać i pakować: odzież, pościel, żywność. Wszystko mieliśmy ładować na furmankę. Powiedzieli, że to będzie nam potrzebne, bo już tu nie wrócimy. Mama płakała, lecz jeden żołnierz powiedział: „Nie płacz, to ci nie pomoże, to Wszystko winien twój mąż. On był bandytą w czasie wojny. Walczył przeciw Sowietom. To bandyta". Ja wykorzystałem moment nieuwagi i ukryłem się w zabudowaniu. Na swoje nieszczęście. Za karę musiałem cały czas stać przy furmance pod nadzorem jednego z żołnierzy, który wcześniej stał w korytarzu. Po załadunku rzeczy Wyprowadzono dziadka, usadzono go na furmance oraz mamę z młodszym rodzeństwem. Oprócz mnie były jeszcze trzy siostry i dwóch braci. Ojca zabrano wcześniej do niewoli niemieckiej. Mama ~ 79 ~ zaczęła płakać, krzyknęła tylko w stronę sąsiadów: „Do widzenia, do zobaczenia!" A do inwentarza: „Zegnajcie!" Naszą rodzinę wieziono na stację kolejową do Łomży Ja musiałem iść pieszo. Tutaj musieliśmy się załadować do wagonu. Były w nim już trzy inne rodziny z naszej wioski, wcześnie rano zabrane i przywiezione do budynku szkolnego, gdzie był punkt zbiorczy Były rodziny Cieślików, Kotarów i Gałązkow. Ludzie mówili, że pełnomocnik przyznał potem, że wiedział, że rodziny będą wywiezione w głąb Rosji. Nie ostrzegł żadnej z rodzin i nie spodziewał się, że i on dołączy do tej grupy. W każdym wagonie były trzy piętra prycz po obu stronach. Pośrodku stał piec żelazny, przy nim leżała niewielka ilość węgla do opału. Po drugiej stronie wejścia był wycięty dość duży otwór w podłodze. Służył za ogólną ubikację. Tego dnia więcej rodzin nie przywieziono. Następnego dołączono jeszcze dwie albo trzy. Nie były to rodziny tylko rolnicze -również policjantów, służby więziennej, leśników. Trzeciego dnia nie było słychać hałasu, za to było słychać sprawdzanie podwozia wagonów i szykowanie pociągu do odjazdu. CZĘŚĆ II: ALEKSANDER KALISTA OPOWIADA O PODRÓŻY W NIEZNANE Podpięto lokomotywę. Każdy poczuł wstrząs w wagonie. Podano sygnał i transport ruszył. W naszym wagonie słychać było jeden płacz. Po jakimś czasie -śmiertelna cisza. Ktoś zaproponował, żeby śpiewać pieśni do Matki Bożej oraz do Pana Jezusa. Odmawiano na głos różaniec. Wieźli nas do granicy wschodniej, gdzie czekały na nas inne wagony, „umeblowane", też jak te w Łomży w trzypiętrowe prycze. Były dwukrotnie większe. Przez cały czas podróży byliśmy pilnie strzeżeni, tu przy przeładunku byliśmy jeszcze bardziej pilnowani, nie wiem,czy to było wojsko, czy NKWD. Na stacji Małodeczno każda rodzina zmuszona była swój majątek przenieść do wagonu. Było nas o połowę więcej. Po krótkim czasie strażnik zażądał, żeby podać, ile osób się znajduje w wagonie. Nie chciał listy imiennej. Po godzinie wrócił i wytłumaczył po rusku, żeby trzej mężczyźni wzięli jakieś naczynia na przegotowaną wodę i worki na chleb, który był przydzielony na każdą osobę. Ale woda była cenniejsza od chleba, bo każdy miał coś do pożywienia, a wody było brak. Gdy mężczyźni wrócili z zaopatrzeniem, zamknięto drzwi wagonu. Gdzie nas wiozą, nikt nie wiedział. Wieziono nas przeważnie nocami.Często stawianonasz transport na bocznicy. Bywały miejsca, na których leżał śnieg. Blaszanym ~ 80 ~ kubkiem lub innym małym blaszanym naczyniem, które można było opuszczać na sznurku pomiędzy otworami w kratach w okienkach wagonu czerpano śnieg, z którego po roztopieniu można było uzyskać małą ilość wody. Po kilkakrotnym takim zaczerpnięciu nieraz dało się uzyskać nawet szklankę wody. Kiedy brakło wodydo picia, słychać było nieustanny płacz. W naszym wagonie znajdowały się z maleństwami trzymatki, w tym moja. Najmłodsza siostra miała niepełne pięć miesięcy. Podczas podróży otrzymywaliśmy przegotowaną wodę i czarny chleb ze dwa razy Zupę otrzymaliśmy dwa lub trzy razy. To nie zaspokajało głodu i pragnienia. Bardzo odczuwały głód dzieci karmione piersią. Znaleźliśmy się wokolicach Archangielska. Przez długi czas nikt nawet nie obmył rąk, nie mówiąc o obmyciu twarzy czy zmianie bielizny. Dowieźli nas do stacji Buraczycha. Tam transport rozpięto. Jedne wagony skierowano w kierunku Niandomy. Naszą część skierowano w innym kierunku, do miejscowości Soługa, gdzie wagony zostały odpięte. Po dwudziestu czterech dniach podróży otwarto drzwi wagonu. Wszyscy ujrzeliśmy światło dzienne. Był 6 marca 1940 roku. Oznajmiono nam, że dalej już nie pojedziemy Tu będzie teraz nasze stałe miejsce zamieszkania. CZEŚĆ III: ALEKSANDER KALISTA OPOWIADA O ŻYCIU W SOŁUDZE Baraki stały na małym pagórku. Było ich dziesięć albo dwanaście -w różnych rozmiarach. To było nasze miejsce zamieszkania przez półtora roku. Powiedziano nam, żeby nikt nie próbował ucieczki, bo jeszcze nikomu ta próba się nie udała. Takie było ogólne powitanie. Tych, którzy sami nie mogli się poruszać, zaczęto dowozić do baraków. JedElżbieta Cieślik z domu Kalista jako dziecko przeżyła gehennę nocześnie podwożono nasze rzeczy Nie pa zesłania na Sybeńę. W 2017 roku miętam, ile godzin trwał rozładunek. Pamię odwiedziła rodzinne Podgórze, tam, że jak zapadł zmrok, byliśmy w baraku gdzie 10 lutego odsłonięto na ogólnej sali. Każda rodzina zajęła swoje Pomnik Pamięci Ofiar Sybiru. ~8l~ miejsce, dla każdej rodziny stały zbite z desek prycze. Późnym wieczorem powiedziano nam, że można w kuchni kupić zupę i zjeść w stołówce. Chleb można też kupić w tak zwanej kooperatywie. Ale ilości były ograniczone. Z tych „dobrodziejstw" nie wszyscy skorzystali, bo ludzie byli bardzo wyczerpani podrożą. Rano przyszła powitać nas cała osiedlowa władza. Od nowa spisywano każdą rodzinę, trzeba było podać adres zamieszkania w Polsce, ustalono kolejność korzystania z łaźni i dezynfekcji odzieży. Jednocześnie sporządzono listę każdej rodziny dla sklepu -służyła do zakupów. Już od tego dnia można było iść i wykupić swój przydział chleba. Porcja była jednakowa dla wszystkich niepracujących -po dwieście gram dziennie. Zupy można było kupić, ile kto chciał, jak stać było zapłacić. Jak już zakończono te wszystkie spisy, zaczęto nas angażować do pracy. W pierwszych dniach zapraszano ochotników. Z każdym dniem żądano więcej osób. Jedna grupa odśnieżała pryzmy drewna przygotowywane do załadunku na wagony, inna zrzucała śnieg z dachów baraków. Za każdy dzień pracy płacono wieczorem po dwa lub trzy ruble. Tym, którzy pracowali, zwiększono rację chleba z 200 do 400 lub 600 gram. Każdego wieczoru byliśmy ściśle sprawdzani. Ale pobłażliwość zaczęła się kończyć i zaczynały się dni rygoru, coraz ostrzejszego. Zaczęto sprawdzać czy wszyscy, którzy są zdolni do pracy, pracują, jeśli nie -czy posiadają zwolnienie lekarskie. Jeśli niepracujący nie posiadał zwolnienia lub opieki nad małymi dziećmi, był pozbawiony racji żywnościowej. Praca była już inna. Jedna grupa ścinała drzewa, inna wykonywała zrywkę końmi. Jeszcze inni palili gałęzie. Tę pracę wykonywały przeważnie kobiety i dziewczęta.Kobiety, które miały małe dzieci, pracowały na terenie osiedla jako pomoc kuchenna, w łaźni lub piekarni. Były też zatrudniane przy sprzątaniu mieszkań kadry, paleniu w piecu w ośrodku. Sześć, a może więcej rodzin w pierwszych dniach przydzielono do budowy linii kolejowej. Przygotowywali teren pod tę linię. Jednocześnie budowano barak oraz kopano studnię. Zamiast cembrowin kładziono bale w kwadrat. Przygotowywano też stemple pod przepust pod torem kolejowym. Na odcinku, który budowali Polacy, znajdowały się dwa drewniane przepusty. Do ich budowy nie użyto żadnej mechanizacji. W końcu maja, jak już stopniał śnieg, ruszyła praca całą siłą. Zaczęto usuwać pnie, żeby można było położyć prowizoryczny tor, dowozić ziemię i formować nasyp. Wszelkie prace były nadal wykonane ręcznie. Jak podstawiono wagony do załadunku drewna i nie zdążono załadować go w czasie dnia, ładowano nocą. Ludzie pracowali dwadzieścia cztery godziny bez przerwy. Nie wolno było wrócić ~ 82~ do baraku. Sprawdzano, czy ktoś się nie ukrył. Ci, którzy pracowali na kolei, nie byli zmuszani do pracy przy załadunku wagonów. Pozostali byli jednakowo traktowani. Stosowano jednakowy rygor wobec wszystkich. Nie wolno było się nigdzie oddalać bez pozwolenia. Pewnego wieczoru przy sprawdzaniu obecności był obecny komendant. Po sprawdzeniu list zwrócił się do obecnych na sali tymi słowami: ,^Vas tu przywieziono po to, żebyście tu pracowali dopóki starczy wam sił. Tak czy inaczej, każdy tu skończy swój żywot, czy li: „zdies was prywiezli, zdies budiesz rabotat, zdies padochniesz kak sobaka." Tak nam powiedział na dobranoc. Do tego nazwał nas bandytami. Mówiono, że w naszym kraju panowała straszna bieda, ludzie masowo umierali z głodu i dlatego dobrowolnie przyjechaliśmy tu do pracy W książce Stefanii Sokołowskiej-Satanowskiej „Mroźny smak głodu", wydanej w Łomży w 1999 r. przez Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej czytam o zdarzeniu, którego Olek Kalista z Podgórza był bohaterem, którego tak wspomina autorka: „Po południu przyszło do nas dwóch znajomych chłopaków. Byli z Polski, z tej samej miejscowości co my, czyli z Podgórza. Olek Galanek, który później zmań w Rosji i Olek Kalista. Mieszkali w „Piątce", szli do nas piechotą pięć kilometrów. Gdy dowiedzieli się, że nie mamy chleba i siedzimy głodni, postanowili nam pomóc. Mieli P^zy sobie kilka rubli, jeden z nich poszedł, wykupił nasz przydział i przyniósł do baraku. Zjedliśmy, popiliśmy gorącą wodą... To była nasza Wielkanoc 1940 roku". Pierwszego maja 1940 roku dali nam dzień wolny. Pozwolono na świetlicy urządzić zabawę. Rzucono hasło: kto tylko posiada świąteczną odzież oraz obuwie niech się ubierze i idzie na świetlicę. Ci, którzy posiadają instrument grający niech się zorganizują i idą pograć. Każdy mógł uczestniczyć w imprezie. Dzień ten stał się wielkim zaskoczeniem, bo nasza młodzież miała ładne stroje, pięknie się bawiła, orkiestra też pięknie grała. Teraz pojawiła się inna Wersja o Polakach, że przyjechali kułacy, bogacze... Po paru tygodniach nie było możliwe nie przyjść do pracy lub nie okazać zwolnienia lekarskiego. W takiej sytuacji trzeba było być przygotowanym na brak czegokolwiek do jedzenia. Zamykano do aresztu, gdzie nie było nawet na czym usiąść. Do tego było ciemno. Wprowadzono normy, które bardzo trudno było wykonać. Nikt nie był już do syta najedzony. Każdy swoją rację chleba, gdyby nie musiał dzielić, zjadłby zaraz wieczorem. Na wykupienie racji nie każda rodzina miała pieniądze. Starano się nie wyzbywać odzieży Okazało się to słuszne, bo pozwolono nam pisać listy i każdy dawał ~ 83 ~ do zrozumienia, w jakich warunkach się znajdujemy. Pozwolono wysyłać nam pieniądze i paczki żywnościowe. To był wielki ratunek. Jeżeli ktoś nie otrzymał paczki, to zawsze skorzystał od sąsiadów, bo jedni drugim pomagali. Koniec 1940 roku i początek 1941 znaczył się chorobami. Ludzie masowo chorowali na cyngę, krwawą biegunkę, odmrożenia rąk, nóg, twarzy. Wygłodzenie i niedożywienie wyniszczająco działały na organizm. W 1941 roku w naszej rodzinie zmarły trzy osoby: dwie młodsze siostry i dziadek. Z każdym miesiącem choroby się nasilały. Ja też zachorowałem na kurzą ślepotę i na cyngę, tak silnie, że nie mogłem chodzić. Lewą nogę miałem bardzo podkurczoną. Nie mogłem na niej stanąć, ponieważ była dużokrótsza. Zawieziono mnie do szpitala w Niandomie, gdzie byłem dwa tygodnie, a leczenie polegało na smarowaniu nogi maścią i zjadaniu dużej ilości cebuli oraz kapusty. Po dwóch tygodniach wypisano mnie i odesłano z powrotem na miejsce pobytu. Mama, dwóch młodszych braci i siostra byli bardzo zadowoleni, że chociaż o lasce, szedłem na swoich nogach. Maść pomagała i noga zaczęła dochodzić do normalności, toteż niebawem musiałem wracać do pracy. Razem z innymi przygotowywałem drewno do obróbki piłą tarczową. W pewnej chwili, gdy się schyliłem, zauważyłem, że krew poleciała mi z nosa i ust. Gdy odzyskałem przytomność byłem już w baraku. Nie wiem, co się stało. Po paru dniach musiałem iść z powrotem do pracy, bo otrzymywałem najmniejszą rację chleba i nie było za co go wykupić. Było bardzo ciężko, bo prócz braku żywności, nie mieliśmy odzieży Jedynym ratunkiem było szycie z worków, bo w każdej rodzinie kilka się znalazło. Kto mógł szył i łatał odzież. Garnitury, ładne suknie dawno sprzedano, a kupowali je za marne grosze Rosjanie, którzy nas pilnowali. Każda rodzina sprzedawała co mogła, bo każdy był osłabiony z niedożywienia. Brakowało sił do pracy i wyrabiania normy Jeżeli rodzina nie miała już nic do sprzedania, to była skazana na najgorsze. Dlatego nie było takiej rodziny, w której by ktoś nie umarł. W niektórych wymarła połowa ludzi. Rodziny o słabym zdrowiu przenoszono do jednego baraku. Było to największą tragedią. Szerzyły się zaraźliwe choroby z powodu brudu, pasożytów i szczurów. Te ostatnie nawet w dzień potrafiły chorych ludzi ugryźć, a nocą swobodnie spacerowały po barakach. Nie było przeciw nim żadnych środków. Jak dotarła wiadomość, że Niemcy wypowiedzieli wojnę bolszewikom, zabłysła iskierka nadziei. Po jakimś czasie przyjechał enkawudzista w stopniu oficera i oficjalnie ogłosił, że Niemcy wydali bolszewikom wojnę. Jesteśmy wolni, bo tworzy się rząd polski! ~ 84 Wszyscy zostaną zwolnieni z łagrów i miejsc odosobnienia. Otrzymamy zaświadczenia i możemy wyjeżdżać,ale niedo Polski, bo tam są Niemcy Możemy wybrać miejscowośćw Rosji i tu się osiedlić! Był sierpień. Każdy w wieku powyżej lat szesnastu musiał osobiście się zgłosić po to zaświadczenie. Przy jego wydawaniu próbowano nam wmówić, że zwielokrotnią się zarobki, zmieni się nasze traktowanie, bo jesteśmy wolnymi obywatelami. Na te obietnice nikt nie dał się nabrać, dlatego zastosowano inny sposób. Żądano, by każdy podał nazwę miejscowości, wktórej chce się osiedlić. Aleprzecież nikt nie posiadał mapy Związku Radzieckiego. Nie stwarzano takich utrudnień tylko tym rodzinom, które nie były już produktywne. Chociaż znaleźli się tacy, którzy pomagali określić miejsce wyjazdu. Z naszego osiedla większość wybrała miejscowości o nazwach Niemcze, Powołże i Urbań. Ale pojawiły się następne utrudnienia. Rodziny, które były wyznaczone w pierwszej kolejności, powiadomiono, że muszą przygotować pieniądze na wykup biletów. Nikt się nie spodziewał, że to będzie wielki koszt. Ludzie ostatki lepszej odzieży musieli sprzedać, żeby zdobyć pieniądze na ich wykup. W końcu przyszedł dzień wyjazdu. Był to dzień radości i żalu, gdy zaczęliśmy się żegnać z tymi, którzy zostawali. Pomimo spełnienia wszystkich wymogów wyznaczone do wyjazdów miejscowości okazały się nieosiągalne ze względu na toczące się działania wojenne. Tak przynajmniej nam tłumaczono, wykup biletów okazał się jednym oszustwem i wykorzystaniem biednych ludzi. „Przesiedlenia Polaków z Archangielska na Ukrainę i Powołże w 1944 r." (opracowanie na podstawie wygłoszonego referatu -dr Przemysław Nagel): „Spośród antypolskich represji Związku Sowieckiego w czasie II wojny światowej największe rozmiary osiągnęły deportacje. Cztery największe deportacje zostały przeprowadzone w latach 1940-1941. W ich wyniku setki tysięcy Polaków znalazło się w bardzo różnych częściach Związku Radzieckiego. Najwięcej obywateli polskich, bo ponad 56 tysięcy, deportowano do obwodu archangielskiego, znajdującego się na północy europejskiej części ZSRR Warunki klimatyczne i mateńalne w obwodzie archangielskim były bardzo trudne. Dlatego, kiedy tylko nadarzyła się taka sposobność, duża część zesłańców opuściła te tereny" CZĘŚĆ IV: ALEKSANDER KALISTA OPOWIADA O SWEJ DRODZE DO POLSKIEGO WOJSKA -EPIZOD PIERWSZY Z osiedla w Sołudze odwieziono nas na stację (nie pamiętam Jej nazwy), tam załadowano do wagonów osobowych i pozwolono dojechać do następnej stacji, gdzie kazano wysiadać. Znajdował się ~ 85 ~ tam punkt zbiorczy. Podstawiono bydlęce wagony i kazano się do nich ładować. Nie pamiętam też nazwy tej stacji, ale pamiętam, że za okazaniem zaświadczeń (z obozu w Sołudze) otrzymaliśmy chleb i przegotowaną wodę. Na dokumencie odnotowano datę i ilość pobranej wody oraz chleba. Staliśmy na bocznicy całą dobę i nikt nie wiedział, kiedy ruszymy Ruszyliśmy następnego dnia. Nikt nie sprawdzał czy są wszyscy, czy nie. Po dwóch godzinach jazdy znów cały transport postawiono na bocznicy W pobliżu znajdowały się pola uprawne z ziemniakami, kapustą, warzywami. Kto mógł, biegł na pole, żeby zdobyć coś do jedzenia. Ludzie bra li wszystko. Pracownicy zrobili alarm. Po krótkim czasie przypięto parowóz i transport ruszył dalej. Ja nie zdążyłem dobiec, bo miałem lewą nogę jeszcze niewyleczoną. Poszedłem do zawiadowcy dowie dzieć się, w jakim kierunku odjechał mój pociąg. Podałem numer transportu i otrzymałem informację, że następny osobowy w tym kierunku będzie na drugi dzień. Zaraz zapytałem pracownika przy obsłudze, kiedy odjedzie pociąg towarowy. Pokazał, który szykuje się do odjazdu i gdzie mogę usiąść. Pociąg ruszył, a ja po krótkim czasie usnąłem w wagonie wśród jakichś opakowań. Nie wiem, ile stacji przejechałem, jak się przebudziłem, pociąg stał. Wyszedłem z wagonu i udałem się w kierunku stacji osobowej. Szedłem na skróty i jakoś udało mi się dotrzeć na dworzec kolejowy, gdzie było dużo ludzi. Jak się okazało, byli to emigranci, którzy uciekali przed fron tem, przeważnie Żydzi. Poszedłem do dyżurnego ruchu i zapyta łem, czy mój transport przejeżdżał przez tę stację. Spojrzał w ze szyt i odpowiedział, że przejeżdżał, ale został skierowany w innym kierunku. Do miejscowości, do których miał się udać, nie wolno kierować już transportów. Zażądał ode mnie dowodu osobistego. Pokazałem mu zaświadczenie, które posiadałem. Popatrzył namnie i zapytał: „Ty Polak? Byłeś na Sybirze? Jesteś na pewno głodny!" Zaraz dał mi chleba i wytłumaczył, żetransporty z polskimi ludźmi są kierowane przeważnie na południe, a transport z numerem, któ ry mu podałem został skierowany w kierunku Kujbyszewa. (W 1935 roku nazwę Samara zmieniono na Kujbyszew. Podczas wojny w mieście tym znalazło się szereg instytucji ewakuowanych z zagrożonej nadejściem wojsk niemieckich Moskwy, a miasto tymczasowo pełniło niektóre funkcje stolicy ZSRR W mieście znalazły się między innymi placówki dyplomatyczne, w tym polska ambasada. Ambasadorem polskim w ZSRR (w czasach II wojny światowej) został prof Stanisław Kot, który niebawem przybył do Kujbyszewa (siedziba ambasady polskiej), organizując wszechstronną pomoc dla Polaków. Polacy masowo udawali się w rejon Kujbyszewa, gdzie tworzyła się Armia Polska). ~ 86 ~ Podziękowałem dyżurnemu za wszystko, jednocześnie powiedziałem, że nie mam pieniędzy i nie zapłacę za chleb, którym mnie poczęstował. Odpowiedział, że nie żąda zapłaty i dodał, że ludzie, którzy czekają na transport, też jadą w tym kierunku. Zacząłem z kimś rozmowę, do której włączyły się jeszcze dwie osoby. Okazało się, że to była sześcioosobowa rodzina żydowska z Ukrainy Prosili mnie, żebym im pomógł się załadowaćdo pociągu osobowego, za zapłatą. Pomogłem i miałem już za co kupić chleb na następny dzień. Jednocześnie tym pociągiem dojechałem do Kujbyszewa. Tam również poszedłem na stację do zawiadowcy zapytać o mój transport, czy przejeżdżał. Usłyszałem, że nie przejeżdżał z takim numerem. Pomyślałem: „Co mam robić? Jechać z powrotem, czy ruszać na przód?" Nie wiem, czy ktoś mi podpowiedział, ale zdecydowałem, że jadę do miasta Buzułuk. (Wczesnym rankiem 11 grudnia 1941 roku na dworcu w Buzułuku wysiadł 2 pociągu gen. Władysław Sikorski, witany przez generała Andersa, oficerów, kompanię honorową i mieszkańców.) W BUZUŁUKU Na stacji zacząłem się rozglądać, gdzie kupić kawałek chleba, bo byłem bardzo głodny. Był bufet. Podano mi talerz zupy i kromkę chleba, ale zabrakło mi pieniędzy do zapłacenia. Zostałem za to Wyzwany od nierobów i włóczęgów. Byłem rozgoryczony. Stałem z boku. W pewnym momencie zauważyłem polskiego żołnierza. -Polak? -zapytałem. -Tak, Polak -usłyszałem. -A ty kto? -Jestem Polakiem -odpowiedziałem. Odeszliśmy na stronę, sprawdził moje zaświadczenie i zaprowadził mnie do budynku, w którym mieściła się duża sala. W drugim pomieszczeniu była kancelaria. Spisano moje dane osobowe 1 zostałem wpisany na listę poborowych. Pokazano, gdzie mogę się umyć. Z każdym dniem przybywało poborowych. Mieliśmy całodzienne wyżywienie, a spanie w sali na podłodze. Pomimo Wszystko dowiadywałem się na dworcu, czy nie przyszedł transport z moją rodziną. Pewnego dnia spotkałem sąsiada, z którym mieszkaliśmy w Sołudze. Powiedział, że moja mama, dwóch braci i siostra są zdrowi. Wszyscy, którzy byli zwolnieni, całą grupą trzymają się razem. To była dla mnie ważna wiadomość. Poszliśmy na stację do transportu. Niestety, już go nie zastaliśmy. Odjechał. Jak ~ 87 ~ mi powiedział, byli skierowani do Taszkientu. Przy pożegnaniu przekazałem serdeczne pozdrowienia dla mamy i rodzeństwa, prosiłem o przekazanie wiadomości, że jestem cały i zdrowy i jestem zarejestrowany do polskiego wojska. Wróciłem do swoich nowych kolegów na salę. Tu dowiedziałem się, że mamy przygotować się do łaźni. Każdy ma zabrać odzież, jaką tylko posiada. Brzmiało to jako surowy rozkaz. Po łaźni dano nam świeżą słomę, co można było uznać za luksus. Po dwóch tygodniach szef zrobił zbiórkę, wyczytał każdego z nazwiska i ogłosił, że wyjeżdżamy. Nie powiedział dokąd. Po obiedzie nie wróciliśmy na salę, czwórkami poszliśmy na stację, gdzie czekały wagony. Załadowano nas, pożegnaliśmy miasto i stację Buzułuk. PODRÓŻ PO AMUDARIIW REJON GURLEN W UZBEKISTANIE Ruszyliśmy w kierunku Kymiele i Taszkientu. Taszkient pamiętam, bo otrzymaliśmy tu suchy prowiant na dwie doby. Podróż koleją po krótkim czasie się skończyła, dotarliśmy do stacji końcowej -ostatniej, która łączyła się z przystanią statków rzecznych Czardzou nad rzeką Amudaria. Tu nas wyładowano. Było tu bardzo dużo polskich rodzin i wielu zarejestrowanych do wojska. Spotkałem stryja z rodziną. Opowiedział mi, że po naszym wyjeździe z Soługi przyjechała tam delegacja wojskowa z porozumieniem polsko-sowieckim i zażądała podstawienia wagonów na wszystkich osiedlach w takiej ilości osób, żeby wszystkie rodziny mogły się załadować. Mogli zostać tylko ci, którzy wyrazili na to zgodę. Musieli podpisać jakieś specjalne oświadczenie. Nikt jednak nie chciał zostać. Następnego dnia spotkałem byłych sąsiadów, którzy jako pierwsza grupa otrzymali zezwolenie na wyjazd. Niestety, mojej rodziny nie spotkałem, ani nikogo z rodzin, z którymi razem wyjeżdżaliśmy. Znowu nie wiedzieliśmy, gdzie nas powiozą. Podstawiono trzy rzeczne duże barki i kazano się ładować. Wszyscy razem. Rodziny i samotni, i ci, którzy nie byli jeszcze zarejestrowani do wojska. Po całodziennym załadunku, podpłynął holownik, podpiął te barki, podał sygnał i ruszyliśmy. Tak nas włóczyli przez dziewięć dni. W końcu transport dobił do lądu. Kto mógł, wyszedł, bo w pobliżu były pola uprawne. Wszyscy rzucili się na te pola! Były na nich arbuzy, dynie, marchew. Można wyobrazić sobie, co się tam działo! Zniknęło wszystko, dużo zniszczono. Natychmiast podano sygnał i po paru minutach zostaliśmy odholowani na środek rzeki. Tam nas zacumowali, a holownik popłynął na przystań. Po dwóch ~ 88 godzinach holownik wrócił i przypłynęło nim trzech milicjantów Mieli wyjaśnić skandal ze zniszczeniem upraw Sporządzili protokół strat. W czasie dalszej podróży barki nie dobijały już do brzegu. Przy każdym postoju zostawiano nas na środku wody, a żywność dostarczano holownikiem. Był to tylko chleb i przegotowana woda lub herbata. Porcja chleba nie mogła ważyć więcej jak 20 dag, wody lub herbaty było pół litra. To była dzienna porcja na osobę. Podróż barkami trwała osiem dni, dziewiątego doholowano nas do brzegu, gdzie czekała obstawa milicji. Byli też pracownicy kołchozowi, którzy przyjechali furmankami zaprzężonymi w jednego konia lub osiołka. Rozwieziono nas po kołchozach w okolicy miasta Gurlen. Wcześniejsza rejestracja na poborowych stała się nieważna i nieprzydatna. Każdy był zmuszony iść do pracy, żeby otrzymać pożywienie. Był duży problem z uzyskaniem jakiejkolwiek informacji, bo nikt nie znał języka uzbeckiego. W kołchozie było zaledwie dwóch Uzbeków, którzy rozumieli po rosyjsku.Kołchoz był podzielony na cztery brygady. Każda miała swoje mieszkania, w których nas zakwaterowano. Gdzie było dużo pomieszczeń, jedna rodzina miała wydzielone jedno pomieszczenie. Osoby samotne miały wyznaczone kilkuosobowe kwatery. Zamieszkałem z rodziną stryja, bo swojej rodziny nie odnalazłem. Po rozmieszczeniu wszystkich rodzin zorganizowano zebranie i spisano, kto z jakiej jest rodziny, w której pracuje brygadzie. Potem zrobiono listę ludzi zdolnych do pracy oraz niezdolnych. Na tej podstawie było wydawane zboże: ziarno kukurydzy, ryżu, dżugary. Zboże to trzeba było przerobić na mąkę i kaszę: dżugarę na mąkę, ryż na kaszę, kukurydzę różnie -na kaszę i częściowo na mąkę. Wszystko trzeba było przerobić ręcznie. Dżugarę zemleć w żarnach, by powstała mąka na chleb i kluski, ale trzeba było zalać wrzątkiem przed spożyciem. Kukurydzę przesiewano ręcznie przez sito. Ziarno ryżu obrabiało się w specjalnej ręcznej stępie. To wszystko kosztowało wiele mozolnej pracy. Zboża wydawano w wydzielonych ilościach.Żarna, stępa czy piec, w którym wypiekano tak zwane lepioszki -były udostępniane. My, Polacy mogliśmy utworzyć swoją brygadę. Brygadzista, który był Polakiem, uzgadniał z dwoma Uzbekami, którzy rozumieli po rosyjsku, jaką pracę będziemy wykonywać. Mieszkałem z rodziną stryja i z nimi pracowałem. Stryjenka nie pracowała, zajmowała się trojgiem dzieci. Znów zachorowałem na kurzą ślepotę. Byłem bardzo osłabiony, ale musiałem pracować. Po jakimś czasie zatrucie samo ustąpiło i ślepota też. Pracowaliśmy przy pogłębianiu głównego kanału, który służył do nawadniania pól uprawnych. Ponieważ był to martwy sezon, ~ 89~ śluzy na rzece Amudaria były zamknięte. Kanał był suchy Prace były uciążliwe, trzeba było nosidłami wynosić ziemię na wał, który umacniano przed zalaniem pól. Brygadzista każdemu musiał wymierzyć działkę w metrach kubicznych. Każdą rodzinę musiał zanotować i wykazać ile osób pracowało danego dnia, czy wykonano normę. Po pewnym czasie ogłosił, żeby na placu, gdzie mieściło się biuro i magazyn zebrali się wszyscy Polacy. Powiedział, że ma pewną sprawę do wyjaśnienia. Każdy był ciekawy, co za sprawa. Brygadzista przywitał wszystkich i oznajmił, że nazywa się Gorajski. Jest zawodowym żołnierzem w stopniu porucznika i przedstawicielem wszystkich Polaków, którzy w tym kołchozie się znaleźli. Oznajmił jeszcze, że nasze polskie władze, pod które podlegamy, znajdują się w mieście Gurlen. Żądają od niego, żeby sporządził dokładne listy z danymi osób znajdujących się w kołchozie. Każda rodzina i osoby samotne mają dostarczyć w terminie dwóch dni: imię i nazwisko, datę urodzenia, miejsce zamieszkania przed wywózką lub aresztowaniem w Polsce. On ma to wszystko dostarczyć do rejonu, do władz. Od tegodnia mieliśmy swojego przedstawiciela w kołchozie, a jednocześnie łącznika z władzą polską w rejonie Gurlen. Ja z tej wiadomości skorzystałem i opowiedziałem, w jaki sposób i kiedy odłączyłem się od rodziny. Brygadzista wysłuchał mnie i obiecał, że da znać, kiedy pójdzie razem ze mną do polskiego urzędu. Kiedy tam dotarliśmy, wyjaśnił swoim przełożonym, w jakiej sprawie przyszedłem. Okazało się, że w dokumentach biura moja rodzina nie istniała. Obiecali mi, że jeżeli z jakiegoś rejonu przyjdzie wiadomość, to mnie powiadomią. Kiedy skończyły się prace przy czyszczeniu kanału, zaczęły się polowe -przygotowanie do wysiewu bawełny, ryżu, pszenicy, dżugary i kukurydzy. Była wiosna 1942 roku. Pewnego dnia brygadzista podał nam wiadomość, że tworzy się Polska Armia na terenach ZSRR. Wszyscy mężczyźni urodzeni w 1923 roku i ci, których w 1939 rokuobjęła mobilizacja, a znajdują się na terenie ZwiązkuRadzieckiego, będą powołani na komisję w swoich rejonach. Nie dotyczy to narodowości białoruskiej i ukraińskiej, a w przypadku młodych chłopców -również rodzin mieszanych. Mężczyźni, którzy ujawnili swoją narodowość, na komisji byli odrzucani, ja też zostałem odrzucony, bo byłem za młody o rok. Porucznik Gorajski przed wejściem na salę wytłumaczył mi,żebym się nie przyznał, że jestem urodzony w 1924 roku, lecz podał 1922 rok. Po przebadaniu przez lekarzy nie stwierdzono u mnie kalectwa, jedynie brak minimalnej wagi i skierowano do komisji dla sprawdzenia danych osobowych. Tam okazało się, że nie zgadza się data urodzenia. Zapytano, która ~ 90 ~ jest prawidłowa. Odpowiedziałem, że ta, która jest zapisana. Zapytano, dlaczego kłamię, że urodziłem się w 1922 roku. -Dlatego, że chcę pójść do wojska razem ze stryjem -odpowiedziałem. Spytano stryja i ten potwierdził, że urodziłem się w 1924 roku. Zapadał decyzja, że zostaję do następnego roku. CZĘŚĆ V: ALEKSANDER KALISTA OPOWIADA O POBYCIE W MIEŚCIE GURLENI NUKUS ORAZ O PANI LUDZIE Powołani do wojska mężczyźni odjechali. Było ich dwudziestu, wśród nich mój stryj. Ci, co zostali, musieli nadal pracować. Coraz trudniej było się porozumiewać. Uzbecy, którzy znali rosyjski, nie nadążali, by każdemu wskazać pracę. Pod każde zboże trzeba było inaczej przygotować pole, każde wymagało innego nawodnienia. Było mi źle, nie miałem za co wykupić chleba. Zostawiłem rodzinę stryja i przeniosłem się do miasta Gurlen. Zostałem przyjęty do pracy w zakładzie zbożowym. Miałem otrzymać zapłatę dopiero po dwóch tygodniach. Nikogo nie interesowało, za co mam żyć, gdzie mieszkać. Jeden z pracowników zaciekawił się, kim jestem, skąd przychodzę i gdzie mieszkam. Powiedziałem, że uciekłem z kołchozu, pieniądze za sprzedaną koszulę się skończyły i nie mam już żadnych środków do życia. Zapytał, co dziś jadłem, czy mam kartki chlebowe. Odpowiedziałem, że mam karki, ale nie mam pieniędzy na ich wykupienie. Natychmiast sięgnął do kieszeni, wyjął niewielką sumę i powiedział, że to pożyczka. Jak zarobię to oddam. W czasie przerwy mam iść i wykupić chleb, zjeść jakąś zupę w jadłodajni. Kiedy wróciłem, zaproponował mi nocleg w swojej kwaterze. Bez żadnych wahań się zgodziłem. Tego samego dnia po godzinach pracy ten sam człowiek zapytał mnie, czy chcę zarobić parę rubli? Chętnie się zgodziłem. Poszliśmy do pracy do prywatnej restauracji. Rąbaliśmy drewno na opał w kuchni. Dostaliśmy piłę, dwie siekiery, posiłek z dwóch dań i chleb -bez zapłaty. Dla mnie było to nie do pomyślenia. Po pracy dano nam kolację i mój opiekun wziął zaliczkę. Nie wiem ile. Byłem i tak zadowolony z tego, co mnie spotkało. Kiedy wyszliśmy, dał mi dziesięć rubli i powiedział, że długu nie muszę oddawać. Ale jutro idziemy znowu do tej pracy! Powiedział, że mogę zamieszkać z nim, chociaż nie ma wygód. Jak się okazało razem z nim mieszkało już trzech mężczyzn, ja byłem piąty. Przedstawiliśmy się sobie z imienia i nazwiska. Następnego dnia my dwaj razem poszliśmy na śniadanie i do pracy. Nie byłem już głodny. Staliśmy się przyjaciółmi. On był starszy wiekiem, ~ 91~ powiedział, że ma trzydzieści pięć lat, ale mam się zwracać do niego po imieniu. Następnego dnia, kiedy poszliśmy rąbać drewno, dowiedzieliśmy się, że dopóki będziemy pracować, będziemy otrzymywać dwa bezpłatne posiłki. Praca była ciężka, ale żołądek nie odczuwał głodu. Pracowaliśmy tydzień i dostałem jeszcze parę rubli. Poczułem się lepiej, przestałem cierpieć z głodu. Mogłem dokupić coś poza reglamentacją. Któregoś ranka przyszli do nas milicjanci. Było ich trzech, powiedzieli wszystkim, że jesteśmy aresztowani. Zabrali nas na komisariat i każdego oddzielnie przesłuchali. Podejrzewano nas o kradzież na rodzinie ukraińskich Żydów. Sprawcami okazali się trzej Uzbecy, u których poszkodowani rozpoznali ubranka swoich dzieci. Zwolniono nas po trzech dniach, nakazano wracać do kołchozu, każdy do tego, z którego przybył. Zabroniono nam mieszkać w mieście, bo nie byliśmy zameldowani w żadnym urzędzie rosyjskim ani polskim. Zwolniono nas natychmiast z pracy, ale każdy otrzymał zapłatę za przepracowany czas. Ja otrzymałem za dwa tygodnie. Nie było wyboru, musiałem to miasto pożegnać. Po namyśle ruszyliśmy w drogę, znów w nieznane. Po trzech dniach dotarliśmy do miasta Nukus. Zauważył nas człowiek, który zaproponował pracę przy rozbiórce starej szkoły. Będzie nam płacił, ale nie dostaniemy kartek na chleb. Możemy spać u niego. Szukaliśmy jednak pracy, gdzie będziemy zarejestrowani, żeby otrzymać kartki. Znaleźliśmy, ale każdy w innym zakładzie. Mój kolega w piekarni, a ja w restauracji, przy rąbaniu drewna. Otrzymałem kartki na chlebi miałem zapewnioną dwa razy bezpłatnie zupę. Nocować mogłem w pomieszczeniu, które miał do dyspozycji stróż nocny. Zarobek mój wynosił sto pięćdziesiąt rubli miesięcznie. Po dwóch miesiącach dostałem popłatniejszą pracę. Dano mi wóz na dwóch kołach, osła i uprząż. Dowoziłem wodę i inne produkty do kuchni, ale nie miałem wolnych niedziel, chyba że nawoziłem wody, to wieczorem miałem wolne. Mój kolega też pracował. Spotykaliśmy się każdego dnia, nadal szukaliśmy mieszkania. Któregoś dnia obejrzeliśmy mieszkanie niezbyt daleko od naszego miejsca pracy Opłata nie była wygórowana: pięć kilogramów chleba albo gotówka na chleb po cenie czarnorynlcowej. Płaciliśmy chlebem kupionym z przydziału. Janek dawał kartki, a ja płaciłem. Było dość łagodnie do chwili popsucia się stosunków między rządem polskim a Stalinem. Kiedy Stalin zażądał polskiej armii do obrony Stalingradu, generał Anders miał prawdopodobnie odpowiedzieć, że jego armia jeszcze nie wyszkolona, żeby pójść na pierwszą linię ognia. ~ 92~ Fotografia resztek baraku zesłańców w Sołudze wykonana przez Macieja jastrzębskiego, reportera Polskiego Radia z Moskwy. Od tego czasu, tym którzy pozostali na terenach Związku Radzieckiego, bardzo się pogorszyło. Przestano się liczyć z urzędami polskimi, jakie powstały Zaczęły się aresztowania na tle politycznym. Przymuszano wszystkich, żeby przyjmować paszporty ZSRR, przynajmniej na okres trzech lat i krótszy do tak zwanego »udostawierenia", czyli zaświadczenia tożsamości. Nasza ludność w żadnym wypadku nie chciała się na to zgodzić. Z tego powodu powstało zamieszanie i zaczęły się aresztowania. Zarzucano nam, ze jesteśmy wrogo nastawieni do władzy. Po wyjaśnieniu tej decyzji między władzami polskimi i radzieckimi w mieście doszło do porozumienia. Każdy Polak musiał mieć zaświadczenie tymczasowe, które służyło jakodowód tożsamości. Wyjaśnił tonam polski przedstawiciel, żołnierz w stopniu kapitana. Nazywał się Maj. Wyjaśnił Wszystkim, że każdy może przyjąć to zaświadczenie bez żadnych ^ahań, prócz tych, którzy złożyli przysięgę wojskową. Oni muszą ten problem przemyśleć. Jednocześnie dał do zrozumienia tymi słodami: „Ja przysięgę składałem i tego nie mogę zrobić, złamałbym przysięgę, którą składałem". Przemawiał przez mikrofon. Te słowa każdemu dały do myślenia nad tak poważną sprawą. Niektórzy poszli do obozu karnego, a przysięgi nie złamali. Ogólnie wszystko zostało załagodzone, wystarczyło przyjąć taki dokument, wtedy ~ 93 nie przymuszali, żeby to był paszport. Zaświadczenie trzeba było jednak przedłużać w biurze paszportów na dalsze trzy albo sześć miesięcy Byliśmy więcej prześladowani, ale trzeba było się z tym pogodzić i przypomnieć sobie, że jesteśmy niewolnikami i wrogami Związku Radzieckiego. NKWD zaczęło wzywać Polaków i zmuszać do odbierania rosyjskich pasz portów. Kto odmówił za pierwszym razem, dawali dwa tygodnie do namysłu. Kto natomiast zdecydował się przyjąć obywatelstwo, zgłaszał się i w określonym czasie otrzymywał paszport. Szedł wolny do domu. Pozostali byli zmuszani do pakowania swoich rzeczy i z workiem na plecach musieli iść do NKWD, drugiej szansy nie dawali, od razu zamykali do więzienia. (Stefania Sokołowska -Satanowska: „Mroźny smak głodu", Łomża, 1999.) Przy każdej pracy byliśmy szykanowani. Często słyszeliśmy: „wy Polaczki wredziciele". Nawet Uzbecy inaczej nie mówili tylko „urs", to znaczy zły człowiek. Ja w tym czasie znów zacząłem chorować. Nie poszedłem do lekarza i nie byłem kilka dni w pracy Jak wróciłem, zażądano ode mnie zwolnienia lekarskiego. Nie miałem żadnego usprawiedliwienia i kierowniczka restauracji powiedziała, że musi moją sprawę skierować do sądu pracyi to zrobiła, ale z pracy mnie nie zwolniła. Chociaż nie czułem się dobrze, musiałem pracować. Nie dostałem zwolnienia, bo nie miałem temperatury. Po kilku dniach otrzymałem wezwanie do sądu. Stawiłem się i czekałem na korytarzu. I nie wiem, co się stało, jak się obudziłem, to byłem w szpitalu. Okazało się, że jestem chory na malarię. Po wyjściu ze szpitala musiałem w określone dni zgłaszać się na kontrole. Miałem specjalne upoważnienie wydane przez lekarza, a w przychodni potwierdzali, że się zgłaszałem. Po wyjściu ze szpitala nie pracowałem w żadnym zakładzie, tylko pracowałem w tym szpitalu z mężczyzną, który przeprowadzał drobne remonty. On mnie wynajął prywatnie do pomocy i płacił za każdy dzień.Kiedy już otrzymałem zaświadczenie, że nie wymagam dalszego leczenia, poprosiłem, żeby mnie zatrudnił na stałe. Również tego dnia magazynier zapytała mego pracodawcę, czy pozwoli, żebym ja pojechał z nią po chleb i inne produkty żywnościowe. Ja się zgodziłem, nie czekając na zgodę mego kierownika. W czasie drogi opowiedziałem magazynierce o swojej sytuacji: braku stałej pracy, leczeniu malarii. Zapytała, czy chciałbym pracować jako furman w szpitalu. Po powrocie rozładowałem kupione produkty, wyprzągłem konia i zaprowadziłem do stajni. Magazynierka jeszcze raz zapytała mnie, czy chcę pracować? Mam się zdecydować, bo od jutra będzie dużo pracy. Zapytała jak ~ 94 ~ się nazywam i sama się przedstawiła: „Ludmiła, dla ciebie ciocia Luda". Nie pozwoliła mi odejść bez kolacji. Weszliśmy do kuchni, przedstawiła mnie kucharkom i powiedziała szefowej, że od jutra będę pracował jako fornal, jestem Polakiem. Poprosiła dla mnie o całodzienne wyżywienie. Następny dzień zacząłem od zaprzęgnięcia konia i wożenia wody. Jeszcze nikogo poza portierem nie było w pracy. Dopiero kiedy wróciłem z wodą, widziałem, jak magazynierka wydaje kucharkom produkty. Zawołała mnie na śniadanie. Pani Luda pokazała mi, gdzie jest koniczyna dla konia. Po śniadaniu pojechaliśmy po zaopatrzenie, a później, kiedy odprowadziłem konia na pastwisko, poczęstowała mnie osłodzoną herbatą i poszliśmy do biura. Zostałem formalnie zatrudniony za sto pięćdziesiąt rubli miesięcznie i dodatkowo dwadzieścia rubli za opiekę nad koniem. Wyżywienie nie wchodziło w moje uposażenie. Zgodziłem się na te warunki, tym bardziej, że wyżywienie miałem załatwione. Moim szefem był ordynator i pani Luda. Nikt inny nie mógł wyznaczać mi pracy. W pierwszych dniach było ciężko. Koń był niedożywiony, a pracy przy szpitalu -dużo. Pracowałem z nim i sam go karmiłem. Po dwóch tygodniach pani Luda zapytała mnie,czy jestem zadowolony z pracy? Powiedziała, że personel mnie chwali. Ucieszyły mnie te słowa. Ja też miałem być za co wdzięczny, bo przez cały czas przebywania w Związku Radzieckim nie miałem tyle pożywienia, co tutaj. Po raz pierwszy swoją kartkę na chleb mogłem oddać innym. Po trzech miesiącach wezwał mnie ordynator. Wszedłem do gabinetu i powiedziałem: „Dzień dobry", on popatrzył na mnie zdziwiony, wtedy dodałem: „Zdrastwujcie". Odpowiedział i kazał mi usiąść. Wypytywał, czy jestem z rodziną, czy samotny, gdzie mieszkam? Powiedział, że mogę mieszkać na terenie szpitala w małym pomieszczeniu obok portierni. Pani Luda zaraz zabrała mnie do magazynu, gdzie dostałem komplet pościeli, łóżko, taboret i szafkę. Pościel miałem zmieniać sam raz w tygodniu. Szpital też miał ze mnie pożytek, bo byłem do dyspozycji w porze nocnej. Kilka razy przewoziłem chorych nocną domiasta Urgencz. Jeździłem również pochorego do Urgencz, żeby przywieźćgo do Nukus, za co dodatkowomi płacono. Nie było mi źle. Cieszyłem się zaufaniem personelu szpitala. Pani Luda nie nazywałamnie inaczej, jak: „synu", kiedy to mówiła, w jej oczach widziałem łzy. Wyjaśniła, że jej mąż zginął na wojnie dwa lata temu, a jedyny syn po półrocznym przeszkoleniu poszedł front i zginął w wieku dwudziestu jeden lat. Po tej rozmowie ja też zapłakałem. Przyszła mi myśl, że moja mama również mnie °płakuje, bo nie wie, co się zemną dzieje. A w czasietych ohydnych podróży tyle ludzi zmarło... ~ 95~ Każdego dnia mogłem się wykąpać, miałem czystą, choć używaną, bieliznę. Wszystko dzięki pani Ludzie. Nie pamiętam, w jakiej sprawie wszedłem do biura, była w nim pani Luda i powiedziałem: „zdrastwujcie". Odpowiedzieli ze śmiechem, a pani Luda zaraz zapytała, dlaczego nie mówię „dzień dobry"? Zapytała też, czy mam zaproszenie na bal do spółdzielni gastronomicznej? Odpowiedziałem, że i tak nie pójdę, bo pracują tam sami Żydzi. Nie wiedziałem, że w biurze pracowała Żydówka. Po paru dniach pani Luda powiedziała mi, że ma złą nowinę. Będę miał rozprawę przed sadem, bo Dora doniosła, że oczerniam ich narodowość. Stawiłem się na rozprawę z dwoma świadkami pochodzenia żydowskiego, urodzonymi i mieszkającymi przed wojną w Polsce. Wytłumaczyli, że słowo „żyd" nie jest złośliwe ani oczerniające, nie jest też wyzwiskiem. Żydzi w Polsce nazywani byli Izraelitami! Po tym wyjaśnieniu zostałem uniewinniony. Pani Luda czekała na mnie niecierpliwie, bo czuła się winna. Gdyby nie zapytała o ten bal, nie byłoby tej sytuacji. CZĘŚĆ VI: ALEKSANDER KALISTA OPOWIADA O PODRÓŻY DO WOJSKA, WOJNIE I POWROCIE DO DOMU Po ponownym porozumieniu Wasilewskiej i Berlinga ze Stalinem doszło w 1943 roku do ponownej mobilizacji. Powstawała Armia Polska, z tym że tym razem nie było żadnych ograniczeń w pochodzeniu -każdy obywatel Polski zdolny do służby był powoływany. Ja i moich dwóch kolegów nadal zostaliśmy odroczeni z powodu zdrowia. Nie zorientowaliśmy się, że była to celowa robota NKWD. Po roku, na początku maja otrzymaliśmy wezwanie do stawienia się na komisję. Komisja odbyła się pobieżnie i każdy z nas otrzymał kartę poboru oraz powiadomienie o wypłacie w ciągu trzech dni należnych poborów. Pani Luda była bardzo niezadowolona, że mnie nie będzie. Powiedziała, że jestem jeszcze młody i nie muszę iść zaglądać śmierci w oczy. Ordynator powiedział, że gdyby wiedział okomisji, to byłbym ponownie odroczony,a po skończonej wojnie mógłbym wrócićdo Polski. Ostatniegodnia przed odjazdem wykonałem swoją pracę i pożegnałem się ze wszystkimi. Odebrałem pobory. Z kuchni otrzymałem paczkę żywnościową. Pani Luda wyszła ze mną za bramę i pożegnała mnie całując w czoło, słowami: „Niech cię Pan Bóg i Matka Boża mają w swej opiece". Pierwszy raz w czasie pobytu w Rosji usłyszałem takie słowa. Jeszcze tego dnia we trzech zgłosiliśmy się do wojenkomatu, gdzie otrzymaliśmy rozkaz wyjazdu oraz bilety na przejazd ~ 96 ~ statkiem rzecznym i morskim oraz koleją do punktu zbiorczego w miejscowości Sumy na Ukrainie. Wydano nam równocześnie talony żywnościowe na czas podróży, która miała trwać dziesięć dni. Po otrzymaniu dokumentów poszliśmy na przystań, gdzie stał statek rzeczny, który miał wyznaczoną trasę do przystani w Aralsku.Tam przesiedliśmy się na pociąg. Podróż koleją była uciążliwa, trzeba się było przesiadać, czasami na połączenie czekaliśmy całą dobę. Dziewiątego dnia dotarliśmy do punktu zbiorczego w Sumach, a następnego ponownie stanęliśmy przed komisją lekarską. Każdego z nas przydzielono do innej formacji. Pożegnaliśmy się i nigdy się już nie spotkaliśmy. Ja zostałem przydzielony do formacji zmechanizowanej i musiałem przejść przeszkolenie prowadzone w języku rosyjskim. Trwało od maja do października 1944 roku. Byłem przydzielony do 3. Szkolnego Pułku Mechanizacji Wojskowej. W październiku przeniesiono mnie z drużyną do 27. Pułku Artylerii Samobieżnej. Moja załoga liczyła cztery osoby -dwóch Rosjan i dwóch Polaków. Jedynie oficerowie polityczni, wychowawcy, byli Polakami. Musieliśmy też poznać przełożonych w stopniu oficerskim z baterii i oficerów sztabowych. Po tej ceremonii uruchomiono maszyny i urządzono nam sprawdzian z posiadanej wiedzy i umiejętności. Od tego dnia byliśmy żołnierzami liniowymi i w pogotowiu bojowym. Stancję mieliśmy w lesie w Lubelskiem, około trzech kilometrów ode wsi Leśniczówka koła Chełma. Tu czekaliśmy na Po lewej Aleksander Kalista w mundurze. II Armia sforsowała Nysę Łużycką, a następnie walczyła w rejonie Drezna Budziszyna, -ponosząc wysokie ofiary. Swój szlak bojowy zakończyła w maju w Czechosłowacji. ~ 97 rozkaz wymarszu na pierwszą linię frontu. Trwało to od października 1944 do początku kwietnia 1945 roku. Moja pierwsza walka z nieprzyjacielem zaczęła się 16 kwietnia przy forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej. Byliśmy przygotowani do walki o Drezno, ale nie uczestniczyliśmy w tej bitwie. O godzinie siódmej rano 9 maja 1945 roku przyszła widomość, że Niemcy podpisali akt kapitulacji. To była wielka radość. Pomyślałem, że może naprawdę skończy się ta tułaczka, jednak tak się nie stało. Jeszcze tego dnia po południu otrzymaliśmy rozkaz do boju i ruszyliśmy w niewiadome. Okazało się, że do Pragi czeskiej. Rodzeństwo Kalistowie po wojnie: Aleksander; Elżbieta, Michał, Tadeusz. Na polskich terenach witano nas w Kaliszu. Pamiętam całe masy kwiatów. W majątku, w pobliżu Kalisza byliśmy przez dwa dni, później przeniesiono nas do Kamienia Pomorskiego. Po dwóch czy trzech dobach wróciliśmy znów do Kalisza z powodu remontu maszyn, ale żadnego remontu nie było. Kiedy już nas załadowano z maszynami na stacji kolejowej w Kaliszu, nie pamiętam ile dni i nocy koczowaliśmy na platformach kolejowych, aż wreszcie dotarliśmy do Modlina, miejsca stałego stacjonowania jednostki. Po raz drugi pomyślałem, że skończyłem swoją tułaczkę i służbę wojskową. Ale tak się znowu nie stało. Zdążyłem tylko się wykąpać i parę ~98~ nocy przespać, bo oddelegowano nas na tereny zachodnie do spisów. Nasz grupa składała się z oficera i trzech żołnierzy Robiliśmy spisy, przeważnie na wsiach, domów mieszkalnych i zabudowań gospodarczych. Wyszczególnialiśmy gospodarstwa zamieszkałe i wolne. Były to tereny obecnego województwa zachodniopomorskiego. Sporządzaliśmy spisy w czterech gminach, w dwóch egzemplarzach, jeden zostawał u nas, drugi oddawaliśmy naszemu dowódcy Gdy na stację wjechał transport z przesiedlaną ludnością z terenów wschodnich, to byliśmy powiadamiani i kierowaliśmy całe rodziny do poszczególnych wiosek. Trwało to od sierpnia do listopada 1945 roku. Po powrocie do jednostki, w połowie grudnia otrzymałem urlop. Po sześciu latach mogłem pojechać do domu, do rodziny. Zastałem tylko ojca. Mama zmłodszym rodzeństwem jeszcze nie wróciła z Rosji. Powitanie było serdeczne. Opowiadaliśmy swoje losy, lecz na wszystkie opowiadania nie starczyłoczasu, bo 28 grudnia musiałem być ponownie w jednostce. W lutym 1946 roku wyszedł rozkaz Roli Żymierskiego odemobilizacji. Obejmował żołnierzy, którzy służyli w wojsku ponad trzy lata lub byli urodzeni przed rokiem 1919. Nie kwalifikowałem się do żadnej z tych grup, ale bardzo chciałem iść do cywila. Przy pomocy ojca chrzestnego, który był w dobrych stosunkach z wójtem naszej gminy, udało mi się zdobyć zaświadczenie z odpowiednią datą urodzenia. Wójt podpisał je i opieczętował w każdym rogu, mówiąc: „Mnogo pieczaci, będzie dobre". Po trzech dniach otrzymałem książeczkę rezerwisty. Szóstego marca wróciłem do Podgórza. Data ta szczególnie utkwiła mi w pamięci. Kiedy wszedłem do domu dziadka, zobaczyłem na wprost siebie siedzącą moją mamę. Nie widziałem jej od ponad czterech i pół roku, nie wiedziałem nawet czy żyje. To był dzień wielkiego szczęścia. Po niespełna miesiącu całą rodziną ruszyliśmy na Ziemie Odzyskane, gdzie mieszkamy do dziś. 16 lutego 2017 roku w Podgórzu odbyła się uroczystość odsłonięcia Pomnika Sybiraków w obecności pani Anny Mańi Anders. Aleksander•Kolista nie dożył tego czasu. O przeżyciach wywiezionych nocą 10 lutego 1940 roku podgórzan opowiadał jego młodszy kuzyn, Roman Kalista. Organizatorzy uroczystości zwrócili się do córki Aleksandra Kolisty.; pani Krystyny Kostki z Objazdy z prośbą o fragmenty jego wspomnień. ~99~ Rówieśnicy Niepodległej W Plebańcach lato 1918 dopalało się pastuszymi ogniskami. Pieczone kartofle smakowały wybornie, teraz można było ich zjeśćdo syta. W wojennych czasach 1915-1918 co rusz walczyły tu wojska rosyjskie i niemieckie, a wycofując się, grabiły wszystko, co możliwe. Z niedalekiego Brasławia i dalekie Adam Turek Józef Turek go Wilna dochodziły to straszne, (1918-1989) (1918-1945) to radosne wieści. W lipcu zabito cara i jego rodzinę, rozpadało się carstwo, kończyła się wojna, a nadzieje na Niepodległą były coraz pewniejsze. Opowieści o bohaterze tych dni,Józefie Piłsudskim, urodzonym na tej ziemi, docierały nawet do pastuszych ognisk, przy których po cichu prowadzono rozmowy o rodzącej się w chaosie Rzeczpospolitej. W domu Kazimierza Turka oczekiwano rozwiązania brzemiennej Julii z domu Karotko, córki Stanisława, żony gospodarza, niemłodej już, bo dwudziestoośmioletniej pierworódki. Wreszcie 10 września 1918 roku powiła szczęśliwie dwóch bliźniaczych chłopców: Adama i Józefa. Zycie toczyło się teraz w nadziei na szczęście synów i rodzącej się Polski. W drewnianym domu, otoczonym wiśniowym sadem, obok dwóch kołysek poczesne miejsce zajmowały krosna i kołowrotek, przy których gospodyni spędzała dużo czasu. Ze lnu tkała prześcieradła, ręczniki i płótna, z wełny narzuty, z resztek chodniki. Lubiła piękne wzory i dokładną robotę. Pola było niewiele, uprawiano len, grykę, zboża i kartofle. W obejściu były dwie krowy, kilka „parsiulców" i owce. Okoliczne jeziora Drywiaty i Cno dawały obfitość ryb. Obaj chłopcy, gdy tylko podrośli, popisywali się przed ojcem zręcznością w rzucie ościeniem. Spokojny, rozważny Józef często przegrywał ze zręcznością i siłą Adama. Wiosną, jak prawie wszyscy mieszkańcy Plebańców i okolicznych wsi, zbierali sok z brzozy i pili go z apetytem. Po latach Adam próbował zbierać sok dla swojej rodziny, ale nie smakował jak tamten, spod Brasławia. Podobni jak dwie krople wody różnili się charakterami i temperamentem, ale obaj byli zdolni i wiedza ~ 100 ~ J przychodziła im łatwo. Młoda ojczyzna dawała możliwości nauki, chociaż Polska stawiała tu pierwszekroki niepewnie jak bracia bliźniacy -jej rówieśnicy, ale kiedy w 1920 roku Brasław został stolicą powiatu w województwie wileńskim w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, zmiany na lepsze zachodziły bardzo szybko. Starosta brasławski Zelisław Januszkiewicz okazał się sprawnym i rozsądnym gospodarzem, więcszkoły rosły razem z bliźniakami i dlanich. Obaj ukończyli terminowo siedem klas szkoły powszechnej, ale na dalszą naukę rodziców nie było stać. Przez jakiś czas chłopcy pomagali w niewielkim gospodarstwie. Z roku na rok w domu robiło się ciasno. Siostry bliźniaczki urodzone w 1925 roku podrosły już, ale straszna choroba zabrała Manię, Annę pozbawiła słuchu. Braci, dzięki Bogu, choroba ominęła. Młodzieńcy spędzali czas na czytaniu, łowieniu ryb, ale Adam coraz częściej próbował samogonu, pędzono go w prawie każdym domu. Z kolegami biesiadował nieraz do rana, ku utrapieniu matki, przejętej losem Anny. -Jaka przyszłość pisana jest dla moich dzieci? -zastanawiała się w bezsenne noce. Mąż nie włączał się zbytnio w domowe zajęcia, czuł się coraz gorzej, narzekał od dawna na zdrowie. Sława wojska, szacunek dla munduru, opowieści o oficerskim życiu przedstawiane przez Bandrowskiego, Nałkowską może nie bezpośrednio, ale w jakimś stopniu tworzyły etos żołnierskiego życia. To była gwarancja na wyrwanie się z małej wioski Plebańce w wielki świat i nadzieja na lepsze, ciekawe życie. W marcu 1939 roku Adam Turek pożegnał się z kolegami i bratem, siostrą irodzicami. Wyjechał zdomu wPlebańcach doWarszawy, do szkoły podoficerskiej. Miasto, nowi znajomi, obowiązki i żołnierskie życie były nie lada wyzwaniem dla przybysza z dalekich kresów. Wprawdzie jego polszczyzna była poprawna, ale obawy chłopaka z dalekiej prowincji działały jak hamulec. Tam wszystko było znajome, proste, był najlepszy wśród rówieśników, darzyli go respektem, nawet brat Józef liczył się z jego opinią. Tu nic nie było proste, byli lepsi od niego i trzeba było im dorównać. Ambicja była jego sojuszniczką. Szkolenia odbywały się pospiesznie, bo wieści ze świata nie były pornyślne. Wprawdzie dowódcy zapewniali o pokojowych sojuszach,nowoczesnym uzbrojeniu i wyszkoleniu wojska, ale nic nie było pewne. 1 września 1939 roku zastał go w Warszawie. Miał stopień kaprala, został dowódcą działka p/lot. Czterech żołnierzy i on, ezęsto zdani na własny rozsądek, próbowali bronić polskiego nieba w nierównej walce. Obok miasto waliło się w gruzy, ginęli koledzy i cywile, nadzieja ginęła razem z nimi. Walki zakończyły się szybko. Już 6 września oddziały niemieckich czołgów wjechały do Góry Kalwarii, gdzie założono obóz jeniecki, a na mieszkańców ~ 101 ~ nałożono kontrybucję. Rozpoczęła się niemiecka okupacja. Do kapitulacji Warszawy przetrwali cudem unikając śmierci od bomb i artyleryjskiego ostrzału. Zawdzięczał to być może MB Ostrobramskiej, której obraz wisiał w domu w Plebańcach i przed którym modlił się będąc dzieckiem, a teraz matka zanosiła modły o jego ocalenie. Po kapitulacji został jeńcem w obozie w Górze Kalwarii. Niemieckie porządki jeszcze nie okrzepły i to była szansa dla jeńców. Po latach Adam Turek opowiadał córkom o bohaterskiej postawie mieszkańców Góry Kalwarii, którzy narażając własne życie przerzucali przez druty kartofle i brukiew To pozwalało przetrwać, bo w obozie głód był Chłopcy z Plebańców, ok. roku 1943. pierwszym doświadczeniem. Za parę miesięcy ruszą na front. Trzeba się było ratować. Pod koniec października Adam wykazał się nie lada zręcznością i uciekł z obozu. Na Boże Narodzenie dotarł do domu. Wojna obronna zakończona. Tam wyrwał się spod łapy Niemców, tu trafił pod opiekę Rosjan. Trzeba było jakoś na nowo organizować życie, warszawskie doświadczenia ostudziły w nim zapał do wojowania. W drodze z obozu jenieckiego do Plebańców widział wiele okropności, nie miał ochoty na nic. Próbował innego zajęcia. Do łotewskiej granicy było blisko, sól potrzebna każdemu, a na Łotwie płacono za nią złotem. Zbierał więc carskie „świnki", małe ruble nazywane tak, bo miały wartość utuczonego prosięcia; przecież kiedyś będzie po wojnie. „Po wojnie" nie mogło być bez bliźniaków spod Brasławia. Obaj, Adam i Józef, we wrześniu 1944 zostali powołani do formującej się II Armii. Z Plebańców z trzydziestu dziewięciu domów mieszkalnych, poszło na wojnę dziewięciu chłopców. Adam Turek, choć już nigdy nie wróciłdo rodzinnej wsi, pamiętałich wszystkich. Pamiętał, bo przeżył tylko on i Czesiek Szałapak, który wybrał zagranicę. Adam niósł przez całe życie ciężar śmierci kolegów,chociaż nie mógł ich uratować. Miał żal do losu, że musiał żyć samotnie, bez wspomnień, które umarły wraz z towarzyszami młodości. Julia Turkowa została w Plebańcach sama, z niesłyszącą Anną. Czekała ~ 102 ~ cierpliwie na frontowe listy Przechowywała w tajemnicy schowane monety synów Wydawało się, że to gwarancja ich powrotu. Adam dostał przydział do 12. kompanii Obserwacyjno-Meldunkowej. Józef został szeregowcem 25. pułku piechoty. Bracia szli z frontem walcząc o ojczyznę, której kształtu nikt nie znał. Nieśli ją w sercu, tak wychowani zostali w domu i w szkole, bo Polska była świętością dla tych, którzy długo na nią czekali. Józef we frontowym liście do brata, przygnębiony wiadomością o śmierci kuzyna Grzegorza, pisał: „Może da Bóg, że wojna niezadługo się skończy i będziemy mogli się spotkać znowu w swym domu rodzinnym. Walczyć z Niemcami jest naszym obowiązkiem wobec Ojczyzny". Wyprzedziliśmy nieco fakty. To był ostatni list Józefa, który zginął 3 maja1945 roku pod Cammerau. Został pochowany na obcej ziemi i nikt z bliskich na jego mogile nie zapalił lampki. Spełnił obowiązek wobec ojczyzny, ale matkę, brata i siostrę pozostawił w nieustającym smutku. Adam Turek rzadko wracał do wojennych wspomnień, a jeżeli to się zdarzyło, opowiadał tylko o brawurowych, zupełnie niepatetycznych zdarzeniach. Po walkach o Łódź na przykład wraz z kolegami urządzili sobie kolację w opuszczonym niemieckim bogatym domu. Zamiast zmywać porcelanową zastawę, wraz z obrusem wyrzucali ją przez okno, a na stole stawiali nową. W czasie walk w Poznaniu, niedaleko Cytadeli został rozbity bank. Banknoty fruwały niesione z wiatrem, a oni się śmiali, bo na cóż im były dolary Za rogiem czaiła się śmierć i to był przeciwnik, z którym trzeba się było liczyć. Forsowanie Nysy potraktowali poważnie, Warto było pomyśleć o przyszłości, bo wojna naprawdę mogła się niebawem skończyć. Może uda się przeżyć? Jego wojowanie trwało 8 miesięcy i 12 dni. Do 8 maja 1945 roku. Ale nie został zdemobilizowany. Wraz z 80. pułkiem Artylerii Ciężkiej, który powstał we Wrześniu 1945 roku po rozformowaniu 5. Pomorskiej Brygady Pancernej stacjonował w Biedrusku pod Poznaniem. Dopiero w marcu 1946 roku został zdemobilizowany. Proponowano mu pozostanie w wojsku, jednak dawne marzenia o karierze wojskowej przegrały z wojennym doświadczeniem. Postanowił żyć z dala od zgiełku, w zgodzie z ziemią, którą zawsze znał i kochał. Na powrót do domu w Plebańcach było za późno, mimo że tęsknił i żal było mu matki opłakującej Józefa. Wiedział, że jeżeli tam pojedzie, nie będzie mógł wrócić do Polski. Jako osadnik wojskowy najpierw osiedlił się w Kocieniu Wielkim pod Trzcianką. Samotnie mieszkał w dużym domu, ziemia czekała na pracowite ręce, więc użyźniał ją obornikiem wożonym taczką. Innych narzędzi nie miał, ale nie narzekał. ~ 103 ~ Był pokój, wiosna i nadzieja. Pod koniec maja obok osiedliła się repatriancka rodzina spod Pińska. Spodobała mu się młodziutka dziewczyna, Renia, która w listopadzie została jego żoną i już razem przenieśli się pod Ustkę, gdzie niedawno zamieszkali jego „plemieńcy" zza Buga, kuzynka Janka ze Strusta, z mężem Wilhelmem Wieliczko, którybył młynarzem, cioteczny brat Stanisław Zamościk, z zawodu krawiec i inni. Jego majątek stanowiły wówczas: ostatni list Józefa, spłowiały żołnierski mundur, kilka wojennych medali, w tym Medal za Warszawę, upór i zaciętość, że wreszcie trzeba zacząć żyć. Matka nie mogła przyjechać. Nie dostała zgody na wyjazd. Na wschodzie władza radziecka wprowadzała swoje porządki. Sam z rodziną -w lutym 1948 roku urodziła się pierwsza córka -też nie był pewien dalszego losu, żyli ze spakowanymi walizkami, trudno było poczuć się jak na swoim w domu i obejściu, gdzie żywe były ślady obcych ludzi. Poczucie tymczasowości długo towarzyszyło jego rówieśnikom, których wojenne losy zawiodły w dalekie od rodzinnego domu strony. O jego ślubie matka wiedziała z listów, a wnuczki widziała na fotografii. Zmarła nagle na atak serca w czerwcu 1956 roku. Adam nie mógł pojechać na pogrzeb, a głuchoniemą Annę, której miał dać opiekę, po roku starań przez ambasadę w Warszawie, odebrał z granicy w Brześciu. Anna przywiozła obraz Ostrobramskiej i kilka „świnek" ukrytych zmyślnie w gotowanych na podróż jajkach i wydrążonym obcasie buta. i c*~c C*' fc / a o..c> <£x> CŁjcC-v* Ar~t'cc'i~' c*./« ± *>. ... \li.*.*—-7 c' />»-v 1*4. er »"» ę>sCty /c O ~ 104 ~ l'Ł *'-*>/ • •-A ''rrt&Y £• O r* <> C7 '"V Cv--v«ł-'^5 -''C-4 **~ o--» «-ww ^ne.cCo^S'"' ć?» X "* n •tA| x-> -'** wc i. ,-r si<, j *£' |£-<-. w. ć-ł.4*t t ę^C. rt ' ' l*i' te V ^ j?T» > ; Ą JO /6c Cw.^ &*<•«: i jijCl*r-. *~c SLe\ , i.'* , •••'7^, . / .,-^ C.;V-£. \ '• Sf •S y> • -• <»»-•->. « >v» *. %4** 4 tt-<-v.-0..,-^w , v.' *-v ""^.-C-y* f ^^7 ^JJ.C, r Vv,4SjU i.} y ' ^ >.< t(!. <•*" .••r" v.-^ ' 0tif-««4O.iVyą^ //• tu > >y •>-, <;te ^ , s> ' <&Ó~ * c/ -***• —>-o«pCo-, >>->w, »-, , (SuXx^v<1 y« * -<•<•_<-<-v *-c£ ql^5 # t** A u^crł* . 5--C<3 "A-c o^U^/7/.. u • -y« ^ *"«2*y •' " <2— ' * f-lr*„ t.*.yś > ' *», =*U" ' -y,^ /.I . 1 • ^ ' • C ' ^ «c4"j ^ '« C -/łi--c j %^r C '^y /6^0 «...-\\ Ostatni list Józefa -przechowywany przez brata Adama. „Księga poległych na polu chwały 1943-1945", opracowali: Leszek Lewandowicz i inni; wstępem opatrzył Juliusz Malczewski; konsultacja naukowa: Włodzimierz Wołoszyn. Source: Lewandowski Leszek. Wojskowy Instytut Historyczny,; Warszawa 1974r. TUREK JÓZEF s. Kazimierza, ur. 1918 r. w m. Plebańce, rej. Brasław.; szer. 25 ppf poległ 3 V 1945 w m. Commerau (NRD). CAW, 111-127/56, 5.32 TUREK GRZEGORZ s. Sebastiana, ur. 1925 r. w m. Plebańce, rej. Brasław, szer. 29 pp, poległ 16 IV 1945 r. nad Nysą. CAW, 111-127/56, s. 269. Poskładane po latach fragmenty wspomnień Adama Turka są świadectwem losu pokolenia, a jego biografia wpleciona w historię kraju jest dowodem drogi, jaką przeszli rówieśnicy II Rzeczpospolitej. Wielu znich dorosło tylko po to, byoddać życie w wojnie,której nie chcieli. Dostali w zamian ojczyznę bez ojcowizny. ~ 105 ~ Babka Julia z Plebańców kłaniam ci się babko znana z wyblakłej fotografii i zmurszałych ze starości listów w krótkich zdaniach twego syna a mojego ojca więcej było żalu 0 poległych pod Commerau braci wojennych blizn 1 niegojących się ran niż wspomnień domowych poznaję cię jednak babko opłakująca córki i męża w zniekształconym słowie skażonym prątkami gruźlicy scalam nasz koślawy dom rozsypany jałtańskim wyrokiem między Plebańcami i Wobesde sens nadaję twoim łzom szukam uzasadnień samotnej śmierci na własnej obcej ziemi kłaniam ci się babko Julio idę na mnie czas ~ 106~ Anna Z adzwonił telefon, rozmówca się przedstawił nazwiskiem znanym z historii Kresów wileńskich. Osobiście go nie znałam, ba, nie wiedziałam o jego istnieniu! Zaskoczona poprosiłam o przełożenie rozmowy lub, jeśli to możliwe, o kontakt mailowy Tak się zaczęło. Rodzinę ojca poznałam na nowo z jego relacji, wiedział więcej niż ja. Ojciec (rocznik 1918) nie żyje od ponad dwudziestu lat, jednak wciąż z nami jest Anna, jego młodsza siostra, ale to zupełnie inna historia. Opowiem ją, by wyjaśnić, dlaczego przekazane przez rozmówcę z pociągu informacje muszę przyjąć z dobrodziejstwem. Najpierw Plebańce, niewielka wieś w pobliżu Brasławia w dawnym polskim województwie wileńskim. Tuż przed wojną mieszkały w niej cztery rodziny Turków: Kazimierza, Sebastiana, Bonifacego i Antoniego. W dokumentach kościoła NMP Królowej Jezior w Brasławiu odnajduję spisaną po polsku „Alfabetyczną listę wiernych 1883-1933", gdzie pod datą 1883 roku widnieje nazwisko Kazimierza Turka, mojego nieznanego dziadka. Ożenił się z Julią Korotko, córką Stanisława, urodzoną w 1890 roku. Z tego związku w 1918 roku urodzili się bliźniaczy bracia Adam i Józef. Józef zginął pod Cammerau, o czym informuje „Księga poległych na Anna Turek z wnuczką brata., Magdaleną. Polu Chwały:" -Turek Józef s. Kazimierza, ur. 1918 r. w m. Plebańce, rej. Brasław, szer. 25 pp, poległ 3 V 1945 w m. Commerau (NRD). CJW, 111-127/56, s. 32. Adam przeżył wojnę, ale zdemobilizowany w 1946 roku, nie Wrócił do rodzinnej wsi, bo nie było tam Polski, mimo że w Plebańcach czekała na niego matka z młodszą siostrą Anną. Najpierw jako osadnik wojskowy objął gospodarstwo w Kocieniu Wielkim, gdzie poznał dziewczynę, z którą się ożenił, następnie przeniósł się do Objazdy, bo tu zamieszkali repatrianci, „plemiency" z okolic ~ 107 ~ Brasławia. Był rolnikiem. Z matką utrzymywał kontakt listowny, wysyłał zdjęcia kolejnych córek.Szans na spotkanie nie było, granica na Bugu była nie do przekroczenia. W 1956 roku przyszła stamtąd wiadomość o śmierci matki. „Sama pracowała w polu. Pewnego razu orała ziemię, z przemęczenia upadła, dostała krwotoku i tak zakończyła swój ziemski żywot." -śmierć Julii Turek opisuje mój nowy znajomy, którego rodzina pochodzi z Plebańców. Anna, dorosła, ale głuchoniema siostra, została tam sama. Po wielu staraniach w 1957 roku brat Adam odebrał ją na granicy w Brześciu. Plebańce pozostały mityczną krainą z pięknymi jeziorami, niedostępnym rajem wspomnień. Anna zamieszkała znami, w pokoiku „na górce". Uczyliśmy się jej języka, z czasem rozmawialiśmy z nią na każdy temat, wiedzieliśmy, że jej głuchota i zniekształcona mowa jest wynikiem przebytej we wczesnym dzieciństwie choroby. Pracowała w gospodarstwie brata, świetnie radziła sobie z końmi. Zimą robiła na drutach swetry dla rodziny i znajomych. W sobotę szła do strumienia po Dbała° W Plebańcach. Anna z matką wod« do myda wł°s0w' Julią Turek i kuzynką. me> świadoma, ze bujne, czarne dodają urody. O włosy dbała, kiedy ma dziewięćdziesiąt jeden lat. Nigdy nie pozwoliła, by mówić do niej ciociu. Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż zdarzali się konkurenci ujęci jej urodą i pracowitością. Była dla nas Anną, po prostu. Wszystko było proste, Anna była naszą siostrą, wcześniej siostromatką. Kochała nas, a my ją. Tymczasem... W uporządkowany świat wspomnień budowany ze skąpych ojcowskich opowieści wszedł nowy znajomy, przynosząc zaskakujące wieści. Zaskakujące, ale bardzo prawdopodobne i wyjaśniające -na przykład -medyczne zagadki. W mailowym liście mój nowy znajomy napisał: „Ośmieliłem się napisać do Pani kilka słów dotyczących Plebańców Jestem wnukiem Konstantego ~ 108~ Chodźki, którego gospodarstwo graniczyło z ziemią Kazimierza Turka -dziadka Pani." Wnuk Konstantego Chodźki podaje datę śmierci mojego dziadka: „Kazimierz Turek zmarł na gruźlicęmiędzy rokiem 19301933 (jak Salcia chodziła jeszcze do szkoły powszechnej); Marysia I zmarła na gruźlicę a Anna zachorowała na zapalenie opon mózgowych i stąd te wszystkie powikłania". Być może tak było. Zatem dziadek zmarł w wieku 47 lub 50 lat. Młodo. Pozostawił żonę i dzieci, i zagrożenie śmiertelną chorobą. Marysia, toMania, którą Anna często wspominała, a mój ojciec 0 tym milczał. ,W domu Kazimierza Turka mieszkała jego matka Justyna bardzo wiekowa kobieta. Zawsze odmawiała Litanię do Wszystkich Świętych w ten sposób, że mówiła np. Święty Antoni, przedłuż mi życie, Święty Franciszku -daj mi dłużej pożyć itd." -pisze znajomy nieco żartobliwie. -„Dom Kazimierza Turka był niezbyt okazały i już przed wojną zaczęto stawiać podwaliny nowego domu. Ciocia pamięta szkielet budowli, który w przyszłości miał być domem „na całą okolicę". Kiedy przyszli Rosjanie, budowa została wstrzymana. Na gospodarstwie nie było komu tego dopilnować.Cały szkielet powoli stał się łupem sąsiadów lub też nieznanych nikomu ludzi (złodziei)." „Jeśli się nie mylę, to Pani ojciec miał jeszcze dwie siostry, a mianowicie: Franciszkę i Marysię drugą (o tym samym imieniu, co jej zmarła wcześniej siostra), która chodziła do jednej klasy z moją drugą ciocią Wandą (też żyjącą). Przez trzy lata uczyły się w szkole powszechnej w Jaclcowszczyźnie, a później kończyły siedmiolatlcę w Brasławiu. Marysia, (która uczyła się z moją ciocią Wandą) też chorowała w młodości na gruźlicę. Czasami skarżyła się Wandzie, ze mama jej nie chce leczyć i żałuje pieniędzy na lekarzy Marysia zmarła, kiedy już chodziła z Wandą do szkoły siedmioklasowej w Brasławiu. Taki sam los spotkał wcześniej jej siostrę Franciszkę." Jeśli chodzi o Annę, to Ciocia opowiadała, jak kiedyś razem z Marysią wzięły Anię do szkoły w Jaclcowszczyźnie. Nauczycielka posadziła ją w ławce, dała jej kredki i ta bardzo dumna z siebie nawet ładnie rysowała. Z Wandą porozumiewała się gestami i bełkotem, który był trochę zrozumiały. Kiedyś Wanda opowiadała Annie, że jak dorośnie to dostanie białą suknię z welonem i pójdzie z nim do ślubu ze swoim narzeczonym. Anna to wszystko rozumiała 1 bardzo śmiała się wtedy z tego." „Kiedy Anna została sama, zaopiekowała się nią rodzina Sebastiana Turka". Prawdopodobne. Syn Sebastiana Turka zginął nad ~ 109~ Nysą. Rodziny połączyła żałoba po śmierci synów. Anna w Plebańcach została sama, mimo opieki krewnych. Brat czynił starania o jej przyjazd do Polski. „Ciocia będąc kiedyś w Brasławiu dowiedziała się od moich dziadków, jak wyglądało przygotowanie Anny do podróży do Polski. Sebastian ponoć wydrążył w obcasie buta Ani otwór, do którego schowano świnki i w taki sposób dotarły one do Polski." Nie sposób było porozmawiać z Anną o zawiłościach medycznych czy historycznych. Minęło od tamtego czasu tyle lat! Jedynie w badaniach medycznych wciąż obecne były ślady przebytej choroby. Anna odeszła 15 grudnia 2016 roku. Pochowaliśmy ją na cmentarzu w Objeździe w grobie brata. W Plebańcach. Samotna Anna przy trumnie matki. ~ 110~ 16 kwietnia nad Nysą. Grzegorz Turek PERSPEKTYWA HISTORYCZNA Dywizja Piechoty zwana „Sudecką" została sformowania w końcu 1944 roku w Rzeszowie i do końca •wojny działała pod dowództwem 2. Armii, w jej skład wchodził między innymi, szczególnie mnie interesujący -z uwagi na bohatera tego tekstu -Grzegorza Turka -29. pułk piechoty. Sztandar dywizja otrzymała 14 stycznia 1945 roku w Rzeszowie. Był z płótna. Na czerwonej stronie wyhaftowano napis „Za naszą i Waszą wolność" -10. Dywizja Wojska Polskiego, a między napisami Wyhaftowany orzeł. Naodwrotnej białejstronie widniałobraz Matki Bożej Częstochowskiej i nad nim napis: „Bóg, Honor, Ojczyzna". W styczniu 1945 Dywizja przeszła do Katowic, pełniąc częścią sił służbę wartowniczą w Kielcach, Krakowie, Oświęcimiu i na Górnym Śląsku. Następnie przeszła w rejon Puszczy Barlineckiej. Dowodził nią od 5 marca do 16 kwietnia 1945 roku -płk Dymitr Dubienko, zdjęty ze stanowiska ze niekompetencję i brak zrozumienia czekającego dywizję zadania. Od 17 kwietnia 1945 do 13 stycznia 1946 roku dowodzenie przejął płk Aleksander Struć. Zgodnie z rozkazem dowódcy 2. Armii WP jednostki polskie przegrupowały się w nocy z 14 na 15 kwietnia. 10. Dywizja Piechoty zajęła pozycję na prawym skrzydle 2. Armii. Szesnastego kwietnia, w poniedziałek, o godzinie 4:15 pod Rothenburgiem zagrzmiała salwa „katiusz." Rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie przed forsowaniem Nysy. 29. pułk piechoty walczył o zdobycie przyczółku na Nysie, bił Sl? w lasach Muskauer Forst nad Szprewą w rejonie Nelkenberg i Spreefurt. -10. Dywizja Piechoty zajęła odcinek od Młotów do rejonu jednego kilometra na południe od Buczę, dalej 29. Pułk piechoty do Sanie. Po zdobyciu pierwszej transzei musiał wycofać się na wschodni brzeg rzeki, tracąc 89 poległych, 94 rannych i 20 zaćmionych. W okresie od 11 kwietnia do 3 maja 1945 roku dywizja straciła 518 poległych, 356 zaginionych, 1767 rannych. Gdzieś tam 16 kwietnia 1945 roku, w poniedziałek, dwa tygodnie po Wielkanocy poległ dwudziestoletni Grzegorz Turek, ~ ni ~ syn Sebastiana z Plebańc. „Księga poległych" nie precyzuje miejsca śmierci ani pochówku. Przyczyną niepowodzenia w forsowaniu rzeki były: brak dostatecznego rozpoznania, błędy w dowodzeniu i przygotowaniu dywizji, jak i obiektywne -nacierała na szerokim, bo aż dwudziestokilometrowym odcinku frontu, w trudnym terenie, wykonując oddzielne uderzenie, a nie dysponowała żadnym wsparciem czy wzmocnieniem ze strony armii. W tej sytuacji szybki sukces był raczej niemożliwy. Dla Grzegorza świat przestał istnieć, czas się zatrzymał, kolejne dni walk nie należały do niego. Pozostał nad Nysą na zawsze. Na stronie internetowej odnalazłam informację o miejscu pochówku i fotografię żołnierskiego grobu Grzegorza Turka na Centralnym Cmentarzu 2. Armii Wojska Polskiego w Zgorzelcu. Dziękuję autorowi Tomaszowi Bogielowi za wykonanie alfabetycznego spisu kwater i zdjęć tabliczek imiennych, za zdjęcia cmentarza z lat 2002-2009 i udostępnienie materiału na stronie internetowej. Wśród mogił poległych kilkadziesiąt oznaczono znakiem NN lub tylko znakiem dywizji. Grzegorz miał szczęście? Na cmentarzu wojskowym w Zgorzelcu spoczywa 3420 poległych żołnierzy polskich, którzy zginęli wiosną 1945 roku w czasie forsowania Nysy Łużyckiej, w drodze na Drezno i pod czeski Mel nik. Nie ma wśród nich Józefa Tur i ka, poległego 3 maja pod Cammerau. Gdzie jest jego mogiła? W rocznicę operacji łużyckiej każdego roku 16 kwietnia na CenguiFjsimr tralnym Cmentarzu 2. Armii Wojska T13REK Polskiego w Zgorzelcu odbywają się itefcfffcufcGfe war" * upamiętniające uroczystości organizowane przez władze miasta. W poprzednich latach w obchodach 69. rocznicy forsowania Nysy Łużyckiej uczestniczył Prezydent Rzeczypo Żołnierska mogiła Grzegorza Turka spolitej Polskiej Bronisław Komorow na Centralnym Cmentarzu 2. Armii ski, w 70. rocznicę, uczestniczyli w Wojska Polskiego w Zgorzelcu. nich między innymi Grzegorz Schetyna jako minister spraw zagranicznych i przedstawiciele Sejmu i Senatu. Uroczystości 71. rocznicy forsowania Nysy Łużyckiej w roku 2016 odbędą się 16 kwietnia (sobota) o godz. 12:00. Organizatorzy nie wymieniają oficjalnych gości. Informacje o uroczystości podają media regionalne. 112 PERSPEKTYWA OSOBISTA. LIST KUZYNA LOLKA, CZYLI LEONARDA TURKA ,}/Ve wrześniu 1944 roku Adam i Józef oraz siedmiu innych chłopców z Plebańców, zostali powołani do formującej się 2 Armii. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o okolicznościach, które poprzedziły to wydarzenie. Armia Czerwona (...) zarządziła mobilizację mężczyzn, pod bezwzględnym rygorem. W konwoju pieszym doszliśmy do Nowej Wilejki (koło Wilna), skąd towarowymi wagonami wywieziono nas w głąb Rosji, do miejscowości Władimir nad rzeką Klaźmą, gdzie próbowano szkolić, ale były to ciężkie roboty przy budowie ziemianek do zamieszkania. Głód, brud z jednoczesną dyskryminacją polskości. Nie godziliśmy się na przyjęcie rosyjskiego umundurowania, stąd dokonano tego w brutalny sposób. Tylko dzięki patriotycznemu oporowi nie zostaliśmy wcieleni do Armii Czerwonej. Już wtedy wiedzieliśmy o tworzeniu polskich jednostek i to było jednym z dodatkowych bodźców przetrwania. We wrześniu 1944 roku wykończeni fizycznie i moralnie, zostaliśmy przetransportowani w podobny sposób jak poprzednio do Polski, do wsi Dojlidy koło Białegostoku. Tu otrzymaliśmy polskie mundury, był to zapasowy 6 pułk piechoty. Czas do wczesnej wiosny 1945 roku upływał pod znakiem intensywnego szkolenia wojskowego. O ile pamiętam byli tam wszyscy znajomi z Plebańców. Tam ciężko zachorowałem i przez to nie znalazłem się w pierwszej fazie rozdziału do poszczególnych jednostek frontowych. W tych warunkach ostatni raz, niestety, widziałem się z Józefem i Grzegorzem." Z frontowego listu Józefa do brata Adama: „Za kilka godzin ruszamy (...) się nie przejmuję (...) najwyższego. Dostałem wiadomość, że Grzegorz (...) o tym mnie Miłosz (...) Może da Bóg, że wojna niedługo się skończy i będziemy mogli się (...) znowu w swym domu rodzinnym. Walczyć z Niemcami jest naszym obowiązkiem wobec Ojczyzny. Na tym list mój kończę. Życzę Ci, Kochany Bracie, wszystkiego najlepszego i prędkiego spotkania się (...)" PO PRZECIWNEJ STRONIE Franz Schulz: „Dziennik Gorlitz -Zgorzelec 1945-1946" (GórlitzerTagebuch 1945/1946, Wurzburg1975 r.).Miejsce wydarzeń: kościół parafialny pw. św. Bonifacego w Górlitz-Ost.:,Według sprawozdawczości wojskowej front znajduje sięna linii Sommerfeld (kierunek Berlin!), Żory, Bolesławiec, Złotoryja. Faktycznie jest on dużo dalej. Wrzawa wojenna jest w odległości słuchu, szacujemy ~ 113~ ją na około 20 km, tj. koło Lubania, ewentualnie Pieńska (16 km). Przepełniony Gorlitz czeka na nakaz ewakuacji. Każdy o tym wie, ale nikt nie wie, dokąd pójść. Ulice są zatłoczone. Pociągi mogą zabrać tylko małą liczbę pasażerów -prawie bez bagażu. Los kobiet oczekujących potomstwa i matek z niemowlętami jest przerażający. Ucieczka prowadzi ich prawdopodobnie do śmierci (ziąb, brak mleka), ale nacierające wojska radzieckie nie pozostawiają wyboru. Blade i wycieńczone ze strachu stoją przede mną i proszą: „Proszę księdza, proszę pomóc, proszę niech nam ksiądz poradzi!" Zamustrowano także i starszych panów do Volkssturmu (obrona cywilna). Państwowi urzędnicy nie cieszą się najmniejszym zaufaniem. Kościół zostaje ostatnią deską ratunku. Gdyby można było czynić teraz cuda w zakresie udzielenia pomocy! Wczoraj wieczorem pocieszyli się mieszkańcy Gorlitz radosną wiadomością, nadaną przez sprawozdawczość wojskową: natarcie między Żorami i Bolesławcem odepchnięte. Dzisiaj rano otrzymuję o godz. 6.45 w zakrystii wiadomość, żeobowiązkowa zbiórka wszystkich kobiet i dzieci wschodniej części miasta w celu ewakuacji jest o godz. 9.00na placu Fryderyka. (...) Pochówek świętych naczyń i szat liturgicznych. Nad Dreznem ogień, jak gdyby świat siękończył. Wojenna wrzawa w zasięgu słuchu. Chaotyczne nakazy ewakuacji, wyprzedaż,terror,egzekucje, samolotyszturmowe, przedśmiertnystrach -odmawiamy Drogę Krzyżową. Zabezpieczamy naczynia święte i wartościowe przedmioty, umieszczając je w korytarzach grzewczych i piwnicy naszego kościoła. To przypomina nam „złożenie do grobu". KOMENTARZE INTERNAUTÓW Marian Borodzicz: „Dziękuję INTERII za Pamięć o Żołnierzach 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Dziękuję za Pamięć o dniu 16 kwietnia 1945 roku.Mój zmarły Ojciec był ranny podczas forsowania Nysy Łużyckiej wToporowie. Wieczna Pamięći Chwała Żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego." Mirosław Pawłoś, Chełm: „Chwała bohaterom Ludowego Wojska Polskiego, o których teraz się nie pamięta podczas uroczystości państwowych oraz zapomina się o tak ważnych bitwach stoczonych od Lenino do Berlina." Gość ze Szczecina: „Chylę moją siwą głowę przed tymi poległymi polskimi żołnierzami. Bohaterom wszystkich bitew czy to na Westerplatte, pod Narwikiem, Tobrukiem, nad Anglią, pod Lenino, Monte Cassino, Arnhem, forsowaniem Wisły pod Dęblinem, bitwy o Kołobrzeg i Wał Pomorski, forsowaniem Odry pod Kostrzynem ~ 114~ i Siekierkami, forsowaniem Nysy Łużyckiej, bitwy o Budziszyn i Drezno, zdobywaniem Berlina i Bramy Brandenburskiej -wszystkim Bohaterom jest należna równa cześć i chwała za straconą młodość i przelaną krew dla Ojczyzny i Wolności następnych pokoleń Narodu! Dziękuję Władzom i Mieszkańcom Zgorzelca za dbanie o tą nekropolię godną Bohaterów tamtych czasów" REFLEKSJA OSOBISTA W kuferku po sztućcach mam kilka przyznanych memu ojcu odznaczeń, którymi Ojczyzna dziękowała swym żołnierzom za udział w walkach. Ojczyzna bywa chimeryczna. Owe blaszki nic nikogo nie obchodzą, bo peerelowskie honory raczej należy schować. Polegli nad Nysą, pod Commerau i wielu miejscach bitewcoraz mniej kogokolwiek obchodzą.Nastał czas nowych bohaterów. Nie to, żebym miała za złe czczenie pamięci wszystkich po drugiej stronie życia. Powtórzę słowa Internauty ze Szczecina: „wszystkim Bohaterom jest należna równa cześć i chwała za straconą młodość i przelaną krew dla Ojczyzny i Wolności następnych pokoleń Narodu!" t L 'N Ź iroyto^ Odznaczenia „Medal za Warszawę", „Medal za Odrę, Nysę, Bałtyk„Medal za udział w walkach o Berlin" i inne kombatanckie odznaczenia stały się nic nieznaczącymi blaszkami. ~ 115~ Co nas łączy, o co dzieli? W przepastnej starej szufladzie odnalazłam zapomniany i nikomu już niepotrzebny formularz spisowy wypełniony w październiku 1946 roku przez zdemobilizowanego, bez prawa powrotu do rodzinnego domu, żołnierza. Na drugiej stronie formularza „posiadacz" wpisał ruchomości przejęte w poniemieckim gospodarstwie: dwie szafy, dwa stoły, cztery krzesła, jedna kanapę, jeden kredens, dwa łóżka, jedna szafka z lustrem. -1 Wykaz Ruchomości Nazwa przedmiotu ' Przybliżona WartoU lub kompletu Opis przedmiotów cena przedni, przedmiotu w obecnym w/( oceny L. p. (wymienić ruchomości (materiał, jakość, leso stanie Kumisii Uwagiskładające się na wymiar) w/t cen powolnie) X sierpni* do szacunku komplet) 1M» r. i sprzedały l 2 .1 4 5 6 / ćf*su? l Gft/Q MoTj /0*T £ —— u — „ LC-C/lut A Oli &./> <7 30 x7 7 ' i $ /s*r V r— , £ cjkf q y —,,— /s*r t /ćuT, ii 1 Formularz,Wykaz ruchomości" — wypełniał osadnik wojskowy przejmujący poniemieckie gospodarstwo. Wszystkie „rucho — mości" były spisane i wycenione. ~ 116 ~ Wszystko wycenione na 125 zł. Dokument został urzędowo opieczętowany, podpisany przez członków komisji wyceniającej. To wiano, którym Polska Ludowa obdarzyła swego niedawnego żołnierza, zabrawszy mu, decyzją zawartych ponad polskimi interesami układów z Teheranu i Jałty, możliwość powrotu do domu rodzinnego w Plebańcach koło Brasławia w województwie wileńskim. To tylko na marginesie, alewzmianka wydaje się konieczna i znacząca. Janusz L. Wiśniewski w „Bikini" przypomina ten fakt i przyczyny jego utajnienia przed światem: w 1944 roku w Stanach zbliżały się wybory, a Roosevelt liczył na glosy licznej w USA Polonii. „Z punktu widzenia prawa międzynarodowego umowa jałtańska jest nieprawomocna. Było to tymczasowe porozumienie między aliantami na temat tego, co jest potrzebne, by jak najszybciej wygrać wojnę. Roosevelt i Churchill sądzili, że po jej zakończeniu zostanie zorganizowana specjalna konferencja tak jak po I wojnie światowej. Ze wszystkie konflikty, kwestie sporne dopiero wtedy zostaną przedyskutowane i rozstrzygnięte. Uwieńczeniem tego powojennego spotkania miał być oficjalny traktat pokojowy, zgodny z międzynarodowym prawem. Oczywiście teraz wiadomo, że taka konferencja nigdy się nie odbyła. A prywatne decyzje trójki przywódców nie zostały po wojnie zmienione. Kraje, które trafiły pod dominację ZSRR, odniosły więc wrażenie, że sytuacja, w której się znalazły, to efekt jakichś „prawomocnych" uzgodnień. Nic podobnego. Jałta nie była żadną „konferencją pokojową" i nie zawierano tam żadnych oficjalnych traktatów. Oczywiście osobną kwestią jest pytanie, dlaczego później nikt na Zachodzie nie próbował nawet dyskutować na ten temat, nie mówiąc już o jakichś zmianach, na-Wet gdy trwała już zimna wojna i ZSRR nie był sprzymierzeńcem Zachodu. To bardzo ciekawa sprawa" -sądzi znany historyk Norman Davis (Wiedza i Życie, 05/2005). Takim sposobem niedawny żołnierz z Wileńszczyzny przemierzywszy szlak bojowy II Armii przybył do Objazdy, by na nowo budować swoje życie po stracie brata i przyjaciół, bez domu -bo pozostał za nową wschodnią zamkniętą granicą. Dokument zatytułowany „Formularz spisowy" wydał się nam mteresujący również ze względu na adres: wieś Objazd, gmina Wytrowno, powiat słupski, województwo szczecińskie. W tej samej Pożółkłej kopercie na dnie szuflady ponad sześćdziesiąt lat przeleżał ,Wniosek o przyznanie prawa własności nieruchomości ziemskiej (rolnej) na Ziemiach Odzyskanych", opieczętowany okrążą pieczęcią o treści: „Biuro Ewidencji Ludności Wytrowno pow. słupski" ~ 117~ 49?3 O/T drn/iu 3 ^łije z nia A tyj5 r. M CiLjittnA fiibtfotetu Odbyła sit L ~ &^J4Z gminnej Qetd-» , nadaje r ob. urodzonemu dnia 4slMJ£u£' „ m.uuM 4i6uJ8og«-i W ktch ogladalnacb wetorynirymyrh, pnr wprowa dzeniu na tantowłaka (tar*). Jarmarki p->kai». pr» dawno, ale pamiętam go na targt publtaneh pcw xal» lowanlo ^ l»jow**h, na rtatkt Itp, «l«im uiyalnel adnotacji o n»nl» td wtórnym długiej lonży, jak staje dęba, — najdalej do dni T-i DOWÓD szarpie, do zmęczenia. Wte TOŻSAMOŚCI KONIA dy tato podchodził z chlebem albo marchewką, a on i Wo)ew<ł<łxt~o ' jadł z ręki. Poznawał zapach. (Wul5£ Był z nami przez długie lata, pracował razem z gospoda Seria E. NS J49775 rzem, był jego chlubą i dowodem zamożności. Ubożsi Na mocy rozporządzenia Ministra Spraw Wojskowych rolnicy mieli zwykle jednego i Ministra Spraw Wewnętrznych z 23 marca 1928 konia, a do cięższych prac roku właściciel musiał mieć „Dowód tożsamości konia". stosowano zasadę sprzężaju, która przeszła do lamusa razem z określającym je pojęciem -z chwilą pojawienia się na polach traktorów. Sąsiedzi sprzęgający konie traktowali się jak rodzina, tak było i w Objeździe. Pani Kazimiera Szubertowa wspomina ten czas, kiedy w kumy i na chrzciny proszono sąsiadów od sprzężaju. W czasie studiów, w połowielat sześćdziesiątych, zapraszałam na wakacjekoleżanki. Często zaprzęgałyśmykonia i jechałyśmy tzw. ślepą, czyli platformą na płozach po koniczynę lub kartofle do parowania dla świń. Jednego roku urządzałyśmy sylwestra. W planie ~ 126 ~ była wyprawa konno nad morze, do Poddąbia. Większość gości usadowiła się w saniach, ale jedna z koleżanek postanowiła jechać wierzchem. Na uprzęży! Zapamiętała przejażdżkę na długo: poszarpane spodnie, pokaleczone uda! Zapewniam, już nigdy nie siadła w ten sposób na konia. Końmi jeździliśmy „do bani", czyli jak powiedzielibyśmy dziś do sauny u kuzynów w Ob Kupiliśmy konia bez paszportu jeździe, gdzie czekały gorące ka -trzeba było go zwrócić. mienie, zimna woda i brzozowe witki. My, dzieci, wchodziłyśmy na króciutko, potem ciotka Janka Wieliczkowa zabierała nas na zbożową kawę i drożdżowe bułki do kuchni. Konie czekały przy „kobyłkach" z sianem. Konno jeździliśmy nad morze i do Wytowna, do parafii na procesje Bożego Ciała. Ojciec zaprzęgał kastę, czyli coś w rodzaju przyczepy i we wsi dosiadali inni. Najgorzej było z powrotem, bo trzeba było zjechać z machowińskiej górki. Całe szczęście, przy kole był hamulec na lince, który ojciec trzymał razem z lejcami. Konno, bryczką, do ślubu jechała moja siostra. Bardzo jej zazdrościłam. Dlatego, kiedy zbudowaliśmy dom, zapragnęłam mieć konia. Właściwie konika polskiego, klaczkę izabelowatej maści, beżową z jasną grzywą i ogonem. Okazało się jednak, że musiałabym ją oswo*ć, jak niegdyś ojciec Siwka. A szopa, w której chcieliśmy ją trzymać i Wybieg, zrobiły się naraz takiemałe. Nie, Mała wróciła do domu u Bożeny Smorawskiej wGardnie Wielkiej. Była bardzo zadowolona, radosnym rżeniem z daleka witała pasące się na pastwisku stado. Miała tylko dziewięć miesięcy i nigdy nie była odłączona od matki ~ klaczy. Nie miała nawet własnego paszportu. Stare siedliska kryją pamiątki o jakich nie śniło się ich właścicielom. Są wróżbą szczęścia i znakiem przeszłości. Jej symbolem Jest podkowa. Trzeba jedynie pamiętać, by otwartą stroną skierować do góry. Przy pracach wokół starej stodoły przy dawnym budynku szkolnym znajdowaliśmy podkowy, znak, że w stajni nauczyciela też były konie. Każda podkowa jest inna. Różnią się wielkością, kształtem, grubością. Widać, że robione były pod indywidualne zamówienie, a kowal brał miarę jak szewc. Mało kto wie, że jako pierwsi podkową zabezpieczali końskie kopyta Celtowie i Galowie przed dziesięcioma wiekami. ~ 127~ Przez wieki kowal i kuźnia były w każdej wsi. Kowal nie narzekał na brak roboty ani biedę, często zatrudniał pomocników „Świadczą o tym literackie przykłady -od motywu kowala w baśniach i podaniach, nowelach, jak choćby „Antku" Bolesława Prusa czy „Pieśni o ziemi naszej", gdzie Wincenty Pol pisze: „Kędy wioska, tam i woda, Kowal pijak i gospoda" Dobry gospodarz pamiętał, że konia trzeba przekuć co najmniej raz na dwa miesiące, by nadać kopytu odpowiedni kształt. Od tego zależało zdrowie konia, a jego nóg na pewno. Większość prac polowych, takich jak orka, bronowanie, wykopki, żniwa i sianokosy czy zrywka drewna wykonywano konno. W niemal każdym gospodarstwie był koń, najczęściej para, o które gospodarz dbał bardziej niż o siebie. Stały w stajni, dobrze karmione, by miały siłę i ochotę pracować. Dlatego parobek Kuba z „Chłopów" wcale nie miał gospodarzowi za złe, że wyznaczył mu miejsce przy koniach. Konie były dumą i pierwszą troską dobrego gospodarza. Większość maszyn przystosowana była do pracy w zaprzęgu konnym. Drobny sprzęt rolniczy wymagał napraw, konie trzeba było podkuć, a zimą podkowy zaopatrzyć w hacele, by konie się nie ślizgały. Stare podkowy kryją wspomnienia. Rarytasem są dawne dokumenty, takie jak: „Dowód tożsamości konia". Wszystko rozpoczęło się od Rozporządzenia Ministra Spraw Wojskowych i Ministra Spraw Wewnętrznych z 23 marca 1928 roku w sprawie ewidencji koni. W pkt. 19 i 20 określono obowiązki właścicieli koni. Nakazywało ono właścicielowi wyrobić dowód tożsamości konia. W tym celu wszystkie jednoroczniaki z gminy określonego dnia zbierano w jednym miejscu, gdzie poddane były oględzinom weterynaryjnym, po czym otrzymywały dowód tożsamości oraz orzeczenie o zdatności do służby wojskowej. Obowiązek ewidencji koni przetrwał do dziś w-z oczywistych względów -zmienionej formie i ma postać paszportu. Dziadek, Adolf Matulis, Poleszuk z Wielkopolski, poddał się obowiązkowi i zgodnie z rozporządzeniem przechowywał dokument, który okazał się trwalszy niż żywot konia i lata życia dziadka. Od dawna we wsi nie ma koni, widzę kilka na pastwisku w Bałamątku u pana Ryszarda Blocha, raczej do rekreacji, i u Tomka Garsta na Zydlągu. Nikt z koniem nie wychodzi w pole do pracy, a młodzież nie wie, co znaczyło słowo „sprzężaj". ~ 128~ Plebańce pod Brasiawiem. Historia sentymentalna O pisy dawnej wsi Plebańce dokumentują stare fotografie, pokoleniowa pamięć jej mieszkańców a nawet onomastyczna forma służebna nazwy miejscowej, potwierdzona kościelnymi dokumentami dekanatu brasławskiego, w skład którego wieś wchodziła. Współczesne techniki udostępniania zbiorów przychodzą z pomocą wścibslcim poszukiwaczom rodzinnych historii. Niemal powszechnie budujemy drzewa genealogiczne, szukamy korzeni, poznajemy rodzinną i krajową historię. Chwała zatem Internetowi 1 zdigitalizowanym zbiorom bibliotecznym. Upowszechnia się dostęp do kultury, a prowincja przestaje być pustym miejscem. Dotarłam do akt ,Wizytacji dekanatu brasławskiego 17821783 przeprowadzonej na polecenie biskupa wileńskiego Ignacego Jakuba Massalskiego" w opracowaniu Romualdasa Firkovićiusa z Litewskiej Katolickiej Akademii Nauk (Wilno 2008). Oryginał akt wizytacji kanonicznych parafii dekanatu Brasław w formie manuskryptu znajduje się wCentralnym Państwowym Archiwum Historycznym Litwy pod sygnaturą f.694 opis 1, nr 2305 -w zbiorze dokumentów biskupów wileńskich z lat 1468-1940. Akta te zapisane zostały pięknym kaligraficznym pismem w języku polskim przez jednego skrybę. Każdy protokół wizytacyjny kończy się podpisem: »Ks. Andrzej Lenartowicz, dziekan brasławski, pleban taurogiński 1 tauropilski, wizytator generalny" Plebańce oraz wsie Karolina i Raczuny, a także zaścianki Rubieżą, Przewozki i Czekalowszczyzna należały do plebanii brasławslciej wraz z folwarkami Muraż i Wisiaty, ponadto jeziorami Na-wiato, Cno, Pieremierce, Wojedko, Conko, Zagnojko i Snuda. We władaniu plebanii była też rybna rzeczka Drujka i Wojetycza. O uprawie roli tak napisano: „Na ziemiach wysiewa się do 15 beczek wileńskich, to jest 90 pudów jarzynnego zboża alterum tantum. Zyto się najlepiej udaje, jarzyna mizerna bywa." Wymieniam nazwy dla ich śpiewnego brzmienia i skrywanego uroku przeszłości. Wizytacja z roku 1782-1783 odbyła się według nowego porządku, to jest na podstawie formularza z zestawem 27 pytań -nazwanego modeluszem. Wizytację generalną większości dekanatów ~ 129 ~ przeprowadzali ich dziekani jako wizytatorzy, a od stopnia uszczegółowienia odpowiedzi zależał całościowy obraz parafii. Gotowość i chęć współpracy plebana z wizytatorem zależała od wielu czynników -stwierdza ks. Tadeusz Kasabuła. Mnie zauroczył język starych dokumentów, a z ogromnym wzruszeniem odczytałam na starej kartce odręcznie zapisane nazwisko mojego dziadka, którego nigdy nie widziałam. To chyba jedyny ślad istnienia, rodzaj nagrobka, bo fizycznego nie ma. Zarósł gdzieś na wiejskim cmentarzyku w Plebańcach, jak zarastają stare cmentarze w naszych wsiach na Pomorzu, i pewnie nikt go nie odwiedza. Tyle na tych starych kartach znajomych nazwisk, tych z rodzinnych wspomnień, ludzi którzy odeszli w niepamięć. Obok kościelnej kreśliła się linia historii świeckiej, barwnej, mimo kresowo -prowincjonalnego położenia miasteczka z liczbą tysiąca mieszkańców w połowie XVII wieku. W 1787 roku po raz ostatni odbył się tu sejmik powiatowy z udziałem 360 deputowanych, z których wybrano marszałka powiatowego. Później sejmiki zbierały sięw domu Michała Ogińskiego. W1792 król StanisławPoniatowski odnowił prawa miejskie i nadał miastu herb Oko Opatrzności. Po II rozbiorze (1793) Brasław był siedzibą województwa brasławskiego utworzonego na terenach północnej części dawnego województwa wileńskiego. W powstaniu kościuszkowskim zginęło stu brasławian -powstańców, a wójt brasławski Wincenty Aleksandrowicz trafił do niewoli. Rosjanie spalili miasto. Rok później, po III rozbiorze, województwo brasławskie przestało istnieć, miasteczko popadało w ruinę, licząc w połowie XIX wieku tylko 200 mieszkańców. W 1920 roku Brasław został zdobyty przez wojsko polskie i w 1922 został stolicą powiatu w województwie wileńskim w granicach Rzeczpospolitej Polskiej. Zmiany na lepsze zachodziły bardzo szybko, pod koniec lat 30. miasto liczyło blisko 5 tysięcy mieszkańców. Starosta brasławski Zelisław Januszkiewicz okazał się sprawnym i rozsądnym gospodarzem. Powstawały spółdzielnie rolniczo -handlowe, kółka rolnicze, koła gospodyń wiejskich, mleczarnie spółdzielcze, kasy Stefczyka. Miasto kwitło, stanowiąc centrum kulturalne i edukacyjne dla mieszkańców i okolicznych wsi. Do powszechnej siedmioklasowej szkoły w Brasławiu dzieciaki z Plebańców chodziły pieszo -4 km, latem i zimą. Do głównej drogi miały kilometr, a tam już był szlak przetarty. Zimą bliżej było na ~ 130~ skróty, przez jezioro Cno. Niektóre w zimowy czas pomieszkiwały u rodziny lub znajomych w miasteczku. Przy temperaturze poniżej minus 20 stopni nie puszczano dzieci do szkoły W czasie zadymki, ojcowie przyjeżdżali do Brasławia po dzieci saniami. Młodsze uczyły się w budyneczku w miejscu zwanym Wzgórzem Tatarskim w Jackowszczyznie. Nie ma już małej szkółki ani wzgórza, które zniknęło jako miejsce wydobycia żwiru. Od Józefa Chodźki dostałam plik zdjęć szkolnych z Brasławia przekazanych mu przez jego ciotkę. To również ciekawy dokument minionego czasu. Wracam do kościelnych dokumentów, jakbym odbywała podróż na Kresy, dawne Kresy Tyle tu szczegółów zwykłego życia, od opisów domostw, upraw, wzajemnych zależności. Dzięki barwie języka, odnalezieniu zapomnianych słów odkrywam dawny świat. Wieś Plebańce należała do dekanatu brasławskiego, ustanowionego w1669 roku, (akta biskupa Aleksandra Sapiehy), i parafii brasławskiej z kościołami filialnymi w Opszy, Pohoszczy, Plusach i Belmoncie. D/l Odręczny szkic wsi Plebańce wykonany przez Leonarda Turka z Sopotu. W czas wizytacji proboszczem brasławslcim był ks. Piotr Sam-s°n Toczyłowski, kantor prałat i „oficjał generalny wileński; wilcaryjuszów z filijalistami pięciu utrzymuje" -jak zapisano w protokole wizytacji. Parafia brasławska liczyła 62 poddanych, oraz „dysunitów Moskałów do 700 osób" [SJP: (dyzunita «prawosławny, który nie ~ 131 ~ uznał unii Kościoła prawosławnego z rzymskokatolickim, zawartej w Brześciu w 1596 r.»)], Żydów do 300 osób, ze szkołami w Brasławiu i Ospie. Docieram wreszcie do „Tabeli do plebanii brasławskiej należących poddanych z wyrażeniem ich majątku i powinności", gdzie odnajduję najbardziejinteresujące mnieciekawostki. Są tu znajome nazwiska: we wsi Plebańce Michał Turok na jednej włóce siedziebnego z czynszem rocznym 24 zł, zobowiązany do opłaty podymnego 6 złp i 2 gr oraz podrożczyzny ryskiej w wysokości 16 złp. W Plebańcach mieszkał również Lazar Turok, z jedną włóką siedziebnego, czynszem 24-zlotowym i podymnym takim jak sąsiad. Obaj byli tzw. „ciągłymi" zobowiązanym do czterech dni pańszczyzny w tygodniu i dwunastu „gwałtów" rocznie. Długo szukam wyjaśnienia zobowiązania zwanego podrożczyzną ryską. W tej sprawie konsultuję się z Józefem Chodźką, internetowym znajomym o wspólnych & AL -i korzeniach z Plebańców. Razem (//,orionrttttc-tlf fil ira /i u u / >1/'O jt o 19 " , fi tafi/' on U H > szukamy wyjaśnienia,które, okaitf •O/ t L d /l/Ujf ĆfiPOjl i Zjawiło/,',a| ĆiVOUo /i j -UH > zuje się, jest w tekście dokumencU tji Utt IłiOt/tfJlat.-( ł:i'łliuv/t+ tu. Otóż poddani zobowiązani (tOtfWirito O fi huo łfinuiŁiucJit 1tufon byli do wystawienia podwody do m ( /) .< f łj //tik 4fófr. Wilna (podrożczyzna wileńska) m.yOjJ.0 i$4U(/it < w 'ntouf haioiMsr lub Rygi. Zamiast fizycznego(imń/n/r/o-f ktf odbycia podróży, zobowiązanie tAi-ojton e4nł*ni CU itcuotunf»(«v n']/t4t./ yft on tUiłtUł/auH-/«'/ miało charakter podatku, tak Ć/l i'of^O>' W/1H/SK. thropau Urttttb Ułl itr' zwanej podrożczyzny ryskiej. , . . . % WfrtapWH clO&ftuT ty (f:<*i*-5 Jest w tym świadectwo stałych * y* -v•Młt/t.nct ia f hojtoitwero Moniłlot* ĆhyoftGh jfi(/•n względu na przygraniczne po (iyap-oii r im -Itffir. łożenie. Kontakty gospodarcze QJlt /' /)/.• it' wt ft hiCtUoo łonii lo< /tc t f:so*0)tr'eno tfrp £ tirje ojca o jego wyprawach handlo fthtffdh hułt»U<>U Ćfinr/i/rr'>rhix JM r. my.y wych na Łotwę podczas wojny.fyf/yujtti f, -r dttis/&. J//)*<•A Jtół/jy*-** r*~-S Który z przedstawionych był iiYtłjtOnrt*>ha tj/f.Jfuiua , /~*w >u J*'< ft/l roj/Oh /' trl<& £UH* gto} Im /U//UC( • pra-pra mego ojca? Ze byli jakoś^tmtcWi ht I fV /«< spokrewnieni, zakładam z góry. /ftiiłtM*M*. c/9 tt qttj. /y n (J/!*f/tliOh>ltO iduW# Cztery siedliska Turków (lub Turoków) były tu jeszcze w przed 1945 rokiem, kiedy bliź Zdigitalizowana „Alfabetyczna lista wiernych 1883-1933" dokument kościoła niaczy synowie Kazimierza TurNMP Królowej Jezior w Brasławiu. ka, mojego dziadka, oraz innych ~ 132 ~ dziewięciu chłopców poszło na wojnę. Orientacyjny szkic z tego okresu określający położenie czterech gospodarstw: Sebastiana, Kazimierza, Bonifacego i Antoniego przesłał mi pamiętający ówczesny układ Plebańców krewny z Sopotu. Współczesne Plebańce opisuje nieoceniony Józef Chodźko: »Jest rok 1989. Siedzę nad brzegiem przeuroczej rzeczki Drujki, której powolny nurt łączy dwa jeziora: Drywiaty i Cno. Zapatrzyłem się w kołyszące wodorośla i ławice przepływającego narybku. Siedzący obok syn po raz kolejny celuje wędką aż pod drugi brzeg, gdzie wśród szumiącego sitowia od czasu do czasu słychać plusk Wyskakujących z wody krasnopiórek. Za moimi plecami pole kukurydzy -jeszcze niewysokiej, koloru soczystej zieleni, migocące odbitymi promieniami południowego słońca. Wśród tej kukurydzy mały kurhan porośnięty krzewami. Z tej odległości, około dwustu Getrów, dostrzegłem małe drzewko wiśni, może dziczki, rosnącej samotnie pośród morza falującej zieleni. Ten wzgórek, to miejsce dla mnie magiczne, do którego powracam bez przerwy w myślach, to samotne opuszczone gniazdo, tętniące kiedyś życiem, śmiechem i modlitwą po polsku. To Plebańce -gniazdo Chodźków." Chodźkowie w Plebańcach zamieszkali później, natomiast z pewnością jest to miejsce, gdzie powinnam szukać własnych korzeni. W czasie wizytacji dekanatu brasławskiego w latach 1782-1783 dokonano spisu inwentarza i ludności. W owym czasie w Plebańcach Chodźków jeszcze nie było. W pobliskiej wsi Ruczuny mieszkał Jan Chodźko. Do powinowactwa Turków z Chodźkami musiało dojść w zgodzie z dawną niepisaną zasadą: „przygód szukaj w świecie, a żony w powiecie". W dociekaniu sedna tej prawdy znów nieoceniony okazał się Józef Chodźko, który przez pięć lat rozszyfrowywał rosyjskojęzyczne, wczęści pisane odręcznym, niezbyt starannym pismem „Księgi e§zaminów przedślubnych kościoła NMP Królowej Jezior w Brasławiu". Tam zapisano: „dnia 30 sierpnia 1858 roku w Brasławiu odbył się ślub Adama Chodźki -syna Jana i Agaty Suwikówny -z panną Heleną Turkówną z Plebańców, ur. w 1823 r." Do powinowactwa Turków z Chodźkami prowadzi następny wpis w księgach przedślubnych: „dnia 24 października 1882 r. w Brasławiu odbył się ślub Izabeli Chodźkówny, ur. w 1857 roku w Plebańcach z Antonim Turkiem ur. w 1849 r. też w tej samej wsi -oboje „stanu pracowitego". Moje powinowactwo z Józefem Chodźką jest zatem bezsporne, choć określić je można jako „wodę po kisielu". ~ 133 ~ W dokumentach kościoła NMP Królowej Jezior w Brasławiu odnajduję spisaną po polsku „Alfabetyczną listę wiernych 18831933, gdzie w roku 1883 roku widnieje nazwisko Kazimierza Turka, mojego nieznanego dziadka. Odnajduję nazwiska znajome, „plemieńców", jak nazywał ich mój ojciec, którzy po wojnie zamieszkali na słupskiej ziemi: Girsa, Buko, Ziemiec, Woronecki, Wieliczko, Ragiel. Mój ojciec nie żyje od dwudziestu lat, odeszli jego rówieśnicy, a my, ich dzieci, się nie znamy, choć w domowych opowieściach wracamy do tego samego miejsca, Plebańców pod Brasławiem. Chleb powszedni Obcą ziemię przenicował skibą, przewiązał się zgrzebną płachtą, napełnił ją siewnym ziarnem, potem szedł z wiatrem, rzucając. Czekał. Grabiami rozgarniał chmury, końskim ogonem omiatał miedze, zapachem obory ogrzewał nadzieję. Młynarz Wilhelm Wieliczko. Kiedy złotem się stała zieleń oziminy, wszedł w pole, roztań ciężki kłos. Na bruzdach dłoni zajaśniało ziarno: to chleb nasz powszedni -powiedział. Wnuk przyniósł w plastikowej reklamówce bułki z wiejskiego sklepu i jadł, nic nie wiedział o zapachu zboża. ~ 134~ Ballada o pieczeniu chleba K rzyż i dzieża wyznaczały dwa obszary świętości w chłopskim domu. W bochnie chleba spotykały się przestrzenie sacrum i profanum, czyli mówiąc mniej uczenie to co jest święte i świąteczne z tym co codzienne, powszednie. Miejsce wspólne -bochen chleba znaczony znakiem krzyża przed spożyciem powstawał w dzieży jak w kolebce. Stała w spiżarni przykryta lnianą białą płachtą, wyprowadzana stamtąd raz w tygodniu. Po każdym pieczeniu z jej ścianek trzeba było dokładnie zeskrobać resztki ciasta chlebowego, które stanowiły zakwas do następnego rozczynu. Dzieża zostawała czyściutka, lśniąca barwą drewna z podłużnym rysunkiem słojów. Na Podlasiu i Polesiu w dzieży sosnowej musiały być choć dwie klepki dębowe. W niektórych domach dzieżę przykrywano wiekiem ze słomy. Nasza babcia i mama wolały lniane przykrycie, uznając je za bardziej higieniczne. Dzieża była duża, w bocznych dębowych ściankach miałaucha, zaktóre łatwo było ją uchwycić. Tę w moim domu rodzinnym wykonał miejscowy stolarz i młynarz zarazem, Według kresowych przepisów. Rosło w niej ciasto na siedem dużych bochnów chleba, na cały tydzień. Na Polesiu w domu Julii Matulisowej, a później i w moim Nieistniejący młyn z Objazdy. domu rodzinnym dzieżę myto tylko w Wielki Czwartek. Dzień ten nazywano Czystym Czwartkiem i dobrze było, gdy również dzieci i w ogóle domownicy rozpoczynali go od kąpieli przed świtem, czyściutko. Teraz wiem, że zwyczaj to raczej prawosławny, ale na pograniczu kultur zrozumiały. Często w Wielki Czwartek dziewczęta wróżyły sobie urodę. Przed wschodem słońca zbierały się na brzegach rzek i jezior i tam czekały na świt. Jak tylko słońce wzeszło, rozplatały warkocze ~ 135~ i zanurzały włosy mówiąc: Wodo, oddaję tobie moje warkocze, a ty daj mi swoją urodę! Nawet pieśń powiada: „nie z każdej maki będzie chleb", więc dbano, by zboże na chleb było urodzajne, a ziarno suche i pachnące. Sprawą gospodarza była troska o mąkę na chleb, on wiedział najlepiej, które ziarno i który młyn wybrać. Do lat 60. ubiegłego wieku istniał w Objeździe czynny młyn drewniany typu holenderskiego. Ostatnim młynarzem i właścicielem był repatriant spod Brasławia w dawnym województwie wileńskim Wilhelm Wieliczko. Skrzydła (śmigi) potężnego holendra napędzane były siłą wiatru. Ruchoma kopuła umożliwiała ustawienie ich odpowiednio do kierunku wiatru. Drugi wiatrak typu „paltrak" (obracał się cały młyn osadzony na fundamencie) funkcjonował krótko po wojnie przy linii kolejowej w Bałamątku, gdzie młynarstwem i wypiekiem chleba zajmował się Tomasz Żaczek przybyły z Podgórza w powiecie łomżyńskim. Po żniwach i omłotach rolnicy jechali do młyna z żytem i pszenicą, przywozili do domu wory mąki. Ciekawy znajdzie wśród żarnowców na wzniesieniu za wsią kamienie z dawnych fundamentów młynów i piekarni. Niewielu pamięta dawną niemiecką nazwę Alte Miihle, co oznacza stary młyn i wiążącą się z tym legendą. Działo się to w 1847 roku. Młyn wodny w Bałamątku (Alte Miihle) zamienił się w rumowisko leżących w strudze kamieni z powodu bezduszności skąpego młynarza. Pewnego razu stanęła przed nim uboga wdowa, prosząc o wsparcie. Młynarz brutalnie wypędził kobiecinę, a ona w rozpaczy rzuciła przekleństwo, które spełniło się do joty. Tak fakt interpretuje legenda; w rzeczywistości młyn przestał pracować ze względu na niski poziom wody w rzeczce, a 75 hektarową działkę młynarza rozparcelowano między chłopów. Młyny wiatraczne powstawały masowo w XIX wieku, kiedy zastępowano nimi młyny wodne. Pod koniec wieku było ich około 6 tys., najwięcej w Wielkopolsce i na Pomorzu. Niemal każda wieś pomorska miała co najmniej jeden wiatrak. Były oznaką postępu i dumą wsi. W Bukowie w obszarze ekologicznego gospodarstwa rolnego pana Kazimierza Tura istnieje młyn wodny, który gospodarz chce przywrócić do dawnej świetności. Życzymy powodzenia. Do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku każda gospodyni za punkt honoru stawiała umiejętność pieczenia chleba. Któż by chleb kupował!? W piątek pod wieczór mama rozczyniała chleb. Do zakwasu w dzieży wlewała wodę w takiej ilości, by już więcej nie dolewać. Rozprowadzała w niej zaczyn, dosypując nieco mąki. ~ 136~ Kilka razy przemieszała, a rano zaczyniała chleb, dodając odpowiednią ilość mąki, drożdże, gotowane przetarte kartofle i jeśli ciasto było za gęste, nieco zsiadłego mleka lub maślanki. Długo wyrabiała ciasto. Kiedy podrosło, jeszcze raz miesiła. Patrzyliśmy jak zaczarowani, z jakim trudem w ciąga ręce z gęstego ciasta, jak ono staje się lśniące i odchodzi od ręki. Wtedy brzegiem dłoni odciskała znak krzyża, przykrywała ciasto i zostawiała do wyrośnięcia. Po południu wyrośnięte wkładała na blachy, a kiedy ich było mało na liście chrzanu, żeby znów wyrosło. W wielu domach zasada ta przetrwała do dziś przy wypieku świątecznych ciast, chociaż nawet małe wiejskie sklepiki i piekarnie oferują najrozmaitsze. Domowe ciasto na święta to po prostu konieczność. Zamożniejsze gospodynie miały własne piece chlebowe, inne korzystały z pieców wiejskich, stawianych zwykle w Wygodnym miejscu. W Objeździe taki piec stał w centrum wsi, na wysokości dzisiejszej posesji państwa Duszyńskich, Gertrudy i Ryszarda. W gospodarstwie moich rodziców w tak zwanym parniku, pomieszczeniu między częścią mieszkalną i gospodarczą budynku, stał duży ceglany piec chlebowy, w którym raz w tygodniu mama wypiekała siedem bochnów chleba. Piec opalało się drewnem tak długo, aż wewnątrz cegły zbielały. Po włożeniu chleba, piec zamykano drewnianym deklem. W sobotę wieczorem po całym domu rozchodził się zapach, czekaliśmy na chrupiące kromki, ale jeść można było dopiero po ostygnięciu. Rozkrawanie rozpoczynało się od znaku krzyża na bochnie i zjadaliśmy chleb do ostatniej skibki. Wyrzucenie chleba traktowane było jak świętokradztwo. Przez jakiś czas w gospodarstwie był pastuch, nazywał się Pacek. Rano zabierał na odległe pastwisko kilka pajd chleba i butelkę czarnej kawy. Kiedy wieczorem zganiał bydło, czekaliśmy na niego z niecierpliwością, bo przynosił nam skórki od zajączka. Dzieliliśmy się nimi sprawiedliwie jak każdym rarytasem. Dziś wiem, że starszy człowiek okrawał skórki, których nie mógł zgryźć. -Nie wyrzucał ich, a rodzice dobrze wiedzieli, jaka jest prawda o zajęczym chlebie. Jak to się działo, że nasze matki miały czas chleb upiec, z dziećmi rozmawiać, w polu i w obejściu zdążyć z robotą, prząść, na drutach narobić swetrów, skarpet, rękawic? Pójść do kościoła na majowe, sąsiadce pomóc, gdy była w połogu. Doba była dłuższa, czy jak? ~ 137~ Miała matka trzech synów P ani Krysia Szybicka przekazała mi dziewięć szkolnych zeszytów z zapiskami jej wujka, Romana Zuba. Pozostawił je w domu, gdy wyjeżdżał do Krasnobrodu. Zapisywał w nich dawne młodzieńcze wspomnienia i bieżące wypadki, przepisy cukiernicze i informacje o ślubach i pogrzebach wObjeździe. Tych zapisków, mających osobistycharakter, nie przekazałdo biblioteki. Ale też ich nie zniszczył. Część zawartych w nich informacji zapisał w „Pamiętniku" i „Kronice Objazdy". Inne pozostawił „na lepsze czasy". Orientował się przecież w meandrach politycznych sympatii. jptf. f&jTbeb 1 * UtlJco-o/i&j ui O&jŁijciśAje,, tudźczhlrie-,SthJru&j * flJJteJZMcjtOTi Z f f*' *V' U LAj ^ Qt-jz.zcł7xJ^ • Z. Ir dc SŁ~pt^dL r . f r. > u/ v>. w». cJi*tAj£g , ^JłM.?UL */2 -*»yn&b c..r k. ' H li i£ P£> iT -?£r* ^-icJzle, jpfv. RnLed^fue b+t^dUim Cj£/Y $i~n ty' rf-v^nŁorui> — szM^JU. Romana Zuba. ~ 138 To skarbnica wiedzy o człowieku i jego czasach. O tym, jak łatwo sądzić, gdy historię mierzy się ilością zapisanych stron, a jak trudno dokonywać wyborów, gdy stawką jest życie, rodzina, honor, Wartości przekazywane od pokoleń. Takich wyborówdokonywało pokolenie1920, rocznik Romana Zuba. W jego zeszycie przeczytałam taką historię: „Na przełomie miesiąca września i października 1944 roku ukazało się obwieszczenie o powołaniu mężczyzn na komisję i zgłaszaniu się do II Armii Wojska Polskiego. W tym przypadku zgłosiłem się na komisję w Zamościu, na której zostałem przyjęty, ale odroczony na trzy miesiące ze względu na owrzodzoną bardzo prawą kończynę. W tym Wypadku powziąłem leczenie tej nogi, a W dalszym ciągu po-Pnjujtie je^zczt h/ pi&H&zych ckustźdi 2 bdi, magałem w pracy w jzcizaia&Tiz&p-1 pvzt/z nntjir. ótćf, Kołodziejcv*k<3 piekarni kolegi. Jed tyzrunmi 1C nak w tym okresie diA-r Ko&u&lny irruLJjti, jako khicurtet nie wszyscy koledzy, Oio ki>-nCQ /9&0 <7, .tjpuzUĄŹ ZaUŹZr ma joo-Tc^n — 'YUjż&łishofie, o y&ejfe. 9-Ttj.&.Wzmcy naA tolwttoiJi, którzy byli związani /V«szy5cy fcolźfey fayll ^Mynu.zijbath^tvi. z org. AK, zgłaszali Marian lJdk KoZirun, bardzo brutalnie i ci, którzy zajmowali się Tmnc.i szek Uc/iacz -Ovk, Szkć-tno-tnMcIt już odbudową powoT&noy tj P\Gp«.rctu « iródtcł. mu zbrodni niemieckich w świetle orędzia polskich &cal karz biskupów Temat był formułowany w zależności od Pierwsza strona „Kroniki Objazdy" Romana Zuba rodzaju szkoły, ale pojawił zdigitalizowana przez Emila Raczyńskiego. się obowiązkowo. ~ 144 ~ Tymczasem Objazda, od 1954 roku wieś gro ROK ms madzka w województwie '1/J d/rtiu. póZ htjratry e Z cAbrzUiy że w Objeździe milenijne t .yZoicw /mitu. MiłuuiĆ lUÓj program WtgiJgczny UŚmttlij mi CĄarrtOhio. Ma program zlc^tj fU!)ieini maione• Judo** obchody były obce wiej tsrał iźtuLa ri. Cholńiiclej u polu. mć j g rb<(o skiej społeczności. Trudno dziś ustalić czy zadecydowała osobista inicjatywa Kartka z „Kroniki Objazdy" Romana Zuba. bibliotekarza, czy sugestia odgórna, ale od pamiętnego roku 1966 Objazda szczyci się własną »Kroniką". Strona wstępna brzmi tak: „Kronika ta zostaje założona dla uczczenia Tysiąclecia Państwa Polskiego. W zapiskach tej Kroniki zebrany będzie materiał faktograficzny i zdjęciowy uporządkowany możliwie chronologicznie począwszy od 1945 roku. Obejmie on ważniejsze wydarzenia z dziedziny kultury -(działalność zespołów artystycznych itp.) oraz biblioteki Gromadzkiej w Objeździe. Opisy faktograficzne i zdjęciowe pragnę przedstawić wiernie oraz zgodnie z prawdą w większości w oparciu o własne źródła. Kronikarz" W ten sposób powstała „Kronika Objazdy" spisana odręcznym pismem, ilustrowana przez kronikarza osobiście wykonanymi fotografiami, wycinkami z prasy, wpisami Gości odwiedzających bibliotekę. „Kronika" składa się z dwóch ponadstustronicowych ~ 145~ zeszytów formatu A4. Pierwszy obejmuje lata 1945-1966, drugi jest zapisem zdarzeń z lat 1967-1975. Ostatnie wpisy w „Kronice" należą do dr Mieczysława Pietrusiewicza, wykładowcy Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku, poetki Marty Aluchny -Emelianow oraz Wacława Włodarczyka. Każda z postaci wnosi fakty i emocje, do których, jak i do treści całej „Kroniki" warto wrócić. Tymczasem dla informacji dodam, że obie części zostały zdigitalizowane w grudniu 2006 roku przez Emila Raczyńskiego z Objazdy i przekazane przez niego w takiej formie Bałtyckiej Bibliotece Cyfrowej. Poza „Kroniką" istnieje „Pamiętnik", również w wersji elektronicznej, w którym autor „Kroniki Objazdy" opowiada własne dzieje. •1952 06 olTium j.A-iyoZr. rozpoczyna, prate na błanowistuu ki&r, ^iMocrekC Cjminazj ok* ZlcmoLn, Zoub . jfodUiy tei iUioiecc mlnnej hfyłv*mo kT OtycidzU (fraz Z lutłracji punktiu h%Uioł% Kartka z „Kroniki Objazdy" ze zdjęciem autora. Nie wymieniłam dotychczas nazwiska kronikarza z przekonaniem, że również w ten sposób opiszę część jego osobowości, człowieka drugiego planu, skromnego, wyciszonego, pozornie niewidocznego, a mimo to prawdziwego animatora wiejskiej kultury. Roman Zub, kronikarz Objazdy, urodził się w roku 1920 w kilkutysięcznym wielokulturowym Krasnobrodzie, dokładnie w dzielnicy Podklasztor, w małym domu na wprost klasztoru dominikanów i kościoła pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej ~ 146~ Marii Panny, ufundowanego przez Marysieńkę Sobieską za cudowne uzdrowienie wKrasnobrodzie. Dziecko było słabiutkie, więc rodzice, ufni w ozdrowieńczą moc słynnego sanktuarium, ochrzcili je następnego dnia. Malec wzrastał wśród rodziny, a historia pisała scenariusz ciekawego, acz trudnego życia. Miasteczko Krasnobród słynęło charakterystycznymi drewnianymi domkami z podcieniami, posadowionymi przy wąskich uliczkach oraz pamięcią zdarzeń i bohaterów czasu powstania styczniowego, za co Krasnobród pozbawiony został praw miejskich. Przez wieki współistniały tu obok siebie religie: katolicka, żydowska, unicka ze skomplikowaną historią, oraz prawosławna. Obraz tamtego czasu w rodzinnym Krasnobrodzie Roman Zub odnotował w „Pamiętniku" w bardzo oszczędnych słowach: „(...) w Krasnobrodzie w latach międzywojennych istniały tu 3 piekarnie polskie i 18 narodowości żydowskiej." Współcześnie nie ma nawet śladu wspólnej historii. Nikt nie pamięta zapachu koszernego chleba ani nazwisk właścicieli maleńkich piekarni. Żydów okupanci wymordowali w masowych egzekucjach w 1942 roku, „szczęśliwcom" udało się uciec na sowiety, spłonęły 54 żydowskie gospodarstwa, wskutek dewastacji począwszy od wojny przepadły kirkuty, a ich blisko trzyhelctarowy teren porósł las, kryjąc kilka fragmentów macew. Ale wtedy, kiedy istniał stary świat, historia miała inny smak, a Roman Zub poznał ją w najprostszy sposób: słuchając opowieści jej uczestników, również opowieści niewidomego ojca Ludwika. Na jedynej zachowanej fotografii ojciec, szczupły starszy mężczyzna siedzi na krzesełku przed domem, niczym Wernyhora, z długą siwą brodą i rozpuszczonymi siwymi włosami w towarzystwie córki i Wnuczki. ,yV długie zimowe wieczory często przysłuchiwałem się opowiadaniom niektórych sąsiadów o przeżytych wojnach, a ich rodziców o powstaniach, o podróżach po obcych krajach w poszukiwaniu pracy i chleba. (...) Miałem wtedy może 6-7 lat" -pisał r. Zub. Kiedy miał dziewięć lat, zmarł jego niewidomy ojciec Ludwik. Dlatego z oddaniem przywiązywał się do nauczycieli. Kiedy po latach sięgał po szkolne pamiątki, z szacunkiem i wdzięcznością wspominał dawnych nauczycieli: „Jedyne moje zdjęcie z tego okresu z grupą kolegów tak ważnej drużyny ZHP i nauczycielem I-Mazurkiem, drużynowym, nauczycielem matematyki, który był bardzo dokładny i wychowywał nas na dobrych patriotów Polaków. Każdy z nas miał w sercu hasło „Bóg -Honor -Ojczyzna". Szukałam informacji o tamtym czasie. Jak zawsze niezawodny okazał się internet. Na stronie domowej Zespołu Szkół ~ 147 ~ Fotografia z „Pamiętnika" Romana Zuba. Podstawowych im. 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich w Krasnobrodzie zapisano: „Trudno ustalić datę założenia szkoły. Jeden z żyjących mieszkańców wspomina, że było to w roku 1937, gdy prezydentem RP był Ignacy Mościcki. Szkoła nosiła imię Stanisława Kostki a kierownikiem był pan Ostrowski. W czasie II wojny światowej szkoły jako takiej nie było. Budynek został spalony już na początku działań wojennych w 1939 r." Tymczasem znajdujące się fotografia i opisy z 1933 roku w „Pamiętniku" Romana Zuba dowodzą, że szkoła powszechna w Krasnobrodzie miała dobrych, wykształconych nauczycieli, wychowywała młodzież przez różnorakie formy zajęć nadobowiązkowych, oraz że w szkole działała organizacja harcerska. Na fotografii wklejonej do „Pamiętnika" wśród licznej grupy uczniów w harcerskich mundurkach i czapkach siedzi młody mężczyzna, w garniturze, białej koszuli, krawacie, bez nakrycia głowy. To według opisu autora „Pamiętnika" J. Mazurek, nauczyciel matematyki, drużynowy. Trzyma tablicę z napisem: „I KDH Tomaszów Lub. 21-V-1933 r." Prawdopodobnie skrót oznacza Pierwszą Krasnobrodzką Drużynę Harcerską na obozie lub biwaku w Tomaszowie Lubelskim w maju 1933 roku. Trzynastoletni Romek Zub wspomnienie i fotografię przechowywał z pietyzmem, a wyniesione ze szkoły ideały i zobowiązania realizował przez całe życie. ,yV szkole należeliśmy do orkiestry szkolnej mandolinistów w Krasnobrodzie. Orkiestra mandolinistów liczyła ok. 35 osób, prowadził ją ~ 148~ kier. szkoły Powszechnej wKrasnobrodzie muzykT. Ostrowski. (...) Prosiłem (koleżankę Bogumiłę Uchacz -przyp. cdi) o przekazanie ode mnie wdzięczności i zobowiązania cichego, że będę starał się też przekazywać wiadomości muzyczne innym bezinteresownie" pisał kronikarz. Po wojnie pan Ostrowski został inspektorem oświaty w powiecie biłgorajskim. Nie wiem natomiast, jaki los spotkał młodego matematyka. W lipcu 1936 roku szesnastolatek Romek Zub z Krasnobrodu zgłosił się do piekarni Antoniego Rycaka, gdzie podjął pracę w zamian za naukę, wyżywienie, prawo do zaopatrzenia raz w tygodniu w pieczywo własnej rodziny oraz skromne kieszonkowe. Po kilku miesiącach nauki potrafił upiec kilka gatunków chleba: jasny, razowy, ciemny, nie miały przed nim tajemnic poznańskie chałki, obwarzanki, rogaliki, kajzerki ręcznie formowane, drożdżówki. W zasadzie czuł się przygotowany do zawodu piekarza i mógł podjąć pracę w jednej z trzech polskich piekarni: u pana Rycaka, u którego pobierał naukę albo u pana Stachowskiego, albo u pana Klejny. Zdecydował się pozostać w dotychczasowym miejscu, pracował, a w wolnym czasie spotykał się z kolegami na rower albo muzykowanie. Młodzieńcze wyprawy rowerem z Pawłem Ulanowskim, kąpiele w Wieprzu w pobliżu Majdanu Wielkiego z kolegami S. Uchaczem, Tadziem Gugałą, Zbyszkiem Chruściewiczem wydawały się beztroską zabawą. Chłopcy uczyli się języków (niemieckiego, Heap9s-Verpfla£;ua£3-Aiit. Za»ose> ctea £8.4 Zanc• AB Harra K rei sh au pt imBii Zanośc» po j & .Eh.uK «r Z u & K ań wohnhaft "i* K F&SĄIObno ist iri ler Bacfc erei ćies K.V„A.Zaiiosc ais hacker tati^. Dia hiesi^e Dienstst elle bittet den Zutj^łcrian iie bei seines Fahrrad.es zu besoftaiai . X / ~ »Polski piekarz Zub Roman mieszkający w Krasnobrodzie pracuje w piekarni w Zamościu. Lokalny dyżurny prosi o pozostawienie jego roweru". Takim pismem legitymował się w drodze do pracy Roman Zub. ~ 149~ francuskiego, angielskiego), w domu Uchaczów organizowali wieczory muzyczne, grając w kwartecie. Coraz częściej w beztroski świat wkradały się raz po raz groźne informacje: „Sięgając do wydarzeń i komunikatów z sierpnia 1939 roku, próbowałem sobie po swojemu uświadomić, że faktycznie wojna jest nieunikniona. (...) Jedno zjawisko, które było widziane w Krasnobrodzie w końcu czerwca lub w początku lipca (nie zanotowałem tego) -wyglądało w ten sposób: w piękny słoneczny dzień, ok. godz. 11:00 do ok. godz. 12:00 oprócz normalnego „Słońca" pojawiły się jeszcze jakby 4 punkty słoneczne, które były widziane przez wielu ludzi w mej miejscowości rodzinnej. Do dziś nie starałem siędochodzić do tego naukowo, ale wtedy 1939 roku przypisywano to pewnym proroctwom (...). (Oczywiste były realne symptomy zwiastujące wojnę: mobilizacja, pobór rezerwy komunikaty radiowe.) A. 1 września usłyszeliśmy, że wojna jest faktem. (...)Śledziliśmy codziennekomunikaty radiowe. (...) A tu już nadchodziły wieści ze źródeł nieoficjalnych, że Niemcy wdarli się już daleko w głąb naszego kraju, a już 5,6,7 zobaczyliśmy uciekinierów, którzy szli na wschód, myśląc że tam bezpieczniej?" Trudno dziś jednoznacznie orzec, co było bezpośrednim doświadczeniem chłopaka z Podklasztoru, pracującego w piekarni pana Rycaka, a co wiedzą powszechną, przyswojoną później. Nie znalazłam w „Pamiętniku" oficjalnych informacji o ostatniej szarży ułanów, czym chlubi się współczesny Krasnobród. 23 września 1939 miała tu miejsce szarża 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich podpułkownika Stachlewskiego: „o świcie pułk otrzymał rozkaz natarcia na Krasnobród po osi Krynice -Suchowola. Generał Anders przekazał płk. Stachlewskiemu decyzję: działać w szyku konnym na wioskę i klasztor; zejść po stoku na dół i po przejściu Wieprza rozwinąć pułk do natarcia. Do zdobycia Krasnobrodu dowódca pułku wyznaczył pierwszy szwadron por. T. Gerleckiego, drugi rtm. H. Roycewicza i szwadron kolarzy ppor. Śrutki" -znajdujemy zapis w internetowej historii miejscowej szkoły. Bitwa była zwycięska, ale okupiona śmiercią wielu żołnierzy. Na cmentarzu w Krasnobrodzie spoczywa ich pięciuset. Ostatecznie 25. Pułk Ułanów Wielkopolskich ogniem artyleryjskim rozbili sowieci 27 września 1939 roku. Refleksja o tragicznych zdarzeniach Września z pewnością rodziła się później. To zrozumiałe, gdy każdy dzień przynosił nowe niespodziewane zdarzenia, a stawką było życie. W październiku 1939 roku, kiedy okupacja niemiecka stała się faktem, mgr Stefan Kołodziejczyk, syn organisty zorganizował ~ 150~ w Krasnobrodzie dziesięcioosobowy czterogłosowy chór męski, który śpiewał zawsze na porannym nabożeństwie o godzinie 9-ej. Roman Zub wszedł w skład chóru, o czym pisze w „Pamiętniku". Wciąż pracował w piekarni, do pracy jechał rowerem przez las. Dla własnego bezpieczeństwa postarał się o stosowne zaświadczenie władz okupacyjnych, umożliwiające bezpieczny SkUtd przejazd. W okresie od 20 Xt^jdcLc -6^rojdois^o hi JiaiLucM, października 1941 roku do 15 lipca 1944roku podlegał . olttaiU CD-€6m&> Jr&u*.' Obj&zeLo^), obowiązkowi koszarowemu JrroĄr-cLM tyf-bjihjcz. władz okupacyjnych. y^j Ar dilUJt blljtiLdtk,10Hf.xi.br. Wspomnienia jak u SAJL ur Objeździe. żywe powróciły, kiedy dzięCzionLowćt •. ki programowi „Pegaz" /• kJO*\tjiUL jl,(joiit&rt kcnlh.nfcj TVP odnalazł kolegę Jerze4 ó' tć<*,cJwd Judeuw Oj. Pix.ru,ii*Afyidc/s, go Pawłowskiego. Pracowali Cjoi-jbZaiCJ. w piekarni razem, wspólne 4' M&tCa /li. U&TawźJt SdwMd były ich przeżycia z okresu o, Atatcićde jćryjym Ib, iktoldu im&Gty&Uć skoszarowania w Zamo6. M 0MXiU.k 1988 roku w domu Roma 40. ZemUJc. fózstfa ILh hf&eUjĄU na Zuba i Stanisławy Janus 44. &iA> c^a6trUl >Cub fco yri&A*. w Objeździe. Wspominali W rrruL2AjCintji kolegów, wspólne przeżycia A. I"«A -T yićfljt)c€ 1 grane wówczas melodie. i>* -oii-cfot. i-Jo ft ik-fz. Nie, nie zapomnieli ich, ale 3' Ź&uisltJc Joltl -kcsrma^iló^ Ztf. teraz brzmiały inaczej. filtAtru+iAic frcłtfurd pę. r'KAJL%y&., Wtedy w smutnych laafoTftCOPJ. tuloźbi -t&JJD J2O?>UUC tach czterdziestych poznał * chłopaków z pacyfikowanych powiatów: zamojskie Kartka z „Pamiętnika" Romana Zuba. go, biłgorajskiego, tomaszowskiego. Byli wśród nich chłopcy ze Zgierza (Janek Łatecki), z Wągrowca, Tyszowca. Fotograficzna opowieść Romana Zuba skupia się na opisaniu kolegów i ich pasji muzycznych. W koszarach spotkał nieznanego kuzyna Stanisława Adamczyka, ale tym, co najbardziej zainteresowało piekarza Romka, była sześciorzędowa harmonia chromatyczna kuzyna. „Zaprzyjaźniliśmy się i często w czwórkę graliśmy z innynii kolegami" -napisze w „Pamiętniku". Wspólne muzykowanie ~ 151 ~ ułatwiało przetrwanie trudnego czasu. „Gdy nadszedł rok 1944 w kręgu piekarzy w koszarach w Zamościu rozmawiano i rozmyślano, co będzie, jeśli front wojenny będzie zbliżał się. Jak będzie z nami? Już w tym czasie pracując, rozmawialiśmy między sobą, z tutejszymi miejscowymi piekarzami oraz tymi, którzy byli skoszarowani. Wszyscy uzgodniliśmy, że będziemy sobie wspólnie pomagać. I kiedy Niemcy mieli nas w koszarach zatrzymać, a później przewieźć w kierunku Częstochowy, nie wypuszczano nas od 15 lipca 1944 roku. Tylko miejscowych wypuszczano do domu. Porozumieliśmy się z nimi i przy ich pomocy przeprawiliśmy się przez parkan, ogrodzenia drutami i inne dziury, a też i wartę, która koszar pilnowała. Wszystkim skoszarowanym udało się przeprawić, do kogo kto mógł. Później już na swoją rękę każdy się lokował. Pozostał tylko jeden starszy piekarz dziadek Kotyński z Poznania." Po ucieczce z koszar w Zamościu Roman Zub schronił się u rodziny Ciosów. Po kilku dniach spotkał się z Jurkiem Bełzem. Młodość ma swoje prawa, a muzyka była dobrym pretekstem do spotkań. Pisał: „Grupa artystyczna amatorów, która pod koniec 1944 i cały 1945 rok pod kier(ownictwem) Antoniego i Feliksy Kurnatowicz organizuje się w zespół folklorystyczny i estradowy, który opracowuje inscenizacje, skecze i piosenki, a później tworzy 2-godz. rewię z kupletami itp. W tym okresie grupa występuje na terenie pacyfikowanych powiatów: zamojskiego, tomaszowskiego, biłgorajskiego ożywiającnaszą skromną kulturę, którejwszyscy byli tak spragnieni. Z opłat za bilety grupa korzysta tylko na drobne rekwizyty, na wyjeździe na herbatkę i kanapkę. Resztę przeznacza na remont zniszczonego przez wojnę klasztoru w Krasnobrodzie. (...) Należy tez dodać, że większość z tej grupy to grający na różnych instrumentach, samorodni poeci i malarze." Doświadczenia nabyte w Krasnobrodzie zaowocują w przyszłości. Pod koniec 1946 roku Roman Zub z, jak napisał: „liczną grupą rolników z pow. zamojskiego wraz z młodzieżą w wieku 1620 lat", przyjechał do wsi Laski, czyli Dębiny w gromadzie Objazda. „Po kilkudniowym pobycie i częściowym poznaniu terenówcała młodzież uchwaliła zorganizowanie zespołu artystycznego (...). Na trzeci dzień zabrano się do pracy i za 7 dni program był już opracowany, którego premierę wystawiono u siebie wLaskach. (...) Zkolei proszono zespół o wystąpienie ze swym programem artystycznym w dużej sali w Objeździe i w dniu następnym 10 listopada 1946 roku wystawiono program w dużej sali i na dobrej scenie. (...) Od tej pory zespół opracowywał nowe programy artystyczne, włączając ~ 152~ część młodzieży miejscowej z Objazdy i współpracował aktywnie do 1950 roku." W taki sposób, śpiewem, muzyką, działaniem wśród młodzieży Roman Zub wpisywał się w nowy czas i nowe miejsce, przyjmując od 1949 roku obowiązki bibliotekarza. Dziś wiejska biblioteka w Objeździe nosi jego imię, a we wsi nie ma osoby, która nie wiedziałaby, kim był Roman Zub. „Latem 1952 roku Urząd Gminy przeniesiono do budynku po właścicielu tartaku, należącego obecnie do Lasów Państwowych. Bibliotekę Gminną przeniesiono i uruchomiono dopiero 1 X 1952 roku. Ulokowano bibliotekę przy posesji Antoniego Idzikowskiego. Na kierownika biblioteki zatrudniono ob. R Zuba. Biblioteka liczyła wtedy ok. 1500 książek" -zanotował kronikarz. Przez wszystkie powojenne lata był bibliotekarzem, organistą, akordeonistą na wiejskich weselach, zabawach i młodzieżowych potańcówkach, założycielem i kierownikiem dziecięcych zespołów mandolinistów, wiejskim fotografem, zapalonym pszczelarzem, nawet zegarmistrzem. Przez całe życie pisał pamiętnik, a jako bibliotekarz prowadził wiejską kronikę. Dziś to nieoceniony dokument wiejskiego życia, które splatało się z wielką historią i polityką. „Kronika Objazdy" jest unikalnym dokumentem minionego czasu. Kogoś razić mogą fotografie dekoracji z okazji świat państwowych, wycinki prasowe, relacje i akcje. Roman Zub z Objazdy nigdy nie pełnił żadnej funkcji politycznej. Rejestrował zdarzenia swego czasu -bez retuszu oddawał klimat tamtych lat. Zobowiązanie podjęte z okazji milenium wykonał z nawiązką. Wcześniejsze lata rekonstruował na podstawie własnych zapisków i fotografii, bez fabularyzacji. Martwił się, gdy zabrakło kalikantado ręcznej dźwigni starych organów, bo jak miał odpowiadać celebransowi w czasie mszy. Cieszył się, gdy dziecięcy zespół mandolinistów, w którym pobierałam podstawową edukację muzyczną, zdobywał laury na powiatowych przeglądach zespołów dziecięcych. Był dumny, gdy amatorskie przedstawienia teatralne, które reżyserował, publiczność nagradzała brawami. W bibliotece organizował konkursy czytelnicze i potańcówki. Nie używaliśmy wówczas tego pojęcia, ale wiem teraz na pewno, że Roman Zub był animatorem życiakulturalnego wObjeździe. Ale pozostanie przede wszystkim Kronikarzem. Pod koniec życia wrócił do Krasnobrodu, gdzie pozostali jego najbliżsi, by wśród nich spocząć na krasnobrodzkim cmentarzu. Zmarł w 2004 roku. ~ 153~ Dwa zdania o księdzu Janie Ziei w Kronice Objazdy N ie wierzę w sens tworzenia historii alternatywnej. Dlatego najpierw fakty. Wszystkie niemal powszechnie znane, ponieważ działalność i poglądy księdza Jana Ziei zostały dokładnie opisane przez profesjonalnych historyków i dziennikarzy. Najobszerniejsza i ceniona jest monografia „Zycie Ewangelią" w formie zapisu rozmów Jacka Moskwy z ks. Janem Zieją, która została wydana w 1991 roku w Paryżu w cyklu „Świadkowie XX wieku". Słupski historyk Zdzisław Machura w publikacjach „Cztery słupskie lata" (Słupsk 2006) i „Był tu wśród nas na słupskiej ziemi" (Słupsk 2007) opowiedział o posłudze ks. Jana Ziei w parafiach w Słupskiem wlatach 1945-1949. Są to rzetelnie opracowane dokumenty uzupełnione szczegółowym kalendarium. W ostatnim Zdjęcie ze strony internetowej „Moja Alma Mater" Tadeusza Widnego. ~ 154 ~ czasie w regionalnej prasie ukazał się kolejny ciekawy artykuł pana Machury: „Dom Matki i Dziecka w Słupsku", w którym autor przedstawia starania lcs. Ziei o utworzenie potrzebnej miastu placówki. Dzieło pobłogosławił ks. kardynał August Hlond, a Józef Cyrankiewicz, znajomy Anieli Urbanowicz z czasów okupacji, wsparł Dom finansowo i chociaż nigdy i nigdzie tego nie ujawniał, objął ochroną przed zakusami władz politycznych. W tym samym numerze „Naszego Miasta" Andrzej Obecny pisze o mało znanej ulotce ks. Jana Ziei z czasów pińskich. Na podstawie analizy jej treści wskazuje na podobieństwo postaw ks. Ziei i papieża Franciszka. Kolejna publikacja to „Stoję na rynku nienajęty" -reportaż historyczny o księdzu Janie Ziei, otwierający książkę Magdaleny Grochowskiej „Ćwiczenia z niemożliwego" (Warszawa 2012). Charakterystyczny dla autorki jest sposób przedstawienia postaci -dynamiczny i polemiczny Mniej uwagi Grochowska przywiązuje do chronologii, a zainteresowanie czytelnika kieruje na poglądy i sposób sprawowania posługi duszpasterskiej przez księdza Jana Zieję. W ostatnim czasie powstaje kolejna publikacja na zamówienie Instytutu Pamięci Narodowej, a autorka, Joanna Kuciel-Frydryszale (m.in. „Słonimski. Heretyk naambonie") zbieramateriały do nowej książki. Publikacje o ks. Janie Ziei są poszukiwane i oczekiwane. Skąd takie zainteresowanie ubogim księdzem, który na próżno przez lata czekał na własną parafię? I nie doczekał. W liście do znajomej z czasów poleskich, współpracownicy okresu słupskiego, nauczycielki religii, zakonnicy z Lasek, Gabrieli Hołyńskiej pisał w 1965 roku: „Ja -stoję na rynku nienajęty" -stąd tytuł reportażu Magdaleny Grochowskiej. Może to dlatego, że przyjaźń ofiarowana prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu w momencie jego uwięzienia nie przetrwała zasadniczego sporu o kształt Kościoła w Polsce, ponieważ ksiądz Zieją złamał kanon bezwzględnego posłuszeństwa, otwarcie wypowiadając swoje poglądy. W liście z 19 czerwca 1957 roku prosił, by w centrum Nowenny był Chrystus: „Niech biskupi ofiarują naród Bożemu Sercu -niech ten akt trwa lata i niech zaowocuje miłością społeczną, wtedy będzie prawdziwy." Uważał, że błędem będzie rozwijanie ludycznej pobożności. Podobnie z rezerwą odnosił się do sakralizacji polskości, co prymas Wyszyński akcentował w kazaniu z lata 1957 roku wygłoszonym w Zakopanem. Magdalena Grochowska przytacza opinię dr Marii Wosiek, członkini KOR, KIK, współautorki „Słownika biograficznego teatru ~ 155~ polskiego": ,Wątek maryjny rodził napięcia miedzy KIK-iem, Więzią", „Tygodnikiem Powszechnym" a Wyszyńskim.Maryjność miała mobilizować ruch ludowy w oporze przeciwko komunizmowi. To było wojsko kierujące się emocjami i tradycyjną religijnością. Za tego typu populistyczną politykę płacimy koszty do tej pory." Autorka wypowiedzi uważa, że Radio Maryja jest naturalną ludyczną spuścizną kultu maryjnego. Miał odwagę, wynikającą z przekonania, wypowiedzieć swoje racje. Także wobec papieża. W liście do papieża Piusa XII, który ziemie przyłączone do Polski nazywa niemieckim Wschodem (marzec 1948), pisze: „Ale jeżeli jest w dziejach ludzkości ślad Bożej sprawiedliwości, to granica polsko-niemiecka stać będzie na Odrze i Nysie. I to będzie jedna z podstawowych skutecznych gwarancji pokoju miedzy narodami europejskimi." Jaka byłaby historia alternatywna, gdyby...? Gdyby ks. Jan Zieją 29 maja 1945 roku nie przyjechał do Słupska, gdyby 11 września 1945 roku Administrator Apostolski w Gorzowie ks. prałat Edmund Nowicki nie mianował ks. Ziei proboszczem parafii miasta Słupsk i powiatu? Gdyby 1 stycznia 1946 roku ks. Zieją nie został zwolniony z funkcji proboszcza przez ks. Nowickiego, a na jego miejsce Administrator Apostolski nie naznaczył ks. Karola Chmielewskiego? Gdyby nie objął parafii w Wytownie?... Ale wcześniej, w sierpniu 1944 roku kapelan mjr ks. Jan Zieją, ps. Rybak z pułku Baszta z Mokotowa był powstańcem. W siódmym dniu powstania został ranny w nogę, ale mimo to sprawował duszpasterskie obowiązki. „Na stanowisko dowodzenia przyszedł ksiądz Jan Zieją, dał żołnierzom wiatyk. Żołnierze otrzymali rozgrzeszenie. Tam, gdzie stali, przyklękali i przyjmowali komunię świętą. To była szczególna okazja dla walczących o Warszawę, by znajdować się w stanie łaski uświęcającej. Z grupą żołnierzy przebiegali przez podwórko ogrodzone murem i zamknięte metalową bramą, gdy usłyszeli wybuch bomby lotniczej, której odłamki podziurawiły bramę jak sito. W momencie wybuchu Paweł dał rozkaz: -Padnij! I w tym momencie poczuł szarpnięcie w lewej nodze. Noga zdrętwiała natychmiast, a but był przecięty kawałkiem rwanego metalu pochodzącego z bomby. Krwi nie było widać, więc Paweł ostrożnie ruszył palcami u zdrętwiałej nogi. Po przecięciu skarpety okazało się, że odłamek nie uszkodził nogi, skóra była nienaruszona. Skończyło się na siniaku. Soli Deo gloria!" -pisze Janusz Kola-siński w publikacji „Powstaniec Warszawy". Trudno nie wierzyć, że wówczas ks. Zieją poznał Pawła Kolasińslciego, ps. Rom, żołnierza pułku Baszta na Mokotowie. ~ 156~ Znajomość będzie miała ciąg dalszy. Tymczasem powstanie dogorywało, a powstańcy opuszczali zniszczone miasto.Ksiądz Jan Zieją w porozumieniu z władzami AK udał się na Pomorze Zachodnie, aby tutaj od 13 listopada 1944 do 3 maja 1945 roku służyć posługą duszpasterską Polakom wywiezionym na przymusowe roboty. Jego kapłańska droga wiodła przez: Braunsberg (Braniewo), Frombork, Bromberg (Bydgoszcz), Gotenhafen (Gdynia), Martensdorf. Stralsund i Barth oder Ostsee. W grudniu 1944 roku,będąc na robotach przymusowych w Niemczech w okolicach Barth (na południe od wyspy Rugii) pod wpływem bolesnych obserwacji, nakreślał zarys swej pracy duszpasterskiej. Po przybyciu do Słupska w końcu maja 1945 roku i utworzeniu przy kościele św. Ottona wzorowej parafii katolickiej, z determinacją rozpoczął tworzenie domu świętego macierzyństwa, czyli Domu Matki i Dziecka. Przybywali nowi mieszkańcy do miasta i okolic. Z PUR-u dostawali adresy, bywało, wychodzili rano, wracali wieczorem i przynosili torby owoców. Opowiadali, że niektóre drogi obsadzone są drzewami owocowymi i o tym, że okolica jest piękna, ale niebogata. »-Mamusia pilnowała bagaży, a ja chodziłam po Słupsku. Byłam świadkiem ekshumacji grobów w parku przy ulicy Partyzantów" ~ wspomina mieszkanka Objazdy, słuchaczka Uniwersytetu Niedzielnego ks. Ziei, Henryka Maria Cieślik, wówczas Grabowska. Wielu słupszczan przybyło z Warszawy po upadku powstania. 15 września 1946 roku wSłupsku odsłonięto pierwszy wPolsce pomnik Powstańców Warszawy, którego autorem był znany rzeźbiarz Jan Małeta. Przewodniczącym szesnastoosobowego Komitetu Budowy Pomnika został Edward Łada-Cybulski, ale jednym z inicjatorów powstania pomnika był ks. Jan Zieją. ,Wprawdzie Zdzisław Stankiewicz w publikacji „Był taki ksiądz" stwierdza, że nie ma dokumentu potwierdzającego tę wersję, natomiast uznaje zaangażowanie ks. Ziei w lokalizację pomnika" -pisze Tadeusz Rogowski w publikacji „Pierwszy powstańczy". W styczniu 1946 roku proboszczem wSłupsku z dwoma wikariuszami został ks. Karol Chmielewski, a ks. Zieją posłusznie przyjął decyzję Administratora, opuścił słupską parafię, chociaż prosił o wikarych do pomocy, a nie zmianę parafii. Aby ocalić Dom Dziecka, zgodził się na jego upaństwowienie, natomiast idea Uniwersytetu Ludowego pozostała w realizacji. 3 kwietnia 1946 roku ks. Jan Zieją został proboszczem w Wytownie. „Na początku października tego roku ks. Zieją ze swym zespołem wykładowców zaczął przygotowywać jesienny kurs Uniwersytetu Ludowego, tym razem w Wytownie" -pisze Zdzisław Machura. ~ 257 ~ Z Podgórza spod Łomży przyjechali Żaczkowie i Kalistowie. W Objeździe Stanisława Zaczkówna spotkała OlkaKalistę, sąsiada z Podgórza. Niedawno przez lasy Syberii,Uzbekistan, Kazachstan, wreszcie szlakiem bojowym II Armii wrócił z zesłania. Mieli za sobą podobne doświadczenia przymusowej pracy w nieludzkich warunkach. Dobrze się rozumieli. Pobrali się 7 września 1947 roku, a małżeństwo pobłogosławił lcs. Jan Zieją. W tym samym czasie przez punkt repatriacyjny w Lodzi do Objazdy (wówczas Wobesde) w okolicach Słupska przybyli Jadwiga i Albin, niedawni przymusowi robotnicy rolni spod Stralsund, bo nie było Polski tam, gdzie zostały ich rodzinne domy. Kiedy w domku na końcu wsi na świat przyszła ich piękna, zdrowa córeczka, ks. Jan Zieją objął parafię w Wytownie. Kapłan idący jak oni wojennym szlakiem, ochrzcił i obdarował katechizmem z dedykacją ich dziecko. W Objeździe osiedlili się na stałe, ks. Jan Zieją nie zatrzymał się na długo, powędrował dalej, tak widać musiało być. Roman Zub w Kronice Objazdy zanotował właściwie na ten temat dwa zdania, które stały się pretekstem tej opowieści: ,W tym okresie do wsi Wytowno przybył ks. Jan Zieją -pierwszy proboszcz parafii Wytowno i opiekun kościołów filialnych w Objeździe, Gąbinie Machowinie i w Rowach. Był on też inicjatorem założenia Uniwersytetu Ludowego w Wytownie oraz wykładowcą nauk ścisłych wg programu Wiedzy Powszechnej. Kierownikiem Uniwersytetu była pani dr Anna Minkowska, a wykład(owcami) P. i A. Kolasińscy. W Objeździe była filia, tzw. Uniwersytet Niedzielny, który cieszył się frekwencją." Niedzielny Uniwersytet w Objeździe działał od listopada 1946 roku do maja 1947, w każdą niedzielę po mszy w szkolnym budynku tuż obok kościoła. Z Wytowna z wykładami -saniami bądź furmanką -przyjeżdżali Anna Minkowska i Paweł Kolasiński, rzadziej Aleksandra Kolasińska ze względu na odmienny stan. W prace Uniwersytetu Niedzielnego zaangażował się również nauczyciel szkoły w Objeździe Wiesław Bobrowski. Czas wrócić do powstańczego wątku, w którym wielka historia pisała losy konkretnych osób. Właściwie od Powstania splatają się losy ks. Ziei oraz Pawła Kolasińskiego i jego żony Aleksandry. Powstańczy epizod ukształtował życie całej rodziny: rodziców i pięciorga dzieci. Pisze o tym uczeń szkoły w Wytownie Tadeusz Widny oraz syn Aleksandry i Pawła Kolasińskich -Janusz. ,W roku 1946 powstaniec warszawski z Mokotowa, podchorąży Paweł Kolasiński „Rom" z krakowianką -żoną Aleksandrą (Rybianką) Kolasińslcą przyjechali do Wytowna (wtedy jeszcze niemieckiej wsi ~ 158~ Weitenhagen. Przyjazd ten był na życzenie księdza Ziei." -pisze Tadeusz Widny w internetowej oublikacji ,^Vytowno. Moja Alma-mater." Paweł Kolasiński zaangażował się w sprawy kościelne, pozostając przez lata organistą, także wtedy, gdy ks. Zieją wyjechał z parafii. Osobistą jego znajomość z ks. Janem Zieją, syn Janusz we wspomnieniu o ojcu potwierdza „Zaświadczeniem" z 1990 roku. O zaangażowaniu państwa Kolasińslcich w sprawy Uniwersytetu Ludowego pisze Roman Zub w „Kronice Objazdy" oraz Zdzisław Machura w publikacji „Był tu wśród nas na słupskiej ziemi". Państwo Kolasińscy, oboje utalentowani muzycznie, uczyli młodzież śpiewu, w tym hymnu wiciowego ze słowami Stanisława Młodożeńca: Do niebieskich pował, od grud czarnej ziemi Niech się sztandar nasz wiciowy kolorami mieni Na sztandarze naszym skrzy się piękno świata Wyszedł swymi kolorami chłopskie dusze bratać. Koło ,yVici" w Wytownie powstało z inicjatywy ks. Jana Ziei, który został jego członkiem i przewodniczącym. To zaniepokoiło ks. prałata Nowickiego, ale uznał racje księdza, natomiast wiciowcy, między innymi wystąpieniem Stefana Ignara na swym zjeździe, odnosili się do księdza Ziei nieufnie, czasem wrogo. ZAŚWIADCZENIE Zaświadczam niniejszym, że znany mi osobiście Paweł KOLASIŃSKI w okresie okupacji należał do Armii Krajowej i brał udział w powstaniu warszawskim w 1944 roku. ja*,-^n*rj Pt ks.Jan Zieją kapelan AK, major WP zam. ul.Wiślana 2, 00-317 Xaću 1,ul. dokument ze strony internetowej Tadeusza Widnego. ~ 159~ Prócz państwa Kolasińskich uczących poza śpiewem geografii, astronomii, literatury, wykłady z historii prowadziła dr Anna Minkowska, pozostając z Pawłem i Aleksandrą Kolasińskimi w zażyłości, o czym świadczyć może jej obecność na uroczystości I Komunii św. syna Janusza. Kiedy wiosną 1947 roku coraz wyraźniej rysowała się konieczność opuszczenia Wytowna, ks. Jan Zieją zorganizował zebranie, by przedstawić problem. Na stałe we wsi mieli pozostać państwo Kolasińscy, im ks. Zieją powierzył opiekę nad uniwersytecką młodzieżą. Przyszłość wiązali ze szkołą, ponieważ oczywista stała się możliwość objęcia szkoły przez pana Kolasińskiego po odchodzącym ze stanowiska kierownika Turzyńskim. Państwo Kolasińscy zamieszkali w Wytownie. Jakie byłyby losy rodziny, gdyby nieodpowiedź obecnością na wezwanie ks.Jana Ziei? Na pewno na końcu swej drogi nie czuli się spełnieni, mimo zaangażowania w pracę w szkole, uczestnictwo w życiu religijnym, pomoc mieszkańcom wsi. Byli ludźmi dawnego świata, wierni wartościom i zasadom. Na pewno na karierze Pawła Kolasińskiego zaważył AK-owski epizod i nieprzynależność. Do tego doszły nieporozumienia z kolejnym proboszczem, związane z zamianą budynków szkoły i plebanii. W pewnym momencie czuli się opuszczeni i osaczeni. A pamiętali jeszcze czas, kiedy przyjeżdżali do ks. Ziei do Wytowna goście z wielkiego świata: Anna Iwaszkiewiczowa, żona Jarosława, przyjeżdżał Jerzy Zawieyski, Bolesław Piasecki. Wydawało się, że idea egalitaryzmu chrześcijańskiego staje się rzeczywistością. Przed wyborami do sejmu w 1947 roku ks. Zieją uczestniczył w wiejskim zebraniu w Wytownie. Już wtedy stało się jasne, że zwycięży blok partii z PPR. W połowie 1949 roku chory na płuca ks. Zieją wrócił do Warszawy, opuścił Wytowno, Objazdę, Orzechowo. Wszystkie plany trzeba było zweryfikować, poddać przymusowi kompromisu. Entuzjazm pierwszych powojennych lat gasł. Ludzi pochłonęła codzienność. Mimo to umieli znaleźć czas i sposoby, by się poznawać w zabawie, tworzeniu, pracy. Opisy odnajdziemy w „Kronice" wiejskiego bibliotekarza Romana Zuba. ~ 160~ Małejest piękne. Kościół w Objeździe Wpisany do rejestru zabytków województwa koszalińskiego pod nr 317 Objeździe w środku wsi na wzgórku stoi malowniczy szachulcowy kościółek zbudowany w 1606r., a następnie rozbudowany wXIX w Pierwotną jednonawową bryłę zamyka dwuspadowy dach kryty lcarpiówką.Od strony północno -zachodniej dach wieńczy ośmioboczna drewniana wieża (latarnia) pokryta cebulastym dachem z blachy. Na szczycie „powiewa" barokowa chorągiewka z kutego żelaza, prostokątna z wywiniętym dolnym wąsem i wyciętym napisem „Anno 1606". Przez lata wieża kościoła stanowiła ważny punkt nawigacyjny dla rybaków, ponieważ widoczna jest z morza i jeziora Gardno. Podświetlony nocą kościół w Objeździe. W 1617 roku właścicielem Objazdy był Antonius von Natzmer, wzmianki o związkach Natzmerów z Objazdą pojawiają się na początku XVII wieku. Prawdopodobnie był fundatorem ołtarza i ambony. LudwigBóttger w 1894 roku pisał, że ołtarz łączył się z amboną tuż przy murze (w takim kształcie przetrwał do okresu powojennego). Ołtarz z centralnym obrazem przedstawiającym ukrzyżowanie na Kalwarii miał po bokach herby fundatorów: Antoniusa ~ 161 ~ Natzmera i jego żony z domu Weyers, oraz datę, rok 1631. Na odwrocie konstrukcji ołtarza widnieje numer 1793, wskazuje rok odbudowy, która stała się konieczna. W XVIII wieku kościół wyposażono w elementy w stylu barokowo-ludowym, między innymi blisko dwumetrowej długości ławy z malowanego drewna w oddzielnym zamykanym ozdobnym segmencie tuż przy ołtarzu, w nawie bocznej. Z tego miejsca w liturgii uczestniczyli właściciele majątku mieszkający w pałacu sąsiadującym z kościołem. Po 1945 roku siadali w nich miejscowy młynarz z rodziną, naczelnik poczty i inni z wiejskiej elity. Ławeczki przepadły, nie wiadomo gdzie. Natomiast w Sanktuarium Św. Jakuba Apostoła w Lęborku, na Drodze św. Jakuba (Pomorska Droga św. Jakuba) znajduje się płyta nagrobna z 1629 roku z napisem: „Płyta nagrobna synów Antoniego Natzmera, starosty słupskiego i sławieńskiego, obecnie starosty lęborskiego, dziedzica Gutzmin (Chocimino) i Wobesd (Objazda) zrodzeni z Nikolainy z Wejherów". W kościele w Objeździe nawę boczną, dobudowaną w wieku XVIII, wyposażono w skromny, ale piękny instrument organowy z jednym manuałem, registrami pedałowymi i klinowym miechem jednoczęściowym. Do lat siedemdziesiątych XX wieku organy były w użyciu dzięki umiejętnościom i wytrwałości miejscowego muzyka, bibliotekarza i organisty, nieodżałowanego Romana Zuba. Uczestniczył w każdej mszy grając na organach, a pod chórem stawali młodzieńcy gotowi do kalikowania. Poczytywali sobie za zaszczyt takie uczestnictwo we mszy. Niekonserwowany i nieremontowany instrument niszczał. Od dawna organy milczą, a kalikanci nie są potrzebni w czasie mszy W ewidencji zabytków wpisane zostały jako wyposażenie kościoła, ale bez określenia miejsca pochodzenia i warsztatu. Nie są objęte opieką konserwatorską. Ich dalszy los zależy od wrażliwości proboszcza i parafian. Zubożało wnętrze lcościołka. Cynowe lichtarze wymieniane w informatorach jako stanowiące wyposażenie kościoła zostały przeniesione do Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. Weszły w skład muzealnej kolekcji wyrobów cynowych, wśród nich wymienione przez Ludwiga Bóttgera w „Die Bau-und Kunstdenlcmaler des Regierungs-Bezirks Kóslin. Herausgegeben und Alterthumskunde. Bearbeitet von Ludwig Bóttger und Baurath im Ministerium der óffentlichen Arbeitn. Band II. Heft 4. Kreis Stolp. Stettin. Commissions-Verlag von Leon Saunier's Buchhandlung 1894", który pisząc o fundacji ołtarza i ambony dodaje: ,W tym czasie wylano dwa proste świeczniki ołtarzowe z cyny". Przepadły też dwa siedmioświecowe ~ 162~ posrebrzane kandelabry na wysokim tralkowym stojaku z czarno lakierowanego drewna oraz przywiezione z okolic Siedlec barokowe lichtarze z XVIII wieku z literami L.S. oraz herbem o trójpolowej tarczy pod książęcą koroną, przepadły przed 1973 rokiem. Wtedy w czasie przeprowadzonego spisu stwierdzono ich brak i odnotowano ten fakt w kartach ewidencyjnych zabytków Ludwig Bóttger pisze ponadto, że podobnie jak w wielu innych kościołach w tym rejonie w kościele został zawieszony model statku, który przypominał o zawodzie większości członków społeczności religijnej, a niebieski pas pod sklepieniem zachowany w zagłębieniu staromodnego budynku symbolicznie łączył położone nad jeziorem Gardno pomorskie wioski. Tylko karty ewidencyjne zabytków ruchomych i fotografie są dowodem, że istniały, że zdobiły maleńki kościółek filialny należący w latach powojennych -do 1989 roku do parafii Wytowno. Znak czasów, kiedy do zabytkówsztuki sakralnej w małych miejscowościach podchodzono bez należytej pieczołowitości, pozostawiając troskę o nie przypadkowym osobom. Zapewne działały w dobrej wierze. Ktoś Die Ki refte in Wobesde przykrył szachulcowe ściany Kościół w Objeździe na przedwojennej fotografii. boazerią, a drewniane słupy podpierające strop pomalował olejną farbą. Wtedy zastąpiono drewniany trzymetrowej wysokości barokowo -ludowy ołtarz z XIX wieku innym, zrobionym na kształt kielicha przez miejscowego stolarza pana Kazimierza Krawca,który zamieniono podczas remontu generalnego kościoła na duży prosty ołtarz z piaskowca. Zabytkiem jest dzwon z 1655 r. oraz barokowo -ludowa empora zaprojektowana jako pilaster z malowanego drewna nad wejściem, tworząca kruchtę. Było to miejsce dla chóru muzycznego, jak Wskazuje karta zabytku. Po renowacji starto farbę, pozostawiając zagruntowane drewno. Przed wojną w Objeździe odprawiano nabożeństwa w porządku ewangelickim. Pierwszym powojennym proboszczem był ks. Jan Zieją, który objął parafię w Wytownie we wrześniu 1946 roku. W książce ~ 163~ „Życie Ewangelią" ks. Jan Zieją wspomina: „Poprosiłem wtedy biskupa, aby mnie mianował proboszczem nadmorskiej części mojej dawnej parafii, gdzie była wieś Wytowno, a w niej kościółek katolicki. Do niego należał kościółek w Objeździe i jeszcze trzeci w Rowach nad samym morzem. Będziemy wszystkie trzy obsługiwać i zarazem mieć Uniwersytet Ludowy w Orzechowie Morskim pod ręką. Biskup się zgodził i mnie do Wytowna posłał." Do dziś mieszkańcy wsi wspominają epizod z działalności ks. Ziei. Miał się odbyć ślub dwojga młodych przybyłych na ziemie odzyskane z nadzieją na nowy lepszy los. Był to pierwszy powojenny ślub w tym kościele. Pan młody -sybirak, żołnierz obozu w Sielcach i panna młoda spod Łomży przybyli do Objazdy z grupą młodzieży i tu postanowili się pobrać. Ślubu miał udzielić ks. Jan Zieją. Przyjaciele chcieli uhonorować młodych. Rozwinęli czerwony dywan, po którym młodzi mieli wejść do kościoła. Kiedy ks. Zieją zobaczył wystrój, poprosił o zwinięcie dywanu. -Wszyscy jesteśmy równi wobec Boga -tłumaczył swoją decyzję. -Nie wszystkim mogę okazać tyle honorów, więc i w tym wypadku nie mogę się zgodzić na taki luksus -dodał. Ślub odbył się, a małżonkowie dożyli w Objeździe sędziwego wieku, ciesząc się dziećmi i wnukami. Oboje po latach spoczęli na miejscowym cmentarzu. Z kolei pani Dorota przypomina zdarzenie, o którym opowiedziała jej ciotka Sadowska z Bałamątlca. Ujęci ubóstwem kapłana parafianie ofiarowali księdzu nową jesionkę, by nie marzł w czasie wędrówek po parafii. Ksiądz Zieją prezent przyjął i podziękował, ale jesionkę podarował bardziej potrzebującemu. Początkowo jednak, w roku 1945, tuż po zakończeniu działań wojennych, ks. Zieją, który przybył na ziemię słupską w maju 1945 roku, przemierzał na rowerze cały powiat, docierając także do Rowów. }/V Rowach nad samym morzem, był kościół, do którego jeździłem. Proszę Pana, to była wieś uważana przez dawny rząd niemiecki za idealnie słowiańską, wszystkie domy zbudowane w historycznym stylu zachowały się dobrze.(...)" -opowiada w wywiadzie dla Jacka Moskwy. Proboszczował w Wytownie krótko, od kwietnia1946 roku do 1948 roku, ale zyskał sympatię i wdzięczną pamięć parafian. Przez lata dzieci chodziły do kościoła w Wytownie, by przygotować się do Pierwszej Komunii Św. Tam też odbywały się ważniejsze parafialne uroczystości: Pierwsza Komunia Św., uroczystości y ~ 164 ~ Latem 2006 roku z inicjatywy ks. Stanisława Fortuńskiego rozpoczął się remont kapitalny kościoła w Objeździe. Bożego Ciała, na które furmankami, pieszo, rowerami zjeżdżali się wierni ze wszystkich wsi. Procesja szła przez wieś i pola wokół. Parafia należała do diecezji koszalińsko -kołobrzeskiej i obejmowała cztery filialne kościoły: w Machowinie, Wytownie, Objeździe i Rowach. W lutym 1989 roku dokonano podziału parafii: kościoły w Objeździe i Rowach weszły w skład parafii w Objeździe z przynależnością do dekanatu główczyckiego i diecezji pelplińskiej. Wiosną 2006 roku rozpoczęto z inicjatywy ks. Stanisława Fortuńskiego remont kościoła. Prace wykonywał rekomendowany przez proboszcza, zaakceptowany przez konserwatora zabytków fachowiec z okolicy. Był on i dwóch pomocników. Opatrzność czuwała nad kościołem, bo ani razu niespadł deszcz,a upały dokuczały robotnikom, którzy zaczynali prace wcześnie rano, odpoczywali w porze południowej i znów pracowali pod wieczór.Prace nadzorowane przez konserwatora zabytków postępowały bardzo powoli. Dopiero kiedy zaniepokojeni mieszkańcy Objazdy włączyli się w prace remontowe, Pasterka 2006 roku mogła odbyć się w kościele. Przed Wielkanocą we wnętrzu kościoła pojawiły się nowe ławki. Latem 2007 roku wymieniono okna, a kopułę wieży pokryła miedziana ~ 165~ blacha. Tę pracę wykonał bardzo sprawnie miejscowy rzemieślnik, Henryk Dehmel. Niestety zakres prac przewidzianych przez konserwatora nie został wyczerpany Dotyczy to między innymi prac tynkarskich, do których zostały przygotowane szachulcowe pola. Bele wystają poza mur o grubość przewidzianego tynku i w czasie deszczu zbierają wodę. j Jeszcze wlatach 60. ubiegłegowieku na przykościelnym cmentarzu znajdowały się grobowce i okazałe marmurowe krzyże. Nie ma po nich śladu, poza amatorskimi fotografiami.Kiedy pod koniec lat 90. cmentarz restaurowano, jeden z ocalałych krzyży żeliwnych ustawiono na kamiennym murze, który obecnie oddziela teren kościelny od cmentarnego. Urządzono tu małe lapidarium poświęcone rodzinie Kutscher -ostatnim przedwojennym właścicielom majątku. Ostatni zapis o pochówku pochodzi z 2004 roku. O związkach właścicieli majątku z wiarą opowiadają pojawiające się tu i ówdzie historie. Kręte ścieżki wiary w rodzie Kutscherów, którzy byli dziedzicami wsi od 1838 roku do 1945, urosły do rangi legendy. Na początku XIX wieku w państwie pruskim, zatem także w prowincji pomorskiej wyznanie ewangelickie było w zasadzie powszechne. Jednak obowiązująca od połowy stulecia pruska konstytucja przyznawała innym wyznaniom, podobnie jak ewangelikom prawo do organizowania i posiadania własnych fundacji i funduszy na nauczanie i szerzenie kultu. Już od 1841 roku słupscy katolicy czynili starania o utworzenie własnej gminy wyznaniowej, jednak Marmurowy krzyż na przykościelnym dwukrotnie spotkali się z odmową bi cmentarzu w Objeździe na amatorskiej skupów z Pelplina i Poznania. Dopiero fotografii z lat 60. w 1851 roku kapłan misyjny Aleksander Pfeiffer, który między innymi działał wSłupsku, uzyskał postanowienie w dokumencie erekcyjnym parafii misyjnej w Koszalinie, że parafia słupska należeć będzie do diecezji (sic!) wrocławskiej. Parafianie rozpoczęli starania o budowę kościoła parafialnego. W końcu dzięki dotacjom możnych i pracowitości parafian ze Słupska ~ 166~ i okolicznych wsi, w latach 1872-1873 wybudowano świątynię przy dzisiejszej ulicy Henryka Pobożnego. Kościół otrzymał wezwanie św. Ottona, co było powszechnie zrozumiałe. 25 maja 1889 roku powstała w Słupsku pierwsza i jedyna do 1945 roku parafia katolicka. W 1947 roku kościół został przekazany siostrom klaryskom. W 1900 roku spośród 769 katolików w Słupsku 36 było Polakami, w większości o nazwisku Marczak. W 1910 roku Objazda liczyła 771 mieszkańców, a w 1939 już 991. Marczakowie mieszkali także w Objeździe i w 1915 roku chrzcili w kościele św. Ottona syna Kazimierza. W tym czasie było aż 29 urodzeń rocznie w rodzinach katolickich. Tymczasem właścicielem majątku w Objeździe w 1903 roku był 27-letni Erich Kutscher, nieuleczalnie chory ekscentryczny szlachcic. W nadziei na uzdrowienie sprowadził do wsi mistyka, Szwajcara Toberera, który otumanił mieszkańców wsi tak, że przestali chodzić do kościoła. Ewangelicki pastor -według miejscowych przekazów zapisanych w niemieckich kronikach -w karczmie opowiadał obrazowo o mękach piekielnych, na które narażają się odszczepieńcy od wiary. Przerażeni wierni wrócili do kościoła, a oszusta przepędzono ze wsi. Dziedzic Kutscher zmarł w 1911 r. Pod koniec lat 20. XX w. w Objeździe pojawili się natomiast mormoni, członkowie amerykańskiej sekty, która kierowała się surowymi zasadami obyczajowymi, ale dopuszczała poligamię. W niemieckojęzycznej kronice Objazdy zapisano, że ruch mormoński w latach 1929-1945 za sprawą sprzyjającego sekcie pastora Kypke był imponujący. Tuż przed wybuchem II wojny światowej we wsi mieszkało 16 mormonów, których opiekunką stała się arystokratka -Katherine Kutscher. To ona prawdopodobnie uratowała ich przed hitlerowskim obozem koncentracyjnym. Po wojnie wszys.cy mormoni wyemigrowali do Salt Lalce City w Stanach Zjednoczonych. Na przykościelnym cmentarzu zostały jedynie nagrobki przedwojennych protektorów, przedstawicieli rodu Kutscherów. Przed kościołem po lewej stronie znajduje się wymagająca pilnie renowacji ława wotywna z zatartą już niemal inskrypcją umieszczoną na wysokim oparciu krytym półkolistym daszkiem z blachy. Nad inskrypcją umieszczono wizerunek św. Jerzego (jeździec z dzidą przebijający smoka). Po bokach niżej wizerunki orła i gryfa. Powszechnie uznaje się, że jest to pomnik poświęcony pamięci poległych w I wojnie światowej żołnierzy pochodzących z Objazdy. Sprawę mogłoby wyjaśnić odczytanie inskrypcji. Nie przeprowadzono dotychczas takich badań, a charakter pomnika określa się na zasadzie prawdopodobieństwa. ~ 167~ Po prawej stoi wysoki kamień w kształcie siedziska. Można na nim jeszcze częściowo odczytać wykute w kamieniu nazwiska. Komu i kto postawił ów obelisk? Jakie wydarzenie upamiętnia? Na wzniesieniu obok głównego wejścia do kościoła znajduje się kamienna kapliczka z odkrytą wnęką na figurkę. Kamień był dostępnym materiałem budowlanym, więc chętnie i umiejętnie z niego korzystano. Bronisława Zawadowa z domu Ludwiczuk, rocznik 1942, wówczas kilkuletnia dziewczynka wspomina, że ksiądz Zieją zachodził do ich domu, ponie Pomnik żołnierzy I wojny światowej waż jej ojciec Władysław Ludwiczuk przed kościołem w Objeździe. podjął się obowiązków kościelnego. Dbał o kościół, wykonywał drobne naprawy, kiedy było trzeba wykopał grób, a potem postawił cementowy nagrobek. Ksiądz Zieją po przebyciu pieszo lub rowerem drogi z Wytowna, odpoczywał w ich domu pełnym dzieci. Nie chciał korzystać z łóżka, prosił o wiązkę słomy, która wystarczała za posłanie. Wtedy właśnie powstała idea Wiosna 2016. Ks. Mańusz Drogosz z parafianami porządkuje przykościelny teren. ~ 168~ budowy przykościelnej kapliczki, świadectwa katolickiego charakteru maleńkiego kościółka. W rodzinie Ludwiczulców urodziło się siódme dziecko, mała Franciszka. Był rok 1947. Z kamieni, przy pomocy starszych dzieci, Władysław Ludwiczuk budował kamienną grotę dla Niepokalanej Matki Bożej. Przetrwała do dziś i niewiele osób pamięta, kto i kiedy ją postawił. Historię kapliczki opowiedzianą przez Bronisławę Zawdową potwierdza ochrzczona przez ks. Jana Zieję Wiktoria urodzona w Objeździe. Kapliczka nie została wpisana do ewidencji zabytków, ale stoi na terenie objętym opieką konserwatora i na jej remont trzeba było uzyskać stosowne pozwolenia. Rodzina Władysława Ludwiczuka: żona Franciszka i córki: od prawej Bronisława, Genowefa i Franciszka. Na drugim planie dawny budynek szkolny z zabudowaniami towarzyszącymi. W okresie wakacji zatrzymują się przy kościele turyści z aparatami fotograficznymi. Bramę łatwo otworzyć, więc zwiedzają cały przykościelny teren. Niestety, do wnętrza kościoła nie można zajrzeć. Między Swołowem a Klukami w obszarze Krainy w Kratę kościół pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej w Objeździe jest jedynym zabytkiem sakralnym z czterystuletnią historią. 20 listopada 2014 roku między pierwszą i drugą turą wyborów samorządowych kościół p.w. Matki Bożej Częstochowskiej w Objeździe otrzymał iluminację. Potrzebne jeszcze: dokończenie prac ~ 169 ~ konserwatorskich, uporządkowanie terenu przykościelnego pod kierunkiem konserwatora zieleni, podjęcie decyzji o remoncie lub dalszym losie organów W sierpniu 2015 roku parafię w Objeździe objął ks. Mariusz Drogosz, „odwołany z urzędu proboszcza parafii pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Osowie i z dniem 1 sierpnia 2015 r. mianowany proboszczem parafii pw MB Częstochowskiej w Objeździe" -taka była decyzja w związku ze zmianami personalnymi w parafiach Diecezji Pelplińskiej, które wprowadził bp Ryszard Kasyna dekretami z 27 czerwca 2015 roku. Rozpoczęło się porządkowanie kościoła i terenu przykościelnego. W porozumieniu i ze zgodą konserwatora zieleni usunięto grożące wywrotką spróchniałe wewnątrz drzewa. Uporządkowano teren za kościołem, upiększając go nowymi nasadzeniami. We wszystkich pracach uczestniczył ksiądz Mariusz Drogosz. Kolejni proboszczowie parafii Wytowno, do której należał filialny kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Objeździe: Jan Zieją (1946-1948), ks. Wincenty Matłowski (1948-1949), ks. Paweł Aleksa (1949-1951), o. Adolf Waluk OFM-Conv. (1951-1952), ks. Henryk Suliński (1952-1957), ks. Roman Zięba (19571959), ks. Edmund Radtke (1959-1972), ks. Ryszard Pawlukowski (1972-1985), ks. Józef Pietras (1985-1986), ks. Wojciech Przybylski (1986-1989). W 1989 roku kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Objeździe podniesiono do godności kościoła parafialnego z kościołem filialnym pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła w Rowach. Pierwszym proboszczem nowej parafii Objazda był ks. Stanisław Fortuński. Ks. Stanisław Fortuński (1950-2017) został pochowany w rodzinnym Siemczynie. W pogrzebie uczestniczyli parafianie z pocztem sztandarowym OSP z Objazdy. ~ 170~ O ludowych artystach, kościele w Objeździe i Antonim Krohu Z walone pnie lip leżały pod płotem i czas nastał najwyższy, żeby zrobić porządek wokół kościoła i w kościele. Ks. Mariusz Drogosz od tej sprawy rozpoczął proboszczowanie w Objeździe. Czasu było niewiele, obowiązki duszpasterskie objął z dniem 1 sierpnia 2015 roku, a uroczystość związana z osadzeniem w nowej parafii miała się odbyć 26 sierpnia, w dniu patronki kościoła, Matki Bożej Częstochowskiej. Kłody, chaszcze trzeba było usunąć, przywrócić porządek, jednak żal wrzucić do ognia snycerski materiał. Dla początkującego rzeźbiarza zdecydowanie najlepsze jest drewno lipowe: miękkie, łatwo poddające się obróbce. Pan Czesław Kowalczyk ze Słupska zgłosił się jako pierwszy po lipowe pnie i doszło do transakcji. W zamian wyrzeźbi figurkę do przykościelnej kapliczki, a potem, , i , r. Madonna Czesława Kowalczyka może latem przyszłego roku, leszcze figurę z . r r J J ° T C1 7 x 7 ° ze słupska i fragment obrazu pozostawionego przy kościele pnia. Jak obie-Caravaggia „Madonna cał, wywiązał się z umowy. Jednak figurka nie z Dzieciątkiem i św. Anną". mieściła się we wnęce kapliczki i nie bardzo się nadawała. Wierni na pewno nie dostrzegliby w niej wizerunku Matki Bożej. Pan Czesław zabrał rzeźbę i obiecał zrobić następną. Ks. proboszcz znał zarys sprawy, ale nie brał udziału w pertraktacjach i przyznam się jak na spowiedzi, wcale go nie wtajemniczałam w zmianę planów. Podobna historia zdarzyła się w dalekim Paszynie koło Nowego Sącza w czasach znacznie trudniejszych, a przez to będących wyzwaniem. Podczas peregrynacji poPolsce kopiiobrazu Matki BożejCzęstochowskiej proboszcz tamtejszej parafii ks. Edward Nitka na podeście poniżej obrazu „ustawił kilka rzeźb Oleksego. Symbolizowały uczucia religijne prostych ludzi. Nie udało mi się dowiedzieć, jakie wrażenie na mieszkańcach Paszyna zrobiło to bardzo śmiałe, szokujące zestawienie otoczonego kultem obrazu z paprakami głuchoniemego ~ 171 ~ Wojtka" -pisze w jednej z gawęd Antoni Kroh. Książkanosi tytuł Wesołego Alleluja Polsko Ludowa, czyli o pogmatwanych dziejach kultury plastycznej na ziemiach polskich", na rynku księgarskim pojawiła się w listopadzie 2014 roku, a autor otrzymał za nią Nagrodę Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera w kategorii publicystyki lub eseistyki na tematy społeczne. Książka ta przyszła do mnie w samą porę i skłoniła mnie do zmiany stanowiska w sprawie artystycznej oceny figurki Czesława Kowalczyka. Pocieszam się myślą,że i ksiądzEdward Nitka, bohater Antoniego Kroha, miał artystyczne wątpliwości, októrych tak opowiada: ,yV samo milenium, podczas pielgrzymki głuchoniemych do sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Nowym Sączu Wojciech Oleksy wręczył ks. Biskupowi Ordynariuszowi prowadzącemu to nabożeństwo swoją pracę: Jezusa Ukrzyżowanego. (...) wtedy zaniosłem osobiście do muzeum w Nowym Sączu dla oceny artystycznej woja Lechitę i bodajże Chrystusa Ukrzyżowanego i otrzymałem odpowiedź zupełnie negatywną, o której twórca Wojciech nie wiedział, a ucieszony, że Ks. Biskup przyjął jego rzeźbę, dłubał w drewnie wytrwale i coraz śmielej brał się za świątki, polichromując je kredkami." W krótkim czasie Wojciech Oleksy zyskał sławę i uznanie, zachęcany przez ks.Edwarda Nitkę doartystycznej roboty. „Początkowo miejscowa ludność podchodziła do rzeźb Wojtka z uśmiechem lekceważenia, bo „to przecież takie brzydkie". Później zaczęły pojawiać się głosy: „ja też bym tak potrafił", co ks. Nitka kwitował słowami: „to nie gadaj, tylko zrób". Podobno zachęcał też do rzeźbienia słowami: „kto rzeźbi, trzy razy się modli". Tak powstawał zaczyn wielkiej sprawy: Muzeum Sztuki Ludowej im. ks. E. Nitki w Paszynie, historia prawdziwej, autentycznej kotwicy kulturowej. Muzeum Sztuki Ludowej im. ks. Edwarda Nitki znajduje się przy parafii pw Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i zostało założone przez następcę księdza Edwarda Nitki, ks. Stanisława Janasa. Muzeum zostało uroczyście otwarte i poświęcone przez ordynariusza diecezji tarnowskiej bp Józefa Zycińskiego we wrześniu 1994 roku. Zbiory obejmują trzy tysiące eksponatów ludowego rękodzieła. Podobnie kościół zdobią artystyczne wyroby miejscowych rzeźbiarzy i malarzy. Takim sposobem, to co nazywamykotwicą kulturową, stajesię nietylko materialnym znakiem tożsamości, aletworzy duchowość mieszkańców wsi. Jej istota, jak każdej kotwicy kulturowej, zasadza się na wyjątkowości łączącej tradycję wpisaną w konkretną przestrzeń geograficzną z działaniami mieszkańców i instytucji. Nie lada wyzwaniem jest złamanie stereotypowego krajobrazu polskich wsi, gdzie najczęściej jedyną wspólną aktywnością kulturową są takie same dożynki i festyny Paszyn jest wyjątkiem? A gdyby u nas połączyć idee odtworzenia ~ 172~ szlaku Jalcubowego z aktywizacją artystyczną mieszkańców okolicy? Plener malarski w Rowach, Galeria Sztuki Ludowej Powiatu Słupskiego pod opieką artystyczną Zenona Frąckiewicza, zbiory etnograficzne, pieczołowicie gromadzone przez panią Zorzę Sędzicką w Zespole Szkół Samorządowych w Objeździe, które wciąż czekają na odkrycie i opracowanie są wyrazem działań konkretnych i ambitnych, jednak wciąż czekających na popularyzację, nawet wśród lokalnej społeczności. Szkoda również,że poza czyimkolwiek zainteresowaniem pozostają wyroby koronkarskie i dziewiarskie kobiet z kół gospodyń wiejskich. Pan Czesław Kowalczyk jest znanym czytelnikom „Powiatu Słupskiego" autorem ciekawych artykułów, a snycerstwo jest jego nowo odkrytą pasją. Nie śmiałabym zestawiać jego koncepcji artystycznych z próbami rzeźbiarskimi brata organisty z Paszyna, Wojciecha Oleksego. Zdaniem jury Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera w kategorii publicystyki lub eseistyki na tematy społeczne autor, czyli Antoni Kroh, „z humorem i czułością kreśli sylwetki swoich ukochanych twórców, ale przypomina też o propagandowym uwikłaniu „sztuki ludowej" oraz „jest najbardziej elokwentnym i wiarygodnym kronikarzem tego odchodzącego świata. Potrafi ze swej gawędy stworzyć przypowieść o najczystszych źródłach kultury ludowej, tymsamym przedłużając jej życie". Postać to niezwykła, choć mało znana. Przyznam, odkrywam jego twórczość i rośnie moje dla niego uczucie podziwu. W twórczości jak nikt łączy mistrzostwo gawędy z wiedzą etnografa i historyka kultury. Od lat jest współpracownikiem kwartalnika „Polska Sztuka Ludowa Konteksty". Debiutował natomiast opracowaniem ,Współczesna rzeźba ludowa Karpat Polskich" (1979). Pracował w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem i Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu. Świadomość znaczenia kultury ludowej jako składnika tożsamości społecznej i narodowej nie zawsze towarzyszyła głównemu nurtowi przemian.Po II wojnie światowejkultura ludowaw tradycyjnym kształcie szybko traciła znaczenie, regionalną przynależność, naturalnych opiekunów i twórców. Migracje, powszechnośćoświaty, zmiany sposobów życia i pracy sprawiły, żedawne tradycje zachowało starsze pokolenie w lokalnych środowiskach. Rozpadła się spójna ludowa kultura, ale jej części, atrakcyjne elementy, weszły w nurt folklorystyki, którym między innymi patronowała „Cepelia". Antoni Kroh zapisuje w gawędach zawartych w tomie „ Wesołego Alleluja Polsko Ludowa" zjawiska okresu przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku na Sądecczyźnie. Szczególną urodą urzeka opowieść ,Wade buda Otu pana". By rozszyfrować jej tytuł wróćmy znów do postaci ludowego twórcy ~ 173~ Wojciecha Oleksego i księdza Edwarda Nitki, dzięki któremu Wojciech przestał być li tylko wiejskim pastuszkiem. Anegdotę opowiedzianą przez księdza Nitkę zapisał Antoni Kroh: „(•••) zobaczyłem Wojciecha w garniturze, pod krawatem. Jakby mniej się garbił (...). Po odebraniu kolejnej nagrody oświadczył Księdzu: ,Wade buba, Otu pana",co znaczyło, że Władek (brat) będzie odtąd pasać krowy, bo Wojtek jest panem. Ksiądz z wielką radością i dumą odnotował te słowa w kronice,a potem dziennikarze jeden po drugim przepisywali to zdanie Dzięki lcs. Edwardowi Nitce talenty odkryli i pomnożyli (jak w ewangelicznej przypowieści) Franciszek Palka, Michał Jasiński i jego córka Maria Jasińska, Mieczysław Piwko, Stasicek, czyli Stanisław Mika i inni. Antoni Kroh w narrację o paszyńskich ludowych twórcach włącza opowieść o roli „mecenatu", duchowych i materialnych opiekunach, przede wszystkim o wielkości lcs. Edwarda Nitki, którywokół zwykłej lokalnej sprawy gromadził ludzi, a ludową Czesław Kowalczyk, rzeźbą swoich parafian potrafił zainteresować świat: „Ukrzyżowany". Płasko Ludwika Zimmermana, który „był przyjacielem i do rzeźba znajduje się w domu brodziejem Paszyna, włożył tam wiele serca i niemało parafialnym w Objeździe. grosza", Barbarę i Jerzego Wesołowskich z Warszawy, którzy zebrali ponad trzystafigurek Chrystusa Frasobliwego,a swoją kolekcję przekazali Muzeum Mazowieckiemu w Płocku. Zasługą Antoniego Kroha niech będzie i to, że pokazuje mechanizmy, uwarunkowania socjologiczne i psychologiczne, jakie towarzyszą tworzeniu. Podpowiada, jaka siłą może być mecenat, wsparcie lokalnych autorytetów, bo przecież dzieła sztuki ludowej, podobnie jak każda działalność artystyczna nie po to jest, „by pod korcem stała". Czas kompozycyjnie zamknąć całość. Pan Czesław Kowalczyk pracuje nad nowym dziełem dla kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej w Objeździe.Ksiądz Mariusz Drogosz podjął się trudnego, kosztownego dzida dokończenia prac remontowychzabytkowego kościółka i renowacji okalającego go terenu, we współpracy z konserwatorem zabytków (Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Gdańsku Delegatura w Słupsku). To początek, może zaczyn spraw jednoczących lokalną społeczność? W Paszynie znajduje się Muzeum Sztuki Ludowej im. lcs. Edwarda Nitki, założone przez lcs. Stanisława Janasa, działające przy parafii pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Uroczystego ~ 274 ~ poświęcenia i otwarcia muzeum dokonał ówczesny ordynariusz diecezji tarnowskiej bp Józef Życiński 10 września 1994 roku. Obecnie w jego zbiorach znajduje się ponad 3000 eksponatów (rzeźb w drewnie i kamieniu, w postaci obrazów malowanych na szkle, wyrobów ze słomy, papieru i innych materiałów). Również budynek kościoła (powstałego w latach 30. XX w.) wypełniony jest wyrobami artystycznymi miejscowych rzeźbiarzy i malarzy. W sobotę, 10 września 1994 roku w parafii Paszyn odbyła się podniosła uroczystość poświęcenia i otwarcia Muzeum Sztuki Ludowej im. lcs. Edwarda Nitki. Paszyn to wieś położona w kotlinie malowniczego Beskidu Sądeckiego, oddalona o kilka kilometrów na wschód od Nowego Sącza, leżąca przy starym, średniowiecznym szlaku, łączącym podkarpackie miasteczka. Na początku lat siedemdziesiątych wieś ta rozsławiła się w Polsce i Europie samorodną plastyką ludową swych mieszkańców Stało się to głównie dzięki lcs. kanonikowi Edwardowi Nitce, który w 1957 roku został proboszczem w Paszynie. Działalność księdza, niezwykle sprawnego animatora twórczości swoich parafian, sprawiła, że Paszyn w stosunkowo krótkim czasie, ze wsi zaniedbanej pod każdym względem, stał się głośnym ośrodkiem kultury ludowej w skali europejskiej. Do Paszyna zaczęli przyjeżdżać coraz częściej i coraz liczniej miłośnicy sztuki ludowej,przedstawiciele muzeówetnograficznych i środków masowego przekazu także spoza granic kraju. Byli tu nawet wysłannicy japońskiej telewizji! Dziś Paszyn uchodzi w Polsce za największy ośrodek rzeźby ludowej i malarstwa na szkle. Dzieło poprzednika podjął jego następca lcs. Stanisław Janas, który umieścił muzeum w wyremontowanej starej plebanii i części nowej. Ks. bp Ordynariusz Józef Życiński podczas uroczystości otwarcia Muzeum: „Tak jest w życiu, że to, co proste, niepozorne, niezauważone, kryje w sobie wielkość. To, co rozreklamowane, wyniesione na piedestał, bardzo często demonstruje swój prymitywizm. Więc wierzcie w siebie. Czujcie się zespoleni z tą tradycją, która tutaj już została stworzona. Budujcie na fundamencie Chrystusa. W kościele, w modlitwie szukajcie inspiracji dla bezinteresownej służby pięknu. Pamiętajcie o tym Artyście Boskim, który jest w głębi waszej duszy; który jest w każdym człowieku. Nieraz jest to artysta uśpiony. Ksiądz Nitka obudził go. On zaczął działać i cały świat zachwycił się pięknem tego działania. Nie pozwólcie więc, by wasz artysta popadł w drzemkę. Niech te dobrecechy i talenty, które Chrystus wam przekazał, nie będą zakopane. Niech będą ustawicznie rozwijane. Niech to będzie najpiękniejsze epitafium, jakie możemy ufundować czcząc pamięć tego, który wyzwolił z was duszę artysty. Amen". ~ 175~ Legenda o kościele w Rowach Kościół w Rowach. K ościelne dzwony prześcigały się w głoszeniu radości niedzielnego poranka. Zielone ławeczki przed kruchtą na wprost prezbiterium zapraszały wiernych na mszę. Ojcowie redemptoryści, wypoczywający latem w Rowach, na czas kanikuły przejmowali duchową pieczę nad ludem Bożym. Miejscowy proboszcz, Stanisław Fortuński, oddawał im rząd dusz, a oni w podzięce za gościnność gorliwie wypełniali duszpasterskie obowiązki, służąc gościom i miejscowym. Ojciec Grzegorz czynił ostatnie przygotowania w zakrystii. Ministranci w komeżkach sposobili się do posługi celebrantowi. Poranek był piękny. Odmorza pachniało lekką bryzą. Wczasowicze i miejscowi tłumnie szli ulicą Kościelną. Nie spieszyli się, by nie spłoszyć świątecznego nastroju. -Mały nasz kościółek, za mały na tyle luda -troszczyła się Irena Łepkowa. -Ale stary, inny, powiedzieć można legendarny -uspokajała sąsiadkę Janina Dukielowa. I letnikom się podoba. A mszy słuchać można i przed kościołem. Ławeczki są, pogoda latem zawsze u nas ładna, więc niech jest jak było. ~ 176~ -A jak było? -zainteresowała się pięcioletnia Karolinka, wnuczka Łeplcowej. -A było, było. Może tami lepiej byłoby niewspominać Złego,bo gotów wrócić i tłuc ogonem o kamienie -przestrzegała Dulcielowa. Dawno to było. Tych, co tu mieszkali, nazywano Słowińcami. Lud to był bogobojny, pracowity,ojcowiznę miłujący Głowy wysoko rowianie nosili, bo ich przodkowie króla Anglii Henryka IV gościli, gdy ten, jeszcze jako rycerz Henryk Derby z Lankasteru, w drodze do Gdańska do Rowów zawinął. Różni goście tu bywali. Na krótko i dłużej. A na miejscowym cmentarzu wieczny odpoczynek znaleźli marynarze ze Szwecji, Francji Hiszpanii, Holandii, Norwegii. Ziemia tu gościnna, chociaż pszenicy nie rodziła. I tak zostało. Nawet wtedy, gdy w wielkim tyglu historii wszystko się wymieszało, dając początek nowemu porządkowi. Ale wiosną 1816 roku rowianie mieli wielkie zmartwienie. Stary drewniany kościółek, postawiony w połowie osiemnastego wieku trzeba było rozebrać, bo począł się pochylać ku jezioru. Byle szkwał, a nieszczęście gotowe. Wody Gardna zabiorą wszystko. Gdzie chwałę Boga będą głosić i dziękować za obronę przed żywiołami i głodem? Prawie dwadzieścia lat zastanawiali się czy stać ich na budowę nowego. Kiedy jednak w 1843 roku protestancką parafię objął pastor Horn Karl Fredrich Jonathan, sprawy potoczyły się szybko. Kościół być musi, tylko kto go postawi i z czego? Radzono, radzono, a czas mijał. Najzupełniej niespodziewanie rozwiązanie przyszło samo i to w czarnych wysokich butach ze spiczastymi noskami. Stary Kluk, kiedy wracał przez las ze Smołdzina, spotkał wędrowca. Młody to był człowiek, silny, postawny. I chociaż z maleńkich czarnych oczu dziwnie mu jakoś patrzyło, to pięknie po lcaszubsku mówił, a gdy się uśmiechnął, serce tajało. Zabrał Kluk wędrowca na wóz, bo żal mu się zrobiło biedaka dźwigającego ciężki tobół. Konie szły stępa, dyszel skrzypiał, a oni pogadywali se wesoło, żeby raźniej było w nirocznym lesie. Od słowa do słowa i rybak wyjawił obcemu strapienie rowian. A ten się tylko uśmiechnął i powiada: -Widzicie, staruszku, jakie to szczęście. Tak chyba miało być, skoro los postawił mnie na waszej drodze. Majstrem jestem, za robotą idę. Pomogliście wy mnie, to i ja wam usłużę Dalej iść nie muszę. Dogadali się szybko. Przyjechawszy na miejsce, zostawił Kluk gościa w checzy. Klukowa z synową zajęły się przybyszem, ~ 177 ~ częstowały chlebem i wędzonym śledziem. Dzieciaki patrzyły na obcego zza matczynej zapaski, a ten jadł i uśmiechał się do nich. Kluk tymczasem, obrządziwszy konie, ruszył do sołtysa, by co rychlej przekazać nowinę. -No niby majster potrzebny, ale, Kluku, z czego on ma kościół stawiać? Drewniany jak ten łacno zmurszeje. Trzeba by myśleć o cegle, a ta nie na naszą kieszeń. Nie stać nas. Podumał chwilę sołtys Renie, po karku się podrapał i zakończył: -Zresztą, noc przyniesie radę. Nie spieszmy się, może coś jutro uradzimy. No i pastora trza pytać o zdanie. Rankiem rybacy poszli w morze stawiać sieci. Kiedy wrócili koło południa, rozmawiali przy łódkach o wczorajszym zdarzeniu. Na to nadszedł nieznajomy. Słuchał, głową potakiwał, potrząsając czarnymi kędziorami. A gdy umilkli, rzecze: -Kamienia, widziałem, w okolicy sporo. Budulec to dobry i trwały. Wystarczy nie tylko na kościół, ale i na karczmę. Bo dobrze będzie po nabożeństwie spotkać się, o wioskowych sprawach pogwarzyć, a nawet pastora na lcufelek zaprosić, boć to też człek ziemski. Przypadła do serca rybakom ta rada. Tym bardziej, że niejeden o niesprawiedliwości z powodu braku karczmy myślał, chociaż żaden o tym głośno nie mówił. Głównie z obawy przed własną żonką, która za coś takiego z domu gotowa wygnać albo jeszcze gorzej. Teraz była to uchwała gromady, toteż szanować ją trzeba i nikt do nikogo złości mieć nie może. Stanęło na tym, że robota rozpocznie się we czwartek. Nie w sobotę po południu, bo to dziwactwo, przesąd i czas z tym skończyć. I żadnych święceń nie będzie, dopiero na koniec, kiedy wszyscy dzieło zobaczą. Dlatego i pastorowi nie ma co głowy zawracać, co uradziwszy, poszli do swoich zajęć. Zabrał się majster do roboty. Najskorzej szło mu pod wieczór, gdy szarość na ziemię spływała. Rano widać było, że się nie oszczędza, bo ściany rosły. Chociaż dni nastały chmurne, wietrzne, on nie narzekał, robił ochoczo swoje. Kładł kamień na kamieniu z taką łatwością, że niejednemu dziwne się to zdawało. Tymczasem po wsi gruchnęła wieść, że Kluk zachorzał. Rozpalony od gorączki i gada jakoś dziwnie. Opędza się od kostuchy, ale bardziej od złego, co na jego duszę czeka jak na swoje. Wezwała Klukowa pastora. Ten pogadał ze starym, pomodlił się z dziećmi o zdrowie dziadka, psalm jeden i drugi zaśpiewał. A kiedy z izby chorego wyszedł, powiada: -Majstra odprawić precz trzeba. Dziwny on jakoś. Sam robi, nikogo do pomocy nie woła. Nie tak my pracujemy. My zawsze ~ 178 ~ razem, w morzu i na roli, na weselu i pogrzebie. Zapłaćmy mu, co się należy i odprawmy. To prośba Kluka, a wolę umierającego mus wypełnić. Tak zrobili. Poszli gromadą. Poczekali, aż majster, ogromny głaz, który sam podniósł, na murze położy. Wtedy Renie wystąpił i oznajmił wolę gromady. A majster tak się zdenerwował, że ze złości aż mu rogi z czarnych kędziorów wyszły i ogon z portek wysunął. Machnął nim tak, że kamienie pofrunęły aż na jezioro. Zaszumiało, zahuczało i rybacy z Rowów zostali sami. Na ścianie od południa ujrzeli głaz osmalony niby ogniem piekielnym. Teraz dopiero odkryli, że Kluk pomiarkował, kogo do wsi przywiózł. Chłop niebawem wydobrzał ku radości domowników, ale na długo markotny został. Rowianie sami postawili kościółek, pastora szanowali i o zdanie pytali w każdej sprawie dotyczącej spraw Bożych. O karczmie nikt nie wspominał, jakoś wstyd było. Za to w czas jakiś później urządzili świetlicę, by było gdzie się spotykać i wspólnie bawić. -X" -X" -X" -Ale historia! -ucieszyła się Karolinka. A że zadźwięczały sygnaturki, oznajmiając początek liturgii, kobiety usiadły na zielonej ławeczce. Słuchały dźwięcznego głosu ojca Grzegorza, który niósł się od kościoła na całe Rowy. Kościół w Rowach został zbudowany w latach 1842-1849 przez arch. Fredricha Augusta Stillera. ~ 179~ Rybacy z Rowów W Rowach kapliczka stoi w środku wsi, jak dawniej. Przesunięto ją o kilka metrów, żeby nie przeszkadzała przy wjeździe do portu. Wszędzie zaczyna być ciasno, takie czasy. Wcześniej czworoboczna Gwiazda Morza wypisanymi suplikacjami modliła się dzień i noc. Od zawsze stała w sercu wsi, przy porcie, gdzie toczyło się życie rybackiej osady. Wczesnym świtem małe łodziez Rowówwypływały na przybrzeżnewody Bałtyku,niedaleko, między Ustką i Łebą, jakieś pięć do siedmiu mil, bo gdzieżby dalej na takich łupinkach. Dwóch, trzech rybaków, najczęściej spokrewnionych, stawiało sieci i wracali do domów Następnego dnia, jeśli pogoda pozwoliła, wyjeżdżali po połów. Kobiety i dzieci oprzątały żywinę i pole, a potem do portu. Czekały na powracające łodzie od wczesnych godzin, by wybrać rybę, wypatroszyć, rozplątać i oczyścić sieci. Początkowo rybacy sami musieli ją sprzedać. Starsi mieszkańcy z okolicznych wsi pamiętają postać rybaka w kożuchu, który wozem konnym podskakującym na „kocich łbach" wąskiej drogi wiózł rybę na sprzedaż. Najczęściej była to flądra lub śledzie, rzadziej dorsz. Sprzedawał za grosze. Nie ceniono ryby, nie znano jej smaku i zdrowotnych właściwości. Przystań rybacka w Rowach. ~ 180~ Nie zawsze połów był udany. Czasem wracali z porwanymi, splątanymi sieciami, w których pełno było patyków, wodorostów i śmieci. Wtedy była złość. Zdarzało się też, że sieci ukradli kłusownicy, jak całkiem niedawno, w 2002 roku. Wówczas zaciskali zęby, bo była złość i wstyd, że nie upilnowali swojego. Przechodząc obok kapliczki, zdejmowali czapki, oddając swe troski Wspomożycielce Wiernych. Teraz kapliczka, jak i całe Rowy, jest cool. Nowiuteńka, z klinkierowej cegły, z nową figurką i sztucznymi kwiatami. Trochę z boku, żeby nie przeszkadzała. Kilku starych rybaków, którzy nie chcą nawet mówić o dawnym skromnym życiu, pochylają głowy w ukłonie, dziękując za odmianę losu, nie swojego, ale swoich dzieci. Ciężka była ich praca, niebezpieczna, niepewna zysku, ale kto był na morzu, ten brał jego siłę, dumę, godność. Tacy byli rybacy z Rowów. I tacy są, chociaż zostało ich kilkunastu na kilku kutrach. Żyją dumnie i mocno bez kłaniania się komukolwiek. Pan Kazimierz Łepek mówi, że rybacy mają sumienie. Sumiennie pracują, sumiennie się rozliczają i sumienie mają za życiowy drogowskaz. Dawne trudy i troski nauczyły ich przezorności i ostrożności, nawet w słowach. A morze zawsze jest obok -wymagające, sprawiedliwe i niezależne. Ci, którzy je lekceważyli, zapłacili cenę najwyższą. i Dom rybaka Fritza Kempa, Rówek/ Haus von Fischer Fritz Kemp, Klein Rowe, ołówek / Bleistift, 1934, 29,3 x 48,3 cm; Pomorskie Muzeum Krajowe w Greifswaldzie / Pommersches Landesmuseum Greifswald, Sign. Gr 97/74, fot. K. Kornow Skan: Edda Gutche, Malarze... cz. 2, Gottfried Brockmann. Przedwojenne Rowy i pracę rybaków udokumentował w artystycznej formie malarz Max Pechstein. Od 1927 roku rokrocznie spędzał w Rowach lato, organizował plenery i malował. Powstało ~ 181 ~ wiele obrazów przedstawiających ówczesne życie wsi: „Rybacy w łodzi", "Po połowie", „Jesienne chmury nad Rowami". Rowy jako temat malarski obecne były w twórczości wielu ówczesnych malarzy ze Słupska i Pomorza. Gottfried Brockmann namalował „Połów w Rowach", Paul Kuhfuss -„U ujścia Łupawy w Rowach", „Rybacy naprawiający sieci", Willi Hardt namalował ,Wydmy w Rowach", „Cmentarz w Rowach". Osada rybacka zyskała popularność, a mieszkańcy dodatkowy dochód. Profesor Andrzej Czarnik, badacz historii ziemi słupskiej, opowiada w monografii „Gardna Wielka" anegdotę o Maxie Pechsteinie. Malarz przypłynął do Rowów z Gardny przez jezioro. Wstąpił do chaty rybaka z pytaniem o kwaterę. Kiedy uzgodnili już wszystko, ciekawy rybak zapytał: -A co będzie pan w Rowach robił? -Będę malował -odpowiedział Pechstein. -Nic z tego nie będzie, u nas każdy sam maluje, kiedy trzeba. Ci, którzy po wojnie znaleźli w Rowach miejsce dla siebie, nie widzieli malarskich pejzaży Chaty rybaków kryte strzechą, małe łodzie wiosłowe, postacie rybaków, piękno krajobrazu -towszystko zobaczyli, kiedy zamieszkali we wsi po wojennejzawierusze. Pan Józef Kuskowski pamięta dokładnie datę, kiedy jego ojczym Zygmunt Kłosowski zawitał do Rowów. Było to 25 listopada 1945roku. Zaraz potem spod Lidy przybyła rodzina Kraśników. Przybywali po nowe życie Wołkowie i Torończakowie. Później i inni. Wieś się zaludniała. Każdy miał kawałek lichej nadmorskiej ziemi i możliwości, jakie dawało morze. Byli jeszcze niemieccy rybacy, których połowy przejmowała radziecka władza na potrzeby wojska. Nie trwało to długo, Rosjanie odeszli, odchodzili dawni mieszkańcy. Nowi przybysze nie byli rybakami, tu na miejscu sami uczyli się nowego rzemiosła, bo administracja w Gdyni dopiero się organizowała. Chętnie korzystali z rad doświadczonych rybaków, którzy wyrokiem historii opuszczali Rowy. Lodzie były wiosłowe, razem wypływali i pracowali. Pan Paweł Kraśnik wspomina Otto Bartza, który udzielił mu kilku cennych rad. Nie było przecież radarów, sond, a trzeba było wiedzieć, gdzie postawić sieci. Pracowici, wytrwali, sumienni przez następne lata pozostali wierni morzu. Zmieniali łodzie na kutry, sieci bawełniane na żyłkowe, ale zasady pozostały niezmienne. Nie zazdrościli sąsiadom, lecz nie pozostawali w tyle. Tak jest i teraz, kiedy na polach, gdzie wtedy uprawiali kartofle i żyto, wyrosły gęsto dorodne domy wczasowe, a łodzie, głównie drewniane, trzeba było rozebrać. Takie były wymogi Unii, z których niektórzy skorzystali. Nie wszystkim jednak podobają się nowe ustalenia. Ci którzy mają następców i dobre łodzie, chcieliby łowić jak dawniej. ~ 182~ Próbują pozostać w zgodzie z zawodem i z nowym prawem. Syn Pawła Kraśnika, Mirosław, który od ojca uczył się rybactwa, skrócił swą łódź do ośmiu metrów, bo według nowych norm takie nie podlegały restrykcyjnym normom unijnym. Teraz sam nie wie, czy postąpił słusznie, bo przepisy zmieniają się szybciej niż wiatr nad Bałtykiem. Może lepiej było czekać na rekompensaty? Przy pogodzie wychodzi w morze, ale pożytku z tego niewiele. Jednego dnia złowi sto kilogramów dorsza, drugiego -trzydzieści, tyle by opłacić paliwo do silnika. Jak długo wytrwa, sam nie wie. Może w portowym kanale na kutrach będą smażalnie, w których królować będzie panga? Czas pokaże, kto miał rację, ale rowianie dadzą sobie radę. Trudne decyzje podejmowali ojcowie wiążąc swe życie z morzem, terazczas na synów. Wrośli w rybackie życiecałymi rodzinami, więc jak odwrócić się od własnej przeszłości? Odmieniona rzeczywistość stawia trudne wyzwania. Miniony czas zostawia po sobie pamiątki: drobne narzędzia rolnicze, sprzęt domowy i rybacki z małych łodzi, fotografie, obrazy dawne i dzisiejsze. Czekają na strychu, w kącie podwórka, zapomniane, niepotrzebne. Czekają by dać świadectwo czasu odchodzącego w niepamięć. W Rowach niezmiennie pozostają urok morza, pomysłowość i pracowitość ludzi jako gwarancja dostatku. Uczciwie pracują i pięknie się bawią, kiedy czas po temu. „Babiniec"-zespół śpiewaczy z Rowów. Iwona Kuleta, Alicja Mieliwodzka (Ostrowska), Aleksandra Kuczun, Zorza Sędzicka -instruktor prowadząca, Joanna Płatwa, Justyna Wietrak (Czerwonka), Roksana Białek, Bożena Kraśnik (Lempek), Aldona Michalec (Kraśnik), Małgorzata Wysogrocka (Dukiel). ~ 183 ~ Posplatały się losy, przemieszały jak piasek na złotej plaży. Rzadko powracają wspomnienia, odchodzą na zawsze ci, którzy własne życie potrafili dyskretnie włączyć w powstającą rybacką wspólnotę. Tak rodziła się mała ojczyzna ich dzieci i wnuków,które nie znają innej. Wspomnienia dziadków i rodziców, pamiątki przywiezione i zastane, legendy i codzienne zdarzenia to misterna materia ich świadomości, o którą warto zadbać. Zmieniają się Rowy. Rozrastają. Przybywa domów, ale nie przybywa mieszkańców, jest ich około czterystu. Wieś zaludnia się latem, gdy ożywają ośrodki wczasowe, prywatne kwatery, ulice. Rowy żyją od sezonu do sezonu. Od września do maja cisza i spokój. Słychać tylko stukanie młotków, kielni, maszyn budowlanych. Powstają nowe domy, które poza sezonem będą stać puste. Najbardziej tajemniczą, największą i niewątpliwie najdroższą jest budowla przy ulicy Nadmorskiej, należąca do zakonu redemptorystów Tablica informacyjna oznajmiała, że powstaje dom zakonny, ale nikt z mieszkańców nie wie, jaki wpływ na ich życie będzie miała okazała posesja, której strzeże wyrzeźbiony w pniu ściętego drzewa rybak, ufundowany przez mieszkańców. Duże ośrodki żyją własnym życiem. Rowy są dla nich miejscem lokalizacji wczasowego interesu. Dają dochód gminie, pracę mieszkańcom okolicznych miejscowości, ale nie włączają się w życie wiejskiej wspólnoty Czasem, jak na przykład ekskluzywny „Kormoran", sponsorują kwiaty do kościoła. Pękają stare więzi. Bieżące życie rozsadza kruchą materię małej rybackiej społeczności. Dzieci jadą do szkoły do Objazdy, kościół poza sezonem zapełnia się tylko na chwilę we czwartek i niedzielę. We wsi jest pusto i cicho. Tylko jak kiedyś w porcie życie pulsuje powolnym rytmem. Pracuje pogłębiarka, przychodzą starzy rybacy, by popatrzeć jak kutry wracają z morza, powspominać, omówić zmiany jakie wprowadza rząd powołując się na zalecenia Unii Europejskiej. Paweł Kraśnik i Józef Kuskowslci mają na ten temat swoje zdanie, tylko kto ich wysłucha? Obok kutrów na kanale miejsca zajmują wędkarze. Może oni będą mogli złowić więcej niż kutry? -żartują rybacy. Tymczasem młode kobiety zKoła Gospodyń Wiejskich wierzą, że warto zrobić coś dla siebie. Spotykają się w wiejskiej świetlicy. To nic, że wciśnięto ją w kąt po dawnym schronisku PTTK Pięknie śpiewają, koncertują, nagrywają płyty, urządzają zabawy dla siebie i innych. Póki jest czas, czyli jesienią i zimą. Kiedy nadchodzi sezon, nikt na to nie ma głowy, bo to okres ciężkiej pracy, która zapewnia podstawy bytu na cały rok. Jednak o kapliczkę dbają jak o własny ~ 184 ~ dom i rodzinę przez cały rok. Mimo zmian, a może właśnie dlatego. Pędzący czas trzeba jakoś zacumować, jak łódź porcie. Jest też nadzieja na obudzenie ducha dawnych plenerów malarskich. Tegoroczna majówka z okazji święta Konstytucji dzięki wójtowi gminy Ustka, pani Annie Sobczuk-Jodłowskiej, zaowocowała malarskim wernisażem pod tytułem „Wiatr od morza". Efekt pięciodniowego pleneru w formie wystawy w wiejskiej świetlicy zaprezentowali malarze: Wanda Botter z Zimowisk, Barbara Broda z Ustki, Krystyna Czucha z Machowina, Józef Dzieran z Ustki, Michał Gielar z Wodnicy, Ewa Grużewska zeStarkowa, JolantaKostka z Wodnicy, Kazimierz Kostka z Wodnicy, Teresa Kościuczulc z Ustki iJadwiga Ziomek ze Słupska. Pani wójt obiecuje, że to nie ostatni plener. Mamy nadzieję, że efekty działań artystycznych dadzą początek -na początek -wakacyjnej galerii sztuki regionalnej. Odchodzący świat przybrzeżnych rybaków warto udokumentować. słowa modlitwy wznoszę jak żagiel barkasa zawieszonego u sklepienia kościoła w Rowach niech płyną niech niosą niech wrócą z tymi co w morzu zarzucali sieci czekam na brzegu na piasku kładę bursztynowe zaklęcia morze śpiewa odwieczny hymn I tak upłynął wieczór i poranek dzień trzeci ~ 185~ Taka sobie anegdota Zagroda chłopska pod drzewami (Rowy) / Bauerngehóft unter Baumen 1930, kredki, 25 x 33,2 cm Skan: Max Pechstein, w: A Czarnik, Pomorskie plenery... Kiedy latem 1927 roku rybacką łodzią przez jezioro Gardno ze wsi Gardna Wielka do Rowów przypłynął Max Pechstein, znany twórca, członek malarskiej grupy Die Briiclce (Most), miejscowy oberżysta ze zdziwieniem zapytał, czym też będzie się przybysz zajmować. -Będę malować -odpowiedział Pechstein. -Nic z tego, u nas każdy sam sobie radzi -stwierdził oberżysta. I była to prawda. Rowianie byli biedni, a rybacka wieś wydawała się zapomniana od świata. Rybacy rankiem wypływali maleńkimi łodziami na połów, który kobiety z liszkami (koszami) na plecach roznosiły po okolicznych wsiach, przynosząc do domu lichy grosz. Taką wieś, biedną, ale malarsko inspirującą z pochylonymi płotami przy chatach krytych strzechą zastał znany malarz z Berlina. ~ 186~ Wcześniej, bo już w 1921 roku rozkochał się w Łebie, rozkochał metaforycznie i dosłownie. Pokochał nadmorskie pejzaże i córkę miejscowego restauratora, Martę Molier, dla której rozwiódł się z Charlotte Kaprolat. Z Martą, żoną od 1923 roku, i synem Maxem Konradem od 1927 roku przez sześć kolejnych lat kanikułę spędzał w Rowach. W tym czasie z pewnością bywał w Objeździe, skąd wysyłał bogato ilustrowaną korespondencję do przyjaciół Ede i Micy Plietschów, od których otrzymywał towary, jakich w żaden sposób na miejscu dostać nie mógł. Takich trunków nie było w gospodzie Kempa ani Dóhringa wRowach. Jednak nie z tego powodu zrezygnował z wakacji u ujścia Łupawy, jak nazwał jedną ze swoich prac (Ujście Łupawy). Rozstanie z Rowami spowodowane było zmianami w osadzie, między innymi elektryfikacją, budową kładki do Rówlca, wzrastającą popularnością wsi, do której docierały już motorowe łodzie, a także, jak podaje badacz twórczości Pechsteina, prof. Andrzej Czarnik (1935-2005), popularnością narodowo-socjalistycznych haseł w biednej społeczności. Penetracje pomorskiego wybrzeża przyniosły olbrzymi dorobek, który przedstawił na urządzonej wspólnie z miejscowym środowiskiem artystycznym w 1933 roku w Słupsku wystawie. Do najpiękniejszych prac należy między innymi „Dziki, żółty irys" (1930). O genezie pracy opowiada w zapiskach, jak to w czasie spaceru nad wschodni podmokły brzeg Gardna narwal całe naręcze dzikich irysów, przyniósł je do domu i w uniesieniu malował. Na słupskiej wystawie zaprezentowali się także Otto Priebe (Wystawa w Słupsku także w 1996), Margarita Neuss-Staube, Willi Hardt oraz Paul Kuhfuss obrazami: „Rybacy naprawiający sieci" i „U ujścia Łupawy". Niektóre prace spopularyzowały wydania pocztówkowe. W1937 roku wskutek hitlerowskiegoprogramu iczystek Pechsteina usunięto z profesury na berlińskiej uczelni. Wojnę przeżył w Łebie, gdzie dlachleba namalował jedyny obraz religijny -„Madonna Orędowniczka", pozostający w tamtejszym kościele. Do pomysłu urządzania plenerów malarskich w ostatnim czasie powróciły usteckie władze samorządowe, ale niewielka poplenerowa prezentacja w miejscowej świetlicy to za mało, by ożywić artystyczne aspiracje ambitnego wczasowiska. ~ 187~ Zdarzyło się w Rowach? Parowiec wyrzucony na brzeg k. Rowów, pow. słupski / Cestrandeter Dampfer b. Rowe, Kr. Stolp; H. Kasten, K. Muller Pommerland. Ein Heimatbuch, Leipzig, 1926, s. / S. 135 Skan: Edda Gutsche, Malarze..., cz. 2. Willi Grube. Malarze, miejscowości i widoki Pomorza Zachodniego w pierwszej połowie XX wieku. Część 2." Eddy Gutsche, książka wydana przez Wydawnictwo „Jasne" w 2012 roku -po raz kolejny stawia mnie przed zagadką dotyczącą najbliższej okolicy Zamieszczony w publikacji rysunek Willego Grube, kreślarza urodzonego w 1890 roku w Szczecinie, który w czasie licznych wędrówek rowerowych po Pomorzu badał i dokumentował regionalne osobliwości, stawia mnie przed tajemnicą. Czy to tylko artystyczna wizja, czy graficzny dokument prawdziwego zdarzenia? Słupski dziennikarz Marcin Barnowski w wydanej w 2010 roku książce„Żeglarze i rybacy Historie usteckiego portu" pisze, że jeszcze w XIX wieku w okolicy Ustki co roku miało miejsce co najmniej sześć morskich zdarzeń. Późniejsze pozostały w pamięci najstarszych rybaków lub zostały opisane w regionalnych gazetach. W 1924 podczas surowej zimy na morzu w okolicy Ustki potężny mróz uwięził w lodzie na blisko miesiąc holenderski parowiec. Na początku roku 1926 „Stolper Post" informował, że kutrowi rybacy widzieli na morzu skrzynie z pomarańczami, niestety, już zepsutymi. Zastanawiano się, czy zostały zmyte przez sztorm, czy pochodzą z rozbitego statku. Dziewiątego lutego 1945 roku na wysokości usteckiego portu zatonął, storpedowany przez radziecki okręt podwodny, podobnie jak dziesięć dni wcześniej w okolicy Łeby ,Wilhelm Gustloff", -188~ transportowiec „Steuben" z trzema tysiącami uciekinierów z Prus Wschodnich przyjętych na pokład w Bałtijsku, czyli dawnej Pilawie. W okolicyPoddąbia przygłównym zejściuna plażędo dziś morze co jakiś czas odsłania resztki -prawdopodobnie duńskiego trałowca, który osiadł tu na mieliźnie. Prawdopodobnie, bosą i inne wersje zdarzenia. Pod koniecwojny, na początku lutego 1945 roku, utkwił tu jeden z duńskich torpedowców przejęty przez Niemców do poławiania torped, uszkodzony w czasie bombardowania przez radzieckie lotnictwo portu w Pilawie.Podczas holowania uszkodzonego poławiacza do którejś ze stoczni w zachodniej części Bałtyku zaskoczone jednostki sztorm zepchnął na mieliznę, gdzie pozostały, oddane morzu. Również do małego portu w Rowach przez wieki przed sztormem uciekali żeglarze z całego świata. Częstobyła to dla nich ostatnia przystań, z której najbliżej było na miejscowy cmentarz, niemal już całkowicie zapomniany. W latach 30. XX wieku obraz pod tytułem „Cmentarz w Rowach" namalował techniką gwaszu Gotffried Brockmann (1903-1983). Przedstawił niemal idylliczną zieloną krainę z widnokręgiem łączącym wodę (jezioro Gardno) z niebem, poprzecinaną czarnymi żeliwnymi krzyżami na pierwszym planie. Były tu groby marynarzy wielu narodowości: Szwedów, Holendrów, Hiszpanów, Norwegów, Francuzów, a nawet Maurów. Natomiast rysunek Willego Grube, który zainspirował mnie do poszukiwań, ma wszystkie walory artystycznej wizji. Spienione morze, statek przechylony na burtę niemal pod klifem, rozrzucone na falach sprzęty, pustka z jedyną mewą na topielą -świadczą o zapomnianym zdarzeniu. Nikt nie ratuje porzuconego parowca, ludzie dawnoodeszli, tylko artysta, którego sygnatura znajduje się w prawym dolnym rogu daje świadectwo. Myślę, że to artystyczna syntezamorskich opowieści o uwięzionych przez Bałtyk statkach. Morze jako temat malarski obecne jest w dorobku prezentowanych w dwutomowej publikacji artystów malujących w różnych stylach i technikach -od znanego i uznanego Maxa Pechsteina do Richarda Zenke (ogółem Cmentarz w Rowach / Friedhot von Rowe, gwau / Gouache. 1(>.8 * 20,9 cm: Pomorskie Mu/etim Krajowi* w Greilswaldzie f Pommerscbes t.mdonuiNoum Oeitswald, Si^n. Gr 55/74. lot K. Kornow 38 twórców). Jedna wartość jest mimo to wspólna, Skan: Edda Gutsche, Malarze... cz. 2, Gottjried Brockmann. ~ 189~ to dokument życia artystycznego tamtego czasu i, dla badacza historii, dokument życia nadmorskich miejscowości i ludzi związanych z morzem, wówczas, gdy morze, podobnie jak ziemia, dawało obfity rybacki plon, uczyło respektu wobec praw natury, wyznaczało rytm zajęć. W XIX wieku, kiedy rybactwo stało się zawodem, okazało się, że w Rowach jest więcej rybaków niż w Ustce. Od niepamiętnych czasów Rowy były osadą rybacką. W latach 60. ubiegłego wieku w maleńkim porcie cumowało ponad dwadzieścia łodzi. Wychodziły w morzelatem dwa razy dziennie, zimą raz, gdy tylko pogoda sprzyjała. Ryby z sieci wyjmowały całe rodziny, przystań była oczkiem w głowie liczącej około trzystu mieszkańców wsi. Dziś tamtych Rowów już nie ma. Dziś to typowa wieś letniskowa zapełniająca się latem do granic możliwości i zabudowana pensjonatami aż pod wydmy i granice SPN -gwarna latem, opustoszała zimą. Na wieczną wachtę odeszli starzy doświadczeni rybacy, młodzi „żyją" z letników. Kilka kutrów bardziej jako atrakcja niż sposób na życie, wypływa w morze. Kupić latem flądrę z kutra to wielkie szczęście, z perspektywą niepowtarzalnego smaku. Letnią atrakcją Rowów są w ostatnich latach czerwcowe plenery malarskie. Od dziewiętnastu lat ideę spotkań malarskich na ziemi pomorskiej podjął Słupski Ośrodek Kultury oraz Klub Plastyka im. Stefana Morawskiego. Ich pierwszy plener odbył się w Smołdzińskim Lesie, następne w Rowach, Poddąbiu, Jasieniu, Ustce i Słupsku. Natomiast Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach organizuje od kilku lat Międzynarodowy Plener Malarski Artystów Nieprofesjonalnych „Śladami Maxa Pechsteina". W Rowach nad kanałem suszą się sieci. Dziś już takich widoków nie ma, choć minęło tylko dziesięć lat. ~ 190~ Orędowniczka z Łeby Mi adonna Orędowniczka" z Łeby zwana też „Madonną z Morza" i „Orędowniczką Rybaków" otrzymałaY Y JL V JLmarinę w Łebie, w świątyni zbudowanej z inicjatywy protestantów pod koniec XVII wieku i gruntownie wyremontowanej w 1860 roku, obecnie kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kiedy w sierpniu 1945 roku do miasta przybył oblata o. Mieczysław Cieślik, mieszkańcy przyjęli go z radością, a w 1946 powstała parafia katolicka z proboszczem ojcem Mieczysławem Cieślikiem. To on zlecił przebywającemu w miasteczku artyście namalowanie obrazu Madonny. Max Pechstein, znany ekspresjonista, profesor z Berlina na czas wojny i hitlerowskich prześladowań skrył się w Łebie, gdzie jego teść, pieszczotliwie zwany papą Molierem, był restauratorem. Wprawdzie w dorobku artysty nie było dotychczas dzieł religijnych, jednak podjął się zlecenia ojca Cieślika, dla chleba. W zapiskach, które prowadził przez całe twórcze życie malarz zwierza się, że praca sprawiała mu wiele radości i dawała wewnętrzną silę. Obraz o wymiarach dwa metry wysokości i metr szerokości malował na prześcieradle farbami, jakich rybacy używają do konserwacji łodzi. Później wrócił do profesury na zachodnioberlińskiej uczelni. Miejscowi, modląc się przed Max Pechstein, Matka Boża obrazem „Orędowniczki" w świątyni, Orędowniczka rybaków.która po 425 latach, 19 maja 1946 roku, Łeba. Scan: A. Czarnik, Plenery... po nieznacznych przeróbkach dawnego zboru protestanckiego, zyskawszy miano Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny stała się kościołem katolickim, zapomnieli historię obrazu. Mimo to już wtedy „Madonna z Morza" łączyła dwa brzegi -wojny i pokoju i dwie historie, jakże odległe -tak jak morze i ziemię na obrazie Pechsteina. ~ 191 ~ Dopiero w 1994 roku odkryto zapomnianą legendę obrazu, która zaciekawiła historyków i na nowo poruszyła serca łebian. Odpust „Madonny z Morza" odbywa się w Kapitanacie Portu w Łebie, dokąd obraz peregrynuje z kościoła, by stanąć, gdzie morze styka się z lądem, na ołtarzu pod gołym niebem. Tak jest każdego roku. W 2012 „Madonna Orędowniczka" pojechała do Berlina na wystawę „Obok. Polska i Niemcy -1000 lat historii w sztuce". Kuratorem wystawy przewidzianej na czas między wrześniem 2011 i styczniem 2012 roku, na której „Madonna z Łeby" została wystawiona wśród 700 innych obiektów, była Anda Rottenberg. Przedsięwzięciem artystycznym opiekowała się polsko-niemiecka Rada Programowo-Naukowa z Władysławem Bartoszewskim. Tymczasem miejscowe gazety informowały, że 31 maja Łebę odwiedziła wnuczka słynnego malarza, Julia Pechstein, która opowiadała o żywej w rodzinnej legendzie tęsknocie dziadka za dawną Łebą i rozmowami z rybakami przy fajeczce. Wdzięczni łebianie ustawili wtedy przed kościołem ławeczkę w kształcie palety wyrażając w ten sposób swą pamięć o artyście. „Orędowniczka", malowana z radością, alei z myślą o codziennym chlebie, idzie własną drogą, jak każdedzieło. Misja artystyczna i być może religijna, zyskała szerszy, historyczny wymiar. Otworzyła berlińczykom perspektywę na wspólną z racji sąsiedztwa historię -taką nadzieję mieli organizatorzy wystawy. Max Pechstein (w białym swetrze) z rybakami z Rowów -rok 1930. Scan: A. Czarnik, Pomorskie plenery.., Słupsk 2012. ~ 192~ Grzech pierworodny „Wilhelma Custloffa" D atę 30 stycznia Heinz Schón traktuje jak fatum. W tym dniu urodził się Wilhelm Gustloff (1895), Hitler przejął władzę (1933), Cragebia wreszcie to data zatonięcia w 1945 roku ,Wilhelma Gustloffa" na wodach Bałtyku międzyUstką i Łebą wokolicy Ławicy Słupskiej. Według ostatnich danych na pokładzie były 10582 osoby, z których ocalało 1200 (stan na 31.01.1950 r.) rozbitków, w tym Heinz Schón, członek załogi. To właśnie on przez całe późniejsze życie zbierał, badał, publikował artykuły, relacje wreszcie książki o tragedii zaginionych i ocalałych. Publikacja (271 stron) „Tragedia Gustloffa" została wydana w Polsce w 2006 roku , ii-Okładka książki Heinza Schona ze słowem wstępnym autora do wydania jrazedia Gustloffa" polskiego w Wydawnictwie „Replika" Wydawnictwo „Replika"'2006 r. z Zakrzewa należącym do Aleksandra Szablińslciego. Kraft durch Freude (siła przez radość), nazistowska organizacja zajmująca się organizowaniem masowych imprez turystycznych i sportowych dla obywateli III Rzeszy potrzebowała pasażerskiego statku motorowego. Zamówienie zostało zrealizowane w stoczni Bohma & Voss w Hamburgu za 25 min marek. Na wniosek Hitlera nadanomu imię WilhelmaGustloffa. Wodowanie i chrzest odbyły się 5 maja 1937 roku. Matką chrzestną była Hedwig Gustloff, wdowa po wiernym przyjacielu Hitlera, członku NSDAP zastrzelonym przez Dawida Frankfurtera, studenta żydowskiego pochodzenia. Dawid podjął decyzję o zastrzeleniu Gustloffa 30 stycznia 1936 roku w Davos w Szwajcarii. Kierowały nim pobudki ideowe. Nie mógł dłużej znosić prześladowań przez NSDAP Żydów, w tym osobistych tragedii wyrządzonych przez rosnący w siłę nazizm. Decyzja podjęta, wszystko przygotowane. We wtorek ~ 193 ~ 2 lutego 1936 roku przed 20-tą poszedł do domu landesgruppenleitera i w jego gabinecie oddał pięć strzałów. Potem zgłosił się na policję i oświadczył: „Nie mogłem postąpić inaczej. Kule powinny właściwie trafić Hitlera". W ten sposób Wilhelm Gustloff stał się bohaterem narodowym, męczennikiem. Upamiętnienie jego imienia wpisywało się w propagandowy scenariusz Hitlera. Cała załoga „Gustloffa" od kapitana do pomocnika kucharza należała do NSDAP. Dziewiczy rejs rozpoczął się we środę 23 marca 1938roku. Pasażerów dobierała KdF, DAF (Niemiecki Front Pracy) i NSDAP. Ta zasada obowiązywała we wszystkich rejsach, a po aneksji Austrii i stamtąd zabierano zasłużonych działaczy. W sierpniu 1939 WG odbył ostatni rejs wycieczkowy do Norwegii, skąd został wezwany do Hamburga, gdzie 1 września wcielono go do Krigsmarine jako okręt pomocniczy mający status statku szpitalnego na Bałtyku i w Norwegii. Tak było do 21 listopada 1940 roku, kiedy przeprowadzono go do Gdyni Oksywia i po zacumowaniu pełnił funkcję statku koszarowego 2. Dywizjonu Szkolnego U-Botów. 21 stycznia 1945 roku wydano rozkaz rozpoczęcia operacji przerzucenia załóg szkolonych z 2. Dywizjonu Szkolnego Okrętów Podwodnych. Wyszkolone nowe załogi były na wagę złota, admirał Karl Donitz planował na początku marca 1945 nową ofensywę łodziami podwodnymi najnowszego typu 21, miał nadzieję odwrócić losy wojny. Tymczasem wobec zdecydowanej i okrutnej ofensywy Armii Czerwonej w Prusach Wschodnich wśród ludności cywilnej wybuchła panika. Opowieści o masakrze w Nemmersdorf (obecnie Majakowskoje w obwodziekaliningradzkim) 21 października 1944 roku sprawiły, że porzucano masowo domy. Ramy organizacyjne totalnej ucieczce miała nadać opracowana pospiesznie „Operacja Hanibal". Akcję przerzutu załóg szkolnych połączono z ewakuacją uchodźców z Prus Wschodnich drogą morską. Zapełniły się porty w Piławie, Gdańsku i Gdyni. Pierwszymi przyjętymi na „Gustloffa" uciekinierkami były żona i dwie córki oficera Alfreda Voigta, który jako jeden z pierwszych poznał zasady „Operacji Hanibal". W ciągu kilku dni przyjęto na pokład ,Wilhelma Gustloffa", jakkolwiek dziwnie brzmi to określenie wobec rzeczywistości, 8956 uciekinierów. Takie są ostatnie ustalenia Heinza Schóna na podstawie relacji Waldemara Terresa i Evy Rotschyld-Dorn. Twierdzą, że do późnego bardzo mroźnego popołudnia 29 stycznia 1945 roku rejestrowano uciekinierów. Spis zakończono na pozycji 7956, później zabrakło brulionów, ale przyjęto jeszcze około 500 osób. Przybywali na statek jak do arki ~ 194 ~ Noego, a przecież podstawowym celem było ocalenie żołnierzy Załoga 2. Dywizjonu liczyła 918 osób, ponadto na statku były 373 junaczki, 172 członków załogi i 162 rannych żołnierzy Każde miejsce na statku łącznie z mostkiem kapitańskim było zapełnione do granic możliwości. Pomieszczono ponad dziesięć i pół tysiąca osób. Zabezpieczenie w środki ratunkowe obejmowało tylko połowę pasażerów. Na dwunastu łodziach ratunkowych były miejsca dla ok. 700 osób, osiemnaście kutrów mogło zabrać 540 osoby trzysta osiemdziesiąt tratew pomieściłoby 3800 rozbitków, do dyspozycji było pięć tysięcy kapoków. Teoretycznie mogło wystarczyć. Zdawano sobie sprawę z niebezpieczeństwa. „Gustloff" (25484 BRT) miał wypłynąć razem z „Hansą" (23130 BRT). Czekano na eskortę. Okazało się, że „Hansa" ma awarię, a konwój eskortować będą tylkodwa okręty: torpedowiec „Lówe" i poławiacz torped TF1.Tymczasem nadeszły wiadomości o nalotach i ataku na Półwyspie Helskim. Kapitan Friedrich Petersen w porozumieniu z odpowiedzialnym za „wojskową" część ewakuacji Wilhelmem Zahnem podjął decyzję o wypłynięciu. ,y/ilhelm Gustloff" opuścił port w Gdyni o godzinie 12:30 30 stycznia 1945 roku. Podróż morska wydawała się wybawieniem dla tysięcy uciekinierów, a oficerowie stacjonujący w Gdyni w ostatniej chwili wprowadzali na „Gustloffa" swoje rodziny. Wszystko jednak działo się nie tak, nawet natura sprzysięgła się przeciw. Mróz powodując oblodzenia unieruchomił radiostacje. Przestała działać stacja radiolokacyjna na „Lówe", okręt eskortujący okazał się bezużyteczny. „Gustloff" był bezbronny. O godzinie 21:16 w statek uderzyły trzy torpedy z rosyjskiego okrętu podwodnego S-13 dowodzonego przez kapitana Aleksandra Marinesko. Zadziałały prawa wojny. Był przekonany w dużej części nie bez racji, że to statek transportowy z żołnierzami. Jerzy Janczukowicz, który jak nikt inny zna historię „Gustloffa" i kilkadziesiąt razy penetrował wrak, twierdzi, że gdyby załogi U-botów dotarły do portów przeznaczenia, wojna trwałaby okilka miesięcy dłużej. Sygnały SOS dotarły do dowództwa w Gdyni, ale zarządzono zatrzymanie wiadomości w tajemnicy ze względów bezpieczeństwa. Tymczasem w miejscu katastrofy działy się dantejskie sceny. Ci, którzy przeżyli bezpośredni atak i którym nie udało się dotrzeć do łodzi ratunkowych, skakali wprost do wody lub po prostu spadali. Nie wszyscy wiedzieli jak założyć kapoki, dlatego spadali głową pod wodę. Dochodziło do użycia broni, zabójstw i samobójstw. O godzinie 22:18 „Gustloff" wywrócił się. Utonęły niektóre kutry ~ 195~ wypełnione rozbitkami. Akcja ratownicza w ciemnościach, przy siarczystym mrozie, obawach ponownego ataku przyniosła mizerne rezultaty. Dramat rozbitków trwał siedem godzin. Wielu zmarło w lodowatej wodzie. Odnalezione ofiary chowano potajemnie w zbiorowych mogiłach. Katastrofę przeżyły 1252 osoby (ostatnie ustalenia). Szwedzka agencja prasowa opublikowała dziesięciowersowy artykuł. Na terenie Niemiec nie podano oficjalnejwiadomości o katastrofie. Jednak po 24 godzinach we wszystkich portach o niczym innym nie mówiono. W 1945 roku na dno poszły także okręty SS „Generał von Steuben" i „Goya" wypełnione uciekinierami. Po latach „Wilhelm Gustloff" budzi emocje nie ze względu na rozmiar tragedii, u której praprzyczyny znalazły się obłędne nazistowskie idee znajdujące wielu wyznawców, ale jako atrakcja turystyczna, miejsce „męskiej przygody". Pamiątki z wraku „Gustloffa" traktowane są jak wyjątkowe trofea, mimo że w roku 1994 Polska przychyliła się do prośby Niemiec, uznając spoczywający w polskiej morskiej strefie ekonomicznej wrak „Gustloffa" za grobowiec wojenny. Wydaje się, że legenda bursztynowej komnaty działa na wyobraźnię, mimo że jest tylko legendą. Natomiast historia zamknięta we wraku jest ważnym memento. Dlatego podzielam zadanie Nurkowej Polski, że potrzebna jest ekspozycja poświęcona historii tragedii ,Wilhelma Gustloffa". Tylko czy na pewno w muzeum organizowanym przez stowarzyszenie „Przyjaciele Helu" w Helu? GKP „Rekin", którego członkiem jest Jerzy Janczukowicz, proponuje Oliwę. Inni uważają, że Łeba lub Ustka byłyby naturalnym, wskazanym przez historię miejscem. Internetowa dyskusja trwa. Tymczasem GKP „Rekin" na swojej stronie internetowej zamieszcza wyjaśnienie: „Płetwonurkowie chcą i będą nurkować na wrakach i to na takich jak ,Wilhelm Gustloff" z powodów najrozmaitszych, ale ci prawdziwi z powodu jakiegoś bliżej nieokreślonego magnetyzmu takich miejsc". Nie wiem, czy tak powinno być. ~ 196 ~ Jezioro Cardno Nad jeziorem Gardno "Terzy ma święto. Siedzi na ławce w długiej płaskodennej łodzi I pożyczonej od rybaka z Gardny Wielkiej niemal ną środku Ijeziora i moczy kij. Wybrał się na Gardno z letnikiem z Wro-Wawia, to jego alibi na popołudniową wyprawę z wędką. Kiedy nastała moda na agroturystykę, wczasowiczom odpoczywającym w gospodarstwie trzeba zapewnić atrakcje. Domownicy wiedzą, że to tylko dobry pretekst, ale niech się cieszy. To nic, że nie będzie taaakiej ryby! Przywiozą płotki, okonie, może leszcza,a może małego węgorza? Zawodowi rybacy, których w Gardnie zostało zaledwie kilku, łowią niewodami rybę, także smaczne wysoko cenione węgorze. Trafiają one do wędzarni, później do smakoszy rarytasu. Coraz częściej jednak wędzi się ryby spoza Gardna. Dawno przebrzmiały wielkie zimowe niewody, dawno jezioro straciło ~ 197~ znaczenie gospodarcze, jednak do dziś dostarcza innego surowca -trzcinę. Wykasza się jej niewiele, jedynie przy brzegu w okolicy Rowów, ale w Gardnie Wielkiej z powodzeniem prosperuje zakład zajmujący się jej wykorzystaniem. Przeważa surowiec spoza rejonu Słowińskiego Parku Narodowego. Trzcina umiejętnie koszona i obrobiona jest dobrym, przywróconym do łask, modnym poszyciem dachów. Przybywa w okolicy trzcinowych strzech. Były oznaką ubóstwa, dziś są oznaką wyrafinowanego gustu. Częściej jednak trzcina z Gardny trafia do zamożniejszych, zagranicznych budowniczych. Pogoda dziś ładna, tafla jeziora gładka i czysta jak szyby w oknach żony. Trzciny wyznaczają linię brzegu -około 23 km, a kępy sitowia wskazują płytsze miejsca. Maksymalna głębokość wody to niewiele ponad dwa metry. Przeważają płycizny. Gdzieś w pobliżu łodzi, na której siedzą, do Rowów płynie swym korytem Łupawa, ale dno jest niejednorodne, a przez to niebezpieczne. Są miejsca, gdzie nie można zakotwić łodzi, tak pod wodą jest twardo albo kotwicę wciąga mulista ponaddumetrowa głębia. Jerzy próbował wpłynąć na jezioro kilka dni wcześniej, jednak rozkołysane wiatrem cofało łódź, a on z Krzysztofem próżno prężyli mięśnie przy wiosłach. Jezioro jak panna ma swoje humory, w przeszłości i teraz uczy śmiałków respektu, dobrze to wiedzą okoliczni mieszkańcy i przestrzegają letników. Pamiętają tragedię sprzed sześćdziesięciu lat, kiedy naoczach wypoczywających na brzegu mieszkańców utonęły dwadzieścia cztery dziewczyny z Łodzi. Na łodziach było ich czterdzieści, nie wszystkim mimo wysiłków tych, którzy popłynęli wpław na ratunek, można było pomóc. Płynęły na takich samych płaskodennych łodziach podczepionych do motorówki prowadzonej przez rdzennego rybaka na przejażdżkę do Rowów. Na pewno nie byłoto rozsądne,dziś nikt by takiej wyprawy nie wymyślił. Czasy były powojenne, urazy świeże, oskarżeń i win nie wyjaśniono do dziś. Jako przestroga została przy kościele wGardnie Wielkiej symboliczna mogiła, a imię jednej z dziewcząt, Joasi Skwarczyńskiej, nadano miejscowej szkole. Siedzą obaj w milczeniu, wsłuchują się w szept jeziora i ptasie swary. Na Gardnie i okalających je podmokłych łąkach gniazdują wszystkie gatunki kaczek, trzcinniczki, brzęczki i wiele innych rzadkich ptaków. Nie widać stąd Kamiennej Wyspy, gdzie, przepędziwszy mewy, zadomowiły się kormorany. Nie dochodzą tu odgłosy ich powarkiwań i gdakań, bo poza gniazdem ptak jest cichy. Czasem tylko widać przelatujące w szyku stado z wygiętymi ku górze szyjami. ~ 198 Spławik drgnął raz i drugi i zniknął pod wodą. Obaj naprężyli mięśnie, gotowi do pojedynku z rybą. To wędka Krzysztofa. Podciął energicznie, uniósł wędzisko, na haczyku umocowanym na niedługiej żyłce zobaczyli sporego okonia. Piękna rybka, ale żeby ją sprawić, trzeba zręcznych rąk. Szybko przynęta, ponowny rzut i znów -jest! Krzysiu ma szczęście! Do jeziora z domu Jerzy ma trzy kilometry. Często chodzi tam na niedzielne spacery lub jedzie rowerem tzw. płytówką. Droga prowadzi przez Objejskie Łąki i została wyłożona betonowymi płytami jumbo w czasach, gdy w Objeździe PGR utrzymywał stado blisko 2 tys. sztuk bydła. Zwożono tędy siano i trawę na kiszonki, wypędzano krowy na pastwiska. Teraz sieć rowów melioracyjnych zarosła, utrzymywane są tylko główne kanały, a na łąkach w kopiach pasą się pojedyncze sztuki bydła lub chodzące samopas po zrytych przez dziki pastwiskach krowy z Retowa. Ubiegłego roku pojawiło się nowe stado rolnika z Dębiny. Piękne zwierzaki, każdy o innym umaszczeniu i długości sierści. Same byczki. Utrzymanie pewnej ilości bydła na łąkach jest wymogiem programów rolnośrodowiskowych. Rolnicy korzystający z dopłat Unii Europejskiej muszą podjąć działania sprzyjające dobrej gospodarce. Wypasanie łąk po pierwszym pokosie jest starą, sprawdzoną metodą ich naturalnego utrzymania. Nawet bociany łatwiej wtedy mogą upolować mysz, żabę lub ślimaka. Natura obejmuje w posiadanie nadgardneńskie łąki. Wczasowicza z Wrocławia interesują rolnicze tematy Wychował się na wsi, pozostał sentyment do wiejskich uroków,dlatego chętnie korzysta z agrowczasów. Obrazek z pasącym się bydłem jest prawdziwą atrakcją dla mieszczuchów, teraz także dla miejscowych, którzy piją mleko z kartoników. Niewielu jest rolników we wsiach nad jeziorem Gardno. Ziemia położona w pasie nadmorskim i w pobliżu jeziora większy przynosi dochód, gdy przeznaczona jest pod zabudowę, stąd pensjonaty, domki letniskowe rosną z sezonu na sezon coraz radośniej. Niedawne pastwiska zmieniają się w działki budowlane. Takich, którzy wbrew rozsądkowi wchodzą pod poldery jeziora, jest wielu. Najpierw pojawia się przyczepa kempingowa, ogrodzenie, później domek. Dwa lata temu obserwowaliśmy, jak jezioro przelało się przez wał, a woda podeszła pod domki letniskowe na łąkach na wysokości Dębiny Ne pomogły wrosłe w krajobraz, nieodległe od siebie budyneczki pomp, które regulują poziom wody w jeziorze. Kanały przy pompach zamarzają rzadko, dlatego chętnie zimują na nich ptaki. Szczególnie pięknie wyglądają łabędzie z wystającymi kuprami, żerujące na roślinach pod wodą. ~ 199~ Płytówka z Objazdy do jeziora Gardno jest dla Jerzego granicą dwóch kultur: kultury jeziora i kultury nadmorskiego letniska. Może skręcić w lewo, na zachód, do Rowów, by odwiedzić starego druha Michała albo w prawo, na wschód doRetowa i dalej do Gard-ny. Tu też spotkać można letników, są gospodarstwa agroturystyczne, ale tu czas płynie innym rytmem, inaczej ludzie pracują, inaczej wypoczywają. Ta granica wynika nie tylko z obecnego podziału administracyjnego. Gdzieś tu graniczą gmina ustecka i smołdzińska, które w porozumieniu z SPN podjęły się wreszcie odbudowy zniszczonych kładek na Bagienicy, Grabownicy i Bródnie. Wydaje się, że to podział utrwalony historycznie, taki był i wcześniej, jakby topografia wyznaczała istotę ludzkiego gospodarowania i myślenia. Południowy pas między Dębiną a Retowem zajmowały łąki i pastwiska -od zawsze. Komunikacja odbywała się głównie północnym brzegiem jeziora, duktem przez las z Rowów do Smołdzina, którędy przebiegają szlaki turystyczne SPN. Wędrówki lasem, wizyta w Muzeum SPN w Smołdzinie i Skansenie w Klukach, wspinaczka na latarnię w Czołpinie -to atrakcje wschodniej strony jeziora, obok którego są następne, równie piękne: Dołgie Małe i Wielkie i Łebsko. Od zachodu, w Rowach jest inaczej. Duże domy wczasowe, plaża i krótki sezon. Poza nim -pustka. W okolicy w domowym zaciszu, bez rozgłosu powstają obrazy, rzeźby, piękne hafty i koronki -to wszystko mogłoby świadczyć o bogactwie współczesnej kultury regionu. Ciągle jednak jest to działalność niedoceniana. Również bezpowrotnie znikają drobne maszyny rolnicze i sprzęty domowe oraz sprzęt rybacki z małych kutrów. Nawet jeśli są gdzieś pieczołowicie zebrane, to leżą zamknięte, jak choćby w izbie regionalnej w szkole w Objeździe, o której istnieniu wiedza nieliczni. Tymczasem jako wczasowa atrakcja, nawet na deszczowe dni, pozostają spacery. Płytowa droga z Dębiny do Retowa wykorzystywana jest jako szlak rowerowy przez prawdziwych miłośników natury. Jazda wymaga umiejętności i odporności na wstrząsy, kto tędy jechał, ten o tym wie, ale dostarcza niezwykłych emocji -można spotkać lisa, wydrę, obserwować ptaki, w kanałach przy kładkach podziwiać grążele i napawać się odurzającym zapachem traw i kwiatów. Do szosy Słupsk -Smołdzino stąd kawałek drogi. Cisza. Piękna cisza z symfonią głosów natury! Jerzy tu nie wędkuje, choć spotyka czasem kłusowników. Zakaz wędkowania wynika głównie ze względu na ochronę siedlisk ptaków. Musiałby jechać do Retowa, bo od Płyty Retowskiej do miejsca wpływu Łupawy do jeziora za Gardną Wielką wędkować ~ 200 ~ można. Oczywiście po wykupieniu stosownego pozwolenia w SPN. Jerzy rozumie i szanuje te uregulowania, wyjaśnia ich sens, kiedy odwiedza rolników, a ścieżki gminy Smołdzino zna jak własną kieszeń. Od dwudziestu lat przemierza je rowerem bądź pieszo. Ale teraz pochłania go coś innego. Jego wędka poruszyła się, żyłka pręży się, coś się dzieje -szybkie podcięcie, wprawiony w ruch kołowrotek, gotowy podbierak i... jest! Bez przesady! Tyle emocji, a to tylko płotka. „Trudno, poczekam -musi przyjść moja wielka" -mówi. Wraca do swych myśli, czasem coś opowie Krzysztofowi ciekawemu nowej okolicy. Retowo jest najbardziej malowniczą miejscowością nad jeziorem Gardno. Od strony łąk byle jaka szutrowa droga pnie się pod górę, by na wzniesieniuwynagrodzić zmęczonych widokiem jeziora rozłożonego w dole. Widać stąd, gdy się stanie między drzewami, las na przeciwległym brzegu i dalekie domy Rowów, Gardny Małej i Wielkiej i Wysokiej -a wszystkie zasnute leciutką mgiełką. W Retowie zabudowań niewiele, każde w innym charakterze -jedno czy dwa rolnicze i kilka letniskowych. Chętnych, którzy zamarzyli tu o skrawku ziemi było wielu, ale mieszkańcy Retowa znają wartość piękna, więc do transakcji daleko. Pewnie i tu się zmieni, tymczasem ludzie żyją po swojemu. Ostrożni wobec obcych, otwarci i serdeczni dla sąsiadów. Jerzy lubi opowieści i dowcipne uwagi pani Ani Domańskiej, refleksje o życiu pana Kazimierza Gardulskiego i innych mieszkańców Retowa. Żywa pamięć ludzi przechowuje zdarzenia, o których zapomina uczona historia. W czasie wojny w pobliżu był obóz jeniecki i szpital, niedaleko wyznaczony prostokątem świerków zapomniany wojenny cmentarz, a na Płycie Retowskiej, gdzie latem ćwiczą swe umiejętności wielbiciele wind-surfingu, lądowały i startowały niewielkie samoloty. Z górki do szosy trzeba zjechać po kocich łbach, na wprost urządzonego sztucznie prywatnego łowiska, by zaraz wjechać do Wysokiej. Jerzego nigdy nie kusiło, by tu łowić, cóż to byłaby za frajda? Co innego na jeziorze. Marzy, by mieć własną łódź, byłaby w przystani, a on by przyjeżdżał, żeby na nią popatrzeć lub wypłynąć, choćby dla ukołysania myśli. Może tak zrobi, gdy będzie na emeryturze. Lubi być tutaj dla widoków i dla ludzi -prostych, szczerych, otwartych. Tymczasem moczy kij, dużej ryby nie widać, ale relaks był znakomity. Za chwilę dobiją do przystani. Popatrzą na jezioro, zatopiony nieopodal, owiany legendamiDiabelski Kamień iwrócą samochodem do domu. Wieczorem przy ognisku będą opowiadać gościom o taaaakiej rybie i dowcipy o złotej rybce, która nie chce spełniać marzeń. ~ 201 ~ Okolice Rowów, jeziora Gardno, Łeby były w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku miejscem plenerów malarskich ekspresjonistów z Berlina: Maxa Pechseteina, Paula Kuhfussa, Siegfrieda Reich an der Stolpe. Aktywni artystycznie byli również mieszkający na stale w Słupskiem Otto Priebe, Margarete Neuss-Stubbe i inni. Obraz olejny „Nad jeziorem Gardno na Pomorzu" Siegfrieda Reich an der Stolpe powielany był na pocztówkach! Dawne obrazy są dziś dokumentem artystycznym epoki oraz życia rybaków, przyrody, kultury materialnej regionu, w którym żyjemy Idea wznowienia plenerów odżyła, a dawne, i obecne dzieła są mało znane i czekają na popularyzację -choćby na pocztówkach -w ramach promocji regionu. ¥r¥r¥r Jezioro Gardno i jego okolice znajdują się w obrębie Słowińskiego Parku Narodowego, utworzonego 1 stycznia 1967 roku, dziesięć lat później SPN uzyskał status Światowego Rezerwatu Biosfery. Szkoła Podstawowa im. Joasi Skwarczyńsldej w Gardnie Wielkiej w 2012 roku stoczyła batalię o przetrwanie. Przez jakiś czas funkcjonowała jako szkoła niepubliczna. Obecnie dzieci i młodzież Gardny Wielkiej dojeżdżają do szkoły w Smołdzinie. W bocianim gnieździe bywa ciasno... ~ 202 ~ O boćku z Objazdy Waluś bocian, -przyjaciel zza miedzy wyemigrował w sierpniu i gdzieś za granicą siedzi. Listy na poste restante śle na płatkach śniegu. Opłatę za komorne -pisze uiszczę w maju, gdy chrząszcze zacznę łowić na łące przy ruczaju. Pan Wiesio, u którego Waluś gniazdo ma swoje, przyjmuje zapewnienia boćka ze spokojem. Czuł się samotny pan Wiesio, zażywny jegomość, choć posiadał dwa psy, kota i żonę chudą jak kość. Któregoś dnia, już po omłotach przyjaciela chciał znaleźć do marzeń o podniebnych lotach. Pan Wiesio, kowal z zawodu, by dojść wysoko marzył za młodu. Książek nie lubił, za to miał krzepę, będę kowalem -tak będzie lepiej. W lutym zaprzeszłego roku ustawił babkę w sadzie, na boku i kuć począł zawzięcie, bo każdy Myślał Wiesio -sobie kuje szczęście. Buch, buch, buch, pac, pac, pac, bąd, bąd, niesie się hałas nie wiadomo skąd. Kuł trzy dni całe, nie jedząc prawie i nie śpiąc wcale. Czwartego driia o świcie ustawił obręcz na szczycie słupa wysokiego. Teraz poczekam -rzekł do wiosny. Jeziora Gardno napój miłosny dopełni mej roboty. Poczekam -mówił -aż boćki na łąkach pójdą w zaloty. Przyleciały, skrzydła rozkładały, jakby obręcz zmierzyć chciały. I zostały. Gniazdo tkały pracowicie, aż któregoś dnia o świcie, kiedy kłos się kłosił w życie, kiedy rzepak kwiatem złocił, rechot żabi się panoszył, Waluś bocian poruszony tak w zachwycie rzekł do żony: dwoje piskląt -ma kochana karmię dzisiaj już od rana. Piękne, duże, zdrowe, jedzą z wielkim apetytem, no i rosną szybko przy tym. Bocianowa pokraśniała, białe piórka przeczesała dziobem, pięknie klekotała, klekotała, klekotała, kle kle, kle I tak było całe lato! Wiesio im dziękował za to. Czuł się ojcem, Walka bratem. Chwalił się przed całym światem swym ojcostwem. A gdy boćki podfruwały on w podskokach chodził cały Nie bądź dzieckiem! -żona na to. ~ 203~ I tak było całe lato! Chodzi Wiesio osowiały, choć mu boćki Aż do sierpnia, kiedy po naradzie obiecały pisać, dzwonić i powrócić lecieć chciały w boćków stadzie, gdzieś wczesną wiosną. na krańce. Tu u was nad Gardnem -mówią -Więc czekamy. Pana Wiesia pocieszamy coraz niżej słońce, a przed nami droga. nowym wierszem i czymś, co mamy jeszcze. Spakowały, co tam miały, poleciały W aluś był trzeci i nikt dokładnie nie wie, kiedy i dlaczego wypadł z gniazda na wysokim słupie. A było to tak: najpierw przyleciał pan bociek, obejrzał gniazdo, coś tam poprawiał, mościł i czekał. Wokół krążyły dwie panny bocianówny, obie przysiadły któregoś dnia na gnieździe i stoczyły bój o prawo do własnego domu. Pan bociek nie wdawał się w awanturę i przyjął ze stoickim spokojem zwycięską panią. Co tam mówię, jakim spokojem! Z entuzjazmem przystąpił do -wedługludowej terminologii -deptania. No i się zaczęło. Zadowolona pani bocianowa zniosła trzy jaja, po czym oboje przystąpili do wysiadywania. 0 wszystkim wiedzieli państwo Janka i Wiesiek Nowakowscy z Objazdy,którzy, korzystającz nowoczesnych urządzeń, podglądali i podsłuchiwali bocianią parę. Pan Wiesio skrzętnie notował terminy przylotów, znoszenia jaj, wylęgu. Pracę habilitacyjną można z tych obserwacji napisać. Tak minął miesiąc i trzy dni.Jakaż to była radość, gdy pokilkakrotnym pukaniu w skorupkę z jaja wychynęła główka, a zaraz potem całe, wstrętnie wyglądające pisklę. Najpierw rozpadło się jedno jajo, potem drugie i trzecie. Od razu trzeba było zatykać jadłem rozdziawione dzioby, więc oboje bociani rodzice uwijali się, jak mogli. 1 nikt dokładnie nie wie, dlaczego któregoś dnia jedno pisklę znalazło się na ziemi pod wysokim słupem z bocianim gniazdem. Bywa tak, że to sprawka rodziców, ale zdarza się również, że rodzeństwo, broniąc własnych konsumpcyjnych interesów, wypycha najsłabsze pisklę z gniazda. Jednym słowem Waluś znalazł się pod gniazdem. Zaraz zbiegły się kury i gołębie, dziwowało się towarzystwo bocianiej niedojdzie. Wreszcie przyszła pani Janka. Zabrała malca i przede wszystkim zważyła. Mały był jak ćwiartka kurczaka. Ważył 33 delcagramy. To była miara kłopotu. Wsadzić małego do gniazda nie można. Całe szczęście, Waluś miał apetyt. Nie to co inne bocianie pisklęta, które pani Janeczka odchowała. Niektóre karmić trzeba było pincetką wkładając maleńkie porcje mięska dodzióbka. Waluś jadł sam z rozmachem wybierając najpierw z ręki, a po kilku dniach z wiaderka ~ 204 ~ Waluś; bociek z Objazdy na niedzielne śniadanie upolował... padalca. porcje karasi, płotek, wątróbki, wołowinki. Rodzice i rodzeństwo patrzyli na niego z góry. Też inaczej niż wcześniej się zdarzało, kiedy na czas karmienia z gniazda zlatywały wszystkie bocianiątka. Pod koniec sierpnia bociania rodzina ćwiczyła loty i siłę skrzydeł na wpół uschłej robinii przed kościołem, a Waluś spacerował po podwórku lub ulicy Nawet wtedy, kiedy rodzina odleciała, nic sobie z tego nie robił. Natomiast pani Janka pomyślała o zimie i jego przyszłości. Najpierw zadzwoniła do znanej ornitolog. Rozmowa nie była przyjemna, bo znawczyni ptaków, mówiąc najprościej, wytłumaczyła pani Janeczce, że takich rzeczy się nie robi, to znaczy nie ingeruje się w naturę, a skoro ingerowała, to teraz ma. Koniec kropka. Janka ma bociana. Cała wieś szukała rozwiązania. Waluś tymczasem lata do szkoły, bo tam poszły dzieci, gdy zaczął się wrzesień. Staje beztrosko na środku ulicy albo podchodzi do ludzi. Panią Jadzię, która w pobliżu zbierała kasztany dla wnuczka, dziabnął kilka razy, myśląc zapewne, że brązowo -złociste kulki to należny jemu smakołyk. Leszek, syn pani Janki, szukał pomocy w Dolinie Charlotty, gdzie jest mini-zoo. Odmówili, mają dość bocianów. Pozostało jedno wyjście, zadzwonić do szkoły leśnej w Warcinie. Czy tam Waluś znajdzie miejsce na zimę? A Waluś lata po wsi, nocuje to na tej, to na innej chałupie, a do pani Janki przylatuje kilka razy dziennie na wyżerkę. Potrzebuje ~ 205 ~ coraz więcej ryb i wątróbki, więc wędkarze służą cateringiem, jeśli coś złowią. Przyjezdni zatrzymują samochody i fotografują Walusia na ulicy, ale jemu nie o sławę celebryty idzie, a o życie. Wiosną następnego roku planował założenie rodziny, ale najpierw musiał mieć dom. Jeśli budujesz dom, nie bądź pewny, że dla siebie. Waluś od wczesnej wiosny mościł gniazdo miękkimi kłaczkami mchu, korzonków i traw, i...krach. Przyszli obcy, znaczy wrócili z wojaży zagranicznych ubiegłoroczni mieszkańcy i wysiudali biednego Walusia. Cóż było robić. Dwa noclegi odbył na poprzeczce huśtawki u sąsiadów, podjął nawet próbę nawiązania przyjaźni z psem Benkiem, a i to się nie powiodło. Gałązki nie dały się przytroczyć, wciąż spadały, a pies, szkoda gadać. Gospodarz podał rękę na zgodę i rozstali się w przyjaźni, obiecując wzajemną pomoc. Podjął więc desperacką próbę budowy gniazda na słupie energetycznym. Gałązki trzymały się w plątaninie drutów i energetycznych pętli, czasem nawet sypnęło iskrami. Owszem, sąsiedzi zostali pozbawieni prądu, ale tak bywa przy budowie. Tym razem nie zrezygnował. -Niestety! Najpierw przyjechali panowie z energetyki i zdjęli to, coWaluś zbudował.Przyjechali wdzień świąteczny,1 maja! Energia wróciła do domów, a Waluś... na bruk, czyli sąsiedni dach. Następnego dnia, w poniedziałek, odwiedziliśmy właściwy urząd gminy. Zaskoczona pani urzędniczka, że komuś przyszło do głowy w długi weekend zakłócać jej błogi nastrój, odpowiedziała rezolutnie, że Walusia kojarzy, ale „to dziki zwierz" i zajmować się nim nie będzie. Możemy się udać do Straży Gminnej. -Do widzenia. To było wczoraj, a dziś znów dzień świąteczny, co Walusia mimo białego upierzenia i czerwonego dzioba, mało obchodzi. Kosz, jak radziła Jadwiga w dyskusji rodzinnej, jako rozwiązanie problemu odpadł, okazuje się, że gniazda bocianie ważą docelowo kilkasetkilogramów, zatem podstawa musi być stabilna. „Każde gniazdo ma od 1 do 2 m głębokości, od 0,8 do 1,5 m średnicy i waży od 60 do 250kg." Pan W obiecał, że gdyby się znalazł mocny słup, zaradziłby kłopotom ptaka, trzeba będzie znów do energetyki z prośbą o jakiś zbędny betonowy. Sprawa w toku, Waluś wciąż na bruku, znaczy się na dachu. Śniadanie zjadł pod kościołem, bo gdzieżby dostał danie z padalca. Przez całe lato wędrował swoim zwyczajem po wsi, ale był jakby mniej widoczny. Aż któregoś dnia Waluś zniknął i nikt nie wiedział, co się stało. Może ktoś go ukradł z ulicy, bo takie próby się zdarzały, a może odleciał w boćków stadzie. Nikt nie wieco się stało. ~ 206 ~ Ballada znad jeziora Gardno Topole trzy,; jeziora siostry smukłe, Wdzięk swój sprawdzają w nieba lustrze. Z trzciną dnie całe swary wiodą A liście złote zrzucają w wodę. Gdy toń stwardnieje mrozem skuta I ptaków gwar ucichnie wokół, Niesie się głuchy jęk topieli Daleko hen, aż pod Rowokół. Opowieść długą snują wtedy smukłe Topole trzy przy brzegu. I wspominają Czas miniony co się przeglądał w losie Matki, gdy z przędzy zdarzeń życie tkała. Ojca w splątanych dziejów sieci. Szczery Śmiech dzieci. Miłości, zdrady, ludzki grzech. Ogień wielki tuż nad wodą, gdy domy Z dymem! }ezu drogi! Hulaka wiatr, że spać nie może, Szarpał się w trzcinach nieopodal. Diabły obudził, co w legendzie Kamień ogromny upuściły. Spadł. Wojen się zerwał łańcuch gruby. Gnała przez wieś okrutna zamieć. Wędrówki ludzi przez histońę Zapadły w wodę jak w niepamięć. Nad Gardnem ptaki gniazda wiją Rybak znad sieci wzrok unosi. Pieluch obłoki z wiatrem fruną. Wróży pogodę dym z komina. W letnie południe druhen grupa Śmiechem wyprawę swą zaczyna. Łódź w trumnę czarna toń nicuje Dziś kamień radość ich przykrywa. Topole trzy jeziora siostry wierne Od nowa słońce ponad trzciny wiodą. Od nowa falą brzeg jeziora woła. Od nowa wiosła niebo w pajdy kroją. Jezioro Gardno z widokiem na wieżę kościoła. ~ 207 ~ Malarka znad jeziora Gardno Margarete Neuss-Stubbe, Dom pod strzechą z trzcinową piwnicą. Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. Scan: Edda Gutche, Malarze..., cz. 1. Margarete Neuss-Stubbe (1895-1978) nazywana jest malarką znad jeziora Gardno. Była obdarzona talentami plastycznym i muzycznym, które rozwijała w Szkole Rzemiosła Artystycznego w Berlinie oraz u znanych artystów Emila Orlika -czeskiego malarza i grafika, Emila Rudolfa Weissa oraz u pianistki Charlotte Kaufmann. Zaraz po studiach wzięła udział w plenerach malarskich w Rowach i -obok Maxa Pechsteina -w pierwszej wystawie Słupskiego Stowarzyszenia Sztuki. W 1919 wyszła za mąż, a trzy lata później rozstała się z mężem i zamieszkała z córeczką u dziadków w Smołdzinie. W 1927 przeprowadziła się do małego drewnianego, ale własnego domu na południowym brzegu jeziora Gardno, do Wysokiej. W 1932 domek spłonął, a malarka w tym samym miejscu zbudowała nowy, solidniejszy. Mieszkała w nim do roku 1947. Malowała pejzaże, martwe natury, kwiaty, rzadziej portrety. Wszystkie, jak stwierdzają ówcześni krytycy, z „cierpką nutą". Język malarstwa nie uznaje granic etnicznych, terytorialnych, czasowych. Jedyną miarą odbioru jest wrażliwość na barwę, kształt, ~ 208 światło. W obrazach Margarete Neuss-Stubbe jest jeszcze jeden element -znajomy pejzaż. Utrwalała na obrazach widoki jeziora Gardno, nadbałtyckich wydm, okolicznych domów i piwniczek trzcinowych, zwanych „puppe", jakby ów artystyczny rejestr był zapisem osobistego przywiązania, a jednocześnie smutnej historii. Mnie zainteresował epizod związany z jej życiem. Na pewno nie bez znaczenia był tu wyrok Jałty, którego doświadczyli również Niemcy z Pomorza po II wojnie światowej. Kiedy wkroczyli Rosjanie -zapewne dla zarobku, a i bezpieczeństwa -Margarete portretowała radzieckich oficerów i ich żony. Również w tym czasie na zlecenie polskiego księdza namalowała wizerunek Matki Bożej oraz świętego Antoniego do kościoła w Gardnie Wielkiej. Obrazy wisiały w kościele do lat sześćdziesiątych. Podobny epizod artystyczny w Łebie miał Max Pechstein, autor „Madonny Orędowniczki Rybaków". „Matka Boska z Dzieciątkiem" Margarete Neuss-Stubbe z 1947 roku oraz „Św. Antoni" oba obrazy zaginęły Wtedy ktoś odkrył, że są w kościele w Gąbinie, czyli kościele filialnym parafii gardneńslciej. Oba obrazy zostały wystawione na wystawie „Margarete Neuss-Stubbe. Malarka znad jeziora Gardno" zorganizowanej najpierw przez Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku w maju i czerwcu 2004 roku, a następnie przez Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach -Oddział MPŚ w Słupsku na przełomie lutego i marca 2005 roku. Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie w 2004 roku zorganizowało wystawę „Pejzaż pomorski w malarstwie Margarete Neuss-Stubbe i Mariana Mokwy". Po wysiedleniu w 1947 roku malarka mieszkała w Harz, a od 1955 roku w Wiesbaden. W tym czasie wiele podróżowała. Zmarła w 1978 roku w Wiesbaden. Wieś Dębina, 2009 papier, gwasz 28 x 38 cm sygn.: pr. d.: A. Dmoch 09 wł. prywatna poz. kat. 43. ~ 209 ~ Dębina P ołożona nad morzem Dębina nigdy nie była osadą rybacką ani popularnym miejscem wypoczynku. Prawdopodobnie dlatego, że oddalony ode wsi o kilkaset metrów brzeg morski zachwyca wprawdzie malowniczym wysokim klifem porośniętym lasem z przewagą dębu, ale zejście na wąską i kamienistą plażę jest strome i często podmyte falą. Mimo to schodzą tu chętnie wtajemniczeni miejscowi wędkarze z nadzieją na pokaźnego leszcza, węgorza lub po prostu flądrę łowioną na wędkę prosto z brzegu. Jakiś czas temu Polska usłyszała o Dębinie jako kurorcie, w którym miejscowy sołtys znalazł blisko kilogramowy bursztyn. Historia przybrała nieoczekiwany obrót, gdy okazało się po telewizyjnej emisji newsa, że znalazca po pierwsze powinien mieć pozwolenie na kopanie bursztynu i po drugie -winien jest państwu podatek od pozyskanej kopaliny. Wyjaśniła się wówczas prawdziwa historia kawałka bursztynu, ale promocja powstającego wczasowiska była na miarę sołtysowego pomysłu. Saslhaus Fertflnand Frobe! Altes SchloO v v GruB aus Schonwalde, Krs. Słoip v v v Bsennerel Wirtschaftsgeb&ude Dębina ok.1917 r. -gospoda Ferdynanda Frobela, stary pałac, gorzelnia oraz zabudowania folwarczne. Przedwojenna pocztówka z Dębiny, z widokiem gospody Ferdynanda Frobela, starego pałacu, gorzelni i zabudowań folwarcznych. ~ 210~ Miejsce to naprawdę zasługuje na rzetelną informację z kilku względów. Zacznijmy od rozwikłania nazwy. Współczesna nie nastręcza trudności. Ot, typowa nazwa topograficzna, bo wokół rosną piękne lasy, a na wysokim kilkumetrowym klifie zachwyt budzą stare dęby i buki, które z trudem opierają się morskiemu żywiołowi i jesiennym wichurom. Nikt nie wie, czy one wiążą klif mocnymi korzeniami, czy wichury tracą impet, rozbijając się o wysoki brzeg. Czasem jednak któreś drzewo polegnie, takie są prawa natury. Późnoletni wczasowicze wiedzą od gospodarzy, że na przełomie sierpnia i września w trawie pod drzewami warto szukać prawdziwków na wysokiej nodze i w dziarskim kapeluszu. Jeszcze kilka lat temu klif podziurawiony bywał niczym wyborny ser. To jaskółki brzegówki budowały w prostopadłej ścianie brzegu swoje nietypowe gniazda. Teraz rzadziej można je spotkać ze względu na obecność wszędobylskich wczasowiczów. Nadmorskiej przyrodzie i letnikom patronuje tu Matka Boża w maleńkiej kapliczce przyczepionej do dębowego pnia tuż przy skraju urwiska. Druga czworoboczna kapliczka z wypisanymi Suplikacjami niesie do nieba błaganie mieszkańców: „Od powietrza, ognia, głodu i wojny wybaw nas, Panie". Stoi w środku wsi przy drodze, jak to jest w zwyczaju. Kościoła w Dębinie nie ma, a wieś należy do parafii w Objeździe. Wróćmy jednak do historii nazwy miejscowości, którą Kaszubi znali jako Szenodo. Niestety, kaszubszczyzna poległa na tych terenach z dominującym językiem niemieckim. „Proces kurczenia się zasięgu mowy kaszubskiej, odzwierciedlający wypieranie kaszubszczyzny w powiecie słupskim stał się szczególnie widoczny od ostatniej ćwierci XVIII stulecia" -pisze Andrzej Czarnik. Alfons J. Parczewski, historyk, prawnik i etnograf, profesor uniwersytetów w Warszawie i Wilnie wyprawił się na te tereny w 1880 roku. Dotarł do Gardny Wielkiej, odwiedzając pobliskie miejscowości. Ustalenia zawarł w pracy „Szczątki kaszubskie w prowincji pomorskiej", gdzie napisał: „Niektórzy Słowińcy pozostali także w Czystej (Wittbeck) i leżącym na wąskim przesmyku między jeziorem a morzem Rowie (Rowe). Zupełnieniemieckie byłyosady dalej nieco od jeziora położone, Objazda (Wobezde), Szaneda (Schónwalde) (Dębina) i czysto szarwarczne wsie Kuziowa-Kuhnhof (Komnino, Komnenó),) i Wosieka-Wussecken (Osieki). WRtuRotten (Retowo) szczątkiem gasnącego plemienia pozostał stary szentys Nowlca wraz z siostrą." (Cyt. za: Andrzej Czarnik: Gardna Wielka. Słupsk 2001.) Mamy zatem opis zwarcia się nazwy kaszubskiej Szenodo (Szaneda) i niemieckiej Schónwalde, utrwalonej w piśmiennictwie w XVIII wieku. Nietrudno spostrzec, że motyw topograficzny ~211 ~ pięknego lasu był podstawą nazwy miejscowości dawniej i dziś. Tuż po wojnie na krótko pojawia się i inna nazwa: Laski, ale do tej historii powrócimy za chwilę. Dębina ma nietypową dla nadmorskich miejscowości historię. Tu, nad Bałtykiem miejscowa ludność trudniła się głównie rybołówstwem, uzupełniając podstawę bytowania uprawą roli. Dębina była wsią rolniczą, z dobrze przez wiek XIX rozwiniętym przemysłem hutniczym. Wokół niewielkiej wsi rozciągały się po zachodniej stronie rozległe łąki, sporo było pól i lasów. Wioska liczyła siedemnaście zagród, właścicielami byli znani w okolicy Bandemerowie. Nie oni jednak nadali wsi nowoczesny charakter. Rozległe nadgardneńslcie łąki wchodzące we współczesny kompleks tzw. Objejskich Łąk do warunków umożliwiających rolnicze użytkowanie doprowadził w latach 1836-1864 Julius Gie-be, który powróciwszy z Holandii wyposażony w wiedzę na temat osuszania mokradeł, zabrał się do nowoczesnego gospodarowania tysiąchektarowym obszaremJąkJ^gowycł^JZmeliorowano mokradła kopiąc sieć rowów co trzydzieści metrów na głównych kierunkach świata -z południa na północ i ze wschodu na zachód. Podstawowe elementy systemu melioracyjnego zachowały się do dziś i mimo że wieś traci rolniczy charakter, znajdują się młodzi zapaleńcy, którzy wierzą w sens rolniczego działania. Arek Lewandowski umiejętnie korzysta z bogactwa rozległych łąk i preferencji, jakie zapewnia Unia Europejska. Hoduje niezwykle urodziwe bydło, co nie jest na wsi tak oczywiste jak kiedyś. Kapliczka na klifie w Dębinie. ~ 212~ Mniej więcej w tym samym czasie (mówimy o wieku XIX) inny przedsiębiorczy człowiek, Hans Piper, dostrzegł w nadmorskiej wsi dobre miejsce dla swego przedsięwzięcia. W 1872 roku wybudował na skraju wsi hutę szkła, wykorzystując tanie miejscowe surowce: torf i drewno jako źródło energii do produkcji butelek i szkła taflowego, które przez port w Ustce eksportował do Rosji i na Zachód. Huta pracowała do 1906 roku, zatrudniając od ośmiu do szesnastu robotników Miejsce po hucie do dziś upamiętniają olbrzymie koła młyńskie po prawej stronie szosy przy wjeździe do wsi. Przeprowadzono w tym miejscu badania archeologiczne pod kierunkiem doc. dr JerzegoOlczaka z Torunia, które znaleziskami potwierdziły obecność dawnych hutniczych urządzeń i tworzywa. Później w miejscu dawnej huty powstała olbrzymia stodoła -obora, w której w latach powojennych PGR z Objazdy urządził bukaciarnię, wykorzystując pobliskie łąki jako zaplecze paszowe. Niedawno budynek rozebrano, pozostawiając część mieszkalną. Po przeciwnej stronie drogi prawdopodobnie znajdowały się tartak, produkujący skrzynie na potrzeby huty oraz krochmalnia przerabiająca nadwyżki ziemniaków. W nieodległej Objeździe w tym czasie (1869) powstała gorzelnia. Niewielka wieś żyła jednak skromnym rolniczym rytmem,ciążąc raczej ku bliższym wsiom -Bałamątkowi i Objeździe niż odległym o pięćkilometrów Rowom. Sprzyjałytemu nietylko odległość, ale charakter zajęć i interesów ludności. Tak pozostało i po wojnie. 9}JV dniu 28-X-1946 roku do wsi Laski, obecnie Dębina, przybyła grupa rolników z rodzinami i inwentarzem żywym (krowy, konie, itp.). Ponieważ przybyli tu przeważnie z gm. Krasnobród z pow. zamojskiego, m.in. młodzież tych rodzin natychmiast zorganizowała się i rozpoczęła pracę kulturalno-oświatową, organizując występy folklorystyczne i estradowe" -napisał w prywatnej kronice Roman Zub, późniejszy bibliotekarz i organizator zespołów muzycznych z Objazdy Jedyną wzmianką o urokach położenia nadmorskiej wsi jest umieszczona i podpisana w jego kronice fotografia okrętu niemieckiego osiadłego na mieliźnie między Dębiną a Pod-dąbiem, który ściągnięto dopiero po 1948 roku. Jak wspomina Henryka Maria Cieślik, wtedy jeszcze Grabowska, młodzi lgnęli ku sobie, rekompensując smutne wojenne lata. Śpiew, muzyka, teatr amatorski były ich żywiołem, sposobem budowania więzi. Rodzili się do życia w nowych warunkach. Sami tworzyli swój świat, pokonując rozliczne trudności. Pierwszy dwugodzinny występ estradowy dali w Laskach (Dębinie) już 9 listopada 1946 roku. Zaprosili osobistości z Objazdy, między innymi kierownika szkoły pana Bobrowskiego, bo w Laskach szkoły nie było. ~ 213 ~ Pani Maria pamięta, że estrada była skromna, ale entuzjazm artystów i widowni ogromny Na eliminacje chórów amatorskich w 1950 roku wyruszyli do Słupska pieszo, zabierając po drodze młodych chórzystów z Bałamątku i Objazdy. W Dębinie zamieszkali Dziubowie, Molendowie, Galkowie; odnajduję ich nazwiska zapisane przez kronikarzaw pierwszym składzie zespołu. Przybyli do Lasek (Dębiny) z bagażem wspomnień o pozostawionym na Zamojszczyźnie życiu, z bagażem wojennych doświadczeń, októrych chcieli zapomnieć. Rozpoczynali wszystko od nowa. Niebawem codzienność pochłonęła wszystkich, rozproszył się gdzieś entuzjazm pierwszych lat. Nastałyczasy wymagające ostrożności, więc dopiero teraz, kiedy na wieczność obejmują tę ziemię, zapisują na kamiennych tablicach prawdę o sobie. Nieduża jest Dębina, nadmorska wieś przecięta krętą, wznoszącą się miedzy domami drogą. Znana była jako miejsce stacjonowania radarowej jednostki wojskowej, o której istnieniu pamiętają tylko nieliczni. Niedawne pola uprawne podzielono na rekreacyjne działeczki, na których z dnia na dzień wyrastają nowe domki letniskowe. Nawet na podmokłych torfowych łąkach stanęły kempingowe przyczepy, tak kusi mieszczuchów własne letnisko. Zmienia się świat, zmienia się Dębina. Z pewnością zasłynie jako wakacyjny kurort, jeśli powstaną ścieżki rowerowe, jeśli wykorzystane zostaną złoża borowiny, których propagatorem był nieżyjący już doktor Jerzy Żabiński, przyjaciel Stanisława Dziuby, dawnego porucznika AK, ps. „Kornik". Zmiany następują powoli, wszyscy uczymy się, jak wykorzystać nadmorskie położenie naszego regionu z pożytkiem dla siebie i wczasowiczów z Polski i ze świata. Niezmienny jest tylko surowy okoliczny pejzaż najeżony kamieniami, na których cieniem kładą się dęby z wysokiego klifu. Na klifie w Dębinie zapomniałam o Bożym świecie szliśmy tą samą drogą jak Eliasz na pustyni miałam jedno pragnienie na klifie w Dębinie lecz nie zjawił się anioł ze strawą pod drzewem z kapliczką Ostrobramskiej obok stanął niosąc troski kładłam modlitewne kamienie w brudnym worze żebrak on po sezonie sprzedał puszki po piwie i wszystko zaczęliśmy od początku ~ 214 ~ Spacerem do Poddąbia D o Poddębia jeździliśmy furmanką zaprzężoną w dwa konie, którymi powoził tato. Były to późne lata pięćdziesiąte, szosa była szutrowa, a samochodów na niej prawie wcale. Do Poddębia, tak wtedy nazywaliśmy miejscowość, o której Niemcy mówili Neustrand, a teraz oficjalna nazwa brzmi Poddąbie. Nie będziemy rozwijać onomastycznych zawiłości, chociaż z pewnością byłyby ciekawe, na przykład czy była wcześniej słowiańska miejscowość Poddamp lub z niemiecka Altstrand, niektórzy twierdzą, że tak, nawet pokazują gdzie. Neustrand, czyli Nowe Poddąbie jest rówieśnikiem Kluk. Nowe Poddębic jest rówieśnikiem Klak. W 1772 roku. gdy koloniści zakładali tę wieś, budowali swoje domy tylko po północnej stronie piaszczystej „ulicy". Fotografia prasowa -reprint Sławomir Żabicki, „Głos Pomorza25-26 czerwca 2005 r. Do Poddąbia jeździliśmy w niedzielę, bo przez cały tydzień i konie, i my pracowaliśmy w polu. Latem pracy było co niemiara. Kiedy siano leżało w kopach, nawet w niedzielę trzeba było pilnować pogody. Często po mszy z obawy przed deszczem zwoziliśmy siano lub snopy i o wycieczkach nawet nie było co marzyć. Zdarzało się jednak dwa, trzy razy w ciągu lata, że rodzice organizowali dla nas wyprawę nad morze. Oczyszczaliśmy z grubsza drabiny wozu, ~ 215~ mościliśmy kocami, mamusia pakowała do kosza coś do jedzenia i picia i... jazda! W Objeździe dosiadali do nas kuzyni i znajomi -do ostatniego miejsca. Jechaliśmy do Bałamątlcu i dalej kawałek dawnym torowiskiem, i przez las,duktem. Śmiechu,żartów i opowieści, a nawet śpiewów nie brakowało. Konie człapały, nikt ich nie popędzał, a nam się nie spieszyło. Jazda przez las też była przeżyciem. W słońcu sosny pachniały żywicą, w poszyciu czerniły się jagody, więc zatrzymywaliśmy się, żeby ich posmakować. Po godzinie, półtorej docieraliśmy na miejsce. Przez Poddąbie prowadziła piaszczysta droga. Kilka niskich domków po prawej (północnej) stronie zamieszkiwali niezamożni rybacy, dlatego mówiło się, że w Poddąbiu flądry smażą tylko po jednej stronie. Wieś zakładali koloniści w 1772 roku, dlatego uznaje się ją za rówieśniczkę Kluk. Pan Bułgara, który łowił i rozwoził ryby po okolicy i októrym tato opowiadał nam bajki, od dawna żyje tylko w pamięci dzięki niezliczonym przygodom z kotami, które uwijały się wokół jego wozu. Po przeciwnej stronie pasło się kilka krów, były jakieś poletka z kartoflami, żytem i owsem. Poddąbie to polana zamknięta od wschodu, czyli wjazdu do wsi lasem świerkowo-sosnowym z kępamibrzóz, aod zachodu, czyli zejścia na plażę, lasem bukowym. Pięknym starym lasem rosnącym na klifie. Korzenie niektórych drzew są widoczne, bo morze i wiatr wypłukały ziemię, a drzewa stoją z jakimś niesamowitym uporem nie poddając się niszczycielskiej sile żywiołów. Wydawało się wtedy, że to jakiś odrębny świat, tajemniczy, majestatyczny i nieskażony. Czuliśmy się przez moment jak odkrywcy. Cichły rozmowy, wyostrzały się źrenice, tylko konie jak przedtem człapały, od czasu do czasu parskając od pyłu na drodze. Tato stawiał wóz na łączce z kiepską trawą wyschniętą od słońca, konie dostawały worki z obrokiem, lejcami przywiązywał zaprzęg do jakiegoś drzewka i zbiegaliśmy na plażę. Za każdym razem próbowaliśmy czy woda naprawdę jest słona, później chlapaliśmy się w lagunach, bo woda była w nich cieplejsza. Nie umieliśmy pływać, rodzice pilnowali, byśmy nie wchodzili za daleko. Tylko tato miał przywilej pływania. Wychował się wśród jezior brasławszczyzny, więc umiał pływać, ale i on miał respekt przed morzem. Mama rozkładała koc, stawiając na środku kosz, z którego w biegu chwytaliśmy smakołyki. Nie było czasu na celebrowanie, bo wiedzieliśmy, że to szczęście trwa tylko chwilę. Konie na górze nie mogły stać same, droga powrotna przed nami, a w domu czekają wieczorne obrządki. Wracaliśmy jak niepyszni, ale te krótkie wycieczki pamiętam do dziś jako wydarzenia wyjątkowe. ~ 216 ~ Kiedyś wracała z nami starsza kobieta, której nazwiska nie pamiętam, być może dlatego, że opowiedziana przez nią historia zawładnęła bez reszty naszą wyobraźnią. Byliśmy przed Bałamątkiem w miejscu, gdzie dukt ma postać jaru, a piaszczysta droga rodzi kamienie. Na nic się zda ich usuwanie, po jakimś czasie pojawiają się nowe. A dzieje się tak nie bez przyczyny. Przed laty młodzieńcowi z Objazdy spodobała się dziewczyna z Poddąbia. Nic w tym dziwnego, bo dziewczyny nad morzem piękne są wszystkie, ogorzałe, smukłe i z morskim temperamentem -ciche w spokojne dni, ale groźne w czas burzy. Młodzi postanowili się pobrać i bryczką zaprzężoną w dwa konie jechali do ślubu do kościoła wObjeździe. W tym właśnie miejscu spłoszone konie poniosły i cały zaprzęg razem z młodymi zatopił się w leśnym grząskim jeziorku. Kwitną tam teraz latem leśne dzwonki, które słychać jak ślubne janczary. Tak niedoszłych małżonków ukarała uwiedziona przez chłopaka dziewczyna, która zniknęła tajemniczo, by nikt nie widział jej hańby. Panna młoda domyślała się wszystkiego, bo gadania po okolicznych wsiach było sporo, ale zakochana zlekceważyła cudze nieszczęście. W ciszy przebyliśmy dalszą drogę, ale pamiętamy to miejsce do dziś. Opowiadam tę historię moim chłopcom ku przestrodze, by pamiętali, że wyrządzona komuś krzywda zawsze będzie ukarana. Po dziesięciu latach, kiedy byłam już studentką, zaprosiłam na biwak do Poddąbia moich przyjaciół z Gdańska. Wieś wyglądała na wymarłą. Nie było już rybaka Bułgary. Trzy domki przy drodze wyglądały na jeszcze bardziejopuszczone. Tylko drzewa byłypiękne jak dawniej. Rozbiliśmy duży namiot w miejscu, gdzie dziś jest stacyjka rowerowa. Obok ustawiliśmy kamienne palenisko i czuliśmy się jak na bezludnej wyspie. Tylko wieczorem przed zmierzchem wopiści z pobliskiego posterunku bronowali plażę, a my przyglądaliśmy się temu z klifu, zastanawiając się, jaki śmiałek przekroczy morską granicę. Do sklepu w Objeździe mieliśmy blisko cztery kilometry, słodką wodę czerpaliśmy ze źródła wypływającego z klifu, a wokół żywego ducha -tak nam się wydawało. Któregoś wieczoru odwiedzili nas jacyś ludzie, chyba sprawdzali czy jesteśmy dość odpowiedzialni, by samodzielnie biwakować w takich warunkach. Tak, to był rok 1969, rok lądowania Amerykanów na Księżycu. Dwudziestego 20lipca na transmisję szliśmy do wsi, do domu rodziców, blisko sześć kilometrów -takiego wydarzenia nie mogliśmy przegapić. Neil Armstrong poza statkiem Apollo 11! Przeżycie było mocniejsze przez kontrast. Zdawaliśmy sobie sprawę, że skoro człowiek dotarł do Księżyca, to i do Poddąbia dotrą ludzie ze swoimi daczami. Zabrakło nam wyobraźni -po czterdziestu latach mogę na YouTube obejrzeć „mały ~217~ Na plaży w Poddąbiu w latach 1946-1948 „cumował" wrak okrętu. Zdjęcie -pochodzi ze zbiorów Romana Zuba. krok człowieka, ale wielki krok ludzkości", nie ma strażnicy WOP i ochrony granicy państwa przez bronowanie plaży, a Poddąbie, choć kameralne, zaludnia się latem do granic możliwości. Tylko buki na klifie pozostają niezmiennie piękne. Właściwie nie pamiętam kiedy zaczęły się pojawiać w Poddąbiu pierwsze ośrodki wczasowe i domki letniskowe, zabudowując ciasno obie strony dawnej piaszczystej uliczki i wchodząc głęboko w las po południowej stronie. Leśną drogę do wsi zastąpiła wąska, kręta asfaltówka ze zjazdem w Machowinku, dlatego teraz nie ma mowy, by latem można było bezpiecznie pójść do Poddąbia na spacer. Tylko jesienią i zimą, kiedy letnisko zamiera, można tam bezpiecznie dotrzeć spacerem czy nawet rowerem. Od strony Bałamątku leśna droga oznaczona jako ścieżka rowerowa coraz częściej jest tak rozjeżdżona przez quady, że ani rowerem, ani pieszo nie da się przejść bez komplikacji. Prawdziwy wzrost przeżyło Poddąbie w pierwszych latach transformacji. Wolność gospodarcza pojawiła się na tarpanie przywożącym letnikom bułki i mleko z gospodarstwa w Objeździe. Później była jakaś drewniana buda, którą podpalono w ramach niszczenia konkurencji, wreszcie Jula porzuciła ostatecznie gospodarstwo, by poprowadzićkarczmę „U Julki". Pojawiły się sezonowe sklepy,budki, smażalnie i wszystkoco dajezarobek wletnisku. Przez dwa miesiące zmieniają się turnusy, dniem i nocą wieś lśni opalenizną gości, spoconymi twarzami restauratorów i hotelarzy, ~ 218~ aż ostatniego sierpniowego dnia wszystko znika. Poddąbie pustoszeje. Na stałe mieszka tu chyba dziesięcioro ludzi. Po dzieci do szkoły w Objeździe przyjeżdża autobus, mieszkańcy po zakupy jadą swoimi samochodami, tematem rozmów jest miniony i nadchodzący sezon. Weekendowi goście mogą w karczmie pogrzać się przy kominku, popijając herbatkę z gospodynią. Niepowtarzalnego klimatu letniska broni w dalszym ciągu wysoki klif, piękne drzewa i trzy domy jak strażnicy czasu przy dawnej piaszczystej drodze, dziś wyłożonej szeroko polbrukiem i zwanej szumnie Promenadą Słońca. Poza tym ciągle trwa budowa. Poddąbie pozostanie mimo wszystko najpiękniejszym skrawkiem polskiego wybrzeża. Ten kawałek Bałtyku mamy za swój i odwiedzamy go jesienią i zimą, wtedy przyroda odsłania prawdziwe oblicze i nikogo nie mami banałem. Nad morzem Ty morską falą, ja brzegiem wysokim, Plaży wstęgą złotą jak stułą złączeni. Niebo nas jednym otula błękitem, Ptak dziki skrzydeł trzepotem unosi. Swatką nam była jesienna burza, gdy Nocą biegłem z wiatrem w zawody, A twoje ciało jak wyspa schronienia, które, spragniony, brałem jak łyk wody. Żywioły w nas jak gwiazd wodospady Podskórny taniec przez noc całą grały I wieczność wówczas tylko naszą była, Lecz trwała chwilę, tak to z burzą bywa. Teraz w przyjaźni wiernej obok siebie Ten sam brzeg wysoki i morska fala. Popiołem czasu zasypane żale, Na plaży znaki wspomnień, muszle białe. I wciąż oboje zawsze tuż przy sobie jak dwie histońe w jednej życia księdze. Jak skrzydła ptaka, który z wiatrem tańcząc, To w niebo, to w falę swobodnie szybuje. W dali, w obręczy złotej widnokręgu, Światłem prowadzi nas latarni wstęga. Wspomnienie białym grzbietem fali płynie I wraca, pragnień dawnych obraz blady Resztki wraku na plaży w Poddąbiu. ~ 219 ~ Bajka-niebajka -A widzieliście, sąsiadko, Bułgara, dziś jechał? -Oj, chyba nie, bo mój Mruczek spokojnie śpi w chałupie. -To i mnie dziwnie bez kociej muzyki. Cisza, aż w uszach dzwoni. Rys. Cz. Długoszek Tak przez płot pogadywały Filowa z Jostową. Pogoda była piękna mimo wczesnej wiosny. Dzieciaki w szkole, więc można omówić wszystkie wiejskie sprawy. A to, że u Jaskólskich maciorka przywiodła osiemnaścioro prosiąt i trzeba je butelką dokarmiać. I że pod lasem znów strzały słychać było. -Kiedy koniec tej wojny będzie? Przecież Niemca już kilka lat nie ma, a ci, co zostali, spokojni i jak swoi. -Tak, tak, ale strzały między swoimi padają. Na cmentarzu obok żelaznych krzyży niemieckich są już drewniane, polskie. Rozważania sąsiadek przerwało poruszenie wśród kotów. Pierwszy jak opętany wyskoczył Rademenes Filów. Kocur był czarny, duży, więc tylko świsnęło pod nogami i kot pędził szosą przed siebie. Z zagród wybiegały co chyżej inne koty i pędziły za Rademenesem. Tylko biedny Mruczek miauczał żałośnie pod drzwiami. Jostowej żal się zrobiło kota, więc pożegnawszy sąsiadkę, poszła dać mu wolność. ~ 220 ~ Niebawem zza zakrętu wyłonił się powód kociego zamieszania. Na przodzie dzwonił podkowami o kamienie zgrabny konik. Ciągnął niewielki wózek. Żelazne obręcze stukały, chrzęściły ale dobrze chroniły drewniane koła. Między kłonicami była ławka. Siedział na niej mężczyzna postawny czarniawy ani stary ani młody. O ładunku, który wiózł w skrzyni za siedziskiem, zapach zaświadczał -miły kotom. Dlatego jedne pomykały truchtem za wozem, inne wyprzedzały go, tworząc korowód barwny i jazgotliwy. Wozak ładunku bronił batem, boby mu go koty zjadły. Bułgara to był, rybak z Poddąbia. W obejściu kobieta została z dziećmi. Biednie im się żyło, jak to na przednówku. Ale przecież i na biedę rada była. Pogoda przyszła. Łódką na morze przed świtem wyjeżdżał. Przed południem przesiadał się na wózek i ryby po okolicznych wsiach rozwoził. Wracał do domu wieczorem, przywożąc kartofle, zboże, czasem parę złotych. Ludzie płacili, czym tam mieli. A mieli niewiele, bo nikt tu bogaty nie był. Jednych przygnała tu wojna na roboty przymusowe, więc jak Polska nastała, zostali. Inni do domu pod Wilnem wrócić nie mogli. Granica rozdzieliła rodzinę. Syn osadnik tu został, a matka tam. Kilkumorgową biedę zwabiła odważnych z „centrali" nadzieja lepszego losu. A byli i tacy, których ochota na szybki zysk ze stron rodzinnych wygnała. Ale ci się zawiedli. -Dajcie mi ze dwa dorsze, panie Bułgara. Piątek dziś, obiad będzie w sam raz -poprosiła Filowa. -A dla mnie śledzi do miski. Trochę zasolę, to w Wielkim Tygodniu będzie co jeść -wyjaśniała Jostowa Rybak rozdawał śledzie, dorsze, szproty Zapłatę przyjmował, a na odjezdne i kotom coś rzucił. Miał w tym swój interes. Zajęte robotą przy rybie dały mu spokój. Rybak Bułgara jest postacią autentyczną, mieszkał w Poddąbiu i naprawdę rozwoził ryby, sprzedając je w okolicznych wsiach. Opowieść o nim zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa. Opowiastką o rybaku Bułgarze i innych malowniczych postaciach mój ojciec budował rzecz trwalszą niż system polityczny w którym przyszło mu żyć, budował pojęcie małej ojczyzny ~ 221 ~ Zagubiony etos O boje pochodzili z Kresów. Ona ze wsi położonej na Pojezierzu Brasławskim, on urodził się i mieszkał w parafii Szemietowo, jakieś sto kilometrów od niej. Nie mieli o swym istnieniu pojęcia i gdyby nie złe wiatry historii tak pozostałoby do końca ich dni. Widocznie jednak Boża Opatrzność niesie nam wśród rozlicznych nieszczęść dary które pomagają przetrwać zły czas. Stali się dla siebie darem na całe życie, które dopełniło się we wsi Objazda, o której istnieniu wtedy nie wiedzieli. Kresowe wsie w większości były biedne, własnej ziemi było niewiele, potrzeby duże i żadnej perspektywy. W niedalekiejŁotwie żyło się lepiej i o pracę sezonową było łatwiej. Młodzi wyjeżdżali chętnie, tym bardziej, że emigracyjne opowieści były im znane. W odzyskaną w 1918 roku niepodległość Polska wchodziła z tradycjami emigracji nie tylko politycznej, lecz także zarobkowej, która wyjątkowe rozmiary przybrała w latach 1890-1914. Szczegółową analizę problemu przedstawia Anna Kicinger ze Środkowoeuropejskiego Forum Badań Migracyjnych w Warszawie w pracy „Polityka emigracyjna II Rzeczpospolitej". Podaje szacunkowe badania, z których wynika, żew przełomie wiekówziemie polskie opuściło 3,5 miliona ludzi, emigrując głównie do USA, Brazylii, Argentyny, Kanady. Jeśli do zamorskiej dodamy emigrację kontynentalną, okaże się, że w chwili narodzin Niepodległej na emigracji żyło 4,3 miliona Polaków. Tradycje emigracji zarobkowej kryły bolesne doświadczenia jednostkowe, rodzinne i społeczne. Masowa emigracja świeżo scalonych ziem polskich uzasadniana była „złem koniecznym" wobec biedy i niedorozwoju gospodarczego odradzającej się ojczyzny Dominującą grupą emigracyjną w dwudziestoleciu byli rolnicy (od 60 do 95 proc.), przyczyniła się do tego ciągle odkładana reforma rolna. Główne kierunki emigracji kontynentalnej to Francja i Niemcy, które sezonowo zatrudniały ponad 300 tys. sezonowych robotników rolnych. Polacy stanowili niemal 80% cudzoziemców pracujących sezonowo w niemieckim rolnictwie -jak podają oficjalne statystyki niemieckie. Ponadto nielegalnie emigrowało zarobkowo ponad 100 tys. zdesperowanych ludzi. Ostatecznie dopiero w roku 1926 osiągnięto wstępne porozumienie polsko-niemieckie, a w 1927 zawarto umowę o sezonowej emigracji polskich pracowników rolnych. (Internetowy spis aktów prawnych (isip.sejm.gov.pl) ~ 222 ~ O aspektach prawnych regulujących emigrację zarobkową pisze Paweł Filctus w artykule „Ochrona prawna emigrantów w latach 19181927 w II RP" publikowanym w Zeszytach Studenckich Wrocławskich Studiów Erazmiańskich. Nowym rynkiem dla polskich emigrantów zarobkowych stała się Łotwa, jedyny kraj docelowy, gdzie polska emigracja okresu kryzysu systematycznie rosła, sięgającw 1935roku ponad 16 tys.osób, a w 1938 już blisko 18 tys. robotników sezonowych. Dziś Polonia na Łotwie liczy ok. 75 tysięcy. Większość, zamieszkałą w Rydze, Dyneburgu, Mitawie i Rzeżycy, stanowią potomkowie sezonowych robotników rolnych oraz drobnej inteligencji miejskiej przyjeżdżających tu w okresie dwudziestolecia. Przy burakach -pracowały kobiety z dziećmi. Na zdjęciu od lewej: Stanisława Janus, w środku stoją Kazimiera Łyszczówna, Janina Wieliczkowa, Regina Turkowa. W środku przykucnięta Jadwiga Wojciechowiczowa, ostatnia po prawej Leokadia Zamościkowa. Jadwiga i Albin spotkali się na Łotwie, gdzie oboje przybyli do pracy w Ogre nad rzeką tej samej nazwy, będącej dopływem Dźwiny, ponad trzydzieści kilometrów od Rygi. Pracowali jako robotnicy rolni, przyglądając się sobie bez szczególnego powodu. Oboje skromni, solidni w każdej pracy, złączeni emigracyjnym losem wiedzieli o rozniecającej się wojennej zawierusze. Niemcy panoszyli się wszędzie, władze łotewskie mniej przychylnie patrzyły na polskich emigrantów. Gdzieś na szczytach polityki zrywano dawne sojusze, zapominano o niedawnych porozumieniach i przyjaźniach. Mimo to, a może właśnie dlatego w 1940 roku się pobrali. Łatwiej przeżyć emigracyjny los, gdyobok jest ktoś bliskitak samowidzący świat. Tak było i jest, to jakby wpisany w emigrację lek na samotność. Po blisko ~ 223 ~ dwóch latach, w 1942 roku, kiedy była brzemienna, jej męża skazano za jakieś drobne przewinienie na obóz przejściowy i zsyłkę na roboty przymusowe. Ze względu na błogosławiony stan nie musiała dzielić jego losu, ale małżeństwo traktowała jako związek nierozerwalny Poszła z nim. Przez Kónigsberg i obóz przejściowy, prawdopodobnie Quednau (powstał w 1933 -jako jeden z pierwszych hitlerowskich obozów koncentracyjnych). Później jechali pociągami, głodni i obdarci, pod strażą, przez wiele tygodni. Kiedy dotarli na miejsce do Stralsund, pięknego nadbałtyckie Stanisława Zaczkówna S° Usteczka w okolicach Rugii, urodziła martwego synka.Skrywali żałobę. To nie był dobry czas dla dzieci robotników przymusowych. Pracowali ciężko, nieraz ponad siły bez należytej strawy i wypoczynku. Bolesne doświadczenia stały się zaczynem następnych zdarzeń, które łączyły się w przedziwne wątki. Ksiądz Jan Zieją, którego wtedy nie znali, w porozumieniu z władzami AK udał się na Pomorze, aby tutaj od 13 listopada Arbeitsbuch z pieczęcią z Rugii. ~ 224 ~ 1944 roku do 3 maja 1945 roku służyć posługą duszpasterską Polakom wywiezionym na przymusowe roboty Jego kapłańska droga wiodła przez Braunsberg (Braniewo), Frombork, Bromberg (Bydgoszcz), Gotenhafen (Gdynia), Martensdorf, Stralsund i Barth oder Ostsee. W grudniu 1944 roku będąc na robotach przymusowych w Niemczech w okolicach Barth nakreślał zarys swej pracy Świadectwo ślubu Testimoniunt matrimonii contracti Nazwisko i zamieszkanie narzeczonego /faA9 //d. tv CłWUort Kral. f/t&clSke SS&. . , JLh ( ) b» Vo«.»• lugthdriękcit > ki, »tfk. Ctdu: <1 mmÓ9t k* Arbeitsbuch Józefy Pawłowskiej z Huszlewa. ~ 225 ~ duszpasterskiej. Po przybyciu do Słupska w końcu maja 1945 roku i utworzeniu przy kościele św. Ottona wzorowej parafii katolickiej, z determinacją rozpoczął tworzenie Domu Matki i Dziecka. W tym samym czasie przez punkt repatriacyjny w Lodzi do Objazdy w okolicach Słupska przybyli niedawni przymusowi robotnicy rolni spod Stralsund, bo nie było Polski tam, gdzie zostały ich rodzinne domy. Kiedy na świat przyszła ich piękna, zdrowa córeczka, ks. Jan Zieją objął parafię w Wytownie. Kapłan idący jak oni wojennym szlakiem ochrzcił i obdarował katechizmem z dedykacją ich dziecko. Stanisława Zaczkówna miała piętnaście lat i dotychczas sprzyjało jej szczęście. Kiedy 10 lutego1940 roku z Podgórza wywożono gdzieś w głąb Rosji ponad trzydzieści rodzin, jej dom i rodzina wydawały się bezpieczne. Miała rodziców, dwie siostry i dwóch braci. Mimo wojny i codziennej obawy o kolejny dzień, cieszyła się młodością. Dziesiątego kwietnia 1943 roku sołtys przyniósł nakaz wyjazdu na roboty przymusowe wystawiony przez łomżyński Arbeitsamt. Wywieziono ją do Memel, dzisiejszej litewskiej Kłajpedy, do fabryki haceli. Jechała z nią jeszcze jedna dziewczyna z Podgórza, było łatwiej. Mieszkały na terenie fabryki, jak w obozie. Osiemnastolatka przymuszona do ciężkiej pracy modlitwą dziękowała Bogu za każdy przeżyty dzień i nadzieję, która była codziennym pokarmem krzepiącym bardziej niż głodowe racje żywnościowe. Paczki z domu łagodziły głód i poczucie samotności wobec ogromu zła, pozwalały zachować godność. Dopiero 19 maja 1945 roku była wolna. Wróciła do Podgórza, ale nie było ich domu, wiec znów z rodziną jechała w nieznane. Dotarli do Słupska i dalej Machowinka. Tu spotkała Olka Kalistę, sąsiada z Podgórza. Niedawno przez lasy Syberii, Uzbekistan, Kazachstan, wreszcie szlakiem bojowym II Armii wrócił z zesłania. Mieli za sobą podobne doświadczenia przymusowej pracy w nieludzkich warunkach. Dobrze się rozumie li. Pobrali się 7 września 1947 roku, a małżeństwo pobłogosławił ks. Jan Zieją, jak oni skromny, skołatany latami wojny ale naznaczony kapłańskim etosem. Niósł powracającym słowa otuchy i sakramenty, przywracając wiarę. Kiedy poznaję losy mieszkańców mojej wsi, wzrasta we mnie przekonanie o konieczności ich dokumentowania. Odchodzą świadkowie bolesnych wojennych doświadczeń, ludzie, których losami rządził przedziwny Demiurg, jakby na owe pięć mrocznych lat Bóg wyszedł z Domu. Zatem losami sąsiadów opisuję małą ojczyznę, za którą zapłacili przetrąconym życiem nasi najbliżsi. Słowa Jana Pawła II: „Pamięć o przeszłości jest obowiązkiem wobec przyszłości", które przyjęto jako motto wystawy w Zamku ~ 226 Zdjęcie z wesela Władysławy i Alfonsa Kostków. Królewskim (2005), towarzyszącej prezentacji pracy pod redakcją Włodzimierza Banasiuka „Polscy robotnicy przymusowi w Trzeciej Rzeszy" oddają stan świadomości odchodzącego pokolenia. Pamięć udokumentowana tysiącami relacji wojennych bohaterów to solidny fundament przyszłości budowanej w pokoju przez wszystkie narody Europy. Wielkim projektom, jak ten sporny powstający w Berlinie pod nazwą muzeum wypędzeń, powinna towarzyszyć znajomość losów naszych najbliższych jako gwarancja regionalnej i narodowej tożsamości. Józefa Pawłowska z Huszlewa, rocznik 1920, ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. W małym gospodarstwie na kilku długich jak oczekiwanie paskach ziemi gospodarzył żonaty brat. -227 Pomagała w gospodarstwie w oczekiwaniu na posadę. Wojna pokrzyżowała plany, a kiedy w lutym 1943 roku sołtys przyniósł nakaz wyjazdu na roboty dla jej bratowej, zgłosiła się sama, by ratować rodzinę brata. Cóż stałoby się z dziećmi -pomyślała. Pędzono ich pieszo do stacji, stamtąd koleją wieziono do Warszawy, później Berlina i Kerzlin-Neuruppin w Brandenburgii. Podroż trwała blisko trzy tygodnie. Szóstego marca trafiła do bauera Richarda Pritzkow, do pracy w oborze,co wspomina jako dobrodziejstwo, bo wiedziona sprytem umiała z tego korzystać. Mleko chroniło ją przed głodem. Tak przeżyła ponad dwa lata. Po wojnie wróciła do domu.Za ciasno było dla dwóch gospodyń. W Bierlcowie pod Słupskiem osiedliła się jej ciotka, przyjechała do niej, na Ziemie Odzyskane, jak wielu młodych. Została sklepową i zaczynała normalne życie. Kazimierz Bednarczyk, którego wkrótce poznała, przypadł jej do serca. Miał te same doświadczenia blisko pięcioletniej przymusowej pracy Na roboty w Prusach Wschodnich trafił z łapanki w Warszawie. Pobrali się niebawem i zamieszkali w Objeździe. Początkowo niemieckie władze próbowały pozyskać ludność polską dla niemieckiej gospodarki rolnej poprzez apele, akcje plakatowe i werbowników urzędu pracy. Kiedy nie było widokówna zgromadzenie tym sposobem potrzebnych do pracy miliona robotników, władze okupacyjne zdecydowały się w kwietniu 1940 roku zastosować środki przymusu. Obok aresztowań, łapanek policyjnych, zmuszano wójtów gmin do wyznaczania ludzi na roboty przymusowe. Generalny gubernator Frank polecił administracji pracy na okupowanych terenach przygotowanie i przetransportowanie do Rzeszy co najmniej milion robotników, w tym około 750 tys. robotników rolnych, wśród których musi być co najmniej 50 proc. kobiet, aby zapewnić produkcję rolną w Rzeszy i uzupełnić brakujących w Rzeszy robotników przemysłowych (Herbert: Der Auslandereinsatz). Władysława Jarnecka z Piotrkowa Trybunalskiego na roboty przymusowe do Seddin-Jeseritz bei Stolp, czyli znajomych nam Jezierzyc, została przywieziona z łapanki w 1941 roku. W międzywojniu przez bazę w Jezierzycach-Zydzinie przewinęło się łącznie 9 sterowców produkcji firmy von Zeppelin i firmy Schytte-Lanz. W czasie ostatniej wojny uwięzieni w obozie robotnicy zmuszeni byli do pracy na stacji kolejowej przy rozładunkach materiałów budowlanych i amunicji. Do pomocy przydzielano więźniarki z obozu dla kobiet. Nim tam trafiła Władysława, przebyła długą podróż i pobyt w tzw. okrąglaku w Stolp, co w jej wspomnieniach było koszmarem. Przydzielono ją do pracy przy produkcji balonów Czas zatarł wspomnienia i bolesne doświadczenia. ~ 228 ~ Jej córka Bożena przywołuje fragmenty rzadkich na ten temat rozmów z matką. Próbujemy przy pomocy starszej pani Jarneckiej, bratowej Władysławy, odtworzyć klimat tamtych dni. Paradoksem okazał się fakt, że miejsce, do którego przywieziono ją wbrew woli, okazało się danym na całe życie. W Jezierzycach poznała Alka Kostkę z Gdyni, który podobnie jak ona przybył tu nie z własnej woli. Pracował jako palacz w gorzelni w oddzielnym obozie w Jeseritz. Mieszkał w baraku, gdzie przebywało trzynastu mężczyzn i dziesięć kobiet, ludzi różnej narodowości, wśród nich przyszła bratowa Władysławy. „Przymusowa" miłość, która zrodziła się w nieludzkich warunkach, dawała nadzieję. Dzięki niej łatwiej było żyć, mimo upokorzeń. Pobrali się potajemnie w czasie przepustki, w Gdyni, dzięki przyjaciołom, którzy pomogli wszystko urządzić. Po wojnie długoszukali miejsca na stałe, po kilku przeprowadzkach zamieszkali w Objeździe. W czasie II wojny światowej na przymusowe roboty do Niemiec deportowano ok. trzech milionów osób, blisko 80 proc. pochodziła z polskich wsi. Najczęściej byli to ludzie młodzi, pełni sił, marzący 0 własnejdrodze życiowej. Marzyli o pracy dla siebie i najbliższych, wolnej i godnej. Pojmowali ją jako wartość bezwzględną jak miłość 1 dobro. Być może nie znali pojęcia etosu pracy, ale wiedzieli jak godnie żyć wśród swoich. Wojna była okrutną lekcją wczesnej dorosłości i pracy ponad siły na terenach okupowanych przez Rzeszę i na sowieckich zsyłkach. „Arbeitmacht frei" nad wejściem do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, praca przymusowa na rzecz totalitarnych systemów, upodlająca i degradująca była zaprzeczeniem wszelkich wartości, nie tylko etosu pracy. Moi rozmówcy często zasłaniają się niewiedzą lub niepamięcią. Tak rzadko pojawiały się okazje do powrotu w przeszłość. Są powściągliwi, jakby los, który stał się udziałem ich rodziców był defektem życiowym, o którym lepiej milczeć. Rozumiem to i szanuję. Przez lata doświadczenie przymusowej pracy pojmowali jako niesprawiedliwość losu. Przymus pracy w nieludzkich warunkach degradował poczucie własnej wartości i godność. Spóźnione skromne rekompensaty wypłacone po latach nie dawały należnej satysfakcji, nie odbudowały zniszczonego etosu. Czasem myślę, że jesteśmy naznaczeni syndromem pokolenia, które po latach pracy w totalitarnych systemach nie widzi jej sensu i zamiast pracy wybiera... zasiłek dla bezrobotnych lub emigrację. Problem nie jest prosty. Wojenne pokolenie po latach bolesnych doświadczeń stanęło do ciężkiej pracy odbudowy, tworzenia własnych domów i środowisk w nowych granicach, w nowych ~ 229~ warunkach. Podejmowali wyzwania z entuzjazmem i oddaniem. Niedawny przymusowy robotnik rolny Feliks Kozub, przez pięć lat pracujący u bauera w Wobesde, został pierwszym sołtysem Objazdy. Błażej Łyszcz po pięciu latach przymusowych robót z dala od rodziny sprowadził bliskich do Objazdy, bo tu widział swoją przyszłość. Antoni Szubert wzięty po klęsce wrześniowej do obozu dla polskich jeńców wojennych (z kampanii wrześniowej 1939) w Stalag I-A koło Królewca, pracował u bauera w okolicach Tylży, gdzie znajdował się jego obóz. Po wojnie przez rok był milicjantem w Objeździe. Zrezygnował. Został rolnikiem, dorabiał także poza niewielkim gospodarstwem. Pani Kazimiera nie pamięta szczegółów wojennej drogi męża. Nie wymieniłam wszystkich mieszkańców mojej wsi, którzy doświadczyli przymusu pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy lub Sowietów. Przyjechali na Zachód z wiarą, że teraz się uda. Ciężko pracowali. Później entuzjazm ostygł, gdy okazało się, że pracowity, gospodarny rolnik jest kułakiem, którego trzeba zdyscyplinować dodatkowymi obowiązkowymi dostawami. Rzetelny szewc, krawiec, robotnik uważany jest za naiwniaka, a poklask zyskują bierni ale wierni... Powoli w świadomość wnikało przeświadczenie: czy się stoi, czy się leży... Siermiężny czas ustąpił miejsca kredytowanym sukcesom. Oficjalna propaganda rozmijała się z życiem, prowadząc do katastrofy, której wyrazem był ocet na sklepowych półkach. Angielską nazwą „oral history" określamy historię opowiadaną. Suchy, rzeczowy przekaz ustępuje miejsca barwnej opowieści ludzi z krwi i kości. Dzięki temu możemy nie tylko ożywić przeszłość, lecz także łatwiej zrozumieć niejedno wydarzenie. Przechodzę często obok okazałych niegdyś budynków gospodarczych PGR, dziś miejsca zabaw w paintball. Pamiętam lata, gdy to miejsce ożywiała praca przy maszynach, dużym stadzie bydła, gdy latem huczały kombajny i traktory. Wieś żyła z rolnictwa. Rozpadł się w gruz wysiłek i grosz ludzi, którzy z tym miejscem wiązali plany życiowe. Nieliczni z rozpadu pegeerów wyszli obronną ręką. Większość pozostała poza nurtem zmian. Nie mają siły przebicia stoczniowców Upadły małe gospodarstwa rolne. Wieś zamarła w oczekiwaniu na cud. ~ 230~ Prządka z Objazdy F ilomena Ragiel w 1957 roku z synami Tadeuszem i Franciszkiem przyjechała do Objazdy Kiedy ze Strusta w powiecie Brasław województwo wileńskie wyjeżdżała w 1946 roku jej siostra Janina z mężem i inni „plemieńcy", ona została, by czekać na powrót męża, zaginionego w czasie wojny Doświadczyła ciężkiego losu kołchoźnicy, dlatego skromne warunki w Polsce wydały jej się ziemią obiecaną. Przyjazd był możliwy dzięki staraniom siostry, która wobec władz zobowiązała się zapewnić przybywającym utrzymanie i opiekę. Później kupiła kawałek ziemi, dom i obórkę i przede wszystkim miała bliskich wokół siebie. Czuła się szczęśliwa. Dożyła osiemdziesięciu czterech lat. Spoczywa na cmentarzu w Objeździe. Przy krosnach Kiedyś tkactwo było nieodłączny c/fsclu każdego gospodarstwa wiejskiego. OzM • sprinty mywani' niegdyś praczwiejskie kobiety znajdują się w miwrarh. ikansenzch, finami si| nadal używane przez artystów plastyków, ceniących sobie autentyki. W sklepach ..Cepelii" pokazulą sir niekiedy replikikołow rotków, krosien, ale sl«t»i .-do dekoracji wnętrza. Jednak ta dziedzina ludowe]w \ tw orczosci niecałkiem odeszła w uciszę muzeów.Jest jeszcze wiele ludzi,którzy parają sif nim z zamiłowania i z przekonania. W Objeździe mieszka od 40 lat pFilomena itagiel, która zadziwi niejednego znawcv piękny 111 chodnikami. Kiedyś jeszcze robiła kapy. ubrusy i rfcuiki. ali dzisiaj brakuje surowca, przede wszystkim lnu. Tkaetwiir trudni Sif od sześćdziesięciu lat! Ile kilometrów włóczki wrinia nej i lnianej przeszło przez ten czas przez jej ręce" lic ubrań prześcieradeł, obrusów, nawet workow wykonała dla wła>nejrodziny i gospodarstwa! Dzis trudno konkurować z przemysłem. Zawsze to jednak wytwór własnych rąk a lekodzielo tc coś nieporównywalnego z jakimkolwiek wyrobem fabrycznym Fot. JAN MAZIKU K Fotoreportaż Jana Maziejuka. Nie zabrała z dawnego domu kobiecych sprzętów. Nie uprawiano już lnu na potrzeby rodziny, ale chowała owceze względu na runo. Po strzyżach wełnę wiozła, jak wszyscy zapobiegliwi, do gręplarni w Słupsku,zdaje się wokolicy ulicy Jaracza. Trzeba było stać 231 przy grępli i podawać rwane drobnokawałki wełny. Z drugiejstrony maszyny wychodziła pięknie zgręplowana kądziel, czyli płaty wełny przygotowanej do przędzenia. Od jesieni, gdy kończyły się prace polowe, między obrządkami i wieczorem kobiety siadały do kołowrotów. Na krężel nawijano kądziel, mocowano z przęslicą, zwaną w niektórych regionach kądzielnicą w kołowrotku. Na szpuli założonej na wrzecionie między dwoma skrzydełkami zaopatrzonymi w grzebień mocowano ręcznie wyciągniętą nić i można było zaczynać. Prządka naciskała stopą człapiej, czyli deseczkę pełniąca funkcję pedału napędzającego mechanizm kołowrotka. Od sprawności i wyczucia jej stóp i palców rąk zależała jakość nici. Synchronizacja rytmicznego naciskania pedału i sprawności wyciągania włókien z kądzieli oraz odpowiedniego ich naprężenia decydowały o grubości i jakości skrętu nici na szpuli. Kiedy szpula była pełna, nić należało zwinąć wmotele na motowidle.Później, by uzyskać mocną przędzę, skręcano dwie nitki w średni skręt z kłębków zwiniętych z motków założonych na wijadła, czyli obracającą się czteroramienną ramę. Motki wełny skręcone ciasno prano i farbowano. Nie prano wełny przed przędzeniem. Jeśli owce były bardzo brudne po zimie, po prostu kąpano je i dopiero po wyschnięciu strzyżono. Z owczej wełny na dwóch drutach robiono swetry w wymyślne wzory, a na pięciu drutach, krótkich, skarpety. O kunszcie, pracowitości, honorze gospodyni świadczyły jej wyroby. Jeśli mąż i dzieci były pięknie ubrane, to był powód do dumy. Kiedy wydawało się jasne, że odchodzą do lamusa historii kołowrotki i domowe krosna, słupski fotografik -reportażysta Jan Maziejuk przyjechał do Objazdy, by w domu Filomeny Ragiel sfotografować ją przy pracy. W ten sposób powstał dokument prasowy, który warto przypomnieć. Filomena Ragiel z synami. ~ 232~ Ręczny warsztat tkacki, czyli krosna K ażda szmatka, każdy kawałek starej tkaniny u skrzętnej gospodyni był zagospodarowany Krosna w wielu domach był to sprzęt podstawowy Dziś takie warsztaty stoją na strychach bądź w skansenach. Krosna Filomeny Ragiel z Objazdy stoją bezużytecznie w małym pokoiku „na górce", stoją jako znak jej czasów, bo ona sama odeszła, a teraz któż by miał cierpliwość przekładać wątkiem nitki osnowy Filomena Ragiel wyrabiała ze szmatek chodniki dla siebie i znajomych.Korzystała z niewielkiegodomowego warsztatu tkackiego, takiego, jaki mógł stanąć w wiejskiej izbie. Korpus, czyli główna rama z ławeczką dla tkaczki wyposażona była w mechanizm tkacki. Z przodu i z tylu są dwa wały -ten z przodu nazywa się wałem tkaninowym -to na nim nawijała się utkana tkanina. Z tylu jest wał osnowowy, a pośrodku nicielnice. Nicielnice to ramy, najczęściej drewniane, na które są nałożone „struny", przez które są przełożone nici wątku. Takie struny najczęściej były z drutu, z oczkiem w środkowej części, przez które przekładano nić. W najprostszych krosnach jest tylko jedna para nicielnic zawieszona na ruchomych bloczkach. Od dołu nicielnice są podwiązane do pedałów (podnóżków) -jest ich tyle, ile nicielnic. To nimi tkacz „sterował" i podnosił osnowę tak, aby między nićmi przesunąć nić wątku. Od strony walu tkaninowego znajduje się bidło, to część ruchoma. Bidło powinno być ciężkie, zbija wprowadzony wątek i przybija do brzegu już utkanej tkaniny. W bidle jest też grzebień metalowy -płocha, od niej zależy gęstość tkaniny Ta cześć jest wymienna. Od numeru płochy zależy, jak będzie snuta osnowa. Na bidle zamocowana jest też konstrukcja, która pomaga tkaczce przekładać wątek -to urządzenie przerzutowe. Składa się z dwu kieszeni (drewnianych), w których zatrzymuje się czółenko z nicią wątku i systemy sznurków, które pociągnięte odpowiednio mocno wybijają czółenko z kieszeni. Prosty domowy warsztat tkacki nie ma mechanizmu przerzutowego z kieszeniami dla czółenka i trzeba samemu je przekładać -ale to się czasem sprawdza -kiedy tkamy materiał o fantazyjnych przerzutach, chcemy zrobić materiał obrusowy z tzw. ażurami albo jeśli się poplątało, to można to poprawić przekładając odpowiednio czółenko. Kiedy mamy system przerzutowy, wszelkie błędy praktycznie są nie do naprawienia -ale za to tkanie idzie szybciej. ~ 233 ~ Urząd sołtysa o G dyby nie zetlałe kartki, które w przedświąteczny wieczór przyniosła mi Kasia Kozubówna, nie zagłębiałabym się w temat urzędu sołtysa. W wiejskich realiach zawsze był obecny jak zapach siana, dojnych krów, świeżo zoranej ziemi. Tak, wiem, każdy czas ma swoje realia, a te odchodzą do lamusa historii, ale sołtys jest w każdej wsi od dawna. Właściwie powinniśmy wiedzieć to z historii, że urząd to dawny i ważny, ale widocznie nie byliśmy pilnymi uczniami. Kto teraz uczy się historii! Dla porządku zatem przypomnę kilka informacji. Wsie lokowane na prawie niemieckim już od XIII wieku na Śląsku, później w czasach Kazimierza Wiel-Fdiks Kozub kiego i Władysława Jagiełły i w innych dzielnicach, otrzymywały urząd dziedzicznego sołtysa, z niemiecka zwanego Schultheiss (łac. scultetus). To on, zasadźca, jako wysłannik przyszłych osadników, organizator wiejskiego życia negocjował z panem dóbr warunki osadnictwa, które zapisywano w dokumencie lokacyjnym. Podstawą uposażenia chłopa był jeden łan, czyli około 15-20 hektarów, od których płacił czynsz w stałej kwocie zależny od tego czy przejmował ziemie uprawne, czy tak zwany surowy korzeń. Mógł być zwolniony z obowiązku czynszowego od dwóch do dwudziestu czterech lat, co nazywano latami wolnizny. Nie mógł jednak opuścić ziemi. Zasadźca natomiast korzystał z uprzywilejowanej pozycji. Otrzymywał co trzeci rozdzielony między osadników łan ziemi i zostawał dziedzicznym sołtysem. Jego obowiązkiem była troska o spokój i bezpieczeństwo wsi oraz konna służba wojskowa w orszaku pana, pobieranie czynszu i kar pieniężnych na rzecz pana, przewodniczenie sądowej ławie wiejskiej, czyli sądowi ławniczemu oraz reprezentowanie społeczności wiejskiej wobec właściciela, którym był monarcha, szlachcic lub instytucja kościelna. Sołectwem, jak nazywano uposażenie sołtysa, była 1/6 czynszu,1/3 kar sadowych, wyłączność na utrzymanie młyna, stawów rybnych i jatek (ubój i sprzedaż mięsa). Urząd można było sprzedać, co było istotne w późniejszych wiekach. Pod koniec XV wieku dzięki wielu przywilejom zapisanym w Statutach ~ 234 Kazimierza Wielkiego i Statutach wareckich sołectwa w zasadzie zostały wykupione przez szlachtę zazdrosną o dochody Sołtysa zastąpił zależny od pana i powoływany przez niego wójt. Tak było do rozbiorów, a i przez pewien okres w zaborze pruskim i austriackim. W Królestwie Polskim wprowadzono gminy zbiorowe z mianowanym przez władze wójtem, natomiast we wsi powrócono do funkcji sołtysa. Odbicie takiej sytuacji znajdziemy w „Chłopach" Władysława Reymonta. Maciej Boryna tak opowiada Domninikowej: „Sołtysem byłem bez trzy roki, tom dopłacił gotowym groszem. A com namarnował siebie i konislców! com się nakłyźnił i nabiegał, że i ten pies polowy nie więcej... A upadek w gospodarstwie był i marnacja, że jaże mi moja nie dała dobrego słowa... -Miała i ona swój rozum. Urzędnikiem być zawżdy to i honor jest i profit. -Bóg zapłać. Strażnikowi się kłaniaj, pisarza obłapiaj za nogi i bele ciaracha, co z urzędu -też...Wielki mi honor! Nie płacą podatków, most się popsowa, wścieknie się pies, który weźmie kłonicą po łbie -kto winowaty?... Sołtys winowaty, śtrafu sołtysa ciągają! Hale jest profit. Dosyć ja pisarzowi i do powiatu nanosił i kur, i jajków, i gąskę niektórą... -Prawdę mówicie, ale Pietrlcowi wójtostwo do grdyki nie wraca, nie; grontu dokupił i stodółkę dostawił, i konie ma kiej te hetmany!... -Juści, ino nie wiada, co mu z tego ostanie, kiej się urząd skończy..." Cytat dobrze ilustruje znaczenie wiejskich urzędów. A i dla nas może być pouczający. U narodzin Niepodległej nie zmieniano wiele, administracja gminna pozostała w spadku po zaborcach, tyle że spolonizowana. Trzeba było czekać piętnaście lat, tak długo dojrzewała nowa ustawa o samorządzie terytorialnym z 1933 roku, zwana ustawą scaleniową, która weszła w życie rok później. Wprowadzała na całym terytorium II Rzeczypospolitej model gminy zbiorowej z wybieralnym wójtem i sołtysem na wsi, zatwierdzanym przez starostę powiatowego, podporządkowanym administracji państwowej i wynagradzanym z funduszy gminy bądź gromady Taki kształt pozostał do 1950 roku, kiedy sołtysów podporządkowano prezydiom gromadzkich rad narodowych. Przeglądałam przyniesione przez Kasię ocalałe kartki z niedowierzaniem. Zapiski urzędowe pierwszego powojennego sołtysa! Żywa historia, której dotykam w materialnej postaci ze wzruszeniem i ostrożnością, by się nie rozsypała w pył. Odnajduję znajome -235~ nazwiska osób, które odeszły na zawsze. Wśród nich Błażej Łyszcz urodzony w 1908 roku w Kieleckiem, który przybył do Objazdy we wrześniu 1939 roku, pracował jako robotnik przymusowy, a po wojnie sprowadził żonę i zamieszkali w drewnianym domku, którego też już nie ma. Tej informacji nie ma w księdze sołtysa, ale w mojej pamięci pozostało wspomnienie, więc składam pieczołowicie drobne fakty, by z nich powstał większy, dokładniejszy rysunek wsi. Nr. domu (wzgl. nazwisko właściciela domu) ¥ *' Ooto stosunek do f *D ot Zowód Ocła Przynależ-powszechSkąd przybył b 5 Nazwislco i imię Imiona rodziców i stanowisko nego (miejsce 1.J w zawodzie zamieszkania) i&s (C o. urodzenia pańifwiowo obowiązku Hr 3 6 . 1 . wojskowego :f Z ag c i ? 3 i ~i 6 * fc~~7 B~~ 9 r 1 < *9+*• /• i t, / M-ty f Ł'"/C fci ' ? > <:Ć4 itel . 1 ' jf J t % 1 ł e fioŻA/iia, m&Lie.ri$,lcLe,oo Oh JózeJo, stwo papieskiej opiece, wymię-9{rkoh)}k& „ra3 zm?/e„ nia miejsca pozwalające określić %ab\Uti nwizkają *j oójeź^u o& granice jego państwa, poczy nająć od Szczecina (Schines-Kartka z :>Kroniki objazdy". ghe), (miasta wojewódzkiego dla Objazdy od czerwca 1946 roku do lipca 1950.). Zamknęło się koło czasu. Dziś w Wikipedii czytam: „Dagome iudex" jest [...], bardzo ważnym źródłem geograficznym wczesnych dziejów Polski". Dokumenty przyniesione przez Kasię nie będą przedmiotem badań historycznych, dla mnie jednak są ważnym uzupełnieniem historycznej wiedzy. Świadomość regionalna i narodowa jest wielopłaszczyznowa i dobrze jest, jeśli poczucie tożsamości kulturowej i emocjonalnej wiąże się z przestrzenią geograficzną. Ostygła już dyskusja o naszej przynależności do Unii Europejskiej, zbladły obawy przed unifikacją, jednak nowe zjawiska społeczne i kulturowe weryfikują nasze myślenie o patriotyzmie. Ciągle poczucie więzi kulturowej i świadomość ciągłości historycznej zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i zbiorowym decydują o naszym rozumieniu wielu pojęć. Świadomość narodowa w ostatnich latach stała się przedmiotem intensywnych badań naukowych, w których wielkie zasługi ma nieżyjąca już prof. Antonina Kłoskowska („Kultury narodowe u korzeni"). Na podstawie analizy biografii konkretnych ludzi z różnych grup etnicznych (w zakończeniu także emigracyjnych pisarzy: Józefa Czapskiego, Jana Lechonia i Witolda Gombrowicza), stwierdza: „Stwarza on (naród) podstawę poczucia wspólnoty: czasami realizującejsię w praktyce jako grupa oparcia i obrony, często jako źródło poczucia symbolicznej więzi szczególnie szerokiej, szczególnie trwałej, dającej świadomość własnego znaczenia choćby przez odbiorcze współuczestnictwo w kulturze." (s. 423) ~ 237 ~ Zapiski sołtysa Feliksa Kozuba to tylko kilkanaście kartek -od strony siódmej dodwudziestej, z numerami porządkowymi od 40do 274, dalsze zapisy bez numeracji porządkowej. Dlaczego przeleżały pozostawione same sobie? Są przecież nie tylko cenną pamiątką, mają teraz wartość dokumentu historycznego,kiedyś byłydokumentem urzędowym. Nietraktowano widocznietych dokumentów z należytą powagą. Oczywiście, nie mają takiej wartości, jak te, których nonszalanckie traktowanie dało podstawę Agnes Trawny do ubiegania się o zwrot pozostawionego w 1977 roku majątku w Nartach na Mazurach. Mimoto pozostawały urzędowymi dokumentami pierwszej powojennej administracji na tych ziemiach. Wśród ocalałych dokumentów znajduję kartkę papieru podaniowego w kratkę z odręcznie narysowaną tabelą i spisem pracowników majątku. Dowiaduję się, że pierwszym powojennym zarządcą pozostawionego przez ostatnią z rodu Kutscherów majątku był Jan Wejchert, urodzony w 1903 roku, jego żona była księgową. Widocznie niedługo byli w Objeździe, skoro ich nie pamiętam. Jako znajome odnajduję nazwiska całych rodzin pracowników, łącznie z funkcjami, takimi jak w przedwojennych ziemiańskich majątkach. Jestwśród zatrudnionych fornal, luzak, kowal, karbowy stróż, prac. dn. kat II (prawdopodobnie pracownik dniówkowykategorii II),ale są też traktorzyści -znak nowego. Urodzeni w roku 1888, jak Ewa Romanko spod Leska i Józef Łabęcki spod Kielc i inni urodzeni po 1945 na Ziemiach Odzyskanych. Przybyli z różnych stron przedwojennej Polski -z Wilna, spod Pińska, Suwałk, Rzeszowa, Włodawy, Sandomierza. Wielu pozostało na stałe, inni byli we wsi czasowo, co odnotował sołtys. Polska przychodziła do Wobezde, nazwanej Objazdą, by wrastać tu w ziemię losami swych obywateli. Ludzie przynosili z różnych stron swoje nawyki, zwyczaje, tradycje, by tu, w Objeździe tworzyć zintegrowaną społeczność. Sołtys potrzebny był od zaraz, jak wtedy gdy kształtował się jego urząd. Był pierwszą instancją, pewniejszą niż odlegle władze. Jego osobisty autorytet wspierał kształtującą się administrację i był weryfikowany w codziennych kontaktach. O znaczeniu urzędu sołtysa świadczy powojenna historia nieodległych Kluk. W 1947 roku w Klukach wobec 297 pozostałych mieszkańców, w wyniku repatriacji, głównie z Wileńszczyzny, zamieszkały nowe 34 osoby: sześć rodzin i kilku samotnych zdemobilizowanych żołnierzy. Problemem były konflikty między osadnikami a rdzennymi mieszkańcami wsi. Autor informacji zamieszczonej na stronieinternetowej SSI Słupsk -Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach, przyjmując punkt widzenia klucczan, winą za nie obarcza przesiedleńców z Kresów, którzy rzekomo sami sobie ~ 238~ chw. * C\UXvJL \ -'r ' 4 pf-'a<-0 • >.\A^-. .ą" v.,,VWv} }MaX\ • V; U Vt. d^V}, 3' j Ł. /,i U,Łai w^/jfoiWcx 1 •wrffa. p. H -\^H0 iUuUOUO ^ jli&jlutwygą, ?) CUUlk/' 0 f, r> • -pj *,i_ p> .UTOlUJjMfo ^ ®*l\% i ią\i.^Hlo °j. ilłiflikafe, ^ -"-. biii# *S.ClMVlU-bO ' ,4' hm -h ~ . 1: JjliLBlfii |L \ . M \ l ; j. Jt py^UUMnJtU 11, ; ••v?rv^ y ^< Am nou,\ łWjOs!t^e\vy j "" uŁll-uSk \ i % ' . KTzFY i^-n^ :iWigacjT • ; -......JIm ^ti\ -I tONU^JIMli. Ck/,_''•' #WsL. j WAO,|A. B.AMV4WU<\W. • ^ Kiu waVC.IU-^ S » vV» i cl —u— •j^wŁ tOrtlu ^ou)W'W0 | L \^^Av\\j^O j P I^to4k 7 R. r ,A N^bKUcwg , -"AM,-* 1 \1.[ C/-'f^ 0^Y\ Qo i !OCv\A, „j^l,^mO [ ^ [ % ^ŁiuUUu ,j! Odręczny spis pracowników majątku Objazda, str. 1. przyznawali prawo do rekompensowania poniesionych w wyniku przesiedlenia strat, nierzadko przywłaszczając sobie mienie rdzennych mieszkańców, których uważali za Niemców Sporną sprawą był też urząd sołtysa, który powierzono przesiedleńcom, ograniczając hierarchiczną pozycję i samorządność rdzennych mieszkańców Sytuacja poprawiła się, gdy sołtysem została Rutha Kotsch, później Ewald Barnów. Proces integracji społecznej jest trudny i złożony. ~ 239 ~ 3T . t . i C " *" I ^^1i v 1 > -WU^ {r^w^Oy^ I ^ It , iI \ I 'J VVK>Wl»*< YOWaC^Mu • VJMU VV\ «v J *AVCCHtUAt M. p v^W •,'>|" %r»v diłn.iŁ L 'J1-'^j!oj p» l.A i Sfu&kot. c \^\Av»Cv I! ' ^mUiAUtn auGu t [ liii o. A.I&L* i ł dkuh^Av*i-A JktA7 ii * %T f) (\ , -^vj*Tu K M i _ °J-Ł \jfcw • wToAtiy) Cj/ ii WHu\v\TI ^Cciaju. ' VU&<^ *NW\V\^ f i. W. i JWwUMfl, 4^ V\4L $>• AU : tt. WA^CUA-J^ I, U;Ua^ri;--tW Cowm-j ;1VaA^V\cv i toLc J\u«tCo MW ^ X \odUiu ąJLu^Owt " toAu)j j tt.Pcfi ^UeLu -yK ;Cfy\^,łM>v-rl's : )\t\,-vj •••••' ', u--\^V;>' o. Ł5?;^»Uvi 'S\yx. ^O&aWL . 1 -OUL. ;Ą*-t>>' ^ CW> ' v]J/V\CWł \ iŁ Omow^W 1 r^\o^vuL -uvLi '^X) ( : nu ' . j, ^u&UM,Vfl)ęułU< i % Ac' m „ ** kwvU'jU ' WUAIU 'iIk^^JuUL^^Uc ^ \\ > !;^.T.^hL 1 cS . u.k.. \ uA.:f Po^«OL1'; HA^k. i f c) Q.\_ i \XKV 1Q.U. ^il ;.. . .. . jQ.{iA.Ov[ •!• ^V--dv lx\iloX^ "s i ó. j ] . f • ^cO . \caA AUA? . i UM-'?. J*ku.j3w$y^ '.jU^cyj'. v\tC» y ^MaK •-•-Cji if S\Ki ^WvViVA.y AXAjC\MAłJL l Hflflagfl^ ^, 1 n.>->. J^JU^VA^^ !j V^(J ' CO*Aa^ji_ IH^yĄ^tuk , -i v} '-r\ \l j i r " "fiowttt'•»• JisSi..'swam^ł I " [ fu-.:;'4Saifa-JikfciMVf,... i -U^p. i ''•" i Odręczny spis pracowników majątku Objazda, str. 2. Jeszcze trudniej o identyfikację kulturową i etniczną. Beztroska, a może po prostu ignorancja powojennej administracji, bagatelizującej problem, skutkowała wyjazdem z Kluk w latach 1971-1976 niemal całej wsi -122 osób. Być może ulegli urokowi zachodniego dobrobytu i możliwości otrzymania rekompensaty. Być może. Wieś opustoszała, pozostał skansen -świadectwo słowińskiej tożsamości etnicznej dawnych mieszkańców Kluk. Pozostała też dotąd ~ 240 ~ o . i , \ , Jx t s, -j [^CyK ! J . j. .' «H. łp. ; '-A UAWKWjS ~ WMU, rt»vMy,: yfeteL^gt^i *«h»XK I w^*1 . | * ^ I WtM.vJsOJu"UvC^ "•'-. y® uvA(Xu -C-t*v 'i^ ę t . 'H ! ^• !WlvnUuL lvi ACKAĄLUM VfcM* " lUĄO&l ^ ^\Aicx. i •\v; V\'WvV'-'i7TI~ c r'I . TtNOaOb^.L iftlfikocu/ASY -y»^uuj] f Jv« j^vv.-^/tuX. rrnM -Uw\C^ LOU^u * W10. v, S^fodUL o1 !tt. ki>uu^ lkAv; CfAu m' i «-C 1 J.: '\\AjO U-^-tuUCW | ^ It&UyiUo ' r fclW'• A^tM/W M;CUl/ w m; -., r4 iI ' (. rJ V ' [ I -> V . M no, .\:\jU-CA.\lWi -| \CM l W\^9U. -ąOUUI i m. M i(/YłijuX> ,v't* ' W^U-wM* i '^U.y .jj W • j p) \ktli&/ { ^ '4 [ ' I HfVfik*X' ;UaCU&* -; fr.i^T P, _L i \ $ Pu l:^' j^oJfc^du '^W^A-y) i V»W-*V) iJ)y'M-L _: ;L.&ŁJ ! 'Ado?-'!.•-... .| u ~w>. U/ww* Ndi/Y^U.yjOO US\aą. 'U.ĄU^jjHl . .KuTw^T '• ij,VV«-^'-'' ?-tJ^ !jft. jy^r1) UAm. J&gMs&i W 5.w y?t r\K, njti ;i o, X\A'J C'..^\.vft. ,... SV^ko^ j\Hv^v\A % |^. Np)iWOiud/A . : JX>Mu jł^iM| K-•' f jcą ^ v^uk'oW ; ^ ,uUilW[ aw -'\tiijnii 1 ł mv. a., j ' ^ *s*'.-y v '-'>t •» '\\KY^ Wfl. V.'1 -V-'. 'Avxv Uj.«'i^ 1 ^0,^sUov ft(jvVU!L y>M! i ;{'Lrl^>W/^JjL. Wdy mi i». -/Wyajj?fok 11ua)MUK\, i L (ł^v ^'^YVA.'^A-V^.Vy>t^oL ^ i^iYfiiiftk %ixuAA^, i -1^nW|I^XA^RO^^JLsŁ^ ' vxAAA)\^ y toMrav i -| ^ L'1JU MNAAAjy ijlóUui. " *C'Uu^X^j \{\ \\ • x'\"^s-_ v ? ' Ki/ii A^jO , ^ | t jaSte\Lv\j.VQ-V&A ' vńw,|.-Jlp.. Odręczny spis pracowników majątku Objazda, 5^r. 3. nierozwiązana nie tylko wKlukach kwestia tak zwanego mienia zabużańskiego. Kresowiacy przybyli na te ziemie nie po cudze, wina nie leży li tylko po ich stronie. Problem klucki wydaje się bardziej złożony, w innych miejscowościach naszego regionu nie odnotowano takich konfliktów. Osobiste urazy i poczucie krzywdy po obu stronach tracą ostrość, ale długo jeszcze będą częścią świadomości powojennego pokolenia. ~241 "• ' !|" M " i .0 ' U*^ 1 \ "• JAAU, ^UAAa31au v j lAA%C)Vv, W ty v* ' M A. ^OK _ Tr.^Vt^-v--* ll jRl ^ r i.1,a . c. 4 • i . ot{« buU| ~ 0 _ ii* j»_--ŁLMl. r r f• f • ii..-i, fw ,o.r.w ; —b—• ; j|w. _ --T , -j i 'W. !"kr W AU lr ** ^WĄA^ClM it, •lAj.tUO m: r _4\;c'-w 1 Jic. ft\0 W • {MM\'i\ jJ5|0 J -h tjt!V: 1 » -~Ą — » « ' i) -T —u— 1 t r\- t r — tSC -'A/ ^ 1 r ? r * \ŁJ AW . _ r*z J S ^ ^ t .-} • rX' * cX j iQ\IML| A:>M j Si-SLyMu pz GZ %£ 4 :HuVo,w.'v • $>• iCMM.JA>i d\VV\ \ ~'ł^ i uil | 1k ; /ię&J' r.^^ ^ r c r t * , LiC/iyLi. jvci, 73^9 wotum, nv «j . CzsjnnycĄ ^yCo 4o ^unk^ó^ (bt&CCc/ę &ł zJs\ • hfljpozyt&o-n Ar Łc/x,£j u. rot^c H/fOsz M0 faL&/>tXc^Łu n^cd&Ux£ Zutnx %>«—Ł Ćzytu-tnlk 'P^11) stol.Łtc/s. . Ołmnno ^>ibLioteJca Pubiltzha {oiuŁttoKtiłrz.) ij dniu. j tfa/>. Kfiźci&Z f iU&lflij ^ Cbjez-dzKt -Ą 9i? 3 r. Kartka z „Kroniki Objazdy" Romana Zuba. ~ 285 ~ w Gminie Ustka informuję, że w celu efektywnego wykonywania zadań gminy w zaspokajaniu potrzeb wspólnoty w zakresie kultury, a także upraszczania struktur zarządzania Rada Gminy Ustka wyraziła zamiar połączenia ww. instytucji z dniem 1 czerwca 2013 roku" -brzmi oficjalny komunikat na stronie internetowej Gminy Ustka. Tymczasem działacze kultury a także kulturoznawcy postulują odwrotny kierunek działania. To biblioteki powinny stanowić centra regionalnej kultury Wprawdzie uchwała nie przewiduje fizycznej likwidacji bibliotecznej placówki, niemniej jej autonomia, autorytet i prestiż ustąpią na rzecz innych, mniej elitarnych form wiejskiej rozrywki z przewagą autopromocji. Tym bardziej wiele zależy od ludzi, ich operatywności, kompetencji i pasji. Nie jest to odkrycie czasów najnowszych, tak było zawsze. Jednak nowe czasydają możliwości poszukiwania funduszy na działalność biblioteczno -kulturalną również poza finansami samorządu. Trwa właśnie nabór aplikacji (listopad 2012 i marzec 2013) do Programów Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2013, w których do bibliotek publicznych skierowano między innymi programy: „Promocja literatury i czytelnictwa", „Promocja czytelnictwa" czy „Edukacja kulturalna".Regulaminy określają szczegółowe warunki dostępu do ministerialnych funduszy, co wydaje się słuszne, by pieniądze były dobrze wykorzystane. Biblioteka na wsi zawsze pełniła rolę szczególną, nie zawężając działalności do prostego wypożyczania książek. W „Kronice" Romana Zuba, nieocenionym dokumencie minionegoczasu odnajduję ważne informacje. Cierpliwy i skrupulatny kronikarz wiejskiego życia opisywał i dokumentował fotografią ważne zdarzenia z życia wsi. Historia biblioteki w Objeździe zaczyna się następującym zapisem: „Bibliotekę Gminną uruchomiono dopiero 1-X-1952 r. (wcześniej był tu tylko punkt biblioteczny -cdi). Ulokowano bibliotekę przy posesji Antoniego Idzikowskiego. Na kier.(ownilca) biblioteki zatrudniono ob. R Zuba." Dalej dopisek innym kolorem atramentu: „Biblioteka liczyła wtedy ok. 1500 książek". Na dalszych kartkach opisy i dokumentacja działań bibliotekarza i czytelników zaczynając od klubów dyskusyjnych, gazetek, wystaw, po wycieczki rowerowe i zespół mandolinistów. Pamiętam tamten czas osobiście. Do biblioteki chodziliśmy, żeby się spotkać w grupie koleżeńskiej, na próby zespołu, żeby odrobić trudne zadanie. Pan Zub był instytucją, ale niczego nie narzucał. Życzliwie przyglądał się naszym potrzebom, proponował, zachęcał. Wcale nie były to łatwe czasy -prócz siermiężnej rzeczywistości, na śmiałków czyhały pułapki światopoglądowe i polityczne. ~ 286 ~ Zmieniły się czasy i realia. Małe wiejskie środowiska otrzymały nowe możliwości, z których jednak z różnych przyczyn nie mogą w pełni korzystać. Demokracja daje szansę rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, jednak niesie też zagrożenie rozbicia lokalnych społeczności często poróżnionych, uwikłanych w dawne spory, wyizolowanych z powodu niedostatku, niskiej samooceny. Inicjatywa przezwyciężenia podziałów może należećdo biblioteki jako organizatora działań wspólnotowych. Biblioteka wiejska ma do spełnienia wobec czytelników wiele zadań, jak choćby definiowanie tożsamości, prezentacja kulturalnego dorobku środowiska, ukazywanie wartości i tradycji lokalnych, budowanie więzi międzyludzkich, wreszcie popularyzacja samokształcenia, które w dobie dostępu do internetu nie jest trudne. Regionalia służą temu znakomicie. Świadomość takiego zadania miał pierwszy bibliotekarz wObjeździe. Nowi mieszkańcy przybywali z różnych regionów, różne były ich doświadczenia i potrzeby. Pierwszym zadaniem była integracja, wzajemne poznanie, tworzenie wspólnoty. W czasie spotkań w bibliotece młodzi uczestniczyli w zajęciach chóru, wystawiali sztuki teatralne dla miejscowych i mieszkańców okolicznych wsi. Dlatego biblioteka w Objeździe szczyci się niebagatelną tradycją. Dysponuje pamiątkami i kroniką tamtego czasu spisaną przez bibliotekarza pasjonata. Nowa perspektywaostatniego dwudziestolecia otworzyła możliwość włączenia w obszar regionalnej świadomości dorobku wcześniejszych mieszkańców tych ziem. Coraz więcej mamy publikacji, dzięki którym poznajemy historię przemilczaną i niedocenianą z różnych powodów. Jej znajomość pozwala rozumieć procesy historyczne i społeczne. Na uwagę zasługują prace Warcisława Machury („Dawne miejsca pamięci o żołnierzach na terenie powiatu słupskiego"), publikacje Marcina Barnowskiego i albumowe wydawnictwa Jana Maziejuka sponsorowane przez Starostwo Powiatowe w Słupsku („Pałace i dwory ziemi słupskiej") i inne. Wiele ciekawych regionalnych publikacji przynosi dwumiesięcznik starostwa „Powiat Słupski". Wiejskie księgozbiory dzięki nieformalnym więziom, indywidualnemu rozpoznaniu potrzeb i talentów twórczych czytelników mają możliwość pełnić rolę centrum regionalnej informacji kulturalnej. Są biblioteki, gdzie gromadzi się pamiątki wiejskiej kultury materialnej, tworzy bazy źródłowe na temat miejscowych zwyczajów; tradycji i historii. Od operatywności bibliotekarza zależy promocja rozwoju sztuki ludowej, prezentacji dorobku lokalnych ~ 287 ~ twórców. Eksponowana w wiejskiej bibliotece w Objeździesylwetka jej patrona jest przecież doskonałym drogowskazem działań również we współczesnych okolicznościach kultury. Bibliotekarka zObjazdy zauważanową tendencję. Coraz mniej uczniów klas gimnazjalnych korzysta z księgozbioru. Pewnie jest racjonalne wytłumaczenie tego zjawiska, najprościej byłoby podjąć współpracę ze szkołą i wspólnie spróbować postawić diagnozę. Małe ojczyzny wymuszają niekiedy na bibliotekach konieczność współpracy, poszerzania oferty. Rok temu Biblioteka Publiczna w Objeździe została połączona osobą dyrektora z Gminnym Ośrodkiem Kultury wZaleskich. Szansa pozostała bez odzewu. Podobno nie ma pieniędzy na dodatkowe inicjatywy -to proste wytłumaczenie powtarzane jest jak mantra. Mimo to na początku nowej kadencji pani dyrektor została zaproszona na wieczór teatralno poetycki z udziałem aktorów Teatru Uniwersytetu Trzeciego Wieku ze Słupska. Uczestnicy wieczornicy pytali o dalsze propozycje. Niepotrzebne były wielkie fundusze, wystarczyła dobra wola, by wspólnie spędzić czas. Potrzeba nam takich inicjatyw łączących ludzi pamięcią minionego czasu, wspólnym przeżyciem, wzajemnym odkrywaniem. Poza tym lokalne społeczności dostały możliwość w postaci funduszu sołeckiego. Czy bibliotekarze wnioskują o celowe finansowanie czytelniczych projektów? Kiedy pytam w miejscowej bibliotece o fundusze zewnętrzne, widzę zaskoczenie. Możliwości, przynajmniej teoretycznie, są jednak duże. Wszystko zależy od ludzi, miejscowej społeczności. „Fundusz sołecki idealnie wpisuje się w profil biblioteki wiejskiej jako centrum rozwoju", taką informację znajduję na stronie internetowej www.funduszesoleckie.pl. Tak, wszystko zależy od ludzi. Rola i autorytet wiejskich bibliotek również. Bibliotekarki z Objazdy: Ala Mieliwodzka i Beata Bednarczyk przy regale z regionaliami. ~ 288 ~ Biblioteka w Objeździe im. Romana Zuba W iejska biblioteka nosi jego imię, a we wsi nie ma osoby, która nie wiedziałaby, kim był. Przez wszystkie powojenne lata był bibliotekarzem, organistą, akordeonistą na wiejskich weselach, zabawach i młodzieżowych potańcówkach, założycielem i kierownikiem dziecięcych zespołów mandolinistów, wiejskim fotografem, pszczelarzem skrupulatnie notującym zajęcia w pasiece. Przez całe życie pisał pamiętnik, a jako bibliotekarz prowadził wiejską kronikę. Dziś to nieoceniony dokument wiejskiego życia, które splatało się z wielką historią i polityką. Kogoś razić mogą fotografie dekoracji z okazji świąt państwowych, wycinki prasowe, relacje i akcje. Rówieśników, którzy zaczynali w Objeździe i Dębinie nowe życie, umiał porwać zapałem. Wystawiali sztuki teatralne, przedstawienia kabaretowe, występy muzyczne. Jak on to robił, Koszalin,dn.2.10«1968 r< dziś jest tajemnicą. Roman Zub z Objazdy nigdy nie pełnił Żadnej funkcji poli- Gromadzka Biblioteka Publiczna ^ w Objeździe,pow.Słupsk t tycznej. Rejestrował zda- i Zarząd Okręgu Stowarzyszenia Bibliotekarz? Polskichrżenia swego czasu -bez t prawdalwą przyjemnością zawiadamia,że Komisja oceniająca retUSZU oddawał klimat kroniki bibliotek wyróżniła Waszą kronikę przyznając nagrodę w wysokoćci 300too zł/trzysta zł/. tamtych lat. Pieniądze zostaną przesłane pocztą* » . Gratulujemy i życzymy dalszych* sukcesów na tym polu. Martwił.t się, gdy zabrakłolcalikanta do ręcznej * |zĄcy krtłtfu dźwigni starych organów, bo jak miał odpowiadać celebransowi w czasie mszy? >Kroniki objazdy" Romana Zuba. Kartka z Cieszył się, gdy dziecięcy zespół mandolinistów, w którym dzieci z Objazdy zdobywały podstawową wiedzę muzyczną, zdobywał laury na powiatowych przeglądach zespołów dziecięcych. Był dumny, gdy amatorskie przedstawienia teatralne, które reżyserował, publiczność nagradzała brawami. Właściwie to był jedyny profit, innych zysków nie było. Nie używaliśmy wówczas tego pojęcia, ale wiem teraz na pewno, że Roman Zub był animatorem życia kulturalnegow Objeździe. Dziś takich ludzi już nie ma...? ~ 289 ~ O tym, że historia zostawia czytelne ślady M arię Szypowską znałam przede wszystkim jako autorkę cenionej do dziś, wydanej po raz pierwszy w roku 1963, biografii pod tytułem „Konopnicka jakiej nie znamy". Mam w domowych zbiorach egzemplarz trzeciego wydania z roku 1969 z dwiema notami autorki, tą do wydania pierwszego, w której cytowała Konopnicką: „Znana? Kto znał mnie? Chcę widzieć człowieka, co by mi w oczy powtórzył to słowo tak, by mu kłamstwem X 496? u ^3 ioJUsj ' WeJns pfV\f Mańi Szypowskiej z „Kroniki Objazdy nie drgnęła powieka..." Nie jako ozdobnik literacki przytoczyłam te zdania Konopnickiej na pierwszej stronie książki. Chciałam, aby towarzyszyły one czytelnikowi, tak jak mnie brzmiały nieustanną przestrogą..." Notę do drugiego wydania rozpoczęła cytatem z listu Elizy Orzeszkowej do Marii Konopnickiej, podzielając respekt obydwu przed czytelnikiem i ich uczucia: „trwogę i nadzieję tych, którzy ~ 290 stają przed sądem tego tysiącgłowego sędziego, który się publicznością nazywa." Wydań książki było kilkanaście. Ostatnie w 2014 roku. Ich liczba potwierdza czytelniczą wartość książki, ale współcześni domagają się wątków sensacyjnych, współczesnego języka i nowej, niemal dziennikarskiej frazy. Zapominają,że Szypowska podjęła temat ponad pół wieku temu, czyniąc wyłom w spiżowym wizerunku autorki „Roty", poetki ludu. Dyskusja trwa, dla jednych twórczość Konopnickiej jest przykładem grafomanii, innych interesuje tylko jej związek z Marią Dulębianką. Książka Marii Szypowskiej, mimo że dopracowana merytorycznie, może uchodzić za mało efektowną i zbyt taktowną w sprawach osobistych. Natomiast moje zainteresowanie twórczością Marii Szypowskiej, którą znałam właściwie z „Konopnickiej" ma prawdziwie prowincjonalną genezę. W II tomie „Kroniki Objazdy" Romana Zuba znalazłam wpis Marii Szypowskiej datowany na 27 sierpnia 1967 roku. „Na pamiątkę spotkania w Bibliotece w Objeździe -wpisuję się słowami z mojej książki „Wiadro pełne nieba" -z życzeniami by zawsze trwała najgłębszą przyjaźń między czytelnikami tutejszymi i książką... „ludzie potrzebują takich książek, żeby się od nich mogli robić lepsi, żeby jeden drugiemu pomógł. Tak na co dzień. I jeszcze wtedy, kiedy jest najgorzej. Bo jak człowiek w drugiego człowieka wierzenie stracił, to już nic, nic..." 27 VIII 1967 Maria Szypowska." Nie znałam książki. Znalazłam ją w antykwariacie na Wilczej w Warszawie. Zachętą do kupna była informacja, że egzemplarz jest opatrzony dedykacją autorki dla Henryka Berezy i przystępna cena. ,Wiadro pełne nieba" dostałam po kilku dniach z dodatkową niespodzianką. WIADRO PEŁNE NIEBA l 1OŁNOpOLS czv*NA 1 z yHoiAwv4. UUA* UC*UŁ ^ * i Zakupiona w antykwariacie książka kryła niespodziankę: rękopis wierszowanego listu autorki do Henryka Berezy. -291 Wewnątrz był liścik autorki do redaktora „Twórczości", Henryka Berezy, wybitnego krytyka literackiego, który w miesięczniku pracował ponad pięćdziesiąt lat, do 2005 roku. W latach 1977-2005 prowadził autorską rubrykę „Czytane w maszynopisie". Nie wiem, czy Henryk Bereza odpowiedział Szypowskiej, która wierszem pisała: „Gardzisz, Henryku -rzecz dosyć znana -literaturą poniżej Manna; Więc mnie kompleksa żrą nieustanne Że jestem tylko Manią, nie Mannem. Lecz -kumotersko! -wspomnij Henryku żeś niemowlęciem znał mnie w beciku Zamieść wiadro z niebem w swej znakomitej „Sztuce czytania" -Choćby petitem!!! M. Szypowska zaczynała właśnie raczkować, kiedy Henryk Bereza stał już u progu kariery znakomitego krytyka. „Sztuka czytania" Henryka Berezy została wydana w 1966 roku, podobnie jak ,Wiadro pełne nieba". Niestety, powieść Szypowskiej nie zainteresowała Berezy. Jej nazwiska nie ma wśród trzydziestu prozaików, których utwory krytyk analizuje. Natomiast na zakładce obwoluty znajduje się fotografia Henryka Berezy autorstwa Andrzeja Szypowskiego. Wizyta w wiejskiej bibliotece w Objeździe promująca ,Wiadro pełne nieba", wnoszę z kolejnych penetracji Marii Szypowskiej w Słupskiem, zaowocowała albumem „Słupsk" z jej tekstem i fotografiami Andrzeja Szypowskiego. Album Szypowskich „Słupsk", Wydawnictwo: Sport i Turystyka, 1971, formatksiążki: 245 x 200 mm, ilość stron: 95, ISBN: BRAK, okładka: twarda ukazał się jako dziewiąty w serii, po takich jak: „Brzeg", „Gniezno", „Góra św. Anny", „Jelenia Góra", „Legnica", „Nysa", „Opole" i „Paczków" i nie zamykał serii. Później ukazały się „Bystrzyca Kłodzka", ,^Vawel", ,Woliński Park Narodowy", „Gdańsk", „Zamek Królewski w Warszawie". Imponujący dorobek wymagał mecenatu. Na odwrocie karty tytułowej znajduję wyjaśnienie: „Książka zalecona do bibliotek szkolnych. Pismo Min. Oświaty i Szkolnictwa Wyższego nr PR4-5521 SiT-6/69 z 23 grudnia 1969 roku. Z tego zapewne powodu album „Słupsk" dołączył do wcześniejszego albumu „Brzeg" w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Brzegu, następnie został wycofany z inwentarza z przeznaczeniem do sprzedaży,co dokumentują odpowiednie pieczęcie i sygnatury. ~ 292 ~ Tekst Marii Szypowskiej opowiada historię Słupska, od założenia i formowania się miasta: „aby osada się powiększyła i przybrała postać miasta", herbem miasta stał się gryf nad trzema falami rzecznymi. Warcisław IV zatwierdził akt lokacyjny i rozszerzył nowymi przywilejami". Autorka rozbudowała wątek Kaźlca (syna córki Kazimierza Wielkiego, Elżbiety i Bogusława V), zatem wnuka, którego Kazimierz Wielki adoptował w 1368 roku z myślą o nim jako następcy na tronie. ,W owym okresie Polska odzyskała zabrane przez Krzyżaków i Marchię tereny stanowiące bezpośrednią granicę z księstwem słupskim, co mogło ułatwić przeprowadzenie unii personalnej polsko-pomorskiej. Siostrę Kaźlca Słupskiego, Elżbietę, również wychowywaną na krakowskim dworze, wydał Kazimierz Wielki za Karola IY króla czeskiego i cesarza niemieckiego. Właśnie w czasie tych zaślubin słupskiej księżniczki w 1363 r. odbyło się w Krakowie huczne wesele z udziałem pięciu królów, a potem wiele uczt, wśród nich jedna znana dobrze z literatury i malarstwa jako „uczta u Wierzynka". Plany Kazimierza Wielkiego pokrzyżowała przedwczesna śmierć króla, a adoptowany syn Kaźko okazał się rozrzutny i bez charakteru, co doprowadziło do unieważnienia testamentu Kazimierza Wielkiegow części Kaźlca jako jego następcy.Maria Szypowslca posługuje się baśniową narracją pisząc tę część historii Słupska, zapewne po to, by trafić do młodego czytelnika. Nie da się natomiast racjonalnie wytłumaczyć sposobu przedstawiania historii najnowszej. Autorka odnotowuje w kilku zdaniach organizowanie się powojennego miasta. Zniszczenia wojenne, przeludnienie „wygłodniałymi i wynędzniałymi dziesiątkami tysięcy uchodźców z Prus Wschodnich, skierowanymi tu wśród najcięższych mrozów" i napływ potężnej fali osadników: „zwłaszcza wielu przybyło z Warszawy i jej okolic". I ani słowa o przyczynie i pamięci, lctófą właśnie tu, do Słupska, warszawscy wygnańcy przywieźli. Dlatego warto przypomnieć ten fragment historii miasta opowiedzianej przez Jana Maziejulca w „Krelcodaju słupskim": „Pomnik Powstańców Warszawskich odsłonięto w Słupsku 15 września 1945 r. z inicjatywy ponad tysiąca warszawiaków zamieszkałych w mieście. Bezpośrednim impulsem stało się rozstrzelanie przez Niemców w dniu 7 marca1945 rokudwudziestu dwóch Polaków, głównie byłych powstańców i dwóch Rosjan. Wtedy zawiązała się szesnastoosobowa grupa inicjatywna z Edwardem Ładą -Cybulskim jako przewodniczącym budowy. Pomnik wrastał w historię i tradycję miasta. -Nie, nie był hołubiony przez władze, ale mieszkańcy o nim pamiętali. Spontanicznie każdego roku w rocznicę Powstania ~ 293 ~ 0 godzinie 17. spotykali się na skwerze przy pomniku. Tak było 1 teraz, 1 sierpnia 1983 roku. -Oczywiście że tam byłem! Z powodów osobistych i zawodowych. Mój teść, powstaniec, zginął w Dachau, szwagierka była sanitariuszką na Bielanach. Byłem też z powodów zawodowych. Nie wyobrażałem sobie, by jakieś zdarzenie z życia miasta umknęło mojemu obiektywowi. Musiałem tam być. Spontaniczna, niemal rodzinna manifestacja dobiegała końca. Złożono kwiaty, ludzie się rozchodzili. Z zawodowej zasady wychodzę ostatni, dlatego byłem jeszcze na skwerze. Wtedy od strony ulicy Szarych Szeregów w kierunku pomnika kierowało się uformowane czoło pochodu. -Stefan Korejwo i Janusz Łaździn nieśli wieniec. Za nimi Henryk Grządzielski z synkiem i kimś jeszcze nieśli transparent z napisem: „Famarol", wykonanym liternictwem takim jak nielegalna „Solidarność". Dalej młodzież, ludzie z dziećmi na ręku, starsi. Kiedy złożyli wieniec, Henryk Grządzielski z synkiem i Stefan Korejwo stanęli z transparentem przy pomniku. Zabrzmiały słowa hymnu, wszyscy unieśli prawą rękę z dłonią ułożoną w znak zwycięstwa. Malec także. Było coś niesamowicie podniosłego w postawie pięciolatka i, co tu mówić, wśród wszystkich uczestników zdarzenia. Robiłem zdjęcia bez przeszkód. Natychmiast w redakcyjnym laboratorium wywołałem film i zrobiłem odbitki. Negatyw ukryłem w szafce redaktora (Tadeusza) Martychewicza. Serwis przekazałem naczelnemu, informując, że nic więcej nie mam, a negatyw zniszczyłem. -Chłopie, zachowaj to w tajemnicy -poradził mi Wiesław Nie przypuszczaliśmy, by zdjęcia mogły pójść w naszym tygodniku. Jak to się stało, że znów zaproszono mnie do KMMO i wypytano o negatyw? Oświadczyłem stanowczo: -negatyw zniszczyłem, zawsze tak robię. -Nie wiem, czy uwierzyli. Czytam na stronie 223. publikacji z 2011 roku Igora Hałagidy „NSZZ „Solidarność" Regionu Słupskiego (1980-1990) tom 2: dokumenty Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Służby Bezpieczeństwa": „O godz. 17.00 w kościele Mariackim odprawiona została msza zamówiona przez kilku pracowników Fabryki Maszyn Rolniczych „Agromet-Famarol" w Słupsku w intencji powstańców Warszawy. Po mszy około 60 osób zebrało się przed kościołem, pomaszerowało na pl. Powstańców pod pomnik Powstańców Warszawy. Ww. grupa w czasie przemarszu rozwinęła transparent z napisem: „Famarol", a pod pomnikiem złożyła dwa wieńce, na których stwierdzono dwie szarfy. Na białej szarfie widniał czerwony ~ 294 ~ napis: „Solidarność Słupska", a na biało-czerwonej czarny napis: „Solidarność Region Słupski". Szarfy te usunięto i zabezpieczono. Wśród obecnych rozpoznano M[iroslawa] Pająka (...), Stefana Korejwę (...), Henryka Grządzielskiego Notatka datowana: 1984 sierpień 3. W 1987 kwiaty pod pomnikiem złożyli Jolanta Joachimiak, Janusz Łażdzin, fotografował Edward Muller. Wszyscy zostali aresztowani. Mullerowi zarekwirowano aparat fotograficzny. Pisze o tym Anna Bogucka Skowrońska w „Raporcie o stanie bezprawia". Upłynęły lata. Historycy IPN mozolnie odsłaniają prawdę o wydarzeniach i ludziach. Wiele dokumentów zniszczono, ale te, które ocalały, dają obraz i skalę infiltracji solidarnościowych struktur." A jak było, gdy album o Słupsku tworzyli Szypowscy? To przemilczenie sprawy pomnika Powstańców Warszawy w Słupsku w tekście wprowadzającym uzupełnia fotografia pomnika zamieszczona na stronie 65. z podpisem: „Już 15 września 1946 roku nastąpiło odsłonięcie -pierwszego w Polsce -pomnika poświęconego Bohaterom Warszawy ufundowanego przez społeczeństwo Słupska, a wykonanego przez J. Małetę i J. Kołodziejczyka." Wyjaśnienie różnicy dat znajduje się między innymi na stronie internetowej poświęconej ks. Janowi Ziei: ,We wrześniu 1945 roku ekshumowano w Lasku Południowym zwłoki zamordowanych przez Niemców w dniu 7 marca 1945 roku polskich robotników przymusowych. W dniu 15 września odbył się uroczysty pogrzeb ofiar tej zbrodni. Pochowano ich na placu Powstańców Warszawskich. Kondukt pogrzebowy prowadził i przemawiał nad trumnami poległych ks. Jan Zieją. On też był inicjatorem nadania temu miejscu nazwy placu Powstańców Warszawskich (...) W miejscu pochówku postawiono prowizoryczny pomnik z desek i dykty, poświęcony powstańcom warszawskim." Pomnik Powstańców Warszawskich w tym roku (2015) został odrestaurowany i był miejscem tegorocznych uroczystości 11Listopada zorganizowanych przez StowarzyszenieRozwoju Inspiracje w Słupsku. Historia odzyskała mowę. Niezwykłe są historie starych, nikomu niepotrzebnych książek. Podobne losom ludzi, którzy dożywają swych dni opuszczeni i zapomniani, naznaczeni pieczęcią minionego czasu. Stare książki nawet z białymi plamami mają wartość dokumentu, bo nauczyliśmy się odczytywać to, o czym pisać nie było wolno. ~ 295 ~ Czerwcowe święto słupskiej kultury W podsłupslciej Kobylnicy z ruchliwą ulicą Główną mieszkańcy powiatu słupskiego ze starostą Sławomirem Ziemianowiczem oraz z wójtami swych gmin w zgodzie, życzliwości i z radością fetowali VIII Powiatowe Obchody Dni Działacza Kultury Użyłabym w tym miejscu innego rzeczownika niż działacz, który choć poprawny słowotwórczo, politycznie trąci myszką. Byli wśród nas znani, powszechnie cenieni i szanowani ks. Jan Giriatowicz ze Słupska i lcs. kanonik Jerzy Wyrzykowski z Duninowa. Były ludowo-gminne zespoły muzyczne, nieprofesjonalni poeci, malarze i młode wokalistki. Wszyscy „podskórnie" wrażliwi, niezwykli, widzący świat oczyma i duszą. Najpierw spotkanie przy tablicy poświęconej Kazimierzowi Herdzie. Nad słowami o Nim -zwykłymi, ciepłymi mimo wrzawy ulicy, pisku opon, a może właśnie przez ten ekstrawagancki akompaniament bardziej znaczącymi -warto się pochylić. Pędzimy do kresu, gdzie tylko cisza i pamięć ocalająca. A nam się czasem wydaje, ze mamy już wszystko na wieczność. Mową wiązaną powiedziała o tym Henryka Jurałowicz-Kurzydło, również wierszem piękną chwilę uczciła Emilia Zimnicka. Przed siedemnastą spotkanie wgościnnej miejscowej szkole.Gospodarze zadbali o zziębniętych mimo czerwca gości. Czekały na nas gorące napojei gorące barwyobrazów naszkle malowanychCzesława Guita. Autor wśród nich zdawał się być jak cherubin z głową w chmurach... siwych włosów. Nieśmiałym wzrokiem pytał o wrażenia. Wiejskie motywy -niektóre banalne, ale wśród nich perełki: obraz kuźni ze schyloną,kościstą sylwetką kowala na tleinfernalnych barw i drugi przedstawiający wiejskie chaty w białoszarej tonacji zbierają pochwały. Jest ich sporo, obrazów i obrazków. W „Liście otwartym" malarza odnajduję pokrewną mi troskę o powszechne zubożenie języka, o wciskające się zewsząd jakieś uogólniające neologizmy znaczeniowe. Ogólny gwar, rozmowy, okazjado wymiany uprzejmości, uwag i powitań. Mam przyjemność zamienić kilka zdań z panem Klemensem Rudowslcim, którego mądre, choć gorzkie w wymowie eseje znam z „Powiatu Słupskiego"; pana Grzegorza Chwieduka z Kępic proszę o przekazanie ukłonów Zosi Derlatce, wspólnej znajomej. ~ 296~ Wreszcie punkt kulminacyjny; wręczenie nagród. Zbigniew Babiarz-Zych z właściwą sobie naturalnością i szczerością rozładowuje napięcie: koperty odebrać będzie można na zakończenie uroczystości. Ten zabieg wynika z troski o frekwencję. Zmienia się atmosfera, czujemy się zwyczajnie, wręcz familiarnie. Nagrodzony „Białym Bocianem" Grzegorz Chwieduk mówi o swojej poezji, czyta wiersz o babci, Klemens Rudowski, kolejny laureat „Białego Bociana" obdarowuje publiczność muzycznym prezentem. Brawurowy popis gry na akordeonie odsłania kolejny talent laureata. Tak wielkimi darami Bóg obdarza wybranych, lecz czy daje silę od ich udźwignięcia? Ten to ma, zaprawdę, szczęście! Ostatniego „Białego Bociana" otrzymuje ks. kanonik Jerzy Wyrzykowski z Duninowa, co przyjmujemy z aplauzem wyrażonym gromkimi brawami. O księdzu z Duninowa wiedzą wszyscy, stał się niemal legendą, z podziwem słuchamy o jego inicjatywach na terenie duninowskiej parafii. A ja nie mogę odżałować, że w mojej rodzinnej Objeździe organy milczą od lat. Drogi księże, najniższy ukłon i wdzięczność! Kolejne nagrody dla poetów, malarzy, zespołów, animatorów kultury -zapracowane, dające impuls do dalszych działań, utwierdzające w przekonaniu, że dzielenie się sobą, swoim talentem, zapałem ma sens. Dziewczęta z Objazdy: Ola Zawada śpiewająca „Eurydyki" i Ada Kuczun, która wyśpiewała „Czarne perfumy", oczarowały widownię. Zorza Sędziaka, opiekunka artystyczna młodych pieśniarek, troszczy się o nie jak mama, zna je przecież od przedszkola. Umiejętnie wprowadza je w świat kultury, bacząc, by we wszystkim zachować proporcje. Śpiewają pięknie, to fakt bezsporny, a nagrody dla nich zasłużone. Serdecznie wszystkim gratuluję ichoć zabrakłomi śmiałości byo tym powiedzieć, mamodwagę, by napisać: Podziwiam was, drodzy przyjaciele, na codzień schowani w wioskach i miasteczkach naszego regionu jak w przepastnej torbie. Wasza wrażliwość sprawia, że słyszymy, widzimy, czujemy więcej. To tak jak z mgłami nad Tamizą. Ktoś musiał zobaczyć je w zachwycie pierwszy, by inni dostrzegli urok codziennego pejzażu. Klemensowi otulę zapachem zżętych traw uniesiemy się razem kiedy odejdę szukaj mnie ponad ogień wołaj mnie ciszą w letnią noc w sobótkową noc a odezwę się rechotem żab w stawie za -płotem kiedy odejdę szukaj mnie dzwoń do mnie fioletowym kwiatem w cudzym notesie na postronku ja wrócę zapachem sitowia liter i liczb ~ 297 ~ Czytelnictwo w mrocznych latach i Internet M roczne lata głębokiej„komuny" mają oficjalnie dwie narracje: pierwsza, dominująca, opowiada o tamtym czasie jako zbrodniczym systemie, „a towarzyszą jej takie hasła -klucze, jak: reżim, UB, stalinizm, cenzura, socrealizm, więźniowie polityczni, stan wojenny,ZOMO." Ten schemat narracyjny preferuje InstytutPamięci Narodowej, wprowadzając jego elementy do polityki i edukacji. Oczywiście, wątki zamknięte w słowach hasłowych pozwalają zrozumieć tamtą, często tragiczną, rzeczywistość. Obok jest drugi sposób opowiadania o szarym, mrocznym czasie. Wciąż do pokolenia PRL-u przemawiają filmy Stanisława Barei z całym bagażem gorzkiego humoru i sarkastycznej kpiny z absurdów ówczesnej rzeczywistości. Wciąż tamten czas jest punktem odniesienia do zmian, których wspólnie i z trudem dokonujemy, często wzajemnie się oskarżając. Krzysztof Tomasik, w artykule „Trzeci wymiar PRL-u" zauważył, że obok agresywnej ideologii i polityki trwało najbardziej zwyczajne życie milionów ludzi, którzy pracowali, kochali się i kłócili, żenili, chrzcili i wychowywali dzieci, spotykali się i chodzili do kościoła. Był to również najlepszy czas, biorąc pod uwagę całe półwiecze, rozwoju polskiej sztuki filmowej, teatru, w tym teatru telewizji, oświaty, a przede wszystkim czytelnictwa. Szczególnie popularne były reportaże, powszechnie znano nazwiska ich autorów: Hanny Krall, RyszardaKapuścińskiego, Doroty Terakowskiej i młodszych: Joanny Siedleckiej, Teresy Torańskiej, Małgorzaty Szejnert. Pełną parą pracowały wydawnictwa „Czytelnik" i „Iskry", publikując książki najlepszych pisarzy. Po pierwsze polskie wydanie „Ulissesa" Jamesa Joyce'a z 1969 roku (nakład 300 tys. egzemplarzy) przed księgarnią PIW ustawiła się długa kolejka, co odnotowała popularna w tamtym czasie Polska Kronika Filmowa. Na wsi prenumerowane były niemal powszechnie „Gromada Rolnik Polski" i „Przyjaciółka", które do domu przywoził listonosz na rowerze. W każdej wsi była szkoła, biblioteka lub choćby punkt biblioteczny, koło KGW i zlewnia, jeśli ktoś jeszcze pamięta jaka była jej formalna i nieformalna rola. ~298~ W maleńkiej Objeździe w powiecie słupskim wiejski 19Sb bibliotekarz w 1954 roku W 1 f i • • / t U . 1?A L .. *+*+tm I IS fju fi \J U n cv t/C/V S«v osooiscie spisywanej pismem cł/iiMi ć.W. f9ók r. £ł?/n*< odręcznym kronice odnoV SLcoilcu, hłó/\^ZA^U WVtgj-e£n*cu ULte teJc Cjmintyth /UuiJcriyJ 0' bliołec.in.tjdi -ijon-• A/* tował wydarzenia tego cza-ZĆocU s^delo' ;idzt'c,T &&. 160 ZiyłtJniLau. s su. Nie do przecenienia jest kcu^aathooc^^ ? y»* 1 •beUDAiko-W OXj9&rM, Z^LoiZcn-jjch SCc &. SutJłodoL^yLi ~ trtdtf&TZMifa. z yr**H. &4tj< nictwa w kulturze. Roman oJcłytJny OilonsJc, AJ2A^j-Ciytć> ctrnyrrhzJ. K<>ry>Ut Zub był przede wszystkim bibliotekarzem, dlatego w jego kronice ta działalność jest Kanka z J Broskowo Wielkie. Na zakoń na poniesione zasługi naieży wyróżnić: insp. Repclowskiego, p. p. czenie zebrania powołań© do żykronikarz Roman Zub dopisał pióTyczyńską, Golian, Antończaka. Po cia komitet likwidacyjny w skiakusę, Szymańską, Łacińskiego, ks dzi«: insp. Repcł-owsfci A, paluchów rem: „Maj 1947 r. Do powyższych Zieję, mec. Maryjańikiego. burmina, S. Kulesza i prok.Fłorkowski. i strza Ustki — Zawadzkiego, kier. szkoły Koskowskiego, uczn"'ów Szko osiągnięć przyczynił się wdużej mie ły Ogrodniczej oraz uczniów Państw Maj 49fyr. Szłtoły dla dorosłych. Trzeba stwier Do powtfUtydt osi^jnitć rze działający aktywnie zespół arty •d/.ić, te złoionc o''ary prr.oz tniesz 9tVfCVj>ii£&'f fj aLuuj mUrte kańców Słups ka, Ustki o;-«» powia j 'ri&Uayactj aJctyWth Z?J>nć>Z styczny Laski -Objazda." a.rhfi+yc.zng vj &&. ZM& . fUjja uczestnikom kurw. przed patocem Z Hldokfem na ogród, jjadacouj. MaZst ejrubloa ht o^roaizię. paXxicoi*jj'm uraz z ujyJdocdolcami: ftrof. Sh JZoh/itim ~ Shfkłnym dramaturgiem, ir&żyt&rent (itojajujm pośrodJutJ *rrai Z Pomia, Zofią ^So/strzoktą(Żoną 3. Solarza zU.L.uQnci joiiO ruiMLiy